Wydawca: Novae Res Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 591 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nowa Era. Exodus - Stanisław Antczak

Ostatni z serii 22 statków badawczych wyrusza w kosmos z ponad tysięczną załogą, składającą się z ludzi różnych nacji. Kiedy wyprawa gotowa jest opuścić Układ Słoneczny, schowana za planetą Mars dowiaduje się o ataku obcych na Ziemię. Dowódca wyprawy, widząc z oddali zagładę naszej planety, podejmuje decyzję o ucieczce w kosmos. Dzięki nowym silnikom impulsowym statek może osiągać niespotykane dotąd prędkości, wielokrotnie przekraczające prędkość światła. Po kilkunastu tygodniach ucieczki ekspedycja dociera do pierwszych obcych planet, jednak te okazują się być niezdatne do życia. Przez przypadek kosmonauci natykają się na bardzo stary wrak statku obcej cywilizacji…

Nowa Era. Exodus” to pełna napięcia, błyskotliwa powieść futurologiczna, która na długo pozostanie w Twojej pamięci.

Opinie o ebooku Nowa Era. Exodus - Stanisław Antczak

Fragment ebooka Nowa Era. Exodus - Stanisław Antczak

 

 

 

I. Ucieczka

– Admirale, mamy czwartą i nadal przyspieszamy.

– To przyspieszenie jest niczym w porównaniu z prędkością, którą osiągniemy po włączeniu akceleratora plazmy.

– Myśli pan, że przekroczymy prędkość światła?

– Ja nie myślę, ja wiem.

– Niepokoi mnie, że Ziemia nie odpowiada od dwudziestu ośmiu godzin. To nie jest normalne.

– Mnie też to martwi, ale nie będziemy wracać.

– Admirale, mam przekaz z Ziemi – krzyknęła Tania.

– Daj go na głośniki.

 

„Uwaga! Uwaga! Do wszystkich statków ziemskich w kosmosie. Dwadzieścia osiem godzin temu nasza planeta została zaatakowana przez obcych z kosmosu. Po krótkiej, nierównej walce nasze siły kosmiczne oraz lądowe zostały całkowicie rozbite i zniszczone. Zagładzie uległo kilkadziesiąt największych miast. Są miliony ofiar. Zniszczono kilkadziesiąt elektrowni atomowych, a promieniowanie skaziło setki tysięcy kilometrów kwadratowych. Trzy godziny temu wróg natarł ponownie, a jego atak był jeszcze silniejszy. Zniszczono wszystkie elektrownie atomowe i większość elektrowni wodnych. Bez dostaw energii niemożliwa jest jakakolwiek akcja ratownicza. Promieniowanie ze zniszczonych elektrowni w ciągu kilku dni zabije wszystko, co żyje na naszej planecie. A wam rozkazuję: «Nie wracajcie!» Nam już nic nie pomoże. Jak znajdziecie planetę, na której możliwe jest życie, zostańcie tam”.

 

– To koniec przekazu – powiedziała Tania.

Na mostku panowała cisza. Wszyscy skierowali wzrok na admirała.

– Dajcie teleskop z Ziemią na główny ekran – powiedział dowódca. – Gdzie jest Ziemia? – zapytał.

– Tutaj. – Tania wskazała mały punkcik na mapie nieba.

– Dajcie maksymalne zbliżenie.

Powiększono obraz i ukazała się Ziemia wielkości główki od szpilki, z ledwie widocznym Księżycem obok.

Nagle wszystkich obserwujących poraziło światło eksplozji, które błysnęło w miejscu, gdzie była Ziemia.

– Admirale, tam gdzie znajdowała się Ziemia, teleskop pokazuje deszcz meteorytów.

– Wyłączyć ekran. Przyspieszyć maksymalnie. Wszyscy do swoich zajęć.

Wielu członków załogi chciało wracać, walczyć i zginąć, ale krótki rozkaz admirała: „W drogę” rozwiał wszelkie wątpliwości co do kierunku lotu. Chwilę później usłyszeli ciche słowa dowódcy:

– Tam już nic nie ma.

Członkowie załogi, na którą składali się przeważnie naukowcy specjalizujący się w różnych dziedzinach i niemający szczegółowo zorganizowanego dnia, grupami lub pojedynczo przemierzali długie korytarze statku i snując się po kątach, rozmyślali o bliskich, których stracili na Ziemi, i o sytuacji, w której się znaleźli. Najczęściej zadawane pytania brzmiały: „Co teraz zrobimy? Co teraz będzie? Jak będziemy teraz żyć? I gdzie?”. Cała załoga domagała się odpowiedzi, ale nikt jej nie znał. Co roztropniejsi postanowili iść grupami do dowódcy statku i od niego zażądać odpowiedzi na wszystkie pytania.

Admirał Artur Anderson był dowódcą i współkonstruktorem statku, który nazwany został Odkrywcą. Teraz samotnie siedział w swej kabinie, też zadawał sobie te pytania i szukał odpowiedzi, które muszą wystarczyć załodze. Tuż po odebraniu wiadomości z Ziemi rozkazał pierwszemu oficerowi utrzymać wskazany kierunek lotu, a sam zamknął się w swojej kabinie i zabronił, by mu przeszkadzano. W pierwszej chwili otworzył sejf i wyciągnął zalakowane koperty z tajnymi rozkazami. Otwierał jedną kopertę po drugiej, ale nigdzie nie znalazł odpowiedzi na swoje pytania. Były tam rozkazy na wypadek buntu załogi, na wypadek katastrofy lub awarii statku, ale żaden rozkaz nie mówił, jak się zachować w sytuacji, gdy Ziemia zostaje zniszczona. Każdy rozkaz kończył się nakazem sprowadzenia statku na Ziemię, a admirał wiedział, że tego zrobić nie może. Było koło siódmej czasu pokładowego. O ósmej powinien zmienić pierwszego oficera na mostku. Myślał intensywnie, co powiedzieć załodze. Powie, że na Ziemię nie ma powrotu, że muszą szukać nowego domu, a resztę uzgodnią wspólnie. Kwadrans przed ósmą, ubrany w regulaminowy błękitny mundur ze złotymi dystynkcjami admirała, otworzył drzwi i wolnym krokiem ruszył na mostek. Było to pomieszczenie wielkości sali gimnastycznej, w której boczna ściana była w połowie przedzielona od góry do dołu wąskim wspornikiem i wypełniona szybą z przezroczystego aluminium. Przed oknem w kształcie okręgu rozmieszczone zostały stanowiska obsługi statku. W środku okręgu ustawione były trzy pulpity sterownicze z fotelami dla dowódcy i jego zastępców. Na mostku zebrali się już wszyscy oficerowie oprócz tych, którzy aktualnie pełnili służbę w innych miejscach statku. Zasiedli przy stole, a wtedy admirał zaczął spokojnie i cicho mówić.

– Panowie oficerowie i wy, moi przyjaciele – tu skinął na naukowców, których sam dobierał. – Misja, która miała na celu odkrywanie nowych planet, stała się misją ratunkową. Wiemy, że naszej Ziemi już nie ma. Wróg przybył z kosmosu i zaatakował nas bez jakiejkolwiek przyczyny i ostrzeżenia. Zniszczył wszystko, co kochaliśmy. Dostałem rozkaz ucieczki, bo wróg, atakując planetę, pokazał broń, która w jednej chwili unicestwiłaby nasz statek. Podjęto więc decyzję, by ci, co mogą, ratowali się. Z tego, co wiem, w przestrzeni kosmicznej znajdują się dwadzieścia dwa statki. My byliśmy ostatnim, który odleciał z Ziemi. Wątpię, czy poza tymi załogami ktokolwiek się uratował. Nakazałem ciszę radiową, by nie informować obcych o naszym położeniu. Nam rozkazano kierować się do gwiazd i tam szukać planety podobnej do Ziemi. Wiem, że podróż może potrwać kilka, a nawet kilkadziesiąt lat, dlatego naszym pierwszym zadaniem będzie zwiększenie prędkości statku do maksimum. Niech każdy oficer odpowiedzialny za swój przydział w ciągu dwudziestu czterech godzin zda raport o możliwościach usprawnienia swojej pracy. Do ważnych spraw należy zaopatrzenie w żywność, wodę, tlen i paliwo. Najważniejsze są jednak osłony magnetyczne przed minimeteorytami, które przy naszej prędkości mogą przebić kadłub statku i zniszczyć go. Interesują mnie nowe źródła zasilania, zwiększony zasięg skanowania przestrzeni oraz wszystkich obiektów, które napotkamy. Z każdej planety po drodze będziemy zbierać minerały, które wykorzystamy do własnych celów. I módlmy się, byśmy nie spotkali naszych wrogów, nie będąc na to przygotowani. Jeżeli nie ma pytań, to bierzcie się do pracy. Załodze proszę wyjaśnić naszą sytuację i przekazać, że bardzo na nich liczę.

Po przemówieniu admirała wstał główny konstruktor i szef zespołu naukowego i powiedział:

– Będę potrzebował więcej energii, ludzi i sprzętu.

– Z tym proszę zgłosić się do odpowiednich służb i przygotować raport za dwadzieścia cztery godziny. Teraz proszę się rozejść, zostaje tylko obsługa mostka.

