Nowe czasy. Przeminą smutne dni - Edyta Świętek - ebook
Opis

Nowa Huta lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia zaczyna podupadać gospodarczo. Coraz trudniej o stabilne zatrudnienie, prywatni przedsiębiorcy wyzyskują pracowników, w obywateli uderzają zarówno wielkie afery gospodarcze, jak i drobni oszuści poszukujący łatwego zarobku. W tym chaotycznym otoczeniu bohaterowie powieści Nowe czasy szybko dorośleją i tracą młodzieńcze złudzenia. Przed Wiolettą rysuje się perspektywa samotnego macierzyństwa. Zespół muzyczny założony przez Adriana kończy działalność. Marek nie potrafi sobie poradzić z piętrzącymi się trudnościami po tym, jak jego ukochana padła ofiarą brutalnej napaści. Karol z bezsilnością obserwuje zmagania swoich dzieci z przeciwnościami losu i pomimo wielkiej determinacji nie jest w stanie im pomóc. W rodzinie Pawła Szymczaka również pojawiają się liczne zmartwienia – zaaferowani pogonią za pieniędzmi rodzice nie dostrzegają potrzeb własnej córki oraz tego, że dziewczynka popada w anoreksję.

Powieść Przeminą smutne dni jest historią o trudnym dojrzewaniu i problemach, z jakimi zmagali się młodzi ludzie tuż po okresie przemian ustrojowych w Polsce.

Ta historia opowiada o sile miłości i przyjaźni. O wyborach, których efekt zawsze stanowi dla nas wielką niewiadomą. O tym, jak ważna jest rodzina. Już dawno nie czytałam tak prawdziwej, emocjonalnej i wzruszającej powieści.

Dorota Gąsiorowska, autorka m. in. Karminowego serca

Poruszająca historia o ludziach, którym przyszło żyć, kochać i marzyć w niezwykłych czasach. Polecam!

Krystyna Mirek, autorka m.in. Ceny szczęścia

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 378

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


W poprzedniej części

Rodziny Pawła Szymczaka oraz Karola Pawłowskiego od lat są skonfliktowane i unikają bliskich relacji. Kilka lat wcześniej kuzyni mieli zatarg z powodu Marka, jednego z synów Karola, który porzucił naukę w liceum po to, by pomagać Pawłowi w robieniu interesów.

Rodzeństwo Wioletta i Adrian Pawłowscy postanawiają rzucić pracę i zająć się karierą artystyczną. Wraz z dwoma kolegami zakładają zespół muzyczny, który szybko osiąga sukces. Młodzi ludzie koncertują w całym kraju. Jeden z członków grupy Silver Star, Tomasz Lorkowski, od lat kocha się w przebojowej dziewczynie, lecz jego uczucie pozostaje nieodwzajemnione. Wkrótce na adres ich fanklubu zaczynają wpływać obelżywe anonimy, które mają na celu zastraszenie Wioletty. Nieznany prześladowca podąża tropem zespołu podczas tras koncertowych.

Bliźniaczy brat Adriana, Marek, handluje kasetami magnetofonowymi. Chłopak odrzuca propozycję rodzeństwa, by wraz z nimi muzykować. Interes nieźle mu idzie do czasu, gdy otrzymuje powołanie do służby wojskowej. Po powrocie z zasadniczej służby chłopak nie może odnaleźć się w cywilu. Poszukuje zajęcia, lecz wciąż trafia na nieuczciwych pracodawców. Podczas jednej z rozmów kwalifikacyjnych poznaje Renatę. Młodzi ludzie zakochują się w sobie. Mimo wszystko Marek nie czuje się szczęśliwy i ucieka przed problemami w alkohol i narkotyki.

Karol Pawłowski, ojciec Wioli oraz bliźniaków, żeni się z ukochaną Matyldą. Wiodą spokojne życie, marząc o powiększeniu rodziny. Nie są świadomi zagrożeń czyhających na Wiolettę ani tego, jak poważne są problemy Marka.

Paweł Szymczak jest drobnym biznesmenem. Nie stroni od różnych mętnych interesów. Wikła się w handel bronią oraz narkotykami. Jego była żona, Anna, prowadzi pracownię krawiecką. Szymczakowie wciąż mieszkają razem mimo rozwodu – wzięli go w celu zabezpieczenia się przed ewentualnymi stratami. Wspólnie wychowują córkę Małgosię, którą mocno zaniedbują. Nastolatka większość czasu spędza z babcią Sabiną lub koleżanką z podstawówki – Julitą. Rodzice obdarowują ją drogimi upominkami, lecz wciąż brakuje im dla niej czasu. Osamotniona Gosia pakuje się w kłopoty. Popada w anoreksję i wikła się w toksyczną znajomość ze znacznie starszym mężczyzną. Bolesław Sadzidło myśli tylko o tym, by wykorzystać Gosię lub jej koleżankę.

Małgorzata Szymczak w tajemnicy przed rodzicami utrzymuje kontakt z Wiolettą Pawłowską. Kuzynka emanuje życzliwością i ciepłem, których brakuje w domu nastolatki.

Wiola z trudem godzi karierę muzyczną ze studiami zaocznymi. Na uczelni poznaje mężczyznę, w którym zakochuje się bez pamięci. Konsekwencją tej namiętności jest nieplanowana ciąża. Dziewczyna postanawia zrezygnować z kariery muzycznej. Jej decyzja jest szczególnie bolesna dla Tomasza, który wciąż żywił nadzieję na związek z atrakcyjną wokalistką.

Zdruzgotany Lorek, nie widząc już szansy na zdobycie serca Wioli, postanawia odebrać sobie życie.

Pawłowska wyznaje kochankowi, że spodziewa się dziecka. Mężczyzna podważa uczciwość dziewczyny i oznajmia, że ma już rodzinę, której nie zostawi. Wioletta wpada w rozpacz.

Bolesław usiłuje zgwałcić Małgosię. Przerażona dziewczynka ucieka do domu kuzynki

W dobrych i złych momentach życia Karol oraz jego dzieci mogą liczyć na wsparcie i troskę ze strony Wawrzyńca i Julii Pawłowskich.

