Nowy podarunek - Krystyna Mirek - ebook

Nowy podarunek ebook

Krystyna Mirek

4,4

Opis

Marta wysłała prośbę do losu. On podjął wyzwanie. Jednak odpowiedział zupełnie inaczej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

Opowieść o samotności i o poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi, niezwykłych smakach i mocy tradycji. Ale przede wszystkim to historia o miłości, która nie zawsze czeka za rogiem. Czasem jest jeszcze bliżej.

Marta ma męża i dzieci, ale czuje się bardzo samotna. Jej małżeństwo jest nieszczęśliwe, syn i córka pogrążeni we własnych sprawach, a teściowa, należąca do szanowanej rodziny z tradycjami, na każdym kroku daje wyraz swojemu niezadowoleniu...

Kaja jest ładna, młoda i bardzo kocha życie. Dobre jedzenie, dowcipnych i bogatych mężczyzn, piękne ubrania. Jest tak bardzo skupiona na sobie, że nie zauważa czyichś silnych, barczystych ramion, sympatycznej twarzy i zatroskanego spojrzenia.

Marta, chcąc zmienić swoje życie, wysyła do losu malutką prośbę. Prośbę o szczęście, o gwiazdkę z nieba.

Los podejmuje wyzwanie i spełnia życzenie. Jednak zupełnie inaczej niż ktokolwiek się spodziewał.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 345

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (425 ocen)
247
123
46
7
2

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

Świat tonął w śniegu. Wszystko było białe, czyste i piękne. Z głośników radiowych płynęły kolędy i nawet Marta, po raz pierwszy od lat, poczuła nastrój zbliżającej się Wigilii. Cieszyło ją skrzypienie śniegu pod butami oraz świąteczne dekoracje. Pod warunkiem oczywiście, że akurat przebywała poza domem i udało jej się choć na chwilę zapomnieć o rzeczywistości.

Teraz jednak stała we własnej kuchni, niewygodnie oparta o szafkę narożną, której brzeg wbijał jej się boleśnie w plecy, a dźwięk kolęd sączących się z radia tylko ją drażnił, stanowił bowiem wyjątkowo niestosowne tło dla dyskusji, jaka się właśnie tutaj toczyła.

Marta zacisnęła zęby. Ze wszystkich sił starała się zachować spokój, ale z każdą minutą stawało się to coraz trudniejsze.

– Jeżeli znowu zaprosisz swoją mamę, ja wyjdę! – krzyknęła. – Ona ma w sobie tyle jadu, że wypala nam dziury w dywanie, ilekroć się odezwie. Nie zgadzam się. Rozumiesz?

Obcy Człowiek, za którego Marta nieopatrznie wyszła za mąż kilkanaście lat temu, spojrzał na nią wrogo.

– Ona jest samotna, nie ma do kogo pójść na kolację – powiedział, a żyłka na szyi mocno mu zadrgała, zdradzając targające nim emocje. – Jeśli nie chcesz jej zaprosić, to może my pójdziemy do niej?

Marta wyszła z kuchni bez słowa. Miała dość tej dyskusji. Co roku te same argumenty, nic niewnoszące do sprawy. Miała tak wielki żal do swojej teściowej, że żadna, nawet najdłuższa rozmowa nie mogła niczego w tej sprawie zmienić.

Trzasnęła drzwiami, może trochę mocniej, niż miała zamiar, i westchnęła ciężko. Usiadła na kanapie w pokoju, po czym przyciszyła nastawiony na pełen regulator telewizor. Ktoś, zapewne jej syn, włączył program, po czym zniknął. Marta schowała twarz w dłoniach.

Chciała tylko omówić z rodziną świąteczne plany. Dlaczego ta rozmowa musiała jak zawsze skończyć się kłótnią? W tysiącach domów szczęśliwi ludzie ustalają właśnie listę smakołyków, które pojawią się na ich świątecznym stole. Zapraszają gości i już się cieszą perspektywą wspólnego świętowania. Tylko ona nie mogła zadać jednego nawet pytania, by natychmiast nie usłyszeć, że należy zaprosić teściową. Miała ochotę krzyczeć na cały głos. Złożyć protest, oflagować się i rozwinąć transparenty. Bo zwyczajne mówienie nie przynosiło żadnego efektu.

Jej syn Łukasz wyszedł z pokoju i niosąc w dłoniach pusty talerz z widocznymi śladami po keczupie, skierował się w stronę kuchni. Marta pociągnęła go lekko za rozwleczony podkoszulek, który syn upierał się zakładać nie tylko w domu, lecz niestety także wychodząc do szkoły. Z trudem stłumiła w sobie palącą chęć natychmiastowego wygłoszenia kazania na temat roli schludnego wyglądu w życiu młodego człowieka. Nie miała sił na kolejną kłótnię, a właśnie w ten sposób kończyły się ostatnio wszelkie jej dydaktyczne działania.

– Możesz usiąść? – zapytała i odwróciła wzrok od wymiętolonego podkoszulka. – Chciałabym porozmawiać.

Łukasz spojrzał na nią zaledwie przez ułamek sekundy.

– Zajęty jestem – odparł szybko. – Musi być teraz? – rzucił pytanie tonem zdradzającym niewymowne zniecierpliwienie z powodu poświęcenia na tę wypowiedź aż kilku sekund swojego cennego czasu.

Przez uchylone drzwi jego pokoju widać było ekran komputera. Zatrzymana gra wyraźnie wskazywała na zajęcie, które właśnie porzucił.

Marta poczuła, że poziom jej rozżalenia rośnie, błyskawicznie zbliżając się do granicy, za którą nie będzie się już mogła opanować. Jej własne dziecko, któremu poświęciła tyle nieprzespanych nocy, nie miało dla niej nawet minuty.

– Nie robisz przecież nic ważnego! – krzyknęła. – A ja chciałabym porozmawiać o świętach.

– Mnie tam wszystko jedno – powiedział Łukasz, wychylając głowę z kuchni, do której spokojnie wszedł. – To po prostu kilka dni wolnych od szkoły, i tyle. Nie ma o co robić szumu.

– Jak możesz tak mówić? – oburzyła się Marta. – A kolacja wigilijna? Trzeba przygotować jedzenie.

– Jeśli o mnie chodzi, może być pizza i cola! – krzyknął. Usłyszała dźwięk zamykanych drzwi lodówki i szelest papieru. Syn chyba uznał rozmowę za zakończoną i zajął się przyjemniejszymi czynnościami, czyli przygotowywaniem sobie jedzenia.

– Wracaj tutaj w tej chwili! – zawołała Marta. – Rozmawiam z tobą.

Łukasz wyszedł z kuchni z miną męczennika. Stanął w drzwiach, oparł się o framugę i westchnął.

– Słucham – powiedział takim tonem, jakby ta krótka rozmowa z matką stanowiła dla niego wyzwanie ponad siły.

Marta przypomniała sobie słodkiego przedszkolaka, który jeszcze nie tak dawno temu biegał po tym samym pokoju, wyciągał do niej pulchne rączki i nie mógł się doczekać, kiedy mama wróci z pracy.

Gdzie się podziało tamto dziecko? – zastanowiła się. – I najważniejsze pytanie, czy jest jakiś sposób, aby je odzyskać?

– Przestań się zgrywać – podjęła walkę. – Zawsze przecież lubiłeś święta.

– Tak. – Łukasz uśmiechnął się krzywo. – Tylko kiedy to było?

Marta dałaby głowę, że zaledwie chwilę temu.

– Wcale nie tak dawno – powiedziała z pełnym przekonaniem. – Wciąż dobrze to pamiętam. Przynajmniej powiedz, co chciałbyś dostać – zapytała pewna, że prezenty to jest coś, co lubią wszyscy. Nawet zadziorne nastolatki.

