Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 536

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Nostalgia - Mircea Cartarescu

Wczesne dzieło Cărtărescu, składająca się z pięciu obszernych opowiadań, ukazała się w Rumunii najpierw pod innym tytułem: Sen. Tęsknota była w komunistycznym kraju zakazana. Nostalgia jest dowodem na to, że pisarz widzi więcej. Z komunistycznego Bukaresztu Cărtărescu stworzył, niczym Alfred Kubin, miasto snu, w którym wszystko jest możliwe: bezdomny mężczyzna wielokrotnie wygrywa w rosyjską ruletkę nawet wówczas, gdy w magazynku brakuje tylko jednego naboju, architekt projektujący fabryki oleju okazuje się być wirtuozem gry na organkach, a dziewczynka znika w fazie REM. Bukareszt okazuje się nie miejscem, ale portalem.

Pięć historii subtelnie łączy się ze sobą i w sobie odbija. Wszystkie pokazują realistyczny rewers i fantastyczny awers życia. U Cărtărescu nic nie jest oczywiste i, jak u Cortazara czy Borgesa, wszystko może być magiczne.  Jeden z amerykańskich krytyków nazwał trafnie rumuńskiego pisarza „Georgem Lucasem sowieckiego romantyzmu” wskazując jednocześnie najważniejsze narzędzia, z których zbudował piękny schron dla swoich wizji: fantazję i nostalgię.

Opinie o ebooku Nostalgia - Mircea Cartarescu

Fragment ebooka Nostalgia - Mircea Cartarescu

Mircea Cartarescu

Nostalgia

Z rumuńskiego przełożyli Joanna Kornaś-Warwas i Ireneusz Kania

Wrocław 2016

Spis treści

PROLOG

Ruletkarz

Nostalgia

Słabołebski

Bliźnięta

REM

EPILOG

Architekt

NOTA TŁUMACZKI

PROLOG

Otwieram książkę, książka pojękuje,

Czasu szukam, czasu nie znajduję.

Tudor Arghezi

Ruletkarz

przeł. Joanna Kornaś-Warwas

Obdarz, Panie, pokojem Izraela,

Tego, który ma lat osiemdziesiąt i żadnej przyszłości na ziemi.

Przytaczam tutaj te wersy z Eliota, ale po co? W każdym razie nie jako możliwe motto do którejś z moich książek, bo już nigdy niczego nie napiszę. Wprawdzie piszę te słowa, ale bynajmniej nie uważam ich za literaturę. Napisałem już dość dużo literatury, przez prawie sześćdziesiąt lat zajmowałem się tylko tym i pozwolę sobie teraz, na samym końcu, na chwilę trzeźwości myślenia: wszystko, co stworzyłem po trzydziestce, było tylko żałosnym oszustwem. Dość mam pisania dalej, bez nadziei że kiedykolwiek zdołam przejść samego siebie, że zdołam przeskoczyć własny cień. To prawda, że do pewnego momentu byłem wobec siebie uczciwy w jedyny możliwy dla artysty sposób, to znaczy chciałem powiedzieć o sobie wszystko, absolutnie wszystko. Tym boleśniejsza była to iluzja, bo literatura nie jest odpowiednim medium, które daje możliwość powiedzenia o sobie czegoś choć trochę prawdziwego. Od pierwszych linijek, którymi zapełniasz stronę, w dłoń, która trzyma pióro, wsuwa się jak w rękawiczkę jakaś obca ręka, prześmiewcza, a twój obraz w lustrze kartki ucieka na wszystkie strony jak żywe srebro, tak że jego rozbiegane kuleczki łączą się w Pająka lub Larwę, Eunucha lub Jednorożca albo Bóstwo, podczas gdy chciałeś mówić po prostu o sobie. Literatura jest teatrologią.

Od kilku dobrych lat sypiam niespokojnie i śni mi się starzec, który popada w obłęd z samotności. Jedynie sen odzwierciedla mnie jeszcze w sposób realistyczny. Budzę się, płacząc z osamotnienia, nawet wtedy, gdy w ciągu dnia czuję się dobrze wśród żyjących jeszcze przyjaciół. Już nie mogę znieść mojego życia, a fakt, że dziś lub jutro doświadczę bezkresnej śmierci, sprawia, że próbuję myśleć. Dlatego też, ponieważ muszę myśleć, tak jak wrzucony w labirynt osobnik musi szukać wyjścia pośród umazanych łajnem ścian, choćby przez szczurzą dziurę, tylko z tego powodu piszę jeszcze te słowa. Nie po to, ściśle mówiąc, by udowodnić (sobie), że Bóg istnieje. Niestety, nigdy nie byłem, mimo moich wszelkich starań, wierzący, nie miałem kryzysów zwątpienia lub negacji. Możliwe, że byłoby lepiej, gdybym wierzył, ponieważ pisanie wymaga dramatu, a dramat rodzi się z uporczywej walki nadziei i rozpaczy, w której wiara odgrywa, jak sądzę, istotną rolę. W czasach mojej młodości połowa pisarzy nawracała się, a drugie pół traciło wiarę, co dla ich pisarstwa miało podobne skutki. Jakże zazdrościłem im tego ognia, podsycanego przez ich demony pod kotłami, w których jako artyści wiedli rajskie życie! I oto teraz siedzę w swoim kącie, kłębek łachmanów i chrząstek, na którego umysł, serce czy wiarę nie postawiłby już nikt, mnie już bowiem niczego nie da się zabrać.

Tkwię tu, w fotelu, przerażony myślą, że na zewnątrz nie istnieje już nic poza nocą gęstą jak bezkresna bryła smoły, jak czarna mgła, która pochłonęła z wolna, w miarę jak się starzałem, miasta, domy, ulice, twarze. Jedynym słońcem we wszechświecie pozostała, zdaje się, żarówka lampki nocnej, a jedynym oświetlanym przez nią obiektem jest pomarszczona jak figa twarz starca.

Po mojej śmierci mój grobowiec, mój zakątek, nadal będzie się unosić w czarnej, gęstej mgle, kierując donikąd te kartki papieru, by przeczytał je nikt. Ale to na nich jest, wreszcie, wszystko. Napisałem tysiące stron literatury – proch i pył. Poprowadzone po mistrzowsku intrygi, kukiełki z wymuszonymi uśmiechami, ale jak opowiedzieć coś, choćby niewiele, w tej ogromnej konwencji sztuki? Chciałbyś zawładnąć sercem czytelnika, a co on robi? O godzinie trzeciej kończy czytać twoją książkę, a o czwartej zabiera się do kolejnej, bez względu na to, jak dobra byłaby książka, którą mu powierzyłeś. Ale tych dziesięć, piętnaście stron to co innego, to inna gra. Moim czytelnikiem jest sama śmierć. Widzę jej czarne wilgotne oczy, uważne jak oczy dziewcząt, czytające, w miarę jak zapisuję ten tekst, linijka po linijce. Te strony zawierają mój plan nieśmiertelności.

Nazywam to planem, chociaż wszystko – i to jest mój triumf i moja nadzieja – jest prawdą. Jakie to dziwne: większość postaci zaludniających moje książki jest wymyślona, ale wszystkim wydawały się kopiami rzeczywistości. Dopiero teraz mam odwagę pisać o prawdziwym człowieku, który przez długi czas żył obok mnie, a który w mojej konwencji wydawałby się zupełnie niewiarygodny. Żaden czytelnik nie przystałby na to, aby w jego świecie mógł żyć człowiek kursujący tymi samymi zatłoczonymi tramwajami, oddychający tym samym powietrzem, człowiek, którego życie jest praktycznie matematyczną demonstracją porządku, choć dziś już nikt w coś takiego nie wierzy, a jeśli wierzy, to tylko dlatego, że jest to absurdalne. Ale niestety!! – Ruletkarz nie jest ani snem, ani halucynacją sklerotycznego mózgu, ani jakimś alibi. Teraz, gdy o nim myślę, jestem przekonany, że ja też znałem tego żebraka na końcu mostu z wiersza Rilkego, wokół którego kręcą się światy…

Zatem, drogi nikt, Ruletkarz istniał naprawdę. Istniała też ruletka. Nie słyszałeś o niej, ale powiedz, czy słyszałeś coś o Agharcie? Ja żyłem w nieprawdopodobnych czasach ruletki, widziałem, jak traci się fortuny i jak gromadzi się fortuny w bestialskim świetle prochu strzelniczego. Ja również krzyczałem w niskich podziemnych salach i płakałem ze szczęścia, gdy wyciągano na zewnątrz człowieka z rozbryzganym mózgiem. Poznałem wielkich magnatów ruletki, przemysłowców, właścicieli ziemskich, bankierów, którzy wielokrotnie obstawiali bajońskie sumy. Przez ponad dekadę ruletka była dla nas jak chleb i igrzyska naszego pogodnego piekła. Nikt nie pisnął o tym ani słowa przez czterdzieści lat? Pomyśl, ile tysięcy lat minęło od greckich misteriów? Czy ktoś dzisiaj wie, co tak naprawdę działo się w tamtych jaskiniach? Gdzie chodzi o krew, panuje milczenie. Wszyscy milczeli, choć może niejeden wtajemniczony pozostawił po sobie jakieś bezużyteczne kartki papieru, jak te tutaj, po których jedynie śmierć będzie wodzić kościstym palcem. Indywidualna śmierć każdego człowieka, czarny bliźniak, który rodzi się wraz z nim.

