Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Nowakowie. Tom 1. Kruchy fundament ebook

Barbara Sęk  

4.29487179487179 (78)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 496 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nowakowie. Tom 1. Kruchy fundament - Barbara Sęk

Czasem wystarczyłoby wykreślić z kalendarza jeden dzień, jedną godzinę, jedno spotkanie, a życie potoczyłoby się zupełnie inaczej...

Wydawałoby się, że Małgorzata i Krzysztof tworzą parę idealną: ona – zadbana, energiczna i wyrozumiała domatorka, on – elegancki mecenas, czuły mąż i doskonały ojciec, zapewniający rodzinie dostatnie, wręcz luksusowe życie. I wszystko byłoby cudowne, gdyby nie ta druga. Kobieta, o której Krzysztof nie potrafi zapomnieć.

Kiedy podwójne życie Krzysztofa wychodzi na jaw, Małgorzata postanawia walczyć o swoją rodzinę i szczęście u boku męża. Ten natomiast – rozdarty między miłością do żony a kochanki – już wkrótce będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, które z tych dwóch uczuć jest silniejsze.

Do czego kobieta jest w stanie się posunąć, by zatrzymać przy sobie mężczyznę swojego życia?

Na ile stać kochankę, której partner wciąż wraca myślami do innej?

Opinie o ebooku Nowakowie. Tom 1. Kruchy fundament - Barbara Sęk

Fragment ebooka Nowakowie. Tom 1. Kruchy fundament - Barbara Sęk

Barbara Sęk

NOWAKOWIE

Tom I. Kruchy fundament

Copyright © by Barbara Sęk, MMXVIII

Wydanie II zmienione

W wydaniu I książka ukazała się pod tytułem Dlaczego ona?

Warszawa, MMXVIII

Rodzicom, Krystynie i Zbigniewowi Jóźwikom, małżonkom rubinowym.

Teściom, Małgorzacie i Wiesławowi Sękom, małżonkom koralowym.

Prolog

19 marca 1985 – ślub Małgorzaty Piekarskiej i Krzysztofa Nowaka

3 lipca 1985 – narodziny Tomasza Nowaka

22 grudnia 1987 – narodziny Katarzyny Nowak

4 września 1990 – narodziny Łukasza Nowaka

20 czerwca 2002 – narodziny Jakuba Nowaka

Oto najważniejsze daty z życia Nowaków. Cyklicznie, wraz z nadejściem kolejnego roku, oznaczano je w nowo nabytych kalendarzach. Poza kilkoma zapisami dotyczącymi wspólnych okazji do świętowania terminarze członków rodziny różniły się diametralnie.

Krzysztof dysponował kalendarzem formatu A4, obitym w skórę w stonowanym kolorze, dopasowanym do ulubionych garniturów. Każdy dzień, oprócz daty, wyznaczone miał w nim również godziny. Nawet kwadranse odgrywały rolę w podziale na linijki. Kalendarz stanowił ściągawkę nie tylko z bieżącego życia, lecz także ze stref czasowych, klimatycznych, świąt narodowych włoskich, brytyjskich, francuskich, bułgarskich czy… honduraskich.

Mimo że funkcjonowanie pod dyktando terminarza bywało brzemienne w skutkach, Nowak już dawno pogodził się z koniecznością noszenia go w aktówce. Gwarantował mu bowiem dobrą organizację pracy, a to z kolei sprawiało, że znajdował czas na obchodzenie rodzinnych jubileuszy, których sporo się namnożyło.

Wszystko przez kalendarzyk, w którym co dzień Małgorzata zapisywała temperaturę ciała. Przy informacjach o bieżących imieninach widniały tu co miesiąc powielane epitety: mętny, szklisty, przezroczysty, galaretowaty. Społeczna niepełnosprawność kobiety oraz dobrze jej znane poczucie odpowiedzialności męża skłaniały ją do czynienia systematycznych wpisów w terminarzu. Jego rozmiar był niewielki. Kolor zależał od trendów wyznaczanych przez redakcję „Twojego Stylu”, która zwykła dołączać kalendarzyk do listopadowego numeru pisma.

Mimo regularnych notek Małgorzacie od trzech lat nie udało się ustanowić daty kolejnych urodzin dziecka. A najmłodszy syn Kuba miał właśnie po raz pierwszy przekroczyć próg przedszkola.

1 września 2005

6:00

Małgorzata od kilku chwil nie spała. Miała swoisty zegar biologiczny. Otwierała oczy, gdy promienie słońca zaczynały prześwitywać przez zasłony okien sypialni. Dźwięk budzika stanowił dla niej jedynie ostateczny sygnał wzywający do wykonania rutynowych obowiązków pani domu, żony i matki. Mogła go wyłączać już po pierwszych nutach, lecz zwykle z chęcią wysłuchiwała piosenki, którą ustawiła na alarm. Dawała jej motywację na resztę dnia. Często nuciła ulubiony utwór, z czułością wpatrując się w twarz męża.

Tym razem nie czekała do końca ballady. Wcisnęła na pilocie guzik next, aby zmienić płytę w odtwarzaczu. Instynktownie wybrała przebój o numerze siedem i zdecydowała obudzić nim Krzysztofa równo kwadrans po szóstej.

Opuściła małżeńskie łoże. Zaplotła w kok blond włosy, a na skąpą koszulkę nocną narzuciła długi kwiecisty szlafrok z jedwabiu. Zbiegła na parter.

Wyjątkowo nie przeszła się po salonie, doceniając to, czym obdarował ją los. A właściwie mąż. Tego dnia od razu przystąpiła do gorączkowych działań.

Zwykle – dzięki dwudziestoletniemu doświadczeniu – w ciągu godziny dokonywała toalety i przygotowywała różnorakie, zgodne z indywidualnymi preferencjami domowników, śniadania. Teraz adrenalina związana z debiutem Kuby w przedszkolu zdawała się dodawać jej większego tempa i wigoru.

6:30

Krzysztof dopiero przed trzecią zakończył pisanie pozwu. Dlatego zdecydował się co pięć minut przekładać porę, o której powinien wstać. Szybko zrozumiał, że w zgiełku rodzinnych spraw wydłużenie drzemki graniczyło z cudem. Aromat kawy pobudzał zmysły i równocześnie wywoływał mdłości potęgowane podskokami syna na materacu w takt przeboju The Rolling Stones. Nie ryzykując, że dotąd niestrawiona sałatka z wędzonym kurczakiem znajdzie niewłaściwe ujście, postanowił opuścić łóżko szybciej, niż chciał.

– Dobra, Kubuś, zejdź ze mnie. Koniec zabawy – zarządził stanowczo. Widząc grymas na twarzy trzylatka, uznał, że był dla niego za ostry. Ogarnięty wyrzutami sumienia, zmienił ton. Zaczął się tłumaczyć. – Muszę zaraz lecieć. Zresztą ty też. – Śmiertelnie poważnie go pouczył, traktując jak dorosłego, który ma do odegrania istotną rolę tego dnia. Jeszcze ważniejszą niż on, adwokat specjalizujący się w prawie cywilnym. – Opowiesz mi wieczorem, jak było, prawda? – Mimo wszystko okazał chwilę zainteresowania, co na ten moment zaspokoiło potrzeby szkraba. – Umowa stoi?

– Śtoi – przytaknął mały, przybił z tatą piątkę i od razu zbiegł do matki, by teraz zawalczyć o jej uwagę.

Krzysztof odetchnął z ulgą, gdy wydostał się z mocnego uścisku i odprawił Kubę bez większych trudności. W samotności mógł przystąpić do porannych rytuałów.

Włączył tryb powtarzania utworu. Już wkrótce zagłuszał Micka Jaggera swoim wokalem. I can’t get no satisfaction. I can’t get no satisfaction. Cause I try and I try, cause I try, and I tryyy. Utożsamiał się z tym rockowym szlagierem. Dlatego zawsze do niego podrygiwał, rytmicznie kołysząc biodrami. Nie tracił przy tym cennego czasu. W skupieniu krążył między sypialnią i garderobą, szykując odpowiedni garnitur, wyprasowaną przez żonę koszulę, pasujący do tego krawat, a nawet zegarek. Nie przestawał fałszować. Również pod prysznicem, a potem ubierając się, śpiewał o tym, jak bardzo trudno mu osiągnąć tak pożądaną satysfakcję.

Po upływie dwóch kwadransów był prawie gotowy do wyjścia. Zszedł na parter. Wyjątkowo nie zasiadł do śniadania, lecz zaczął się kręcić po salonie, gorączkowo poszukując kalendarza. Tylko w okolicach ławy mógł go zostawić, bo przy niej w nocy pisał pozew, równocześnie oglądając głupi, niskobudżetowy horror, który nie budził grozy, ale politowanie wobec twórcy efektów specjalnych.

– Zjesz coś? – zagadnęła Małgorzata.

– Nie – odpowiedział zdawkowo. – Dziękuję – zreflektował się i dopiero po chwili dodał magiczne słowo. W pewnym momencie nawet uznał, że grzeczna odmowa nie wystarczy, usprawiedliwienie też by się przydało. – Przepraszam, ale nie jestem głodny. Nie zdążyłem strawić kolacji.

Zajrzał pod poduszki ozdabiające skórzane sofy, narożne kanapy i szezlongi.