Statek poruszał się z czwartą prędkością kosmiczną, czyli czterysta osiemdziesiąt sześć tysięcy kilometrów na godzinę, i kilka godzin po tej rozmowie minął orbitę Jowisza. Przelecieli koło Plutona, który jest zimną i bardzo nieprzyjazną planetą, gdzie światło słoneczne ledwie dociera i nie rozgrzewa jej wcale. Zamyślony admirał obliczał, jakie mają szanse. Zdawał sobie sprawę, że jeżeli nie zwiększą prędkości, to do najbliższej gwiazdy będą lecieć przez dziesięć tysięcy lat. Muszą ją zwiększyć przynajmniej do prędkości światła, co statek powinien osiągnąć bardzo szybko. Potrzeba będzie jednak jeszcze większych prędkości, i to dużo większych. Wiedział także, że silników impulsowych może użyć dopiero po opuszczeniu układu słonecznego, by nie zostać wykrytym przez obcych. Zastanawiał się, ile potrzeba impulsów, by osiągnąć prędkość trzydziestu parseków. Jest ona sto razy większa od prędkości światła i admirał był pewny, że wtedy nikt go nie dogoni. Potrzebował jednak lepszych skanerów, które przy tych prędkościach będą mogły wykrywać minerały potrzebne do produkcji paliwa, żywności i innych środków niezbędnych do życia załodze. Jeszcze nie sprawdzili, jak duże prędkości mogą osiągnąć silniki impulsowe. Żaden z naukowców nie znał ich możliwości. Na statku życie toczyło się swoim rytmem. Wszyscy byli na swoich stanowiskach, spieszyli się, bo wiedzieli, że w ciągu dwudziestu czterech godzin muszą opracować szczegółowy raport dla admirała, gdyż od tego zależy ich dalszy los. Na drugi dzień o ósmej rano czasu pokładowego admirał, wchodząc na mostek, przywitał się ze wszystkimi i od razu poprosił o raport głównego mechanika. Ten miał najmniej pracy, ale i najwięcej zmiennych niewiadomych. Czytał:

– Paliwa starczy na tysiąc dwieście impulsów, ale nie wiem, jaką prędkość dzięki temu rozwiniemy. W każdym razie nie możemy zużyć naraz całego paliwa. Przygotowanie do pierwszego impulsu zajmie nam dwie godziny. Silniki są gotowe i zaczniemy, jak tylko opuścimy nasz układ słoneczny.

– Dobrze – powiedział admirał. – Dajcie mi znać, jak będziecie gotowi.

– Część energii z głównego akceleratora, która normalnie zostałaby wyrzucona w kosmos, można po niewielkich przeróbkach urządzeń skierować do wzmocnienia pola siłowego – ciągnął główny mechanik. − Pozwoli nam to wzmocnić pole o czterdzieści procent, ale dopiero po rozgrzaniu silników…

– Co z uzbrojeniem? − przerwał mu admirał.

– Mamy dwie eskadry myśliwców, lasery czołowe, torpedy protonowe i konwencjonalne. Na razie nie widzę środków do zwiększenia potencjału militarnego.

– Dziękuję. Proszę o raport o stanie zaopatrzenia.

Wstał szef zaopatrzenia – ociężały w ruchach, ale błyskotliwy oficer, który na Ziemi potrafił załatwić wszystko i naprawdę nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Jednak w tej chwili miał niewesoły wyraz twarzy. Wiedział, że ma to, co ma, i nic więcej nie wyczaruje.

– Powietrza i żywności starczy na dwadzieścia cztery do trzydziestu miesięcy – zaczął powoli. − Paliwa rakietowego na trzysta godzin lotu dla każdego z dwudziestu czterech myśliwców szturmowych, plus dla dwóch myśliwców rezerwowych. Trzy promy kosmiczne, dziesięć sond krótkiego i dziesięć dalekiego zasięgu. Pięćdziesiąt głowic nuklearnych o sile jednej megatony każda i pięćdziesiąt o sile dziesięciu kiloton. Broń laserowa ręczna dla każdego członka załogi oraz sto pistoletów ogłuszających.

– Dobrze – przerwał admirał. − Z resztą raportu zapoznam się później. Teraz proszę o raport porucznik Riazową.

Wstała kobieta o kruczoczarnych włosach i delikatnych rysach. Wyglądała jak nieśmiała dziewczynka, a nie oficer, i to bardzo surowy, który nie da sobie w kaszę dmuchać. Była córką prominenta z Moskwy, od dziecka wychowywana w posłuszeństwie, tego samego wymagała od podwładnych. Miejsce na statku zdobyła własną pracą i zaangażowaniem. Lubiła myśleć z wyprzedzeniem, zawsze optymistka, nie zamierzała siedzieć bezczynnie, zawsze była czymś zajęta i nigdy nie miała na nic czasu. Dla współpracowników była zawsze miła, ale potrafiła wyegzekwować posłuszeństwo od podwładnych. Zaraz po zaokrętowaniu ścięła się ze swoim zastępcą, podporucznikiem Zygą – jak go nazywali – Polakiem z pochodzenia i obywatelem Stanów Zjednoczonych. Chciał podporządkować sobie młodszą wiekiem przełożoną i wydał jej polecenie, czego nie powinien robić, będąc młodszy stopniem. Tania popatrzyła na niego swymi wielkimi, czarnymi oczyma, aż pomyślał, że zaraz się rozpłacze. A ona cicho powiedziała:

– Proszę się pakować. Nie poleci pan ze mną. A o piętnastej proszę zgłosić się z raportem u dowódcy statku.

Gdy o piętnastej Tania zameldowała się po raz pierwszy u dowódcy okrętu, Zyga już był u admirała, który opieprzył go jak dzieciaka. Gdy kobieta weszła, admirał przerwał na chwilę. Po raz pierwszy zobaczył dowódcę łącznościowców i zrozumiał Zygę, ale nie dał tego po sobie poznać. Wysłuchał raportu Tani, która zachwycała słowiańską urodą i chociaż mogła, nigdy nie wykorzystywała jej do osiągnięcia swoich celów. Stawiała na inne cechy, takie jak inteligencja i pracowitość.

– Proszę wyznaczyć sobie drugiego oficera. Pan porucznik wraca na Ziemię – zarządził admirał.

– Panie admirale – odezwał się Zyga niemal błagalnym głosem – proszę…

– Dość – przerwał mu admirał. – Nie ja pana odwołałem.

Zyga szybko zareagował:

– Mogę zwrócić się do porucznik Riazowej? − zapytał admirała.

Ten lekko skinął głową na znak zgody. Zyga zwrócił się do Tani, nieco zaskoczonej szybkim rozwojem sytuacji.

– Pani porucznik, bardzo przepraszam za swoje zachowanie i przyrzekam, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Proszę wstawić się za mną u admirała, wszystko zależy od pani. Następny statek odleci za trzy lata, z takim raportem mogę się na niego nie dostać.

Tania spojrzała na admirała, ale ten ostentacyjnie odwrócił głowę, dając do zrozumienia, że wszystko zależy od jej decyzji. Po chwili, która Zydze wydawała się wiecznością, swoim cichym głosem powiedziała:

– Ostatni raz puszczam płazem taką niesubordynację, a teraz proszę wrócić na swoje stanowisko i przygotować raport o stanie urządzeń, zaraz tam przyjdę.

Zyga szybko się odmeldował i wyszedł, ciesząc się, że psota uszła mu na sucho.

Tymczasem Tania meldowała:

– Nasze urządzenia pozwalają wykryć obiekt wielkości tego statku z odległości trzech lat świetlnych, a odczyty będą w miarę dokładne. Obiekty oddalone bardziej niż o trzy lata świetlne nie będą już tak wyraźne, a stopień dokładności zależy od ich wielkości. Można zwiększyć zasięg skanowania, podwyższając częstotliwość impulsów do maksimum, ale to łączy się z koniecznością pewnych modyfikacji nadajników, więc w czasie przestrajania nadajnik nie będzie czynny. Jeżeli bierze pan to pod uwagę, radzę zdecydować się już, bo po zakończeniu prac możemy być za daleko, by nawiązać kontakt z naszymi statkami.

– Nie będziemy łączyć się z innymi statkami – powiedział admirał. – Nie możemy pozwolić, by obcy nas usłyszeli i podążyli za nami. Jeżeli siły strategiczne Ziemi nie poradziły sobie z nimi, to my tym bardziej nie mamy szans. Naszym priorytetem jest przetrwanie, a nie walka. Może kiedyś przyjdzie czas na atak. Tymczasem dziękuję pani i proszę porucznika Nielsena o raport.

Nielsen szybko wstał i zaczął meldować:

– Mamy trzydziestu wyszkolonych pilotów, czterdziestu podoficerów służb bezpieczeństwa szkolących się na pilotów w obsłudze dział laserowych i wyrzutni torped, mamy też pełną obsługę promów i…

– Dziękuję, to wszystko – przerwał Nielsenowi admirał.

Dowódca zastanawiał się chwilę, po czym wskazał na Katię Korbielową. To nazwisko zawsze wywoływało emocje wśród męskiej części załogi. Kobieta wstawała powoli i z gracją, a widząc pożądliwe spojrzenia, przedłużała tę chwilę, jak tylko mogła. Wiedziała, że jest bardzo atrakcyjną kobietą, umiała wykorzystać ten fakt i to robiła. Odezwała się silnym, lecz łagodnym głosem, który brzmiał jak śpiew słowika, chociaż mówiła o zasobach minerałów, sprawności sond i wyposażeniu laboratoriów. Gdy skończyła, zapadła cisza, jakby słuchacze chcieli, by mówiła dalej. Ciszę przerwał głos admirała:

– Proszę teraz o raport głównego konstruktora.

Profesor Szmit wstał i zaczął czytać raport. Był to mężczyzna w sile wieku, tylko pięć lat starszy od admirała i jedyny, który dostał się na statek dzięki jego protekcji. Był jego przyjacielem jeszcze z czasów pracy na uczelni. Przez cztery lata mieszkali blisko siebie, a że mieli podobne zainteresowania, spotykali się dosyć często. Potem przestali razem pracować, ale utrzymywali ze sobą bliski kontakt. Admirał wiedział, że gdyby zostawił Szmita na Ziemi, nigdy by go już nie zobaczył, bo ta podróż od początku była przewidziana na kilka lub nawet kilkanaście lat. Dlatego też kazał wyposażyć biuro konstrukcyjne w najnowocześniejszy sprzęt i nowinki techniczne, które na Ziemi były znane tylko nielicznym naukowcom. Dochodził do tego najlepszy sprzęt komputerowy i programy analityczne − wszystko po to, by Szmit nie mógł odmówić, a admirał miał przyjaciela blisko siebie. Gdy Szmit skończył, dowódca był zadowolony. Nowe paliwo, o którym konstruktor mówił, może uratować życie załodze. Nowoczesne torpedy z antymaterii, które potrafią niszczyć obiekty dziesięć razy większe od statku, również. Cieszył się także z uruchomienia reaktora o dużej mocy. Był niezależny od pracy silników, dlatego nawet w chwili uszkodzenia całego napędu energia będzie dostarczana do wszystkich ważniejszych układów statku.