Rok 1995

Rozdział 1

Czas na łzy

Pytasz czy miłość sama zwycięża

Bez krwi, bólu i pięści

Czy zawsze sami, sami, sami... coś zabijamy? [1]

Wioletta energicznie wchodziła po schodach. Podbudowana krzepiącymi słowami babci Julii, wracała do mieszkania. Wciąż jeszcze nie mogła wyobrazić sobie przyszłości, jakże innej od pięknych obrazów, które w minionych kilku dniach widziała oczyma duszy. Nadal cierpiała z powodu niespodziewanego obrotu spraw.

Wszystkie jej nadzieje okazały się płonne!

Jak żyć z taką zgryzotą?

Odczuwała lęk na myśl o nadchodzących godzinach, dniach i tygodniach, gdy trzeba będzie stawić czoła realiom, a dziecko dojrzewające w jej łonie nie pozwoli na zapomnienie o największej porażce, jaka ją spotkała. Wystarczyło tylko trochę czasu, by cały świat wykonał zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

Była na krok od półpiętra, gdy usłyszała ciche pochlipywanie. Zadarła głowę i dostrzegła postać skuloną na stopniu. Rozpoznała swój sweter. A raczej nie tyle swój, co oddany kilka tygodni wcześniej kuzynce.

– Gosia? – Uniosła brwi w zdumieniu. – Co się stało, Gosieńko? Czemu płaczesz? – zapytała wylęknionym tonem.

Przyspieszyła. Już po chwili trzymała w objęciach mocno wychudzone ciało nastolatki. Dziewczyna dygotała i szczękała zębami tak strasznie, że nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Wioletta szybko wyjęła klucze z kieszeni i wpuściła nieboraczkę do mieszkania. Tam od razu zaprowadziła ją na swój ulubiony fotel, który wpierw przesunęła bliżej grzejnika. Otuliła gościa pledem i choć pożerała ją ciekawość tego, co doprowadziło młodą do takiego stanu, poszła do kuchni, gdzie zaparzyła gorącą herbatę z miodem i cytryną.

– No jak? Cieplej ci choć odrobinę? – zapytała, wręczając kubek nastolatce.

– Tro… Trochę – odpowiedziała kuzynka, wciąż szczękając zębami.

– Pij powoli, żebyś się nie poparzyła.

Dziewczyna skinęła głową. Pociągnęła łyk naparu, który przyjemnie rozgrzał jej wnętrzności. Miała nadzieję, że miód nie odłoży ohydnej tłustej fałdy na jej brzuchu. Pani domu przysunęła bliżej drugi, nieco mniejszy fotel. Usiadła, podciągając stopy pod siebie. Ona też trochę zmarzła, więc sięgnęła po lekki kocyk.

– Siedzimy jak dwie staruszki. Okutane w pledy, sączymy gorące napoje – próbowała minimalnie rozładować ciężką atmosferę. – Chcesz mi opowiedzieć, dlaczego przyszłaś bez kurtki i przemarznięta do szpiku kości? I o co tak ciągle płaczesz? Coś w domu? Jakaś kłótnia z rodzicami? Uciekłaś? Pewnie się o ciebie martwią. Chcesz, żebym do nich zadzwoniła?

– Nie… nie dzwoń. Nie u… cie… kłam – wyjąkała dziewczynka. – Zaraz ci wy… wy… tłu… maczę, tylko wypiję. Już mi lepiej – odparła, choć z jej oczu przez cały ten czas płynął nieprzerwany strumień łez.

– Oj, Gosia… No… Nie płacz już, proszę.

Po dłuższej chwili nieco uspokojona nastolatka zwierzyła się kuzynce. Przedstawiła swoją historię od samego początku, czyli od pierwszych wizyt u sąsiada babci. Nie pominęła filmów, które pożyczał jej ten straszny człowiek, picia piwa i palenia papierosów. Plącząc się i szlochając, dobrnęła do wydarzeń minionego przedpołudnia. Wiola słuchała jej słów z rosnącą zgrozą i zdenerwowaniem. Własne problemy odeszły na moment w zapomnienie. O wiele ważniejszy był teraz dramat tego biednego, zaniedbanego przez rodziców dziecka.

Ojciec z matką gonią za forsą, a mała na tym cierpi! – urągała w duchu Pawłowi i Annie. Ciekawe, czy oni kiedykolwiek porozmawiali z nią o jej troskach? O dojrzewaniu? Czy nauczyli ją odróżniać złych ludzi od dobrych?

Z przerażaniem patrzyła na Małgosię obwiniającą się o to fatalne zdarzenie. Płaczącą z lęku, że ktoś o tym usłyszy i zostanie ukarana. W końcu nie wytrzymała, wstała z fotela i złapała kuzynkę w objęcia.

– Nie mów tak! To nie była twoja wina! Co on sobie myśli? Przecież to… To… To podpada pod paragraf! Twoi rodzice powinni zgłosić wszystko na policję!

– Nie! Wiola! – wykrzyknęła zrozpaczona dziewczynka, tuląc się do jedynej osoby, której była w stanie zaufać. – Nie mogę im o niczym powiedzieć! Nigdy! Nigdy! Nigdy! Bo inaczej już na zawsze zamkną mnie na cztery spusty. I zmuszą babcię, żeby mnie pilnowała na każdym kroku! Albo zrobią coś jeszcze głupszego! Wiolaaa! Nie można iść na policję, bo wszystko wyjdzie na jaw!

– No już dobrze, dobrze. – Pogłaskała chudzinę po plecach. – Nic im nie powiemy, nie dowiedzą się. Ale to oznacza, że ten człowiek pozostanie bezkarny. Bo to, co zrobił, a raczej próbował zrobić, jest przestępstwem, rozumiesz?

Nastolatka pokiwała głową.

– On nie miał prawa dawać ci filmów o treści pornograficznej ani tym bardziej dotykać cię w taki sposób. Nie wolno by mu było tego robić nawet za twoją zgodą, bo jesteś jeszcze dzieckiem, a dzieci mają zagwarantowaną przez prawo nietykalność cielesną. Nawet jeśli są już tak duże i wyglądają tak poważnie jak ty.

– I co teraz będzie? – załkała niedoszła ofiara przemocy.

Prawdopodobnie tylko ja mogę coś zdziałać w tej sytuacji. Nie poproszę o pomoc chłopaków – pomyślała o braciach – bo nie ma czasu na to, by wydzwaniać za nimi po mieście. Wiadomo, gdzie są Adek z Markiem? Na ile znała ich przyzwyczajenia, to pierwszy pewnie odsypiał jakąś całonocną bibę, a drugi mógł być w robocie.

– Nie wiem, Gosiu. Daj mi moment na zebranie myśli.