– Jasna cholera – szepnął pod nosem. – Za to dawką kofeiny nie pogardzę! – tym razem krzyknął, unosząc głowę, żeby Małgorzata go usłyszała. – I to najlepiej w trybie pilnym! – zawołał, gdy uświadomił sobie, że na ósmą umówił spotkanie. Już chciał zapytać żonę, czy nie widziała gdzieś jego terminarza, ale zgodnie z prośbą uruchomiła młynek do kawy.

Machnął ręką. Zrezygnował z dalszych poszukiwań, wiedząc, że sekretarka będzie znała jego grafik. Zresztą, jeśli dobrze pamiętał, na dziś nie zaplanował wielu zajęć.

W przedpokoju włożył marynarkę, którą zniósł z sypialni. Dłonią wygładził krawat przed lustrem. Szybkim krokiem zmierzał do kuchennej wyspy, gdzie już czekało espresso z brązową pianką. Jak zwykle przystosowane temperaturą do wlania w siebie niemal jednym haustem.

Krzysztof podtrzymał krawat, by pochylając się, nie zanurzyć go w napoju. Wówczas spostrzegł zgubę na kamiennym blacie. Na pewno nie odkładał tu kalendarza. A tym bardziej nie był sprawcą wielkiej plamy, która wsiąkała w kolejne strony.

– Dlaczego to jest mokre?! – Sięgając po serwetkę, przeszył Małgorzatę surowym wzrokiem.

– Spytaj Kubę. Trzeba było tu nie zostawiać. Do kogo masz pretensje? – Wzruszyła ramionami i odwróciła się, żeby wyjąć produkty z lodówki.

Krzysztof natychmiast zmienił ton, dowiedziawszy się, że to nie żona jest winna. Nie zamierzał wchodzić w konflikt, zapewniać, że wczoraj tu nie pracował, więc nie mógł w tym miejscu położyć kalendarza.

– Mleko się rozlało – rzekł, spoglądając na syna.

Przedszkolak liczył, że ojciec zamieni się w potwora, ukaże swoje macki, schwyci go i zaatakuje łaskotkami. O tej porze, po posłuchaniu jednego z ulubionych przebojów, po prysznicu, kilku łykach kawy i w garniturze był już skory do wspólnych wariactw.

Rzeczywiście nie trzeba było długo na to czekać. Nic bowiem nie rozczulało Krzysztofa bardziej niż dziecięcy gardłowy śmiech. Dlatego natychmiast skorzystał z nadarzającej się okazji: porwał trzylatka i zaczął go obracać w ramionach.

– Krzysiek, on je. Chcesz, żeby zwymiotował ci na garnitur? – Małgorzata jako racjonalistka poczuła, że ma obowiązek jak najszybszego powstrzymania tego ataku pozaziemskiej istoty.

– No, już. Dobrze, dobrze. Mama to się nie umie bawić, nie? – Rozczarowany, posadził Kubę z powrotem na hokerze i wygładził ubranie.

– Bo tatuś z mamą nie chce się bawić – zakpiła z uśmiechem na twarzy. – Od razu używa pretensjonalnego tonu.

– Oj tam. Ładnie wyglądasz, wiesz? – Krzysztof spróbował ją udobruchać.

– Wiem – odparła bez cienia wątpliwości.

– Uciekam. Na razie! – Odłożył głośno filiżankę na spodeczek. – Dziękuję za kawę. Śniadanie zjem na kolację. Dawaj znać, co u Kuby. Miłego dnia! – Nachylił się i jak każdego poranka pocałował żonę, która natychmiast wciągnęła powietrze do płuc, by choć przez chwilę poczuć zapach ulubionych męskich perfum.

Nowak zszedł do garażu i od razu wsiadł do chryslera. Włączył album Pink Floydów The Division Bell. Podjął kolejną próbę osuszenia kalendarza. W tym momencie zadzwonił telefon. Krzysztof dopiero po kilku sekundach wydobył go z wąskich garniturowych spodni. Ściszył radio.

– Słucham… Nie może pan dziś? Dobrze, spokojnie, uzgodnimy inny termin, żaden problem… Rozumiem. Proszę zatem zadzwonić jutro. Dziękuję za informację. Do usłyszenia!

Sięgnął po pióro. Niemal wbił stalówkę watermana w kartkę. Mocnym pociągnięciem skreślił z grafiku spotkanie, nie przejmując się tym, że mokry papier źle wchłonie atrament. Wówczas w jego terminarzu pojawiła się spora luka. Przygryzając wargi, spojrzał na do połowy pustą stronę. Chwycił za komórkę. Nie czekając, aż sekretarka zakończy rozmowę, zostawił jej wiadomość na poczcie głosowej.

– Jadziu, będę w kancelarii dopiero około piętnastej. Gdybyś czegoś potrzebowała, to wiesz, jak i gdzie mnie szukać.

Wyjął ze schowka pęk kluczy, który z satysfakcją ścisnął w dłoni, zanim odłożył go na fotel pasażera. Szybko odjechał sprzed domu. Bardzo się spieszył, choć klient nie mógł dzisiaj rano skorzystać z jego porady. Tym bardziej się spieszył. Pędził w kierunku centrum.

7:15

– Już idziesz? – Małgorzata, zmierzając do przedpokoju, prawie wpadła na Tomka, który mknął przez korytarz jak burza, by wyhamować przed lustrem.

Zamyślony aż podskoczył, słysząc jej głos.

– Matko, nie strasz – zażartował, uświadomiwszy sobie, że poczucie zagrożenia było wydumane. – Mam wystarczającą schizę przed egzaminem. Jestem nadwrażliwy. Tak, spadam. Trzymaj kciuki. – Spojrzał błagalnym wzrokiem na jej odbicie.

Zauważył, że mu się z dumą przygląda. Z taką samą precyzją jak ojciec przed kilkunastoma minutami układał węzeł krawata, wygładzał go i właśnie to matkę tak zafascynowało.

Ciemna marynarka doskonale leżała na wysportowanym torsie dwudziestolatka. Klasyczny ubiór dodawał brunetowi powagi. Trzeba było przyznać, że miał gust i prezencję. Stawał się mężczyzną. Przystojnym mężczyzną.

Gdy coraz częściej paradował w galowych strojach, przystępując do zaliczeń, niestety także poprawkowych, zaczął Małgorzacie przypominać Krzysztofa z czasów aplikantury. A dokładnie z wieczoru sprzed dwóch dekad, kiedy Nowak zdjął swój dobrze skrojony garnitur i tuż po tym spłodził syna, który teraz w podobnie eleganckim wydaniu jako student prawa uśmiechał się do niej, choć stał tyłem.

– Podasz mi drugi rękaw? – poprosił z grymasem na twarzy. – Nie mogę się wygiąć.

– Co sobie zrobiłeś? – zapytała i natychmiast zareagowała na prośbę.

– A bo ja wiem? – Wzruszył ramionami, nie przewidując, że przy gwałtownym ruchu kontuzja barku da o sobie znać ze wzmożoną siłą. – Wczoraj nie bolało. Chyba nadwerężyłem. Nie ma co się martwić. Jak wrócę, wklepię jakąś maść. Przejdzie. Musi.

– Może nie trzeba było jechać dzień przed? To dość ryzykowne, zważywszy, że to kolejny termin. Nie sądzisz? A gdybyś się połamał? – kontynuowała, jak zwykle nie zdejmując uśmiechu z twarzy.

Uśmiechu, który sprawiał, że jej dzieci, wyłączając Kasię, pouczenia i rady traktowały jako dowód troski, a nie złośliwy atak na ich autonomię. Zwłaszcza gdy kończyła umoralniające wykłady znakami zapytania, sugerując, że liczy na mądrość potomstwa. Podjęcie ostatecznej decyzji zawsze należało do nich.

Chciała, żeby pierworodny zakończył przygodę ze wspinaczką wysokogórską. Obawiała się jego brawury. Czuła ciarki na plecach na myśl o tym, że Tomek mógłby przekroczyć granicę swoich predyspozycji. Wiedziała jednak, że niebezpieczny sport stanowił dla niego wentyl pozwalający wyładować bunt, który nie był objawem dojrzewania, lecz cechą temperamentu chłopaka.

Małgorzata zdawała sobie sprawę, że ze względu na wrodzoną przekorę Tomka nie może mu niczego zabronić, lecz jedynie wyperswadować, co i tak graniczyło z cudem. Dlatego wciąż rozszerzała w uśmiechu usta, nie wstydząc się zmarszczek mimicznych wokół oczu. Sądziła, że ta metoda pokona ekstremalną pasję. Że wszystko załatwi po dobroci, po cichu, nie artykułując zakazów i nakazów, zażaleń i skarg, które mogłyby się stać katalizatorem sporów.

– Trzeba było, oj, trzeba – zapewnił. – Inaczej bym jajko zniósł nad książkami.

– Czekaj, przecież nawet nie wybiła ósma. – Zorientowała się, spoglądając na zegar. – Tak wcześnie chcesz wyjść?

– Muszę jeszcze co nieco powtórzyć. – Puścił oczko, sugerując, że nie mówi prawdy.

– Nie możesz tutaj? – Rozejrzała się po przestronnym parterze, w którym przebywała tylko z Kubą.

– Chodzi o ściągi. Chcę je kupić na wydziale – wyjaśnił tonem zniecierpliwionego nastolatka, który musi przekazać starszemu pokoleniu wiedzę o współczesnych realiach. Od razu pożałował. Nie powinien okazywać zniecierpliwienia i lekceważenia matce, która bez zadyszki podążała z duchem czasu. – W domu nic już nic nie zdziałam. – Wrócił do poprawiania kołnierzyka i zagiętej klapy marynarki. – Większy tu gwar niż na dworcu. Kakofonia.

