Nowa Odyseja. Opowieść o kryzysie uchodźczym w Europie - Patrick Kingsley - ebook

Nowa Odyseja. Opowieść o kryzysie uchodźczym w Europie ebook

Patrick Kingsley

4,1

Opis

Haszema al-Soukiego, skromnego informatyka pracującego w wodociągach w Damaszku, trudno nazwać buntownikiem, ale i tak funkcjonariusze Baszszara al-Assada zamknęli go w katowni reżimu. Po wyjściu z więzienia al-Souki emigruje z Syrii do Egiptu. Stamtąd samotnie przedostaje się na Sycylię. Płynie sam, bo boi się o rodzinę – niedługo przed jego przeprawą statek tego samego szmuglera idzie na dno wraz z 300 migrantami. Pierwsze kroki w Europie są trudne, po zejściu ze statku al-Soukiego wita komitet Frontexu który zamiast uścisku dłoni oferują ludziom strzał z termometru w czoło.

Potem trzeba zaplanować dalszą podróż: do Niemiec albo Szwecji można się dostać, płacąc krocie przemytnikowi, który przewiezie cię w swoim samochodzie, albo pociągiem. Na każdej stacji paraliżuje go strach przed kontrolą policji w każdym państwie czyta gazetę w języku narodowym. Cały czas bardzo uważa, by się nie zdradzić, tylko raz w Niemczech wyrywa mu się: manzar gameel, co oznacza „ładny widok”. Cały przedział gapi się na niego.

Nowa Odyseja to historia Haszema i jemu podobnych migrantów, zmuszonych przez wojnę, głód i nędzę do porzucenia starego, bezpiecznego i spokojnego życia. Itaka nie jest jednak dla nich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 375

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (11 ocen)
4
5
1
1
0

Popularność




Mojej matce i mojemu ojcu

…nikt nie wrzuca swoich dzieci do łodzi,jeśli woda nie jest bezpieczniejsza niż ląd

Warsan Shire, Dom

A jeśli na morzu ciemnym jak wino znów mnie któryś z bogów rozbije, wytrzymam, bo w piersiach mam serce na ból hartowne. Już tyle wycierpiałem, tyle się natrudziłem wśród fal i na wojnie, że niech to i jeszcze się stanie1.

Homer, Odyseja

PROLOGśroda, 15 kwietnia 2015 roku, godzina 23.00

Trasy do Europy

W ciemności pośród morza Haszem al-Souki nie widzi swoich sąsiadów z łodzi, lecz słyszy ich krzyki. Krzyczą po części z jego winy. Są tam dwie Afrykanki – może z Somalii, ale nie czas pytać – a Haszem leży rozciągnięty na nich. Jego kolana i łokcie wbijają się w ich kończyny. Chcą, żeby się ruszył, już, i zrobiłby to, ale nie jest w stanie – kilka osób rozłożyło się na nim, a to najpewniej nie ostatnia warstwa. W tej drewnianej łodzi upchano dziesiątki ludzi. Gdy ktoś próbuje zmienić pozycję, przemytnicy kopniakami przywracają go na miejsce. Nie chcą, by wypchana łódź straciła równowagę i zatonęła.

Jest może 23.00, ale Haszem nie ma pewności. Traci rachubę czasu i przestrzeni. Wcześniej tego wieczora na plaży z najdalej wysuniętego na północ punktu Egiptu Haszema i jego towarzyszy zagoniono na tę łódkę. Teraz znajduje się nie wiadomo gdzie, buja się na wodzie w smolistej ciemności, kołysze gdzieś na falach południowo-wschodniej części Morza Śródziemnego. Pasażerowie krzyczą.

Niektórzy krzyczą po arabsku, inni nie. Są tu ludzie z całej Afryki, z całego Bliskiego Wschodu. Są Palestyńczycy, Sudańczycy i Somalijczycy. I Syryjczycy – jak Haszem. Chcą się dostać do północnej Europy: Szwecji, Niemiec albo dokądkolwiek, gdzie czeka ich lepsza przyszłość niż w zrujnowanych ojczyznach. Dla tej odległej nadziei ryzykują podróż łodzią do wybrzeży Włoch. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, powinni dopłynąć za pięć lub sześć dni. Ale na razie Haszem nie wie, czy przeżyje tę noc. I czy ktokolwiek ją przeżyje.

Mija godzina. Dobijają do kolejnej łodzi, większej, a później trzeciej, jeszcze większej. Przy każdej przemytnicy przerzucają ich przez burtę jak worki z kartoflami. Mają zatem więcej miejsca, ale są przemoczeni do suchej nitki. Musieli pokonać fale, by dostać się do szalupy; druga łódź była pełna wody. Trzęsą się z zimna, ich ubrania nasiąkły wodą. I mają nudności. Ktoś ściśnięty po jego lewej stronie wymiotuje na Haszema. Haszem podaje dalej, obrzygując osobę po swojej prawej stronie. Patrzy w górę i orientuje się, że każdy tak ma; ubrania ludzi dokoła pokrywa warstwa cudzych wymiocin. Każda z tych osób zapłaciła ponad 2 tys. dolarów za przywilej haftowania na innych uchodźców. „To jakaś wymiocinowa impreza” – myśli sobie Haszem.

W tej scenie najbardziej niezwyczajne jest to, że obecnie należy do dosyć zwyczajnych. Świat przeżywa największą falę masowej migracji od czasu drugiej wojny światowej – a najbardziej dramatyczny przykład tego zjawiska można znaleźć na Morzu Śródziemnym. W 2014 i 2015 roku około 1,2 mln ludzi przemierzyło Morze Śródziemne w przeciekających łodziach takich jak ta2. Instytucje Unii Europejskiej są przekonane, że pomiędzy 2016 a 2018 rokiem ponad 3 mln mogą pójść w ich ślady, ponieważ wojny domowe w Syrii, Afganistanie i Iraku wypychają do Europy rzesze ludzi, o bezprecedensowej liczebności. Przez lata brzemię globalnego kryzysu uchodźczego ciążyło głównie na krajach rozwijających się, które według szacunków ONZ osiedlają 86 procent uchodźców. Teraz Europa wreszcie otwiera oczy na kryzys.

Migrowanie do Europy nie jest w żadnym wypadku nowym zjawiskiem. Migranci z Afryki od dawna podejmują próby przedostania się do Hiszpanii z Maroka czy na Wyspy Kanaryjskie z Senegalu. Przez lata Libia, Turcja i Egipt stanowiły trampolinę dla chcących dostać się do Włoch, Grecji i Bułgarii. Ale nigdy wcześniej do Europy nie przybywało aż tylu migrantów.

