Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nowy ordynator - Kate Hardy

Doktor Sophie Harrison nie posiada się z oburzenia. Jest przekonana, że o nominacji nowego ordynatora oddziału chirurgii zadecydował jego arystokratyczny tytuł, a nie kompetencje. Życie nauczyło Sophie nieufności do mężczyzn z wyższych sfer…

Opinie o ebooku Nowy ordynator - Kate Hardy

Fragment ebooka Nowy ordynator - Kate Hardy

dla każdej kobiety, każdego dnia…

Więcej informacji znajdziesz na

www. harlequin. com. pl

Kate Hardy

Nowy ordynator

Droga Czytelniczko!

W lutym obchodzimy Dzień Zakochanych. Miłość należy pielęgnować przez cały rok, ale jeśli brakuje Ci pomysłów, jak to robić, możesz poszukać sugestii w naszych książkach. W tym miesiącu polecamy:Pod opieką szejka (Medical Duo) – Nell i Kal ani przez chwilę nie myśleli, że ich szaleńczy romans będzie miał inny finał, niż się spodziewali;Odważna narzeczona (Medical Duo) – Paul nie ustaje w wysiłkach, by skłonić Solange do małżeństwa;Nowy ordynator (Medical) – Charlie długo przekonywał Sophie, że mimo swego arystokratycznego pochodzenia twardo stąpa po ziemi;Bratnie dusze (Medical) – Beth i Luke znaleźli wreszcie wspólny język i wybaczyli sobie błędy, które popełnili w przeszłości.

Zapraszam do lektury

Harlequin.Każda chwila może być niezwykła.

Czekamy na listy! Nasz adres:

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises Sp. z o. o. 00-975 Warszawa 12,skrytka pocztowa 21

Kate Hardy

Nowy ordynator

TłumaczyłaMagdalena König

Toronto · Nowy Jork · Londyn

Amsterdam · Ateny · Budapeszt · Hamburg

Madryt · Mediolan · Paryż

Sydney · Sztokholm · Tokio · Warszawa

Tytuł oryginału: Her Celebrity Surgeon

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited,2005

Redaktor serii: Ewa Godycka

Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska, Ewa Godycka

©2005 by Pamela Brooks

©for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o.,Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B. V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Medical są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład i łamanie: COMPTEXT® ,Warszawa

Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona

ISBN 978-83-238-3805-0

Indeks 325260

MEDICAL – 373

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dwudziesta trzydzieści. Sophie jęknęła w duchu. Przyjęcie z okazji awansu Guya na stanowisko głównego chirurga przejdzie jej koło nosa. Ha, trudno, nie zostawi pacjenta na stole operacyjnym. Nigdy nie odchodziła od chorego wcześniej, jak pół godziny po wybudzeniu go z narkozy. W chirurgii do końca nie ma nic pewnego; nieraz się wydaje, że wszystko jest w porządku, a tu nagle pojawiają się nieoczekiwane komplikacje, z koniecznością powrotu na stół operacyjny włącznie.

Kiedy dotarła spóźniona do niewielkiej winiarni naprzeciwko szpitala, okazało się, że Guy siedzi sam.

– Co się dzieje? Nie powiesz mi, że nasi podli koledze poszli najpierw coś przekąsić, a wrócą dopiero na twoją popijawę? – zapytała.

– Nie. Uroczystość odwołana.

– Jak to?

Guy wzruszył ramionami.

– A tak to, że mianowali kandydata spoza szpitala.

– No nie! Tak mi przykro. – Guy był doskonałym chirurgiem, a do tego świetnym facetem. To naprawdę niesprawiedliwe. – Byłam przekonana...

– Co oznacza, że ciebie też ominął awans – zauważył Guy z goryczą w głosie. Sophie czekała w kolejce na objęcie po nim stanowiska.