Człowiek, o którym tutaj piszę, miał pospolite imię, które wszyscy zapomnieli, ponieważ bardzo szybko zaczęto nazywać go Ruletkarzem. Kiedy ktoś mówił „Ruletkarz”, wiadomo było, że to o niego chodzi, choć ruletkarzy nie brakowało. Przypominam go sobie bez trudu: posępny wygląd, trójkątna twarz na długiej, chudej i żółtawej szyi, wysuszona skóra i rude, niemal szkarłatne włosy. Oczy żałosnej małpy, asymetryczne i, zdaje mi się, różnej wielkości. Sprawiał wrażenie niechlujnego i brudnego. Tak wyglądał zarówno w swoich roboczych ubraniach, jak i później w smokingach. Boże, jakże mnie kusi, by wprowadzić tutaj odrobinę hagiografii, rzucić na jego twarz nieskończone światło i dodać blasku jego oczom! Ale muszę zacisnąć zęby i wstrzymać się od tych nędznych trików. Ruletkarz miał mroczną twarz dość zamożnego chłopa, z zębami w połowie jak żelazo, w połowie jak węgiel. Od czasu gdy go poznałem aż do śmierci (od rewolweru, a nie od kuli), wyglądał tak samo. A przecież tylko jemu jednemu dane było ujrzeć nieskończoność matematycznego Boga i wziąć się z nim za bary.

Nie ma w tym mojej zasługi, że go znałem, że mogę o nim pisać. Mógłbym wznieść, mając tylko jego postać przed oczami, ogromnie rozgałęzione rusztowanie, papierową wieżę Babel, tysiącstronicowy Bildungsroman, w którym ja, pokorny Serenus Zeitblom, śledziłbym z zapartym tchem postępującą demonizację nowego Adriana. Ale co potem? Nawet jeśli, absurdalne założenie, popełniłbym arcydzieło, którego nie zdołałem stworzyć przez sześćdziesiąt lat pracy, zapytuję samego siebie: po co… Dla mojego ostatecznego celu, dla mojego głównego założenia (przy którym wszystkie arcydzieła świata są piaskiem klepsydry i puchem dmuchawca) wystarczy, bym nakreślił w trzech linijkach stadia larwalne życia psychopaty: brutalne dziecko, o posępnej twarzy, które kroi na kawałki owady i zabija kamieniami śpiewające ptaki; pasjonat gry szklanymi kulkami i rzucania podkową na kołek (przypominam sobie, jak stale tracił pieniądze, kulki, guziki, a potem rozpaczliwie brał się za łby z dzieciakami); nastolatek z napadami epileptycznej furii i wybujałym apetytem erotycznym; kryminalista skazany za gwałt i rozbój. Sądzę, że jedynym „bliskim” w całym tym pokręconym etapie jego życia byłem ja, może dlatego, że dorastaliśmy poniekąd razem, nasi rodzice byli sąsiadami. W każdym razie nigdy mnie nie uderzył i patrzył na mnie mniej podejrzliwie niż na innych, kimkolwiek byli. Kilka razy odwiedziłem go, pamiętam, w więzieniu, gdzie w dojmującym chłodzie rozmównicy skarżył się cały czas, przeklinając strasznie, na pecha w pokerze i prosił mnie o pieniądze. Niemal płakał z upokorzenia, że ciągle zostaje bez grosza, że nie potrafi nawet w jednym rozdaniu na tysiąc, które rozegrał, zgarnąć pieniędzy innych. Siedział tam na zielonej ławce, wrak człowieka z oczami czerwonymi od zapalenia spojówek.

Nie, nie jestem w stanie mówić o nim realistycznie. Jak realistycznie przedstawić żywą parabolę? Każdy chwyt, każdy zwrot lub automatyzm stylistyczny, który choć trochę przypomina prozę, przygnębia mnie, napawa obrzydzeniem. Dodam jeszcze, że po wyjściu z więzienia zaczął pić i w niespełna rok stoczył się straszliwie. Nie miał pracy, a jedyne miejsca, w których można go było z pewnością spotkać, to kilka podrzędnych knajp, gdzie zresztą, jak sądzę, także spał. Widywano go, jak snuje się od stolika do stolika, ubrany w ten jednoznaczny pijacki sposób: marynarka na gołe ciało, opadające w kroku spodnie (z wlokącymi się po chodniku mankietami), dopraszając się o kufel piwa. Wielokrotnie widywałem ponurą, bolesną dla mnie, a jednocześnie zabawną, farsę, którą fundowali mu od czasu do czasu stali bywalcy: wołali go do stolika i mówili, że postawią mu piwo, jeśli wyciągnie dłuższą zapałkę z dwóch trzymanych w dłoni przez któregoś. I pokładali się ze śmiechu, gdy zawsze wyciągał tę krótszą. Nigdy, jestem tego pewien, nie „wygrał” piwa w ten sposób. Mniej więcej w tym samym czasie ukazały się w czasopismach moje pierwsze opowiadania, a niedługo potem pierwszy tom opowiadań, który do dziś uważam za najlepszą rzecz, jaką kiedykolwiek napisałem. Byłem wtedy szczęśliwy z powodu każdej napisanej linijki, czułem się jak ktoś, kto konkuruje nie tyle z ludźmi ze swego pokolenia, co z wielkimi pisarzami świata. Stopniowo zyskiwałem miejsce w świadomości publicznej oraz w świecie literackim, schlebiano mi i w równym stopniu okazywano gwałtowną niechęć. Ożeniłem się po raz pierwszy i wreszcie poczułem, że żyję. Małżeństwo okazało się dla mnie skądinąd fatalne, pisanie bowiem zazwyczaj kłóci się ze szczęściem i dobrobytem. Zapomniałem, naturalnie, o moim przyjacielu, spotkałem go ponownie po kilku latach w najbardziej nieoczekiwanym miejscu: w śródmiejskiej restauracji pogrążonej w przyćmionym, halucynacyjnym świetle mieniących się tęczowo kiści kandelabrów. Rozmawiałem spokojnie z żoną, wodząc wzrokiem po sali, gdy nagle moją uwagę przykuła grupa geszefciarzy przy wręcz ostentacyjnie suto zastawionym stole. Pośród nich, w samym centrum uwagi, był on, wyelegantowany, z tą swoją długą, szczupłą twarzą, ale z tym samym wyglądem draba z oczami bez wyrazu. Siedział zblazowany na krześle, podczas gdy pozostali gadali z pewną grubiańską wesołością. Zawsze czułem odrazę do tych nalanych twarzy i czarnych garniturów w stylu nieprzyzwoitego grabarza, którymi ludzie tego pokroju starają się wyróżniać. Ale oczywiście przede wszystkim uderzyła mnie nieoczekiwana zmiana na lepsze sytuacji materialnej przyjaciela. Podszedłem do ich stolika i podałem mu rękę. Nie wiem, czy się ucieszył na mój widok, był nieprzenikniony, ale zaprosił nas, byśmy się przysiedli. W miarę jak wieczór skłaniał się ku nocy, wśród wielu banałów i bzdur przewijających się w rozmowie zaczęły pobrzmiewać niejasne słowa, enigmatyczne wyrażenia, którymi ci spekulanci przerzucali się ponad barokowo zastawionym stołem –a ja nie wiedziałem, jak zareagować. Przez kilka tygodni po tym zdarzeniu prześladowało mnie uczucie, że dostrzegłem, podświadomie, pewne perspektywy, które ginęły w innej przestrzeni, odmiennej od mojego mieszczańskiego świata, tylko lekko zabarwionego kapryśnością sztuki. Co więcej, często na ulicy, a nawet w moim biurze, miałem wrażenie, że jestem nadzorowany, sprawdzany przez jakąś niezdefiniowaną instancję, która jedynie unosiła się w powietrzu, rozproszona jak mgiełka zmierzchu. Teraz już wiem na pewno, że naprawdę byłem poddawany drobiazgowej weryfikacji, ponieważ wytypowano mnie, bym rozpoczął nowicjat w podziemnym świecie ruletki.

