Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nowy wizerunek - Jackie Braun

 

Kiedy Alec, szef firmy Świat Dziecka, mówi dziennikarce, że nie przepada za dziećmi, rozpętuje się medialna burza. Na prośbę rady nadzorczej Alec zaczyna pracować nad nowym, cieplejszym wizerunkiem, chociaż nie wierzy w takie głupoty. Ma inaczej się ubierać? Bzdura, garnitur to podstawa i zawsze się sprawdza. Rozdawać nieszczere uśmiechy na imprezach dla dzieci? Niedoczekanie. A może jeszcze całować lepkie od słodyczy buzie? Nie, Julia, jego konsultantka, niewiele wskóra. Nieważne, co zaproponuje, on zgodził się na tę szopkę tylko dla świętego spokoju…

Opinie o ebooku Nowy wizerunek - Jackie Braun

Fragment ebooka Nowy wizerunek - Jackie Braun

Okładka

Strona tytułowa

Jackie Braun

Nowy wizerunek

Tłumaczenie: Anna

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Od dzieci trzymam się jak najdalej. – Jeszcze nim dziennikarka uniosła brwi, uzmysłowił sobie, jak beznadziejnie się pogrążył. Tak chlapnąć! Trudno będzie się z tego wykręcić. – To się wytnie, prawda? – Zaśmiał się z przymusem.

– Udziela pan wywiadu, panie McAvoy. Nic nie będzie wycięte – ze spokojem odparła dziennikarka.

Nie mógł pozbyć się wrażenia, że tylko czeka na moment, gdy będzie mogła roześmiać się na cały głos. Była bardzo młoda, dopiero stawiała pierwsze kroki w zawodzie, chciała zaistnieć w branży, wyrobić sobie nazwisko. I oto nadarzyła się wymarzona okazja.

– Oczywiście. Ale to chyba jasne, że tylko zażartowałem, gdy spytała pani, czy lubię dzieci. A prawda jest taka, że przepadam za dziećmi. Są wspaniałe, po prostu cudowne. – Zwłaszcza gdy zachowują się cicho, a najlepiej śpią. Lecz tym razem zachował te myśli dla siebie.

– Może to i żart, ale ma swoją wymowę, szczególnie w ustach szefa spółki specjalizującej się w produktach dla dzieci i niemowląt.

Alec McAvoy wiedział doskonale, że wpadł po uszy. Gorzej być nie mogło.

Próbował zatrzeć fatalne wrażenie, wycofać się z niezręcznych słów, uciekał się nawet do flirtowania z młodziutką dziennikarką, lecz nie na wiele to się zdało. Wywiad ukazał się w internetowym wydaniu „American CEO” i oczywiście nie zabrakło w nim tej nieszczęsnej wypowiedzi. Dziennikarka nie omieszkała dołączyć jego wyjaśnienia, że miał to być „żart”. W cudzysłowie, co dodatkowo wzmocniło nieszczery wydźwięk tłumaczenia. Cóż, takie wpadki się zdarzają. Mógłby pocieszać się, że po prostu popełnił gafę, o której ludzie szybko zapomną, gdyby nie to, co znalazło się w dalszej części artykułu. Dziennikarka wzięła na spytki jego byłą dziewczynę, Laurel McCain. Rozstali się w bardzo nieprzyjemny sposób sześć miesięcy temu. Laurel nalegała na ślub, już widziała siebie jako panią McAvoy, natomiast on chciał jak najszybciej zakończyć ten związek. Nic więc dziwnego, że z dziką rozkoszą skorzystała z okazji, by się odegrać, i zrobiła wszystko, by nadszarpnąć jego reputację.

– Alec czuje się nieswojo w towarzystwie dzieci, nie potrafi odnaleźć się w takiej sytuacji – zapewniała w wywiadzie. – Byliśmy ze sobą prawie dwa lata, a mogę na palcach jednej ręki policzyć, ile razy zabraliśmy gdzieś z nami moje dzieci. – Nie wspomniała jednak, że to ona nie chciała ich ze sobą ciągać. – Czy zaskoczyło mnie, kiedy został powołany na szefa spółki Świat Dziecka? Oczywiście, i to jak! – mówiła dalej. – Proszę mnie źle nie zrozumieć. Alec jest świetnym biznesmenem, lecz jako matka zawsze sądziłam, że dla tej firmy liczy się coś więcej niż tylko zysk.

Wystarczyło kilka godzin, żeby temat podchwycili internauci. Kwieciste komentarze pojawiły się na kilku popularnych blogach, wywołując szeroki odzew poruszonych matek. Huczało o nim na Facebooku i na Twitterze, rozgorzała gorąca, zataczająca coraz szersze kręgi dyskusja.