– Tym się nie przejmuj. Mój awans i tak nie był pewny. Przed twoją nominacją nie mogli nawet ogłosić naboru, a potem mogłam przepaść w trakcie selekcji. – Popatrzyła z troską na kolegę. Jakby nie dość miał w tym roku przykrości z powodu trudnego rozwodu, podczas którego zdradzająca żona oskarżyła go, że ją zaniedbywał, spędzając czas w szpitalu, a nie w domu. – No nic, napijmy się na pociechę – oświadczyła. – A potem postawię ci curry i podczas kolacji powiemy sobie, co myślimy o ślepocie zarządu szpitala, który nie potrafi docenić swoich lekarzy.

– Ty to potrafisz poprawić człowiekowi nastrój – rzekł Guy z uśmiechem.

Abby zrobiłaby to jeszcze lepiej. Abby była stażystką na jego oddziale, która parę tygodni temu zwierzyła się Sophie ze swoich gorących uczuć wobec szefa. Widać sam nie potrafi tego zauważyć, więc trzeba mu będzie delikatnie uświadomić, jaki skarb ma pod nosem.

Usadowiwszy się z Guyem w pobliskiej hinduskiej restauracji, Sophie powróciła do sprawy nieszczęsnej nominacji.

– Przepraszam, że dotykam świeżej rany, ale czy możesz mi coś powiedzieć o naszym nowym szefie?

– Mówi ci coś nazwisko Radley? – Nazwisko wydało się Sophie znajome, ale nie mogła sobie przypomnieć, gdzie je słyszała, wiec tylko pokręciła głową. – Jest chirurgiem plastycznym.

– Jak to, ma nami kierować specjalista od naprawiania ślicznotkom twarzy? No to pięknie! Łatwo się domyśleć, kto otrzyma fundusze na nowy sprzęt. – Niech to cholera! Sophie samodzielnie zdobyła połowę pieniędzy na kupno upatrzonej aparatury, a teraz pewnie będzie musiała sama zebrać drugą połowę.

– I chodził do bardzo znanej prywatnej szkoły.

Sophie zmarszczyła nos.

– Eton? – Guy skinął głową. Paru członków zarządu też kończyło Eton. Sophie nagle zrozumiała przyczyny niepojętej decyzji pominięcia Guya przy wyborze nowego szefa chirurgii. – Stare układy działają, co?

– Chyba tak.

– Co za świństwo! Ale nie bierz sobie tego do serca. Głowa do góry, będą jeszcze inne okazje. – Podniosła kieliszek. – Twoje zdrowie, Guy! Wypijmy za nas oboje i nasz znakomity zespół. – Ale nie zamierzała pić za zdrowie nowego szefa, w każdym razie dopóki się nie przekona, co jest wart. – Radley? Już gdzieś słyszałam to nazwisko.

– Nie jest byle panem Radleyem. Jest lordem.

– Jak to?

– Ma tytuł baroneta – wyjaśnił Guy.

Baron Radley? Zarząd mianował baroneta na szefa chirurgii? Przez twarz Sophie przebiegł nagły skurcz.

– Więc, zamiast mianować człowieka, który ma chirurgię w małym palcu, podjęli w gruncie rzeczy polityczną decyzję. A o wyborze zadecydowało nazwisko, tytuł i koneksje. – I dobry akcent. Ostry, pewny siebie sposób mówienia, pogardliwy rechot, taki jak... Sophie aż się wzdrygnęła. Nie! O tamtym musi zapomnieć, od tamtej pory minęły lata. To przeszłość.

– Daj spokój, Sophie, chyba trochę się rozpędziłaś. Nie możesz...

– Właśnie że mogę, bo mam rację. Zamiast myśleć o pacjentach, wybrali człowieka, który przyniesie szpitalowi rozgłos w prasie. To nie w porządku. – Zmarszczyła brwi. – Baron Radley... Czy to nie ten, o którym pisują w brukowcach? – Sama ich nie kupuje, ale matka wprost się w nich zaczytuje. Przypomniała sobie, skąd zna to nazwisko. Z podpisów pod fotosami w ,,Celebrity Life'',na których występował za każdym razem w towarzystwie innej kobiety. Wszystkie były albo utytułowane, albo wyglądały jak modelki. – To niesłychane – mruknęła. – Co ten zarząd właściwie myśli? Musimy...