Zacznijmy od tego, że w 2014 roku falę migracji napędzali głównie Syryjczycy, Erytrejczycy i mieszkańcy Afryki Subsaharyjskiej. Wtedy wypływali głównie do Włoch z Libii (bo tam prawo i porządek załamały się wskutek Arabskiej Wiosny) i w mniejszym stopniu z Egiptu. W 2014 roku do Włoch dotarło około 170 tys., prawie trzy razy więcej niż w poprzednim zanotowanym wyżu3. W 2015 roku uchodźcy subsaharyjscy wciąż wyruszali z Libii i Egiptu w tak samo rekordowych liczbach jak poprzedniego lata. Prawdziwym punktem zwrotnym tamtego roku okazały się jednak wydarzenia w Grecji, która zastąpiła Włochy w roli najbardziej obleganej bramy Europy. Surowsze restrykcje wizowe dla Syryjczyków oznaczały, że nie mogli już tak łatwo dostać się do Afryki Północnej, zaś wybuch wojny w Libii sprawił, że też i nie mieli ochoty tego robić. Zaczęli zatem masowo wyruszać z Turcji na wyspy greckie, wraz z emigrantami z coraz bardziej niestabilnego Afganistanu i Iraku. Małe wysepki, będące wcześniej sennymi wakacyjnymi ustroniami na obrzeżach Morza Egejskiego, z dnia na dzień zmieniły się w strefę zero kryzysu uchodźczego na Bliskim Wschodzie. Grecy, już w zapaści ekonomicznej, byli na to zupełnie nieprzygotowani.

Nagle problem wyłącznie zachodnioeuropejski rzucił wyzwanie wschodniej Europie. W 2015 roku ponad 850 tys. uchodźców opuściło tureckie wybrzeża4, a znaczna większość podążyła na północ przez Bałkany – wszyscy w nadziei na dotarcie do bezpiecznej i stabilnej Europy Północnej. Węgry, których południowe granice zaledwie pięć lat wcześniej przekroczyło tylko 2,4 tys. migrantów, nagle miały poradzić sobie ze 100 razy większą grupą5. W końcu rząd tego państwa odgrodził całą jego południową flankę. Gdy ludzie zwyczajnie skierowali się na ziemie chorwackie, Węgrzy postawili barierę – wzdłuż chorwackiej granicy.

W innych częściach Unii Europejskiej kryzys doprowadził do bardziej metaforycznych podziałów. Włochy i Grecja nie widziały powodu, dla którego miałyby samodzielnie borykać się z tak wielką falą imigrantów, i wypróbowały wiele sposobów, by skłonić resztę Europy do rozłożenia tego ciężaru. Najpierw Włosi i Grecy po prostu z porozumiewawczym mrugnięciem przepuszczali wielu uchodźców, zamiast zachęcać każdego przybyłego do osiedlenia się na włoskiej czy greckiej ziemi, jak wymagają tego aktualne regulacje UE, znane jako Konwencje Dublińskie. Następnie podjęły negocjacje, starając się przekonać sąsiadujące kraje do dobrowolnego przyjmowania migrantów. Ale w ciągu wielu miesięcy nieustannych i bezowocnych konferencji i szczytów większość innych krajów UE odmówiła ulżenia Grekom i Włochom i nie przyjęła więcej migrantów niż symboliczna garstka. Jesienią większość rządów wreszcie przyjęła porozumienie, które miało doprowadzić do przejęcia 120 tys. migrantów od krajów bezpośrednio narażonych na skutki kryzysu i rozdzielenia ich pomiędzy państwa reszty kontynentu. Gryzipiórki w Brukseli uznały to za małe zwycięstwo, ustanawiające ważny precedens. Jednak w rzeczywistości była to żałosna odpowiedź. Te 120 tys. sprowadziło się do jednej dziewiątej wszystkich ludzi, którzy trafili do Włoch i Grecji w 2015 roku6, przez co tak zwane porozumienie prawie nie miało znaczenia. Jedna z ważniejszych zasad fundacyjnych UE – solidarność państw członkowskich – zdawała się rozmywać.

Z biegiem miesięcy coraz więcej krajów wznosiło ogrodzenia wzdłuż granic, by nadać kierunek napływowi migrantów, a kilka zagroziło całkowitym zamknięciem granicy. To naraża na szwank inną wartość istotną dla UE – koncepcję swobodnego poruszania się pomiędzy krajami kontynentalnej Europy, którą świętowano z wielkimi fanfarami układem z Schengen w 1985 roku i którą wciąż uważa się za jedno z największych osiągnięć projektu europejskiego. Kryzys migracyjny, wraz ze współwystępującymi z nim skutkami zapaści gospodarczej Grecji, stał się jednym z największych zagrożeń dla spójności Unii Europejskiej w jej historii.

Był także jednym z najbardziej niepotrzebnych. W pewnym sensie „kryzys uchodźczy” to błędne określenie. Owszem, kryzys ma miejsce, ale doprowadził do niego nasz stosunek do uchodźców, a nie sam ich napływ. Liczba 850 tys. wydaje się wielka – i w porównaniu z historycznymi migracjami do Europy rzeczywiście taka jest. Ale stanowi jedynie 0,2 procenta całkowitej populacji UE wynoszącej około 500 mln; najbogatszy kontynent świata realnie może wchłonąć tyle osób, jeśli – i tylko wtedy gdy – prawidłowo się tą masą zarządza. Istnieją kraje, których infrastruktura znajduje się na skraju załamania z powodu kryzysu uchodźczego – ale w większości nie są to państwa europejskie. Najoczywistszym przykładem jest Liban o populacji około 4,5 mln, z czego nieco poniżej 1,2 mln to syryjscy uchodźcy7. To jedna na pięć osób – proporcja, która powinna zawstydzać przywódców Europy.

Niestety, nie oblali się oni rumieńcem wstydu. Zamiast tego miotali się w poszukiwaniu odpowiedzi, która miałaby sprawić wrażenie rozwiązania problemu napływu ludności bez zrobienia czegokolwiek, co naprawdę umożliwiłoby znalezienie wyjścia. Przerwali operacje ratunkowe na południu Morza Śródziemnego, przeprowadzane z użyciem wszystkich dostępnych środków, uzasadniając tę decyzję faktem, iż szansa ratunku ułatwia wybór ryzykownej drogi morskiej. Kiedy jednak ludzie i tak napływali, przywrócili je. Następnie zdecydowali się na nieprzekonującą strategię militarną, obiecując ataki marynarki wojennej na libijskich przemytników. Skończyło się nieuniknioną porażką.