Czasami raduje mnie myśl, że być może Bóg nie istnieje. To, co kilka lat temu wydawało mi się krwawym rajem (moje ówczesne życie ukazuje mi się w zielonkawym raccourci, podobnie do Chrystusa Mantegny), teraz wydaje mi się piekłem, eufemizowanym przez zapomnienie, niemniej jednak możliwym, a zatem przerażającym. Gdy pierwszy raz zszedłem do podziemi, powiedzieli mi dla dodania odwagi, że tylko pierwsza gra jest trudna do zniesienia, że później „anatomiczna” strona ruletki nie tylko nie wywołuje niesmaku, lecz zaczynasz odkrywać jej prawdziwy, słodki urok; komu wejdzie ona w krew, ciągnęli dalej, staje mu się niezbędna jak wino i kobieta. Pierwszej nocy zawiązali mi oczy i wozili mnie najpierw, zmieniając samochody, po ulicach miasta, aż nie byłem już w stanie powiedzieć, ani kim jestem, ani gdzie się znajduję. Potem wlekli mnie po jakichś krętych korytarzach, schodziliśmy po stopniach, które czuć było wilgotnym kamieniem i kocim ścierwem. Ponad nami od czasu do czasu dało się słyszeć dudnienie tramwaju. Zdjęli mi szmatę z oczu w piwnicy oświetlonej słabo kilkoma świecami, gdzie w charakterze stołów ustawiono pod łukowatym sklepieniem kilka beczek sardeli, a za krzesła posłużyły mniejsze skrzynki lub grube podkładki wycięte z pni drzew. Wszystko przypominało winnicę urządzoną ostentacyjnie, by wyglądała możliwie najbardziej rustykalnie. To wrażenie potęgowały blaszane kubki i kufle do piwa, z których siedzący wokół beczek popijali, przyglądając mi się i rozmawiając, około dziesięciu, może piętnastu osobników, wesołych i dobrze ubranych. Na glinianej podłodze roiło się od wielkich prusaków. Niektóre, rozgniecione do połowy uderzeniem obcasa, poruszały jeszcze odnóżami i czółkami. Zająłem miejsce przy stoliku, przy którym siedział też mój rudy przyjaciel. Zakłady już zostały zrobione, wypisano je kredą na małej czarnej tablicy, wydedukowałem, że tym razem miałem być tylko widzem. Sumy były ogromne, większe, niż kiedykolwiek widziałem, by ktoś stawiał w grach hazardowych. W pewnym momencie ożywienie akcjonariuszy – jak się dowiedziałem, tak nazywano tych, którzy stawiali w tej grze – osłabło, a zapomniane napitki w szklankach i kieliszkach wypełniały powoli kawowe powietrze kwaśnym zapachem spirytusu i zwietrzałego piwa. Spojrzenia zebranych wędrowały coraz częściej w stronę niskich drzwi piwnicy; gdy otworzyły się po jakimś czasie, wszedł osobnik bardzo podobny do mojego przyjaciela z okresu najgorszego upadku. Jego ubranie miało podarte kieszenie, spodnie przewiązał sznurkiem pakowym. O pomarszczonej twarzy wyłaniającej się spod potarganych włosów sterczących we wszystkich kierunkach można powiedzieć tylko tyle, że była twarzą pijaka. Szedł popychany z tyłu przez patrona – tak nazywano tych, którzy najmowali ruletkarzy – o wyglądzie barmana, który niósł pod pachą utłuszczone drewniane pudełko. Pijaczyna wspiął się na sosnową skrzynię, której wcześniej nie zauważyłem, i pozostał tam, przygarbiony, w groteskowej pozie olimpijskiego zwycięzcy. Akcjonariusze przyglądali mu się i dyskutowali z ożywieniem, co rusz pokazując sobie jakiś szczegół jego wyglądu. Jednego przyłapałem, jak robił dyskretnie znak krzyża. Inny obgryzał rozwścieczony skórki przy paznokciach. Jeszcze inny krzyczał coś do patrona. Ale gwar ustał jak ręką uciął, gdy patron otworzył pudełko. Wszyscy wyciągnęli szyje, zahipnotyzowani, w stronę małego czarnego przedmiotu, który błyszczał jak nabijany diamentami. Był to rewolwer sześciostrzałowy, dobrze naoliwiony. Patron zaprezentował go publiczności powolnym, niemal rytualnym gestem, jak iluzjonista pokazujący puste dłonie, którymi zaraz będzie czynił cuda. Potem przesunął dłonią po bębenku rewolweru, obracając go, a ten wydał delikatny blaszany dźwięk jak śmiech gnoma. Odłożył rewolwer i z małego kartonowego pudełka wyjął błyszczący nabój w mosiężnej łusce, który podał najbliższemu akcjonariuszowi. Ten obejrzał kulę uważnie ze wszystkich stron, zaaprobował lekkim skinieniem głowy, jakby niezadowolony, że nie dopatrzył się żadnej nieprawidłowości, i podał ją sąsiadowi. Nabój okrążył pomieszczenie, przechodząc z rąk do rąk i zostawiając na wszystkich palcach tłuste ślady. Ja także dotykałem go przez chwilę. Spodziewałem się, nie wiem dlaczego, że będzie zimny jak lód lub że będzie parzyć, ale był cieplutki. Nabój wrócił do patrona, który szerokim, ostentacyjnym gestem wprowadził go do jednego z sześciu otworów bębenka. Ponownie przesunął dłonią po metalowym magazynku, który obracał się kilka długich sekund, wydając ten sam ostry, zgrzytliwy odgłos. Wreszcie z dziwacznym ukłonem wręczył lśniącą broń mężczyźnie na skrzyni. W ciszy, która miażdży ci kości na pył – jak sobie teraz przypominam, słychać było jedynie rój ogromnych karaluchów i słaby odgłos ich czułków, gdy się stykały – mężczyzna przystawił rewolwer do skroni. Z powodu przeraźliwego napięcia i słabego światła moje oczy zaczęły się męczyć, więc nagle sylwetka żebraka z rewolwerem przy skroni rozszczepiła się na kilka żółtych i jaskrawozielonych plam. Grunt białej ściany za jego plecami wyostrzył się: widziałem każdy żłobek i każdą grudkę wapna, zgrubiałe jak na skórze twarzy jakiegoś starca, rzucające niebieskawe ślady na ścianę. Wtem w piwnicy zaczęło pachnieć piżmem i potem. Człowiek na skrzyni, zaciskając powieki i wykrzywiając usta, jakby poczuł jakiś obrzydliwy smak, pociągnął gwałtownie za spust.

Potem uśmiechnął się prostodusznie, oszołomiony. Krótkie kliknięcie spustu było jedynym dźwiękiem, jaki dało się słyszeć. Zszedł ze skrzyni i usiadł na niej, poruszony. Patron rzucił się ku niemu i omal go nie przewrócił, ściskając w ramionach. Dla odmiany faceci z sali zaczęli krzyczeć jak opętani i straszliwie przeklinać. Gdy patron i jego ruletkarz przechodzili przez niskie drzwi, towarzyszyły im dzikie okrzyki, jakie słyszy się zazwyczaj tylko podczas walk bokserskich.

Przypadkowo pierwszy ruletkarz, jakiego kiedykolwiek widziałem, uszedł z życiem. Od tamtego czasu przez wiele lat z rzędu byłem świadkiem kilkuset ruletek i wielokrotnie widziałem obraz, którego nie da się opisać: ludzki mózg, jedyna prawdziwie boska substancja, złoto alchemiczne, gdzie mieści się wszystko, rozbryzgany po ścianach i podłodze, zmieszany z odłamkami czaszki. Wystarczy pomyśleć o korridach albo gladiatorach, by zrozumieć, dlaczego ta gra weszła mi wkrótce w krew i zmieniła moje życie. Ruletkę cechuje w zasadzie geometryczna prostota i siła pajęczej sieci: ruletkarz, patron, kilku akcjonariuszy to bohaterowie tego dramatu. W rolach drugoplanowych są obsadzeni: właściciel piwnicy, policjant, który robi obchód okolicy, tragarze najęci do pozbywania się trupów. Stosunkowo niewielkie kwoty, które przypadały im z ruletki, były, z ich punktu widzenia, prawdziwymi fortunami. Ruletkarz jest, oczywiście, gwiazdą i stanowi rację bytu ruletki. Z reguły rekrutowali się oni z rozległych kręgów nieszczęśników stale uganiających za chlebem, jak bezpańskie psy, pijaków, świeżo zwolnionych więźniów. Ruletkarzem mógł zostać każdy, kto żyw i gotów zaryzykować w grze swoją duszę za bardzo, bardzo duże pieniądze (ale cóż znaczą pieniądze w tych okolicznościach?). Było również wskazane, by taki ochotnik nie miał żadnych relacji społecznych: rodziny, pracy, przyjaciół. Ruletkarz ma pięć szans na sześć, żeby przeżyć. Zazwyczaj otrzymuje około dziesięciu procent z zysku patrona, który musi dysponować poważnymi środkami, ponieważ jeśli ruletkarz zginie, jest zobowiązany wypłacić wygrane wszystkim akcjonariuszom, którzy postawili przeciwko niemu. Akcjonariusze z kolei mają tylko jedną szansę na sześć, by wygrać, ale jeśli ruletkarz poniesie śmierć, mogą żądać dziesięciokrotnej stawki, a nawet dwudziestokrotnej, w zależności od wcześniejszych ustaleń z patronem. Ruletkarz jednak tylko podczas pierwszej rozgrywki miał pięć szans na sześć, by ujść z życiem. Statystycznie rzecz biorąc, jeśli jeszcze raz przykładał pistolet do skroni, jego szanse malały. Przy szóstej próbie redukowały się do zera. Właściwie do chwili, gdy mój stary przyjaciel wszedł w świat ruletki, stając się Ruletkarzem przez duże R, nie słyszano o przypadkach ujścia z życiem nawet po czterech grach. W większości ruletkarze byli oczywiście okazjonalnymi graczami i za nic w świecie nie powtórzyliby tego strasznego doświadczenia. Tylko nielicznych przyciągała perspektywa zarobienia dużych pieniędzy, i to zwykle po to, by sami mogli zostać patronami i zatrudnić innych ruletkarzy, co stawało się możliwe już po drugiej grze.