– Spokojnie, Sophie – przerwał jej Guy. – Sama powiedziałaś, że będą jeszcze inne okazje. Nigdzie nie jest napisane, że człowiek musi dostać każdą posadę, o którą się stara.

– Nie mogę się z tym pogodzić. To niemoralne, żeby mianować kogoś, kto ma tytuł, a nie tego, kto umie operować.

– Skąd wiesz, może on jest dobrym chirurgiem. A zresztą i tak nic na to nie poradzimy.

Musiała przyznać mu rację.

– Tyle dobrego, że pracując na chirurgii ogólnej, nie będziemy z nim mieli wiele do czynienia – stwierdziła z westchnieniem.

– Możemy zmienić temat?

Chętnie na to przystała, zwłaszcza że akurat podano im jedzenie, niemniej nadal czuła się podminowana. Ile może mieć lat ten ich nowy szef? A jeśli on jest...

Przecież miała o tym nie myśleć! Jeśli pozwoli, by prześladowało ją wspomnienie sprzed lat, oni będą górą. A przysięgła sobie, że nigdy więcej nikt jej nie upokorzy. Zresztą ten Radley jest pewnie starszy, może w wieku Guya, i skończył medycynę, zanim ona poszła na studia. Nie pamiętała, aby za jej czasów był na medycynie student o nazwisku Radley. Słowem, to nie on.

Nie rozmawiali więcej na bolesny dla Guya temat, lecz po wyjściu z restauracji Sophie zorientowała się, że jej towarzysz musiał wypić więcej, niż przypuszczała. Trudno mu było iść prosto, a kiedy podtrzymała go, objął ją i próbował pocałować.

– Nie wygłupiaj się, Guy – poprosiła. – Zaraz wsadzę cię do taksówki.

– Pojedź do mnie do domu.

– Lepiej nie. Rano byś tego żałował.

– Czego miałbym żałować? – Uśmiechnął się niemrawo. – Tego, że leżę w łóżku z piękną dziewczyną?

– Upiłeś się i pleciesz trzy po trzy. Nie jestem twoją dziewczyną, tylko przyjacielem. Byłeś moim szefem.

– Dopóki nie awansowałaś i nie przeszłaś do zespołu Andy'ego.

– Uhm. – Nie mogła użyć argumentu, że nie uznaje romansów między kolegami z pracy, skoro sama chciała go zainteresować stażystką Abby. Wobec tego powiedziała: – Mnie całkowicie absorbuje kariera zawodowa.

– A ponieważ nie awansowałem, to nie jestem ci już potrzebny.

Sophie zaparło dech w piersiach.

– Gdyby nie to, że jesteś pijany, dałabym ci za to w pysk. Nie mam zwyczaju zdobywać awansu przez łóżko. W ogóle stosunki męsko-damskie mało mnie interesują. Jesteśmy przyjaciółmi i niech tak zostanie.

– Może to dla mnie za mało. Chciałbym więcej.

– Na mnie nie licz. Bardzo cię lubię i cenię, ale nie zamierzam iść z tobą do łóżka. Jesteśmy przyjaciółmi i nie staraj się tego popsuć. A w ogóle to myślę, że jesteś tak samo ślepy jak ta cała szpitalna rada.

– Co masz na myśli?

– A to, że poza mną są jeszcze inne kobiety na oddziale. I może są wśród nich takie, które nie tylko cię lubią, ale mają ochotę nawiązać z tobą bliższe stosunki.

– Kogo masz na myśli?

– Teraz nic ci nie powiem, bo jesteś pijany. Zapytaj mnie, jak wytrzeźwiejesz.

– Droczysz się ze mną, ty flirciaro!