Od tamtej pory minął tydzień. Pełen złych przeczuć Alec wjeżdżał windą na najwyższe, trzydzieste piętro siedziby firmy w centrum Chicago, ulokowanej tuż nad rzeką Chicago. Niedługo się zacznie zwołane w trybie nadzwyczajnym zebranie rady nadzorczej. To nie wróżyło dobrze.

Naprawdę wpadł po uszy.

Zżerający go niepokój jeszcze się pogłębił, gdy wszedł do sali konferencyjnej i ujrzał ponure twarze kilkunastu członków rady nadzorczej siedzących wokół owalnego stołu z lakierowanego wiśniowego drewna. Przewodniczący Herman Geller oparł na blacie złożone dłonie i czekał, aż Alec zajmie miejsce. Mimowolnie skojarzył mu się z dyrektorem szkoły wzywającym ucznia na dywanik.

– Dziękuję, że udało ci się zmodyfikować dzisiejszy plan i stawić się na nasze zebranie – zagaił Herman. – Wiemy, że jesteś bardzo zajęty, szczególnie teraz.

Alec skinął głową i uśmiechnął się z przymusem. Zawsze uważał, że atak jest najlepszą obroną, więc przejął inicjatywę:

– Serdecznie wszystkim dziękuję za poświęcony czas. Chciałbym jeszcze raz przeprosić i wyrazić żal za moją... niezręczną wypowiedź. Absolutnie zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej przeze mnie znalazła się firma, i chciałbym każdego z państwa zapewnić, że robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby temu zaradzić. Dział marketingu pracuje na pełnych obrotach. Chcemy dotrzeć do naszych klientów i przekonać ich, że dla firmy Świat Dziecka liczy się nie tylko zysk. Zaplanowaliśmy nową kampanię reklamową pod nazwą „Jedna Wielka Rodzina”, której przesłaniem będzie pokazanie naszym odbiorcom, że jesteśmy z nimi w każdym momencie, stanowimy jedność.

– Owszem, kilka dni temu dostałem twoją informację na ten temat. Zwłaszcza przypadł mi do gustu pomysł zamieszczenia fotek dzieci naszych pracowników – rzekł Herman, jednak po jego minie widać było, że to go nie satysfakcjonuje. Potarł palcem brew. – Alec, nie chodzi tylko o naszych klientów. Również o naszych akcjonariuszy.

Alec skinął głową, sięgnął po stojącą przed nim szklankę z wodą z lodem. Czuł suchość w gardle. Upił porządny łyk, lecz niewiele to pomogło.

– Tak jak rada nadzorcza, też jestem bardzo rozczarowany spadkiem kursu naszych akcji na giełdzie. – W ciągu ostatnich dni ich wartość dramatycznie spadła, co natychmiast podchwyciły lubujące się w czarnowidztwie media. – Wystosowałem pismo do naszych inwestorów, które powinno ich uspokoić. – Potarł palcem oszronioną szklankę. Gardło go wręcz paliło, ledwie się zmusił do wypowiedzenia tych słów: – Jeszcze raz przepraszam i zapewniam, że złożę dymisję, jeśli w ciągu trzech miesięcy wartość akcji nie wróci do wcześniejszego poziomu.

– To bardzo chwalebne podejście – rzekł Herman. – Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. Nie chcielibyśmy stracić człowieka twojego formatu.

Doskonale wiedział, że to tylko słowa. Ani chwili by się nie zastanawiali, gdyby zaszła taka potrzeba. Zwolnią go bez mrugnięcia okiem. Jednak wszystko wskazuje na to, że na razie jego posada nie jest zagrożona. Spotkali się tu z jakiegoś innego powodu. Zaczął się odprężać.

– Dlatego wczoraj zwołaliśmy nadzwyczajne zebranie – powiedział Herman. – Musimy chwytać się wszystkich sposobów, żeby odbudować naszą pozycję i zminimalizować straty. Postanowiliśmy skorzystać z pomocy konsultantki.

Już wczoraj obradowali? Dwa zebrania w tak krótkim czasie? O wczorajszym nie miał bladego pojęcia. To nie rokowało dobrze.

– Konsultantki? – Był zły na siebie, bo głos mu niebezpiecznie zadrżał.

– Tak. Ma świetne opinie i jest gotowa zacząć natychmiast.

– Już były prowadzone z nią rozmowy? – Alec aż zamrugał. Co tu się wyrabia?! Zebranie zwołano nie po to, by zasięgnąć jego opinii, ale po to, by przedstawić decyzję powziętą przez radę nadzorczą. Czegoś takiego absolutnie się nie spodziewał. Wszystko działo się za jego plecami!

