Nowe czasy. Nie pora na łzy - Edyta Świętek - ebook
Opis

Edyta Świętek zaprasza czytelników do Nowej Huty i Krakowa lat dziewięćdziesiątych, gdzie raczkujący kapitalizm, bezrobocie, kradzieże samochodów i różnorodne afery gospodarcze mocno dają się we znaki szarym obywatelom. W trudach dnia codziennego zakwitają uczucia, wyrastają fortuny, pojawiają się pierwsze gwiazdy muzyki chodnikowej.

Paweł Szymczak, drobny przedsiębiorca bazarowy na wszelkie sposoby próbuje zbić majątek. Kilkakrotnie wchodzi w ryzykowne i nielegalne interesy. Jego żona, Andzia, otwiera pracownię krawiecką, w której nieprzyzwoicie wyzyskuje robotnice. Małżonkowie pochłonięci zarabianiem pieniędzy zaniedbują potrzeby swojej córki Małgosi. Osamotniona dziewczynka wikła się w kłopoty.

Rodzeństwo Wioletta i Adrian Pawłowscy wraz z kolegami zakładają zespół wykonujący muzykę dyskotekową. Ich kariera nabiera tempa, gdy wokalistka zaczyna otrzymywać anonimy z pogróżkami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rok 1992

Rozdział 1

Bagaż nielegalny

Już właściwie to mnie nie ma, nie chcę wiedzieć o niczym

Tylko z tyłu pali bagaż nielegalny[1]

Upał trzymał Kraków w silnym uścisku. Lato w mieście miało nieprzyjemną woń spalin, kurzu i potu. W pobliżu bazarów i placów targowych śmierdziało zgnilizną, a z mniej uczęszczanych zaułków oraz bram zalatywało moczem. Zdawać by się mogło, że robotnicze dzielnice utworzone w miejscu niegdysiejszej Nowej Huty toczy jakaś gangrena. Jeszcze do niedawna tutejsi mieszkańcy żywiołowo walczyli o wolność i uniezależnienie się od wpływów Związku Radzieckiego, wzniecali regularne bunty przeciwko komunie. Dzisiaj na twarzach tych samych obywateli coraz częściej widywano zwątpienie i rezygnację. Zaczynały się także odzywać pierwsze nieśmiałe głosy, że nie należało występować przeciwko poprzedniej władzy, bo przy niej człowiek miał zatrudnienie i jakie takie warunki egzystencji. A nowa dawała jedynie bezrobocie, inflację i zasiłek, który na nic nie wystarczał i przysługiwał tylko przez kilka miesięcy.

Adrian i Wioletta szli niespiesznie z przystanku tramwajowego do pracy. Trochę żal im było, że piękne letnie popołudnie oraz wieczór muszą spędzić w nowohuckim klubie Dance Floor[2]. Ich rówieśnicy wylegiwali się teraz nad zalewem albo rozkoszowali kąpielą na dzikich plażach Przylasku Rusieckiego. Oni mieli w perspektywie zaduch lokalu, gryzący dym z papierosów i opary alkoholowe. Droga do klubu była ostatnią sposobnością, by łyknąć choć trochę świeżego powietrza. Chwilę wcześniej wysiedli z tramwaju, przesiąkniętego fetorem niedomytych, zapoconych ciał.

– Praca w piątek to zło – stwierdziła dziewczyna.

– Nikt cię nie zmusza – odparł starszy brat, który w weekendy pełnił funkcję DJ-a, a w tygodniu zajmował się wszystkim, co zlecał mu właściciel lokalu, Michał Grabowski.

Adrian był prawą ręką Grabowskiego, choć niełatwo przychodziło mu godzenie nauki w Akademii Górniczo-Hutniczej z pracą. Stary jednak bardzo go cenił, co przekładało się na zarobki, nie miał także nic przeciwko temu, by w klubie dorabiała sobie młodsza siostra chłopaka, Wiolka.

– No nie – przyznała. – Ale fajnie byłoby wyskoczyć nad wodę. Gorąco dzisiaj – westchnęła.

– I dobrze. Bo jak jest gorąco, to ludziom chce się pić. Będziesz miała niezłe napiwki – dodał, by ją pocieszyć.

Wiedział, że narzekanie siostry to tylko czcza gadanina. Tak naprawdę młoda lubiła swoje zajęcie. Miała dzięki niemu własną forsę, nie musiała prosić ojca o zakup fatałaszków, butów i innych bzdur, bez których dziewczyny nie mogą żyć. Na pewno niejedna z jej koleżanek, leżąc na plaży, marzyła o tym, aby zarabiać na swoje wydatki. Adrian cenił sobie Wiolkę jako współpracownika. Nigdy nie nawalała, do obowiązków podchodziła sumiennie, nie trzeba jej było pokazywać palcem, co jest do zrobienia. Czasami inne kelnerki próbowały wykorzystywać jej pracowitość, ale Adrian zaraz przywoływał je do porządku.

Zresztą Grabowski też nie pozwalał, by stare wygi, jak określał dłużej zatrudnione dziewczyny, wysługiwały się młodą. Czasami z tego powodu dochodziło do spięć, ponieważ niektóre z nich uważały, że szef faworyzuje smarkatą. I diabli wiedzą, co ich ze sobą łączy, skoro tak się nad nią trzęsie. Kiedyś Jolka Bieniek rozpuściła ploty, że stary leci na nią, a ona na niego – oczywiście dla korzyści, bo właściciel lokalu spokojnie mógłby być ojcem Wiolki.