Następnie raport składał oficer administracji, który odpowiadał za stan wszystkich pomieszczeń oraz ich wyposażenie, bezpieczeństwo pożarowe, drogi ewakuacji i kapsuły ratunkowe. Potem kolejno swoje raporty składali naczelny lekarz, oficer kulturalno-oświatowy i inni. Po ich wysłuchaniu admirał kazał wszystkim wrócić do pracy, a sam z głównym mechanikiem zaczął omawiać sprawę uruchomienia silników impulsowych. Za godzinę opuszczą układ słoneczny i będą mogli przejść na napęd impulsowy. Wszystko jest gotowe, ale żeby się udało, musi być zapięte na ostatni guzik.

Admirał siedział na swoim fotelu i poczuł lekkie drgnięcie. To był pierwszy impuls, który zwiększył prędkość statku o trzy procent.

„Mało – pomyślał admirał – ale zobaczymy, jak pójdzie dalej”.

Po godzinie poczuł kolejny impuls, potem następny i jeszcze jeden. Dowódca nie czuł już impulsów, ale statek przyspieszał o trzy procent prędkości w porównaniu do poprzedniej. Wrzucił dane do komputera, który szybko obliczył, że prędkość światła osiągną przy dwustu pięćdziesięciu impulsach, a prędkość jednego parseka przy trzystu. Admirał chciał prędko osiągnąć sto parseków, by jak najszybciej znaleźć planetę, na której można by się osiedlić. Obawiał się tylko, czy zdoła zatrzymać w odpowiednim momencie tak rozpędzonego kolosa i czy statek będzie dostatecznie szybko reagował na stery boczne, by w razie potrzeby zmienić kierunek lotu. Główny mechanik i konstruktor mieli twardy orzech do zgryzienia – admirał kazał im opracować sposób na szybki rozruch silników impulsowych oraz prawie natychmiastowe ich zatrzymanie. Wyniki współpracy mechaników i konstruktorów były bardzo zadawalające. Teraz impuls występuje co dwie minuty, ale admirał po czterystu impulsach kazał wyłączyć silniki i zrobić ich generalny przegląd. Szybko obliczył, że takie prędkości wystarczą do penetracji naszej galaktyki, a w ciągu dwudziestu czterech godzin dolecą do pierwszej gwiazdy, którą mieli zbadać.

Najważniejsze było teraz zatrzymanie kolosa, który miał dwa i pół tysiąca metrów długości, czterysta metrów szerokości i dwieście pięćdziesiąt metrów wysokości, a swoją kubaturą obejmował dwieście pięćdziesiąt milionów metrów sześciennych przestrzeni. Na dwudziestu pokładach były setki pomieszczeń, od najmniejszych kajut dla załogi aż po największe hangary na myśliwce i promy.

Kabiny załogi rozmieszczone były na środkowym pokładzie Odkrywcy, tak by załoga mogła przez okna obserwować gwiazdy. Najgrubszą burtą był spód statku, gdzie znajdowały się urządzenia sztucznej grawitacji, zajmujące niemal dwa pokłady.

II. Pierwszy układ

Admirał, siedząc na swoim fotelu, rzekł cicho:

– Możesz zaczynać hamowanie, kiedy znajdziesz się na dwie godziny lotu do celu.

Parker lekko skinął głową i delikatnie wcisnął przycisk, uruchamiając w ten sposób cztery silniki rakietowe, dyszami skierowane do kierunku lotu, i lekko przesuwał dźwignie, tym samym zwiększając moc silników hamujących. Prędkościomierz drgnął i zaczął powoli przesuwać się w kierunku pozycji zero. Pierwszy musiał stale czuwać nad pracą silników hamujących, bo mogły okazać się zbyt skuteczne i statek wyhamowałby zbyt daleko od układu Bernarda. Prędkość statku zmniejszała się powoli, ale regularnie. Nielsen popatrzył na konsolę nawigacyjną i zwrócił się do Parkera:

– Poruczniku, proszę zmniejszyć prędkość statku, bo miniemy Bernarda zbyt szybko i nasze skanery nie zdążą wyszukać odpowiedniej planety.

Parker zmniejszył ciąg silników do sześćdziesięciu procent. Wiedział, że są sprawne i przy maksymalnym ciągu mogą zatrzymać statek bardzo szybko. Nielsenowi odpowiedział:

– Spokojna głowa, zatrzymam statek tam, gdzie pan będzie chciał.

Admirał odwrócił fotel w kierunku porucznik Riazowej i zapytał:

– Taniu, czy nasze skanery przed całkowitym wyhamowaniem statku dadzą odczyt, z ilu planet składa się ten układ?

Tania już dawno obliczyła, że najlepszą prędkością w tej sytuacji są dwa parseki, dzięki czemu możliwy będzie dokładny skaning planet znajdujących się najbliżej gwiazdy Bernarda. Pozostałe planety oddalone od Bernarda nie przedstawiały żadnej wartości ze względu na zbyt trudne warunki atmosferyczne na ich powierzchni. Po czterech godzinach hamowania statek zbliżał się do jednej z czternastu planet układu Bernarda, gwiazdy, która jest dwa razy większa od Słońca, ale podobna wiekiem i jasnością. Planetę nazwano Lena-1, ponieważ kosmonautka Lena ją odkryła i stwierdziła, że może być bardzo ciekawą i bogatą w minerały. Lena-1 miała dwa księżyce, jeden mały − o średnicy tysiąca kilometrów, a drugi większy − o średnicy dwóch i pół tysiąca kilometrów. Były bardzo podobne do Księżyca ziemskiego – okrągłe, pokaleczone tysiącami kraterów po meteorytach, i nie posiadały atmosfery. Z uwagi na niewielkie rozmiary względem planety, wokół której krążyły, i małą odległość od niej obracały się dwa i pół razy szybciej niż Księżyc ziemski. Planeta posiadała gęstą atmosferę, składającą się głównie z dwutlenku węgla. Wystrzelona sonda miała opaść w określonej okolicy, pobrać próbki gleby oraz roślin, jeżeliby takie były, dokonać skanowania geologicznego i po dwóch godzinach wrócić na statek. Stały kontakt radiowy z sondą miał dostarczyć wiadomości na temat składu atmosfery i warunków pogodowych, ale sygnał urwał się zaraz po jej wejściu w górne warstwy atmosfery. Pomimo wzmocnienia sygnału sonda nie odpowiadała, jakby jej w ogóle nie było.

Parker zaproponował, by wysłać następną sondę, ale admirał się nie zgodził. Tłumaczył, że nie mogą sobie pozwolić na stratę kolejnego urządzenia. Kazał czekać, aż upłynie czas konieczny do powrotu pierwszej sondy. Nakazał też wykonać skaning w poszukiwaniu drugiej planety. Tym zajęły się Tania Riazowa i Katia Korbielowa, które pracowały przy jednym pulpicie. Kobiety szybko odkryły drugą planetę – była ona nieco większa od Ziemi, ale też bardziej oddalona od swojej gwiazdy, dlatego Korbielowa podejrzewała, iż jest całkiem zamarznięta. Tania stwierdziła jednak, że to nic pewnego, ponieważ Bernard świeci trochę mocniej niż nasze Słońce. Orbita planety B-1 przechodzi bardzo blisko orbity planety L-1, ale nie przecinają się i nie oddziaływają na siebie.

– Za sześć godzin znajdziemy się bardzo blisko niej i będziemy mogli na nią przeskoczyć. – Minęła trzecia godzina od wystrzelenia sondy i admirał, niemal pewny jej utraty, chciał wydać rozkaz ruszenia naprzeciw B-1, ale właśnie w tej sekundzie Lena krzyknęła:

– Jest, jest sonda, mam sygnał.

– Przenieść sygnał z sondy na duży ekran i powiększyć obraz – nakazał admirał. Teraz już wszyscy ujrzeli sondę, która jak gdyby nigdy nic zmierzała w kierunku statku, podając swoją pozycję, stan techniczny i inne dane.

– Wyłapać ją promieniem magnetycznym i wyłączyć jej silnik, bo uderzy w nasze pole ochronne – powiedział Parker. Sonda nadal milczała na temat środowiska naturalnego planety, a powinna zasypywać komputer setkami informacji, zwłaszcza że wyglądała na nieuszkodzoną. Jednak technicy w ładowni od razu zauważyli, że urządzenie nadaje się tylko do remontu. Z siedmiu anten sprawna była tylko jedna, i to ta odbiorcza. Reszta została zniszczona zaraz po wejściu w górne warstwy atmosfery. Z danych zebranych przez sondę załoga dowiedziała się, że temperatura na powierzchni wynosi czterysta osiemdziesiąt stopni, a ciśnienie trzydzieści dwie atmosfery. Potężne huragany wiejące z prędkością dwustu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę czynią tę planetę nieprzyjazną człowiekowi. W glebie znaleziono duże ilości metali ciężkich, promieniotwórczych rud uranu i najważniejsze – nie stwierdzono życia biologicznego pod żadną postacią. Z uwagi na panujące tam nieprzyjazne warunki atmosferyczne nie brano tej planety pod uwagę pod względem eksploatacji minerałów.

Admirał po wysłuchaniu raportu natychmiast kazał lecieć na B-1. Włączono silniki plazmowe i statek ruszył w kierunku następnej planety, która już po zebraniu wstępnych danych sprawiała wrażenie interesującej. Statek szybko dotarł do planety, ponieważ i ona, lecąc po swojej orbicie, zbliżała się do niego. Sama planeta widoczna była już z daleka i przypominała Ziemię. Gruba powłoka chmur zakrywała niemal cały ląd, tylko gdzieniegdzie prześwitywały czerwonobrunatne pasma górskie. Wykryto dwie czapy polarne, co świadczyło o możliwości występowania wody. Admirał od razu pomyślał, że ta planeta może być poszukiwaną nową ziemią. Czyżby tak szybko znalazł dom dla swojej załogi? Aż nie mógł w to uwierzyć. To było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Sama planeta nie posiadała księżyców i była nieco większa od Ziemi.