– Biorąc pod uwagę okoliczności, postanowiliśmy działać bezzwłocznie. Nasi akcjonariusze domagają się szybkiej reakcji.

Dexter Roth z marketingu strasznie się wkurzy, pomyślał Alec. Tak samo Franklin Kirby, człowiek od reklamy. Już wcześniej ustalili, że najlepszym rozwiązaniem będzie szeroko zakrojona kampania, zmasowany atak w mediach. Początek zaplanowali na ten weekend. Jego ludzie nie będą zachwyceni, gdy zewnętrzny konsultant zacznie im się w to mieszać, a już nie daj Bóg, narzucać własne zdanie.

Kiedy wyłuszczył swoje obawy radzie nadzorczej, Herman oznajmił:

– Julia Stillwell, co oczywiste, włączy się w kampanię „Jedna Wielka Rodzina”. Jest specjalistką od wizerunku.

– Od wizerunku... – Alec w zdumieniu uniósł brwi.

– Owszem. – Herman patrzył na niego nieruchomym wzrokiem, natomiast pozostali starannie unikali wzroku Aleca. – Jakkolwiek by na to patrzeć, jesteś twarzą tej firmy, więc ludzie powinni lepiej cię poznać, polubić, poczuć, że jesteś kimś, komu warto zaufać. Uwierzyć, że choć wciąż nie założyłeś rodziny i nie masz dzieci, nie jesteś nastawiony antyrodzinnie ani przeciwko dzieciom.

– Bo nie jestem. – Nie pociągało go życie rodzinne, nie szukał żony, nie marzył o dzieciach, co wcale nie znaczyło, że był wrogiem małżeństwa czy rodzicielstwa. Niektórzy mężczyźni są stworzeni do roli męża i ojca, ale on się do nich nie zaliczał.

Być może zaważyły na tym osobiste doświadczenia. Nie wychował się w typowej rodzinie. Ponad wszelką miarę wyluzowani rodzice, którzy bez umiaru szastali pieniędzmi i bez ustanku gonili za szaloną zabawą, pozbywali się kłopotu, wysyłając syna do szkół z internatem. Nie zaznał rodzinnego ciepła, poznał natomiast doskonale coś, co można by nazwać lodowatym piekłem. I tylko to mógłby dać od siebie, bo tylko takie wzorce otrzymał, a były one najgorsze z możliwych. Dlatego teraz, jako człowiek dorosły i w pełni odpowiedzialny, wybrał żywot singla, by nikogo nie skrzywdzić. Przecież nie skaże kolejnego dziecka na takie dzieciństwo, jakie stało się jego udziałem, to znaczy samotne i ziejące emocjonalnym chłodem. Szkoła z internatem, ferie i wakacje pod opieką kolejnych niań lub płatnych opiekunów... To właśnie było to lodowate piekło.

– Świetnie – rzekł Herman, spoglądając na zegarek. – Za niecałą godzinę masz pierwsze spotkanie. Pani Stillwell ma bardzo napięty plan, ale zgodziła się wykroić chwilę, żeby cię przyjąć.

– To mi się poszczęściło – mruknął, po czym uśmiechnął się z przymusem, żeby przypadkiem ktoś nie wziął mu za złe tej uwagi.

– Przyjmie cię w swoim biurze. Twoja sekretarka zna adres. Pani Stillwell prosiła, żebyś się nie spóźnił. Zaraz po tobie ma coś pilnego.

– W takim razie już jadę.

Odsunął krzesło i wstał. Denerwował się, wchodząc do sali, ale gdy z niej wychodził, wprost cały się gotował. Specjalistka od wizerunku... Po prostu pięknie!

– Powodzenia – rzucił na pożegnanie Herman.

Wcale nie poprawiło mu to nastroju.

Julia Stillwell zerknęła na zegarek i spojrzała na zegar wiszący na ścianie. Alec McAvoy powinien wejść za minutę i czterdzieści osiem sekund. Miała dla niego trzydzieści minut. Punktualność była dla niej podstawą. Jeśli ktoś się spóźniał, to jednoznacznie dawał do zrozumienia, że nie liczy się z jej czasem, bo swój uważa za cenniejszy. Okazywał absolutny brak szacunku, a jednocześnie burzył jej napięte plany.

Dla samotnej matki wychowującej dwójkę małych dzieci każda zmiana oznaczała kolejne problemy. Jeśli praca zatrzyma ją dłużej, spóźni się po dzieci do szkoły. W rezultacie Danielle nie zdąży na czas na zajęcia taneczne, a Colin na piłkę czy cokolwiek innego, co było zaplanowane na popołudnie. Wciąż była w biegu i wciąż musiała mierzyć się z niespodziewanymi wyzwaniami. Wmawiała sobie, że takie życie jest nieustającą przygodą, lecz w dni takie jak dzisiaj nie za bardzo było jej z tym dobrze.