Zazdrość o młodą wynikała również stąd, że dziewczyna była nadzwyczaj ładna. Po przodkach odziedziczyła szlachetne, harmonijne rysy twarzy: prosty nos i miękką linię pełnych ust. Kaskada gęstych ciemnych włosów opadała jej do połowy pleców. Wyraziste brązowe oczy, których tęczówki w chwilach zagniewania bądź ekscytacji zdawały się niemalże czarne, z ciekawością spoglądały na świat. Niewielkie, kształtne uszy ozdobione były zwykle jakąś błyskotką, najczęściej kolczykami z prawdziwych pereł, podarowanymi jej na osiemnaste urodziny przez dziadka, emerytowanego dyrektora z Huty imienia Sendzimira. Wioletta była dość wysoka, mierzyła metr siedemdziesiąt, a na dodatek uwielbiała szpilki z dziesięciocentymetrowymi obcasami, w których wyglądała jeszcze smuklej. Miała szczupłą, zgrabną sylwetkę z przyjemnymi dla oczu krągłościami tam, gdzie krągłości były atutem. Świadoma własnej urody i pewna siebie pannica przyciągała męskie spojrzenia. Klienci klubu często zabiegali o jej uwagę, a stali bywalcy wiedzieli, który stolik należy zająć, by zostać obsłużonym przez Pawłowską. Czasami, gdy tego lub owego piwo albo wysokoprocentowe trunki ośmieliły nadmiernie, kelnerka kilkoma umiejętnie dobranymi słowami studziła emocje nachalnego adoratora. A język miała wyjątkowo cięty, choć w przeciwieństwie do większości dziewcząt nie potrzebowała posługiwać się wulgaryzmami, by usadzić delikwenta w miejscu.

Kiedyś Adrian na własne uszy słyszał, jak ją wkurzył jakiś typek. Zadufany był w sobie jak mało kto, nie dało się nie zauważyć, że to świeżo upieczony biznesmen, który zdołał trochę zarobić. Ubrany był w najmodniejsze ciuchy prosto z bazaru. Jego szyję zdobił złoty łańcuch gruby na palec.

Klient ostentacyjnie wyjął z kieszeni pokaźny zwitek banknotów. Najpierw zamówił piwo, a potem stwierdził, że należy mu się jeszcze całusek. Oczywiście Wioletta zbyła natręta, jak zawsze w takich sytuacjach. Na niej nie zrobiły wrażenia ani grubość łańcucha, ani zawartość portfela, ani olśniewająco białe skarpety mocno kontrastujące z czernią mokasynów.

– Cnotliwa Zuzia – burknął, gdy kelnerka odwróciła się plecami.

Wiola, niewiele myśląc, zawróciła i ze słodkim uśmiechem na ustach zapytała:

– A słomkę podać do tego piwa czy wyciągnie pan sobie z butów?

Jak zwykle uszło jej to na sucho, ponieważ facet nie był z tych, co lecą na skargę do właściciela lokalu. Zresztą zadziorna brunetka wpadła mu w oko i z miejsca zyskała jego szacunek, bowiem później jeszcze nieraz pojawiał się w klubie Dance Floor. Próbował nawet podrywać Wiolettę w znacznie subtelniejszy sposób, lecz nigdy nic u niej nie wskórał.

Nic więc dziwnego, że uwielbiana przez klientów kelnerka budziła zawiść współpracownic.

Plotki rozsiewane przez Bieńkównę dotarły w końcu do Adriana, a ten, gdy szło o młodszą siostrę, z nikim się nie patyczkował. Bluznął ostro na plotkarę, by na zawsze zapamiętała, że o Wiolce nie gada się za jej plecami. Oczywiście postraszył przy tym Jolę, że jak jeszcze raz przyłapie ją na czymś podobnym, to dopilnuje, by Grabowski podziękował jej za pracę. A ponieważ faktycznie miał takie możliwości, dziewczyna wolała spuścić z tonu.

– Jest sprawa, Adek – oznajmił Michał, gdy dotarli do klubu.

– O co chodzi, szefie?

– Zorganizujesz mi koncert. Trzeba trochę podzwonić i poszukać jakiejś gwiazdy muzyki chodnikowej, która przyjechałaby na koniec wakacji. Rozruszamy trochę ten lokal.

Adrian spojrzał uważnie na Grabowskiego. Stary na pewno widział w tym niezły interes, skoro opłacało mu się zapraszać muzyków.

– A ma pan jakiś konkretny zespół na myśli?

– Właściwie to nie. Kapel jest dość i trochę. Sam coś wybierz. Ale może nie Top One czy Bayer Full, bo na nich to raczej nie byłoby mnie stać. Rozeznasz się w temacie? Najlepiej zaplanować imprezę na ostatnią sobotę sierpnia. Domyślam się, że może być kłopot, bo to trochę późno, ale przynajmniej popytaj. Trzeba zorientować się w cenach i czy w ogóle ktoś byłby zainteresowany tym terminem. Gdyby się udało, to tak nagłośnimy sprawę na dzielnicy, że zaraz nam się tutaj zwalą tłumy. Browar będzie płynął strumieniami, zobaczysz. He, he, he!

– Niezła myśl – stwierdził chłopak. – Występy gwiazdy faktycznie mogłyby przyciągnąć mnóstwo osób.

– Wiesz, tylko że ja nie bardzo się orientuję, jak to ugryźć – przyznał Grabowski, pocierając się po gładko ogolonej żuchwie. – A tyś jest młody i obrotny, to może prędzej coś wymyślisz.