Małgorzata spojrzała na nią z tak wielką nadzieją, że serce Wioletty ścisnął nieprzyjemny skurcz. Nie panowała nad wzburzeniem. Była wściekła na obcego człowieka i na swoich krewnych. Gdyby teraz spotkała Andzię, wydrapałaby jej oczy!

– Zaraz pójdę do drania i zrobię awanturę! To mu nie ujdzie na sucho!

Wiedziała, jak załatwić tę sprawę. Oczywiście nie mogła pójść tam sama, ponieważ ten człowiek nie potraktowałby jej serio. Pewnie wyśmiałby ją w obrzydliwy sposób. Musiała więc zabrać ze sobą jakiegoś mężczyznę. Tylko jedną zaufaną osobę miała na podorędziu.

– Idę odebrać twoje rzeczy. Przy okazji porozmawiam z sąsiadem twojej babci. Już ja mu powiem do słuchu! Wrócę niebawem, nie denerwuj się, dobra? Chcesz tutaj poczekać?

– A pozwolisz, żebym została?

– Oczywiście, kochanie. Wciąż masz takie zimne ręce! Najlepiej, jak posiedzisz pod kocem – stwierdziła zatroskana, dotykając jej dłoni. – Bądź dobrej myśli.

W pośpiechu ubrała się i opuściła mieszkanie. Aleją Róż podążyła w stronę osiedla Centrum D.

– Wiola! Ty znowu tutaj? – wyraził zdziwienie Wawrzyniec Pawłowski, otwierając drzwi przed wnuczką. – Coś się stało?

– Tak, ale nie masz powodu do zdenerwowania. Jest u mnie Gosia Szymczak. Kiedy ja wypłakiwałam się w babciny rękaw, próbował ją zgwałcić sąsiad cioci Sabiny!

– Matko Boska! – wykrzyknęła Julia. – Jakże to? Mam nadzieję, że nic jej nie zrobił!

Sama nosiła w głębokich zakamarkach umysłu wspomnienie największej krzywdy, jakiej zaznała w całym swoim życiu. Na ułamek sekundy przed oczy Julii wróciła poczerwieniała złością i chucią twarz Bartłomieja Marczyka, który niemalże pół wieku wcześniej posiadł ją z użyciem przemocy. Tym samym na długie lata zrujnował kobiecie cały świat, zasiewając w jej sercu ziarno niechęci do mężczyzn.

– Spokojnie, babciu. Do niczego złego nie doszło. Skończyło się na strachu i łzach.

– Trzeba powiadomić policję! – wykrzyknął pan domu. – Co za drań! Niepojęte, żeby nastawać na dziecko!

– Nie! Gosia bardzo mnie prosiła, by tego nie robić. Ale muszę pójść po jej kurtkę do faceta, który chciał ją wykorzystać. Andzia i Paweł nie mogą się o niczym dowiedzieć, przynajmniej chwilowo. Później wam to wyjaśnię.

– Co to za człowiek? Mówiła coś na jego temat?

– Ponoć jakiś stary piernik, starszy od ciebie – chlapnęła bez zastanowienia. – Eee… Przepraszam, dziadku. Głupio to zabrzmiało.

– Daj spokój, dobrze wiem, że nie jestem młodzikiem. Idę z tobą! – zdecydował Wawrzyniec, zanim zdążyła powiedzieć, po co tak właściwie przyszła. W lot odgadł myśli ukochanej wnuczki. – Już ja mu natrę uszu!

– Ja też idę! – Z głębi mieszkania nadszedł zięć Wawrzka, Krzysztof Ogrodziński. – Jeden chłop na jednego to wyrównane siły, ale we dwóch pokażemy mu, gdzie raki zimują!

Panowie bez chwili zwłoki włożyli buty i zimowe okrycia. Po drodze Wioletta powtórzyła im w skrócie historię zasłyszaną od kuzynki, nadmieniła także, dlaczego wszystko powinno zostać utrzymane w sekrecie.

Kilka minut później stanęli przed drzwiami obitymi boazerią.

– To chyba tutaj – stwierdziła dziewczyna, zerkając na wizytówkę.

Nerwowo zastukała. Ku jej zaskoczeniu otworzyła leciwa kobieta. Ponieważ Wioletta nie spodziewała się takiego obrotu sprawy, na ułamek sekundy zaniemówiła.

– Dzień dobry. Czego chcecie? Jesteście Świadkami Jehowy? – zapytała tęga jejmość.

– Dzień dobry. Pawłowski. My do męża – oznajmił ledwo panujący nad wściekłością Wawrzek.

– Bolek! – zawołała Sadzidłowa w głąb lokalu, tarasując przejście swą masywną sylwetką. – Jacyś ludzie do ciebie!

Przybyłych dobiegło zniecierpliwione sapnięcie, a potem odgłos szurania. Wioletta zadygotała z obrzydzenia, widząc wysokiej postury mężczyznę, mocno posuniętego w latach, o znacznie przerzedzonej siwej czuprynie, zapadniętych oczach i nieprzystępnym wyrazie twarzy.

Zmienił żonę przy drzwiach. Kobieta została tuż obok w przedpokoju, strzygąc czujnie uszami.

– Dzień dobry. A państwo w jakiej sprawie? – zapytał pan domu jak gdyby nigdy nic. Jakby nie miał na sumieniu próby wykorzystania czternastoletniej dziewczynki. – A panią to ja chyba znam z telewizji. – Rozciągnął wargi w uśmiechu, spoglądając lubieżnie na Wiolę.

Pawłowskiej od razu wrócił rezon. Pomyślała o prześladowcy, którzy przez blisko pół roku zatruwał jej życie i poniekąd zmusił ją do rezygnacji z kariery.

– A Małgorzatę Szymczak też pan zna? – wrzasnęła rozsierdzona. – Chyba nazbyt dobrze, skoro chciał ją pan skrzywdzić!

– Ty hultaju! Jak śmiałeś położyć obleśne łapska na niewinnym dziecku! Ty sobaczy pomiocie! – warknął Pawłowski, dygocząc ze zdenerwowania.