Nie spała od czwartej rano. Dziewięcioletnia Danielle wyrwała ją ze snu, bo wystraszony sennym koszmarem sześcioletni braciszek wgramolił się jej do łóżka. Julia dokładnie obejrzała pokój, zajrzała pod łóżko i do szafy, po czym solennie zapewniła, że nigdzie nie ma nawet śladu strasznego potwora, lecz chłopczyk nadal trząsł się ze strachu. Skończyło się tym, że cała trójka wylądowała w jej łóżku.

Zdusiła ziewnięcie, jeszcze raz popatrzyła na zegar. Alec McAvoy już jest spóźniony. Kiedy przyjdzie – zakładając, że w ogóle się tu pojawi, nim będzie musiała wyjść – poczęstuje go kawą, a przy okazji sama się napije. Nie ma mowy, żeby została dłużej. Przeznaczyła dla niego trzydzieści minut, a jeśli nie wykorzysta tego czasu, to już jego problem. Wprawdzie jej płaci, a raczej płaci za niego firma, lecz jego czas mija. Zaś ona ma ciekawsze rzeczy do zrobienia, na przykład zawieźć Colina na piłkę.

Dla takiej grubej ryby jak pan McAvoy jej podejście zapewne jest niezrozumiałe i niedopuszczalne. Choć może ocenia go niesprawiedliwie? Pozwolił sobie na jedną nieprzemyślaną wypowiedź, która natychmiast go pogrążyła. W dodatku poważnie ucierpiała reprezentowana przez niego firma, straty idą w miliony dolarów. Zagalopował się? Nie ugryzł się w porę w język? To bardzo prawdopodobne. Bo na pewno nie był to żart, w to ani przez moment nie wierzyła.

Na gruncie prywatnym i zawodowym poznała wielu takich jak on. Mężczyzn, dla których życie rodzinne, a zwłaszcza dzieci, było problemem i męczącym obciążeniem. To dlatego, choć była wdową już od czterech lat, zaledwie kilka razy wybrała się na randkę. Wzbudzała zainteresowanie do momentu, w którym wychodziło na jaw, że ma dwójkę dzieci. A wtedy kolejni panowie błyskawicznie się zmywali. To tylko ich strata, pocieszała się Julia.

Popatrzyła na teczkę z informacjami na temat McAvoya. Sam jest sobie winien, skoro się spóźnia.

Przysiadła bokiem na krawędzi biurka, sięgnęła po teczkę i jeszcze raz przerzuciła papiery. Niecierpliwiła się coraz bardziej. Popatrzyła na dołączone do dokumentów zdjęcie. Przystojny mężczyzna po trzydziestce ubrany w elegancką, z pewnością szytą na miarę antracytową marynarkę, ciemnoniebieską koszulę i krawat z jedwabiu w klasyczny wzorek. W kieszonce na piersi chusteczka z tego samego materiału.

– Założę się, że nigdy nie wytarł nią dziecinnego noska – skomentowała kąśliwie, wiedząc przy tym doskonale, co to dla niej oznacza. Przecież ma za zadanie przekonać matki, że ten gość wcale nie jest źle nastawiony do dzieci.

Co z pewnością się nie powiedzie, jeśli sama maksymalnie się w to nie zaangażuje. Nie musi lubić klienta, ważne, żeby wszyscy inni go polubili. Oczywiście byłoby lepiej, gdyby jej również przypadł do gustu, to znaczy gdyby w kontaktach okazał się równie ujmujący, jak ciemne oczy i seksowny uśmiech. Zmarszczyła czoło, znowu zerknęła na zegarek. Alec McAvoy przegina, tak bardzo się spóźniając. Przez niego siedzi tu niepotrzebnie. Włożyła wiele trudu, żeby znaleźć dla niego czas, musiała przełożyć umówione spotkanie.

Piętnaście minut później niecierpliwie przebierała nogami, gdy ktoś zapukał do drzwi. Sandy, jej asystentka, wsunęła głowę do środka. Na jej twarzy malował się niepokój. Doskonale znała awersję szefowej do spóźnialskich. Sama, gdy zaczynała u niej pracować, kilka razy wysłuchała przemowy na ten temat.

– Przyszedł pan McAvoy. Mam go wprowadzić czy przełożyć spotkanie na inny dzień?

Chętnie przystałaby na to ostatnie, jednak czuła się zobowiązana względem rady nadzorczej firmy Świat Dziecka.