Tu cię mam, staruszku – pomyślał Pawłowski.

– Damy radę, szefie – odparł rezolutnie. – Marek handluje kasetami. Pogadam z nim, żeby pozwolił mi przejrzeć opakowania. Może są tam nazwy wydawnictw muzycznych. Jeśli dotrę do wydawnictwa, to bez problemu załatwi się namiary na liderów jakichś fajnych grup.

– Masz łeb, chłopie – ucieszył się szef. Poklepał młodego po ramieniu. – Nic się nie martw. Dorzucę ci coś ekstra za to zlecenie.

Powietrze wibrowało od upału, gdy w sierpniowe popołudnie Paweł Szymczak wędrował przez największy nowohucki bazar Tomex, podpatrując wśród handlarzy, jak idą ich biznesy. Ostatnio gorączkowo szukał sposobu na zarabianie, lecz pech, który przyplątał się doń dwa lata wcześniej razem z Grobelnym i jego cholerną Bezpieczną Kasą Oszczędności, zdawał się go nie opuszczać. Stracił w tym przeklętym parabanku wszystkie swoje pieniądze. Zresztą nie tylko swoje, bo i cudze również. Zamiast regulować zobowiązania za towar, lokował zyski ze swojej firmy w Kasie. Przez jakiś czas nie wypłacał pensji Markowi Pawłowskiemu, który handlował jego kasetami, lecz i ją składał u Grobelnego. Zwodził młodego obietnicami tak długo, jak tylko było to możliwe. Liczył bowiem na gigantyczne odsetki od kapitału. Niestety pewnego dnia obudził się z ręką w nocniku. Grobelny przepadł wraz z pieniędzmi, i w czasie gdy oszust bawił się w niemieckich burdelach, przepijając krwawicę ograbionych niecnie ziomków, Paweł musiał opędzać się od wierzycieli.

Nie wrócę do roboty w kombinacie – wzdychał, wędrując pomiędzy ciasno poustawianymi kramami, na których oferowano wszelakie dobra.

Nie uśmiechała mu się praca na etacie: świątek piątek, na pełen zegar i w nieludzkim znoju. Na tej mozolnej robocie nigdy w życiu niczego by się nie dorobił, może poza garbem, odciskami na rękach i chorobami zawodowymi. Ale drobnym przedsiębiorcom też było niełatwo. Bo to i po towar trzeba jechać do hurtowni, i sprzedaży doglądnąć, i pozałatwiać wszystkie sprawy urzędowe. Jakby mało było kłopotu, to jeszcze cholerny rząd umyślił sobie, żeby obywatele opłacali podatek dochodowy! No panie! Toż to wyzysk! Nie dość, że narobić się trzeba ile wlezie, naużerać z ludźmi, którzy na wszystko teraz kręcą nosami – tak im się w dupach poprzewracało przez ostatnie trzy lata dobrobytu, gdy wszystko stało się dostępne na wyciągnięcie ręki – to jeszcze oddaj za nic część krwawicy państwu! Ot, kapitalizm!

Zainwestowałbym w obligacje – wzdychał Szymczak. Bo z tego pieniądz pewny i bez roboty. Nie trza się trudzić jak przy handlu. Kupuję papiery, a potem odzyskuję gotówkę z procentem lepszym, niż daje bank. Oj… Gdybym miał ten kapitał, com go utopił u Grobelnego! Ale kto mi teraz choćby złotówkę pożyczy? Jeszczem tamtych długów nie pospłacał do końca.

Na Tomeksie panował zaduch i ścisk. Ludzie szwendali się z miejsca na miejsce, nie tyle z chęci kupowania, bo groszem mało kto śmierdział, ale po to, by popatrzeć na oferowane towary. Wszystko cieszyło się zainteresowaniem: i sprzęty hi-fi, i kasety, i filmy, i ciuchy, i kosmetyki. Tłoczno było nawet przy Ruskach, którzy ustawiali się zwykle w jednym miejscu i na płachtach wykładali dobra przywiezione zza Bugu. U nich często można było kupić coś atrakcyjnego, niekoniecznie z legalnego źródła, choć i niezbyt dobrej jakości. Albo raczej nie tak ładnie wykonane, jak rzeczy przywiezione z Zachodu.

Paweł i tak lubił zaglądać do zajmowanej przez nich części bazaru, choć na ogół odpuszczał sobie robienie zakupów. Po rosyjskiej wódce rzygał kiedyś przez trzy dni. Papierosy mieli okropnie cuchnące. Jak raz wziął dla córki czekoladę, to też okazało się, że jest do kitu. Mała ugryzła i tylko się skrzywiła.

– A fuj, margaryna! – powiedziała z odrazą i cisnęła napoczętą tabliczkę na stół. – Niemiecką byś kupił – pouczyła ojca.

– W tyłku ci się przewraca – burknął, zły, że pogardziła smakołykiem. To prawda, że sam ją tak rozpieścił. Zawsze kupował swojej Gosiulce wszystko to, co najlepsze. Ot, jedynaczka, oczko w głowie tatusia: wychuchana, wydmuchana i rozpuszczona jak dziadowski bicz. No i taką mu sprawiła przykrość!

Później, jak już sam spróbował tego specjału, stwierdził, że córka ma całkowitą rację. Czekolada była wstrętna.