Odkąd usłyszał o tym, co spotkało Małgorzatę, wrzał w nim nieprawdopodobny gniew. Dobrze pamiętał niechęć i nieufność Julii w czasie, gdy ją poznał. Ileż razy ubolewał nad tym, że ukochana zaznała brutalnego gwałtu! Jakże go ten temat frasował przed ślubem, jak mu to żyć nie dawało! Od dnia, gdy Julia wykrzyczała mu w twarz, czemu wszyscy mężczyźni świata wzbudzają w niej niechęć, odczuwał wściekłość na człowieka, który ważył się ją dotknąć. Gdyby wcześniej Andrzej nie pogrzebał żywcem łotra, to zapewne sam wymierzyłby sprawiedliwość, aby pomścić jej cnotę. Bo pokochał Julię od pierwszego wejrzenia. Miłością czystą, piękną i tak mocną, że wręcz niewyobrażalną. I choć cierpiał za każdym razem, gdy wrogo na niego spoglądała, nie potrafił stłumić głosu swego serca. Walczył o przychylność kobiety wytrwale, lecz nienachalnie, dotąd, aż zyskał wzajemność.

– Bolek! Co to ma znaczyć, ty stary zbereźniku? – ryknęła Sadzidłowa.

Sprawca zamieszania zrobił ruch, jakby chciał zatrzasnąć przybyszom drzwi przed nosem, lecz Krzysztof wykazał refleks i zablokował je stopą.

– Nawet o tym nie myśl, zboczeńcu! – Ogrodziński wyciągnął palec wskazujący w stronę mężczyzny w spranym podkoszulku i rozciągniętych na kolanach spodniach dresowych. – Młodych dziewczyn ci się zachciewa? Odpowiesz za to!

– A co ty mnie tutaj grozisz, smarkaczu? – zaperzył się Sadzidło. – Poszła won! – warknął na żonę, która z piskiem zaczęła okładać go pięściami.

– Wiedziałam, że w końcu coś wykombinujesz, ty stary pierdziochu! Nic, inoś ją smyrał po kolanach i podszczypywał! Ty świntuchu!

Podniosła taki jazgot, że ze swojego lokalu wyjrzał sąsiad.

– Proszę państwa! Co to za hałasy?! Ludzie tutaj mieszkają!

– Przepraszam, szanowny panie. – Wawrzek uznał za stosowne kulturalnie załatwić ten drobny problem. – My tutaj mamy pewną kwestię do wyjaśnienia. Za kilka minut sobie pójdziemy.

– No! Żebym nie musiał wzywać policji!

– To nie będzie chyba konieczne – odparł Pawłowski. – Niechże nam pan da parę minut.

Mężczyzna pokiwał głową i przymknął drzwi, lecz przez szczelinę widać było, że został obok, by posłuchać awantury dobiegającej od sąsiadów. Przybysze, niezrażeni tym, że zyskali nieformalne audytorium, zaczęli cedzić przez zęby inwektywy pod adresem Sadzidły. Nastraszyli go policją i kryminałem. Pouczyli, że ma się nie zbliżać do dziecka, a na ostatek odebrali kurtkę, która, zupełnie zapomniana, wisiała na kołku w przedpokoju. Wreszcie uznali, że problem został należycie rozwiązany. Zboczeniec dostał parę razy po pysku od Krzysztofa i parasolem po łbie od rozsierdzonej połowicy. Krewni pokrzywdzonej wycofali się z poczuciem pomyślnie zakończonej misji. Zeszli po schodach na parter, wciąż jeszcze słysząc krzyki Sadzidłowej.

– Stary dziad oberwie jeszcze i od żony! – stwierdził Krzysiek.

– No ba! Gorsze to niż kryminał! Taka wściekła baba to dopiero da mu popalić! – skwitował Wawrzek.

– A wie tato, ja bym na jego miejscu wolał jednak do pudła.

– Szczęściem nasze kobitki nie są z tych jazgotliwych – roześmiał się teść i poklepał zięcia po plecach.

– Bo nie mają na co jazgotać – wtrąciła Wiola niosąca trofeum w postaci odzyskanego okrycia.

Dla pewności, nim opuścili na dobre klatkę schodową, sprawdziła zawartość kieszeni. Znalazła portfel oraz legitymację szkolną i bilet miesięczny. Inne drobiazgi jej nie interesowały, osiągnęła zamierzony cel. Odetchnęła z ulgą.

– Tylko pamiętajcie i babci też powtórzcie: nikomu ani słowa na ten temat. Bo Paweł i Andzia faktycznie gotowi łajać tę bidulę, choć sami ponoszą znaczną część winy. W ogóle ich nie interesuje, co się dzieje z córką! Od dawna byli na nas źli, choć nie mają ku temu powodu, więc po co z nimi dodatkowo zadzierać? I tak pewnie już nigdy nie dojdziemy do porozumienia, a to pogorszyłoby sytuację. Zaczęliby się wściekać o wtykanie nosa w ich sprawy. No i pomyślcie jeszcze o Gosi.

– Może i masz słuszność – przyznał Wawrzyniec, który wcale nie był zachwycony tym, że zamiast na komisariacie policji skończyło się na kilku kuksańcach wymierzonych przez Krzyśka Bolkowi. On wolałby zgłosić przestępstwo i zobaczyć drania na ławie oskarżonych. – Ale taki występek nie powinien mu ujść płazem. Nawet próba gwałtu jest ogromną krzywdą dla kobiety, a cóż dopiero w przypadku dziecka?

– Wiem, dziadku. To może być trauma na całe życie Gosi – przytaknęła dziewczyna. – Ale z drugiej strony wyobrażasz sobie te wszystkie przesłuchania? Rozprawę w sądzie? Pomówienia, że sprowokowała tego obleśnego łachudrę? Czasami lepiej odpuścić. Dla dobra małej.

Wróciła do siebie, gdzie zastała nastolatkę zwiniętą w kłębek na fotelu i pogrążoną w głębokim śnie. Biedne dziecko, tyle wrażeń jednego dnia – westchnęła. Nie chciała budzić śpiącej, lecz wiedziała, że kuzynka powinna jechać do domu. W przeciwnym razie rodzice zaczną się niepokoić i kłopot gotowy.

– Gosiu… Gosieńko… – powiedziała półgłosem, delikatnie dotykając jej ramienia.

Z przykrością zobaczyła, że dziewczynka dygocze nerwowo.

– Spokojnie, to ja. Odzyskałam twoją kurtkę. Ten człowiek nie będzie cię więcej prześladować. Twoi rodzice też nie powinni dowiedzieć się o niczym.

Rozbudzona Małgorzata zawisła Wioli na szyi i przytuliła twarz do jej policzka.