,,A flirciary są same sobie winne'', wróciły jej na pamięć słowa wypowiedziane kiedyś przez tamtych trzech. Szybko się jednak opanowała i zatrzymała taksówkę.

– Zamknij się i wsiadaj. – Wepchnęła go niemal siłą na tylne siedzenie, zatrzasnęła drzwi, po czym podała taksówkarzowi adres Guya razem z pieniędzmi za przejazd.

Gdy taksówka odjechała, wróciła piechotą do swego mieszkania, zrobiła sobie mocną kawę, a potem przejrzała pocztę, w której, oprócz reklam i informacji z banku, znalazła kartkę z Tokio od Sandy.

Żałowała czasami, iż zabrakło jej odwagi, by wybrać się razem z przyjaciółką w długą podróż po świecie. Mogła, tak jak Sandy, wynająć na rok mieszkanie, poznać świat i urozmaicić sobie życie. Jednakże zwyciężył rozsądek. Wiedząc, że chirurdzy nie są tak poszukiwani jak lekarze ogólni, po długim namyśle odrzuciła kuszącą propozycję przyjaciółki. Czy to znaczy, że jest nudna? Może. Ale zbyt ciężko pracowała na to, by osiągnąć obecną pozycję zawodową. Po rocznej przerwie musiałaby wszystko zaczynać od początku. Postąpiła słusznie.

Odkryła ponadto, że była u niej mama, która, przekonawszy się, że córki nie ma w domu, zostawiła egzemp larz swego ulubionego plotkarskiego magazynu z dopiskiem: ,,Zadzwoń, bardzo się za Tobą stęskniłam''. Cała mama. Sophie regularnie wpisywała swoje godziny dyżurów do matczynego kuchennego kalendarza, lecz Fran nic sobie z tego nie robiła i wpadała do córki, kiedy tylko przyszła jej ochota. Była okropnie roztrzepana, ale Sophie uwielbiała ją również i za to.

Pijąc kawę, w roztargnieniu przeglądała pozostawiony przez matkę magazyn. Nie pojmowała, co matka widzi w tego typu pisemkach. Co kogo obchodzi, gdzie się bawią i jak mieszkają znane osobistości? Nagle wpadło jej w oczy wydrukowane pod zdjęciem nazwisko: Charlie, baron Radley.

Przyjrzała się fotografii. Ubrany jak z żurnala: smoking, ozdobna koszula, niedbale zawiązana muszka. Wysoki, przystojny brunet, najwyraźniej świadomy swych walorów. Z przytuloną do ramienia młodą kobietą w ,,małej'' czarnej sukni, którą musiano chyba na niej zszywać, tak ściśle przylegała do figury. Do tego obwieszoną brylantami. Miała jasne, modnie ostrzyżone włosy i nienaganny makijaż. Wyglądali razem jak para ze snu.

Podpis pod zdjęciem, podkreślający bajeczne bogactwo mężczyzny i równie bajeczne sukcesy towarzyszącej mu modelki, wcale nie poprawił Sophie humoru. Przeciwnie, umocnił w niej przekonanie, iż zarząd szpitala popełnił karygodny błąd, oddając oddział chirurgiczny w ręce bawidamka z wyższych sfer.

To się musi źle skończyć, pomyślała ponuro.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Ja i Sammy nie możemy tracić więcej czasu – oświadczyła Sophie. – Mamy pacjenta przygotowanego do operacji i długą listę czekających. To bardzo pięknie ze strony barona Radleya, że ma ochotę spotkać się z zespołem, ale nie rozumiem, dlaczego pacjenci mieliby cierpieć z powodu jego niepunktualności.

– Daj mu jeszcze pięć minut – zaapelowała do niej Abby. – Zwłaszcza że pod nieobecność Andy'ego jesteś najstarsza rangą z waszego zespołu. Pewnie musiał iść na rozmowę z ważnymi szychami, a wiesz, jak oni lubią gadać. Poczekaj jeszcze chwilę.