– Jeden wieczór spokoju bez waszych kłótni albo lepsze słuchawki, żeby was nie słyszeć. – Syn zaskoczył ją kompletnie. – Bo już naprawdę wytrzymać nie można.

Wyszedł z pokoju, nie czekając na odpowiedź.

Marta dłuższą chwilę zbierała myśli, czując się jak po walce na ringu. Przegranej. Takiej, po której pojawia się trudne do opanowania poczucie rozpaczy i beznadziei.

Od jakiegoś czasu nie mogła znieść widoku swojego męża. Próbowała tłumić i ukrywać to uczucie ze względu na dzieci, ale z synem i córką miała przecież zawsze dobry kontakt. Co się stało, że także w tej sferze pojawiły się problemy?

Ostatnią deską ratunku była Julka, młodsza córeczka. Miała osiem lat. Nie mogła jeszcze zgorzknieć, a faza buntu też wciąż była przed nią.

Marta wstała z trudem z kanapy. Otworzyła drzwi pokoju córki. Jego wystrój zdradzał bez najmniejszych wątpliwości, że to pomieszczenie zamieszkuje dziewczynka. Wciąż jeszcze mała. Słodkie pluszaki ledwo mieściły się na półkach, ukochana poduszka z różową aplikacją wciąż leżała na łóżku, a kolorowe zasłonki tworzyły przyjazną atmosferę. Marta podniosła się nieco na duchu. Weszła do środka.

Córka siedziała przed otwartym laptopem i z prędkością, jakiej nie powstydziłaby się zawodowa sekretarka, stukała w klawiaturę.

– Zrób sobie przerwę – zaproponowała Marta. – Chciałabym porozmawiać o świętach.

– Teraz nie mogę – nieuważnie odpowiedziała jej córka i znów utonęła w świecie płynących wartkim nurtem wiadomości i komentarzy.

– Trzeba coś zaplanować – walczyła Marta. – Co ugotować na święta, kogo zaprosić…

– Babcię – odparła szybko Julka. – Zapytaj ją, ona tak pysznie gotuje i zna się na świętach. Najlepiej z nią wszystko ustal.

W Marcie krew zawrzała. Teściowa była wszędzie. Jej duch unosił się nawet w tym mieszkaniu, do którego się wyprowadzili z rodzinnego domu Krzysztofa, żeby mieć choć trochę prywatności. Ale najwyraźniej duch teściowej spakował się razem z nimi. Choć dzieliło ich dwadzieścia kilometrów, Marta wciąż czuła na sobie krytyczny wzrok matki swojego męża.

Otrząsnęła się z tego absurdalnego wrażenia.

– Co robisz? – zapytała i pochyliła się nad monitorem komputera.

– To forum – odpowiedziała Julka.

– Jakie? – wystraszyła się Marta, a w jej głowie natychmiast pojawiły się setki podejrzeń. Internet był nieograniczoną przestrzenią pełną niebezpieczeństw. – Może to jakieś podejrzane miejsce! – zawołała.

– Nie denerwuj się – spokojnie odpowiedziała córka. – Tata mi tu założył tyle blokad, że mało brakowało, a wszystko by przestało działać.

– To dobrze. – Marta odetchnęła z ulgą. – Tata miał rację. – Te słowa z pewnym trudem przeszły jej przez gardło. – O czym dyskutujecie?

– O pielęgnacji skóry twarzy – poważnie odpowiedziała córka. – Są sposoby, by zatrzymać procesy starzenia.

– Ach! – Marcie brakło słów i odruchowo spojrzała na idealnie gładki, lekko różowy policzek córki.

Dziewczynka jakby odczytała jej myśli.

– Skóra zmienia się już po pierwszym roku życia – powiedziała.

Marta poczuła w sobie silną potrzebę wygłoszenia długiego soczystego kazania na temat manipulowania dziewczynkami, by stworzyć z nich klientki firm kosmetycznych, wydające ciężko zarobione pieniądze rodziców na zupełnie niepotrzebne, za to bardzo drogie specyfiki.

– To jakie tam polecają sposoby? – zapytała agresywnie, gotowa natychmiast przystąpić do frontalnego ataku.

– Pić dużo wody i nie martwić się – zaskoczyła ją kompletnie córka. – Myśli widać na twarzy. Tak mówią specjaliści. Trzeba dużo i dobrze myśleć – zakończyła.

Marta spojrzała na nią z podziwem.

– Mądrze to powiedziałaś – pochwaliła ją po chwili. – Coś czuję, że ja się szybko nabawię zmarszczek, i to konkretnych.

– Musisz zmienić myślenie – poradziła jej córka, jednocześnie sprawnie tworząc odpowiedź na zapytanie w toczącej się online dyskusji.

Marta wstała i uśmiechnęła się tylko. Jak można było inaczej zareagować na tę dziecięcą naiwność?

– Za chwilę kończysz – przypomniała dziewczynce i wyszła. W przedpokoju odruchowo spojrzała w lustro. Zmarszczki oczywiście już były na swoich stałych miejscach.

Czy na twarzy widać też było smutne myśli, krążące całymi stadami w jej głowie?

 

***

Wróciła do wspólnego pokoju, szumnie nazywanego salonem, choć w gruncie rzeczy było to zwyczajne małe pomieszczenie z niewielkim balkonem. Marta usiadła znów na kanapie, a mąż pojawił się obok. Ucieszyła się. Była w lepszym nastroju po rozmowie z córką i miała ochotę na sympatyczny wieczór. Oczekiwała jakiegoś miłego gestu, ciepłego słowa. Czegoś, co sprawi, że atmosfera w domu będzie lepsza.

Ale mąż tylko spojrzał na nią dziwnie, jakby on również czegoś się spodziewał. Wobec smutnej, bardzo poważnej miny Marty i jej zasznurowanych w wąską kreskę ust odwrócił głowę, po czym bez słowa wziął pilota i włączył telewizor. Głośna reklama wypełniła ciszę panującą w pokoju. Zabrzmiała optymistyczna muzyka, a szczęśliwi ludzie, którzy wszystkie swoje problemy rozwiązują za pomocą specjalnej margaryny lub odpowiednio dobranego proszku do prania, uśmiechali się z ekranu. W pokoju zrobiło się odrobinę weselej. Program telewizyjny dawał złudzenie, że w domu coś się dzieje.

Ale Marcie wcale to nie pomagało, wręcz przeciwnie, była coraz bardziej zła.

Oczywiście – pomyślała rozżalona. – Musiał włączyć to głupie pudło i teraz będzie się w nie bezmyślnie gapił aż do późnej nocy. Nie może jak inni mężczyźni przytulić żony, zapytać, jak minął dzień, załagodzić jakoś konflikt, spróbować znaleźć kompromis? Nic z tych rzeczy. Będzie siedział jak kołek i milczał.

Czekała jeszcze chwilę, wzdychała, rzucała znaczące spojrzenia, ale nie dostrzegła żadnej reakcji. Krzysztof tylko pochylił ramiona i lekko się odsunął. Wpatrywał się w reklamę proszku do prania, jakby czyszczenie brudnej bielizny stanowiło pasję jego życia, a przecież nie miał nawet zwyczaju włączać pralki. Marta wstała. Przełknęła podchodzące do gardła łzy i wyszła do sypialni. Zastosowała sprawdzony sposób na swoje smutki. Jak co dzień, od wielu już lat, uciekła od problemu. Wyrzuciła go ze świadomości. Zamknęła szczelnie drzwi pomieszczenia, jednocześnie tworząc zaporę przed tym wszystkim, co zostało po drugiej stronie.

Zajrzała do szafy. Skupiła się na poszukiwaniu odpowiedniego ubrania na jutrzejszą firmową wigilię. Przyłożyła do twarzy sukienkę z miękkiej wełny z delikatnym dekoltem. Przebrała się i spojrzała w lustro. Wciąż była młodą, atrakcyjną kobietą. Dawno już odzyskała figurę po ciąży, miała długie, zadbane włosy i tylko nieliczne zmarszczki.