Faktycznie z pokoju Łukasza już dochodziło gitarowe brzmienie Pink Floydów. Młodszy brat idealnie wybrał repertuar na początek roku szkolnego, włączając Another brick in the wall. Tomek obawiał się, że czytając kolejne paragrafy, zamiast nich powtarzałby słowa piosenki skądinąd jednego ze swoich ulubionych zespołów: We don’t need no education. W tym wieku nie mógł sobie pozwolić na bunt. Dlatego wolał się obudzić przy Guns N’ Roses i ich Welcome to the Jungle, w którym była mowa o dosięgnięciu szczytu. Tomek pragnął go zdobyć, a wykształcenie traktował jako gwarancję sukcesu. Był blisko, coraz bliżej celu. Musiał tylko jakoś to pozaliczać, pozdawać. Prześliznąć się jeszcze parę lat. Najchętniej bez korzystania z koneksji ojca lub dziadka.

– Jak wyglądam? – zapytał, pocierając policzki i sprawdzając, czy na pewno są idealnie gładkie.

– Bez zarzutu. A nawet lepiej: doskonale. – Podeszła i go ucałowała.

– To dobrze. Nic nie umiem. Nic! – krzyknął, kręcąc głową. – Komis mnie czeka. W sumie wcześnie. Bardzo wcześnie. – Wykrzywił się. – Dopiero walczę o drugi rok.

– Przesadzasz. Zawsze tak mówisz, a potem w ostatniej chwili zdajesz bez zarzutu. – Nadal zafascynowana synem oparła się o ścianę.

– Ale tym razem mówię szczerze. Lecę. Pa. – Wygładził poły marynarki.

– Kopnąć cię? – Otworzyła drzwi.

– Nie musisz. Ojciec to zrobi, jak obleję.

Nie. Ojciec by go nie kopnął. Nawet by nie zganił. Zbyłby milczeniem. I to byłaby wystarczająco dotkliwa kara za niespełnienie oczekiwań. Najdotkliwsza. Najgorsza z możliwych. Takiej bał się najbardziej.

– On podobno też częściej chodził na zaliczenia niż zajęcia – spróbowała go pocieszyć.

– Jasne. Już w to uwierzę. – Skierował się na klatkę schodową, ściągnąwszy z haczyka kluczyki od samochodu.

– Tak samo mówił o zaliczeniach i zajęciach dziadka: „Jasne, już w to uwierzę” – zaczęła przedrzeźniać Krzysztofa. – Powodzenia, pa!

– Nie dziękuję, żeby nie zapeszyć. Aha! – Niespodziewanie zawrócił, przeskakując co drugi stopień. – À propos starszego. Wczoraj z nim gadałem. Mam pomysł na prezent dla Łukiego. Jest fajny festiwal w październiku w Berlinie. Są jeszcze bilety na niektóre koncerty. Tylko niestety kapela, która by nas interesowała, gra dwudziestego siódmego. To czwartek, więc nie wiem, co byłoby z budą młodego.

– Nie wiesz? Naprawdę? – Zaśmiała się. – A jak myślisz? – Skrzyżowała ręce.

– No… Pewnie musiałby zarwać co najmniej jeden dzień – nieśmiało odpowiedział.

– Niech zgadnę: ojciec już się zgodził? – westchnęła. – Z czymś takim zawsze lepiej najpierw polecieć do tatusia. On umyje rączki, a ja zostanę postawiona pod ścianą. – Oparła się, jakby zamierzała zwizualizować to, co powiedziała.

– Przecież nikt nie będzie miał do ciebie pretensji. Jeżeli rzucisz krótkim „tak”. To proste – zaczął się przekomarzać, korzystając z bogatego doświadczenia w załatwianiu tego rodzaju spraw.

– Pamiętaj, że to końcówka miesiąca. – Wiedziała, czego można się po nim spodziewać. Dlatego zamierzała zastosować profilaktykę, wystawiając w jego kierunku palec wskazujący. Żeby wszystko do niego na pewno dotarło i nie dał Krzysztofowi powodu do wyzłośliwiania się, co miewał w zwyczaju, nawet gdy był stroną decyzyjną. – Musisz mieć pieniądze na dojazd i całe przedsięwzięcie. Nie będziemy dopłacać do interesu, gdy w połowie października obudzisz się, że wydałeś całe kieszonkowe. To prezent od ciebie.

– Spoko, będę mieć cash. I oko na brata.

– Nie, nie. Jak was znam, to brat będzie musiał mieć oko na ciebie – zażartowała.

Nie do końca jednak. Wiedziała, że paradoksalnie to Łukasz jest bardziej rozważny, a Tomek jedynie starszy.

– Czyli się zgadzasz. Dzięki. – Posłał matce buziaka z połowy schodów i pomknął do garażu.

Tuż po wyjściu z domu zadzwonił do swojej dziewczyny.

– Dobry, dobry! Tak pi razy oko od południa mam wolne. Może byśmy poszli na obiad…? Dwunasta to za wcześnie? Weź, zlituj się, nie jadłem śniadania, nawet nie wiem, co było na talerzu. Zresztą, zanim wybierzemy jakąś knajpę z wolnymi stolikami, zdążysz zgłodnieć… Okay, w takim razie pod ch-UJ-otem. Aha, czekaj, moment. Przed Novum, bo po egzaminie muszę tam skoczyć po wpis od jednego gostka, dobra…? No to na Plantach. Pa!

Rozpiął marynarkę, aby swobodnie usiąść za kierownicą. Wyciągnął ze schowka pastę i wypolerował buty. Dłonie oczyścił chusteczkami nawilżanymi. Spryskał się raz jeszcze dezodorantem. Poślinił palce, po czym spoglądając we wsteczne lusterko, wygładził brwi. Perfekcjonista. Pedant.

Uruchomił silnik i odjechał ubłoconym SUV-em.

7:30

– Tomek już wyszedł? Nie mówił, że tak wcześnie będzie uciekał. Mógł zapytać, o której mam być w szkole, i pomyśleć, czy nie chciałabym się z nim zabrać. Czemu nie budziłaś, nie krzyczałaś, żebym wstała? – Kasia bez zbędnych życzliwości rozpoczęła natarcie, dając znać o wybuchowej mieszance swojej płci, wieku i charakteru.

Natychmiast z wygody zrzuciła odpowiedzialność za swoje zaspanie na wszystkich członków rodziny. Nie oczekiwała przy tym odpowiedzi na falę pytań. Szybko stanęła przed lustrem.

Do granatowej, krótkiej plisowanej spódnicy z obniżonym stanem i obcisłego białego topu z głębokim, okrągłym dekoltem, nakrytego kamizelką, założyła wysokie czółenka ze szpicem. Brązowe włosy z jasnymi pasemkami spięła w mocny, wysoki kok. Niestety, na bardziej efektowne opcje zabrakło czasu. Żałowała. Lubiła robić wrażenie i zwykle rezerwowała co najmniej pół godziny, by o to zadbać z najwyższą starannością. Jako perfekcjonistka nie znosiła fuszerki. I jeszcze bardziej nie znosiła się spóźniać. Zwłaszcza w pierwszym dniu klasy maturalnej. To nie byłby dobry znak. Dlatego opasłą kosmetyczkę upchnęła do niewielkiej torebki i postanowiła tylko upudrować policzki.

Wdała się w ojca. Od matki odróżniały ją kolor włosów, karnacja, owal i rysy twarzy. Także styl, który odzwierciedlał ich usposobienia. Małgorzata nie wychodziła poza strefę swojego komfortu. Potrafiła być bardzo elegancka i trzymała się obowiązujących trendów, ale pozostawała naturalna. Jej córka natomiast dla wizerunku była skłonna poświęcić wszystko, nawet jeżeli musiałaby kaleczyć stopy w niewygodnych butach.

Kwestia wieku. Kasia jeszcze wcielała się w role, sprawdzając, która jej najbardziej służy. Nie dostrzegała, że przy tych eksperymentach zatraca samą siebie, a najlepiej prezentuje się w wydaniu najprawdziwszym.

Małgorzata od dawna spoglądała na nią ze współczuciem. Wiedziała, że córka szuka rozwiązań, które pozwolą jej stać się autentyczną, pogodzoną ze sobą kobietą. Testuje dostępne warianty, co jakiś czas radykalnie zmieniając koncepcje.

Matka z przykrością zauważała również, że córka chętnie obnaża przeciwieństwa między nimi. W głębi duszy czuła, że różnice to tylko pozory, są sobie bardzo bliskie, nie oddziela ich mur czy przepaść. Domyślała się jednak, że Kasia potrzebuje czasu, by to zrozumieć.

W tej chwili nie mogła jej tego powiedzieć, a co dopiero udowodnić. Nastolatka nie uwierzyłaby, że nie jest tym, kim chciałaby być. Wyparłaby nawet najsilniejszy argument. Małgorzata by ją straciła i zraziła do siebie. Licealistka musiała sama do tego dojrzeć.

Matka postanowiła cierpliwie czekać, aż Kasia stanie się kimś więcej niż ślicznotką, która wysoko nosi głowę, wyciąga szyję, nie patrzy pod nogi, lecz pewnie sunie przed siebie na szpilkach. Wtedy mogłyby się wreszcie porozumieć.