Przy każdym z desperackich planów politycy wielokrotnie ignorowali realia – mianowicie fakt, iż ludzie, niezależnie od tego, czy są mile widziani, czy nie, będą przybywać. Z tego powodu politycy nie zorientowali się w porę, że nie ma łatwego sposobu zablokowania tras migrantów; można jedynie lepiej je zorganizować. Gdyby utworzyli spójny system masowych ponownych osiedleń osób z Bliskiego Wschodu i gdyby ten plan wprowadzono wystarczająco szybko i na wystarczająco dużą skalę, Europa mogłaby zapanować nad najbardziej chaotycznymi skutkami kryzysu. Taki plan stanowiłby dla wielu migrantów bodziec do pozostania na Bliskim Wschodzie w perspektywie krótkoterminowej i zawierzenia formalnemu procesowi ponownego osiedlania. To z kolei pozwoliłoby Europie bardziej metodycznie zająć się przyjezdnymi. Mogłoby też przekonać Turcję do aktywniejszego powstrzymywania ludności przed opuszczaniem jej brzegów, zarówno przez wydanie w końcu migrantom pozwoleń na pracę, jak i skuteczniejsze strzeżenie granic. Ale w ciągu całego 2015 roku nie wprowadzono żadnego programu tego typu, co zmusiło setki tysięcy ludzi do skorzystania z jedynej możliwości, jaka im pozostała: płynięcia do Grecji na własną rękę. To był najgorszy scenariusz: uchodźcy nie mieli powodu, by zostać tam, gdzie byli; kraje bliskowschodnie nie miały powodu, by powstrzymać ich od wyjazdu; Europa nie miała środków do zagrodzenia im drogi.

Sytuacja najbardziej pogorszyła się po zamachach w Paryżu w listopadzie 2015 roku. Okazało się, że dwóch z dziewięciu sprawców zapewne przybyło do Grecji miesiąc wcześniej na łodzi z innymi uchodźcami. Niektórzy komentatorzy i politycy w panice wzywali do zamknięcia drzwi przed uchodźcami, obawiając się, że ich napływ stwarza zagrożenie dla kontynentu. Paranoja była zrozumiała i przewidywalna – ale ostatecznie bezrozumna. Po pierwsze, właśnie do takiej reakcji chcieli doprowadzić terroryści: wskazać definitywny „dowód” moralnej zgnilizny Zachodu, a zatem stworzyć potężne narzędzie rekrutacji do Państwa Islamskiego (PI). Po drugie, nawet gdyby Europa chciała podnieść most zwodzony, to przecież ani w przeszłości jej się to nie udawało, ani dzisiaj nie jest do tego lepiej przygotowana. Europa to nie Australia, która – słusznie czy nie – zdołała „zatrzymać łodzie”. Australię i Indonezję dzielą od siebie setki kilometrów, a wschodnie wybrzeża Europy znajdują się zaledwie osiem czy dziesięć kilometrów od Turcji.

Z przedostawaniem się do Grecji tysięcy migrantów pozbawionych dokumentów wiążą się oczywiste kwestie bezpieczeństwa. Jedyną drogą załagodzenia tych problemów, z wyżej omówionych powodów, byłoby zorganizowanie legalnego, uporządkowanego wjazdu dla znaczącego odsetka przybywających. To zmniejszyłoby napływ ludności przez Morze Egejskie, w konsekwencji ułatwiając nadzór nad tym, kto przybywa do Europy. Ale nikt nie wykazał się wystarczającą przezornością, by patrzeć tak daleko w przyszłość. Zamiast tego bezczynność zaczęto usprawiedliwiać strachem przed rozpadem społeczeństw – strachem, który stał się samospełniającą się przepowiednią.

Mimo tego całego załamywania rąk uchodźcy nadal przemierzali morze w rekordowych liczbach – i nadal w rekordowych liczbach umierali. Tylko po to, by w ogóle dostać się na łódź, większość z nich odbyła podróż, która sama w sobie zasługuje na miano współczesnej odysei. W czasach, gdy podróżowanie dla wielu jest łatwe i bezpieczne, ich wyprawy przez Saharę, Bałkany czy przez Morze Śródziemne – pieszo, w drewnianych łodziach rybackich albo na pakach jeepów – są prawie tak spektakularne jak podróże klasycznych bohaterów, podobnych Eneaszowi i Odyseuszowi. Mimo iż staram się nie wprowadzać tu zbyt mocnych porównań, dostrzegam oczywiste paralele. Ci antyczni bohaterowie uchodzili przed konfliktami na Bliskim Wschodzie, żeglując przez Morze Egejskie. Wielu migrantów czyni tak dzisiaj. Współczesne syreny to przemytnicy ze swoimi pustymi obietnicami bezpiecznej drogi; brutalny pogranicznik jest współczesnym Cyklopem. Trzy tysiąclecia po tym, jak nasi antyczni przodkowie tworzyli mity fundacyjne Europy, a dzisiejsi podróżnicy piszą nową opowieść, która w nadchodzących latach odciśnie pozytywne lub negatywne piętno na naszym kontynencie.

Niniejsza książka opowiada o tym, kim są ci podróżnicy. O tym, dlaczego wciąż przybywają i jak to robią. O przemytnikach, którzy pomagają im po drodze, i straży przybrzeżnej, która ratuje ich u jej kresu. Wolontariuszach, którzy ich karmią, hotelarzach, którzy zapewniają im nocleg, i straży granicznej, która próbuje ich zatrzymać. A także o politykach, którzy odwracają wzrok.

Na podstawie wywiadów i spotkań odbytych w siedemnastu krajach na trzech kontynentach powstała historia przepływania zarówno przez Morze Śródziemne, jak i przez to, co pracownicy organizacji humanitarnych nazywają drugim morzem Libii: saharyjskie morze piasku, i późniejszego marszu przed siebie w Europie. Relacje pochodzą z kryjówek berberyjskich przemytników i portów Sycylii; z pociągów w zachodniej Europie i ścieżek Bałkanów. W miarę opowiadania książka rozwija krytykę europejskiego zarządzania kryzysem migracyjnym i dowodzi, że można było lepiej kontrolować sytuację. W jakiejś formie kryzys pozostanie z nami na najbliższe kilka lat; w niniejszej książce chcę opowiedzieć o tym, co stało się w 2015 roku, gdy kryzys ten osiągnął bezprecedensową dotychczas skalę, i o tym, jakie płyną z tego dla nas wnioski.

