Wydawca: Krytyka Polityczna Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 112 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nowy autorytaryzm - Maciej Gdula

Dlaczego Polacy głosują na PIS?

Maciej Gdula pojechał do pewnego miasteczka na Mazowszu, żeby sprawdzić, dlaczego Polacy głosują na Prawo i Sprawiedliwość. Raport z jego badań zaskoczył komentatorów politycznych i krytyków obecnej władzy. Gdula pokazał, że polityczna oferta PiS to nie tylko 500+, ale też odpowiedź na rosnące aspiracje Polaków. Oferta ta trafia do ludzi, bo odgrywają oni określoną rolę w dramacie społecznym, którego scenarzystą i reżyserem jest Jarosław Kaczyński.

Według Gduli PiS to zjawisko wymykające się szufladce „populizmu”, a kluczem do rozumienia drugich rządów Kaczyńskiego jest nowe pojęcie wprowadzone przez autora: neoautorytaryzm.

Co z tego wynika dla Polski i dla opozycji? Przeczytajcie, bo to wiedza bezcenna – zwłaszcza w kontekście nadchodzących wyborów.

Opinie o ebooku Nowy autorytaryzm - Maciej Gdula

Fragment ebooka Nowy autorytaryzm - Maciej Gdula

WSTĘP DLACZEGO NIE ZAGŁOSUJĘ NA PO?

Likwidacja niezależnego Trybunału Konstytucyjnego, przejęcie mediów publicznych i zamiana ich w tubę propagandową rządzącej partii, barbarzyńskie ustawy i praktyki dotyczące przyrody, atak na niezawisłość sądów… Wszystkie te działania Prawa i Sprawiedliwości sprawiają, że coraz częściej słyszę od ludzi sympatyzujących z lewicą, że chyba przyjdzie im głosować na Platformę Obywatelską. Są to dobrzy ludzie, mający rozeznanie w polityce i naprawdę przejęci skalą destrukcji dokonywanej przez PiS. Ich myślenie na pierwszy rzut oka nie wydaje się pozbawione sensu. PiS pomimo agresywnego zawłaszczania i niszczenia państwa oraz licznych wpadek ekipy rządzącej wciąż cieszy się poparciem trzydziestu kilku procent Polaków. Nowe partie, które były nadzieją na zmianę – albo tracą zwolenników, jak Nowoczesna, albo nie są w stanie przyciągnąć nowych wyborców, jak partia Razem. W tej sytuacji być może trzeba zagryźć zęby i chwytać się tego, co jest, a nie bujać w obłokach. A jest PO, która wciąż oscyluje przynajmniej wokół 20 procent, ma parlamentarzystów, struktury i pieniądze. Poparcie dla nich wydaje się logiczne i jest wymogiem chwili.

Niestety takie rozumowanie gwarantuje, że PiS będzie rządził jeszcze przynajmniej drugą kadencję. Odruchami ucieczki pod skrzydła Platformy Obywatelskiej rządzi strach. Strach może być w polityce przyprawą, ale nigdy nie będzie z niego strawnego dania. Od polityków i partii ludzie oczekują, że nie będą oni wyłącznie obsługiwać strachu, ale raczej, że stworzą świat, w którym nie będzie się trzeba bać. Świat Platformy – do pewnego stopnia także tej z czasów Tuska – to świat strachu przed Kaczyńskim.

Dlatego Platforma koncentruje się na krytyce posunięć PiS-u, zakładając, że wobec horrendum działań Kaczyńskiego i jego przybocznych – Szyszki, Waszczykowskiego czy Ziobry – stary świat zyska wystarczająco dużo uroku. Tymczasem stare czasy nie były wcale takie dobre, a gdy spojrzy się na nie z lewicowego punktu widzenia, to już naprawdę trudno nie zgrzytać zębami. Przypomnijmy tylko kilka kwestii.