– Nie – oświadczyła Sophie. – Dla mnie najważniejsi są pacjenci. Jeśli to się baronowi nie spodoba, to trudno. Nie jestem przytakującą arystokratom niewolnicą, tylko lekarzem.

Guy gwizdnął pod nosem.

– No, no, Sophie. Nie wiedziałem, że jesteś taka cięta na utytułowane głowy.

– Moim zdaniem urodzenie nie daje nikomu prawa do uważania się za kogoś ,,lepszego'' – odparła z sarkazmem. – Jeszcze zdążę zawrzeć znajomość z jego wysokością.

– Przeprosimy go w twoim imieniu – pojednawczym tonem rzekła Abby.

– Sadzę, że to raczej on winien jest nam przeprosiny. Chodź, Sammy – rzekła Sophie, opuszczając pokój lekarski w towarzystwie swego stażysty.

To mi się nie podoba, pomyślał Charlie, spoglądając na chłopca, który stał przed drzwiami sąsiedniego domu, wsuwając coś w szparę na listy. Chłopak nie wyglądał na roznosiciela gazet: nie miał roweru ani torby.

Rozległ się wybuch i Charlie natychmiast odgadł, co dzieciak robi: wrzuca do środka fajerwerki. A teraz wyciąga z kieszeni następny. Czy nikt mu nie powiedział, z˙e nie wolno się bawić sztucznymi ogniami?  Że mogą wybuchnąć w ręce i poparzyć twarz? Ten, który wpadł do środka, może wyrządzić poważną krzywdę osobie stojącej blisko drzwi. No i pod żadnym pozorem nie wolno sztucznych ogni zapalać zwykłymi zapałkami.

– Hej! Co ty wyprawiasz? – zawołał.

Chłopak tylko się roześmiał i potarł kolejną zapałkę.

– Natychmiast wyrzuć tę zapałkę! – wrzasnął Charlie. – Możesz sobie...

Nim zdążył skończyć zdanie, rozległ się kolejny wybuch. Ogień sztuczny wybuchł małemu głuptasowi w ręce. Charlie zapomniał, że spieszy się do pracy i że właśnie dziś obejmuje w nowym szpitalu stanowisko szefa chirurgii. Górę wzięła lekarska rutyna. Biegnąc chłopcu na pomoc, wystukał na komórce numer pogotowia.

– Proszę natychmiast przysłać karetkę. – Podał adres. – Dziecko poważnie poparzone ogniem sztucznym. – Oparzenia rąk i nóg były z natury rzeczy klasyfikowane jako poważne. – I zawiadomcie straż pożarną. Chłopak wrzucił jeden ogień sztuczny do wnętrza domu.

Dzieciak upuścił z wrzaskiem zapałkę. Ziemia była na szczęście wilgotna po deszczu. Gdyby zapalił się rozsypany proch, chłopak doznałby jeszcze gorszych obrażeń. W chwili, gdy Charlie wbiegł przez otwartą furtkę, z domu obok wyłonił się starszy pan.

– Co się tutaj dzieje? – zapytał.

– Ogień sztuczny wybuchł chłopakowi w ręce – wyjaśnił Charlie. – Wezwałem pogotowie. Jestem lekarzem. Pozwolisz, że cię obejrzę?

Bliski płaczu chłopiec wyciągnął przed siebie obie ręce.

– Boli! – chlipnął.

– Jak masz na imię?

– L-Liam – wybąkał chłopiec.

– Wstrętny łobuz! Wszyscy go tu znają. To rozrabiaka. Trzeba go oddać w ręce policji i już! – z oburzeniem oświadczył starszy pan.

– Teraz muszę mu przede wszystkim zatamować krwotok – odparł Charlie. – Czy ma pan może w domu apteczkę?

– Mam tylko plaster i tabletki od bólu głowy – odparł sąsiad, wzruszając ramionami. – Zobaczę, może żona ma jakieś bandaże.

Pewnie nie są sterylne, domyślił się Charlie.

– A może znajdzie się czysta ściereczka? – zapytał.