W książce jest też trochę o mnie: na początku 2015 roku, zanim migracja stała się problemem definiującym ten rok w Europie, moja redaktor zarządzająca okazała się na tyle przewidująca, iż uczyniła mnie pierwszym w dziejach korespondentem do spraw migracji w „Guardianie”. Wtedy tego nie wiedzieliśmy, ale ta rola miała mi ułatwić doświadczenie kryzysu migracyjnego w większej rozpiętości i głębi niż wielu innym. Ta praca była absurdalnym wręcz przywilejem. Jednego pamiętnego tygodnia przedostałem się z Sahary na sam środek Morza Śródziemnego, a potem aż do granicy węgierskiej. W innym tygodniu przekroczyłem dziewięć granic, podczas gdy do 1,3 tys. ludzi zginęło, próbując przekroczyć zaledwie jedną z nich. Pośród innych tematów w tej książce oprócz śledzenia losów innych od czasu do czasu zostanie poruszona kwestia moich własnych nieprawdopodobnych migracji.

Nowa Odyseja jest jednak przede wszystkim historią kogoś zupełnie innego: Syryjczyka Haszema al-Soukiego. Mniej więcej co drugi rozdział dotyczy wyprawy Haszema po bezpieczeństwo. Jego bardzo osobista narracja została skontrastowana z szerszą narracją o kryzysie, co pozwala na przechodzenie od relacjonowania podróży jednostki do opowiadania o podróży przez kontynent, przez który ta jednostka przechodzi. Dlaczego Haszem? Nie jest bojownikiem o wolność ani superbohaterem. Jest tylko zwykłym Syryjczykiem. I właśnie dlatego chcę opowiedzieć jego historię. To historia everymana, którego los pewnego dnia mógłby podzielić każdy z nas.

Haszem, trzęsący się z zimna i pokryty wymiocinami współpasażerów, przeżywa dziś w nocy kolejne upokorzenie w ciągu swej trzyletniej odysei. Jest postawnym czterdziestolatkiem o łagodnym uśmiechu; jego siwizna przydaje mu wieku. W kwietniu 2012 roku opuścił dom w Damaszku, z którego pozostał tylko klucz w kieszeni. Resztę wysadziła armia syryjska.

Myśli o dzieciach – Osamie, Mohamedzie i Miladzie, znajdujących się tak daleko w Egipcie. Podróżuje, by one nie musiały. By chłopcy i ich mama, Hayam, mogli legalnie do niego dołączyć, jeśli zdoła przeprawić się na drugą stronę – a potem dotrze do Szwecji.

Zniszczenie ojczyzny rozwiało marzenia i nadzieje Haszema. Jednak dla dzieci wciąż warto umrzeć. „Ryzykuję życie dla czegoś większego, dla ambicji większych niż to” – mówi mi, nim wyruszy. „Jeśli zawiodę, zawiodę sam. Ale podejmując to ryzyko, mogę spełnić marzenie trójki dzieci: moich dzieci – a może i moich wnucząt”.

Myśli zwłaszcza o Osamie, najstarszym. Dziś, 15 kwietnia 2015 roku, są urodziny Osamy. Wcześniej, tego ranka, czternasty rok życia Osamy rozpoczął się łzami ojca przepraszającego za nieuchronne odejście, a potem wyruszającego w drogę ze świadomością, iż mogą z synem już nigdy nie zamienić słowa.

rozdział 1PRZERWANE URODZINYUcieczka Haszema z Syriiniedziela, 15 kwietnia 2012 roku, godzina 18.00

Syria, Jordan i Egipt

Dokładnie trzy lata temu rozpoczęła się podróż Haszema. To były też urodziny Osamy. I one też zostały przerwane. Niedziela jest w Syrii dniem pracującym, pierwszym w tygodniu, więc Haszem wraca do domu około 18.00. Siada na chwilę z synami, by pooglądać telewizję. Hayam, z zawodu nauczycielka, dwa lata młodsza od męża, gotuje kolację w kuchni, a Haszem zwleka z wyskoczeniem na miasto po tort dla Osamy.

Wtem rozlega się pukanie do drzwi. Właściwie walenie – i to zupełnie niespodziewane.

Haszem nie jest osobistością polityczną. Jest trzydziestosiedmioletnim urzędnikiem pracującym w lokalnych wodociągach. Zarządza wydziałem informatycznym. Jego zadaniem jest comiesięczny druk rachunków dla mieszkańców Damaszku i okolicy. Skupia się na wodzie i pilnuje własnego nosa.

Ale dziś nie będzie to miało znaczenia. Reżim puka do wszystkich drzwi, odławiając każdego mężczyznę, którego się da. Czy dlatego, że są sunnitami, mieszkającymi w kraju rządzonym przez alawitów, wyznawców odłamu szyizmu – Haszem może się tylko domyślać, o co chodzi. Ma dobry powód, by tak sądzić: wojna domowa w Syrii ma coraz mocniejsze podłoże religijne.

Dzieci Haszema patrzą, jak idzie otworzyć drzwi. Na zewnątrz stoi dwudziestu mężczyzn. Haszem nie wie, czy są wojskowymi, policjantami czy przedstawicielami bojówki proreżimowej. Ale przyszli tu po niego i połowę ludzi z jego ulicy.

Konflikt zaczął się daleko stąd. Fala protestów przeciwko dyktaturze przetoczyła się przed świat arabski pod koniec 2010 i na początku 2011 roku, nie oszczędzając Tunezji, Egiptu, Libii, Bahrajnu i Jemenu. Niepokoje dotarły do Syrii w lutym 2011 roku. Zaczęło się od protestu na rynku w Damaszku, ale wszyscy zapamiętali dużo skromniejszy gest oporu. W połowie marca grupa chłopców wymalowała sprejem demokratyczne slogany na ścianach szkoły w Darze w południowej Syrii. Pod rządami dyktatora Baszszara al-Asada, byłego okulisty, który w 2000 roku przejął po swoim ojcu prezydenturę, nie tolerowano takiego sprzeciwu. Chłopców aresztowano i torturowano. To wywołało powszechny bunt, który reżim Asada tłumił kulami. Byli zabici. Wtedy demonstracje w Syrii zaczęły swą siłą dorównywać protestom w innych krajach arabskich, w których wyniku stołki straciło czterech prezydentów. W całej Syrii oburzeni i coraz odważniejsi demonstranci zbierali się, by żądać dymisji Asada. Z biegiem miesiąca zabito kilkadziesiąt osób spośród setek tysięcy protestujących w całym kraju.