Zacznijmy od gospodarki. Z pewnością osiem lat rządów Platformy nie zostawiło Polski w ruinie, jednak sposób postępowania z częścią obywateli i stosunek do wydatkowania środków publicznych sprawił, że PO zasłużyła na swoją opinię nieczułych liberałów. W czasach Platformy za normę zaczęło uchodzić obchodzenie przepisów prawa pracy przez zatrudnianie ludzi na umowy-zlecenia czy nagminne korzystanie z agencji pośrednictwa pracy. Dla większości pracowników oznaczało to niepewność, mniejszą ochronę przed władzą pracodawców i funkcjonowanie w warunkach bardziej bezwzględnej konkurencji. Sprawą słusznie bulwersującą opinię publiczną stała się reprywatyzacja, w której interesy dobrze sytuowanych przedsiębiorców wykorzystujących rozmaite kruczki prawne wygrywały z dobrem publicznym i potrzebami lokatorów. Z rzadziej pamiętanych kwestii warto przypomnieć choćby zamrożenie na sześć lat progu uprawniającego do pobierania świadczeń z opieki społecznej. Sprawiło to, że w czasach, które ciężko określić jako kryzysowe, stopa ubóstwa skrajnego (oznacza to brak zaspokojenia zupełnie podstawowych potrzeb) wzrosła z 5,6 procent w 2008 roku do 6,7 procent w roku 2011. Udział wydatków na zabezpieczenie społeczne spadł z 18,3 procent PKB w 2002 do 16,7 procent w 2010 roku. Trudno tę strategię uznać za coś innego niż ignorowanie tych, którzy znaleźli się za burtą, a wspomaganie tych, którzy sobie radzą ich kosztem. Chociaż PO pod koniec swoich rządów starała się wprowadzić korekty w swojej polityce społecznej – warto w tym miejscu przypomnieć projekt „złotówka za złotówkę” zakładający wypłatę zmniejszonych świadczeń dla tych, którzy przekraczają próg dochodowy uprawniający do korzystania z pomocy państwa – ale zmiany te były zbyt małe i zbyt późne, by zmienić wizerunek PO, na który ciężko pracowała przez kilka lat.

Donald Tusk dość dobrze zdawał sobie sprawę z kierunku rozwoju sfery publicznej przekształcającej się coraz bardziej pod wpływem internetu. Pomimo tego z rozmysłem osłabił telewizję publiczną, przyznając, że sam nie płaci abonamentu, i sugerując, że to samo mogą zrobić obywatele. Po jego wystąpieniu wpływy z abonamentu znacznie spadły, a w mediach rozhulała się bezwzględna konkurencja o uwagę widza i czytelnika, która doprowadziła do spłycenia debaty publicznej. W podobny sposób rząd Tuska postąpił z publicznymi uczelniami, narzekając na ich niskie pozycje w rankingach i wprowadzając reformy, których celem miało być osiągnięcie światowej jakości. Niestety nie towarzyszyło temu jednak przeznaczenie na naukę światowych nakładów, co wielu akademików słusznie komentowało jako próbę lotu w kosmos w kapciach. Efektu w postaci wzrostu pozycji w rankingach nie było – na krótko najlepsze polskie uniwersytety spadły nawet do piątej setki na liście szanghajskiej – udało się natomiast obniżyć prestiż polskiej nauki i przyspieszyć exodus studentów na zagraniczne uczelnie. Patrząc na te posunięcia Tuska, ciężko nie zauważyć, że jego strategią było osłabianie ośrodków władzy, których nie kontrolował. Jeśli ktoś o tym milczy, nie jest zbyt wiarygodny w krytyce Kaczyńskiego. Skala tego procederu jest oczywiście różna, ale kierunek – wzmacnianie władzy politycznej kosztem innych ośrodków wpływu – ten sam.