– Przyjmę go teraz. Zostało mi jeszcze kilka minut do wyjścia.

Przykazała sobie, że ma być dla niego miła i entuzjastycznie nastawiona do sprawy. Jeśli jej wysiłki pójdą na marne i opinia publiczna nie kupi nowego wizerunku McAvoya, niech to nie będzie jej wina. Nie może niczego zaniedbać. Klient będzie mógł mieć pretensje tylko do siebie, dodała w duchu, patrząc na owego klienta, który właśnie wszedł do gabinetu.

Już na pierwszy rzut oka było widać, że zjawił się tu wbrew sobie. Nie chciał tu być, co gorsza, był wściekły, że go do tego zmuszono. Posępnie zaciśnięte usta jasno o tym świadczyły.

Jeden z tych, co to zawsze chcą grać pierwsze skrzypce. I bardzo nie lubią, gdy ktoś coś im narzuca, mówi, co mają robić, nieważne, w jakiej sprawie. Miała tylko nadzieję, że ten klient da sobie przemówić do rozsądku i nie będzie marnować jej cennego czasu. Przyjmie do wiadomości, że chodzi o jego dobro, i da się przekonać, że grają w jednej drużynie.

Był wyższy, niż się spodziewała, miał dobrze ponad metr osiemdziesiąt. I znacznie szerszy w barach, niż sądziła po zdjęciu. Było oczywiste, że ten wygląd zawdzięczał w głównej mierze systematycznym zajęciom na siłowni lub boisku, a nie tylko świetnie skrojonej, szytej na miarę marynarce.

Gdy tak przyglądała mu się taksującym spojrzeniem, niespodziewanie obudziła się w niej dziwna czujność, coś, co nie zdarzyło się jej od bardzo dawna. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, na co Alec McAvoy lekko uniósł ciemne brwi. Miał oczy w odcieniu butelkowej zieleni.

Wyczuła, że on również przeżył moment zaskoczenia. Przez mgnienie kobieca próżność podszeptywała, że powód był ten sam, co w jej przypadku, to znaczy chodziło o natychmiastowy i nieokiełznany pociąg fizyczny. Jednak odepchnęła od siebie tę myśl, nie tylko śmieszną i głupią, lecz także zupełnie do niej niepasującą. Owszem, był zaskoczony, ale dlatego że spodziewał się ujrzeć kogoś zupełnie innego. Wielu klientów tak reagowało. Robiła wrażenie słabej kobietki, kojarzyła się z nauczycielką ze szkółki niedzielnej czy matką z komitetu rodzicielskiego – w tych rolach rzeczywiście czasem występowała – a na pewno nie z osobą wpływającą na media i kształtującą opinię publiczną. Kiedyś jeden z klientów stwierdził, że to jej ogromny atut. Też tak uważała i zawsze korzystała z tego atutu.

– Panna Stillwell? – zapytał, a w jego głosie zabrzmiało zdumienie.

– Pani – odparła.

– Ach. – Skinął głową. – Oczywiście.

Czy jej się wydawało, że powiedział to z leciutką drwiną?

Wyciągnął do niej rękę. Była duża i ciepła, jej dłoń niemal w niej zatonęła.

– Zechce pan usiąść, panie McAvoy. – Wskazała fotel przy biurku. Gdy usiądzie, nie będzie jej tak przytłaczać.

– Tylko nie to. – Potrząsnął głową.

– Słucham? – Zapowiada się ciekawie, pomyślała, szykując się do dyskusji.

Jak się okazało, niepotrzebnie, bo Alec McAvoy dodał:

– Możemy dać sobie z tym spokój? To znaczy darujmy sobie te oficjalne formy, dobrze? Czuję się, jakbym znów był w szkole z internatem.

Szkoła z internatem. Czyli pochodzi z zamożnej rodziny i przywykł, że należy mu się więcej niż innym. To musiało wpłynąć na jego charakter.

– Niech zgadnę. Miewał pan wtedy kłopoty z władzami szkolnymi.

– Zdarzało się. – W zielonych oczach przemknęło coś na kształt buntu. – Zasady są po to, żeby je łamać.

– Ja tak nie uważam. A jedną z moich zasad jest punktualność – zakończyła znacząco.

– Domyślam się, że spodziewa się pani przeprosin za spóźnienie.

– Skoro pan to powiedział, to byłby dobry początek.

– Przepraszam. – Wygiął usta w uśmiechu.

Puls jej przyśpieszył, ale oczywiście zignorowała to i skrzyżowała ramiona.

– Naprawdę na więcej pana nie stać? Nic dziwnego, że rada nadzorcza Świata Dziecka zwróciła się do mnie o pomoc.