Po wejściu na orbitę wysłano sondę, która od razu zaczęła przesyłać niesamowite dane. Z każdą wiadomością słychać było okrzyki zachwytu. Sonda podawała: azot – siedemdziesiąt procent, tlen – dwadzieścia trzy, dwutlenek węgla – trzy procent i niewielka ilość innych, obojętnych gazów. Obraz, który sonda nadawała z wysokości dwudziestu kilometrów, zachwycił wszystkich. Widać było spokojne oceany, a dalej ląd porysowany sieciami rzek i zielenią zarośli. Ląd zajmował dwadzieścia trzy procent całej powierzchni, na którą składały się tysiące większych i mniejszych wysp, przeważnie wulkanicznego pochodzenia. Największa wyspa zajmowała powierzchnię prawie trzech milionów kilometrów kwadratowych i znajdowała się na samym równiku. Obok niej było kilka podobnych, tylko nieco mniejszych wysp oraz setki małych wysepek charakteryzujących się zielenią i żółtymi plażami dokoła nich. Temperatura przy powierzchni na samym równiku wynosiła plus siedemnaście stopni, a na biegunach około minus sześćdziesięciu. Wykryto także bogate życie biologiczne w morzach i na lądzie. Nie stwierdzono natomiast żadnych śladów obecności innej cywilizacji. Po wysłuchaniu tego raportu admirał kazał natychmiast utworzyć ekipę wypadową, która promem wyruszy na rekonesans.

– Parker, zbierz ekipę i ruszaj, wylądujesz na największej wyspie, koło rzeki, ale daleko od zarośli.

– Admirale – wtrąciła się Korbielowa – na południu jest nieco mniejsza wyspa, na której znalazłam bogate złoża rud uranu, i to niemal na powierzchni.

Admirał spojrzał na ekran monitora i powiedział:

– Pani zorganizuje drugi zespół, zabierze konieczny sprzęt i tam poleci.

Parker wyruszył pierwszy i szybko odnalazł wyspę, na której miał wylądować. Osadził prom lekko i otworzył luk. On jako pierwszy postawił stopę na nowo odkrytej planecie. Po kilku krokach stwierdził, że grawitacja jest trochę większa niż na Ziemi, ale da się wytrzymać. Po nim z promu wyszedł Ramsej z pistoletem gotowym do strzału. Wiedział, że mogą być tu zwierzęta, ale nie miał pojęcia, czy są groźne, i wolał być przygotowany na wszystko. Z promu wyszedł także niski botanik Greg, który z wysiłkiem dźwigał podręczne laboratorium. Greg szybko zabrał się do pracy i już po chwili badał próbki ziemi, skał oraz roślin. Po nim ze statku wyszła reszta załogi i szybko rozeszli się po terenie.

Nagle Ramsej krzyknął:

– Coś leci w naszym kierunku! – I wskazał palcem.

Wszyscy skierowali wzrok w tamtą stronę i w dali ujrzeli lecącego ptaka. Można by rzec, że stworzenie szybowało. Skrzydła miało niemal w kształcie delty i nimi nie poruszało. Ptak okrążył przybyszów kilka razy i zawrócił w kierunku, skąd nadleciał.

Parker popatrzył na odlatującego ptaka i powiedział:

– Jeśli on może tu oddychać, to my także. – Zdjął hełm i poczuł na twarzy lekkie uderzenie świeżego powietrza, po czym pozostali zrobili to samo. – To chyba będzie nasz dom – stwierdził Parker i podzielił załogę promu na trzy dwuosobowe zespoły. Pierwszy wysłał w kierunku rzeki, drugi w stronę pobliskiego jeziora, a sam z Gregiem ruszył w kierunku pobliskich zarośli i drzew, które tworzyły razem zieloną ścianę około sto metrów od nich. Podszedł do pierwszego, wysokiego na trzydzieści metrów drzewa o pniu szerokości ponad metra. Przyjrzał się korze, która była gładka jak powierzchnia pnia młodej brzozy. Chwycił za gałąź i mocno szarpnął. Ta oderwała się od miejsca, gdzie rosła, ale mocna kora nadal łączyła ją z drzewem. Parker wyjął nóż, przeciął korę i podał gałąź Gregowi. Ten zwinął ją w kłębek i schował do torby. Nagle w cieniu drzew, gdzieś na wysokości stu dwudziestu centymetrów zobaczył błysk oczu. Nie od razu dostrzegł małą sylwetkę zwierzęcia, wyciągnął miotacz, ale było już za późno – stworzenie uciekło. Przez radio nadał meldunek do wszystkich patroli, by uważały na duże zwierzęta, które mogą być groźne.

Weszli głębiej w las, gdzie z daleka dostrzegli wysoki na około trzy metry stożek z ziemi, wyglądający na gniazdo termitów lub wielkie mrowisko. Gdy Parker zbliżył się, dostrzegł, że to nie mrowisko, ale kopiec chrząszczy, mających osiem odnóży, pancerz i żuchwy potężne jak u ziemskich jelonków. Mężczyzna ostrożnie schwytał kilka osobników do słoika, wrzucił tam trochę liści i trawy. Las stawał się coraz bardziej gęsty i coraz trudniej było się w nim poruszać, gdy na małej polanie Parker dostrzegł kilka drzew obsypanych żółtymi owocami. Podszedł do jednego z nich, wyciągnął rękę i chwycił owoc, który był wielkości pomarańczy, ale skórkę miał twardą jak arbuz. Po przecięciu z owocu trysnął sok, a w środku znajdowała się pestka wielkości śliwki o czarnej barwie. Greg wziął kilka tych owoców, gdyż wyglądały smakowicie, ale pamiętał o rozkazie, by niczego nie spożywać przed przeprowadzeniem analizy chemicznej.

Parker powiedział:

– Dość na dzisiaj – i taki też sygnał nadał przez radio. Ramsej, który razem z porucznik Mirą Kaftan ruszył w kierunku rzeki, doszedł do niej po dwudziestominutowym marszu przez otwarty, porośnięty trawą teren. Dopiero nad samą rzeką natrafili na karłowate drzewa i wysoką trzcinę porastającą jej brzegi.

Ramsej pobrał próbki wody i pobliskiej roślinności oraz ziemi. Mira tymczasem mocowała się z dwuipółmetrową trzciną, ale nie dała rady jej wyrwać. Chwyciła więc miotacz laserowy i strzeliła w jej podstawę. Krótki błysk lasera i roślina padła ścięta. Na wierzchołku miała krótką wiechę wypełnioną nasionami. Dziewczyna zebrała je i wsadziła do torby. Trzcinę chwyciła ręką za gruby koniec, a cieńszy z resztą wiechy zanurzyła w wodzie i lekko uderzyła nią o jej powierzchnię. Nagle z wody wyskoczyła półtorametrowa ryba i chwyciła za trzcinę. Przerażona dziewczyna puściła trzymaną w ręku roślinę i odskoczyła jak oparzona. Ramsej, słysząc krzyk Miry, przybiegł szybko i odciągnął ją od brzegu rzeki. Gdy wyjaśniła mu, co zaszło, tylko się zaśmiał, wyciągnął kawałek linki ze sztucznego włókna i powiedział:

– Zaraz złowimy tego potwora. – Zarzucił wędkę i choć za przynętę posłużył zwykły suchar, nie czekał długo. Minęły może ze trzy minuty, gdy poczuł, że coś szarpie tak zrobioną wędkę. Mężczyzna pociągnął mocno i pomyślał, że ryba musi być duża. Pomęczył ją trochę, ciągnąc wędkę w kierunku brzegu i popuszczając linki. Gdy ryba była blisko brzegu, podał linkę dziewczynie, do tej pory tylko obserwującej zmagania Ramseja, wyciągnął pistolet i jednym strzałem ogłuszył rybę. Całe zwierzę miało około półtora metra, ale jego głowa stanowiła niemal jedną trzecią długości. Zęby przypominały uzębienie piranii, ale były kilka razy większe. Ramsej nie dziwił się teraz dziewczynie, że krzyknęła. Takiego potwora można się przestraszyć. Chciał złowić kilka sztuk, ale zrezygnował, nie mając pewności, że są zdatne do jedzenia. Pokroił ją na kilka kawałków i schował do pojemników na próbki. Resztę ryby wrzucił do wody. Wtedy aż zakotłowało się pod lustrem wody. Szczątki ryby były widocznie łakomym kąskiem dla innych zwierząt, których musiało być tu zatrzęsienie. Zebrali jeszcze kilka okazów małych płazów i robaków, gdy usłyszeli przez radio rozkaz powrotu na prom. Pozbierali sprzęt oraz znalezione okazy i ruszyli z powrotem.

Grupy Parkera i Ramseja spotkały się niemal jednocześnie przy promie i od razu zaczęły wymieniać się spostrzeżeniami z wyprawy. Czekali jeszcze na powrót trzeciego zespołu, gdy usłyszeli przerażający krzyk Zygi, który miał zbadać pobliskie jeziorko i okoliczne zarośla. Zobaczyli ich z daleka, wrzeszczących na cały głos: „Chowajcie się, strzelajcie!”. Dopiero później zauważyli, że za członkami trzeciej ekipy biegnie jakieś duże zwierzę. Było wielkości niedźwiedzia, w pysku miało kły lwa i ryczało jak wściekłe. Do promu mieli około stu pięćdziesięciu metrów, a goniące ich zwierzę znajdowało się jakieś pięćdziesiąt metrów za nimi. Nie zmniejszało dystansu, z pewnością chcąc zmęczyć potencjalne ofiary. Parker chwycił miotacz laserowy, a innym kazał pakować się do promu. Gdy odległość nieco się zmniejszyła, machnął ręką, by uciekający zeszli z linii strzału, co zrobili natychmiast, i mężczyzna miał czysty strzał. Wymierzył i strzelił. Spudłował o metr. Zwierzę, widząc nagły błysk i wyrzut ziemi do góry, instynktownie odskoczyło w bok. Biegło dalej, ale już ostrożniej. Gdy Parker wystrzelił jeszcze raz, wyrwał kupę ziemi tuż przed zwierzęciem, które stanęło jak wryte. Niespodziewanie odwróciło się i uciekło z piskiem jak zbity pies. Zyga nadbiegł pierwszy, krzycząc:

– Pieprzony laser, zaciął się w takim momencie, a niech go…

Jego kolega nadbiegł chwilę później i ciężko dysząc, mówił:

– Nasze próbki zostały blisko jeziorka. Musimy po nie wrócić.

