Opis

„Przeczytałem tę książkę pewnego dnia i całe moje życie zmieniło się” – to zdanie wypowiedziane przez głównego bohatera, młodego studenta o imieniu Osman, rozpoczyna powieść Orhana Pamuka Nowe życie. Przeczytana książka, czy raczej obsesja na jej punkcie, każe mu udać się w niebezpieczną podróż, w której towarzyszyć mu będzie zagadkowa i piękna kobieta, Canan. Szukając najgłębiej skrywanych tajemnic książki, a przy okazji także ukochanego Canan, dwójka podróżników wpadnie w wir sensacyjnych przygód. Staną w obliczu morderstwa, spisków i tajemnych stowarzyszeń… Pod wpływem tej wyprawy zmieni się nie tylko życie Osmana, zmieni się sam Osman. Bo ta wyprawa to także psychologiczna podróż w głąb samego siebie.

Nowe życie łączy tradycję powieści drogi z wątkami mitycznymi oraz sprawnie napisanym thrillerem, pełnym suspensów i zagadek. To najbardziej postmodernistyczna z wszystkich powieści Pamuka, wyrosła z klimatu fikcji Borgesa. Jednocześnie jest to książka, w której powracają znane już polskim czytelnikom Pamukowe tematy i problemy, zwłaszcza ten, który dotyczy konfliktu między Wschodem a Zachodem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 372

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

Yeni Hayat

Copyright © 1994, Iletisim Yayincilik A.S.

All rights reserved

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05795-7

Redaktor prowadzący

Anita Kasperek

Konsultacja

prof. dr hab. Tadeusz Majda

Redakcja i korekta

Renata Bubrowiecka, Marianna Cielecka, Paweł Ciemniewski

Projekt okładki i stron tytułowych

Marek Pawłowski

Redakcja techniczna

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2008

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 0 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: [email protected]

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i łamanie: Infomarket

konwersja.virtualo.pl

Dla Şeküre

Inni nie przeżyli niczego podobnego,

choć wysłuchali tych samych opowieści.

Novalis

1.

Przeczytałem kiedyś pewną książkę i całe moje życie się zmieniło. Już od pierwszej strony tak silnie na mnie podziałała, że miałem wrażenie, jakbym odrywał się od krzesła, na którym siedziałem, i od stołu, na którym leżała książka. Chociaż byłem przekonany, że moje ciało oddala się ode mnie, to tkwiłem na krześle i przy stole całym sobą, całym swoim jestestwem, a książka działała nie tylko na mą duszę, lecz na wszystko, co sprawiało, że jestem sobą. Był to wpływ tak ogromny, że wydawało mi się, iż spomiędzy jej kartek bije światło, które uderza w moją twarz; światło, które mąci mój umysł i jednocześnie go rozjaśnia. Pomyślałem, że dzięki niemu będę mógł stworzyć siebie na nowo i że z nim nie zboczę z drogi; wyczułem w nim zapowiedź życia, do którego wkrótce miałem się zbliżyć i które miałem poznać. Siedziałem przy stole i przewracałem kolejne strony, z pełną świadomością czytając zapisane na nich słowa, a moje życie właśnie się zmieniało. Poczułem się tak bezbronny i niegotowy na to, co mnie czeka, że po jakimś czasie odruchowo odwróciłem twarz od książki, jakbym chciał schronić się przed mocą promieniującą z jej wnętrza. Właśnie wtedy z lękiem uprzytomniłem sobie, że świat, który mnie otaczał, uległ przemianie. Po raz pierwszy poczułem się samotny. Jakbym trafił do kraju, o którego języku, położeniu i zwyczajach nie miałem najmniejszego pojęcia.

Bezbronność jednak, jaką wywoływało poczucie osamotnienia, sprawiła, że jeszcze bardziej lgnąłem do książki. To właśnie ona miała odkryć przede mną wszystko, w co pragnąłem wierzyć i czego mogłem doświadczyć. To ona miała wskazać drogę, jaką obierze moje życie. Przewracałem kartkę po kartce, czytałem książkę, jakby była przewodnikiem, który ma mnie poprowadzić w dziki, nieznany świat. Chciałem powiedzieć: „Pomóż mi! Pomóż bezpiecznie odnaleźć nowe życie!”. Wiedziałem jednak, że na owo życie składały się słowa książki. Czytając je jedno po drugim, usiłowałem odnaleźć swoją drogę, a jednocześnie wyobrażałem sobie po kolei wszystkie rozkosze, które mogły mnie z niej zawrócić.