To pozycja rodzinna, a nie obcasy i garsonka wyznaczały u Małgorzaty rolę kobiety w społeczeństwie. Sądziła, że jej pozycja jest znacznie wyższa niż wielu samotnych pań z mężowego biura. Kasia na pewno miała na ten temat inne zdanie, ewidentnie stylizując się na bezduszne karierowiczki.

Wbrew oczekiwaniom osiemnastolatki matka postanowiła zakłócić jej przygotowania do wyjścia i odpowiedzieć na postawione zarzuty. Podeszła do córki.

– Tak. Tomek pojechał. Wystarczyło komukolwiek wczoraj szepnąć słówko, że potrzebujesz podwózki. A ja? Byłam zajęta, ubierałam Kubę. Nie mam też teraz czasu, żeby cię podrzucić. Nie potrafisz ustawić budzika?

– Potrafię – odparła. – Potrafię go też przestawić, gdy nie w smak mi wstawanie. – Odłożyła tusz do koszyczka po tym, gdy uznała, że rzęsy też musi pomalować, zanim wyjdzie.

– A w smak ci gofry z dżemem lub miodem i owocami? Leżą na talerzu. Mogę zapakować.

– Niestety. – Wzruszyła ramionami. Miała inne priorytety w życiu niż śniadanie. – Spieszę się. Cześć!

– Zaczekaj. Pożyczyć ci? Dać na taksówkę? – Odniosła wrażenie, że zbyt surowo potraktowała Kasię i spróbowała się wkupić w jej łaski. Często to robiła, licząc, że wreszcie przełamią barierę i dzięki trosce ich relacja stanie się odrobinę łatwiejsza. Od dawna próbowała zrozumieć, dlaczego to, co zdało egzamin przy wychowaniu synów, zupełnie się nie sprawdza w odniesieniu do córki.

– Już zamówiłam. I mam na nią gotówkę. – Przewróciła oczami ze zniecierpliwienia. Niepotrzebnie się zatrzymała. Nie zamierzała korzystać z dobrotliwości matki. Z jakiejkolwiek jej pomocy. – Aha, jestem umówiona z Jarkiem. – Przypomniała sobie o rodzinnym zobowiązaniu, by deklarować, jak, gdzie i z kim będzie się spędzać dzień. – Późno wrócę. – Prawie zamknęła drzwi, lecz rozchyliła je szybko, widząc, że matka podaje jej beżowy trencz i kopertówkę. Gdyby nie ona, zapomniałaby o nich. – Pa! – Krótkim pożegnaniem spróbowała zmyć złe wrażenie i wynagrodzić matce przytyki, po czym wsiadła do srebrnego forda, który już stał przed ogrodzeniem.

– Dzień dobry. Na ulicę Sobieskiego poproszę. Pod dwójkę. To znaczy pod drugie liceum. Czy mogłabym u pana dokończyć makijaż?

7:45

– Wyyychodzę, czeeeść! – krzyknął Łukasz z przedpokoju.

– Nie nazbyt swobodnie? – Małgorzata stanęła przed synem i zaczęła się krytycznie przyglądać jego ubiorowi.

Granatowych, wąskich dżinsowych rurek z obniżonym krokiem, białej, wypuszczonej ze spodni koszuli z porysowanym kołnierzykiem i mankietami, luźno zawiązanego czerwonego krawata oraz garniturowej marynarki nie można było uznać za klasyczny, galowy strój.

– Plisss… Nie czepiaj się, co? – Zmierzył matkę surowym wzrokiem, jakby stwierdzał, że takie osądy są nie w jej stylu.

– Dobra, nic już nie mówię! – Aż się cofnęła, unosząc ręce. – O ile oczywiście to ty będziesz zamykał gęby nauczycielom, a nie ja. Mnie się nawet podoba. Fajnie. Z pomysłem – szepnęła.

– Dziękóweczka. – Teatralnie się ukłonił, zdejmując baseballówkę, którą przed momentem dopełnił imidż. – A co do nauczycieli… Wiesz, że u nas są normalniejsi niż zwykle. Melduję się w chacie koło drugiej. – Zaczął wiązać sznurowadła swoich kultowych białych trampek Converse, które samodzielnie ozdobił komiksowymi grafikami. I to tak, że Małgorzata była pewna, że po tym roku w gimnazjum jej średni syn przejdzie na licealny poziom nauki w Zespole Szkół Plastycznych. – Bo dzisiaj jedziemy na zakupy, tak? – zapytał, prostując się.

– Najlepiej by było. Trzeba zamówić tort. Zobaczymy jeszcze, w jakim stanie zastaniemy po przedszkolu Kubę. Okaże się po południu. Dobra, leć, bo my też musimy iść.

Piętnastolatek wyjął z szafy deskorolkę i wyszedł zgodnie z zaleceniem matki, żeby zdążyć na ósmą trzydzieści na rozpoczęcie roku szkolnego klas trzecich gimnazjum przy ulicy Mlaskotów.

Tymczasem Małgorzata, podobnie jak o pasji pierworodnego, pomyślała o jego hobby z przerażeniem. Wystarczyło, że raz zobaczyła pokaz skaterów. Wpadłaby w zachwyt, gdyby nie to, że między innymi jej syn brał udział w występach, czym ryzykował zdrowie, aby sobie i publiczności zrobić frajdę. Dla niej frajdą było to, że miała swoje skarby obok siebie. Nie wymagała od nich spektakularnych sukcesów. Choć musiała też przyznać, że charyzma, z jaką rozwijali zainteresowania, napawała ją dumą.

Wiedziała, że bojaźń jest objawem bardzo niezdrowego matczynego podejścia. Aby całkiem nie stracić kontaktu z dziećmi, nie miała innego wyjścia, jak pozwolić im funkcjonować na własnych warunkach, które zaczęły ustalać, dorastając i odnajdując swoje potrzeby. Jej rola się kończyła. I tylko na tolerowaniu ich wyborów mogła oprzeć wspólne relacje.

Cieszyła się, że w jej życiu pojawił się jeszcze jeden skarb, gdy Tomek, Kasia i Łukasz zaczęli ją coraz częściej żegnać i opuszczać dom. Kuba był jeszcze za młody, by wyfruwać z gniazda. Kuba!!!

Małgorzata spojrzała na zegar. Czas pędził, a na dziewiątą powinna odprowadzić syna do przedszkola.

Musiała zacząć działać, żeby dać Kubie dobry przykład i nie spóźnić się w pierwszym dniu. I tylko, kompletując jego wyprawkę, zastanawiała się, czy kolejny pierwszy września znowu nadejdzie szybciej niż za rok. Takie miała wrażenie. Że prowadzi ciągły wyścig z kalendarzem i ten wyprzedza ją tak szybko, że umyka to jej uwadze.

7:50

– Spakuję ci krótkie spodnie na zmianę, bo zaczyna się robić bardzo ciepło – powiedziała w pokoju najmłodszego syna, wyglądając przez okno. Szybko przystąpiła do nerwowego przeszukiwania szuflady. – Żebyś się nie zapocił, cherubinie mój mały. – Uwielbiała tak nazywać tego blondynka z kręconymi włosami. – Co by wtedy było? Tragedia. Jeszcze te sprężynki by ci się wyprostowały – zażartowała.

– Ciapka. Na słonice! – zakrzyknął chłopiec, skojarzywszy upał z koniecznością nakrywania głowy.

Wtargnął do pomieszczenia i zaczął przegrzebywać koszyk z baseballówkami.

– Tak. Ciapka. Na słonice, racja. – Zaśmiała się, naśladując go. Akurat tych określeń nie chciała korygować. Była gotowa je wręcz wdrukowywać w świadomość trzylatka. Rozczulały ją. Miała cichą nadzieję, że wymowy „czapki” i „słońca” nie poprawi nawet logopeda, do którego zamierzała wysłać Kubę na konsultacje. – Spokojnie. Wszystko pod kontrolą – zapewniała samą siebie. Nie chciała wpaść w popłoch i zarazić tremą pełnego entuzjazmu przedszkolaka. – Ma być z Tygryskiem? Jest w przedpokoju. Ale dobrze, że trzymasz rękę na pulsie i pomagasz. Wiesz, co to znaczy, prawda? – Spojrzała na niego, wkładając kolejne ubrania do plecaka z Kubusiem Puchatkiem.

– Cio? – Zajęty podrzucaniem balona, zdążył zgubić wątek.

– Trzymanie ręki na pulsie. Wiesz, co znaczy to wyrażenie?

Nie odpowiedział, zamiast tego omylnie położył dłoń na prawej piersi.

– Serce jest po lewej stronie. Tak, dobrze, po tej drugiej. – Potwierdziła, gdy się poprawił. – Serce wybija rytm, puls. Ale trzymanie ręki na pulsie oznacza coś innego. Pilnowanie czegoś.

– Cyli, cyli ty mne czymasz na plusie?