Czasami jednak wśród tego badziewia dało się wyszukać jakiś rarytas: solidną wojskową lornetkę, skórzany pas z demobilu albo chociażby puszkę chałwy – tej ostatniej ruscy nigdy nie spieprzyli, zawsze miała doskonały smak. A po wyjedzeniu resztek można było trzymać w blaszanym pojemniku jakieś drobiazgi: śrubki, żyletki lub stare monety, których już nikt nie używał, bo za wszystko płaciło się szeleszczącymi milionami z Reymontem albo „moniuszkami” i „sienkiewiczami” o nieco niższych nominałach. Gosia zwykle dopominała się o te pudełka, bo lubiła do nich wkładać swoje skarby: ubranka i buciki lalek Barbie, koraliki i jakieś inne bzdety. Andzia też wyciągała ręce po blaszanki, ponieważ nadawały się świetnie na szpilki, agrafki czy guziki. Tak więc spożycie chałwy u Szymczaków było stosunkowo duże, co znajdowało odzwierciedlenie w bujnych kształtach pani domu oraz wałeczkach tłuszczu u córusi.

– Spirytus, spirytus – wycedził przez zęby Rumun.

Paweł znał go z widzenia, zresztą już parę razy kupował u niego alkohol. Próbował nawet podpytać, skąd ma towar, lecz handlarz nie chciał ujawnić źródła. Szymczak wiedział, że Dragan przyjechał do Polski z liczną rodziną. Jego żona tkwiła zazwyczaj przed wejściem na bazar. Obok niej na kartonie i szmacie spało zwykle niemowlę – zadziwiająco spokojnie jak na tak małe dziecko. Maleństwu nie przeszkadzał hałas i ruch, setki stóp przechodzących o krok od jego główki. Elena siedziała ze wzrokiem wbitym w ziemię. Właściwie to nie tyle siedziała, co klęczała, opierając pośladki na piętach. Pochylała kark w pozie przepełnionej pokorą. W dłoniach trzymała kawałek kartonu, na którym ktoś nakreślił koślawymi literami prośbę o datki. Była żebraczką, jedną z wielu kręcących się przy Tomeksie.

Czasami przychodzili policjanci lub strażnicy miejscy i przepędzali kobieciny zakutane w bure szmaty. One jednak zawsze wracały na swoje stanowiska, ponieważ każda miała stały punkt, w którym zazwyczaj „zarabiała”. Potrafiły nieźle skakać sobie do oczu, gdy zjawiała się jakaś nowa i zajmowała miejsce prawowitej rezydentki.

Paweł zdążył się temu wszystkiemu przyjrzeć, gdy jeszcze handlował kasetami magnetofonowymi. Jego stoisko było wówczas dość blisko wejścia i miał dobry widok na żebraczkę. Czujne spojrzenie Szymczaka widziało każdy banknot trafiający do chustki rozłożonej na podołku kobiety. Franca bez roboty miała nieraz większy utarg niż on!

Ludzie litowali się nad Rumunkami oraz zadziwiająco cichą dziatwą, która cierpliwie znosiła nieludzkie warunki. Sypali dość hojnie banknotami o najniższych nominałach. Na koniec dnia zbierała się z tego pokaźna sumka, którą zgarniał Dragan lub jemu podobni. Kobiety podnosiły się z klęczek, brały na ręce potomstwo i szły gwarną gromadą do pobliskiego taniego hotelu robotniczego, w którym gnieździli się Rumuni. Brudne, nędznie odziane, zaniedbane – staruszki za młodu. Z dziećmi o bezmyślnych twarzach.

Kiedyś przyuważył, jak kręcący się w pobliżu Dragan wziął od Eleny flaszkę, zdjął gumowy smoczek i dolał do zawartości trochę alkoholu. A potem ona dała to dziecku. W jednej chwili Paweł zrozumiał, czemu później tak spokojnie spało. Było po prostu zamroczone wódką. Zrobiło mu się trochę żal tego malucha, bo co z niego wyrośnie, skoro od pierwszych dni życia zna smak gorzałki? Czy w ogóle ma szansę wyrosnąć? Sam był ojcem i bardzo kochał swoją jedynaczkę. Nieba by jej przychylił. Wszak to dla córci tak ciężko pracował. Aby Gosiulce żyło się lżej niż jemu, kiedy był podrostkiem. On nie miał ładnych zabawek, modnych ubrań, kotletów, pomarańczy i czekolady, ponieważ w domu rodzinnym była bieda z nędzą. Małgosi chciał i mógł zapewnić absolutnie wszystko.

Jak zawsze u „rucholi” obejrzał zegarki marki Rakieta i Arktika. Podobały mu się te drugie: miały niespotykane nigdzie dwudziestoczterogodzinne tarcze. Korciło go, by sprawić sobie tak unikatową rzecz, lecz dobrze wiedział, że Andzia zaraz by go wyśmiała. Bo w jej oczach uznanie miały tylko modele Montany z szesnastoma melodyjkami albo z kalkulatorem. Zrezygnował z transakcji, choć Rusek oferował mu czasomierz w naprawdę atrakcyjnej cenie.

– Wy szukacie czegoś ekstra – zagadnął handlarz, posługujący się całkiem przyzwoitą polszczyzną. Jedynie akcent i forma grzecznościowa zdradzały, że jest obywatelem rozwiązanego w ubiegłym roku Związku Radzieckiego.

– A co ciekawego macie na handel? – Szymczak zniżył głos, licząc, że może trafi na jakąś perełkę.

Nie mylił się. Po krótkiej wymianie zdań mężczyzna zostawił swój biznes pod opieką wspólnika i odciągnął Pawła kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie stał zaparkowany mocno zdezelowany jerAZ. Rosjanin rozejrzał się uważnie na boki, a potem otwarł drzwi przedziału bagażowego. Gmerał trochę między pustymi pudłami i innymi zgromadzonymi tam klamotami, później odrzucił stary koc i pokazał potencjalnemu nabywcy dwa błyszczące nowością karabiny Kałasznikow.