Ładnie wyglądała. Jak przez mgłę wróciło wspomnienie pierwszej kolacji w domu teściowej. Marta bardzo się wtedy starała. Szesnaście razy zmieniała koncepcję ubrania. Sukienka, którą w końcu, po długich namysłach, włożyła, nie spodobała się jednak mamie Krzysztofa. Uczucie przykrości zapiekło prawie tak samo mocno jak wtedy. Żeby nie przejmować się krytyką, trzeba mieć silne poczucie własnej wartości, a tym Marta nie dysponowała wówczas prawie wcale. Niestety płynące lata nie zmieniły w tej kwestii zbyt wiele.

Kobieta uśmiechnęła się na próbę, a jej twarz natychmiast nabrała promiennego, ciepłego wyrazu. Tylko oczy były smutne. Głębokim, trwałym, rozpaczliwym poczuciem bezradności i opuszczenia. Czuła się bardzo samotna. Obcy Człowiek wciąż był jej mężem. Ostatnio był to wyłącznie formalny status, bo tak naprawdę jedyne, co ich łączyło, to zameldowanie pod tym samym adresem i korzystanie z jednej łazienki. Nic więcej. Ale Marta nie mogła sobie na nowo ułożyć życia, bo mąż jednak był i blokował miejsce, które mógłby zająć ktoś inny. Czasem myślała, że jest bohaterką. Poświęca się dla dobra dzieci i zapewnia im trwałą rodzinę, coraz większą rzadkość w dzisiejszym świecie. Tylko że prawda była inna.

Po prostu nie miała dokąd pójść. Ze swoją pensją niewiele przekraczającą najniższą krajową i dwójką dorastających dzieci nie miała szans na wynajęcie mieszkania i samodzielne życie. A książę z bajki, który mógłby rozwiązać jej problemy, jak na razie się nie pojawił. Owszem, istniał, był jej szefem. Miał wszystko, czego potrzebowała, i tylko jeden feler. Marta była mu zupełnie obojętna. Traktował ją wyłącznie jak koleżankę z pracy. Jedną z wielu wpatrzonych w niego młodych kobiet.

Czy wiedział o jej zauroczeniu? Jeśli nawet, to nigdy nie dał tego po sobie poznać. W żaden sposób. Ale i tak to wyimaginowane, nierealne uczucie podtrzymywało ją na duchu w najgorszych chwilach.

Zdjęła sukienkę. Odłożyła ją z westchnieniem do szafy, zarzuciła na siebie szlafrok i poszła do łazienki. Trzeba się było przygotować do snu. Nic innego nie pozostało.

– Za pół godziny wyłączasz komputer! – krzyknęła po drodze do córki przez uchylone drzwi jej pokoju.

– Dobrze – odparła Julka.

Marta zatrzymała się, tknięta niedobrym przeczuciem.

– Za trzydzieści minut – uściśliła. – Masz do tego czasu zakończyć rozmowy, zamknąć wszystkie programy i wyłączyć sprzęt. Rozumiesz?

– Oczywiście. – Julka odpowiedziała z głęboką pewnością.

– Żeby potem nie było niepotrzebnych stresów – tłumaczyła Marta. – Kiedy wyjdę z łazienki, masz być gotowa.

– Dobrze, będę – obiecała Julka. Wyglądała na miłe, grzeczne dziecko. Skupiona pochylała się nad ekranem komputera, a jasne włosy lekko opadały na różowy, gładki policzek.

Marta podeszła i pogłaskała dziewczynkę po głowie. Córka na krótką chwilę przytuliła się do jej dłoni. Świat momentalnie pojaśniał, a dobre myśli wróciły.

Jak to dobrze, że jesteś – pomyślała Marta, ale nie wypowiedziała głośno tych słów.

Weszła do łazienki. Kąpała się wyjątkowo długo. Dolewała gorącej wody do wanny i zanurzała w pachnącej pianie samotne, tęskniące za dotykiem ciało.

Dlaczego mój mąż mnie nie chce? – zastanawiała się jak już milion razy wcześniej. – Jestem ładniejsza niż wiele kobiet, które są kochane przez swoich mężczyzn. Dlaczego nie chce mnie Rafał? – Myśli płynęły ustalonym torem. Dobrze wiedziała, że powinna zmienić swoje życie, zawalczyć, ale naprawdę nie wiedziała, od czego zacząć.

Odejść od męża to, wbrew pozorom, wcale nie taka prosta sprawa. Rozwiązać problem buntujących się dzieci również nie jest łatwo, zwłaszcza kiedy człowiek jest zmęczony i nie wie, gdzie znajduje się źródło tych kłopotów.

Zmień coś! – krzyczał w jej wnętrzu mocny głos. Też tego pragnęła. Wciąż poszukiwała jakiejś drogi wyjścia, ale za każdym razem rozbijała się o ścianę. O brak pieniędzy, konieczność zadbania o dobro dzieci oraz nieobecność w promieniu wielu mil księcia na białym koniu, który zechciałby rozwiązać wszystkie te problemy.

Pragnienie buntu narastało jednak z wielką siłą. Czuła, że najmniejszy pretekst może spowodować, że wybuchnie z mocą, która zaskoczy wszystkich.

Wyszła z łazienki po godzinie, rozgrzana i pachnąca. Spojrzała w przelocie na siedzącego wciąż w tym samym miejscu męża. Nawet się nie odwrócił w jej stronę. Żal znów wypełnił serce Marty. Mogło być przecież zupełnie inaczej. W końcu całe to beznadziejne uczucie, jakie żywiła do swojego szefa, stanowiło wyłącznie efekt obojętności Krzysztofa. Trwającej już dość długo i niemożliwej do pokonania.

Marta stała jeszcze przez chwilę w przedpokoju, chciała dać mężowi szansę. W końcu kiedyś, w zamierzchłych czasach, kochali się. Czy było rzeczą zupełnie niemożliwą, by tamto uczucie wróciło? Mógł się przecież zdarzyć taki bożonarodzeniowy cud. Łatwiej jej jednak było uwierzyć, że o północy pies sąsiada przemówi ludzkim głosem i nawet powie coś sensownego, niż że możliwe jest naprawienie jej małżeństwa.

Zrobiło jej się zimno, krople wody z mokrych włosów zaczęły kapać na kark, a stopy zdrętwiały. Najwyraźniej miała rację. Jej małżeństwo skazane było na porażkę. Krzysztof nawet nie drgnął. Jak co wieczór musiała położyć się sama.

Jeszcze tylko należało dopilnować, by dzieci również poszły spać. Otworzyła drzwi pokoju Julki i od razu skoczyło jej ciśnienie.

– Skończyłaś? – zapytała głośniej, niż miała zamiar, zupełnie zresztą niepotrzebnie, bo bez trudu można było zauważyć, że dziewczynka nadal przebywa w innym wymiarze i nie dotrzymała danego matce słowa. – Prosiłam cię! – krzyknęła Marta. – Dlaczego mnie nie posłuchałaś?! W tej chwili wyłącz ten komputer! – zawołała, zanim córka zdołała odpowiedzieć. Nie była zła na Julkę, tylko zdenerwowana z powodu męża. Ale całe rozgoryczenie wylało się właśnie tutaj, w dziecięcym pokoju, pod wpływem małego impulsu, jakim był niewyłączony komputer.

– Przestań krzyczeć. Jeszcze chwilę i skończę! – Julka również podniosła głos, a zdenerwowanie matki sprawiło, że nić porozumienia, która zwykle łączyła je mocno, zerwała się.