– Nie do końca. – Znów ją rozbawił swoimi błędami i prostolinijnością myślenia, którą w dzieciach ceniła najbardziej. Tęskniła do tego, kiedy w pewnym momencie otaczały ją same nastolatki. – Chodzi o pilnowanie jakiejś sprawy. Na przykład zabrania ze sobą potrzebnych rzeczy. A puls – puls! nie plus! – sprawdza się tutaj. Po wewnętrznej stronie nadgarstka. Yhym, dokładnie tak. – Potwierdziła, gdy zaczął ją naśladować. – Albo na boku szyi. Czujesz coś? Jak serce wystukuje ci rytm, jak bębni? Nie? – zapytała, widząc, że przecząco pokręcił głową. – Nie martw się, na pewno tam sobie mocno stuka. Dobrze, chyba wszystko mamy. – Zamknęła szufladę i stając w progu pomieszczenia, jeszcze omiotła je spojrzeniem, by zyskać pewność, że niczego nie zapomniała. – Nie boisz się? – Popatrzyła na niego z czułością, gdy usiadł na dywanie z nadrukiem dróg i podjechał repliką jej saaba pod budynek przedszkola, który wczoraj zbudował z tatą z klocków Lego.

Małgorzata się bała. Nawet nie tego, jak syn poradzi sobie bez jej towarzystwa, lecz jak ona poradzi sobie sama w wielkim, pustym domu.

– Ani troske.

– To dobrze, pobaw się jeszcze chwilę. Ja skoczę do łazienki.

Zdjęła szlafrok i koszulkę nocną. Włożyła koronkowy komplet bielizny, dżinsowe biodrówki i lekką zieloną tunikę na ramiączkach. Spięła włosy klamrą, żeby się nie plątały i nie utrudniały zabiegów pielęgnacyjnych. Zwilżyła ręce. Sięgnęła po kosmetyki. Trzy kroki zdrowej cery: oczyszczanie, tonizowanie, nawilżanie. Wszystkie wykonała. Pokryła twarz cienką warstwą pudru mineralnego w kulkach. Policzkom nadała różowy odcień. Rozchyliła wargi, zbliżyła się do lustra i pomalowała rzęsy. Wydłużyła i podkręciła je, używając zalotki. Nabłyszczyła pełne usta. Do stroju dobrała krótki złoty łańcuszek ozdobiony drobnymi listkami i bransoletkę z tym samym motywem. Pozbyła się spinki. Szpikulcem grzebienia wydzieliła przedziałek i grzywkę. Ułożyła fryzurę i utrwaliła ją lakierem. Przypatrując się swojemu odbiciu, kiwnęła głową, jakby potwierdzała, że jest gotowa do wyjścia.

Nie wyglądała na swoje trzydzieści dziewięć lat. Miała gęste włosy, bardzo jasną karnację, duże zielone oczy, wyraźnie zarysowane kości policzkowe i promienny uśmiech.

Nienaganną figurę eksponowała dopasowanymi ubraniami. Lubiła młodzieżowy, lekki, kobiecy styl, pełen wiosennych barw i skromnych, bezpretensjonalnych dodatków. Wszystko to dodawało jej świeżości i delikatności.

– Kuba, możesz zakładać sandały! – zawołała, uznając, że sama wystąpi w kwiecistych mokasynach i na wszelki wypadek, na zakupy, które miała później zrobić na placu Na Stawach, zabierze ze sobą białą, dżinsową kurtkę.

***

W pierwszą ciążę zaszła, mając osiemnaście lat.

Krzysztof ledwie ją znał, ale wziął na siebie obowiązek opieki nad nią i ich dzieckiem. Szybko odrzucił pomysł aborcji, mimo że była wówczas legalna i ogólnodostępna.

Zresztą nawet gdyby zabieg figurował w kodeksie wykroczeń lub przestępstw, zdecydowałby się na niego, jeżeli na tym by mu zależało i nie zniszczyłoby reputacji nikomu z najbliższego otoczenia. Nigdy bowiem nie należał do obsesyjnie praworządnych ludzi. To nie wierność Temidzie przyświecała mu przy wyborze zawodu, lecz kultywowana od pokoleń tradycja. Tradycja życia w dostatku i opływania w luksusy. A także korzystania z koneksji, które umacniały status nie tylko materialny, ale również społeczny, co w konsekwencji znacznie ułatwiało funkcjonowanie w świecie.

W tym jednak przypadku wpływ na decyzję Nowaka miała własna etyka, moralność, poczucie przyzwoitości. Wychowanie. Wszystko to, co wyniósł z domu, w którym, mimo że rozwijano spektakularne kariery i nieszczególnie zadbano o rozgałęzienie drzewa genealogicznego, najmocniej ceniono wartości rodzinne.

Dla Krzysztofa wpadka z Małgosią stała się też doskonałą okazją, by wziął sprawy w swoje ręce i poniósł za nie odpowiedzialność. Pragnął tego z całych sił, ale wpędzany przez rodziców w kompleksy nie był zdolny do realizacji swoich ambicji. Tylko dzięki przypadkowemu rozdaniu kart miał szansę udowodnić ojcu dojrzałość, w którą ten ciągle powątpiewał.

Przypuszczał, że kiedy zacznie żyć jak dorosły mężczyzna, tata wreszcie mu odpuści. Przestanie wymagać, naciskać, jeśli zobaczy, że syn sprawdza się jako głowa rodziny. Gdyby dobrze odegrał tę rolę, mógłby się pochwalić czymś, co stworzył samodzielnie, bez korzystania z dorobku poprzedniego pokolenia. Nie pozostało mu nic innego, jak wykazać się w życiu osobistym, zawodowo bowiem został już dawno ustawiony i z tym faktem nie miał siły się już spierać.

Kiedy poznał Gosię, akurat świętował pozytywny wynik konkursu na aplikację. To zagwarantowało mu pracę. Ciepłą i bezpieczną posadę, dzięki której, niestety na początku z drobną pomocą rodziców, mógł utrzymać żonę i dziecko. Reszta, jak egzamin adwokacki, była już niemal formalnością. Wkrótce dzięki wykształceniu miał zacząć spijać śmietankę, podtrzymując jedynie prestiż rodzinnej firmy. I właśnie przekonanie o powodzeniu tej koncepcji, przewidywalność sprawiły, że zaczęło mu brakować wyzwań. Chciał zdać także inne, znacznie trudniejsze egzaminy. Podejmować decyzje. Nareszcie własne decyzje.

To skłoniło go do zaręczyn z Małgosią Piekarską.

Wkrótce jako para, idąc za ciosem złożonej deklaracji o ślubie, powiedzieli „tak” przed ołtarzem, a potem także w urzędzie stanu cywilnego.

Jeszcze przed narodzinami pierwszego dziecka Nowakowie zdążyli opracować idealny plan wspólnego życia. Najpierw zamieszkali z rodzicami Krzysztofa w kolonii profesorskiej w Krakowie, żeby zaoszczędzić na przyszłość. Krzysztof, po uzyskaniu tytułu zawodowego, miał zostać wspólnikiem ojca i przejąć połowę udziałów w renomowanej kancelarii prawniczej, aby w kilka lat uzbierać środki na własny kawałek podłogi i opał do kominka. Gosia natomiast, rok po urodzeniu Tomka, miała rozpocząć studia i rozwijać swoją pasję, a zarazem sportową karierę.

Teściowie postanowili jej to ułatwić, finansując opiekunkę do dziecka. Liczyli, że ich syn nie pozostanie jedynym żywicielem rodziny. Zaangażowanie materialne w edukację dziewczyny uznali za inwestycję, dobrą lokatę na przyszłość. Gosia miała bowiem dużą szansę osiągnąć sukces, będąc instruktorką tańca towarzyskiego. Wystarczyło, że zdobyłaby uprawnienia pedagogiczne i stała się wiarygodna dla rodziców chcących posyłać dzieci na zajęcia pozalekcyjne do jakiegoś centrum kultury.

Synowa z początku ich propozycję potraktowała jak jałmużnę. Wystarczało, że Nowakowie zapewnili jej wikt i opierunek. I to na poziomie, o jakim nawet nie śniła. Odnosiła wrażenie, że u teściów pławi się w luksusie. Nie była pewna, czy ich zanadto nie wykorzystuje, nie żeruje na nieposzlakowanej opinii w zawodowym środowisku, której utrata zbyt dużo kosztowałaby tę rodzinę. Podejrzewała, że to nie poczucie przyzwoitości, ale właśnie interesowność i pozycja nie pozwalają im na złe traktowanie żony jedynego syna i matki jego dziecka. Dlatego nie zamierzała pozostać na garnuszku Nowaków w jeszcze większym stopniu niż wcześniej. Nie chciała nadwerężać ich gościnności i budżetu.

Wyczuwała niechęć teściowej, choć ta nigdy nie zdjęła przy niej płaszczyka kurtuazji godnej sędzi prawa cywilnego. W rzeczywistości pewnie z ulgą przyjęłaby ich pozew rozwodowy, umieściła na wokandzie, by na końcu orzec winę Małgosi za rozpad pożycia małżeńskiego. Miałaby satysfakcję. Bo ewidentnie nie widziała tej dziewczyny u boku swojego rodzynka. Uważała, że zasłużył na kogoś lepszego i oczywiście powinien wykonywać obowiązki ojca, co wcale nie obligowało go do zawarcia małżeństwa.

Krzysztof nie dał za wygraną. Nie pozwolił, żeby problemy Gosi w relacjach z teściową zniszczyły im przyszłość. Obiecał, że sponsoring potraktują jak pożyczkę i kiedyś – właśnie z jej pracy, z jej zarobków – spłacą z nawiązką długi u rodziców. Przekonał żonę, że zdobycie wykształcenia pozwoli im na większą autonomię, a w dłuższej perspektywie zapewni wręcz samodzielność.