Książka leżała przede mną na stole, bijąc światłem w moją twarz. Wyglądała jak dobrze znany przedmiot, jeden z wielu znajdujących się w tym pokoju. Z radością i zaskoczeniem odkrywałem istnienie całkiem nowego świata: książka, która miała tak bardzo zmienić moje życie, była w rzeczywistości zwykłym przedmiotem. Kiedy mój umysł z wolna otwierał swoje okna i drzwi na cuda i dziwy nowego świata, jakie obiecywały czytane właśnie słowa, po raz kolejny zastanawiałem się nad przypadkiem, który sprawił, że trafiłem na tę książkę. Ale było to zaledwie mgnienie myśli, unoszące się gdzieś na powierzchni świadomości, niezdolne przeniknąć głębiej. Jakbym wracał do niego z obawy przed czymś: do świata, który książka otworzyła przede mną, przedziwnego i bardzo zaskakującego — poczułem nagłą potrzebę odnalezienia się w teraźniejszości, byle tylko całkiem się w nim nie pogrążyć. Rósł we mnie lęk, że gdy podniosę wzrok i spojrzę na swój pokój, szafę, łóżko albo wyjrzę przez okno, nie zastanę już świata takiego, jaki znałem.

Jedna po drugiej mijały strony i minuty, w oddali przejeżdżały pociągi; słyszałem, jak matka wyszła z domu i po długim czasie wróciła; słyszałem zwykły miejski gwar, dźwięk dzwonka sprzedawcy jogurtu przechodzącego ulicą i warkot samochodów. Wszystkie te znajome głosy wydały mi się nagle obce. Miałem nawet wrażenie, że zaczął padać deszcz, ale po chwili usłyszałem głosy dziewcząt skaczących przez skakankę. A gdy wydawało mi się, że zza chmur wychodzi słońce, usłyszałem dźwięk kropli deszczu uderzających o szybę… Przeczytałem następną stronę, kolejną i kolejną… Zobaczyłem światło przebłyskujące u progu tamtego życia. Zobaczyłem to, o czym do tej pory wiedziałem i o czym nie miałem pojęcia. Zobaczyłem swoje życie, drogę, jaką wydawało mi się, że obierze…

Kiedy powoli przewracałem kartki, jakiś obcy moim myślom i przeczuciom świat, o którego istnieniu nigdy nawet nie marzyłem, przeniknął do mojej duszy i w niej pozostał. Mnóstwo spraw, które do tej pory zaprzątały mój umysł, zmieniło się w mało istotne szczegóły, a nieznane do tej pory rzeczy dawały mi znaki, wychynąwszy ze swoich kryjówek. Gdyby w czasie tej lektury ktokolwiek zapytał mnie, czym tak naprawdę były, nie znalazłbym odpowiedzi. Czytając, byłem świadomy, że powoli wkraczam na drogę, z której nie ma powrotu. Straciłem zainteresowanie wieloma sprawami pozostawionymi za sobą, a jednocześnie czułem tak wielką ekscytację i zaciekawienie światem otwierającym się przede mną, że każdy byt wydawał mi się godny uwagi. Siedziałem, drżąc z podniecenia i machając nogami, kiedy cały ogrom, bogactwo i natłok przyszłych zdarzeń zmieniły się w zgrozę.

Przestraszony, w świetle bijącym z książki zobaczyłem zapuszczone pokoje, szalone autobusy, zmęczonych ludzi, wyblakłe litery, zagubione miasteczka, różne światy i duchy. Zawsze była jakaś podróż, wszystko było podróżą. A podczas tej wędrówki nieustannie towarzyszyło mi czyjeś baczne spojrzenie, które w najbardziej nieoczekiwanym momencie gotowe było mnie dosięgnąć, a potem znikało, sprawiając, że znów chciałem czuć je na sobie. Łagodne spojrzenie, któremu obce były błędy i grzechy… Chciałem móc się nim stać. Chciałem żyć w świecie, który ono obserwuje. Tak bardzo tego pragnąłem, że wkrótce w to uwierzyłem. Nie, nawet nie musiałem uwierzyć, ja naprawdę tam byłem. A skoro istniałem w tamtym świecie, książka musiała opowiadać także o mnie. Ktoś najpierw pomyślał i spisał moje myśli; dlatego to wszystko się wydarzyło.

Zrozumiałem, jak bardzo różnią się od siebie słowa i rzeczy przez nią opisywane. Od pierwszej chwili czułem, że książkę stworzono z myślą o mnie — dlatego każde jej słowo, każda metafora zapadały we mnie tak głęboko. Ale nie dlatego, że słowa te były niezwykłe czy że wyrazy jarzyły się światłem, o nie. Czułem, że książka opowiada moją historię. Nie pamiętałem, skąd się wzięło takie wrażenie. A może przypomniałem to sobie tylko po to, by za chwilę zapomnieć; gdzieś pośród zabójców, nieszczęść, śmierci i utraconych znaków próbowałem odnaleźć własną drogę.