– Nie zgadzam się – powiedział Parker. – Mamy rozkaz wracać na statek, po sprzęt przylecimy jutro, a na drugi raz niech każdy bierze swój miotacz, wtedy nie będzie niespodzianek.

Drugi prom wylądował na dość dużej górzystej wyspie – jednej z kilkudziesięciu wysp pochodzenia wulkanicznego, tworzących rozległy archipelag. Nad samą wyspą górował stożek wulkaniczny o wysokości czterech tysięcy metrów. Lekko dymiąc, dawał znaki, że nie wygasł do końca. Prom osiadł na całkowicie pozbawionym roślinności płaskowyżu, przypominającym spękaną pustynię. W pobliżu wykryto duże promieniowanie rudy uranowej. Licznik Geigera niemal szalał. Załoga miała jeden cel – zapełnić ładownie promu jak największą ilością rudy uranowej, i to w jak najkrótszym czasie. Ekipa techniczna była dobrze zorganizowana. Maszyna wiercąca szybko wyjechała z hangaru i zaczęła odwierty w lekko nachylonym podłożu. Kilkadziesiąt otworów wypełniono materiałami wybuchowymi i odstrzelono. Urobku uzyskano tyle, że nie mieścił się w promie. Statek musiał kursować kilka razy, transportując rudę. W ostatnim kursie zabrano sprzęt i resztę rudy. Korbielowa była zadowolona z ilości zebranego materiału. Biorąc pod uwagę dużą zawartość uranu w rudzie, szybko obliczyła, że z czternastu ton rudy uzyska około tysiąca ośmiuset kilogramów czystego uranu. Na Ziemi nigdy nie znaleziono tak bogatej rudy uranowej. Składając admirałowi raport z udanej misji, myślała, że można by tu jeszcze wrócić, a i sama planeta najwyraźniej nadaje się do życia i nie wiadomo, jakie jeszcze skarby kryją się pod jej powierzchnią.

Po powrocie grupy kapitana Parkera opowieściom nie było końca. Wszyscy na statku chcieli wysłuchać wrażeń uczestników wyprawy. Na drugi dzień większość załogi chciała wyprawić się na planetę i na własne oczy zobaczyć te wszystkie cuda, o których słyszeli. Admirał oczywiście nie mógł na to pozwolić. Uważał, że to jest zbyt piękne, by było prawdziwe, i postanowił osobiście wszystko sprawdzić. Start wyznaczono na następny dzień. Miały lecieć trzy promy, w tym jeden po rudę uranową, oraz dziesięć myśliwców. Każdy ze statków miał sprawdzić inną wyspę, by w jak najkrótszym czasie zdobyć jak najwięcej materiałów.

Na dwie godziny przed startem sonda podała wiadomość o bardzo silnym trzęsieniu ziemi na głównej wyspie. Powstały ogromne fale, które niemal przelewały się przez mniejsze wyspy, czyniąc wielkie szkody w roślinności, a i zwierzęta na pewno ucierpiały z tego powodu. Nagle widoczna na ekranie wyspa zaczęła pękać wśród erupcji wulkanów, które ciągnęły się w poprzek niej. Na innych wyspach też zanotowano silne trzęsienia ziemi i erupcje wulkaniczne. Wyspy pękały i niknęły w oceanach. W innych miejscach nowe wysepki wyrastały wśród ognistych eksplozji nowych wulkanów. Niemal cała planeta zasnuła się pyłem wulkanicznym. Okazało się, że jest na niej dwieście czynnych wulkanów, z których teraz tryskała lawa, paląc wszystko na swojej drodze. Ludzie na mostku obserwowali wydarzenia dziejące się na planecie, co do której jeszcze niedawno robili sobie wielkie nadzieje. Wiedzieli już, że ta planeta nie jest spokojna tektonicznie i może dopiero za tysiąc lat będzie się nadawała do zamieszkania. Należy więc jak najszybciej wyruszyć w dalszą drogę.

Mimo tego niepowodzenia admirał wreszcie zdał sobie sprawę, że możliwe jest życie poza Ziemią, ma szanse znaleźć odpowiednią dla ludzi planetę i prędzej czy później mu się to uda. Obawiał się jednak, że może to potrwać kilka, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat. Teraz musi pomyśleć, jak rozwiązać problem. Sama załoga jest młoda, średnia wieku to trzydzieści dwa lata, ale co będzie za dziesięć czy dwadzieścia lat, jeśli nie będzie przyrostu naturalnego, a ten jest na statkach kosmicznych od lat zakazany. Na promie znajdowało się kilka małżeństw, póki co bezdzietnych. Część załogi pozostawiła swoje rodziny na Ziemi. Wiedzieli, że ich bliscy najprawdopodobniej poginęli po ataku obcych, a nawet gdyby przetrwali, to powrót statku na Ziemię przez najbliższe kilkadziesiąt lat jest mało prawdopodobny. Trzeba zatem załatwić tę sprawę oficjalnie. Cofnie się zakaz o przyroście naturalnym na statkach, wyda pozwolenia na zawieranie małżeństw i dokumenty rozwodowe dla tych, co pozostawili rodziny na Ziemi, a chcieliby mieć czyste sumienie, gdyby ktoś z ich bliskich przeżył po ataku obcych. Admirał zdawał sobie sprawę, że resztę należy pozostawić naturze. Drugą sprawą jest prędkość statku, którą trzeba jak najszybciej zwiększyć, i to kilkakrotnie. Wiedział, że statek może osiągnąć prędkość stu parseków, ale on potrzebował dwustu, trzystu, a nawet pięciuset i więcej, dużo więcej.

III. Tryt

Statek gnał przez czerń kosmosu z niewiarygodną dla Ziemian prędkością osiemdziesięciu parseków, a admirał, ciągle niezadowolony, poganiał mechaników, by zwiększali prędkość jeszcze bardziej. Sektor napędowy nigdy się nie nudził, zawsze miał coś do roboty – admirał niemal codziennie do niej zaglądał i stale poganiał a to mechaników, a to konstruktorów, którzy pracowali nad nowymi osłonami termicznymi akceleratora. Dowódca tak dał się mechanikom we znaki, że załoga zaczęła z nich żartować i przy każdej okazji dokuczać: „Jedz szybciej, bo admirał idzie” lub „Co tak powoli lecimy? Może by wyjść na zewnątrz i popchać”. Pomimo tych żartów obsługa maszynowni nie czuła się zdeprymowana. Wiedzieli, że robią więcej, niż się od nich wymaga, a i na efekty ich pracy nie trzeba było długo czekać. Już po tygodniu osiągnęli pięćset parseków. Nawet sam admirał był zaskoczony postępami i podczas kontroli nie poganiał już, tylko mruknął pod nosem:

– No, postarali się.

To krótkie zdanie znaczyło więcej niż pochwała przełożonych wpisana do akt. Ogólnie admirał był zadowolony i z tego powodu miał dobry humor od samego rana. Nie trwało to jednak długo. Już na naradzie oficerów, gdy dowódca skończył chwalić mechaników za ich pracę i zaangażowanie, wstał szef maszynowni i powiedział:

– Panie admirale, dziękuję za uznanie, ale muszę pana zmartwić. To, co zrobiliśmy, jest wszystkim, co mogliśmy osiągnąć. Teraz bez nowych technologii nie będę mógł zwiększyć prędkości, co gorsza – przez najbliższy miesiąc nie można włączać akceleratora, musi on przejść remont niemal generalny. Niektóre podzespoły zużyły się nawet w siedemdziesięciu pięciu procentach. Nie radzę się zatrzymywać, bo będziemy stali w miejscu do zakończenia remontu. Teraz, po wyłączeniu akceleratora, utrzymamy osiągniętą prędkość, tylko proszę nie hamować, a nawet nie korygować kierunku lotu, bo to spowolni statek.

– Róbcie swoje – odrzekł admirał. – Resztę zostawcie mnie.

Podczas narady oficerowie dowiedzieli się o nowym zagrożeniu dla załogi, która – poza mechanikami i konstruktorami – nudziła się niemiłosiernie, zwłaszcza że służby medyczne informowały o zauważeniu u załogi pierwszych objawów syndromu kosmicznego, który coraz bardziej zaczął wpływać na samopoczucie załogi. Szczególnie widoczne było to u młodszych załogantów, którzy nie mieli doświadczenia w długich lotach kosmicznych. Admirał stanął przed nie lada kłopotem, ale i w tym przypadku dopisało mu szczęście. Podczas jednej z narad szef zaopatrzenia narzekał, że do przeróbek silników zużyto ogromne ilości metali, takich jak żelazo, kobalt, nikiel, srebro, i ich zapasy są na wyczerpaniu. Nikt nie miał pomysłu, skąd wziąć potrzebne metale, a propozycji, by używać tych z mniej ważnych sektorów statku, admirał nawet nie chciał słuchać. W końcu zdenerwowany dowódca krzyknął do szefa zaopatrzenia:

– Jak nie wiesz, skąd wziąć, to nałap sobie z kosmosu, ale metale mają się znaleźć.

Nikt tej wypowiedzi nie potraktował poważnie, prócz majora Martineza – dowódcy eskadry myśliwców, który pomyślał chwilę i rzekł:

– To da się zrobić, a i piloci będą mieli zajęcie. – Wszyscy spojrzeli na niego z niedowierzaniem, a on, czując ich brak wiary, powtórzył: – To naprawdę da się zrobić.

Admirał pomyślał chwilę i rzekł:

– Zorganizuj ekipę i nie wracaj z niczym. Masz do dyspozycji wszystko i wszystkich. – Dowódca, ucieszony z pomysłu Martineza, zwrócił się do zebranych: – Widzicie, chcieć to móc. Pomóżcie Martinezowi, w ten sposób sprawę dostaw metali możemy mieć załatwioną.