– Demobil iz naszej armii. Nowyj. Otlicznoje oborudowanije[3]. Pokupicie?

Na widok broni Pawłowi zabiło żywiej serce. Przypomniał sobie służbę w wojsku i zajęcia na strzelnicy. Miał celne oko, a ręka nawet mu nie drgnęła przy naciskaniu na spust, więc niejeden raz udało mu się wystrzelać dodatkowy urlop. Cóż, gdy czasy zabawy w wojaczkę minęły bezpowrotnie. Co zrobiłby dzisiaj z takim sprzętem? Strach trzymać w mieszkaniu, bo baby zaraz mogłyby wywlec karabin i narobić dziadostwa. Na rozpierduchę do Jugosławii też się nie wybierał, choć nie dalej jak w ubiegłym tygodniu jeden znajomek próbował go zwerbować do Legii Cudzoziemskiej. Oferował niezłą kasę za wyjazd, ale Szymczakowi życie nie zbrzydło i nie zamierzał nadstawiać tyłka dla cudzej sprawy.

Pogadał chwilę z Aloszą. Wypytał go o cenę i dostępną liczbę sztuk. Znał różnych ludzi, więc czemu nie miałby zagadnąć o to i owo? A nuż komuś przyda się kałach? A i on może zarobiłby parę złociszy za pośrednictwo w transakcji. Obiecał Aloszy, że jak usłyszy o kimś, kto kupiłby taką zabawkę, to przyprowadzi potencjalnego kupca. Przyszedł mu nawet na myśl konkretny człowiek, ale na razie nie chciał obiecywać Rosjaninowi zbyt wiele. Wymieniwszy uścisk dłoni, rozeszli się, każdy w innym kierunku.

Paweł wrócił pomiędzy polskich handlarzy.

Przeszedł obok chłopaka, który w starej, sfatygowanej walizce trzymał oferowane na wymianę kasety VHS. Potem przypomniał sobie, że ma w samochodzie obejrzane filmy, więc warto byłoby zmienić taśmy na inne. Zanotował w pamięci, by jeszcze wrócić w to miejsce, i ruszył dalej.

Kurwa. Chyba najlepiej sprzedają się szmaty – stwierdził, widząc, jakie tłumy kręcą się wokół stoisk z marmurkowymi jeansami. Może trzeba w to wejść?

Potem przeszło mu przez myśl, że Andzia by go wyśmiała. Wszak to ona była biznesmenką od ciuchów. Miała własną pracownię krawiecką, którą szumnie i z francuska nazwała „Atelier u Anny”. Szyła masowo kiecki na sprzedaż w domu handlowym Wanda, gdzie wynajmowała stoisko, na Tomeksie oraz Tandecie, a trochę upłynniała hurtowo zaprzyjaźnionym przekupkom. Do krawiectwa miarowego nie chciała się zabierać, więc nazwa firmy była mocnym nadużyciem, bo cóż to za atelier, gdzie szyje się tanie fatałaszki o niezbyt starannym wykończeniu? Niejeden raz ślubna zżymała się na swoje pracownice. Utyskiwała, że wałkoniom nie chce się nitek odcinać, a guziki przyszywają byle jak.

Paweł pokręcił się jeszcze, a później postanowił wracać do domu. Znowu nic sensownego nie przyszło mu do głowy. Od tygodnia snuł się jak ta błędna owca i kombinował, w co włożyć ręce i mikry kapitał, jaki wyciągnął z poprzedniego interesu.

Za drobny jestem. Gdyby tak mieć choć trochę więcej pieniędzy. Byłoby z czym wystartować. Wszedłbym w jeans. Na wypożyczalnię kaset VHS, ale taką z prawdziwego zdarzenia, nie mam dość szmalu, a na żarciu są kiepskie zyski – pomyślał o swym ostatnim biznesie. Ile można wycisnąć z makaronu czy herbaty?

Zdecydował, że nim wróci na osiedle Złotego Wieku w Mistrzejowicach[4], pojedzie na Wolę Justowską do Wiktora Czyża, kumpla z jednostki wojskowej. Wiktor w ostatnich paru latach wyrósł na wielkiego biznesmena, handlował samochodami i zarabiał kupę pieniędzy, co dla niektórych stanowiło sporą pokusę. Od jakiegoś czasu nie pojawiał się samotnie na mieście, lecz zawsze w towarzystwie dwóch osiłków o nalanych karkach. Bał się o swoje bezpieczeństwo, a że lubił różne dziwne zabawki, mógłby być zainteresowany kałasznikowem.

Anna Szymczak, pieszczotliwie zwana Andzią przez rodzinę, a przez swoje pracownice francą zbolałą (oczywiście po cichu, gdyż na głos żadna nie odważyłaby się użyć niepochlebnego epitetu), krążyła po atelier, nadzorując pracę krawcowych.

Co za wałkonie! – zżymała się, na razie w duchu. Robić im się nie chce. Człowiek od ust sobie odejmuje, żeby zapewnić im wypłatę, a one tylko patrzą, jak tu się opierniczać.

Wystarczyło, że na moment spuszczała je z oczu, a robotnice już urządzały sobie przerwy w pracy i oddawały się plotkom. Albo zaczynały wykonywać swoje obowiązki byle jak, robiąc krzywe ściegi, marszcząc szwy, nierówno doszywając guziki.