I tak z każdą kolejną stroną moje spojrzenie zmieniało się w słowa z książki, a słowa — kształtowały moje spojrzenie. Oślepiony światłem, nie potrafiłem odróżnić książki od świata w niej opisanego. Jakby jedyna rzeczywistość, każde istnienie, a także każdy możliwy kolor i przedmiot były ukryte pomiędzy słowami, w jej wnętrzu, a ja, dzięki własnemu intelektowi, z radością i zadziwieniem sprawiałem, że dokonywało się wszystko, co mogło się dokonać. Czytając, pojmowałem, że od lat gdzieś tam, na dnie mojej duszy, tkwiła myśl, którą wskazywała mi książka — początkowo jakby szeptem, potem przeszywając mnie bólem, na końcu zaś uderzając z nieokiełznaną siłą. To ona odnalazła i wyniosła na powierzchnię skarb ukryty od wieków w głębinie, a ja, widząc to, co odnalazłem między wersami i słowami, miałem ochotę powiedzieć: teraz należy także do mnie. Czytając jedną z ostatnich stron, poczułem, że ktoś spisał to, o czym sam kiedyś myślałem. A potem, kiedy już całkiem zanurzyłem się w tamtym świecie, zobaczyłem śmierć na kształt anioła wyłaniającego się z mroku. Swoją śmierć…

W jednej chwili pojąłem, że moje życie stało się tak bogate, jak nigdy nie śmiałbym przypuszczać. Nie obawiałem się, że patrząc na świat, ulice, przedmioty i własny pokój, nie będę umiał odnaleźć w nich tego, o czym mówiła książka. Prawdziwym lękiem napawała mnie tylko myśl, że mógłbym się od niej oddalić. Trzymałem ją teraz w obu dłoniach, starając się poczuć zapach papieru i farby, tak jak to robiłem w dzieciństwie z komiksami, które właśnie skończyłem czytać. Pachniała tak samo jak one.

Wstałem od stołu i jak przed laty podszedłem do okna i oparłem czoło o zimną szybę. Wyjrzałem na ulicę. Kiedy przed pięcioma godzinami zaczynałem lekturę, którą teraz skończyłem, kładąc książkę na blacie stołu, przy krawężniku po drugiej stronie ulicy stała zaparkowana ciężarówka. Teraz nie było po niej śladu. Wszystkie oszklone szafy, ciężkie stoły, stoliki, pudła i lampy wypakowano, a do pustego mieszkania naprzeciwko wprowadzili się nowi lokatorzy. Przez pozbawione zasłon okna widziałem, jak w silnym świetle nagiej żarówki rodzice w średnim wieku wraz z synem i córką, którzy mogli być moimi rówieśnikami, jedzą kolację, wpatrzeni w telewizor. Włosy dziewczyny były kasztanowe, ekran telewizora — zielony.

Przez jakiś czas obserwowałem ich i może dlatego, że byli nowi, patrzenie na nich sprawiało mi przyjemność; przy nich czułem się bezpieczny. Nie chciałem być świadkiem zmian, jakie zaszły w otaczającym mnie znanym, starym świecie, ale rozumiałem, że ani ulice, ani mój pokój, ani nawet moja matka czy przyjaciele nie będą już tacy jak kiedyś. W każdym z nich musiała tkwić jakaś wrogość, coś mrocznego i zatrważającego, czego nie potrafiłem nazwać. Odsunąłem się od okna, choć nie wróciłem do przywołującej mnie książki. Przedmiot, który wykoleił moje życie, czekał tam, na stole, tuż za moimi plecami. Bez względu na to jednak, z jakim uporem bym się odwracał, wszystko i tak miało swój początek gdzieś między wierszami tej książki — musiałem podążyć jej drogą.

Ale zerwanie z dawnym życiem wydało mi się nagle na tyle przerażające, że zapragnąłem odnaleźć spokój, wyobrażając sobie, że nie zdarzył się żaden wypadek, nieszczęście czy też cokolwiek, czym było to, co mnie spotkało. Tak samo jak ludzie, których życie zmieniło się bezpowrotnie w wyniku jakiejś tragedii. Tak silnie jednak odczuwałem obecność leżącej za moimi plecami otwartej książki, że nie potrafiłem nawet wyobrazić sobie, jak mogłoby się potoczyć dalej moje dawne życie.