– Jesteś wielka – powiedziała głosem zdławionym łzami. – Kocham cię najbardziej na świecie!

– No już dobrze, dobrze… – Pawłowska uścisnęła nieboraczkę. – Nie wyrzucam cię, ale mama i tata pewnie się martwią, że nie ma cię tak długo.

Małgorzata spojrzała na tarczę pięknego, zabytkowego zegara. Wskazówki pokazywały, że dochodzi druga.

– Na pewno jeszcze ich nie ma. Albo co tylko wrócili. Bo w soboty mama o tej porze zamyka szwalnię. A tato wraca zwykle jeszcze później.

– W porządku. Zdołałaś się rozgrzać?

– Tak, już mi lepiej.

– Mam nadzieję, że nie złapałaś zapalenia płuc. Pamiętaj, jeśli gorzej się poczujesz, koniecznie idź z mamą do lekarza. Obiecaj mi to, dobrze?

– Obiecuję – odparła dziewczynka.

Wiola pomyślała, że tak czy owak kuzynce przydałaby się wizyta u pediatry. Choćby po to, by ocenił, czy jej waga nie jest zbyt niska w stosunku do wieku i wzrostu. Postanowiła, że przy następnej okazji poruszy jakoś delikatnie ten temat z Małgorzatą. W tej chwili nie chciała jej dodatkowo stresować.

– To co? Zbieramy się? Pojadę razem z tobą do Mistrzejowic – oznajmiła.

Po powrocie do mieszkania Wiolka klapnęła ciężko na swój ulubiony fotel. Wciąż jeszcze zaaferowana była sprawą Gosi, lecz z wolna zaczynały powracać wspomnienia własnej porażki. Stwierdziła z zaskoczeniem, że nocna burza w jej umyśle ucichła, a to, co wcześniej brzmiało jak przeraźliwe wycie wiatru, przeszło w stłumione, żałosne pojękiwanie. Cudze problemy skutecznie odwróciły jej uwagę od własnych. Powoli zaczynała godzić się ze swoim losem, choć powracające falą echo złych słów Mirka wciąż jej doskwierało.

Właściwie sama już nie wiedziała, co powoduje większe udręki: myśl o tym, że wizja wspólnej przyszłości prysła jak bańka mydlana, czy to, że przez pół roku była oszukiwana przez mężczyznę, którego pokochała pierwszą miłością? Czy może wszystkie oszczerstwa, które padły z jego ust?

– Tak mi przykro, maleństwo – powiedziała, głaszcząc płaski brzuch, który niebawem miał urosnąć. – Dam ci całą miłość tego świata. Będę cię kochać za dwoje. I nigdy, przenigdy nie dopuszczę, żebyś poczuło się tak osamotnione jak Gosia. Zawsze będziesz mogło na mnie liczyć. Nie pozwolę, by cię skrzywdził jakiś potwór.

Westchnęła. Ostatnia obietnica mogła być dość trudna do realizacji. Jej prywatny demon chyba nie miał jeszcze pojęcia, że Srebrna Gwiazdka opuściła zespół muzyczny. Nie potrafiła ocenić, czy wieści dotarły już do prześladowcy, który od ubiegłego roku nękał ją odrażającymi anonimami i prezentami.

Znowu powróciła w myślach do przerwanej kariery oraz wielu spraw, które wymagały teraz radykalnych przetasowań. Krok po kroku planowała najbliższe posunięcia. Czekało ją jeszcze parę wywiadów dla radia i prasy. Powinna też załatwić urlop dziekański lub przeniesienie na inną uczelnię. Zdrowy rozsądek nakazywał, by podeszła do sesji egzaminacyjnej, aby nie stracić semestru. Szkoda byłoby zaprzepaścić to, co osiągnęła. Sęk w tym, że teraz wolałaby tam nie wracać, ponieważ każda wizyta w Akademii Ekonomicznej oznaczała możliwość spotkania z Brodnikiem. Nie była na to gotowa. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, marzyła, by nigdy więcej go nie widzieć. Niechby przepadł raz na zawsze i nie kłuł jej w oczy swoją obecnością!

Nie dane jej było dalsze roztrząsanie tej kwestii, gdyż natarczywy dzwonek wyrwał ją z zadumy.

– Mam nadzieję, że to nic ważnego. Wystarczy sensacji na najbliższy rok! – westchnęła, wstając.

Tym razem dobijał się do niej Adrian. Przez domofon rzucił wyłącznie swoje imię, więc po prostu otworzyła bramę. Założyła, że tylko przyszedł w odwiedziny, i poniekąd ją to cieszyło, gdyż potrzebowała czyjejś obecności, by nie wpaść na nowo w rozpacz. Niestety, jeden rzut oka na brata wystarczył, aby stwierdzić, że to nie koniec nieprzyjemności. Gość miał poważną minę, jakby stało się coś bardzo złego.

– Adek! Na litość boską, co jest grane? – wykrzyknęła.

– Nieszczęście – wykrztusił pobielałymi wargami.

Przez chwilę stał, wpatrując się w siostrę zbolałym wzrokiem. Nie mógł powiedzieć nic więcej, żadne słowo nie chciało przejść przez jego zaciśnięte gardło. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów Wiola zobaczyła, że po twarzy brata płyną łzy.

Jasny gwint! Nie powinienem sprzedawać dragów temu gnojkowi – pomyślał Paweł, spoglądając za odchodzącym krewnym. Jak się Karol zorientuje, to będzie chryja.

Do tej pory nałóg Pawłowskiego niespecjalnie go obchodził. Traktował młodego tak, jak każdego innego klienta: forsa, działka, do zobaczenia przy następnej okazji. Sęk w tym, że w ostatnich dwóch tygodniach Marek zaglądał na jego rewir zdecydowanie zbyt często. I zawsze na głodzie. Niby coś tam zagadywał o dupie Maryni, ale w rzeczywistości przychodził w ściśle określonym celu. Zwykle stali chwilę razem, udając, że interesuje ich jakiś błahy temat rozmowy. Prochy mimochodem zmieniały właściciela. Potem smarkacz żegnał się z wujem i odchodził w ustronne miejsce, gdzie zaliczał kolejny odlot. Paweł zaczął odczuwać niepokój, że pewnego dnia Marek pójdzie ćpać do mieszkania. Zobaczy go ojciec, a potem zacznie wytrząsać z niego informacje o dostawcy. A od tego już prosta droga do pudła. Wszak Alosza ostrzegał go, by nie handlował z ludźmi, którzy go znają i wiedzą o nim cokolwiek.