Sąsiad skinął głową i znikł w domu, a Charlie zabrał się do oględzin ręki chłopca. Normalnie oparzone miejsca należy jak najszybciej schłodzić wodą o pokojowej temperaturze. Ale nie w przypadku oparzeń spowodowanych ogniami sztucznymi, ponieważ te często zawierają fosfor, a fosfor reaguje z wodą, powodując dodatkowe oparzenia. A zatem woda bardziej by tutaj zaszkodziła, niż pomogła.

Ręka obficie krwawiła, niemniej Charlie zdołał się zorientować, że chłopiec stracił częściowo dwa palce, a poparzenia obejmują cały wierzch wytatuowanej resztkami spalonego prochu dłoni. Na pewno niezbędne będzie usunięcie martwej tkanki i przeszczep skóry.

– Wiem, jak się czujesz – rzekł do chłopca – ale nie bój się, poczekam z tobą na karetkę. – Musi dzieciaka uspokoić i zatamować krwotok. – Której drużynie kibicujesz?

– M-Manchester United.

No dobrze. Jeżeli zdoła chłopca zagadać, może nie dojdzie do szoku. Jednocześnie Charlie niepokoił się o to, co dzieje się w domu. Przez nieprzezroczystą szybę trudno było cokolwiek dojrzeć. Czy nie zapalił się dywan? A jeśli ktoś leży za drzwiami?

– Opowiedz mi o członkach tej drużyny – zaproponował chłopcu.

Pojawił się mężczyzna z sąsiedniego domu, niosąc stos czystych kuchennych ścierek.

– Może to się nada – powiedział. – Chociaż ten łobuz na to nie zasługuje. Prześladuje panią Ward od miesięcy.

– Wstrętna baba. Nic tylko... – zaczął Liam, wykrzywiając się trochę ze złości, a trochę z bólu.

– Nie teraz – przetrwał mu Charlie. – Muszę oczyścić rękę. Będzie bolało, ale zrobię to szybko. – Spojrzał na sąsiada. – Czy pani Ward jest w domu?

– Ona mało wychodzi. Ma kłopoty z sercem.

A zatem wybuch wrzuconego fajerwerku mógł ją przestraszyć i wywołać zaburzenia pracy serca.

– Czy mógłby pan zapukać i dowiedzieć się, co się z nią dzieje, zanim skończę oczyszczać ranę Liama?

Skinąwszy głową, sąsiad podszedł do drzwi.

– Mary, otwórz! To ja, Bill! – zawołał. Charlie tymczasem szybko oczyścił rękę chłopca jedną ściereczką, a drugą mocno obwiązał ranę, by zahamować upływ krwi. – Nie odzywa się – stwierdził starszy pan.

– Dziękuję. – Pogotowie przyjedzie najwcześniej za dziesięć minut, a Mary Ward mogła doznać ataku serca. – Trzymaj to, Liam, i mocno naciskaj ranę!

– Boli! – pisnął chłopiec.

– Wiem, że boli, ale trzeba zatamować krew. A ja muszę wejść do środka, bo pani Ward może być bardzo chora.

Chłopiec zwiesił głowę.

– Czy ona umrze?

– Módl się, żeby żyła. Powiem policji... – zaczął sąsiad, lecz Charlie dał mu głową znak, by przestał.

– Muszę jak najszybciej sprawdzić, co się z nią dzieje. A ty, Liam, naciskaj opatrunek i dalej opowiadaj o Manchester United. To bardzo ciekawe.

– Naprawdę? – zdumiał się Liam, zdziwiony, że ktoś okazuje mu życzliwe zainteresowanie.

Wiem, jak się czujesz, bo sam doświadczałem podobnych frustracji, pomyślał Charlie. Na szczęście, nie próbowałem ich leczyć za pomocą fajerwerków. Po prostu nauczyłem się polegać na sobie.