– Teraz masz to zrobić! – Marta nie mogła się opanować. – Natychmiast. Rozumiesz? – Podeszła do biurka córki i położyła dłoń na klapie laptopa. – Zamykaj w tej chwili albo ja to zrobię. Jest godzina dziesiąta. Najwyższy czas iść się myć. Jeszcze twój brat musi się wykąpać i tata. W tej chwili kończ te zabawy – nacisnęła mocniej.

– Przestań! Zepsujesz mi laptopa! – krzyczała jej córka. – Niech Łukasz idzie pierwszy. Dlaczego zawsze ja muszę?

Marta miała dość. Codziennie to samo. Przepychanki słowne, droczenie się o wszystko.

– Przyjdź tutaj w tej chwili! – zawołała w stronę salonu, przekrzykując dźwięki płynące z telewizora. – I powiedz swojemu dziecku, że ma natychmiast iść się myć!

Krzysztof nie zareagował, odwrócił się w ich stronę, jakby potrzebował czasu do namysłu. Ale zanim zdążył podjąć jakąś decyzję, Łukasz wyszedł ze swojego pokoju z cierpiętniczą miną.

– Czy wy się wszyscy musicie w tym domu kłócić? W każdej możliwej konfiguracji? Ja mogę iść teraz do łazienki – dodał łaskawie. – Naprawdę nie wiem, o co tyle krzyku.

Marta wyszła z pokoju córki.

– Chciałem też powiedzieć, że jutro mnie nie ma – rzucił, zamykając drzwi. – Idę do kumpla i zostaję na noc.

– Chyba oszalałeś! – Marta zdenerwowała się znowu. – Wigilia za pasem. W domu mnóstwo pracy. Trzeba się przygotować do świąt.

– No właśnie! – krzyknął syn i puścił wodę do wanny. – Chciałbym je spędzić w spokoju.

Obcy Człowiek, będący jej mężem, nie zareagował. Zamiast natychmiast otworzyć drzwi łazienki, wyciągnąć swojego syna na zewnątrz i zmusić, by zaczął się odpowiednio zachowywać, lub wykonać jakiekolwiek energiczne działanie, Krzysztof po prostu wyszedł do kuchni.

– Dokąd idziesz?! – krzyknęła za nim Marta. – To twoje dziecko. Czemu nie reagujesz?

Nie spodziewała się odpowiedzi. Od dłuższego czasu częściej mijali się w milczeniu, niż wymieniali uwagami, ale tym razem jej mąż odwrócił się.

– Po prostu go rozumiem – odpowiedział.

W drzwiach pokoju stanęła Julka. Nagle wydała się Marcie bardzo mała. W niebieskiej bluzeczce i rozsypanymi na ramionach włosami. W oczach miała strach i smutek. Co gorsze, patrzyła z wielkim żalem na matkę, a nie ojca, choć przecież to on zachowywał się skandalicznie.

Marta poczuła, że coś w niej pękło. Miała dość. Serdecznie i z całego serca.

– Dajcie mi wszyscy święty spokój! – krzyknęła już przez łzy, których tym razem nie zdołała opanować, i uciekła do sypialni, mocno zatrzaskując za sobą drzwi.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

 

Kaja Orawska śmiała się serdecznie, zwijając się na kanapie.

– Czapkę mu popraw! – zawołała.

Jej chłopak, Daniel, zgodnie z wytycznymi, które otrzymał dzisiaj rano, ubrał choinkę, traktując zadanie po męsku dosłownie. Założył na smukłe drzewko swoją szeroką marynarkę oraz bokserki w mikołaje, zeszłoroczny prezent świąteczny. Zawiązał choince krawat i założył na bakier czerwoną czapkę z pomponem.

– Czemu się śmiejesz? – zapytał. – To najbardziej oryginalna choinka w całej okolicy. Zapewniam cię, że nikt takiej nie ma. Po co marnować czas na szukanie w piwnicy starych pudeł z bombkami, skoro można go poświęcić na ciekawsze czynności?

Położył się obok niej i pocałował w ciepłe usta, wobec czego nie zdołała odpowiedzieć, że pudła z ozdobami są nowiutkie i zawierają drogie, ręcznie zdobione bańki, na które wydała rok temu majątek, a zaciągnięty na to konto kredyt spłaca do tej pory.

– I tak w tym pokoju to ty jesteś najpiękniejsza – mówił Daniel, oderwawszy się na chwilę od ust dziewczyny. – Choinka nie ma szans, szkoda jej robić złudne nadzieje – wyszeptał jej do ucha, dmuchając jednocześnie ciepłym oddechem. – Niczego więcej mi nie potrzeba. Żadnych prezentów. Tylko ciebie.

Kaja uśmiechnęła się. W jej pełnych policzkach zrobiły się dołeczki, ale w głębi serca trochę się zmartwiła.

– Naprawdę tego chcesz? – powiedziała, rozciągając swoje troszkę zbyt krągłe, ale za to bardzo apetyczne ciało. Daniel zapatrzył się i na chwilę stracił wątek.

– Jedzenie sam przygotuję – powiedział nieuważnie, całując ją znowu.

Kaja skrzywiła się lekko. Ten plan na święta już zupełnie jej się nie spodobał. Jakieś zwyczajne jedzenie, bo Daniel nie był mistrzem kulinarnym, brak gustownych dekoracji i jeszcze do tego wszystkiego miała się obejść bez prezentów?

– Zastanawiam się, czy to dobry pomysł – powiedziała.

– Dlaczego? – Daniel wstał na chwilę i usiadł obok niej. – Przecież może być miło bez tej całej sztucznej otoczki.

– Nie wiesz, o czym mówisz. – Kaja nagle spoważniała. – Ja takie święta miałam przez całe dzieciństwo. Nie było choinki, bo mieszkanie za ciasne. Poza tym wszystko zgodnie z zasadą: byle taniej. Szaro, smutno i nędznie.

– Mówiłaś mi o tym – westchnął mężczyzna. – Rozumiem, że teraz chciałabyś żyć inaczej, ale twoi rodzice też pewnie mieli nielekko.

– Mieli dokładnie to, co chcieli – surowo powiedziała Kaja. – Oboje nie pracowali. Najpierw dlatego, że stracili etaty w tym samym zakładzie. Potem nie umieli szukać, a na końcu po prostu się przyzwyczaili. Do pobierania zasiłków, oglądania telewizji całymi dniami.

– Rozumiem cię – powiedział Daniel, ale Kaja mu nie wierzyła. Zresztą wcale jej na tym szczególnie nie zależało. Spotykała się z mężczyznami w innych celach niż wzajemne zrozumienie. Lubiła ich, jeśli potrafili sprawić, że dobrze się bawiła. Byli też pomocni w dopinaniu miesięcznego budżetu, co mocno ją drażniło, ale póki co nie zdołała zdobyć pełnej samodzielności. Brała więc, co życie niosło. Zakochiwała się z łatwością i równie szybko zapominała, kiedy związek się kończył.

Dam sobie radę – pomyślała optymistycznie i przytuliła się mocniej do swojego chłopaka, moszcząc sobie w jego ramionach wygodne miejsce. – Może sobie mówić, co chce, a ja i tak zrobię wszystko po swojemu – postanowiła.

– Będzie pięknie – powiedziała na głos i natychmiast poczuła, jak Daniel znieruchomiał i spiął się.

– Obiecaj, że tego znowu nie zrobisz – poprosił z naciskiem i podniósł się na łokciu, by spojrzeć jej w oczy.

– Dobrze, dobrze – odpowiedziała natychmiast, bo nie miała wątpliwości, że prawidłowo odczytał jej zamiary.

– Przyrzeknij – powiedział zupełnie poważnie.

Podniosła dwa palce w górę.

– Przyrzekam – odparła i roześmiała się, żeby rozładować trochę atmosferę. – O nic się nie martw. Niedługo święta, trzy dni wolnego i będziemy tylko we dwoje.