Od rana chodziła zła jak osa. W końcu nie wytrzymała.

– No jak obrobiłaś tę dziurkę! – wrzasnęła nad uchem nowej szwaczki.

Przerażona kobieta zadygotała nerwowo. To już trzeci raz w ciągu tygodnia, jak szefowa miała zastrzeżenia do jej pracy. Jeszcze gotowa ją zwolnić. Na każdym kroku powtarzała, że na jej miejsce bez problemu znajdzie się ze sto chętnych. Żal posady – jakakolwiek by była. Lepsze to niż nędza bezrobocia. Wprawdzie milion dwieście tysięcy wypłaty to żaden szał, ale jak się dołożyło do tego pensję męża, wystarczało przynajmniej na skromne utrzymanie i opłatę rachunków. O kupowaniu lalek Barbie i klocków dla dzieciaków można było zapomnieć. Na takie luksusy stać było jedynie właścicielkę atelier, której jedynaczka zaglądała czasami do zakładu, przynosząc swoje skarby z Peweksu.

– Przepraszam – bąknęła pokornie. – Poprawię to.

– Poprawię, poprawię! – utyskiwała Szymczakowa. – Jakżeż to będzie wyglądało? Róbcie tak dalej, wy wstrętne paparuchy, to będą same zwroty i wszystkie wylecicie na bruk! Wszystkie! – podkreśliła, przesuwając spojrzeniem po twarzach pracownic.

Monika jeszcze niżej pochyliła głowę i przełknęła grudę, która pojawiła się w jej przełyku. Przez ostre słowa szefowej o zbiorowej odpowiedzialności na pewno straciła nieco sympatii krawcowych, które teraz zerkały na nią z jawną niechęcią. W końcu jedna z nich, Iwona – najstarsza stażem, uniosła się znad swojego szycia i podeszła do skarconej.

– Pokaż tę dziurkę – rozkazała surowo. – Zobaczę, czy da się coś z tym zrobić. I lepiej uważaj, jak obrębiasz, bo to proste zajęcie. Jeśli cię przerasta, co będzie z prawdziwym szyciem? – zapytała kąśliwie, zerkając z ukosa na panią Annę.

Właścicielka zakładu spojrzała na nią przychylnie i pokiwała głową.

Przynajmniej ta garnie się do roboty, bo reszta to takie wałkonie, że aż strach! – pomyślała.

Na Iwonie spokojnie można było polegać. Zawsze przykładała się do pracy i miała oko na resztę sześcioosobowego personelu. Gdyby nie ona, Andzia nie ruszyłaby się pewnie za próg atelier, bo jakże zostawić zgraję próżniaków bez dozoru? A Iwona nie dość, że sama robiła najwięcej, to jeszcze i inne poganiała, by nie ustawały. Pracowały na akord, ale był też podział: jedna z nich kroiła materiał i przygotowywała dodatki, cztery zajmowały się szyciem, szósta – zazwyczaj najmłodsza stażem – robiła wykończeniówkę i prasowała. Każdego dnia któraś musiała zostać trochę dłużej, aby dokładnie posprzątać całą pracownię wraz z przyległościami, czyli aneksem jadalno-ubikacjowym. Bo porządek musi być, a co! No i w końcu nie przepracowywały się aż tak bardzo, żeby nie starczało im sił na ruszenie parę razy miotłą i ścierką. Poza tym zarabiały na tyle dużo, że mogły raz w tygodniu poświęcić parę minut ekstra!

Szwaczkom Andzia płaciła za sztuki. Krojcza miała stałą stawkę i zarabiała półtora miliona, a dziewucha od wykończeń dostawała minimum ustalone przez rząd. To i tak niemało, zważywszy że miała lekką pracę. Tak więc te nieroby sporo ją kosztowały. Na szczęście zamówienia napływały bez przerwy, więc mogła sobie pozwolić na wspaniałomyślność. Bo słyszała, że inni przyjmują ludzi na czarno albo na pół etatu, a każą robić więcej niż na całym. Andzia wszystkie zatrudniała na pełnym etacie. Co prawda pracowały trochę więcej godzin, przychodziły też w soboty, ale kto by tam zwracał uwagę na takie szczegóły. Jak marudziły o choć jedną wolną sobotę w miesiącu, to im przypominała, że niejedna bezrobotna chciałaby się nająć do pracy na tak godziwych warunkach.

Wszak ona wciąż trzymała u siebie te księżne udzielne, co to łaskę robiły, że w ogóle przyłaziły do roboty. Dawno mogła powyrzucać je na zbity pysk i przyjąć w ich miejsce inne szwaczki. A siedziały u niej w takich luksusach, że innym musiało być żal!

Kiedy Andzia zaczynała prowadzić działalność, kupiła dwie maszyny i zatrudniła dwie uczennice. Pracowały w jej prywatnym trzypokojowym mieszkaniu. Poświęciła na ten cel własną sypialnię, bo przecież nie mogła zabrać pokoju Gosieńce albo urządzić warsztatu w salonie. No jakże by to było?

Oko na robotnice miała wtedy teściowa.

Właściwie: była teściowa, gdyż jakiś czas temu, dla zabezpieczenia interesów finansowych, Pawłowscy wzięli rozwód. Oczywiście mieli wciąż ślub kościelny, lecz z urzędowego punktu widzenia nie byli małżeństwem. Mieszkali jednak razem, gdyż w ogóle nie brali pod uwagę całkowitego rozstania, i siłą przyzwyczajenia w relacjach rodzinnych oraz towarzyskich nadal używali określeń: mąż i żona, a Sabinę Andzia konsekwentnie zwała teściową.