– No mów, słucham! – rzekł do chłopca z zachęcającym uśmiechem. Dopóki mały mówi, po jego głosie będzie można zauważyć oznaki szoku. – Stracił dwa palce – szepnął do Billa. – Czy mógłby ich pan poszukać i włożyć do plastikowej torebki? – Starszy pan uważał, że mały zasłużył na to, co go spotkało. Widać to było po jego twarzy. – Przecież to jeszcze dziecko.

– Złe dziecko.

– Ale potrzebuje pomocy. Bardzo pana proszę. – Starszy pan bez przekonania zaczął rozglądać się po ścieżce. W tym czasie Charlie kucnął przy szparze w drzwiach i zawołał: – Proszę pani, mam na imię Charlie i jestem lekarzem. Chcę wejść, żeby się panią zająć, ale jeśli nie może mi pani otworzyć,będę musiał się włamać! - Żadnej odpowiedzi. Ze środka nie dochodził zapach dymu ani nie było widać płomieni. – Rozbiję szybę w drzwiach, żeby otworzyć zamek od środka – oznajmił. – Proszę się nie bać, jest ze mną pani sąsiad, Bill.

Zdjętym z nogi butem rozbił grubą szybę, po czym wziął jedną ze ścierek i, owinąwszy nią prawą rękę, sięgnął do wewnętrznego zamka.

– Znalazłem! – zawołał Bill w chwili, gdy Charlie otwierał drzwi.

– Wchodzimy! – oznajmił Charlie, dając Billowi znak i wprowadzając Liama do środka. Dla uniknięcia szoku należy jak najszybciej położyć chłopca z uniesionymi nogami.

Pani Ward pół siedziała, pół leżała na podłodze w kuchni. Była bardzo blada.

– Czy pani mnie słyszy? – spytał Charlie.

Ku jego wielkiej uldze pani Ward skinęła głową.

– Chwała Bogu, Mary! – zawołał Bill. – Nic ci się nie stało?

– Jeśli chce się pan na coś przydać, Bill, to proszę poszukać plastikowej torebki, a potem włożyć do niej oderwane czubki palców razem z paroma kostkami lodu – poprosił Charlie, ściszając głos. – I proszę położyć gdzieś Liama, podkładając mu poduszkę pod nogi. Byłoby niedobrze, gdyby stracił przytomność.

– A ona? – zapytał Bill, spoglądając na Mary.

– Proszę ją zostawić mnie, i zająć się Liamem. Nie mogę robić dwóch rzeczy naraz.

Bill skinął głową, a Charlie zmierzył puls pani Ward.

– Może pani mówić? – zapytał.

– Nie... mogę... oddychać – wycharczała kobieta. – Rozpylacz. W szufladzie...

A zatem ma chorobę wieńcową i odpowiedni lek. Podniósłszy się z podłogi, Charlie po krótkich poszukiwaniach natrafił na szufladkę z lekami i wyjął z niej lekarstwo w spreju.

– Proszę otworzyć usta i podnieść język – zwrócił się do pani Ward. Lekarstwo zastosowane pod język powinno jej ulżyć i złagodzić ból.

– Paskudny łobuz. Gdyby był moim synem, sprawiłabym mu porządne baty – mruknęła Mary, odzyskując oddech.

– Proszę się nie denerwować. A chłopak dostał już za swoje – uspokajał kobietę Charlie.

– Nie bój się Mary, policja już się nim zajmie – wtrącił Bill. – Hej, nie wstawaj, pan doktor kazał ci spokojnie leżeć.

– Muszę iść. Mama mnie zabije, jak się dowie, że znowu wpakowałem się w kłopoty – rzekł przestraszony chłopiec.

– Posłuchaj mnie, Liam – odezwał się Charlie. – Teraz czekamy na karetkę, która odwiezie cię do szpitala. Trzeba opatrzyć ci tę rękę. Jeżeli będziesz się wyrywał, stracisz jeszcze więcej krwi i możesz zemdleć, a wtedy Bill będzie musiał zastosować sztuczne oddychanie usta-usta.