Daniel milczał. To jej się nie podobało. Była zmęczona po pracy i nie miała ochoty na zasadnicze rozmowy.

– Jeszcze tylko jutro ta nieszczęsna wigilia służbowa i wolne… – kusiła umiejętnie. – Będziemy sami. Tylko ty i ja.

Oraz góra jedzenia – dodała w myślach. – Piękna choinka, mnóstwo prezentów…

– Też się cieszę – Daniel przerwał dopieszczanie tej miłej wizji – ale proszę cię, żebyś pamiętała o naszej sytuacji finansowej.

Wciąż był spięty i Kaja trochę się zdenerwowała. Wstała gwałtownie z kanapy.

– Zaparzę pysznej herbatki – powiedziała.

Weszła do kuchni. Zjadła dwa czekoladowe pierniczki, które pozostały z otwartej rano paczki, i humor trochę jej się poprawił. Wysypała na talerzyk zawartość drugiej torebki ciastek, a znajomy zapach czekolady i korzennych przypraw sprawił, że poczuła się trochę lepiej. Rozdrażnienie minęło. Na wszelki wypadek wyciągnęła jeszcze z lodówki porcję makowca. Pochodził z najlepszej cukierni w mieście, a zakupiła go na wigilijną kolację. Postanowiła jednak zjeść go już dzisiaj, a na święta zamówić kolejny.

„Co masz zjeść jutro, zjedz dzisiaj, co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro” – ta optymistyczna maksyma wisiała u niej w kuchni nad stołem. Oryginalne ludowe porzekadło radziło wprawdzie coś zupełnie odwrotnego, ale ta wersja podobała się Kai o wiele bardziej.

Przez krótki moment pomyślała, że przecież nie ma pieniędzy na kolejne już ciasto, ale szybko zdławiła tę myśl. Nie po to studiowała pięć lat i pracowała całymi dniami, żeby teraz wszystkiego sobie odmawiać. Poza tym Daniel nie będzie przecież żałował tych paru groszy na wigilijny poczęstunek.

Zabrała talerzyk i odwróciła się w stronę kanapy, na której wciąż leżał jej chłopak. Uśmiechnęła się zalotnie i zgasiła światło. Daniel też potrzebował czegoś, by się oderwać od zbyt przyziemnych myśli, a ciastka na niego nie działały. Kaja położyła się obok i przytuliła z całej siły. To był dobry pomysł. Daniel natychmiast porzucił rozważania o tanich sposobach na organizację świąt i zajął się całowaniem jej krągłych ramion.

To zdecydowanie przyjemniejsze – westchnęła Kaja z zadowoleniem. Wieczór znów zapowiadał się optymistycznie.

 

***

Marta leżała w pustej sypialni. Wokół niej panowała cisza. Kobieta próbowała znów uciec w świat marzeń i wyobraźni, w którym chowała się zawsze, kiedy rzeczywistość zaczynała ją przerastać. Czuła jednak, że nie ma takiej możliwości, żeby zamknąć drzwi na tyle mocno, by zobojętnieć na dzieci, które pozostały po drugiej stronie. Kochała je z całego serca. Każda awantura kosztowała ją mnóstwo sił i mocno bolała. Wciąż sobie obiecywała, że następnym razem nie pozwoli się sprowokować, ale nerwy napięte jak postronki puszczały bez udziału jej woli. Za dużo było tych wszystkich zmartwień na jej jedną znękaną głowę.

Położyła się w łóżku i otuliła szczelnie kołdrą. Słyszała, jak po dłuższej chwili z łazienki wyszedł Łukasz. Potem znów woda zaszumiała. To zapewne Julka, tym razem bez protestów, poszła się myć. Kiedy córka skończyła przygotowania do snu, w mieszkaniu znów zapadła cisza. Marta przewracała się w pustym łóżku i nie mogła zasnąć. Tak bardzo chciała, żeby mąż przyszedł do niej, położył się obok, przytulił.

Ale Obcy Człowiek, z którym od jakiegoś czasu dzieliła sypialnię, długo się nie pojawiał. Marta w końcu zasnęła, a kiedy się przebudziła późno w nocy, Krzysztof leżał daleko, na drugim brzegu łóżka, zakręcony szczelnie w swoją kołdrę. Daleki, jakby znajdował się o setki mil od niej. I zupełnie obcy, choć leżał w jej własnym łóżku.

W gruncie rzeczy niewiele już o sobie wiedzieli, od dawna nie rozmawiali szczerze i czasem tylko zdarzało im się zaspokajać fizyczne potrzeby ciała krótkim zbliżeniem, które odbywało się bez słów. Marta zawsze potem miała kaca moralnego, że się na to godzi. Czuła się upokorzona, ale ciało miało swoje prawa i czasem była zbyt słaba, by się oprzeć.

Tym razem jednak nic nie wskazywało na to, by Krzysiek miał zamiar choćby odwrócić się w jej stronę.

– Bardzo dobrze – wyszeptała. – Wcale cię nie potrzebuję.

Ale to nie była prawda. Sen odpłynął, a poczucie ogromnej samotności wróciło. Od tygodni świat wokół przygotowywał się do świąt. Wszechobecne dekoracje, kolędy i śnieg za oknami budziły także w niej uśpione tęsknoty. Za wesołym gwarem w domu, uściskiem dziecięcych dłoni, prawdziwym pocałunkiem.

Wstała gwałtownie, bo na myśl o tym wszystkim żołądek skręcił jej się od nagłego bólu. Krzysztof nawet nie drgnął.

Mogłabym teraz wyjść na ulicę i odjechać na drugi koniec kraju, a on nawet by nie zauważył – pomyślała z żalem.

Włożyła pantofle, szlafrok na lewą stronę, przeczesała dłonią zmierzwione włosy i wyszła do kuchni. Włączyła czajnik. Przyłożyła do niego dłoń i po chwili poczuła ciepło gotującej się wody. Jednostajny szum podziałał uspokajająco. Musiała coś zrobić, była pewna, że prędko nie zaśnie, a nie miała ochoty leżeć w łóżku i godzinami przewracać się z boku na bok. Przygotowała sobie herbatę w ogromnym kubku i weszła do pustego salonu. Zapaliła lampkę przy stole i włączyła laptopa. Reklamy świątecznych produktów uderzyły w nią z nową mocą. Niezwykle pracochłonne potrawy, wspaniałe dekoracje i uśmiechnięte kobiety otrzymujące od przystojnych mężczyzn drogą biżuterię pod pięknie udekorowaną choinką.

Świat reklamy to kłamstwo i ułuda. Miała tego świadomość, ale wiedziała też, że naprawdę są takie rodziny, których członkowie siadają przy pięknym stole, rozmawiają, przytulają się, obdarowują udanymi prezentami albo po prostu cieszą swoją obecnością. Nie przeżyła ani jednej takiej wigilii w rodzinnym domu, a po ślubie też nie udało jej się stworzyć żadnej świątecznej tradycji. Nie dlatego, że brakowało jej chęci. Wszystkiemu winna była teściowa. Ta wspaniała gospodyni i strażniczka polskich obyczajów wszystko robiła doskonale. Wystarczyło jedno jej spojrzenie, by człowiek poczuł się cieniutki jak sosnowa igiełka. Matka Krzysztofa – obecna co roku przy świątecznym stole – mroziła atmosferę tak skutecznie, że Marta szybko przestała podejmować jakiekolwiek próby działania.

Reklamy kusiły jednak z wielką mocą. Marta spojrzała w okno. W świetle ulicznych latarni wirowały duże płatki śniegu. Stare osiedle, zwykłe dość obskurne, teraz przysypane równomiernie miękkim puchem, wyglądało jak kraina z baśni. Marta westchnęła w mimowolnym zachwycie. Wszystko wydało jej się nagle piękniejsze i możliwe.