Kilka dni później polowanie na meteoryty było już ulubionym zajęciem pilotów. Bryły wybierano starannie, najpierw skanując je dokładnie w celu poznania ich składu, następnie chwytano wiązką holowniczą, a wyposażone w odpowiednie chwytaki myśliwce wyłapywały je i transportowały do ładowni. Przeważnie były to meteoryty o średnicy dwóch do trzech metrów, zbudowane z metali lub częściej ze stopów metali. W trakcie takich łapanek, jak nazywano te działania, dostarczono na statek wiele surowca: żelaza, manganu, tytanu, irydu, kobaltu oraz kilku wcześniej nieznanych metali. Tu dużo do powiedzenia miały laboratoria doświadczalne, które wprost wyżywały się na próbkach tych metali, topiąc je, tnąc laserami, zgniatając i ścierając, by w końcu stwierdzić, że to nie to, co chcieli osiągnąć. Przełom w badaniach nastąpił, gdy natrafiono na metal, który nie chciał się topić, a raczej jego stopienie było bardzo skomplikowane. Inne metale podgrzane do trzech tysięcy stopni stawały się płynami, a ten przy pięciu tysiącach nawet się nie zaczerwienił.

Sprawę wyjaśnił nowy piecyk doświadczalny, który rozgrzał się do siedmiu i pół tysiąca stopni i dopiero wtedy metal zaczął się powoli topić. Nazwano go trytem metalicznym. Oprócz wysokiej temperatury topnienia miał jeszcze jedną rzadką właściwość – w czystej postaci odbijał światło jak lustro. Przekonano się o tym, gdy chciano przedziurawić blachę grubości jednego milimetra laserem. Jego promień odbił się od powierzchni blachy jak od lustra, nie wyrządzając cienkiej blaszce żadnej szkody. Szef biura konstrukcyjnego wpadł na pomysł, by trytem pokryć jeden z myśliwców i strzelać do niego, jakby to był największy wróg. Za zezwoleniem admirała kazał rozebrać z blach pancernych jeden z myśliwców i w ich miejsce odlać blachę z trytu o grubości pięciu milimetrów. Kłopot stanowiły jedynie szyby myśliwca, wykonane ze specjalnego sztucznego tworzywa. Ich nie można było zastąpić trytem, bo ten nie przepuszczał światła. Szmit nie chciał testować myśliwca, zanim sam uzna, że statkowi nic nie grozi, zwłaszcza że trytu nie zostało wiele i nie wiedział, czy go w ogóle jeszcze zdobędzie. Całe laboratorium pracowało, by wymyślić metodę ochrony szyb myśliwca przed niszczącym działaniem promieni lasera. Po kilku nieudanych próbach Szmit jak zwykle zwołał naradę i po odrzuceniu paru innych pomysłów, które nie dawały nadziei na rozwiązanie problemu, jeden z młodych laborantów rzucił od niechcenia:

– Jeżeli nie mamy tworzywa sztucznego, które wytrzymywałoby strzał laserowy, to zastosujmy metodę lustra weneckiego i niech laser odbija się jak od pancerza. – Szmit siedział zrezygnowany, ale gdy słowa młodego uczonego dotarły do jego uszu, wstał i nagle krzyknął z radości:

– Jesteś geniuszem. – I wybiegł z sali.

Gdy zamknęły się za nim drzwi, wszyscy spojrzeli na młodego naukowca, jedni z podziwem, inni z zazdrością, ale dla naukowca ta chwila trwała godziny. To czerwienił się, to bladł pod spojrzeniami kolegów i przełożonych pominiętych przy pochwale, podczas gdy doceniono nikomu nieznanego laboranta. Ciszę przerwało nagłe wtargnięcie Szmita.

– A panowie na co czekają? Do roboty!

Wszyscy zerwali się i niemalże stratowali w drzwiach Szmita. Ten tylko zaklął:

– Cholera. – I też pobiegł za nimi do laboratorium. Na efekty ich pracy nie trzeba było długo czekać, gdyż technologia szkła weneckiego to nic trudnego. Do azotku srebra dodano także pewne ilości trytu, który miał wzmocnić szyby myśliwca. Szkło wykonane z takiego materiału dawało idealną przejrzystość od środka, a lustrzaną płaszczyznę od zewnątrz. Po trzech dniach myśliwiec gotowy był do testów. Jedyne elementy, których nie można było pokryć trytem, to antena i radar, ponieważ tryt odbijał każde promieniowanie. Dlatego też na wypadek zniszczenia podstawowego sprzętu zamontowano dodatkowe anteny wysuwane teleskopowo.

Szmit chciał jak najszybciej przystąpić do testów, jednak admirał kazał się wstrzymać do czasu, aż znajdą planetę, na której będą mogli się zaopatrzyć w surowce, a poza tym remont akceleratora jeszcze się nie skończył. Dowódca nie chciał być uziemiony, gdyby podczas orbitowania zostali zaatakowani przez obcych, bo bez sprawnego napędu czekałaby ich niechybna zagłada. Wolnym od pracy naukowcom kazał zająć się sprawdzeniem wszystkich możliwości trytu. Sprawa wyłapywania metalu nie była prosta, ponieważ w meteorytach występował w postaci drobin wielkości piasku. Znalezienie metody pozyskiwania trytu powierzono znowu Szmitowi, który wiedział, że nie jest to proste zadanie. Naukowiec postanowił trochę zdyskredytować przed kolegami młodego uczonego, którego niebacznie nazwał publicznie geniuszem, co przysporzyło mu tylko wrogów. Szmit wiedział, że młody naukowiec nie poradzi sobie sam z tym zadaniem, więc małe niepowodzenie nie zaszkodzi jego karierze, a pomoże w kontaktach z kolegami. Wezwał Marka Willisa – bo tak nazywał się młody uczony – i zlecił mu to zadanie.

Willis wysłuchał Szmita, chętnie przyjął wyzwanie, podziękował za pokładane w nim zaufanie i wyszedł. Gdy zamknęły się za nim drzwi, Szmit pomyślał: „Szkoda mi cię, chłopcze, ale robię to dla twojego dobra”.

Zanim skończył myśl, usłyszał pukanie do drzwi.

– Proszę – powiedział. W drzwiach stanął Willis.

„Czyżby już doszedł do wniosku, że nie da sobie rady?” – pomyślał Szmit. – „Szybko jak na tak młodego naukowca, ale muszę grać swoją rolę”. I zapytał:

– Co się stało, Willis? Chcesz może pomocy?

– Nie – odparł chłopak. – Wiem, jak wykrywać tryt w meteorytach.

– Co? Co ty mówisz? – zdziwił się Szmit. – Już? Jak to możliwe? Opracowałeś już metodę?

– Sposób jest bardzo prosty. Niepotrzebnie szukaliśmy trytu w znalezionych meteorytach. Trzeba łapać tylko te meteoryty, które mogą zawierać tryt.

– A skąd będziesz wiedział, w których meteorytach jest tryt, a w których nie ma przed ich wyłapaniem?

– To też jest proste. Tryt jest kilka razy cięższy od złota, więc należy wyłapywać tylko te meteoryty, które mają dużą masę, a małe gabaryty. W nich musi być tryt.

Szmit pomyślał chwilę i powiedział do siebie:

– To naprawdę jest proste i zarazem genialne. – A Willisowi rzekł: – Dobry jesteś. Zatem idź do lotników i powiedz im, jak mają szukać, bo teraz tracą cenne paliwo i przywożą kamienie.

Gdy Willis wyszedł, Szmit pomyślał: „Muszę się dokładnie przyjrzeć temu chłopcu, bo to urodzony geniusz”.

Po tygodniu stosowania metody Willisa, jak ją nazwano, wyłapano bardzo duże ilości trytu, tak że można było swobodnie przezbroić dziesięć myśliwców.

Tryt jako bardzo wytrzymały materiał poddawano różnym testom. Blachę trytową próbowano ciąć laserem, strzelać do niego, rozrywać materiałami wybuchowymi, ale metal wszystko wytrzymywał. Blachę grubości pięciu milimetrów przebito dopiero, gdy zastosowano pocisk trytowy kalibru dwanaście milimetrów. Wykonano go do działka kalibru pięćdziesiąt milimetrów i wypełniono materiałem wybuchowym. Pocisk wystrzelono w meteoryt o średnicy piętnastu metrów, ale nawet go nie zniszczył, tylko przebił na wylot i poleciał w kosmos, nie rozrywając się.

– Trzeba zmniejszyć grubość ścianek pocisku do półtorej milimetra i trzykrotnie zwiększyć ilość materiału wybuchowego – powiedział Szmit. – Inaczej materiał nie rozerwie trytu.

Pocisk wykonano zgodnie z zamówieniem, a Willis kazał dodatkowo wyposażyć go w zapalnik czasowy z minutowym opóźnieniem. Wyszukano meteoryt o średnicy trzydziestu pięciu metrów i wystrzelono pocisk, który wbił się w meteoryt i poleciał razem z nim. Naukowcy, nie wiedząc o opóźnieniu zapalnika, zaczęli już pokpiwać z Willisa, że to niby geniusz, a nic nie wskórał. Meteoryt był już daleko, gdy Willis powiedział:

– Uwaga, teraz! – Wszyscy spojrzeli przez małe okienka w statku, na które wskazywał Willis. Potężny błysk rozświetlił kosmos. Fala uderzeniowa była tak mocna, że mimo znacznej odległości dosięgła statku, trzęsąc nim wyraźnie. Na pokładzie natychmiast zarządzono alarm. Zdawano sobie sprawę, że przeprowadza się doświadczenia z bronią, ale nikt nie spodziewał się takiej eksplozji. Zaraz wezwano wszystkich naukowców na dywanik do admirała. I gdy wszyscy już się zebrali, padło pytanie:

– Kto odpowiada za to zamieszanie?

Koledzy Willisa pomyśleli: „No, teraz się Markowi dostanie” i wskazali go jako prowadzącego eksperyment. Admirał popatrzył na chłopaka i zapytał:

– Proszę mi powiedzieć, co mnie obudziło?

Willis w skrócie opowiedział o prowadzonych badaniach, o przewidywanej eksplozji i wytłumaczył, że zamontował detonator czasowy, bo obawiał się właśnie takiego efektu.