Represje nie zatrzymały powstania. Wiosną i latem liczba protestujących rosła w całej Syrii. Protestanci spotkali się z szokująco brutalnymi reperkusjami, łącznie z wojskowymi oblężeniami i masakrami dokonanymi przez państwo w kilku szczególnie krnąbrnych miejscowościach. Przerażeni żołnierze zaczęli dezerterować z armii Asada. Do jesieni dezerterzy, w dużej mierze zjednoczeni pod sztandarem Wolnej Armii Syrii, coraz częściej uciekali się do partyzanckich taktyk mierzących w Asada, a powstanie przybrało formę regularnej wojny. Do początku 2012 roku buntownicy kontrolowali część terytorium państwa.

Do kwietnia 2012 roku przemocy udało się uniknąć miasteczku Haran al-Awamid, położonemu kilkadziesiąt kilometrów na północny wschód od Damaszku. Zbudowane wokół rzędu zrujnowanych rzymskich filarów było cichą miejscowością liczącą 15 tys. mieszkańców, w tym wielu zatrudnionych przez państwo. Wcześniej zajmowali się oni głównie rolnictwem, ale po niedawnych suszach i budowie pobliskiego lotniska wielu porzuciło uprawę roli na rzecz sektora publicznego. W weekendy rodziny, takie jak bliscy Haszema, często spędzały czas w ogrodzie przy grillu w cieniu sosen. Ale w ostatnich dniach napięcia rosły. Zwolennicy reżimu zabili dwóch młodych mężczyzn, przywiązali zwłoki do samochodu i ciągnęli je po drogach miasteczka. Nie każdy miał odwagę zareagować, ale rodzina i przyjaciele zamordowanych protestowali i skandowali hasła na ulicach.

Teraz to Haszem jest wpychany na tył furgonetki, jego dzieci patrzą na to z okien salonu, a reżim się mści. I to dobitnie. Najpierw Haszem i jego sąsiedzi zostają zabrani do podziemnej sieci więziennych cel wykopanych głęboko pod lotniskiem w Damaszku. Areszt prowadzi potężny wywiad lotnictwa wojskowego, którego macki sięgają daleko poza nadzór lotniczy czy cywilny. Żaden prokurator nie pyta o miejsce pobytu Haszema. Ani jemu, ani innym nie stawia się żadnego zarzutu, nie są nawet przesłuchiwani. Są po prostu bici i przetrzymywani w zamknięciu do czasu, aż wystarczająco wielu mężczyzn zostanie tu spędzonych z okolicznych wiosek. Trzy dni później zostają przerzuceni do kwatery głównej wywiadu lotnictwa wojskowego w Damaszku.

Tu setki mężczyzn stłoczono w pojedynczych celach znajdujących się głęboko pod ziemią. Codziennie czterech lub pięciu zostaje wywleczonych do sal tortur. Kawalerów razi się prądem w genitalia. Żonaci czasem unikają tego upokorzenia, ale zamiast tego wiesza się ich za nadgarstki. Haszem wisi tak dwanaście godzin. Sznury wrzynają się mu w skórę. U innych trwa to jeszcze dłużej, tak że później trzeba im amputować dłonie.

Nie są oni odszczepieńcami. W pewnym sensie wręcz mają szczęście, ponieważ pozwolono im przeżyć. Później okaże się, że pomiędzy 2011 a 2013 rokiem co najmniej 11 tys. zatrzymanych torturowano i zabito w syryjskich lochach, podobnych do tego, w którym przebywał Haszem. Sekretne archiwum 55 tys. fotografii przedstawiających ciała tych zatrzymanych osobiście wywiezie z Syrii fotograf o kryptonimie Cezar8, którego zadaniem było dokumentowanie ciał. Zdjęcia świadczą o okrucieństwie reżimu i stanowią dowód na to, że więźniowie byli bici, duszeni i rażeni prądem podczas pobytu w areszcie. Niektórzy mają wyłupione oczy.

Haszem unika takiego losu, ale długo jest więziony: po około trzech miesiącach zostaje przewieziony do jakiegoś hangaru. Na razie nie wie, gdzie jest, ale później okaże się, że na lotnisku Mezzeh, w bazie wojskowej wykorzystywanej przez rodzinę Asada. Hangar jest ogromny, pomieściłby kilka samolotów. Mimo to wtłoczono tu tak wielu więźniów, że tylko na zmianę mogą kłaść się na ziemi.

Nie wiadomo, kto wtedy śpi w nocy, a kto w dzień. Pozbawiono ich zegarków od razu po zatrzymaniu. Od ścian odbija się echo, ale światło dzienne się tu nie przedostaje, więc nie można mierzyć upływu czasu. Mijają miesiące. Może pory roku, kto wie. Ramadan nadchodzi i mija, a więźniowie nic o tym nie wiedzą. Jasne jest tylko to, że strażnicy mniej biją, bo znudzili się przemocą. Wciąż jednak jeszcze nikt nie pyta, kiedy zostaną zwolnieni. Strach przed następnymi torturami nauczył ich o nic nie pytać.

Pewnego dnia pod koniec października przychodzi do nich oficer, by oznajmić, że prezydent zadekretował ich uwolnienie. Więźniowie zostają zawiezieni furgonetkami do centrum Damaszku i wyrzuceni na ulicę. Okazuje się, że jest Id al-Adha, jedno z najważniejszych świąt islamu. Mrugają oczami, bo razi ich jasne światło słoneczne, i zastanawiają się, jaka Syria czeka na nich po pół roku więzienia.

Kiedy aresztowano Haszema, bunt przeciwko reżimowi trwał dopiero od roku, a Haran al-Awamid w większości uniknęło skutków przemocy. Gdy był poza miasteczkiem, sytuacja się zmieniła. Przyjaciel wiezie go do domu, a Haszem zauważa, że wybrał dziwną, okrężną drogę. „Co takiego chcemy ominąć?” – pyta Haszem. „Linię frontu” – odpowiada przyjaciel. Kiedy Haszem dociera do domu, wiadomości są jeszcze gorsze. Dwóch braci Hayam tego samego dnia zginęło od kuli tego samego snajpera. Drugi brat chciał zabrać ciało pierwszego.

Czerwony Krzyż wydał oświadczenie, że ten konflikt powinno się nazywać wojną domową. Baszszar al-Asad zaczął używać bomb beczkowych. W miarę, jak konflikt nabierał religijnego wymiaru, na tereny syryjskie wkroczyła szyicka sojuszniczka Asada w Libanie, bojówka Hezbollahu, by wesprzeć jego siły zbrojne. Kurdyjska mniejszość przejęła kontrolę nad północnymi rejonami kraju leżącymi niedaleko tureckiej granicy. Wolna Armia Syrii i reżim ścierają się prawie w całym państwie. Przyszłość Haszema rysuje się ponuro.