Jego uśmiech rozwiał się bez śladu.

– Potrafię być wymowny, gdy tego chcę – odparł, przesuwając po niej wzrokiem.

Poczuła się jak obnażona, choć ubrana była służbowo, czyli nad wyraz przyzwoicie, a już dekolt był po prostu nobliwy.

Zaraz potem McAvoy uśmiechnął się uwodzicielsko. Do diabła, ten uśmiech kojarzył się z romantyczną sytuacją, był idealny na grę wstępną. Powinna poczuć się dotknięta, urażona, a przynajmniej zirytowana. Tak się jednak nie stało. Ten uśmiech obudził ją... przywołał do życia.

Tym bardziej ją to zdenerwowało.

– Coś musimy sobie wyjaśnić, panie McAvoy – oznajmiła. – Nie mam nic przeciwko pochlebstwom. Powiem szczerze, że czasami bywają bardzo pomocne, zwłaszcza w mojej pracy, ale tak się składa, że jestem na nie uodporniona. Nie spotykamy się tu towarzysko, jest pan moim klientem. Te zabójcze spojrzenia niech pan zachowa dla swojej dziewczyny.

– Powiedziane prosto z mostu. – Znów uniósł brwi.

– Nie owijam niczego w bawełnę i mówię bez ogródek. Po co miałabym się w to bawić? To dobre dla dzieci.

– No właśnie, dlatego tu jestem. Chodzi o dzieci, a dokładniej o mój wizerunek. – Skrzywił się cierpko.

– Przyszedł tu pan wbrew sobie, jak sądzę.

– Tak, ale nie miałem wyboru.

Czyli nie tylko ja walę prosto z mostu, pomyślała.

– Strasznie pan namieszał, panie McAvoy.

– To prawda, ale wolałbym sam się z tego wybronić.

– Sam się z tego wybronić – powtórzyła drwiąco. – Cóż, podoba mi się takie podejście, ale nie mogę powiedzieć: „W takim razie żegnam, wolna droga”, bo z jakichś powodów to mnie zlecono zadanie oczyszczenia pana imienia, a także wyciągnięcie akcji Świata Dziecka z giełdowego dołka. Dlatego pan tu się zjawił, choć wbrew własnej woli. Może pan mnie sabotować, kwestionować moje kwalifikacje, rzucać mi kłody pod nogi, innymi słowy, wypowiedzieć mi wojnę, albo pomoże mi pan sobie pomóc.

Przez chwilę milczał, wreszcie odetchnął głęboko i spytał:

– Ta druga opcja... z czym będzie się wiązała?

Miała zaledwie dwadzieścia cztery godziny na obmyślenie wstępnego planu. Oczywiście tę informację zachowała dla siebie. Poza tym klient jest po rozmowie z radą nadzorczą, czyli został wprowadzony w temat. Jeśli czeka na wyjaśnienia, to się rozczaruje.

– Proszę usiąść. – Znów wskazała mu krzesło po drugiej stronie biurka, natomiast sama przysiadła bokiem na blacie. Teraz górowała nad nim, co w pewnym sensie dawało jej przewagę, bo musiał podnosić na nią wzrok. – Jako uzupełnienie wyjaśnienia tez zawartych w wywiadzie...

– To już zostało zrobione – wszedł jej w słowo.

– Nie przeze mnie. – Przeczytała informację, która pojawiła się po wywiadzie, zapewne jako jedna z niewielu osób, bo sygnowany przez niego artykuł przeszedł zupełnie bez echa. – Tak więc jako uzupełnienie wyjaśnienia i odpowiednio dobranych informacji dla mediów tradycyjnych i cyfrowych, musimy znaleźć albo wykoncypować jak najwięcej okazji, żeby pokazać pana z dziećmi, na zdjęciach i filmach.

– Z jakimi dziećmi? – Zwęził oczy.

– Ma pan jakieś dzieci w najbliższym otoczeniu? Siostrzeńców? Bratanice? – Dzięki Eloise, starszej siostrze, miała siostrzeńca i siostrzenicę. Byłoby super, gdyby Alec też miał bliskie kontakty z małymi dziećmi. Idealnie mogłaby to wykorzystać. Jednak uparcie milczał. – Niech pan zostawi to mnie.

– Powiedziała pani „wykoncypować”.

– Trudno się spodziewać, żeby wszystko spadło nam z nieba. O zaproszenia na różne imprezy trzeba nieraz dobrze się postarać. Dlatego mam pomysł, żeby Świat Dziecka sam zorganizował imprezę w Chicago, może też w innych miejscach, jeśli uznam, że to się opłaci. Można połączyć to z waszą kampanią „Jedna Wielka Rodzina”.