Wtedy postanowiła rozważyć tę opcję. Argument, że studia byłyby doskonałą alternatywą dla zatrzymanej ciążą kariery sportowej, nie grał już dla niej roli. Poprzednie wystarczyły.

Zaufała Krzysztofowi i wybrała mniejsze zło. Uznała, że lepiej uzależnić się od teściów na parę lat, a nie całe wieki.

Pełna zapału i determinacji podjęła wyzwanie.

Nie zdążyła zaliczyć pierwszej sesji, gdy cały małżeński koncept pękł jak lód pod naciskiem stopy.

Po urazie nie mogła już brać udziału w zawodach tanecznych, a na tym najbardziej jej zależało. Chciała startować jeszcze kilka lat. Nie miała jednak szans.

Frustracja związana z porażką sprawiła, że wkrótce przestało jej zależeć na ukończeniu studiów. Nagle straciła orientację, kim właściwie jest i jaką rolę ma odegrać w życiu. Wczesna ciąża, szybki ślub z człowiekiem z innego świata, złamana kariera sportowa, do tego pedagogika, która niespecjalnie ją zainteresowała. To wszystko sprawiło, że najlepiej zaczęła się czuć w domu jako matka.

I choć Krzysztof namawiał ją do różnorakich form aktywności, jego wsparcie na nic się nie zdawało. Nie przekonał Gosi, żeby utrzymywała kontakty towarzyskie ze znajomymi z uczelni. Nie miała z tymi ludźmi o czym rozmawiać. W przeciwieństwie do rówieśniczek wiedziała, kto jej jest pisany jako mąż i jak na pewno nie będzie wyglądała jej kariera. Już nie musiała zdobywać mężczyzn i świata, zakładając seksowne spódnice, malując usta czerwoną szminką i stając w świetle reflektorów.

Krzysztof z czasem przestał sobie radzić z jej zacięciem. Dał się wpędzić w poczucie winy. Miał dosyć ciągłych wyrzutów o regularne wypady na drinka, a tym bardziej o nadgodziny w pracy. Nie rozumiał tych pretensji, bo sądził, że dziewczynie niczego nie brakuje. Mogła w taki sam sposób korzystać z życia.

Nowak uważał, że jego małżonka, ucząca i opiekująca się dzieckiem, zasługuje na wizytę u fryzjera czy kosmetyczki. A już na pewno, wychodząc raz w miesiącu na imprezę, może sobie pozwolić na zakup nowej kreacji. Miał środki, by ją rozpieszczać. Dawał mnóstwo okazji, żeby rozwinęła skrzydła, znalazła nowe pole zainteresowań i samorealizacji. Lecz mimo to nie był w stanie wyciągnąć jej z letargu, w jaki wpadła po poślizgnięciu się w domku letniskowym teściów. Sądził, że to koniec. Nie był odpowiednią osobą, by ją podnieść, skoro sam przy tym ciężarze odpowiedzialności się załamuje.

Widział, że dziewczyna coraz gorzej funkcjonuje w studenckim świecie. Nie podejrzewał jednak, do jak dalekich kroków może ją doprowadzić depresja, której wówczas nie umieli rozpoznać.

Małgosia zaczęła poważnie myśleć o porzuceniu dalszej edukacji. Musiała jednak przystąpić do sesji i zaliczyć egzaminy. W innym wypadku teściowie mieliby do niej pretensje, bo zapłacili za rok opieki nad Tomkiem, aby swobodnie uczęszczała na zajęcia i wywiązywała się z obowiązków studentki.

Instynkt przetrwania w tej rodzinie uczynił z niej kobietę wyrachowaną, bez skrupułów dbającą o własne interesy.

Odkryła sposób, który by jej pozwolił przerwać studia i nie ponieść za to zbyt dużej odpowiedzialności. Co najwyżej połowiczną. Zrozumiała, co powinna zrobić, aby ugrzęznąć na domowej mieliźnie. Wystarczyło kilka razy zapomnieć o tabletce i zachęcić męża do zbliżenia w odpowiedniej fazie cyklu. To na nim rodzice powiesiliby psy za to, że przy takiej kondycji ich związku, jako starszy i teoretycznie mądrzejszy, znowu się nie zabezpieczył.

Gdy powiedziała mu o kolejnej ciąży, wpadł w furię. Był na skraju wytrzymałości. Czuł się bezsilny po wielokrotnych próbach wyciągnięcia młodej żony z depresji. Planował rozwód, a tymczasem stał się odpowiedzialny za szczęście kolejnej małej istoty.

Wbrew przewidywaniom kolejna ciąża miała im przynieść długofalowe korzyści. Gosia stała się tą samą dziewczyną, którą poznał przed niespełna dwoma laty na imprezie. Nie rozumiał, co sprawiło, że znowu była pogodna, radosna, spełniona, ale nie zamierzał się tym interesować. Ważny był skutek, nie przyczyna.

W ich życiu pojawiły się nowe wyzwania. Musieli zmienić lokum. Małgosia nie zamierzała dłużej mieszkać z Grażyną Nowak, która posądziła ją o to, że przy Tomku chciała złapać Krzysztofa na dziecko, a przy Kasi całkiem wykorzystała jego męską słabość i beztroskę.

Stanowczo radziła mu się rozwieść. Widziała, jak bardzo cierpiał, gdy jego starania nie przynosiły efektów. Podejrzewała, że to małżeństwo go wykończy. Małgosia wyssie z niego całą energię. Sprawi, że wypruje sobie żyły, a na końcu, jako skrzywdzona kobieta i matka, finansowo pogrąży ich wszystkich. Napatrzyła się na takie przypadki.

Krzysztof jednak miał dość wpływu rodziców, ich macek, które były tak długie i szerokie, że wkraczały w jego osobiste wybory.

Nie posłuchał i opowiedział się po stronie Małgosi. W nowym wydaniu mogła być matką jego dzieci. Była idealna.

Bunt wyszedł mu na dobre. Dał motywację i zapał do zrekonstruowania związku. Krzysztof wreszcie poczuł się dorosłym mężczyzną.

Wkrótce małżonkowie kupili działkę w Przegorzałach, niegdyś wsi, która z czasem została wcielona w obręb dzielnicy Zwierzyniec, uchodzącej za raj dla krakowskiej bohemy. Budowa, urządzanie domu i wychowanie dzieci na powrót ich do siebie zbliżyły.

Małgorzata zaczęła się spełniać jako gospodyni. Nawiązała przyjazne relacje z równie zamożnymi sąsiadami, dla których reprezentowany przez Nowaków model rodzinny nie był godny potępienia, ale doskonale znany lub podziwiany. Mocno zaangażowała się w wykańczanie wspólnego gniazdka. W jego zaciszu czuła się najlepiej. Znów rozszerzała usta w uśmiechu i wysoko nosiła głowę. Cieszyła ją rola pani domu, żony wysoko postawionego człowieka i matki jego dzieci. Wbrew pozorom zdobyła taką pozycję, jakiej oczekiwała. Wyższej nie pragnęła. Nie miała już aspiracji, a to sprawiało, że mąż mógł z łatwością realizować swoje zamierzenia.

Na pewien czas zyskała spokój ducha. Była bezpieczna, dopóki nie okazało się, że czas nie jest jej sprzymierzeńcem. Oto bowiem nadszedł moment, kiedy Tomka należało wysłać do zerówki.

Po spędzeniu kilku lat w domowym zaciszu Małgorzata nie miała odwagi stanąć przed potencjalnym pracodawcą. Lubiła swoje dotychczasowe życie. Czuła się potrzebna, ceniona w rodzinie i towarzyskich kręgach.

Nowakowie wybudowali duży dom. Wymagał zaangażowania kobiety, która sprawdzała się jako gospodyni. Co najważniejsze: na to wszystko było ich stać. Mogli utrzymać nieruchomość, a w jej wnętrzu i otoczeniu wychować dzieci najlepiej, jak to możliwe, w pełni angażując w to jedno z rodziców.

Krzysztof nie oponował. Cieszył się, że Małgorzata jest oddana ich sprawom i wreszcie znalazła dla siebie rolę w życiu. Nie miał wątpliwości, że macierzyństwo jej służy. A dzięki takiej postawie żony mógł zarobić na wielodzietną rodzinę, która wkrótce stała się ich wspólnym celem.

W taki oto sposób, na mocy małżeńskiej decyzji, Małgorzata pozostała piastunką domowego ogniska i Nowakowie zdecydowali się na trzecie dziecko. Kobieta po raz kolejny sięgnęła po kalendarz. Znowu wymyślała wyrafinowane epitety określające stan jej śluzu i położenie szyjki macicy. Zaszła w ciążę bez najmniejszego problemu.

Krzysztof zaczął chodzić z wysoko uniesioną głową. Nie poddał się, jak mu radzono. Wybudował dom, zasadził drzewo, spłodził dwóch synów i córkę. Utrzymał małżeństwo. Dzięki temu, że trafił na taką kobietę, mógł być wziętym adwokatem, a zarazem stworzyć dużą rodzinę, o której jego ojciec tylko śnił, prześcigając się z matką w biegu o doktoraty, habilitacje i profesury. Czuł się lepszy. Miał teraz wszystko. Idealne życie.