– Ech… Szkoda sobie głowę zawracać. – Machnął ręką, po czym stwierdził, że pora do domu.

W kieszeni kurtki miał dwa bilety na Spis cudzołożnic, które podrzucił mu rano kumpel. Ponarzekali przy tej okazji na sytuację gospodarczą w kraju. Dla koników przyszły trudne czasy. Ludzie nie chodzili zbyt często do kina, bo na wszystko brakowało im forsy. Nie nabywali tak ochoczo jak niegdyś biletów z drugiej ręki. Paweł próbował raz namówić Michała na wejście do Amwaya, lecz ten tylko popukał się w czoło i powiedział, że nie będzie żebrał, by ludzie kupowali od niego jakieś badziewie. Po co ma taszczyć ciężkie opakowania z chemią gospodarczą, skoro jego towar jest znacznie lżejszy i może go upchnąć w kieszeni?

Paweł już dawno stracił serce do tego biznesu. Nawet nie miał ochoty latać na spotkania motywacyjne, bo i po co? By słuchać o cudzych sukcesach, podczas gdy samemu niewiele się osiągnęło? Nie ma mowy! Jego to tylko drażniło, bo wiedział, że ci, co weszli w interes na samym początku, ciągnęli profity z takich jak on. Żerowali na jego pracy, jak te świnie przy korycie!

Trzeba z tym skończyć, to strata czasu. Człowiek robi z siebie głupka, bo choć Amway działa krótko, to już każdy o nim słyszał.

Wracał do mieszkania głodny jak wilk. Nie zjadł niczego na mieście. Wiedział zresztą, że w domu będzie dobry obiad, bo zwykle w sobotę Andzia przynosiła różne frykasy z restauracji. Przed klatką schodową wpadł na córkę.

– Ej, Gosiula, a ty gdzie łazisz? – zapytał bez większego zainteresowania. – Co ty tak niewyraźnie wyglądasz? Nie łapie cię czasami przeziębienie?

– Cześć, tato – bąknęła i ruszyła po schodach na piętro.

Paweł poniechał dalszego zagadywania młodej. Niech się nią Andzia zajmie – pomyślał. On nie miał dość cierpliwości do dziewczyn w jej wieku. Wciąż chodziło toto jakieś takie nadęte, z muchami w nosie, niezadowolone z życia. Ale musiał oddać Gośce sprawiedliwość, że przynajmniej była grzeczna i nie przysparzała trosk, choć wyrosła na ciamajdę.

Niektóre smarkule w jej wieku nieźle dokazywały. Czasami przyłaziły do niego po działki, płacąc zmiętymi banknotami zwędzonymi rodzicom lub zarobionymi w szemrany sposób. Wiele z nich znał już z widzenia, ponieważ był czujnym obserwatorem. Potrafił odróżnić pannice z dobrych, zamożnych domów od zwykłej biedoty. Jedne i drugie lubiły się naćpać. Alkohol też potrafiły nabyć, choć były niepełnoletnie. Wystarczył tylko wyzywający makijaż i odrobina tupetu. Niejeden raz widział, jak chyłkiem umykają z lekcji, by w krzakach zapalić taniego papierosa na kilka osób w przypadku tych biedniejszych lub, jeśli miały więcej kasy, szpanerskiego, zagranicznego szluga. Do niego też przychodziły, jarając fajki i chojrakując, jakie to nie są cwane, rozrywkowe i wyluzowane. Za kilka lat pewnie wiele z nich wyląduje na odwyku, ale on miał to gdzieś. Jego dziecko nie ćpało, nie piło i nie paliło. Nie latało za chłopakami. I to było najważniejsze. A inni rodzice, jak nie potrafią dopilnować swoich bachorów, to niech potem nie beczą.

Małgorzata ucieszyła się w duchu, że ojciec nie drąży tematu jej nieobecności w domu. Być może przyjął za pewnik, że spędziła przedpołudnie z babcią, ale na wszelki wypadek, gdyby wrócił do nawet nie zaczętej na dobre rozmowy, postanowiła skłamać, że siedziała u Julity. Starzy na pewno nie fatygowaliby się do Małków, by to sprawdzić. Matka w życiu nie zniżyłaby się do czegoś podobnego, przynajmniej o to nastolatka mogła być spokojna. Bo mimo zapewnień Wiolki, że wszystko będzie dobrze, Gosia jakoś nie mogła odetchnąć z ulgą. Wciąż dręczyły ją obawy, czy cała sprawa się nie wyda. Nawet nie chciała myśleć o możliwych konsekwencjach.

Tylko jak teraz uniknąć spotkania z tym obrzydliwym człowiekiem?

Najlepiej byłoby w ogóle nie jeździć do babci. Będzie musiała szukać jakichś wymówek, bo gdyby stanęła twarzą w twarz z Sadzidłą, to pewnie umarłaby ze strachu, że on coś zrobi lub powie!

– Gośka, obiad stygnie! – powitała ją w progu matka. – Gdzie byłaś? Wyglądasz jak jakiś upiór! Ta kurtka wisi na tobie jak na kołku! Czemu nie nosisz płaszcza z atelier? Umyj ręce i siadaj do jedzenia!

Tylko tyle. Mama zauważyła wyłącznie kurtkę. Nie zwróciła uwagi na niezwykłą bladość córki, rozszerzone strachem oczy i drżące dłonie. Nie zainteresowała się tym, czy nie jest zmarznięta lub chora.

– Nie mam ochoty. Zjadłam przed wyjściem z domu wczorajsze pierogi odgrzane w mikrofalówce – skłamała gładko.

Gosia odwiesiła okrycie, zzuła buty i poszła do siebie. Zamknęła drzwi pokoju i padła na tapczan. Wtuliła się w gigantycznego misia, którego otrzymała od ojca na urodziny. Wspomnienia minionego przedpołudnia powracały naprzemiennie nieprzyjemnymi i łagodnymi falami. Dotyk Bolka, ucieczka, przenikliwe zimno. Kojące objęcia Wioletty, jej przytulne mieszkanie, zainteresowanie okazane przez kuzynkę.

Dlaczego nie mam takiej fajnej siostry? – załkała cichutko w przykurzonego niedźwiedzia.

Wiolka z niepokojem spoglądała na przybysza.

– Adrian! Co się stało? Na litość boską! Mów! – wykrzyknęła z przestrachem.