Nie ma sensu, bym dalej opisywał tutaj grę w ruletkę. Jest głupia i wciągająca jak każda gra, tyle że otacza ją aureola krwi, którą karmi się nasza niegodziwość. Powrócę do tego, który unicestwił tę grę przez to, że opanował ją do perfekcji. Legenda głosi (można ją było wówczas usłyszeć we wszystkich knajpach w mieście), że nie został zwerbowany przez żadnego patrona, lecz sam usłyszał o ruletce i poszedł się sprzedać. Podejrzewam, że patron, który go zatrudnił, nie posiadał się z radości, że tak łatwo udało mu się pozyskać ruletkarza, bo zwykle wymagało to długich i irytujących zabiegów, uporczywego targowania się z tymi, którzy wystawiali na licytację własną duszę. Początkowo każdy włóczęga żądał gwiazdki z nieba i trzeba było nie lada zręczności, by go przekonać, że jego życie i krew nie są warte tyle, co cały wszechświat, lecz tylko pewną określoną liczbę banknotów, zależnie od popytu na rynku. Ruletkarz, któremu nie trzeba było udowadniać, że w rzeczywistości jest nikim, ani straszyć policją, był niespodziewanym szczęściem, zwłaszcza gdy zgodził się bez dyskusji na pierwszą sumę, jaką patron zaproponował mu półgębkiem i z rozbieganymi oczami. O pierwszych grach w ruletkę, w których uczestniczył mój przyjaciel, niewiele mogłem się dowiedzieć. Wyobrażam sobie, że za pierwszym i za drugim razem, gdy uszedł z życiem, a może nawet za trzecim, akcjonariusze ledwie zwrócili na niego uwagę. Co najwyżej uznano go za szczęściarza. Ale po czwartym i po piątym pokazie stał się centralną postacią w grze, właściwie mitem, który w kolejnych latach rósł niebotycznie. W ciągu dwóch lat, aż do naszego spotkania w restauracji, Ruletkarz przyłożył rewolwer do skroni ośmiokrotnie w różnych piwnicach brudnego labiryntu rozciągającego się pod fundamentami naszego miasta. Za każdym razem, jak mi opowiadano (a później mogłem się przekonać na własne oczy), na jego udręczonej twarzy o niskim czole rysował się przeraźliwy lęk, zwierzęcy strach, aż trudno było patrzeć. Zdawało się, że to właśnie tym strachem zjednywał sobie los, by pomógł mu wyjść z tego cało. Napięcie jego emocji sięgało szczytu, gdy pociągał gwałtownie, zaciskając powieki i uśmiechając się, za spust. Słychać było lekkie kliknięcie, po czym jego grubokościste ciało opadało miękko na podłogę, omdlałe, lecz nawet niedraśnięte. Kilka dni leżał w łóżku, całkowicie pozbawiony wigoru, a potem szybko nabierał sił i wracał do życia, które dzielił między kabaret i burdel. Jakkolwiek by się starał, nie udawało mu się, przy jego organicznej jednak wyobraźni, wydać wszystkich zarobionych pieniędzy, więc był coraz bogatszy. Już od dawna nie potrzebował żyra patrona, stał się dla siebie własnym szefem. To, dlaczego nadal podejmował ryzyko, pozostawało tajemnicą. Właściwie przychodziło na myśl tylko jedno wytłumaczenie, ale Bóg jeden wie, ile mogło być w tym prawdy, mianowicie, że robił to dla pewnego rodzaju sławy, niczym sportowiec, który w każdym wyścigu stara się prześcignąć samego siebie. Jeśli rzeczywiście tak się sprawy miały, byłoby to coś zupełnie nowego w dziedzinie ruletki, którą uprawiało się zawsze wyłącznie dla pieniędzy. Komu przyszłoby do głowy zostać mistrzem świata w uciekaniu przed śmiercią? Faktem jest, że Ruletkarz na razie dawał radę utrzymywać to szalone tempo biegu, w którym startował tylko jeden współzawodnik: śmierć. I właśnie w chwili, gdy ta podziemna kawalkada zdawała się pogrążać w monotonii (ci, którzy przychodzili jeszcze uczestniczyć w pokazach ruletki mojego przyjaciela, robili to już tylko z pragnienia, żeby zobaczyć wreszcie, jak sam siebie wykańcza, nie zaś po to, by wziąć udział w zakładach, bo mieli coraz głębsze przeświadczenie, że stawiają przeciwko diabłu), Ruletkarz rzucił wyzwanie, które praktycznie unicestwiło ruletkę, niwecząc wszelką możliwość współzawodnictwa, z wyjątkiem rozgrywki między nim i wszystkim tym, co przerasta naszą słabą kondycję. Zimą tamtego roku ogłosił, za pośrednictwem niezawodnego i szybkiego systemu informacji ze świata ruletki, że w noc Bożego Narodzenia zorganizuje specjalną edycję: w magazynku rewolweru będą dwanaboje zamiast jednego.

Szanse na przeżycie były już tylko trzy do jednego, nie licząc stopniowej redukcji szans po kilku grach. Wielu znawców, nawet po śmierci Ruletkarza, nadal uważało, że pomysł tej bożonarodzeniowej ruletki był rzeczywiście genialnym posunięciem, a wszystko, co nastąpiło potem, nawet jeśli bardziej spektakularne, było jedynie konsekwencją tego gestu. Byłem obecny na ruletce w Boże Narodzenie. Podziemna sala mieściła się w fabryce koniaku, wszędzie unosił się chemiczny, podły zapach tego trunku. I choć była większa niż te, które do tej pory widziałem, tamtej nocy wypełniła się po brzegi. W którą stronę spojrzeć, rozpoznawałeś znajome twarze oficerów i malarzy, kilku brodatych kapłanów, przemysłowców i światowych kobiet, a wszyscy podekscytowani nieoczekiwaną innowacją. Tablica, na której dwaj młodzi mężczyźni w koszulach zapisywali wartości zakładów, zajmowała całą ścianę za skrzynią, na którą miał wejść Ruletkarz. Po pewnym czasie pojawił się i on, ledwo dostrzegalny w niebieskawym dymie piwnicy. Wspiął się na skrzynię i po całej ceremonii dokładnego sprawdzenia broni i nabojów, która trwała dłużej niż zwykle, bo nikt nie odmówił sobie niemal zmysłowej przyjemności pogładzenia lufy rewolweru, załadował pistolet, wpychając losowo dwa naboje w otwory bębenka, i zakręcił nim. Cichy blaszany śmiech ponownie rozległ się w zamarłej sali i, jak zawsze, nie zakłócił ciszy żaden wybuch, a na pobielonych wapnem ścianach nie rozłożył się żaden krwawy kwiat. Ruletkarz runął ze skrzyni w ramiona osób zgromadzonych w pierwszych rzędach, przewracając kieliszki i rozsypując rulony monet na zaimprowizowanych stolikach. Płakałem niczym dziecko ze wzruszenia i rozpaczy, ponieważ postawiłem ogromną dla mnie sumę i przegrałem, jak wszyscy, którzy rozjuszali się tym bardziej, im bardziej zdawało się ewidentne, że szansa Ruletkarza jest nikła. Wychodziliśmy, jak zwykle, w małych grupkach z labiryntowej nory i, mimo panującej na zewnątrz nocy, w zupełnej ciszy peryferyjnej dzielnicy. Czuliśmy, że przez całą drogę śledzi nas czyjś wzrok, jakby rozpływający się we wszystkim, co nas otaczało, w leżącej wszędzie oślepiająco jaskrawej warstwie śniegu, w witrynach ozdobionych choinkami i gwiazdkami ze srebrnego papieru, w nielicznych przechodniach obładowanych paczkami i w opatulonych dzieciach z szalikami naciągniętymi na nos i usta. Od czasu do czasu jakaś kobieta zarumieniona od wilgotnego zimna, skulona w futrze zaciągała swojego ukochanego albo męża przed witryny z butami i szalikami, które rzucały na ich twarze turkusowe, błękitne i fioletowe cienie. Moja droga do domu prowadziła obok placu zabaw, gdzie cała chmara brzdąców umazanych lizakami zatrzymywała się oszołomiona przed budkami z lemoniadą i piernikami. Jakiś okutany tata, który ciągnął po oblodzonym śniegu sanki z małą córeczką, puścił do mnie oko. To był patron, poznałem go na innym pokazie ruletki. Wzdrygnąłem się.