Politycy PO włożyli też sporo wysiłku w przygotowanie dusznej ideowej atmosfery, którą teraz oddychamy. Czy można ze zgrozą śledzić nacjonalistyczne manifestacje 11 listopada i załamywać ręce nad kultem żołnierzy wyklętych, a jednocześnie nie pamiętać, że to dzięki inicjatywie Bronisława Komorowskiego w 2011 roku ustanowiono 1 marca ich świętem? Łatwo było przewidzieć, że oznacza to szerokie otwarcie drzwi dla nacjonalizmu i szowinizmu. Pamięć oparta na zasadzie, że wszystko, co było antykomunistyczne, zasługuje na uznanie, jest wyrazem ideowej i etycznej infantylności ludzi Platformy. Czy zastanowili się oni kiedykolwiek, jaką Polskę chciałby zbudować Ogień, mordujący słowacką ludność cywilną, albo Łupaszka odpowiedzialny za śmierć litewskich kobiet i dzieci w Dubinkach? Naprawdę ma znaczenie, kogo czyni się narodowych bohaterem, a PO za swoich rządów ochoczo dokładała drew do nacjonalistycznego pieca, próbując udowodnić (nie bardzo wiadomo komu) swój niezłomny patriotyzm.

I wreszcie kwestia uchodźców. To nie kto inny jak Ewa Kopacz uczynił wiele, żeby zniszczyć istniejące w Polakach odruchy solidarności i odpowiedzialności za osoby dotknięte wojną na Bliskim Wschodzie. Jeszcze przed wakacjami 2015 roku CBOS przeprowadził badanie dotyczące uchodźców wojennych i ponad połowa badanych – 58 procent – była za ich przyjęciem i udzieleniem im czasowej pomocy w naszym kraju, a 14 procent chciało im pozwolić na osiedlenie się w Polsce. To były rozłączne odpowiedzi, więc przychylnych uchodźcom było w sumie 72 procent badanych! Do tego, że zamiast entuzjazmu pojawiły się wątpliwości, doprowadziło kluczenie Ewy Kopacz w tej sprawie, będące zresztą kwintesencją rządów opartych na strachu. Premier uznała, że część Polaków boi się uchodźców, a więc by nie stracić ich poparcia przed wyborami, wypuszczała sygnały, że rząd nie jest przychylny ich przyjęciu. Polacy boją się też jednak Unii Europejskiej (na przykład, że zabierze fundusze strukturalne i nie będzie za co wyremontować chodnika w naszym miasteczku), powiemy zatem, że musimy przyjąć niewielką liczbę uciekających przed wojną, bo inaczej mogą nas spotkać nieprzyjemności ze strony Brukseli. Gdy lider rządu wysyła do obywateli przekaz, że jest się czego bać – uchodźców, Unii Europejskiej – trudno oczekiwać, że ludzie pozostaną niewzruszeni w swoim entuzjazmie. Gdy w tej atmosferze pojawiły się jeszcze informacje o przeprowadzonych przez ISIS listopadowych zamachach w Paryżu, naprawdę trudno się dziwić, że wybory wygrała partia, która zapowiedziała, że nie będzie się bała dyktatu Brukseli w kwestii uchodźców.

Najlepszą wizytówką obecnej kondycji PO jest jej lider Grzegorz Schetyna. Jego wybór na przewodniczącego po spektakularnej klęsce wyborczej PO w 2015 roku był dowodem na to, że partia koncentruje się nie na wyzwaniach związanych z nową sytuacją polityczną, ale na wewnętrznych układankach personalnych: skoro Schetyna był przedstawicielem frakcji odsuniętej przez Tuska, a Kopacz była Tuska spadkobierczynią, więc gdy Kopacz przegrała wybory, „naturalnym” kandydatem na przewodniczącego został pozostający do tej pory na bocznicy Schetyna. Wybór ten i stojąca za nim logika są wyrazem pierwszeństwa dawanego w PO wewnętrznym hierarchiom i wpływom, a nie przywództwu poszukującemu rozwiązań i kontaktu z nową polityczną publicznością. W tym sensie późna Platforma przypomina późne SLD, w którym za polityczną mądrość uchodziła myśl, że po rządach prawicy zawsze w końcu przychodzi czas na lewicę, a ludzie muszą wybierać miedzy dwiema opcjami. Niedługo potem liderzy SLD komentowali już wydarzenia jako ekspolitycy. Dziś podobna atmosfera wydaje się panować w PO, które wierzy, że i tak kiedyś sięgnie po władzę, ponieważ ludzie nie tyle będą chcieli Schetyny, ile przede wszystkim nie będą już chcieli Kaczyńskiego.