Weszli do salonu, tam brat wskazał jej fotel, by usiadła. Dopiero gdy zajęła miejsce, powiedział:

– Dzwoniła do mnie matka Tomka.

– Lorkowskiego? – upewniła się dziewczyna.

– Tak. Lorek spadł z dachu. Zabrało go pogotowie. Podobno jest w ciężkim stanie.

– Jak to: spadł z dachu? Co ty wygadujesz? Z jakiego dachu?

Adrian zaczerpnął powietrza. Trochę ochłonął, otarł twarz. Poczuł nawet wstyd za to, że tak się wcześniej rozkleił.

– Przepraszam, rozmazałem się jak baba. Wlazł po piorunochronie na budynek przedszkola, tutaj niedaleko. Zaczął coś wykrzykiwać, a potem skoczył.

– Skoczył? Co ty opowiadasz? Jesteś pewny, że nie spadł?

– Lorkowska mówiła, że byli świadkowie. Stał na krawędzi dachu, śpiewał i coś wrzeszczał, a później odbił się i runął w dół.

– Co z nim? Przeżyje?

– Na razie jest operowany. Z całą pewnością wiadomo, że połamał obydwie nogi. Trudno powiedzieć, czy są jakieś inne urazy.

– Mam nadzieję, że nie przetrącił kręgosłupa – jęknęła.

– Musimy być dobrej myśli – stwierdził Adrian.

– O Boże! To moja wina!

Ukryła twarz w dłoniach i zaniosła się przeraźliwym szlochem.

– Dlaczego mówisz, że twoja wina? Rozmawialiście? Widziałaś się z nim wcześniej?

– Nie. Nie widziałam go od chwili, gdy przyszłam was poinformować, że odchodzę z zespołu. A ty?

– Ja też nie. Ale jego siostra wspomniała, że od kilku dni na okrągło chlał wódkę i nie trzeźwiał. Jak go ojciec z matką opieprzyli, to zaczął się wydzierać, że jest pełnoletni i wie, co robi. I żeby mu dali spokój, bo to jego zafajdane życie.

– On skoczył przeze mnie. Widziałeś jego wyraz twarzy, gdy oznajmiłam, że oczekuję dziecka?

Adrian pokiwał w milczeniu głową. Przytulił Wiolkę. Jej ciałem wstrząsnął nieprzyjemny dreszcz.

– Czy dawałaś mu nadzieję na wspólną przyszłość? Flirtowałaś z nim?

– Nie. Raz poszłam z nim do kina. To było dobrze ponad dwa lata temu. Miał bilety na Psy. Po seansie byliśmy w kawiarni. Nie zgodziłam się na kolejne wyjście. Jasno mu wytłumaczyłam, że nie ma najmniejszych szans, bym go pokochała.

– No to nie możesz się winić.

– Ależ tak! Bo on, jak widać, nie wbił sobie tego do głowy. A potem… Potem… – zająknęła się. – Ten cały cyrk podczas koncertów był głupi i niepotrzebny. Udawaliśmy zakochanych i on chyba za bardzo wszedł w swoją rolę. To i tak w niczym nie pomogło, bo prześladowca nadal mnie nękał. A Lorek niepotrzebnie uległ złudzeniu, że zmienię zdanie. Zaprosił mnie nawet na sylwestra, ale odmówiłam. Myślałam, że dotarło wtedy do niego, ale najwyraźniej nie odpuścił.

– Wiolka! Przestań. Naprawdę nie jesteś niczemu winna. Lorek to dorosły facet. Powinien pogodzić się z porażką. Kurczę, no! Zaczynasz nowe życie i on musi to zaakceptować. A ty nie możesz myśleć o zakładaniu rodziny, wlokąc za sobą jakiś abstrakcyjny balast. Nie potrzebujesz, żeby jak cień wisiało to nad waszym związkiem! – powiedział dobitnie.

Niestety, jego słowa przyniosły odwrotny skutek do zamierzonego, ponieważ siostra, zamiast ochłonąć, wybuchła niepohamowanym szlochem.

– Ej… No… Co ci jest? – dopytywał zaniepokojony.

Cóż jej zostało? Opowiedziała mu w skrócie o tym, jak potraktował ją ekskochanek. Nie widziała sensu w zatajaniu prawdy, która i tak wyszłaby na jaw, choć chwilę później żałowała aż takiej wylewności. Doszła do wniosku, że powinna była wspomnieć tylko tyle, że nici ze ślubu. Adrian bowiem, słuchając jej zwierzeń, zacisnął dłonie w pięści i momentalnie zaczął wygrażać, że spuści łomot draniowi, który śmiał jej ubliżyć. Ledwo zdołała ostudzić jego wściekłość, zacinając się jednocześnie w uporze, że nie zdradzi, jak odnaleźć tego człowieka.

– No to się namieszało – westchnął zbulwersowany, pocierając palcami czoło.

I po co ten debil skakał z dachu? Gdyby wczoraj tego nie zrobił, to dzisiaj zacząłby trzeźwieć na wieść o tym, że Wiolka wcale nie wychodzi za mąż. Ona miałaby święty spokój i nie brałaby na swoje sumienie jego wygłupu. On byłby cały i zdrowy. Ech! Do dupy się to wszystko ułożyło!

Boże, co za dzień! – westchnęła Wioletta, gdy w końcu została sama. Za oknem zapadał zmierzch. Panujący na zewnątrz ziąb nie zachęcał do wyjścia, ponadto dziewczyna odczuwała znużenie typowe dla początków ciąży. Mimo to jakiś wewnętrzny impuls pobudzał ją do opuszczenia wygodnego fotela.

– Narozrabiałam, i to bardzo – powiedziała Pawłowska sama do siebie, ubierając się ciepło.

Poszła na przystanek i wsiadła w autobus, który podwiózł ją do Bieńczyc. Skierowała kroki do kaplicy pojednania znajdującej się pod kościołem. Kiedyś, gdy była małą dziewczynką, to miejsce budziło w niej strach. Ponure piety Antoniego Rząsy[2] mocno oddziaływały na wyobraźnię kilkuletniej Wioli, podobnie jak ciemne, nisko sklepione wnętrze. Teraz, gdy była dorosła, doceniała panującą tam atmosferę skupienia.

Przeżegnała się i zmówiła krótką modlitwę. Później usiadła na ławce z tyłu. Przyszła do świątyni z bagażem całej swej rozpaczy. Niepewna przyszłości. Przejęta strachem. Z głębokim poczuciem winy. Z obawami o Małgośkę.