No i w końcu franca się na coś przydała, bo do tej pory tylko patrzyła, jak dopiec synowej. A tak to i dziecka jej doglądnęła, i tych nierobów terkoczących całymi dniami na maszynach, i nawet przygotowała coś do jedzenia czy choć trochę posprzątała w domu. Całe szczęście, że Sabina zgodziła się pójść na rentę i zrezygnować z pracy w barze mlecznym. Zresztą synowa uważała, że tylko zrobiła jej przysługę. W barze teściowa musiała tyrać ile wlezie i użerać się z wrednymi ludźmi. Cały dzień dreptała na nogach naznaczonych paskudnymi żylakami. A u niej miała jak u Pana Boga za piecem. Posiedzieć sobie mogła, posłuchać radia lub rzucić okiem na telewizor. I z ludźmi nie musiała się szarpać, bo smarkate szwaczki nie śmiały do niej podskoczyć. A z Gosieńki takie dobre dzieciątko, że spędzanie czasu w jej towarzystwie to czysta przyjemność!

W tamtym czasie Andzia stała na Tomeksie i sprzedawała „z ręki” spódniczki lambadówki. Kolorowe fatałaszki schodziły tak rewelacyjnie, że szybko musiała postarać się najpierw o łóżko polowe, a potem o kontener handlowy nazywany potocznie szczęką. Ten niewielki kramik miał wiele zalet. Można było w nim przechowywać towar, gdyż był zamykany. Ponadto po jego rozłożeniu zyskiwało się zadaszenie, które chroniło ekspozycję oraz sprzedawcę przed słońcem, deszczem i innymi zjawiskami atmosferycznymi. Z łóżkiem miała tylko kłopot. Nawet złożone było nieporęcznie duże i ciężko pakowało się je do małego fiata razem z torbami pełnymi ubrań. Kiedy więc wynajęła najpierw szczękę, a później miejsce w domu handlowym Wanda, to w końcu poczuła, że żyje. Od razu zatrudniła w ramach praktyk zawodowych kolejne cztery smarkule do handlu. Jej pozostało doglądanie rozkwitającego biznesu, choć nadal urabiała sobie ręce po łokcie i była w ciągłych rozjazdach. Bo to i po materiały trzeba jechać, i na sprzedaż mieć baczenie, i zwrócić uwagę na szwaczki. Wiadomo przecież, że pańskie oko konia tuczy, a teściowa też nie wszystkiego była w stanie upilnować.

Gosia denerwowała się, że przeszkadza jej hałas maszyn do szycia. Niby dziewuchy miały przykazane, aby pokój przeznaczony na pracownię był zamknięty, ale co tam takie drzwi? Biedactwo siedziało w domu po powrocie ze szkoły narażone na uciążliwość. Co innego Andzia i Paweł: wiecznie byli poza domem, więc nie musieli tego wysłuchiwać.

Sąsiedzi też utyskiwali na jazgot, choć to nie było w porze ciszy nocnej. Bez przerwy ktoś przylatywał z awanturą w tej sprawie. Niektórzy dowodzili, że w bloku nie można prowadzić działalności, bo ludzie potrzebują odespać nockę zarwaną przez pracę w hucie albo obejrzeć spokojnie jakiś program w telewizji czy utulić niemowlę do snu. Bezczelna hołota! Uczciwy biznes kłuł ich pewnie w oczy, a zawiść skręcała, że jej się wiedzie, ot co!

Na szczęście interesy szły wybornie, więc już pół roku później Andzia rozglądała się za placówką, w której mogłaby otworzyć atelier z prawdziwego zdarzenia. Szybko znalazła lokal po opuszczonym sklepie. Powierzchnia nie była może duża, ale za to dawała wspaniałe możliwości. W pomieszczeniu od frontu Szymczakowa wygospodarowała kąt na wieszaki z gotowymi wyrobami przeznaczonymi na sprzedaż. Czasami zdarzało się, że zaglądały tam jakieś przechodzące chodnikiem kobiety, więc trzeba było zadbać o możliwość zbytu bezpośrednio na miejscu oraz o ładną wystawę.

Drugie pomieszczenie, odrobinę większe, stanowiło warsztat pracy. Nie posiadało okien, ponieważ wcześniej było po prostu magazynem. Na szczęście Paweł zaradził problemowi braku światła dziennego. Wykupił z jakiejś likwidowanej fabryki porządne lampy jarzeniowe i solidnie doświetlił pracownię. Wentylacja funkcjonowała dostatecznie wydajnie, a brak okien sprzyjał atmosferze pracy. Przynajmniej nie kusiło tych gnuśnych bab, by wyglądać na ulicę i odrywać się od roboty. Nikomu nie przeszkadzało więc zbyt mocno świecące słońce, nikt nie komentował opadów śniegu lub deszczu albo zapadającego wcześnie zmroku.

Do dyspozycji były jeszcze dwa pomieszczenia: spora łazienka oraz kuchnia. Andzia z Pawłem szybko ocenili, że to zdecydowanie za dużo. Znacznie ważniejszy był magazyn na materiały i dodatki. Z łazienki nie dało się zrezygnować: personel musiał gdzieś załatwiać potrzeby oraz myć ręce, żeby nie brudzić materiałów. Kuchnia była jednak zbyteczna, więc szybko się jej pozbyli.