Miesiąc później, w ostatnich tygodniach 2012 roku, sytuacja w jego miejscowości staje się nie do zniesienia. W poszukiwaniu bezpieczeństwa Haszem i Hayam z chłopcami przenoszą się najpierw do Hozromy, pobliskiej wsi leżącej dokładnie na wschód od Damaszku. Po tym jak kilka metrów od ich synów wracających ze szkoły zaczynają spadać bomby, orientują się, że w Hozromie nie znajdą azylu. W ciągu kilku dni znów pakują dobytek i przenoszą się do wsi o nazwie At-Tall, po drugiej stronie Damaszku.

Dokoła nich wali się ich kraj – i ich dom. Dosłownie. Reżim chce włączyć Haran al-Awamid do strefy buforowej wokół lotniska w Damaszku. Dlatego w lutym 2013 roku zostaje zniszczony dom Haszema, jak i setki innych. Do dziś Haszem nosi ze sobą klucz. Drzwi, do których pasował, już nie ma.

Gdy po domu rodziny Haszema pozostaje tylko rumowisko, jej członkowie uznają, że w Syrii nie da się dłużej żyć. Męczą się w At-Tall, zanim wreszcie w maju przeprowadzają się do Damaszku. Jednak w tym samym miesiącu postanawiają, że już tego wystarczy: Syria nie może być dłużej ich domem. Dżihadyści coraz bardziej dominują wśród buntowników, co po części zawdzięczają decyzji Asada w sprawie uwolnienia setek ekstremistów sunnickich. Asad ma nadzieję, że przenikną do szeregów opozycji i ją zradykalizują, przez co napiętnują ją w oczach osób o neutralnych poglądach, tym samym nasilając religijną naturę konfliktu – albo przynajmniej do takich wniosków dochodzą obserwatorzy tacy jak Haszem9. Do wiosny 2013 roku ten rzekomy plan zaczyna się realizować. Grupa, która później nazwie się Państwem Islamskim, sieje coraz większe zniszczenie w północnej Syrii.

Do tego czasu rodzina Soukich dzieli dwupokojowe mieszkanie w Damaszku wraz z trzema innymi rodzinami wysiedleńców. Zdając sobie sprawę z beznadziejności tej sytuacji, państwo al-Souki starają się o paszporty, by opuścić Syrię. W krótkiej perspektywie ta decyzja jest katastrofalna. W biurze paszportowym Haszem znów zostaje aresztowany na oczach dzieci i zawleczony do więzienia. Znajduje tam dzieci i starców; niektórzy gniją w niewoli miesiącami. Znowu jest bity, ale w jego celi nie ma aż tylu więźniów, więc tym razem doświadcza nieco mniejszej traumy niż za pierwszym razem; przynajmniej może położyć się spać. Drugi pobyt okazuje się też znacznie krótszy od pierwszego. Kiedy Haszem siedzi za kratami, śledczy przepytują jego byłych współpracowników z wodociągów, a jeden z nich – alawita – wstawia się za nim. Haszem wychodzi na wolność kilka dni później i z pewnym przestrachem znów idzie do biura emigracyjnego po paszport. Przed budynkiem podchodzi do policjanta i ryzykuje. „Czy wciąż jestem na liście poszukiwanych?” – pyta. Policjant współczuje Haszemowi, wchodzi do budynku, by to sprawdzić. Po kilku minutach wraca: Haszem ma wolną drogę. Idzie więc sam do biura, ponownie wnioskuje o paszport – a wniosek, ku jego zdziwieniu, zostaje rozpatrzony pozytywnie.

To niemal niewytłumaczalna chwila pomyślności, ale Haszem nie ma czasu liczyć błogosławieństw. Musi wyjechać. Tylko dokąd? Z Hayam myślą o Jordanii, gdzie jedna dziesiąta mieszkańców to uchodźcy z Syrii, ale słyszeli, że warunki w obozach są dramatyczne, a Syryjczykom nie wolno pracować. Alternatywą jest Liban, goszczący wówczas ponad 1 mln innych uchodźców syryjskich, jedną piątą całej swojej populacji. Rodzina Soukich boi się jednak odwetu libańskich zwolenników Hezbollahu, popierających Baszszara al-Asada. Jest jeszcze trzecia możliwość: Egipt. W czerwcu 2013 roku rząd egipski jeszcze przyjmuje Syryjczyków.

A więc Egipt – jeśli znajdą na to pieniądze. Bez domu do sprzedania nie mają oszczędności, by zapłacić za bilet lotniczy. Hayam sprzedaje biżuterię, wszystko prócz obrączki, ale wciąż nie starcza im na podróż. Bilety autobusowe do Jordanii są w ich zasięgu, tak samo jak prom do Egiptu. Za około 11 tys. funtów syryjskich10 mogą dotrzeć au tokarem do jordańskiego portu w Akabie. Łódź stamtąd do Egiptu to koszt około sześćdziesięciu pięciu dolarów.

Są gotowi wyruszyć – ale trzeba przekonać jeszcze jedną osobę: ojca Haszema. Matka rozumie, dlaczego Haszem chce zaprowadzić rodzinę w bezpieczne miejsce, ale ojca niepokoi ta perspektywa. Kto się nim zaopiekuje, jeśli nie Haszem?

„Dlaczego chcesz jechać i mnie tu zostawić?” – pyta ojciec przy jednym z ostatnich spotkań.

„Tato, przepraszam” – odpowiada Haszem. – „Ale tu się nie da wytrzymać. Muszę jechać – nie dla siebie, ale dla dzieci i żony”.

Około południa 26 czerwca 2013 roku rodzina zjawia się na placu Marjeh w Damaszku. Plac po brzegi wypełniają podróżujący Syryjczycy. W tym rejonie mieści się wiele biur turystycznych, które przed powstaniem obsługiwały urlopowiczów. Dziś ich klienci, rzesze stojące w kolejkach do autobusów, uciekają przed wojną.

W autobusie, do którego wsiada rodzina Haszema, każde miejsce jest zajęte. Podróż do Jordanii to swego rodzaju przekrój wojny, przed którą uciekają. Przejeżdżają przed Darę, miasto, gdzie zaczęło się powstanie, i które wciąż pozostaje terytorium spornym. Przejeżdżają przez posterunki reżimu, gdzie żołnierze klną i z nich drwią. „Dlaczego opuszczacie swój naród?” – wrzeszczą żołnierze. Potem przez posterunki rebeliantów, gdzie traktowani są z tą samą pogardą: „Opuszczacie kraj!”. Tylko dżihadyści w Dżabhat an-Nusra, z których część będzie później uczestniczyć w tworzeniu Państwa Islamskiego, raczą ich inną odzywką. „Porzucacie dżihad” – krzyczą. „Nie chcecie zostać mudżahedinami”.