– I co? Miałbym całować dzieci jak jakiś polityk w trakcie kampanii wyborczej? – Był bardziej poruszony niż rozbawiony.

– Jeśli to będzie konieczne. To dla pana problem? – Musiała wiedzieć, czego się po nim spodziewać.

– Wstrzymam się z odpowiedzią. – Zacisnął szczęki.

Julia weszła za biurko i sięgnęła po kartkę, którą następnie mu podała.

– To lista imprez, które powinniśmy wziąć pod uwagę. Te dwie zakreślone na zielono są potwierdzone. – Z tym poszło jej bez trudu, bo organizatorzy rozpaczliwie poszukiwali sponsorów. W zamian obiecali wystosować zaproszenie. – Te na żółto jeszcze są niepewne. Postaram się o więcej, ale to już jakiś początek.

Alec szybko przebiegł listę wzrokiem, po czym oznajmił:

– Popatrzę na moje plany i dam pani znać.

– Nie, to pan musi, powtarzam: musi znaleźć wtedy czas, natomiast ja, powtarzam: ja poinstruuję, co należy powiedzieć i w jakim stroju wystąpić.

– Będzie mi pani dobierać ubranie? – Podniósł się. Wyraźnie mu to nie odpowiadało.

Wielu klientów, zwłaszcza tych, którzy przychodzili do niej z musu, broniło się przed taką ingerencją. Rozumiała ich, lecz to niczego nie zmieniało.

– Do biura czy w wolnym czasie może się pan ubierać, jak pan chce – oznajmiła. – Jednak na publiczne okazje to ja dobiorę panu strój. Musi być adekwatny do przekazu, jaki chcemy wysłać.

– Jaki przekaz wysyłają moje ubrania?

Zdusiła westchnienie, umykając wzrokiem. Musi zachowywać się profesjonalnie.

– Powiedziano mi, że przywiązuje pan dużą wagę do swojego wyglądu i kupuje to, co się panu spodoba, niezależnie od ceny.

– Czy to źle?

– Dla większości klientów Świata Dziecka, czyli rodziców kupujących produkty potrzebne ich dzieciom, taki styl życia jest po prostu niedosiężny. Nie identyfikują się z nim.

– Czy to znaczy, że jestem snobem? – Skrzyżował ramiona na piersi.

– Nic takiego nie powiedziałam.

– Ale tak pani myśli?

– To, co myślę, nie jest istotne. Ważne są sygnały, które pan wyśle, jeśli nie będzie pan ostrożny. Mam temu zapobiec i przygotować inne sygnały. – Urwała na moment. – Innymi słowy, chodzi o pana wizerunek. – Przygotowała się do dalszej dyskusji, jakże częstej w takich sytuacjach.

Jednak Alec McAvoy rzekł tylko:

– Pani jest specjalistką.

– Owszem, jestem.

Nie dała się zwieść. On jeszcze się nie poddał. Czuła, że nim dotrą do końca, nie raz i nie dwa ostro się zetrą. I w jakiś perwersyjny sposób czekała na to.

ROZDZIAŁ DRUGI

To było trochę jak gra w szachy. Albo czekanie, kto pierwszy się ugnie i mrugnie. Tym bardziej go złościło, że okazał się słabszy.

Julia Stillwell była dla niego niespodzianką. Średniego wzrostu, o apetycznie zaokrąglonej figurze, ubrana w kremową jedwabną bluzkę i klasyczną granatową ołówkową spódnicę, robiła wrażenie miłej dziewczyny z sąsiedztwa, osoby, która nikomu nie zagraża. Przeciwników rozbrajała anielskim uśmiechem i dołeczkami w policzkach, co odwracało uwagę od nieco kąśliwego tonu. Jednak tym, co go kompletnie zaskoczyło, była jego natychmiastowa i zdumiewająca reakcja na jej widok. Jakby ktoś wymierzył mu cios prosto w żołądek. Jeszcze się z tego nie otrząsnął.

Po piętnastu minutach Julia spojrzała na zegarek – choć Alec był święcie przekonany, że doskonale wiedziała, która jest godzina – i oznajmiła:

– Muszę się już zbierać, ale jutro skontaktuję się z panem z samego rana.

– Gorąca randka? – zapytał prowokacyjnie, by wytrącić ją z równowagi. Nie powinna być aż taka opanowana. Poza tym był ciekawy, jak zareaguje.

Jednak wcale nie zbił jej z tropu. Przeciwnie, uśmiech, który mu posłała, był swobodny i podszyty humorem.

– To już minęło – odparła.

Co to, do diabła, ma znaczyć? – zachodził w głowę.