Szefowa wspaniałomyślnie szarpnęła się na kupno czajnika bezprzewodowego, który początkowo ulokowano na stole w pracowni. Okazało się jednak, że urządzenie przeszkadza i zabiera miejsce, gdzie można było układać drobiazgi wykończeniowe. Poza tym jak stał na oczach szwaczek, to tym darmozjadom co chwilę chciało się a to kawy, a to herbaty, a to w ogóle przerwy. I tutaj znowu pomysłowość Pawła okazała się nieoceniona. Mąż uznał, że łazienka jest wystarczająco duża, aby ścianką z dykty oddzielić sedes od reszty pomieszczenia. W miejscu umywalki zamontował zlewozmywak, a przy nim wcisnął jeszcze trzy stare szafki kuchenne, które mu zostały po remoncie w domu: jedną stojącą i dwie wiszące.

W atelier było ciepło, sucho i czysto, bo czego jak czego, ale pilnowania porządku Andzia wymagała nie mniej niż solidnego szycia. Nie żałowała pieniędzy na środki czystości. Z dobroci serca kupowała także swoim robotnicom herbatę i cukier, choć uważała, że stanowczo za dużo słodzą. Czasami przywoziła nawet kawę. Przed świętami częstowała je słodkimi wypiekami własnej teściowej, a w tłusty czwartek każda dostawała pączka.

No i co? Czyż nie miały jak u Pana Boga za piecem?

Po całym dniu ciężkiej pracy Andzia wróciła do mieszkania. Zrzuciła szpilki i włożyła wygodne pantofle obszyte futerkiem. Z westchnieniem ulgi zasiadła na fotelu. Garsonka trochę ją piła pod pachami, ale jeszcze nie chciała się przebierać, było zdecydowanie zbyt wcześnie, by włożyć coś luźniejszego. Przed rodziną także należało trzymać fason – nie tylko przed obcymi. Przecież wiadomo, że dama musi godnie wyglądać w każdej sytuacji, bez względu na drobne niedogodności.

Teściowa podała jej obiad, córka piloty od telewizora i magnetowidu.

– Pożyczyłem nowe filmy – oznajmił Paweł, siadając obok. – Na co masz ochotę? Lody na patyku? Rambo? Kuchnia polska? – wymienił tytuły.

– A Lody na patyku o czym?

– Komedia. Chyba amerykańska.

– Niech będzie. Kuchnię polską możesz zwrócić, nie zamierzam oglądać. Wiesz, że nie lubię polskich filmów, bo zieje z nich nudą. A Rambo mnie nie interesuje. Nie znoszę Schwarzeneggera.

– To jest akurat z Sylvestrem Stallone – oznajmił mąż.

– Jeden pieron. – Wzruszyła ramionami. – Pożyczyłbyś lepiej coś o miłości.

Mężczyzna włożył kasetę do magnetowidu i wcisnął na pilocie przycisk „Play”. Po chwili na ekranie telewizora zaczęły przepływać pasy, a następnie pojawił się nagrany fragment jakiegoś programu telewizyjnego.

– Kurwa, ludzie to są matoły! – burknął niezadowolony Szymczak. – Wziął jakiś idiota wcisnął nagrywanie i zmazał początek filmu!

– No to przewiń dalej – poleciła Sabina, mieląc pełnymi ustami kotleta schabowego. – Nie musimy oglądać napisów początkowych.

Paweł przesunął taśmę na podglądzie. Nagranie z telewizji urwało się po trzech minutach. A potem nie było już nic.

– Co jest, do cholery? – zdenerwował się amator komedii.

Kilkakrotnie przewinął taśmę do przodu, tyle że już nie na podglądzie, ponieważ to niszczyło głowicę w magnetowidzie, a potem włączał odtwarzanie. Każdorazowo ekran pozostawał ciemny.

– Debil wcisnął mi pustą kasetę! – rozzłościł się Szymczak. – Co za skurwysyn! Zawsze wymieniam u tego samego chłopaka i do tej pory nie było problemu!

– Pewnie taką od kogoś dostał – stwierdziła Andzia. – Skoro wcześniej miał dobre filmy, to dał się naciąć. Przecież na placu nie sprawdzi, co mu ludzie przynoszą.

– Ano nie. Jedyne, co może zrobić, to zerknąć, czy taśma ma ścieżkę. Jak nie ma, to znaczy, że jest czysta i jej nie przyjmie. A jak jest ścieżka i naklejka z tytułem, to zakłada, że ma nagranie. Dobra, włączę Rambo – zadecydował, choć wiedział, że żona nie lubi kina akcji.

Pozostałe dwie kasety wyglądały tak samo jak poprzednia: kawałek jakiegoś programu, a później nic. Paweł z wściekłością zapakował filmy do reklamówki.

– Jutro zwrócę je temu gnojkowi i zażądam zwrotu pieniędzy.

– Co za ludzie! – oburzyła się żona. – Wraca człowiek do domu zmęczony, z nadzieją na rozrywkę, a taki oszust francowaty psuje wieczór! No co za bydło! Co za oszukaństwo!

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Fragment utworu Temat z filmu „Bagaż nielegalny” – słowa: Kazik Staszewski, muzyka: Kazik Staszewski, Piotr Strembicki, wykonanie: Kazik Staszewski – album solowy, płyta Spalam się, Zic Zac 1991.

[2] W przeciwieństwie do innych miejsc wspominanych w powieści ten lokal nie istniał w rzeczywistości.

[3] Z języka rosyjskiego: Отличное оборудование – doskonały sprzęt

[4] Dzielnica XV Krakowa, wyodrębniona w 1991 r. z byłej dzielnicy administracyjnej Nowa Huta.