Oczywiście stale sobie obiecywałem, że zerwę ze światem ruletki. Ale w tamtym czasie publikowałem nawet dwie lub trzy książki rocznie, odniosłem ten rodzaj sukcesu, który poprzedza wielką ciszę, a potem zapomnienie. Dzięki każdej nowej książce odrabiałem straty w ruletkę i ponownie zapuszczałem się pod ziemię, gdzie jak się zdaje, przeczucie naszego ciała i kości przyciąga nas jeszcze za życia. Rzecz, która dziwi mnie dziś najbardziej, to „idealistyczna”, „delikatna” treść tych książek, mdły d’annunzionizm, w którym się lubowałem. Szlachetne rozmyślania, książęce gesty, koronkowe robótki z jedwabiu, błyskotliwe mots d’esprit i mądry, wszechwiedzący narrator, który wyczyniał z treścią tych mało treściwych opowieści tysiące subtelnych sztuczek. Gdy ponownie wchodziłem w konspiracyjny świat ruletki, natychmiast uderzały mnie, niczym coraz gorętsza, coraz bardziej ekscytująca fala, wiadomości o nowych regułach gry, które narzucała, bezdyskusyjnie, przytłaczająca osobowość Ruletkarza. Powtórzył jeszcze dwukrotnie pokaz ruletki z dwoma nabojami, po czym stał się tak bogaty, że zainwestował w kilkadziesiąt branż przemysłu krajowego, których akcje posiadł, tak że ruletka jako wulgarny interes, jako źródło utrzymania czy fortuny, stała się pomysłem absurdalnym. Z drugiej strony jego notowania miały tendencję spadkową, mimo fanatyków, którzy się rujnowali, uparcie stawiając przeciwko niemu. Na jeden znak Ruletkarza cały system zakładów runął. Organizowanie ruletek, w których jakiś biedny włóczęga przystawia sobie pistolet do skroni, zaczęło być w złym guście. Nie było żadnych patronów i akcjonariuszy, a jedynym człowiekiem, który jeszcze organizował pokazy ruletki, pozostał Ruletkarz. Ale wszystko stało się teatrem, z biletami wstępu zamiast zakładów, teatrem jednego aktora, który od czasu do czasu, niczym gladiator na arenie, stawiał czoło własnemu przeznaczeniu. Wynajmowano coraz przestronniejsze sale. Zrezygnowano całkowicie z tradycji szczurzej nory cuchnącej krwią i łajnem, z rembrandtowskich mroków. Do podziemi znoszono teraz ciężkie, połyskujące oleiście jedwabie, na stołach zatopionych falami holenderskich koronek stawiano kryształowe kielichy, pojawiły się meble z kwiatową intarsją, oświetlane przez kandelabry z setkami kwarcowych graniastosłupów i sopli. Zamiast pospolitego piwa podawano teraz wyszukane trunki w butelkach o dziwacznych kształtach. Kobiety w strojach wieczorowych pozwalały prowadzić się do stolików, skąd z zaciekawieniem patrzyły na scenę, gdzie najpierw grała orkiestra, z której wystawały we wszystkie strony złote lejki trąbek, zakrzywione szyje saksofonów, wdzięczne, w nieustającym ruchu, pręty puzonów. Myślę, że tak też wyglądała sala, w której Ruletkarz pojawił się przed publicznością, po raz pierwszy ładując rewolwer z trzema nabojami. Miał teraz dokładnie tyle szans na przeżycie, ile możliwości, że zagra po raz ostatni w tę szaleńczą grę. Nowa atmosfera, ostentacyjny luksus, który otulał niczym poczwarka przeraźliwego owada ruletki, tylko potęgowały w widzach ekscytację zapachem śmierci. Wszystko było nadal jak najbardziej autentyczne. Naturalnie Ruletkarz miał teraz włosy na brylantynie, nosił smoking i szerokie spodnie, według ówczesnej mody, ale rewolwer i kule były całkowicie realne, a prawdopodobieństwo tak oczekiwanego „wypadku” – większe niż kiedykolwiek. Broń ponownie przeszła przez ręce wszystkich, zostawiając na palcach delikatny zapach oleju. Nawet najdelikatniejsza dama na widowni nie zakrywała oczu, w ich fioletowym blasku rysowała się perwersyjna żądza, by ujrzeć to, o czym niektóre wiedziały ze słyszenia: czaszka pękająca jak skorupka jajka i dwuznaczna płynna substancja mózgu rozbryzgująca się na poły ich sukien. Nawiasem mówiąc, zawsze było dla mnie wstrząsające pragnienie kobiet, żeby się znaleźć blisko śmierci, fascynacja mężczyznami, którzy pachną niemal metafizycznie prochem. Prawdopodobnie to było źródłem niewiarygodnego powodzenia, którym cieszył się jakiś głupi wychudzony szympans, od czasu do czasu igrający z własnym życiem. Sądzę, że te kobiety nigdy nie kochałyby się z większą ochotą niż po tym, jak były świadkami jego śmierci, wróciwszy do domu z ukochanymi i zrzuciwszy na podłogę zakrwawione suknie, splamione jak jakieś opatrunki szarą substancją i ciałem szklistym z gałek oczu. Tymczasem Ruletkarz wspiął się na obłożoną czerwonym brokatem skrzynię, przyłożył pistolet do skroni i z tym samym paroksyzmem lęku na twarzy szarpnął za spust. Potem w ciszy, w której wszystko zamarło na kilka sekund, rozległ się huk upadającego na podłogę ciała. Po kilku dniach pobytu w szpitalu w delirycznym stanie Ruletkarz powrócił do normalnego życia. Nie mogę zapomnieć jego umęczonego oblicza, gdy leżał pod skrzynią twarzą do góry na dywanie bucharskim. W innych okolicznościach ruletkarze, którym udało się przeżyć, byli wygwizdywani, zdarzały się też pobicia przez zrozpaczonych akcjonariuszy; teraz jednak mój przyjaciel był oklaskiwany jak wielka gwiazda filmowa, a jego omdlałe ciało otaczano uwielbieniem. Młode dziewczęta przepychały się histerycznie w jego stronę i były szczęśliwe, gdy mogły go choćby dotknąć.

Ruletka z trzema naoliwionymi nabojami w bębenku zlewa się w mojej pamięci z tym, co stało się później. To było tak, jakby diaboliczna buta Ruletkarza popychała go coraz dalej, by coraz śmielej ubliżał bóstwom hazardu. Wkrótce ogłosił pokaz ruletki z czterema nabojami wetkniętymi w otwory sześciostrzałowego rewolweru, a następnie z pięcioma. Jeden pusty otwór na sześć, jedna szansa z sześciu na przeżycie! Gra przestała być grą i nawet najbardziej powierzchowny człowiek spośród tych, którzy zajmowali teraz pluszowe fotele, odczuwał – nie umysłem, nie sercem, lecz kośćmi, chrząstkami i nerwami – teologiczną wielkość, jaką zyskała ruletka. Ruletkarz załadował broń i wprawił w ruch bębenek, czemu towarzyszył ponownie cichy, urywany śmiech dobrze naoliwionego czarnego metalu. Sześciokątny magazynek, ciężki od naboi, zatrzymał się z jedynym pustym miejscem przed lufą. Rozległo się nadaremne kliknięcie spustu i Ruletkarz osunął się na ziemię w nabożnej ciszy.

Siedzę przy biurku opatulony pledem i mimo tego jest mi potwornie zimno. Kiedy pisałem te słowa, mój pokój, mój grobowiec, przemierzył czarną mgłę za oknem tak szybko, że zakręciło mi się w głowie. Przez całą noc przewracałem się w łóżku z boku na bok jak bezsilny wór zroszonych potem gnatów. Na zewnątrz nie istnieje już nic. I nigdy nie będzie. Choćbyś nie wiem ile szedł, w dowolnym kierunku, aż po nieskończoność, tylko ta czarna i gęsta mgła, solidna jak smoła. Moją stawką jest Ruletkarz, on powinien być kawałeczkiem zaczynu, wokół którego mógłby wyrosnąć ponownie pulchny chleb świata. W przeciwnym razie wszystko, jeśli to wszystko istnieje, jest płaskie jak podpłomyk. Ale skoro on istniał, a istniał – oto mój zakład – wtedy świat istnieje, a ja już nie będę musiał zamykać oczu i brnąć tak naprzód przez całą wieczność, z pomarszczoną na kościach skórą, z ciałem wywróconym na lewą stronę jak krwawe futro. Z tej opowieści robię dla siebie akwarium, bardzo liche, bo nie interesuje mnie jego aspekt dekoracyjny, w którym ja i on, każdy jako gwarant rzeczywistości tego drugiego, będziemy próbować przeżyć jak dwie półprzezroczyste ryby z widocznym pulsującym sercem, ciągnące za sobą cienką nitkę ekskrementów. Przeraża mnie myśl, że akwarium pozostanie dziurawe. Na Boga, muszę podjąć ten wysiłek, chociaż już nie czuję kręgosłupa.