Zdjęcia, które stały na jej biurku, były ustawione pod takim kątem, że nie mógł ich widzieć. Fotki męża? Raczej nie. Nie miała obrączki, co już wcześniej zauważył. Może więc zdjęcia ukochanego? Ciekawość, która wprost zżerała Aleca, zirytowała go bardziej niż wymijająca odpowiedź Julii.

– Czy nie za wcześnie kończyć pracę o tej porze? – spytał równie prowokacyjnym tonem jak przed chwilą. – Jeszcze nawet nie ma piątej.

Julia pochyliła się nad komputerem, kliknęła i stojąca za nią drukarka zaczęła wyrzucać zadrukowane kartki.

– Pan do której pracuje? – zapytała, odwracając się i sięgając po wydruki.

– Przynajmniej do szóstej, czasami do siódmej. – Prawdę mówiąc, zostawał w biurze jeszcze dłużej, zwykle nie wychodził wcześniej niż po ósmej. Ze sprzątaczkami i ochroniarzami z nocnej zmiany był niemal za pan brat.

– Ile godzin tygodniowo spędza pan w pracy?

– Pięćdziesiąt do sześćdziesięciu. – I dłużej. W zeszłym tygodniu co najmniej siedemdziesiąt pięć.

Julia pokręciła głową. Jej mina mówiła sama za siebie: „Tak myślałam”.

– Mój tydzień pracy to czterdzieści godzin. Nigdy tego czasu nie przekraczam. Zaczynam wcześnie, więc mogę wcześnie wychodzić. – Znów popatrzyła na zegarek. – Dzisiaj przeciągnęłam o pięć minut. Z pana powodu. – Ułożyła wydruki i wyciągnęła rękę po zszywacz.

Działa szybko i sprawnie, skonstatował w duchu.

– Nie zdarza się pani zostać po godzinach? Biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znalazłem, i honorarium, jakie płaci pani moja firma, chyba warto popracować kilka godzin dłużej. Zawsze to dodatkowe pieniądze. – Był przekonany, że tym razem wreszcie ją zdenerwuje.

Bardzo się jednak zawiódł. Osiągnął tylko tyle, że w jej głosie pojawił się trochę ostrzejszy ton:

– Uważam, że we wszystkim należy zachować odpowiednie proporcje. Poza zawodowym mam prywatne życie i zawsze sprawy osobiste były, są i będą dla mnie ważniejsze niż wynagrodzenie.

– No tak... – Spojrzał na nią z uwagą. – To jeden z plusów, gdy się jest swoim własnym szefem, nieprawdaż?

– Właśnie. Już dawno postanowiłam, że moje dzieci zawsze będą dla mnie na pierwszym miejscu.

– Zaraz... to pani ma dzieci?! – Natychmiast zdał sobie sprawę, jak to zabrzmiało.

Na twarzy Julii pojawił się zacięty wyraz. Przez chwilę milczała, aż wreszcie odparła:

– Dwoje, ale nie ma pan powodu do obaw. Nie zaniedbuję ich. Zapewniam im wszystko, co potrzeba. – Odwróciła w jego stronę fotografie na biurku przedstawiające dwójkę roześmianych dzieci w wieku szkolnym, chłopczyka i dziewczynkę. Oboje mieli dołeczki w policzkach, jak ich mama.

– Przepraszam. – Potarł dłonią kark.

– Okej... Ostatnio wciąż musi pan przepraszać w związku z dziećmi.

– Nie mam nic przeciwko dzieciom. – Boże, dopomóż. Zaczyna się powtarzać jak zdarta płyta.

– Po raz drugi okej... – Zadumała się na moment. – Dam panu wskazówkę, i to gratis. Praca jest dla mnie, nie ja dla pracy. Dlatego nie spędzam w niej całego mojego czasu. Alec – przeszła na ty – naprawdę nie żyjemy tylko po to, żeby pracować. Życie to coś więcej. O wiele więcej.

– Mówisz jak moja matka.

– Przyjmuję to za komplement – odparła.

Nie taka była jego intencja, choć po minie Julii widział, że na to wyszło. Jego starzy wiedli ekstrawaganckie życie ponad stan. Jeszcze nim skończył college, przepuścili olbrzymi spadek po rodzicach mamy. Gdyby nie dziadek ze strony ojca, skończyliby na ulicy bez grosza przy duszy, a on musiałby zrezygnować z prestiżowej uczelni.

Dziadek przed śmiercią wpłacił wszystkie pieniądze na fundusz powierniczy, do którego dostęp miał tylko Alec. Teraz to do niego musieli się zwracać rodzice, gdy znów brakowało im pieniędzy. Ani on, ani oni nie byli z tego szczególnie zadowoleni.