Kiedy matka zawołała mnie na kolację, wyszedłem z pokoju i próbowałem z nią rozmawiać, jak nowicjusz, który przyzwyczaja się do nowego świata. Telewizor był włączony, na stole stały ziemniaki z mielonym mięsem, por w oliwie, sałata i jabłka. Matka mówiła coś o sąsiadach, którzy właśnie wprowadzili się do domu naprzeciwko, o tym, że całe popołudnie — jak to pięknie! — pracowałem bez przerwy, o targu, deszczu, wiadomościach telewizyjnych i spikerze, który je prezentował. Kochałem swoją matkę; była piękną, taktowną, delikatną i wyrozumiałą kobietą. Czułem się winny, że przez książkę wszedłem do świata innego niż ten, do którego należała.

Gdyby książka została stworzona dla wszystkich, życie nie mogłoby mijać jak kiedyś, powoli i nieubłaganie — myślałem. Ale przekonanie, że napisano ją wyłącznie dla mnie, nie mogło mieć sensu dla logicznie myślącego studenta inżynierii, którym wciąż przecież byłem. W jaki więc sposób wszystko toczyło się tak jak dotąd? Czułem strach na samą myśl, że książka mogła być zagadką stworzoną specjalnie dla mnie. Później chciałem pomóc matce w zmywaniu naczyń, chciałem jej dotknąć i przenieść w teraźniejszość świat, który miałem w sobie.

— Zostaw, zostaw, sama to zrobię, kochanie — odparła.

Przez jakiś czas wpatrywałem się w telewizor. Może mógłbym przeniknąć w tamten świat, a może rozniósłbym telewizor jednym silnym kopnięciem? Ale przecież miałem przed sobą  n a s z  telewizor, telewizor z  n a s z e g o  domu — jakąś formę bożka, jakiś rodzaj lampy. Włożyłem kurtkę i buty.

— Wychodzę — powiedziałem.

— Kiedy wrócisz? — zapytała. — Zaczekać na ciebie?

— Nie czekaj. Potem i tak zasypiasz przed telewizorem.

— Zgasiłeś światło w pokoju?

Wyszedłem na znane od dziecka ulice, jakbym wyruszał na niebezpieczne bezdroża nieznanego kraju. Kiedy poczułem wilgotny grudniowy chłód, muskający niczym wiatr moją twarz, pomyślałem, że może jednak kilka spraw ze starego świata przeniknęło do nowej rzeczywistości. Miałem to stwierdzić właśnie teraz, wędrując ulicami i chodnikami, które układały się w mapę mojego życia. Chciałem biec.

Szedłem szybko ciemnymi trotuarami wzdłuż murów, mijając wielkie kubły na śmieci i jeziora kałuż, patrząc, jak z każdym krokiem otwiera się przede mną nowy świat. Topole i platany mego dzieciństwa na pierwszy rzut oka wyglądały tak samo, ale przepadły gdzieś skojarzenia i wspomnienia, jakie mnie z nimi wiązały. Patrzyłem na zmęczone drzewa, dwupiętrowe domy i brudne kamienice, których życie śledziłem od fundamentów, od chwili, gdy były jeszcze dziurą wypełnioną wapnem — później, gdy domy zostały wybudowane, bawiłem się tu ze swymi nowymi przyjaciółmi, którzy właśnie się wprowadzili. Patrzyłem na owe budynki tak, jakby nie były nieodłącznymi fragmentami mego życia, lecz fotografiami, których moment wykonania wyleciał mi z głowy: rozpoznawałem je po cieniach, rozświetlonych oknach, drzewach w ogrodzie albo literach i znakach wypisanych na drzwiach wejściowych. Ale znajome miejsca nie budziły już we mnie żadnych emocji. Dawny świat czaił się wokół mnie, pośród ulic, w znajomych witrynach sklepowych, w piekarni na stacji Erenköy, gdzie w piecach rumieniły się çöreki1, w skrzyniach z owocami, taczkach, cukierni „Życie”, brudnych ciężarówkach, ceratach, mroku i zmęczonych ludzkich twarzach. Moje serce, w którym skrywałem książkę niczym grzech, zamarło na widok tych wszystkich cieni, leciutko drżących w światłach nocy. Chciałem uciec od znajomych ulic, które sprawiły, że byłem takim, a nie innym człowiekiem, od smutku mokrych drzew, liter neonów odbitych w kałużach, od lamp na stoiskach z warzywami i mięsem. Powiał lekki wiatr, z gałęzi spadły kropelki wody, usłyszałem jakiś stłumiony hałas — wtem zrozumiałem, że książka była tajemnicą, którą mi powierzono. Poczułem strach, zapragnąłem z kimś porozmawiać.