Wyszła na balkon i podniosła twarz w stronę granatowego, pełnego gwiazd nieba. Pozwoliła, by wilgotne płatki śniegu spadały miękko na jej włosy, policzki oraz zamknięte powieki.

Westchnęła.

– Tylko jeden raz – poprosiła żarliwie. – Raz w życiu chciałabym przeżyć taką chwilę prawdziwego szczęścia. Radości tak wielkiej, że serce nie będzie w stanie jej pomieścić. Miłości tak prawdziwej, że człowiek zapragnie wtulić się w czyjeś ciepłe ramiona, spojrzeć w niebo i śmiać się ze wszystkich sił. Głośno, szczerze, niepowstrzymanie.

Z taką samą mocą, jak teraz chciało jej się płakać.

Niech tak się stanie – posłała wiadomość w kosmos. – Chociaż jeden raz – poprosiła znowu. – Niech ktokolwiek mnie usłyszy i pomoże.

Prośba ruszyła w stronę rozgwieżdżonego nieba.

Marta pomyślała, że pierwszą szansą dla losu mogłaby być piękna wigilia.

Z czarem, magią i miłością. Pełna kolorowych świateł, roześmianych ludzi, pysznego jedzenia, ale przede wszystkim ciepłych uczuć – podpowiedziała losowi.

Ale on miał już swoje plany i nie potrzebował pomocy.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 3

 

 

 

 

Eleonora Barska wstała skoro świt. Zawsze tak robiła.

W głowie lekko jej się zakręciło, ale zlekceważyła ten dobrze znany objaw. Jak się wychowało dzieci, pracując na etacie i zajmując się dużym domem z ogrodem, to człowiek ma naprawdę spore doświadczenie w pokonywaniu trudności.

Eleonora otarła spocone czoło, poprawiła wciąż gęste i naturalnie ciemne włosy, po czym poszła się umyć. Starannie się ubrała, zauważając z niezadowoleniem, że porusza się dzisiaj o wiele wolniej niż zwykle. Nastrój też miała nie najlepszy. Święta zbliżały się wielkimi krokami, a wciąż nie było wiadomo, gdzie odbędzie się rodzinna wigilia.

Całym ciałem, duszą, umysłem i sercem rwała się do przygotowań. Najchętniej sama, własnymi rękami zrobiłaby wszystko. Jak w tych odległych, pięknych czasach, kiedy dzieci były małe i łatwo poddawały się jej woli.

Ach, jakie wtedy były wspaniałe święta w tym domu – westchnęła, wspominając obfitość potraw, serdeczną atmosferę i głębię religijnego przeżycia, którą wtedy wszyscy odczuwali.

Eleonora jako ostatnia strażniczka rodzinnych tradycji, sięgających dziesiątków lat wstecz, czuła się odpowiedzialna za ich dalsze losy. Jednak zadanie było trudne i coraz częściej popadała z tego powodu w prawdziwą panikę.

To było naprawdę nie do uwierzenia, ale w czasach kryzysu, bezrobocia, szalejących cen nieruchomości, ona nie miała komu przekazać swojego pięknego domu.

Córka wyjechała, a Krzysztof…

Na samą myśl serce ścisnęło jej się boleśnie. Jej pierworodny synek. Malutki chłopczyk, którego jeszcze nie tak dawno nosiła na rękach, całowała w miękkie czółko. Ani się obejrzała, jak dorósł i któregoś fatalnego popołudnia przyprowadził do domu Martę. Od tej pory wszystko się zmieniło.

Eleonora straciła dziecko.

Tak to właśnie postrzegała. Marta była agresorem, najeźdźcą, który wdarł się w poukładane życie rodzinne i wszystko wywrócił do góry nogami. Czasem poprzez małżeństwo matka zyskuje nową córkę, Eleonora straciła syna.

Gdyby jeszcze Krzysztof znalazł w tym związku szczęście, gdyby Marta okazała się kochającą żoną, która potrafi stworzyć mężczyźnie prawdziwy dom. Ale o tym nie było nawet co marzyć. Synowa wciąż była o coś obrażona, wiecznie smutna, milcząca, pogrążona we własnym świecie.

Eleonora rozżaliła się jak zwykle. Chciała pomóc młodej żonie syna. Nieustannie wskazywała jej punkty, w których powinna się zmienić. Mówiła wiele razy, co i w jaki sposób należy poprawić, żeby było lepiej. Ale nic nie pomagało. Na okazywaną życzliwość Marta reagowała coraz bardziej nerwowo, aż w końcu zabrała swoją rodzinę i wyprowadziła się do wynajętego mieszkania. Na samo wspomnienie tego momentu Eleonora poczuła ten sam co wtedy mocny ból w klatce piersiowej. Przez ostatnie lata nie zelżał ani trochę. W tym przypadku czas nie leczył ran, wręcz przeciwnie, tylko je pogłębiał.

Kobieta weszła do kuchni i spojrzała w stronę jadalni, której wysokie okna pokazywały piękny ogród tonący w śniegu. To tutaj przez dziesiątki lat zbierała się rodzina. Dom miał ponad sto lat i cudem przetrwał wojenne zawieruchy. Niszczony przez czas odbudowywał się kochającymi, troskliwymi dłońmi zapobiegliwych właścicieli i trwał. Dzisiaj nie trzeba było już chronić go przed ostrzałem, jak w czasie walk, ani cudem zdobywać wapna na remont, jak to miało miejsce za komuny. Teraz wszystko stało się łatwo dostępne. Ale paradoksalnie właśnie w ostatnich latach dom najbardziej podupadł. Jeszcze można to było ukryć idealnym porządkiem, kwiatami, serwetami i bujnym ogrodem, który tworzyły pokolenia, ale budynek coraz głośniej wołał o kolejny remont, męską rękę, młodych, energicznych gospodarzy.

Eleonora usiadła w kuchni i wzięła podwójną dawkę kropli nasercowych. Cieszyła się, że dzisiejszego poranka odwiedzi ją przyjaciółka, więc nie musi spędzać go sama. Święta w naturalny sposób skłaniają ludzi do podsumowań. Wszystko widać wtedy ostrzej. Miłość, ale także i samotność. Bogactwo i biedę. Wiarę i jej brak. Oraz wszystkie inne sprawy zamiatane w ciągu roku pod dywan.

Eleonora westchnęła. Nie chciała już myśleć o swoim życiu. Od kilku dni dręczyła ją chęć, by zasłonić portret prababci swojego męża wiszący nad kominkiem. Miała wrażenie, że dziewiętnastowieczna dama w pięknej sukni spogląda na nią coraz bardziej krytycznym wzrokiem. Wyniesienie tego obrazu byłoby prawdziwą rewolucją jak na standardy tej rodziny, bo prababcia wisiała na ścianie przez pokolenia.

– A właściwie dlaczego nie? – powiedziała półgłosem Eleonora, bo odkąd została sama, nabrała zwyczaju rozmawiania ze sobą. – To w końcu mój dom. Mam prawo dokonywać zmian.

W głębi serca wcale nie była tego taka pewna, ale wstała i podeszła do salonu.

– Wyprowadzasz się! – zwróciła się surowo do prababci. – I nawet nie protestuj. Ja wiem, przeżyłaś zabory i nie straciłaś majątku. Twoja córka wybudowała ten dom, a jej córka przechowała w czasie wojny rodzinne pamiątki w samodzielnie zrobionej kryjówce. Byłyście zawsze bardzo dzielne. A ja nie potrafię nawet znaleźć następcy. Jestem najsłabsza. Masz rację. Ale nie mam już siły na ciebie patrzeć i myśleć w kółko o tym wszystkim.