Każdy punkt kontrolny to mordęga. Co postój, każdy pasażer musi wywlec bagaż z bagażnika i oddać do sprawdzenia. Procedura trwa godzinami, a służby posterunkowe nieraz zabierają torby dla siebie. Rodzina Soukich traci trzy walizki. W jednym punkcie kontrolnym reżimu wojskowi chcą czegoś więcej niż bagażu: okazuje się, że pewien młody człowiek z autobusu jest poszukiwany, więc żołnierze łapią go i wyprowadzają z pojazdu. Pozostali pasażerowie są przerażeni – wiedzą, że zapewne zostanie zabity. Zwracają się do kierowcy, który jeździ tędy co tydzień. Znasz tych żołnierzy, mówią, zapytaj, ile chcą za jego uwolnienie. Kierowca wraca: 2 tys. funtów syryjskich. Składają się, każdy dorzuca coś z resztek oszczędności. Haszem prawie już nie ma pieniędzy. Ale życie tego mężczyzn zostaje ocalone.

Najgorszy jest chyba ostatni posterunek: Nasib, na granicy z Jordanią. Jest 3.00, gdy dojeżdżają, a straż graniczna chce sprawdzić ich dane. System komputerowy nie działa, więc muszą czekać w autobusie na jego ponowne uruchomienie. Kiedy opuścimy Syrię? – zastanawia się Haszem. Słońce wstaje, ale komputery nie. Dopiero sześć godzin później przekraczają granicę Jordanii.

Do wieczora są w porcie Akaba nad Morzem Czerwonym. Prom odbija o północy, a około 4.00 27 czerwca dopływają do wybrzeża w Nuwajbi, niewielkiej miejscowości turystycznej na półwyspie Synaj. Granica zamyka się kilka dni później, więc rodzina Haszema znajdzie się pośród ostatnich Syryjczyków, którzy ją przekroczą.

U bezpiecznego brzegu Haszemowi przechodzą przez głowę dziesiątki myśli. Odczuwa ulgę, że jego dzieciom udało się zbiec z terenu objętego wojną, ale nie zapomina też, iż pozostawił rodzinę i przyjaciół. Może ich już więcej nie zobaczyć ani nie uścisnąć.

rozdział 2DRUGIE MORZEPustynne trasy przez SaharęNiger, sierpień 2015 roku

Pustynne trasy do Libii

Drogi z Agadezu do Libii nie widać. Po prostu jedzie się do krawędzi miejscowego pasa startowego, skręca w lewo, na rozwidleniu w prawo, mija jeden jedyny budynek na horyzoncie, samotny policyjny posterunek. I tyle. Zamiast asfaltu są tylko koleiny w piasku. Jedynie kilku miejscowych kierowców wie, które wydmy prowadzą przez Saharę, które do nicości. W ciągu trzech dni jazdy wiele razy można źle skręcić.

Lecz zanim zaryzykują śmierć na Morzu Śródziemnym, zanim przejdą przez pola bitwy libijskiej wojny domowej i na długo przed tym, zanim kilkoro z nich dotrze do nowych ogrodzeń ochronnych w Calais, to właśnie tę drogę musi pokonać większość migrantów z Afryki Zachodniej. I na niej wielu zginie.

Kryzys migracyjny w Europie w największej mierze wiąże się z napływem Syryjczyków, Irakijczyków i Afgańczyków uciekających przed wojną i ekstremizmem religijnym – ludzi takich jak Haszem al-Souki. Medialne doniesienia na temat kryzysu – i sugerowane rozwiązania – skupiają się właśnie na tych ludziach. I to prawda, że napływ by przystopował, gdyby wojny na Bliskim Wschodzie nagle magicznie ustały. Ale nawet tak nieprawdopodobny cud jak ten nie powstrzymałby przed wielotysięcznymi ucieczkami do Europy ani Erytrejczyków, ani Nigeryjczyków, ani Sudańczyków kierujących się w tę stronę, tylko kilkaset kilometrów na zachód.

Aby zatem zrozumieć wszystkie aspekty kryzysu, należy jechać tą „drogą” pod Agadezem – owianym legendą miastem z błotnej cegły w środkowym Nigrze, główną stacją pośrednią dla zachodnich Afrykanów w drodze do Libii i Morza Śródziemnego poza nią. Należy prześledzić podobny szlak, który prowadzi na północ od Chartumu, stolicy Sudanu, niosąc ze sobą ludzi z Rogu Afryki. Wiele się słyszy o niebezpieczeństwach wód pomiędzy Libią a Włochami, gdzie ma miejsce najwięcej katastrof morskich. Ale by pojąć, dlaczego ludzie narażają się na takie niebezpieczeństwa, musimy wpierw zagłębić się w to, co dzieje się z nimi, zanim trafią na wybrzeże.

„Pomyśl o tym tak: Libia ma dwa morza” – mówi mi jeden pracownik organizacji humanitarnej w pierwszych dniach mojej „kariery” korespondenta migracyjnego. „Masz Morze Śródziemne. Ale na południu Libii leży Morze Saharyjskie”.

Próba rozwikłania tego, co miał na myśli, prowadzi mnie właśnie do tej pary kolein w piasku, zaraz na południe od Agadezu, i do młodego człowieka, który rozmawiał ze mną tylko pod warunkiem, że nie ujawnię jego prawdziwego nazwiska, więc nazwę go Cisse. Cisse ma dwadzieścia pięć lat i dyplom z geologii. Jest opanowany, elokwentny i schludnie ubrany. Przez chwilę pracował jako urzędnik w kopalni uranu w południowym Nigrze. Przez kilka lat oprowadzał wycieczki po Saharze. A potem, kiedy turystyka upadła wskutek lokalnych powstań, Cisse podjął trzecią z kolei pracę. Jako przemytnik ludzi.

W rezultacie jest jedną ze względnie niewielu osób, które wiedzą, jak poruszać się po tych niewidzialnych trasach, które prowadzą do Libii. I wie lepiej niż wielu innych, jakie niebezpieczeństwa czyhają na tej drodze. Pokonuje ją raz w tygodniu z trzydziestoma pasażerami, których zabiera w podróż do swojego pick-upa. Za każdym razem trasa wygląda inaczej z powodu częstych burz piaskowych zmieniających kształt pustyni. Cisse zna Saharę jak własną kieszeń, ale inni nie i dlatego gubią się w wirujących piaskach. Zagubionym kończy się paliwo, a potem woda. „A bez wody – mówi Cisse – nie przeżyjesz trzech dni”.