Przez wiele lat Ruletkarz brał Anioła za frak, próbując ściągnąć go na ziemię, targając nim we wszystkie strony. Nadszedł jednak wieczór, kiedy schwycił go za kark i zebrawszy wszystkie siły, spojrzał mu głęboko w oczy. A Pan nad ranem okaleczył go i zmienił jego imię… W ostatni wieczór ruletki praktycznie cała śmietanka towarzyska miasta zgromadziła się w olbrzymiej hali chłodni w podziemiach rzeźni. Wystrój sali mógł wydawać się bardzo dziwny komuś, kto przywykł do ostentacyjnego parweniuszowskiego luksusu poprzednich miejsc. Nie wiem, czy to czyjaś intuicja, czy reminiscencja à rebours doprowadziła do tej nostalgicznej hybrydy, do tej poniekąd wyuzdanej mieszaniny promiskuityzmu i wyrafinowania, w każdym razie efekt robił znacznie większe wrażenie niż przepych sprzed kilku miesięcy. Pomijając wielkość pomieszczenia, na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że jesteś w jednej z dawnych nędznych piwnic z „prehistorycznych” czasów ruletki. Ściany były pełne obscenicznych bohomazów i napisów wydrapanych lub ordynarnie skreślonych węglem, ale nawet tylko trochę wyrobione oko nie mogło nie zauważyć estetycznego wyrafinowania graficznie spójnej i emocjonującej kreski wielkiego artysty, którego imię z oczywistych względów wolę pominąć. Wokół stolików ze szlachetnych gatunków drewna i ze złoconymi sztukateriami, imitujących beczki sardeli, siedzieli dawni akcjonariusze. Kryształowe kufle ze sztucznymi wyszczerbieniami naśladowały barbarzyński wygląd taniego szkła o zielonkawym odcieniu. Ciemnoczerwone filtry rozpraszały chorobliwe światło łuczywa nasączonego łojem, zmieszane z falami niebieskawego dymu jak z dawnych cygar, teraz perfumowanych piżmem, wzbudzające delikatne uczucie nostalgii. Na scenie z przodu sali stała prawdziwa skrzynka po pomarańczach przyniesiona z portu i pokryta napisami jakiejś arabskiej firmy. Wśród zebranych, przyciągniętych fantastyczną stawką tego wieczoru, można było rozpoznać rozmaitych potentatów naftowych w białych burnusach, gwiazdy filmowe i modnych piosenkarzy oraz przemysłowców z wykrochmalonymi plastronami i goździkiem w butonierce. Przy wejściu każdy się zgodził, by zasłonięto mu oczy jedwabną chustą, którą zdejmowano dopiero w sali. Ja sam byłem, mówię o tym z takim obrzydzeniem, że nie można mnie posądzić o brak skromności, rodzajem gwiazdy przyciągającej spojrzenia nawet najbardziej zblazowanych ludzi, nawet tych, którzy znaleźli się obok mnie tamtego wieczoru. Nigdy wcześniej moje książki nie miały takiego rozgłosu jak teraz, stawały się coraz grubsze i coraz bardziej zbliżone do ich upodobań: szlachetne, tak, przede wszystkim szlachetne. Wielkoduszne, przede wszystkim wielkoduszne. Tak brzmiało uzasadnienie jury, gdy przyznano mi Nagrodę Krajową: „Za szlachetne i wielkoduszne człowieczeństwo swoich książek, za wspaniałe władanie ekspresyjnością języka”. Kiedy Ruletkarz pojawił się w sali, ubrany w dziwaczne pasy tkaniny imitującej, gustownie, łachmany, i kiedy szef sali, przebrany za patrona, otworzył pudełko, które przyniósł pod pachą, i zaprezentował publiczności wspaniałego winchestera (obecnie w prywatnej kolekcji) z kolbą z kości słoniowej oraz lśniącą lufą, zaparło nam dech w piersiach. Nie mogłem uwierzyć, że to, co miało się wydarzyć, może być prawdą. Ruletkarz ogłosił kilka tygodni wcześniej, że na następnym pokazie ruletki użyje rewolweru ze wszystkimi sześcioma nabojami! Między progresją od jednego naboju do pięciu, bez względu na to, jak nieprawdopodobne się to zdawało, a obecnym szaleństwem istniała przepaść jak między jedną szansą a żadną. Kropla człowieczeństwa, którą Ruletkarz jeszcze zachował, wyparowała teraz pod milionem słońc pewności. Sprawdzanie nabojów i rewolweru trwało godzinami. Kiedy wróciły do niego, Ruletkarz, wspiąwszy się na swoją skrzynię, przez chwilę pobrzękiwał kulami w garści jak kośćmi do gry, a następnie wprowadził je po kolei do każdego z sześciu otworów bębenka, który wprawił w ruch gwałtownym ruchem dłoni. Ktoś przy mnie wyszeptał: „Niepotrzebnie”. W przeraźliwej ciszy słychać było wyraźnie drobny metaliczny chichot obracanych ząbków bębenka. Drżąc, z twarzą konwulsyjnie wykrzywioną, z przerażeniem w oczach, jakie można ujrzeć tylko u ludzi w agonii, przyłożył pistolet do głowy. Ludzie wstali z krzeseł.

Patrzyłem na niego z takim napięciem, że czułem, jak nabrzmiewają mi żyły w skroniach. Widziałem cyngiel rewolweru, który unosił się powoli, jakby wibrując. I nagle ta wibracja rozeszła się po sali, poczułem, że grunt usuwa mi się spod stóp. Dojrzałem jeszcze Ruletkarza spadającego ze skrzyni i usłyszałem apokaliptyczny huk wystrzału. Powietrze wypełnił głuchy hałas, rozrywały je krzyki kobiet i brzęk tłuczonego szkła rozpryskującego się na drobne kawałki. Ogarnięci paniką w zamkniętej przestrzeni, deptaliśmy sobie po stopach, chcąc jak najszybciej wydostać się na zewnątrz. Wstrząsy trwały kilka dobrych minut, przemieniając całe ulice w stosy gruzu i pogiętego żelastwa. Tuż obok wyjścia wykolejony tramwaj wjechał do sklepu meblowego, tłukąc witryny w drobny mak. Po godzinie trzęsienie rozpoczęło się na nowo, choć było słabsze niż za pierwszym razem. Kto miał odwagę wejść do domu tamtej nocy? Chodziłem po ulicach, aż poranna mgła rozbieliła horyzont, a pył zburzonych budynków opadł na bruk. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że Ruletkarz prawdopodobnie został tam, w podziemnej hali, i wróciłem, żeby sprawdzić, czy żyje. Znalazłem go leżącego na podłodze, zajmowało się nim kilka osób. Miał nogę zwichniętą w biodrze i stękał z bólu. Obok niego leżał jeszcze rewolwer pachnący prochem strzelniczym, z pięcioma już tylko nabojami w bębenku. Szósty pozostawił czarną dziurę w ścianie, blisko sufitu. Zatrzymałem na ulicy samochód i zabrałem przyjaciela z dzieciństwa do szpitala. Szybko wyzdrowiał, ale kuśtykał przez cały rok, tyle, ile jeszcze żył. Tamten wieczór pogrzebał ruletkę, została wymazana z pamięci wszystkich, tak jak zwykle zapomina się o każdej rzeczy, którą doprowadziliśmy do perfekcji. Młodsze powojenne pokolenia nie natrafiły już na ślad tych Tajemnic. Ja jeszcze tylko składam świadectwo, ale dla ciebie – dla nikogo, dla ciebie – dla niczego. Od tamtego wieczoru, kiedy miało miejsce trzęsienie ziemi, Ruletkarz zaszył się w swoich dzielnicach, jak zwykle pozostawiając za sobą szereg skandali, które ledwo dało się zatuszować. Wydaje się, że już nigdy nie pomyślał o ruletce.

Nie mogę już napisać nawet strony dziennie. Ciągły ból w nogach i kręgach. Bóle palców, uszu, skóry twarzy. Co to będzie, co będzie po śmierci? Chciałbym wierzyć, jakże chciałbym wierzyć!, że otworzy się tam przed nami nowe życie, że nasz obecny stan jest stadium larwalnym, przejściowym. Że jaźń, skoro istnieje, musi znaleźć sposób, aby zapewnić sobie trwałość. Że przejdę do czegoś nieskończenie bardziej skomplikowanego. W przeciwnym razie jest to absurdalne, a ja nie widzę miejsca dla absurdu w projekcie świata. Miliardy galaktyk, niedostrzegalne pola, wreszcie ten świat, który otacza moją czaszkę niczym aura, nie mógłby istnieć, gdybym ja nie musiał go poznać w pełni, posiąść go, być nim. Dzisiejszej nocy, skulony pod kołdrą, miałem coś w rodzaju wizji. Dopiero co się narodziłem z podłużnego, krwawego brzucha, niewymownie obscenicznego, który nadał mi dziwny ruch obrotowy. Z nieskończoną prędkością, pozostawiając za sobą smugi łez, krwi i limfy, wwiercałem się w noc. I nagle, już u kresu nocy, wyszedł mi naprzeciw ogromny Bóg światła, tak wielki, że nie ogarniałem go ani zmysłami, ani rozumem. Zbliżałem się do jego ogromnej klatki piersiowej, a rysy jego surowej twarzy rozmywały się w górze, płaszcząc się na krawędzi mojego pola widzenia. Wkrótce widziałem już tylko wielkie, żółte światło jego torsu, przez które przeniknąłem, koziołkując, po czym po bezkresnym nawigowaniu przez to ogniste ciało wyszedłem przez jego grzbiet. Spoglądając za siebie, podczas gdy oddalałem się w locie, ujrzałem kolosalnego Jehowę, jak upadał na lewo, twarzą w dół. Powoli kurczył się, aż zniknął, a ja znów byłem sam w bezkresnej nocy. Po pewnym czasie, niemożliwym do oszacowania (który nazwałbym wiecznością), na granicy pola mojego widzenia ukazał się inny Bóg, podobny do pierwszego. Przebiłem się także przez niego i wyskoczyłem do przodu, w próżnię. Następnie, po innej wieczności, pojawił się kolejny. Szereg Bogów, gdy patrzyłem za siebie, zwiększał się coraz bardziej. Były ich setki, potem tysiące, spadali twarzą w dół, to na lewo, to na prawo, na podobieństwo płomiennych ząbków gigantycznego zamka błyskawicznego. I rozpinając zamek swoim lotem, obnażyłem pierś prawdziwego Boga, raccourci wspanialsze niż cokolwiek innego na świecie. Wirując, zwęglony płomieniem jego światła, uniosłem się tak wysoko ponad nim, że dane mi było ujrzeć go w całości. Jakże był piękny! Owłosiona klatka piersiowa, jak u byka, i kobiece piersi. Jego twarz była młoda, zwieńczona płomieniem kosmyków zaplecionych w tysiące warkoczy; szerokie biodra okalały silny męski narząd. Od stóp do głów cały był tylko światłem. Oczy miał półotwarte, uśmiechał się ekstatycznie i smutno, a w środku serca, pod lewą drobną piersią, miał straszliwą ranę. W palcach prawej ręki trzymał niezwykle wdzięcznym gestem czerwoną różę. Płynął tak, leżąc, w przestrzeni, która usiłowała go zagarnąć, ale która zdawała się być wchłaniana, zagarniana przez niego… Obudziłem się wśród zimnych mebli mojego pokoju, łkając płaczem suchym, starczym. Chciałem wyrzucić te strony zebrane tutaj tak bez sensu. Ale co może zrobić człowiek, który pisał przez całe życie literaturę? Jak może wyjść poza arkana stylu? Jak, za pomocą jakich narzędzi, może złożyć na stronie czyste świadectwo, wyzwolone z okowów konwencji artystycznej? Zebrać się w sobie i mieć odwagę przyznać się: w żaden sposób. Wiedziałem o tym od samego początku, ale kierując się przebiegłością osaczonego zwierzęcia, ukryłem moją grę, mój cel, mój zakład, przed twoim wzrokiem. Bo ostatecznie postawiliśmy także na literaturę. Użyłem w swoim masochistycznym, pascalowskim rozumowaniu właśnie tego, co wydawało się obracać przeciwko mnie. Oto całe moje rozumowanie, wszystko, co sprawia, bym doprowadził do końca (tylko ja wiem, z jakim wysiłkiem) tę „opowieść”: Znałem pewnego Ruletkarza.