Zdjęła ciężki portret ze ściany, po czym stękając z wysiłku, położyła go na kanapie. Nie miała odwagi spojrzeć zdegradowanej prababci w oczy. Po chwili jednak odwróciła obraz, zauważając, że i on wymaga renowacji. Fachowej, czyli drogiej.

To ją jeszcze bardziej zdenerwowało. Złapała portret za mocne ramy i wyniosła na poddasze do nieużywanej obecnie byłej sypialni Krzysztofa i jego żony. Oparła go o ścianę, szybko wyszła, po czym dokładnie zamknęła za sobą drzwi. Kiedy wróciła do salonu, puste miejsce na ścianie, dużo jaśniejsze niż reszta, mocno raziło w oczy. Stała przed nim, czując, że nawet ten blady prostokąt spogląda na nią dziwnie krytycznie.

Wróciła na poddasze. Weszła po schodach na stary przedwojenny strych. Pełno tu było gromadzonych przez lata pamiątek, drobiazgów, staroci. Należało już dawno zrobić jakiś generalny przegląd, wyrzucić część rzeczy, zadbać o pozostałe. Kolejna sprawa na liście do wykonania przez prawdziwego gospodarza. Nie mogła o tym myśleć. Starała się nie patrzeć na stare skrzynie, pudła i szafy wypełnione po brzegi. Szukała obrazu o odpowiednich rozmiarach. Był tylko jeden. Przedstawiał psa myśliwskiego. Sympatyczne zwierzątko bez skłonności do krytycznego spoglądania na domowników.

– Nadajesz się, malutki – powiedziała Eleonora. – Idziesz ze mną.

Zniosła go z trudem po schodach i powiesiła na ścianie, po czym musiała dłuższą chwilę odpocząć. Wysiłek mocno ją wyczerpał. A miała dzisiaj przed sobą sporo pracy. Zaprosiła swoją przyjaciółkę Marysię na śniadanie i musiała jeszcze wszystko przygotować.

Rozejrzała się wokół. Serweta była już wyprasowana. Zastawa stołowa czekała ułożona w kredensie, a wszystkie potrawy na dzisiejsze śniadanie zostały dokładnie zaplanowane. Wymagały tylko ostatnich przygotowań. Eleonora sprawdziła wczoraj, czy ma w domu potrzebne składniki, więc zaraz jak tylko oddech jej się uspokoił, szybko i sprawnie zabrała się do pracy. Świeże drożdżówki miały zostać własnoręcznie upieczone, podobnie jak czekoladowe muffinki. Do tego zamierzała podać domowej roboty dżem, gotowaną osobiście szynkę, jajka od wiejskich kur, herbatę ziołowo-owocową oraz pyszną kawę.

Kiedy skończyła to wszystko przygotowywać, była punkt godzina dziewiąta. Marysia powinna się zjawić lada moment. Na stole stało tyle jedzenia, jakby Eleonora planowała ugościć pułk głodnych, zdrożonych ułanów, a nie zaledwie jedną starszą kobietę. Ale nie umiała inaczej. Wydawało jej się, że brak choćby jednego składnika położy się poważnym cieniem na jej kobiecym honorze.

Usiadła na chwilę, bo serce znów kołatało jak szalone. Oparła się o brzeg fotela i przymknęła oczy.

Jak to dobrze, że Marysia zgodziła się dzisiaj wpaść na śniadanie – pomyślała. – W przeciwnym razie ta cisza dźwięcząca w pustym domu chyba by mnie wpędziła w depresję.

Kiedy zadźwięczał dzwonek, podniosła się z trudem, ale do drzwi dotarła jak zwykle szybko.

– Cześć, stara wariatko – przywitała się jej przyjaciółka. – Czemu tak pędzisz jak głupia? Ja przecież nie ucieknę, a ty w końcu dostaniesz zawału – uśmiechnęła się na widok zdyszanej gospodyni.

Marysia, chudziutka jak patyk ponad sześćdziesięcioletnia sąsiadka Eleonory, weszła do środka i otrzepała ze śniegu buty, robiąc kałużę na samym środku idealnie wypastowanej podłogi w przedpokoju.

– Boże, jaki tu u ciebie znowu obrzydliwy porządek – westchnęła, zdejmując płaszcz. – Dlaczego ja się w ogóle z tobą przyjaźnię, i to już tyle lat? – Rozejrzała się wokół. – Pachnie jak w cukierni i to jest chyba właściwy powód, dla którego wciąż cię odwiedzam – dodała. – Pewnie znowu świeże drożdżówki przygotowałaś. Kiedyś to wszystko upiekła?

– Dzisiaj – odpowiedziała Eleonora, skromnie spuszczając powieki, choć w głębi serca duma ją rozpierała.

Marysia weszła do salonu połączonego z jadalnią i westchnęła na widok stołu.

– Mogłam przyprowadzić całą rodzinę – powiedziała. – Wszyscy by się bez problemu pożywili. Zaprosiłaś mnie na tydzień?

– Nie żartuj, tylko się rozgość – zaprosiła ją Eleonora.

– Z przyjemnością. – Marysia usiadła przy stole i nalała sobie aromatycznej, parującej kawy. – Uwielbiam te twoje smakołyki – powiedziała serdecznie. – Gdybym jeszcze choć na chwilę mogła pozbyć się świadomości, że pewnie ledwo stoisz ze zmęczenia, smakowałoby mi dużo lepiej.

– Nic mi nie jest – odparła Eleonora z wielką pewnością w głosie.

– To czemu masz takie oczy podkrążone? – celnie zapytała Marysia. – Znalazłaś sobie kogoś i wymykasz się nocami na randki?

– No wiesz co? Jak możesz? – nabrała się jak zwykle jej przyjaciółka.

– Czego się tak oburzasz? – Marysia z przyjemnością upiła łyk kawy i poczęstowała się drożdżówką. – Jesteś wdową – dodała, przełykając smaczne ciasto. – Wolno ci. Przydałby się w tym domu ktoś, kogo mogłabyś rozstawiać po kątach oraz przekarmiać smakołykami.

– Daj spokój. – Eleonora nie była zadowolona z tego żartu. – Nie gadaj głupot. Spróbuj lepiej jajka albo szynki.

Marysia położyła jedną z bułeczek na talerzu, ale nie spróbowała. Upiła tylko znowu spory łyk kawy i spojrzała poważnie na przyjaciółkę. Talerzyk gospodyni stał pusty po jej stronie stołu. Jasnoniebieskie oczy, trochę już wyblakłe z powodu wieku i łez wylanych w ciągu całego życia, patrzyły gdzieś daleko, w nieokreślonym kierunku. Marysia odłożyła filiżankę na spodek.

– Czemu masz taką smutną minę? – zapytała. – Znowu się kłócisz z Martą o święta?

– Ja?! – oburzyła się Eleonora. – Ja się w ogóle nie odzywam, to ona na każdym kroku sprawia trudności. Kompletnie nie można się z nią porozumieć.

Marysia milczała. Ten tekst słyszała nie po raz pierwszy. Westchnęła tylko i znów spróbowała bułeczki.

– Gdyby stosunki międzyludzkie szły ci tak dobrze jak pieczenie, byłabyś szczęśliwą kobietą – powiedziała, z uznaniem przyglądając się idealnie miękkiej i puszystej drożdżówce.

– Jestem szczęśliwa – odparła natychmiast Eleonora. – To znaczy, byłabym – poprawiła się błyskawicznie – gdyby nie moja synowa.

– Mam trochę inne zdanie na ten temat, ale to wiesz już od lat. Myślę, że nie chcesz dać jej szansy.

– Wszystko wydaje ci się takie proste – zdenerwowała się Eleonora i pogładziła idealnie rozłożoną serwetę, strzepując z niej nieistniejący okruszek. – Bo nie masz synowej, tylko wesołych, sympatycznych zięciów. W takiej sytuacji nie sztuka być mistrzem stosunków międzyludzkich.