Takie podejście ma szalenie negatywny wpływ na cały klimat polityczny w Polsce. Rozdającym karty pozostaje Jarosław Kaczyński i to do niego należy polityczna inicjatywa. Politycy partii sejmowych nastawieni są na punktowanie jego potknięć, ale nie bardzo potrafią stworzyć wrażenie, że przyszłość może być czymś więcej niż powrotem do przeszłości, czyli czasów, gdy Kaczyński jeszcze nie rządził. Dzieje się to nawet wobec dużej skali protestów społecznych przeciwko poszczególnym posunięciom PiS-u. Jest tak, jakby opozycyjne partie i społeczeństwo kompletnie ze sobą nie współgrały. Częściowo wynika to z antypolitycznego charakteru demonstracji, ale trudno tym charakterem tłumaczyć wszystko. Jest tak, jakby entuzjazm i energia protestów nie napotykały odpowiedniego wyrazu w gestach i słowach politycznych liderów. Oni swoją postawą, emocjami i hasłami wyrażają tęsknotę za starym, w protestach z kolei, choć są przede wszystkim wymierzone przeciw Kaczyńskiemu, wyraża się już raczej tęsknota za czymś nowym.

Last but not least liderzy Platformy nie są w stanie pokonać największego sprzymierzeńca Jarosława Kaczyńskiego, jakim jest demobilizacja znacznej części elektoratu centrowego i lewicowego. Są to ludzie zawiedzeni, którzy mają poczucie, że polityka traci sens. Nie widzą liderów, którzy broniliby ważnych dla nich wartości i spraw. Swoje poglądy coraz bardziej traktują niczym sprawę prywatną, nie widząc żadnej nadziei na to, że znajdą one wyraz w jakimś projekcie zmiany politycznej. Ani PO, ani tym bardziej jakaś wielka koalicja, której PO byłaby rdzeniem, nie zmobilizują ich do głosowania. Rozmywanie tożsamości i poszukiwanie najmniejszego wspólnego mianownika w niechęci wobec rządów PiS nie spowoduje aktywizacji tych wyborców. Oni chcą czuć dumę ze swoich wartości, mieć wiarygodną reprezentację i nadzieję na to, że ich poglądy nie będą traktowane jako błąd statystyczny, ale jako realna propozycja zmieniania ich kraju.

Nie chodzi zatem o to, że dla nieobecnej dziś w parlamencie lewicy istnieje jednak jakieś miejsce na dzisiejszej (jutrzejszej) politycznej scenie. Chodzi o to, by zrozumieć, że bez niej nie ma szans na położenie kresu rządom Prawa i Sprawiedliwości. Sama ta konieczność nie oznacza oczywiście, że zmaterializuje się partia i lider, którzy wypełnią czekające na nich zadanie. Na razie pozycja lewicy jest wątła i dzieje się tak zasłużenie. Lewica zorganizowana w partie i stowarzyszenia, ale także ta rozsiana w pismach i publicystyce cierpi dziś na brak dobrej diagnozy tego, co jest źródłem potęgi PiS-u, powiela stare formuły i recepty, a często zadowala się rozgrywaniem dawnych bitew. Żeby odbudować swoją pozycję, musi więc w pierwszym rzędzie pozbyć się własnych słabości, o których traktować będzie następny rozdział.

ROZDZIAŁ PIERWSZYCZY PIS TO NAPRAWDĘ POPULIŚCI?

Jeśli chodzi