Mimo zasobnego konta i wielu metrów kwadratowych do dyspozycji Nowakowie obiecali sobie, że więcej dat urodzin już nie wpiszą do terminarzy. Małgorzata odetchnęła. Przy natłoku obowiązków związanych z wychowaniem trójki dzieci nikt już nie odważyłby się wysłać jej na pożarcie światu.

Przez wiele lat trwali w harmonii. Jak w przeciętnym małżeństwie wzajemne zaangażowanie malało wprost proporcjonalnie do długości pożycia i liczby potomków, w których opiekę trzeba było zainwestować mnóstwo energii.

Chociaż okazywali sobie czułość, częściej było to podyktowane przyzwyczajeniem niż realną potrzebą. Nie mieli wiele czasu na intymność. Krzysztof wracał do domu wieczorami i wolny czas poświęcał pociechom. Żona zaczęła więc samodzielnie zaspokajać swoje seksualne potrzeby.

Kilka dni po uczczeniu szesnastej rocznicy ślubu, gdy wszyscy domownicy wyszli, udała się do łazienki. Posegregowała bieliznę oraz brudną odzież pod względem delikatności tkanin i kolorystyki. Większość jasnych koszul namoczyła w misce. Jedną Krzysztofa zostawiła, zamierzając ją wrzucić do wybielacza trochę później.

Zwykle, wdychając jego zapach zmieszany z ciężkimi perfumami Jean-Paula Gaultiera, doprowadzała się do erotycznego szaleństwa. I tym razem po wejściu do sypialni okryła twarz znoszonym ubraniem męża. Głęboko wciągnęła powietrze. Nagle z obrzydzeniem gwałtownie wypuściła je z ust.

Kryjąc rozpacz i zalewając nieświeżą koszulę łzami, przeżywała zdradę, której dopuścił się Krzysztof.

Gdy po kilkunastu minutach pojęła, że słone łzy nie są w stanie stłumić ciężkiego aromatu damskich perfum, jej ból przerodził się w agresję. W nieodpartą chęć działania i poznania kobiety, która niszczyła jej latami budowane małżeństwo.

Wybrała się do ulubionej drogerii, gdzie miała do czynienia z profesjonalną obsługą. Doskonale znała się na zapachach i nie mogła uwierzyć, że mąż mający tego świadomość dostarczył jej takich dowodów. Początkowo nie tylko intuicja, ale też zdrowy rozsądek podpowiadały jej, że może to incydent, nic poważnego, chwila zapomnienia, urozmaicenie rutynowego życia. Na to liczyła. To byłaby skłonna wybaczyć. Nawet nie zająknąć się, że cokolwiek wie. Wymazałaby to z pamięci jako całkiem nieistotne dla ich historii zdarzenie.

Przemierzając w pośpiechu kilometry galerii handlowej, powtarzała sobie, że to oczywiste. Wprawdzie wiedziała, z jakimi kobietami Krzysztof miał do czynienia w pracy, lecz była pewna, że większy szacunek miał do niej niż tych wszystkich karierowiczek w garsonkach i na szpilkach. Przez tyle lat udawało się jej wygrywać w każdej konkurencji z tymi harpiami, ale teraz…

Krzysztof wiedział o jej doskonałym powonieniu. Działając w sposób przemyślany i wyrachowany, nie dałby się jej na tym przyłapać. Nie mógł stracić czujności na dłużej niż chwilę.

Że też miała tylko tę jedną koszulę, a resztę zalała środkiem do wybielania tkanin lub wrzuciła do pralki, od razu uruchamiając programator.

Bardzo żałowała, że eliminując poszlaki, pozbawiła się szansy przeprowadzenia lepszego śledztwa.

– Dzień dobry. – W końcu dotarła do sklepu. Nawet nie omiotła spojrzeniem asortymentu, nie przeszła się po salonie, lecz od razu stanęła przy kontuarze, gdzie czekała na nią ekspedientka. – Szukam damskiego zapachu, dosyć mocnego. Głębia: piżmo i drzewo sandałowe. Może również ambra, ale co do niej mogę się mylić. Nie jestem pewna.

Młoda dziewczyna, zaskoczona tak zorientowaną klientką, po kilku minutach sprawdzania informacji w internecie, postawiła na szklanym stole trzy flakoniki.

– Będzie pani łaskawa zaczekać – poprosiła Małgorzata, uznając, że w drogerii zatrudniono słabą kadrę. Uzyskanie danych z Google było i w jej zasięgu.

Na moment się zawahała. Bo co właściwie nazwa marki perfum miała jej powiedzieć? Przecież to nie z Elisabeth Arden, Coco Chanel czy Caroliną Herrerą jej mąż poszedł do łóżka.

A jednak. Zdecydowała się. Wyjęła z torebki butelkę Gaultiera w kształcie męskiego torsu. Skropiła nim trzy papierki. Każdy połączyła z zaproponowanymi damskimi perfumami. Opisała próbki nazwami produktów zaprezentowanych przez ekspedientkę. Spakowała je do odrębnych kopert, wiedząc, że bazę, która pozostała na bawełnie, rozpozna dopiero z upływem czasu, a teraz uwalniane zapachy mogłyby ją jedynie zmylić.

Małgorzata wróciła do domu, zmieliła dobrej jakości ziarna arabiki i wsypała je do puszki na stoliku. Kawa była konieczna do rozróżnienia zapachów. Wyjęła z torebki testery. Obok nich położyła koszulę męża. Rozpoczęła dochodzenie: wielokrotne zagłębianie się w ciężkie aromaty zdrady.

– To Versace. Noir Versace – stwierdziła bez wahania po zaledwie kilku wdechach.

Przez moment zastanawiała się, czy nie powinna nabyć produktu. To dałoby Krzysztofowi do myślenia. Zwłaszcza że nie były to perfumy, które by dla siebie wybrała. A gdyby skropiła nimi skórę, Krzysztof na pewno by je wyczuł, nawet pozostając z żoną na dystans. Nuta była niezwykle intensywna. Idealna dla wyrachowanej prawniczki zajmującej się zawodowo i prywatnie rozbijaniem małżeństw przy użyciu wysokich szpilek.

Pomysł zakupu tych perfum Małgorzata szybko uznała za nierozsądny. Nie mogła przecież sugerować Krzysztofowi, że wie o „Versace”. Od razu zacząłby stosować szczególne środki ostrożności i nie podsunąłby dalszych tropów. Nie dowiedziałaby się, czy to jednorazowy wyskok, czy też regularny romans. Wolała go nie uświadamiać i nie ostrzegać.

Od tej pory codziennie wąchała brudne koszule męża. Zdarzało się, że pachniały Gaultierem w czystej postaci. Wtedy przystępowała do swoich seksualnych rytuałów. Miała jednak ku temu niewiele okazji. Z czasem coraz częściej ubrania Krzysztofa, oprócz potu i ulubionych perfum, przesycone były także Noir Versace.

Nagle pojęła, że mąż przestał opowiadać jej o niekonwencjonalnych sposobach udowadniania zdrady, z jakimi spotykał się w pracy. A nieraz tymi historiami umilał jej wieczór.

Zaczęła go obserwować jeszcze bardziej wnikliwie. Szybko zauważyła, że w niekontrolowany sposób się uśmiecha. I to w momentach kompletnie nieadekwatnych do takiej reakcji: a to podczas plewienia chwastów i malowania płotu, to znowu odkurzania salonu, koszenia trawy bądź rozrywania sałaty. Wiedziała więc, że ma przewlekły, ciężki stan „kardiologiczny”. A to mogło doprowadzić do tragedii. Zwłaszcza że dzieci dorastały.

Tylko mały brzdąc, wymagający męskiej siły do długotrwałego noszenia, mógł go jeszcze przy Małgorzacie zatrzymać.

Mniej więcej po trzech miesiącach od wykrycia zdrady Krzysztof pewnego wieczoru wrócił z pracy i nie zdjąwszy garnituru, usiadł ze zwieszoną głową przy kuchennej wyspie. Przez chwilę przyglądał się żonie, gdy otwierała puszkę anchois.

– Kasia wyszła? – zapytał prawie szeptem.

Nie był w stanie głośniej. Stres ostatnich tygodni go wykończył, zwłaszcza w ostatnich dniach, kiedy podejmował ostateczną decyzję. Marzył już tylko o tym, by mieć wszystko za sobą i zakopać się na dwa dni pod kołdrą. Chciałby czuć szczęście i ekscytację, a tymczasem był od tego coraz dalszy. A przez to coraz mniej pewien swoich postanowień.

– Jest u Majki. – Sięgnęła po nóż i biodrem pchnęła otwartą szufladę. – Dopiero o dziesiątej wróci. Agnieszka ją przywiezie, więc możesz się napić drinka. Nie zmieniasz ubrań? Taki jesteś zmęczony? – W sumie jej to nie dziwiło. Rzadko ostatnio bywał w domu, rzekomo spędzając całe dnie w biurze. – Spróbuj. – Podsunęła mu pełną łyżkę.

Zgodnie z jej prośbą, mimo że nie był głodny, skusił się na degustację sałatki. Zatkał sobie nią usta, żeby nie odpowiadać na pytanie dotyczące stroju. Liczył, że Małgorzata o tym zapomni, przygotowując kolację, której nie zamierzał zjeść w domu.

– A Łukasz gdzie?

– U Grześka. Ma spać u Malickich. A raczej całą noc grać na xBoksie. Przynajmniej tak przypuszczam. No i co? – Wskazała na półmisek. – Brakuje ci czegoś?