Co do tego nie mam wątpliwości. Mimo że jego istnienie jest niemożliwe, on jednak istniał. Ale jest jedno miejsce na świecie, gdzie niemożliwe jest możliwe, a mianowicie w fikcji, czyli w literaturze. Tam prawa statystyki mogą zostać naruszone, tam może się pojawić człowiek silniejszy od hazardu. Ruletkarz nie mógł żyć na świecie, innymi słowy: świat, w którym istniał, jest fikcyjny, jest literaturą. To dla mnie oczywiste, że Ruletkarz jest postacią literacką. Ale wobec tego ja także jestem postacią, i tu nie mogę się powstrzymać przed skakaniem z radości. Postaci literackie nigdy bowiem nie umierają, żyją, ilekroć ich świat „jest czytany”. Pasterz namalowany na greckiej wazie, nawet jeśli nigdy nie pocałuje swojej ukochanej, wie, że przynajmniej będzie mógł patrzeć na nią wiecznie. Oto mój zakład i moja nadzieja. Wierzę całym sercem, i mam mocny argument w postaci Ruletkarza, że jestem postacią opowieści i że, chociaż mam osiemdziesiąt lat, nigdy nie umrę, bo tak naprawdę nigdy nie żyłem. Być może żyję w mało wartościowej opowieści, być może jestem po prostu postacią drugoplanową, ale dla człowieka u kresu życia liczy się każda perspektywa inna niż zniknięcie na zawsze.

Na temat niezwykłego szczęścia Ruletkarza snuto setek przypuszczeń. Nie pozostaje mi nic innego, jak dodać jeszcze jedno, jeśli nie bardziej realne, to może przynajmniej spójniejsze od większości pozostałych. Znając Ruletkarza od małego, wiem, że to nie szczęście, lecz wręcz przeciwnie, najczarniejszy pech, nadzwyczajny pech, powiedziałbym, cechował go od zawsze. Nigdy nie doświadczył radości z wygranej nawet w najbardziej dziecinnej grze, w której hazard odgrywał jakąś rolę. Od gry w szklane kulki po wyścigi konne, od rzucania podkową na kołek po grę w pokera wydawało się, że los robił z niego błazna i stale z niego drwił. Ruletka była jego wielką szansą – i to niesamowite, że ten prostolinijny człowiek miał w sobie jednak tyle przebiegłości, aby wykorzystać ten jedyny punkt, gdzie mógł przebić, niczym skorpion, skorupę losu i przekształcić wieczne pośmiewisko w wieczny triumf. W jaki sposób? Wydaje mi się to teraz proste, prymitywne, a jednocześnie genialne w swej prostocie: Ruletkarz stawiał przeciwko sobie. Kiedy przykładał pistolet do skroni, podwajał się. Jego wola obracała się przeciwko niemu i skazywała go na śmierć. Za każdym razem był święcie przekonany, że umrze. Stąd, jak sądzę, wyraz bezgranicznego przerażenia, który pojawiał się na jego twarzy. Ponieważ miał totalnego pecha, jego zamiar popełnienia samobójstwa mógł się skończyć zawsze wyłącznie porażką. Być może to wytłumaczenie wydaje się głupie, ale jak powiedziałem, nie potrafię dostrzec innego sensownego. Co więcej, teraz to wszystko nie ma znaczenia…

Jestem zmęczony. Podejmuję nadludzki wysiłek, żeby napisać jeszcze stronę. To będzie ostatnia strona, bo kości zostały rzucone, a akwarium jest gotowe. Zatkam ostatnią szczelinę, przez którą przecieka jeszcze woda, a potem pozostanę przy nim, niemy i nieruchomy. Tylko ogony i płetwy pływających będą nas jeszcze od czasu do czasu wprawiać w ruch. Czekam na tę chwilę tak pożądliwie, że ledwie starcza mi cierpliwości, by dokończyć opowieść o Ruletkarzu. Jego kres nadszedł wkrótce po tym, jak w niesamowity sposób przeżył pokaz ruletki z sześcioma nabojami. Niespełna rok od tamtego wieczoru, kiedy pewnego mlecznego poranka wracał ze speluny, został nagle wciągnięty do bramy w jakimś podejrzanym zaułku, przez który wlókł nogi. Wyrostek, który nie miał nawet siedemnastu lat, przyłożył mu rewolwer do skroni i zażądał pieniędzy. Kilka godzin później znaleziono go martwego z rewolwerem, z którego nieszczęsny smarkacz nawet nie starł odcisków palców. Ciało nie miało żadnych śladów obrażeń, a sekcja zwłok wykazała zgon na skutek ataku serca. Ponadto z rewolweru nie oddano żadnego strzału, nie znaleziono w nim ani jednego naboju. Młodego mężczyznę zatrzymano tego samego dnia u przyjaciół, u których się ukrył, i wszystko stało się jasne. Jego zamiarem był tylko rabunek. Pistolet nie był naładowany, użył go tylko do zastraszenia. Ale pijaczyna, którego zaatakował, przeraził się straszliwie i runął ciężko na ziemię, smarkacz zaś stracił głowę, wyrzucił rewolwer i uciekł. Ponieważ Ruletkarz nie miał krewnych i zdawało się, że nikt go nie zna (ja sam ukrywałem się przez kilka dni, czekając, aż sprawa przycichnie), został pochowany w pośpiechu, z prostym krzyżem zbitym z desek.

W ten sposób kończę i ja moją drogę krzyżową i całun utkany ze słów, pod którym będę czekać powrotu do życia jak Łazarz, gdy usłyszę twój donośny i wyraźny głos, czytelniku. I aby płyta nagrobna miała epitafium, i aby koło się zamknęło, kończę wersami Eliota, które tak uwielbiam:

Obdarz, Panie, pokojem Izraela,

Tego, który ma lat osiemdziesiąt i żadnej przyszłości na ziemi.

Nostalgia

By dobyć dźwięk z życia przeszłości,

Duszę na nowo wprawić w drżenie,

Dłonią daremnie lirę głaszczę;

Odeszło wszystko w dal młodości,

Na ustach dawnych lat milczenie,

Czas rośnie za mną… a ja gasnę!

Mihai Eminescu

Słabołebski

przeł. Ireneusz Kania

Śnię sny ogromne, zabarwione obłędem, i mam wówczas doznania, jakich nigdy nie miewam na jawie. Przez ostatnie dziesięć lat zanotowałem setki snów, z których pewne powtarzały się wręcz konwulsyjnie, wlokąc mnie pod furcae caudinae wstydu, nienawiści, samotności. Mówi się wprawdzie, że każdy opowiedziany przez pisarza sen odbiera mu jednego czytelnika, że sny wplatane w opowieść nudzą, gdyż są tylko wygodną, acz przestarzałą, metodą przydawania jej głębi. W istocie sen autora z rzadka tylko znaczy coś dla kogoś innego. Ponadto pisarze często uciekają się do podróbek, przykrawają sny na żądaną miarę, tak by odbijały i porządkowały chaotyczną rzeczywistość opowieści, podobnie dzieje się, gdy umieściwszy obsadkę wiecznego pióra pośrodku przypadkowej bazgraniny, nieoczekiwanie dostrzegasz w niej odbicie nagiej kobiety. Ponieważ tę swoją opowieść pragnę zacząć od snu, próbuję się jakoś wybronić przed nieuniknionym oskarżeniem o lenistwo i naiwność.