– Aha – przerwał mu admirał. – To znaczy, że gdyby nie pańska przezorność, to ten meteoryt eksplodowałby koło statku, rozrywając go na strzępy? – zapytał.

– To nie do końca tak. Wprawdzie spodziewałem się silnej eksplozji, ale miała być sto razy słabsza. W tym meteorycie musiało coś jeszcze być, że tak eksplodował.

– Tym razem nic się nie stało, ale na drugi raz wybuchy róbcie sobie na sprawdzonych meteorytach, nie chcę już takich niespodzianek.

Pomimo wysiłku eksperyment nie poszedł po myśli Willisa, ponieważ naukowiec nie poznał wyników doświadczenia zafałszowanego materiałem eksplodującym, który najwyraźniej był składnikiem meteorytu. Szansa sprawdzenia nowej broni zdarzyła się szybko. Z uwagi na intensywne prace badawcze i duże zużycie energii zapasy paliwa do reaktorów szybko topniały. W tym celu szukano i znaleziono planetę posiadającą duże zasoby rudy uranowej. Sama planeta była czerwona, pozbawiona atmosfery i usiana kraterami – zupełnie niezdatna do życia. Ekipa geologów wyruszyła promem po rudę uranową, ale cała załoga ciekawa była testów nowego myśliwca i broni. Myśliwiec sterowany zdalnie wyleciał z doków bez przeszkód. Oddalił się dwa kilometry od statku i zatrzymał na wyznaczonej pozycji. Wtedy zaczęło się prawdziwe piekło – strzelano do niego z każdej możliwej broni, jaką dysponował Odkrywca. Promienie laserów odbijały się od kadłuba, a konwencjonalne torpedy nie mogły mu wyrządzić żadnej szkody. Przygotowano też drugi myśliwiec, wykonany z samego trytu – był większy, szybszy i lepiej uzbrojony od standartowych samolotów. Wewnątrz podzielono go na kilka sekcji, a każda z nich została szczelnie odizolowana od sąsiadującej. Dzięki temu przy bezpośrednim trafieniu myśliwca i przebiciu osłon z trytu powietrze nie uciekało w kosmos z całego statku, lecz tyko z jednej komory i myśliwiec nadal mógł walczyć. Za jego sterami usiadł Parker, który jako najlepszy pilot nie mógł przepuścić takiej okazji. Znowu zaczęto ostrzeliwać maszynę, używając wszystkiego, co posiadał w swoim arsenale Odkrywca. Na koniec strzelono z pocisku trytowego, starając się ominąć kabinę pilota.

Pocisk przebił jeden z boków myśliwca i wbił się w drugi, ale nie przeszedł na wylot. Po wylądowaniu Parker stwierdził, że w ogóle nie odczuł trafienia. Była to zasługa nowych amortyzatorów fotela w kabinie pilota oraz zwiększonej masy myśliwca. Parker miał jednak kilka zastrzeżeń do samej konstrukcji. Poprzez zwiększenie masy i zamontowanie większego silnika maszyna stała się mniej zwrotna. Dodatkowo Willis kazał zamontować drugą osłonę zbiorników paliwa oraz działko na pociski trytowe, które potrafią przebić na wylot wykonany z innego materiału pancerz. Prowadzone testy udowodniły szerokie zastosowanie trytu, co wiązało się z jego zapotrzebowaniem. Od tej chwili każdy szkolący się kadet czy pilot miał obowiązek brać udział w wychwytywaniu meteorytów w celu pozyskiwania trytu. To samo dotyczyło wszystkich przeszkolonych w lataniu członków załogi, którzy w wolnej chwili chcieli polatać i wyłapywać trytowe meteoryty. Admirał na jednej z narad rzucił pomysł, by pięciomilimetrową blachą z trytu pokryć cały statek albo przynajmniej akcelerator, aby w czasie ataku obcych można było bezpiecznie się oddalić. Do tego konieczne były ogromne ilości metalu. Praca ta dawała potrzebne zajęcie załodze, która zaczęła nawet współzawodniczyć w tym, kto złowi meteoryt zawierający największą ilość trytu.

Tym razem popisał się znowu Marek Willis, którego od czasu wymyślenia nowych szyb do myśliwców nazywano Szczęściarzem. To on zgłosił się do pracy przy łowieniu meteorytów w wolnym czasie. Namierzył niewielki meteoryt o średnicy trzech i pół metra i przetransportował go do ładowni. Nic nie wskazywało, że to będzie rekord. Po oczyszczeniu bryły z zanieczyszczeń okazało się, że pod cienką warstwą kamienia błyszczy niemal czysty metal. Meteoryt zawierał osiemdziesiąt dwa procent czystego metalu – w sumie pięćset dwanaście ton. Powiadomiony o rekordzie admirał osobiście pogratulował Szczęściarzowi. Nigdy później nie znaleziono tak czystego meteorytu. Z tej okazji specjalnie wykonano odznakę Łowcy Trytu i Szczęściarz nosił ją z dumą. Przydzielono jeszcze jedną taką odznakę – dostał ją pilot, który spędził najwięcej czasu przy łapaniu meteorytów, zatem zwyciężył, rywalizując w ilości zdobytego metalu.

W laboratoriach prace nad wykorzystywaniem trytu trwały dalej nieprzerwanie. Uczeni chcieli określić dokładnie liczbę atomową pierwiastka i ustalono, że wokół jądra atomu trytu krąży tysiąc trzysta elektronów. Wyselekcjonowano atom trytu i zaczęto jeden po drugim wytracać kolejne elektrony z atomu. Gdy oderwano już siedemset pięćdziesiąt z nich, stało się coś niepokojącego – atom zaczął drgać. Po oderwaniu kolejnych jego struktura zaczęła się zapadać. Elektrony samoczynnie wypadały ze swych orbit i zapadały się w jądro atomu. Najpierw powoli, potem coraz szybciej i szybciej. Samo jądro skurczyło się jak supernowa tuż przed wybuchem. Nagle Szczęściarz zerwał się ze swojego fotela i krzyknął:

– W nogi! – Po czym rzucił się do ucieczki, a jego koledzy instynktownie zareagowali tak samo. Nagle silna eksplozja targnęła statkiem, na którym ogłoszono alarm. Gdy ratownicy dotarli do laboratorium, pomieszczenie było całkowicie zrujnowane. Nic nie pozostało w całości, jakby przeszedł tajfun i odrzucił wszystko pod ściany, łamiąc to i niszcząc. Na szczęście nie było ognia i to uratowało życie obsłudze. Sam Szczęściarz, mimo iż był najbliżej eksplozji, rzucony o ścianę jedynie złamał rękę i nabił sobie ogromnego guza na czole, co było do zniesienia, ale niestety w wypadku całkowicie stracił słuch. Po tygodniu Willis odzyskał siły, jednak słyszeć zaczął dopiero po trzech tygodniach od wypadku. W szpitalu miał czas na przeanalizowanie wszystkich czynności, które wykonywał, i zastanowienie się, w którym momencie popełnił błąd. Po trzech tygodniach poprosił admirała o możliwość powrotu do pracy. Usłyszał:

– Wykluczone, najpierw się wylecz, później raport, a dopiero potem zapadnie decyzja o dalszej pracy nad trytem.

Po przeczytaniu raportu Willisa Szmit nie krył zadowolenia. Tryt już był bardzo użytecznym materiałem, ale to, że stanowi ogromne źródło energii, było niemal cudem. Gdyby jeszcze zapanować nad taką energią, można by bez trudu nawet Słońce zdmuchnąć.

Gdy po miesiącu Szczęściarz wrócił ze szpitala do swojej kajuty, postanowił zaraz obejrzeć miejsce wypadku. Laboratorium zostało już wyremontowane, a nawet unowocześnione – po eksplozji nie było śladu. Jego stanowisko zostało oddzielone od reszty laboratorium grubą, centymetrową płytą trytową, zamontowano też kamery obserwujące stanowiska każdego pracownika laboratorium. Po powrocie Willisa prace nad procesem rozszczepiania trytu poszły bardzo szybko. Szczęściarz odkrył, że już po usunięciu siedemset czterdziestego piątego elektronu tryt samoczynnie zaczyna reakcję łańcuchową, choć dzieje się to bardzo wolno. Zabranie każdego kolejnego elektronu znacznie przyspiesza tę reakcję. Ustalono, że po usunięciu siedmiuset pięćdziesięciu elektronów reakcja następuje po minucie, gdy zabrano siedemset czterdziesty dziewiąty, eksplozja nastąpiła po trzech minutach, a przy siedemset czterdziestym ósmym tryt eksplodował po dziewięciu minutach, odejmowano po jednym, aż do siedmiuset czterdziestu czterech, kiedy tryt był już stabilny. Nie obeszło się bez testów. W tym celu wykonano pocisk z trytu o wadze siedmiu gramów i wielkości łebka od szpilki. Najwięcej miejsca zajął zapalnik, który ważył trzydzieści kilogramów. To wszystko załadowano do pocisku o kształcie torpedy i wystrzelono w nadlatujący meteoryt o średnicy osiemdziesięciu metrów. Wcześniej sprawdzono, czy meteoryt nie zawiera trytu, ponieważ to by zafałszowało wynik eksperymentu. Zapalnik ustawiono na dwadzieścia siedem minut, z których dwie zmarnowano na procedurę nakierowania i wystrzelenia pocisku, przez pozostałe dwadzieścia pięć minut leciał już wbity w meteoryt pędzący w przeciwnym kierunku niż statek. Po upływie tego czasu nastąpiła eksplozja – wyglądała, jakby pojawiło się nowe Słońce, które po chwili zgasło. Jednak fala uderzeniowa dotarła do Odkrywcy, mimo że ten był już daleko. Szczęściarz nie był zadowolony z eksperymentu, bo eksplozja była większa, niż się spodziewał. Przejrzał jeszcze raz wyniki badań meteorytu i okazało się, że przy zawartości trytu w bryle wpisane były śladowe ilości zamiast zera, którego się tu spodziewał.

– Kto zrobił ekspertyzę meteorytu? – zapytał, prawie krzycząc, wszystkich obecnych w laboratorium. I dodał: – To niedopuszczalne!

– Ja robiłam tę ekspertyzę – odezwała się Tania Riazowa. – Czy coś się stało? – zapytała.