– Nie wiem. Tak. Chyba tak.

– Czego?

– Pieprzu – odparł bez namysłu.

– A nie soli? Zdawało mi się, że wilgotne i słabo ostudzone ziemniaki pochłonęły ją z ryb.

– Nie. Coś ostrego jest potrzebne. – W gruncie rzeczy bredził. Nie koncentrował się, nawet nie uruchomił smaku. Równie dobrze mógł jeść papier i nie stanąłby mu w gardle. – A Tomek? Nigdzie się nie wybiera? Jest weekend. Co on jeszcze tu robi? – Niepocieszony spojrzał na pierworodnego, który najwyraźniej zamierzał ten piątek spędzić nad książkami, ale na dobrych chęciach i stwarzaniu pozorów prawdopodobnie się skończy, bo mimo że trzymał podręcznik w rękach, wpatrywał się w ekran telewizora. Powinien przestać udawać i wyjść.

– Odsiaduje. Karę. No coś taki zdziwiony? – zapytała, gdy wybałuszył oczy. – Sam ją nałożyłeś. Przynajmniej byś pamiętał o tych swoich metodach wychowawczych, bo inaczej będą całkiem nieskuteczne.

Już od jakiegoś czasu rejestrowała rozdrażnienie Krzysztofa wywołujące przesadne reakcje na wszystkie działania domowników. Widziała, że do końca nie wie, co mówi i robi, a to nie ułatwiało mu kontaktów z nastolatkami.

Westchnął. Nie miał siły pogonić syna. Zresztą, gdyby zmienił decyzję w kwestii szlabanu, wszyscy pomyśleliby, że próbował się pierworodnemu przypodobać, aby zdrada została mu szybciej wybaczona. Poza tym nie zamierzał dłużej czekać, a zanim Tomek zorganizowałby sobie towarzystwo, upłynęłoby wiele czasu. Jeszcze by się skusił na sałatkę, jeszcze by stchórzył. Musiał po prostu jakimś cudem załatwić sprawę po cichu. Bez krzyku i płaczu. Żałował. Bardzo żałował, że nierozważnie zadarł z synem.

– Bardzo jesteś zajęta? Moglibyśmy pójść na górę? Muszę ci o czymś powiedzieć.

Przerażona Małgorzata aż uchyliła usta. To niby już? Chciał ją opuścić, żeby pójść do innej? Tak szybko?

Mimo chwilowej konsternacji odzyskała rezon. Powinna zachować zimną krew i nie dać po sobie poznać, że odczytuje jego zamiary.

Natychmiast zdjęła fartuch, zostawiając na drewnianej desce do połowy skrojoną cebulę.

– Chodźmy. – Ruszyła.

Krzysztof zauważył, że jej uśmiech nie jest naturalny, ale nie dziwił się temu. Nie należało się spodziewać innej reakcji na słowa: „Muszę ci o czymś powiedzieć”. Zwykle nie zwiastowały niczego dobrego, dlatego porzucenie warzyw na blacie i garnków na kuchence nie było dla niego zaskoczeniem. Dokładnie tego oczekiwał po kobiecie z dobrą intuicją. A właśnie taką poślubił. Szkoda, że tak rzadko sobie z tego zdawał sprawę.

Powinien być jej wdzięczny za brak zwłoki. Nie katowała go przeciąganiem sprawy, doskonale przeczuwając, że chciał w niej zasiać ziarno niepokoju. Właśnie tak zamierzał to przeprowadzić. Stopniowo uruchamiając zapalnik, nie detonując przedwcześnie bomby.

Przepuścił ją na schodach, które pokonywała powoli, zastanawiając się, jaką obrać strategię.

Tuż przed tym, jak otworzył przed nią sypialnię, zaczęła mówić, by czasem nie zdążył jej uprzedzić.

– Dobrze się składa, wiesz? Bo ja też chciałam ci o czymś powiedzieć. – Zrobiła dramatyczną pauzę. – Booo… – Zaczekała, aż przekroczą próg pomieszczenia.

Krzysztof natychmiast zamknął pokój. Z założonymi rękami oparł się o drzwi, jakby swoim ciałem próbował stworzyć dodatkową barierę dźwięku, stłumić nim przekleństwa, które zaraz miały tu paść.

Małgorzata spojrzała na niego i zorientowała się, że nawet nie zdjął butów. Wszedł w nich na piętro. Już wiedziała, że to ten moment. Musiała podjąć wyzwanie, nawet jeśli nie była pewna diagnozy.

– Chyba jestem w ciąży.

Nowak uniósł głowę. Przełknął ślinę tak mocno, że Małgorzacie zdawało się, że to usłyszała. Z odległości dwóch metrów zobaczyła, jak jego jabłko Adama mocno opadło, by po sekundzie wrócić na miejsce. Pożałowała ryzyka, gdy uświadomiła sobie, że jeszcze nigdy nie widziała tak mocno i szybko rozszerzających się źrenic.

– A… Aaale… Ja… Ja… – jąkał się, za wszelką cenę usiłując wyartykułować chociaż tę najważniejszą część przygotowanej na tę okazję mowy końcowej. Dukał i dukał, aż z czasem zaczął tracić odwagę i determinację. – Ja… Jak? Jak to jesteś w ciąży? – w końcu zapytał, przestając się koncentrować na sobie i nie kryjąc oburzenia.

– Boże, co to w ogóle za pytanie: „Jak to?”? – wyśmiała go, bagatelizując przerażający stan, jaki sobą prezentował.

– A tabletki? – szepnął.

– Wiesz dobrze, że zawsze źle na nie reagowałam. Po co miałam je zażywać, skoro prawie ze sobą nie sypiamy?

– No właśnie! – krzyknął, na co Małgorzata aż podskoczyła.

Nie spodziewała się tak ostrej wymiany zdań.

– „Prawie” nie znaczy „wcale” – podniosła głos, a jej ton nagle zabrzmiał bardzo stanowczo. Nie mogła pozwolić, by zwalił na nią całą winę. – Aż tak byłeś pijany? Grill. Spotkanie z Krawczykami. Wróciliśmy. Wcześnie, a jednak mocno zawiani. I…

– Już – przerwał jej, żeby nie podała szczegółów. – Już nic nie mów. Pamiętam – westchnął. Przyłożył dłonie do skroni i uszu, by się wyciszyć, by przez moment pomyśleć, a nie wspominać trzeciego razu w życiu, podczas którego dał się ponieść beztrosce. Z chęcią by o nim zapomniał, ale jak zawsze nie było mu to dane. – Do jasnej cholery, przecież uzgodniliśmy, że założysz następną spiralę. Latami tak radziliśmy sobie bez pigułek.

– Prawie zdążyłam. Nie spieszyłam się za bardzo, skoro mąż rzadko chciał mnie dotknąć. Właściwie tylko, kiedy był pijany. – Uznała, że wytknięcie zaniedbań go pogrąży, a ją postawi w lepszym świetle. Celowo zrobiła z siebie ofiarę. – Poza tym nie sądziłam, że wpadka, zwłaszcza przy naszej częstotliwości, jest możliwa. Mam trzydzieści cztery lata, ponoć w tym wieku już nie jajeczkuje się regularnie.

– No właśnie. Odchowaliśmy już dzieci. Nie planowaliśmy więcej. Mieliśmy na trójce skończyć, zabawić się za jakiś czas w dziadków, a nie wiecznie siedzieć w pieluchach, zebraniach i zadaniach domowych. Wiecznie ubabrani w tym gównie! Szlag! Niech to szlag! Kurwa! No kurwa! Kurwa mać! – znowu krzyknął, po czym zaczął wydeptywać ścieżkę od regału do łóżka. – Mogłaś mi powiedzieć, żebym założył gumkę. Dlaczego tego nie zrobiłaś? Gośka, kurwa, do jasnej cholery, kurwa mać!

– Tak, oczywiście. Znowu ja miałam cię pilnować – zakpiła, po czym zaśmiała się szyderczo. – Najpierw jako osiemnastoletnia dziewczyna, potem dwudziestoletnia i jeszcze teraz. Bo z czterema dychami w metryce nie wiesz, czym grozi seks bez zabezpieczenia. Poza tym po hektolitrach wina myślałam o kondomie tak samo jak ty po morzu whisky. Bądź poważny. Chociaż raz! – Zakrzyczała go, zapędziła w kozi róg, ale to jej wcale nie przysporzyło satysfakcji.

Przez kilka sekund złowrogo milczeli. Małgorzata oparła się o szafę, nasłuchiwała kroków męża i próbowała oszacować, jaki dystans musi pokonać, żeby opuścił go gniew. Zaczęła się niecierpliwić. W końcu stanęła mu na drodze. Zakłóciła ciszę.

– Chcesz aborcji? – szepnęła, sprawdzając, czy mu jeszcze w ogóle zależy na rodzinie, dzieciach. Kiedyś w znacznie gorszej i trudniejszej sytuacji nie zdecydował się na zabieg. Gdyby był gotowy teraz, toby świadczyło, że wszystko jest w stanie poświęcić dla tej drugiej kobiety w swoim życiu.

– Nie. Kurwa! Nie wiem. Może. Nie wiem. Może chcę. Jasna cholera! Co za pat! Co za kanał!

Wybałuszyła oczy, ledwie powstrzymując płacz.

– Ale ja nie chcę! – odparła najbardziej zdecydowanie, jak mogła, walcząc z łamiącym się głosem.

– To po