Natrafiam na taką burzę piaskową, znajdując się we względnie bezpiecznym Agadezie. Widziałem kilka w Kairze, gdzie mieszkałem przez trzy lata, ale nic się z tym nie równa. Agadez to niewysokie miasto, labirynt niskich ceglanych budynków otaczających jedyną wysoką konstrukcję, dwudziestosiedmiometrowy minaret z niewypalonej cegły, górujący nad otoczeniem jak wieża oblężnicza. Ale w burzy piaskowej nie widać drugiej strony ulicy, a co dopiero minaretu. Chmury piachu wirują ulicami, zasłaniając całe fronty sklepów, które jeszcze sekundy temu były zupełnie widoczne. Piasek przeciska się nawet przez futryny ciasno zamkniętych drzwi, pokrywając wnętrza pozornie zamkniętych pomieszczeń warstwą grubego pyłu. Wolej za wolejem piasek uderza o miasto jak fale o nabrzeże podczas sztormu. Jednak w przeciwieństwie do wody morskiej piach nie wraca, skąd przyszedł. Pozostaje na miejscu, kręcąc się w powietrzu, przysłaniając żółtą mgłą pałac sułtana – jeszcze niedawno dobrze widoczny. Jeśli jedna z takich burz złapie cię na samej pustyni, pogrzebie ci samochód w ciągu godziny.

Oprócz ryzyka burzy są też bandyci: konkurencja przemytnicza, dżihadyści albo po prostu oportuniści chcący ukraść ci samochód i zostawić cię na pustyni. Jedna z podobnych zasadzek miała miejsce podczas mojego dwutygodniowego pobytu; śmierć poniosła cała rodzina. „Jeśli masz szczęście, zostaniesz uratowany” – mówi Cisse. „Jeśli nie, zabiją ciebie i pasażerów”.

Nikt nie wie, ile osób zmarło z tych wszystkich powodów. Na każde ciało znalezione na Saharze – a w 2015 roku naliczono ich przynajmniej czterdzieści – może przypadać następne pięć lub pięćdziesiąt, które nigdy nie zostaną odnalezione11. Dla jednego z pasażerów Cissego wniosek jest i tak prosty. „Moim zdaniem – mówi Joel Gomez, niedoszły piłkarz z Kamerunu – Sahara jest bardziej niebezpieczna niż Morze Śródziemne”. A jednak rekordowe liczby ludzi wciąż są skłonne podjąć ryzyko.

Joela i Cissego, kręcących się po jednym z głównych dworców autobusowych Agadezu, spotykam późną sierpniową nocą. To tu, na południowym krańcu Sahary, setki migrantów zjeżdżają się co wieczór zupełnie legalnie; według miejscowych urzędników w całym 2015 roku ich liczba przekroczyła 100 tys. Agadez mieści się przy najdalej wysuniętej krawędzi Wspólnoty Gospodarczej Państw Afryki Zachodniej, podobnego do Schengen bezwizowego pasma państw w Afryce Zachodniej. W ramach tej strefy, znanej potocznie jako Ecowas, każdy, kogo na to stać, może przejechać autobusem od oceanicznych wybrzeży Nigerii na kraniec Sahary w Nigrze. Tu, w Agadezie, kończą bieg kierowcy autobusów, a zaczynają przemytnicy ludzi.

We wczesnych godzinach porannych nadjeżdżają autobusy. Podróżni wytaczają się z nich, często cierpiąc na mdłości po dwudziestoczterogodzinnej podróży po wyboistych drogach, a już czekają na nich przemytnicy, między nimi Cisse. Większość podróżnych ma dzwonić do konkretnych ludzi – przemytników poleconych przez znajomych, którym wcześniej udało się odbyć podróż. Inni nie, więc po przyjeździe podchodzą bezpośrednio do przemytników. A potem wiezieni są na ogrodzone posesje.

Agadez może się pochwalić tylko kilkoma budynkami wielopiętrowymi. Najważniejsze to meczet i, zaraz obok, pałac sułtana Aïru, który wciąż odgrywa pewną rolę w lokalnym systemie sądowniczym. Domy, nad którymi górują te budowle, to głównie jednopiętrowe zabudowania z dziedzińcami otoczonymi ślepym murem. Z ogrodzonych domów pewnie z pięćdziesiąt wykorzystują przemytnicy – ale nikt nie zna dokładnej liczby. I w tym rzecz: to świetne miejsca, by ukryć 100 migrantów, zanim wyruszą na północ do Libii.

W środku zaczyna się targowanie. Szacuje się, że stawka za przemyt z Agadezu do Libii wynosi około 150 tys. franków zachodnioafrykańskich (CFA), czyli 820 złotych. Jeden podróżnik mówi, że zapłacił aż 500 euro (2150 złotych), zaś Cisse twierdzi, że bierze od każdego z trzydziestu pasażerów zaledwie po 50 tys. CFA (270 złotych).

Przy tak dużych sumach nie dziwi fakt, że interes kręci się pomimo niedawnego zakazu. W maju 2015 roku po naciskach UE rząd nigerski zakazał przemytu ludzi. W sierpniu odwiedzam komendanta policji w Agadezie, by zapytać, czy zakaz jest egzekwowany. Dumnie odpowiada, że tak i że już wprowadzono go w życie. Dzwoni dzwonkiem, by przywołać swojego głównego funkcjonariusza do walki z przemytem, któremu każe podać liczbę aresztowanych przemytników. Mija pół godziny; funkcjonariusz wreszcie podsuwa karteczkę. W ciągu trzech miesięcy – dowodzą odręczne obliczenia na papierze – jego podwładni aresztowali czternastu przemytników. Jednego udało się skutecznie zachęcić do zmiany zawodu.

„A co z łapówkarstwem?” – pytam. Czy przemytnicy dalej przekupują policjantów, by przepuszczali ich przez punkty kontrolne? „Dwa lata temu to, co pan mówi, mogło być prawdą” – twierdzi komendant. „Ale po tym fakcie – odnosi się tu do raportu rządowego sprzed dwóch lat, który wykazał, że policjanci bywali regularnie opłacani przez przemytników – wszystkich winnych funkcjonariuszy przenieśliśmy na inne stanowiska. Z tego powodu nowi bardzo się boją. Teraz żaden pojazd nie przejeżdża swobodnie przez policyjny punkt kontrolny”.

W takich sytuacjach