– Tak, pani porucznik, co to znaczy „śladowe ilości”? Gdy pytałem, czy jest tam tryt, usłyszałem, że nie ma go wcale, teraz czytam, że był w śladowych ilościach.

– Śladowe ilości to mniej niż jedna stutysięczna procenta – odpowiedziała Tania.

– A wie pani, ile to jest trytu przy tak dużym meteorycie? Nie wie pani, to pani powiem. Sto trzydzieści kilogramów. I na dodatek nie wiem, ile z tego weszło w samą reakcję. Czyli po przeprowadzeniu eksperymentu dzięki pani wiemy o sile wybuchu trytu tyle, co przed eksperymentem, czyli nic.

– Willis, nie unoś się – odezwał się Szmit, gdy zauważył, że zawsze roześmiane i wesołe oczy zaczęły się szklić od płaczu. Poza tym wszyscy lubili Tanię i Szmit nie chciał, by ktoś zauważył łzy w oczach pani porucznik. – To nie jest tylko jej wina, także nasza. Mogliśmy to przewidzieć. Poza tym nawet gdyby był jeden kilogram trytu, wynik też byłby fałszywy, a nie ma możliwości wykryć tak niewielkiej ilości.

Willis pomyślał chwilę i rzekł:

– Ma pan rację, szefie, to nie jej wina, przynajmniej nie cała. Teraz będziemy musieli powtórzyć eksperyment, ale tym razem bez meteorytu. Detonujemy samą torpedę.

– No widzisz – powiedział Szmit. – Po co się zaraz złościć? Trzeba analizować błędy, poprawiać je i przede wszystkim do pracy, do pracy.

Tania popatrzyła na Szmita z wdzięcznością i oczyma podziękowała za ocalenie, bo niewiele brakowało, a wybuchnęłaby płaczem jak mała dziewczynka. Następnego dnia przygotowano nową torpedę i wystrzelono w kosmos. Zapalnik ustawiono na dziewięć minut i mimo małej ilości trytu eksplozja była duża, co dało pojęcie, jak potężną bronią może stać się ten metal. Siła wybuchu była porównywalna z eksplozją dwudziestu tysięcy ton trotylu, ale oprócz potężnej fali uderzeniowej i oślepiającego błysku eksplozja nie wywołała żadnego promieniowania i fali cieplnej.

Admirał był zadowolony z nowej broni, z nią mógłby przeciwstawić się każdemu statkowi w kosmosie. Jednak dowódca chciał znaleźć sposób na każde niebezpieczeństwo, myślał: „Zniszczyć jeden prom kosmiczny to jedno, ale jeśli uderzy na niego kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt, to czy same torpedy trytowe wystarczą? Wróg może dysponować podobną bronią. Odkrywcy potrzebne są i inne atuty, jak nowe pole siłowe i mocne lasery”.

IV. Pierwsze ślady obcych

Minęło już dziewięć miesięcy od chwili ruszenia w tę podróż. Czas biegł, a Odkrywca omijał kolejne planety i układy słoneczne, szukając domu dla swojej załogi. Nie natrafiono na żadną planetę, która by choćby w niewielkim stopniu spełniała wszystkie podstawowe wymogi przyszłych kolonistów. Nie znaleziono też żadnych śladów obcej cywilizacji, chociaż akurat z tego powodu admirał był zadowolony. Statek zatrzymywał się przy różnych planetach, zaopatrując się w wodę i tlen oraz rośliny i niemetale, natomiast metale uzyskiwano jako uboczny efekt zdobywania trytu.

Admirał siedział w fotelu na mostku i patrzył na migające gwiazdy, ale myślami był daleko. Z zadumy wyrwał go cichy alarm. Jakby nagle przebudzony ze snu zapytał nawigatora:

– No co tam?

– Wykryłem jakiś obiekt na naszym kursie.

– To go omiń. Nie wiesz, co robić?

– Ale ten obiekt na pewno nie jest naturalnego pochodzenia.

– A co to w ogóle jest? – zapytał admirał.

– To jakiś mały statek kosmiczny, a raczej jego wrak.

– No to łap go, na co czekasz? – krzyknął admirał i dodał: – Wezwać naukowców, niech oni się tym zajmą.

Gdy schwytano statek wiązką trakcyjną, od razu zauważono, że jest podziurawiony jak sito. W połowie długości niemal przełamany. Miał około pięćdziesięciu metrów długości, dlatego nie zmieścił się cały do ładowni. Admirał kazał przeciąć go w miejscu rozerwania i wiązką przetransportować do dwóch ładowni. Już po pierwszych oględzinach stwierdzono, że dziura o średnicy dwóch metrów z pewnością powstała na skutek zderzenia z meteorytem, który niemal całkowicie zniszczył mostek statku. W pierwszym raporcie było więcej przypuszczeń niż faktów. Prom zbudowany został ze stopów żelaza, niklu, tytanu, kobaltu i jeszcze kilku metali w mniejszych ilościach. Na mostku zachowała się część fotela pilota z tworzywa sztucznego o nieznanym składzie, a po jego rozmiarach stwierdzono, że pilot miał około dwóch i pół metra wzrostu i był dość smukłej budowy. To było wszystko, co wynikało z analizy mostka, który w osiemdziesięciu pięciu procentach uległ zniszczeniu.

Z instalacji w miejscu przełamania statku wynikało, że było tam coś na kształt reaktora, który najpewniej został wyrwany z pojazdu i odrzucony w kosmos. Z pewnością nie eksplodował, bo wtedy nic nie zostałoby ze statku, jednak najprawdopodobniej ten wybuch był przyczyną zniszczenia statku. Najważniejsze było jednak, że określając wiek statku na podstawie rozpadu uranu w jego instalacjach, ustalono, iż pojazd dryfuje od kilku tysięcy lat. Fakt ten dawał do myślenia członkom załogi Odkrywcy, którzy uznali, że jeżeli kilka tysięcy lat temu jakaś cywilizacja miała taką technologię, to dzisiaj z pewnością jest jeszcze bardziej rozwinięta i być może to ta cywilizacja zniszczyła Ziemię. Po wraku można było stwierdzić, że w kosmosie odbyła się jakaś bitwa, co znaczyło, że obcy z wraku mają też potężnych wrogów. Pojawiła się również myśl, że ta sama rasa walczyła między sobą. Po przeprowadzeniu szczegółowej analizy ustalono, że statek obcych to coś w rodzaju promu. Był słabo uzbrojony, nie posiadał pola siłowego, przygotowano go dla sześcioosobowej załogi i miał duże, ale puste ładownie. W ich podręcznych magazynach znajdowało się dużo uszkodzonych części, co świadczyło, że nie został idealnie skonstruowany i często wykonywał loty. Znaleziono też trochę nieuszkodzonych, a w magazynie jeden ważny element wyposażenia statku, którzy rzucił trochę światła na budowę anatomiczną właścicieli statku. Był to kompletny skafander do wykonywania napraw w kosmosie wraz z podręcznym zestawem narzędzi. Już po pierwszych oględzinach można było stwierdzić, że obcy nie byli ludźmi, ale niewątpliwie humanoidami. Hełm był dwa razy większy od ludzkiego, posiadał dwa iluminatory, jakby oczy obcego były daleko oddalone od siebie, w środkowej części twarzy musiał być narząd oddechowy, ponieważ rurki z butli biegły wokół piersi do miejsca łączenia hełmu ze skafandrem. Całość stroju miała ponad dwa i pół metra. Obcy byli szczupłymi istotami o długich rękach i nogach, mierzyli około dwustu trzydziestu do dwustu czterdziestu centymetrów. W butlach zachowały się szczątkowe ilości gazu, którym oddychali, i okazało się, że ten niczym się nie różni od powietrza.

Gdy uczeni badali skafander obcych, nadszedł Swen Larsen, który był chyba najwyższym członkiem załogi, a na pewno najszczuplejszym, i gdy go zauważono, ktoś dla żartu krzyknął:

– O, nasz obcy! – Rozległ się śmiech.

Szczęściarz, będący w ekipie badaczy wraku, zawołał:

– Swen, chodź do nas.

– A co, nie macie się już z kogo naśmiewać? – z wyrzutem zapytał Larsen.

– Nie złość się, tylko wkładaj skafander – odpowiedział Szczęściarz.

Znowu rozległ się śmiech obecnych. Larsen popatrzył na nich, potem na Szczęściarza, który w ogóle się nie śmiał, pomyślał: „A co mi szkodzi” i już chwytał za skafander. Nagle wszyscy zaczęli mu bez słowa pomagać i doradzać. Po piętnastu minutach Larsen był całkowicie ubrany. Skafander leżał na nim jak ubranie starszego brata. Mężczyzna stał tak ubrany, gdy nagle otworzyły się drzwi i weszli Szmit, admirał, Tania Riazowa i Parker, którzy chcieli obejrzeć skafander, nie przeczuwając nawet, że w środku znajduje się Larsen. Nie mógł się ruszyć, by nie zdradzić swojej obecności, zwłaszcza że przybyli uważnie przyglądali się skafandrowi. Po kilku minutach wszyscy zaczęli wymieniać swoje opinie na jego temat, zupełnie zapominając o Larsenie, który pocił się strasznie. Gdy już nie mógł wytrzymać, szturchnął Willisa, by go oswobodził. Jego gest zauważyła Tania i krzyknęła, wskazując na skafander:

– To żyje! – Gdy wszyscy spojrzeli na ubiór, Larsen już zdejmował hełm. Szczęściarz, trochę zły, że Larsen się zdradził, podszedł do niego, by mu pomóc, skoro i tak wszystko się wydało. Gdy już zdjęli hełm i pokazała się głowa Larsena, ten, łapiąc powietrze, powiedział:

– Nareszcie, na co tak długo czekaliście? Chcielibyście, abym się udusił?

Wszyscy zaczęli się śmiać, tylko Tani nie było do śmiechu, bo rozweselenie wywołał przecież jej krzyk przerażenia. Admirał też się śmiał i powiedział do Szczęściarza:

– Willis, ty to kiedyś zbierzesz za te swoje kawały, a Tania cię kiedyś udusi, zobaczysz.