Przypomniała sobie, jak dawniej, gdy była dzieckiem, babcia bardzo często przywoziła ją do Arki Pana. Zawsze siadały w tym samym miejscu i cichutko szeptały o swoich sprawach. Zwykle Wioletta opowiadała o tym, co ją trapi, a Julia, jak nikt inny, potrafiła wlać otuchę w jej serce.

Czasami przychodziły do świątyni bez konkretnego celu. Ot po prostu wstępowały, gdy było im to po drodze. Babcia pokazywała wtedy wnuczce figury zdobiące kaplicę oraz świątynię i opowiadała o ich historii.

Wioletta powiodła wzrokiem po dobrze jej znanym surowym wnętrzu. Zatrzymała na chwilę spojrzenie na rzeźbie przedstawiającej Maksymiliana Kolbego. Święty, ubrany w rozdarty obozowy pasiak, klęczał z dłońmi ułożonymi na głowie. Z jego postaci bił ogromny dramatyzm. Potem oczy Wioletty powędrowały ku posążkowi Matki Boskiej Pancernej wykonanemu z odłamków, które przed laty zostały wyjęte z ran żołnierzy walczących pod Monte Cassino.

To jest obraz prawdziwego bólu. Istnieją cierpienia i troski znacznie większe od tych, które dręczą mnie dzisiaj. Moje przy nich są mikre. Bo nie ma takiego problemu, dla którego nie znalazłoby się sensowne rozwiązanie. Trzeba tylko zachować rozsądek i pomyśleć, jak tego dokonać.

Przeanalizowała w pamięci minione dwadzieścia cztery godziny. Westchnęła.

Ależ to był długi i ciężki dzień. Muszę jednak znaleźć siłę, by rozwikłać kłębek, w który splątało się nagle tyle przykrych spraw.

Czuła, że Gosi potrzebna jest pilna pomoc. To, co wraz z dziadkiem i wujkiem dla niej zrobiła, było zaledwie doraźnym działaniem, i zdecydowanie nie zamykało tematu. Nastolatkę bezwzględnie należało wysłać do lekarza. Przytulić. Zapewnić, że jest bezpieczna i ma oparcie w rodzinie.

Czy powinnam porozmawiać z wujostwem? Znając Andzię, zwyzywa mnie od wścibskich smarkul i każe pilnować własnego nosa. Wstrętne, głupie babsko nie widzi, że z rodzoną jedynaczką dzieje się coś złego!

Czas mijał, a ona siedziała w ciszy i samotności, analizując ostatnie wydarzenia. Znowu powróciło wspomnienie kłótni z Mirkiem i perspektywa samotnego macierzyństwa. Właściwie nie bała się obowiązków. Ani ludzkiego gadania. Czarną chmurą była świadomość, że gdy dziecko podrośnie, na pewno zapyta o swego tatę. A ona nie miała pojęcia, jak wówczas wybrnie. Jedno było pewne: nigdy więcej nie chciała mieć do czynienia z Brodnikiem. Zamierzała zrobić wszystko, by uniknąć przypadkowych spotkań.

Ale i to nie stanowiło najczarniejszej chmury na niebie Wioletty. Teraz bez porównania większym problemem był nieudana próba samobójcza Lorkowskiego.

Ani Wiola, ani Adrian nie mieli wątpliwości, że skacząc z dachu na jej osiedlu, Tomasz chciał odebrać sobie życie. Pawłowska gorąco modliła się, aby przeżył. Gdyby zginął z jej powodu, nigdy by sobie tego nie wybaczyła. To właśnie myśl o nim przywiodła ją do kaplicy pojednania i wpędzała w rozpacz.

Następnego dnia Wiolka pojechała do szpitala Żeromskiego, do którego zgodnie ze słowami Adriana przewieziono Tomka po skoku. Choć nadal był utrzymywany w stanie śpiączki farmakologicznej, pozwolono jej do niego wejść. Dowiedziała się, że prócz połamania nóg doznał jeszcze kilku innych, mniej znaczących obrażeń, a lekarze usunęli mu przebitą śledzionę.

Lorka umieszczono w izolatce tuż pod okiem personelu medycznego. Spowity w bandaże, trupio blady i nieprzytomny, sprawiał upiorne wrażenie. Jego mało pociągająca twarz wyglądała nader smętnie, przez co nos wydawał się jeszcze dłuższy, a spieczone usta znacznie węższe niż w rzeczywistości.

Ogarnięta poczuciem winy Wioletta przysiadła na okrągłym, metalowym taborecie. Delikatnie dotknęła dłoni spoczywającej nieruchomo na kołdrze. Ujęła ją i lekko ścisnęła.

– Coś ty narobił! – powiedziała cichutko. – Dlaczego porwałeś się na takie szaleństwo? Po co ci to było? Przecież prosiłam cię, żebyś poszukał sobie porządnej dziewczyny, która będzie cię kochała tak, jak na to zasługujesz.

Siedziała u niego do wieczornego obchodu, na przemian płacząc i szepcząc słowa przeprosin. Nie była w stanie wyzbyć się tych wszystkich potwornych myśli, które szalały w jej głowie. W końcu opuściła salę. Nim wyszła, przycisnęła wargi do zadrapanego policzka mężczyzny.

– Przepraszam cię, Tomek – powiedziała. – Ja naprawdę nie chciałam cię skrzywdzić.

Łzy, które skapnęły z jej oczu, płynęły teraz po jego skórze. Otarła je opuszką, a potem odeszła w świat innych utrapień.

Wiedziała, że więcej nie wróci w to miejsce. Nie mogła odwiedzić Lorka, gdy ten już odzyska przytomność. Nie chciała wlewać w jego serce płonnej nadziei.

Sam mnie znienawidzi, gdy uświadomi sobie, do czego doprowadziła go ta miłość. Już nigdy się nie spotkamy. Będę uważała, by na niego nie wpaść.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Fragment utworu Amiranda, tekst i muzyka: Robert Gawliński, wykonanie: Wilki, płyta Wilki, Wydawnictwo MJM Music PL, 1992 r.

[2] Antoni Rząsa (1919–1980), artysta rzeźbiarz, wykładowca Państwowego Liceum Technik Plastycznych w Zakopanem, autor wielu świątków i rzeźb znajdujących się w nowohuckiej Arce Pana.