Marysia znów westchnęła. Przyjaciółka była w tej kwestii wyjątkowo oporna, od lat nie dała sobie nic powiedzieć.

– To jak w końcu ustaliłyście? – zapytała tylko. – Wigilia u ciebie czy u niej?

– No właśnie wyobraź sobie, że wciąż nie wiem – zdenerwowała się jeszcze bardziej Eleonora i odłożyła jajko, którego skorupkę właśnie zamierzała uciąć równo jednym wprawnym ruchem noża. – Biedny Krzysztof nawet takiej prostej informacji nie może uzyskać.

– Faktycznie, biedaczyna. – Marysia ostentacyjnie wzniosła oczy do nieba.

– Nie żartuj. Nie wiesz, jak bardzo jest mu ciężko.

– Nie wiem – przyznała – ale za to domyślam się, co przeżywa Marta. Nie jest łatwo wejść do waszej rodziny. Ty jesteś mocną osobowością, a Krzysiek ma tendencję do chowania się we własnym świecie, jak tylko przychodzą poważniejsze kłopoty. Czuję, że teraz też coś go mocno dręczy.

– Na pewno problemy z żoną.

– Nie byłabym tego taka pewna. Myślę, że to coś innego – powiedziała Marysia.

Jak zwykle w tym miejscu Eleonora obraziła się na chwilę. Nie lubiła, kiedy ktoś sugerował, że wie lepiej, czego potrzebują jej dzieci. Miała jednak świadomość, że jej samej słabo się ostatnio wiodło na tym polu, nic więc nie powiedziała.

Za oknami zerwał się wiatr i uderzył w idealnie umyte okna zawieruchą śniegu. Na zewnątrz zrobiło się paskudnie, ale w środku wciąż było przytulnie i ciepło. Duży salon w kształcie litery L na jednym końcu mieścił jadalnię, a w drugim wygodną kanapę, fotele i ładne, stare meble. Trzeba było przyznać właścicielce, że umiała zadbać o wystrój domu. W przeciwieństwie do wielu starszych osób nie pozwoliła zagracić go pamiątkami. Było przestronnie, elegancko, ale domowo.

Największą ozdobę salonu stanowiły duże okna, które ukazywały widok na ogród i ciągnący się za nim sad. Na parterze domu znajdowały się jeszcze sypialnia, gabinet i pokój gościnny, a na piętrze cztery sypialnie oraz łazienka. Wszystkie pomieszczenia były przestronne i jasne.

Szkoda tego domu dla jednej osoby – pomyślała Marysia, ale nie chciała poruszać drażliwego tematu. Eleonora należała do osób, którym trudno cokolwiek wytłumaczyć, a przeprowadzka syna do wynajętego mieszkania należała do wyjątkowo bolesnych kwestii.

– Pyszne muffinki – powiedziała tylko, próbując smakowicie puszystych babeczek. – Jesteś niedoścignionym mistrzem. – Gospodyni pojaśniała z radości i dumy. – Nie martw się już tak bardzo. Na pewno Krzysiek niedługo zadzwoni i wszystko się wyjaśni. Ty z pewnością jesteś już gotowa na święta.

– Oczywiście, że jestem – odparła Eleonora, kiwając z przekonaniem głową. Nigdy nie zostawiała ważnych spraw na ostatnią chwilę.

– To jedzmy śniadanko i cieszmy się życiem – zarządziła Marysia. – Opowiem ci o panu Kazimierzu, niedawno się poznaliśmy… – powiedziała, ale nie zdążyła nawet na dobre zacząć. Jej wzrok padł na ścianę nad kominkiem.

– A to kto? Nowy członek rodziny? – zawołała na widok psiaka, który z zadowoloną miną przyglądał się otoczeniu. – A gdzie prababcia?!

– Wyszła na chwilę – odparła Eleonora z niesmakiem. – Nie mogłam już na nią patrzeć – dodała szczerze.

– To dobrze – powiedziała Marysia. – Czas był najwyższy.

– Jak to dobrze? – zdziwiła się jej przyjaciółka.

– Widać, że coś się w tobie zmienia. Powoli, ale w dobrym kierunku. Potrafiłaś wreszcie naruszyć świętą tradycję i coś poprawić na lepsze.

– Nie mów tak – zaprotestowała Eleonora. – Tradycja jest ważna.

– To prawda – przyznała Marysia. – Jednak kiedy nie ma w niej świeżego powietrza, człowiek może się udusić. Dlatego nawet tradycję trzeba od czasu do czasu przewietrzyć.

– Nie jestem pewna – zaprotestowała przyjaciółka. – Ale to nieważne. Opowiedz lepiej o panu Kazimierzu.

Marysia spojrzała na nią z westchnieniem, po chwili jednak uśmiechnęła się.

– Kazimierz jest wspaniały – powiedziała z rozmarzeniem w głosie. A potem popłynęła opowieść o pięknej miłości i szczerym zakochaniu dwojga dojrzałych osób, które potrafią docenić w życiu każdą małą radość.

Nawet Eleonora zapomniała na chwilę o świątecznych zmartwieniach, tak się zasłuchała.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 4

 

 

 

 

W przeddzień swojej wymarzonej wigilii Marta obudziła się późno. Musiała biegać po domu, by zdążyć się przygotować do pracy. Bank, w którym była zatrudniona, otwierano jak w zwykłe dni, a przed świętami placówka zawsze przeżywała szczególne oblężenie.

Wstawała sama. Dzieci miały już ferie świąteczne, a mąż też spał w najlepsze.

Pewnie ma urlop – pomyślała i nie poświęciła tej kwestii więcej czasu. Nie wiedziała, w jaki sposób Krzysztof zamierza spędzić wolne przedpołudnie. Na razie leżał owinięty kołdrą, odwrócony twarzą do ściany, jakby i teraz chciał się jak najdokładniej odgrodzić od swojej żony.

Ten widok nie przygnębił jednak Marty tak bardzo jak zwykle. Czuła, że znalazła wyjście z sytuacji, i była w trochę lepszym nastroju. Pod powiekami wciąż przewijały jej się piękne obrazy, które w nocy układała we własną kompozycję. Kolorowe światła, roześmiani ludzie, pyszne jedzenie, kochająca się rodzina. Prawdziwe Boże Narodzenie.

Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu obudziła się z mocnym przekonaniem, że jej prośba, wypowiedziana w nocy na balkonie, zostanie wysłuchana, że dotarła gdzieś daleko do czujnych uszu właściwej osoby i teraz wystarczy tylko poczekać na efekty. Wigilia będzie piękna. Obfita, radosna i pyszna.

No właśnie. Jej praktyczny umysł bankowca zatrzymał się na chwilę na tym przyziemnym aspekcie. Taką imprezę trzeba było dobrze zorganizować, a czasu nie pozostało zbyt wiele. Nadzieja, że siły wyższe upieką za nią ciasta, posprzątają mieszkanie i ugotują barszcz, była jednak zbyt mała.

Marta szybko się umyła, zagarnęła wszystkie włosy w wysoki kucyk i dopięła granatową marynarkę służbowego kostiumu. Zawiązała pod szyją chusteczkę z logo banku i pobiegła do kuchni. Zostało jeszcze kilka minut do wyjścia. Wyrwała wielką kartkę z notatnika. Sprawnie podzieliła na trzy części. Dla męża, córki i syna. W odpowiednie rubryczki wpisała mnóstwo zadań. Kupno tych produktów, które wydawały się oczywiste, w szczegółach do uzupełnienia później, mycie okien, generalne sprzątanie wszystkich pomieszczeń, zakup choinki i uzupełnienie ozdób, odnalezienie płyty z kolędami. Resztę obowiązków przeznaczyła dla siebie.