Jak wiecie, jestem pisarzem okazjonalnym. Piszę tylko dla was, drodzy przyjaciele, i dla siebie. Mój prawdziwy zawód jest nudny, ale lubię go i znam bardzo dobrze wszelkie jego triki. Triki pisarskie nie robią na mnie wrażenia. Już od ponad roku uczestniczę w waszych niedzielnych spotkaniach, mógłbym więc przez ten czas nauczyć się mnóstwo o technikach zagęszczania opowieści. Mimo wszystko jednak bałem się, że chyba nie będę miał zbyt wiele do powiedzenia. W istocie aż do owej nocy, gdy miałem sen, który pragnę wam opowiedzieć, byłem przekonany, że nie ma w moim życiu niczego takiego, co warto byłoby ujawnić. Wcale więc nie staram się was zaskoczyć, chcę tylko opowiedzieć wszystko, i to od samego początku, bo jestem przekonany, że początek nadaje wszystkiemu ton zarówno w życiu, jak i w literaturze. Ba, nawet w szaleństwie. Przypominam sobie, od jakiego skrótu zaczął kiedyś mój dawny przyjaciel. Pewnego wieczoru wpadł do mojej garsoniery bardzo poruszony i opowiedział, co mu się przydarzyło przed godziną: „Wsiadłem do tramwaju, żeby pojechać do znajomego. Było bardzo zimno, więc szyby wozu mocno zaparowały. Przede mną siedziała kobieta, chyba ze wsi, w przybrudzonej brązowej kurtce i zielonej chustce. Nie zwróciłem na nią uwagi, póki nie podniosła ręki w grubej rękawicy i nie przetarła kawałka zaparowanej szyby. W tym momencie spojrzałem na zewnątrz przez ten przezroczysty kawałek szkła, a tramwaj wjechał akurat w tunel i ów kawałek zrobił się smoliście czarny na białym tle pozostałej części okna. Otóż ta plama miała zarys identyczny z profilem Goethego ze znanego «chińskiego cienia». Identyczny w każdym szczególe: prosty nos wyrastający spod pochyłego czoła, peruka zakończona harcapem, stanowcze wargi, okrągły podbródek…”. Żeby więc nie przeciągać, ja także chcę już zacząć opowieść o wspomnianym śnie. Jakieś dwa miesiące temu śniło mi się, że całkiem po prostu tkwię zamknięty w słoju, ale jakby zrobionym z górskiego kryształu. Wierciłem się w owym słoju, od czasu do czasu zapalającym się tęczowymi blaskami, i z wielkim zadowoleniem patrzyłem na płynny, pulsujący świat wokół. Od strony dalekich gór nadlatywał, wiosłując skrzydłami, ptak, a w miarę jak się przybliżał, rozciągał się łukowato na krzywiznach ścian słoja. Kiedy był już całkiem blisko, ujrzałem jego ogromne, migdałowe oko, powiększające się niby pod lupą i ogarniające mnie ze wszystkich stron. Zakryłem twarz z uczuciem jakiegoś okropnego wstydu i przyjemności zarazem. Spojrzawszy powtórnie, zauważyłem, że na ścianie słoja, obłędnie roziskrzonego, pojawił się delikatny zarys drzwi. Rzuciłem się ku nim, przerażony, że mogą być otwarte, po czym odetchnąłem z ulgą: u drzwi wisiała kłódka, ogromna i miękka, jak gdyby z żywego ciała. Ścieżką wiodącą z odległych gór i kończącą się u moich drzwi nadchodziła dziewczynka. Miała wielkie kokardy na końcach warkoczyków i wilgotne usteczka, wydawała się bardzo grzeczna i dobrze wychowana. Ściany słoja stały się proste i przezroczyste jak kryształ; nagle szarpnęła mną jakaś irracjonalna trwoga, strach, jakiego nie doświadczyłem nigdy w życiu. Dziewczynka stanęła pod drzwiami i zaczęła bębnić po grubym krysztale piąstkami perłowej barwy. Ze strachu rzuciłem się na dno słoja, a tocząc się po nim, nie spuszczałem jej z oczu. Gdy chwyciła za klamkę, poczułem, że rwą mi się wnętrzności, pęka serce. Dziewczynka złamała klamkę i rękami poplamionymi krwią pchnęła ciężkie kwarcowe drzwi. Skamieniała w progu w postawie niemożliwej do opisania, po prostu nie ma na to odpowiednich słów. I wtedy zauważyłem, że coś się dzieje w głębi, za plecami dziewczynki, po czym ruszyłem ścieżką prowadzącą w stronę odległych gór, tak że z każdą chwilą wzrokiem obejmowałem coraz większą powierzchnię masywnych murów – szklanych, lodowych bądź kryształowych – słoja, który zresztą nie był żadnym słojem, lecz ogromnym zamkiem, ciężką budowlą z gzymsami i sztukateriami, i karniszami, i gargulcami, i świetlikami, i balkonami, i krenelażami, i gankami, i okapami wykonanymi wyłącznie z jakiejś zimnej, przezroczystej materii. A pośród tysięcy sal o przejrzystych ścianach tkwiłem ja, rzucony na podłogę, i dziewczynka w obramowaniu szeroko otwartych drzwi, a za nią, od wejścia do zamku aż do centralnej komnaty, widać było setki drzwi otwartych na oścież, z zakrwawionymi klamkami.

Obudziłem się z jakimś dziwnym uczuciem, które nękało mnie przez cały ranek, ale sen dał znać o sobie dopiero po obiedzie, zrazu jako ostre skurcze o podłożu emocjonalnym, gdzieś w dołku, potem, w szkole, gdy słuchałem moich uczniów, jako ciąg niezrozumiałych, bolesnych doznań. Żeby odtworzyć to, co wam tu opowiadam, potrzebowałem jeszcze następnego dnia. Ale i tak, nie wiadomo dlaczego, mam wrażenie, iż pamiętałem więcej, niż tu opowiadam, i że tymczasem wiele zapomniałem. Tak, teraz, kiedy o tym piszę, przeszyła mnie myśl, że znałem gesty dziewczynki ze snu i pamiętałem jej słowa, ale w żaden sposób nie potrafię ich przywołać. Mam nadzieję, że przypomnę je sobie w trakcie opowieści…

Zapisawszy sen, próbowałem jak zwykle odtworzyć go za pomocą anamnezy. Zacząłem na chybił trafił, pragnąc przypomnieć sobie jakiś szczegół, który mógłbym powiązać z którąś z sekwencji ze snu. Po mniej więcej dwugodzinnej medytacji nad filiżanką kawy – kiedy to koncentrowałem się na kalkomanii naklejonej na filiżance: purpurowym motylu z odwłokiem w kształcie gładkiej, odrażającej glisty i z dwiema plamami na skrzydłach, jak dwoje ogromnych oczu, niebieskich, ze złotą obwódką – zanotowałem w swym dzienniku następujące zdania, które przyszły do mnie spontanicznie: „Kiedy śnię, dziewczynka wstaje z łóżka, podchodzi do okna i z twarzą przyklejoną do szyby patrzy, jak między różowymi i żółtawymi domami zachodzi słońce. Odwraca się twarzą ku sypialni w kolorze krwistoczerwonym i znów kuli się pod wilgotnym prześcieradłem. Kiedy śnię, coś zbliża się do mojego sparaliżowanego ciała, bierze moją głowę w dłonie i nadgryza ją jak przezroczysty owoc. Otwieram oczy, ale nie ośmielam się zrobić najmniejszego ruchu. Podnoszę się z łóżka i idę do okna: całe niebo jest w gwiazdach”. I natychmiast, jak gdybym wypowiedział jakąś sakralną formułę, zaczynam sobie przypominać. Nie wszystko, ale na przykład olśniło mnie, że historia ze słojem ma źródło w telefonicznej rozmowie z moją dawną przyjaciółką, która opowiadała, że ma parkę chomików i trzyma je w słoju na posłaniu z trocin. Potem zamajaczyło mi w głowie moje najdawniejsze wspomnienie: miałem co najwyżej dwa lata, rodzice mieszkali w okolicach Silistry. Catana, właściciel domu, podarował mi dzwonek. Doskonale pamiętam, że wyszedłem z podwórka na ulicę i wlazłem w wielką, mętną kałużę. Tam dzwonek wpadł mi do wody i, choć drobnymi rączkami długo gmerałem po dnie kałuży nie głębszej niż na kilka centymetrów, nie znalazłem go. I pamiętam też, jak mnie to zdumiało. To wspomnienie uświadomiło mi, że zawiązków snu muszę szukać znacznie głębiej w przeszłości. Skoncentrowałem się na dziewczynce i jej warkoczykach związanych ogromnymi kokardami z nakrochmalonego płótna. Pomyślałem, że jest podobna do małych wieśniaczek malowanych przez mistrzów holenderskich, dziewcząt w koronkowych czepkach na głowie. I pomyślałem o prześcieradłach z holandy, na których rozwalały się nagie, przepysznie krągłe ciała Ingres’a, i raptem wspomnienie dopadło mnie: dziewczynka nazywała się Jolanda. Wówczas ujrzałem przed sobą szklane drzwi Klatki Pierwszej, które otwierały się tak ciężko, młyn Dymbowica, odpustowe zegarki w kolorach boleśnie jaskrawych i nocną panoramę Bukaresztu oglądaną z tarasu, rozświetlaną czerwonymi i zielonymi reklamami, które zapalały się i gasły. W trudnym do opisania uniesieniu w ciągu paru minut wygrzebałem z pamięci rzeczy, o których, jak sądziłem, bezpowrotnie zapomniałem. Przede wszystkim uświadomiłem sobie, że w tym właśnie okresie mojego życia skoncentrowało się wszystko, co we mnie oryginalne, a może nawet niezwykłe. W jaki sposób przetrwała do tego momentu owa doskonała perłowa kula zakleszczona między szarymi stawidłami mojego życia belfra, zblazowanego starego kawalera, który żyje, bo po prostu się urodził – nie mam pojęcia. Ale poczułem się bardzo szczęśliwy, że nawet taki facet jak ja może mieć coś ciekawego do opowiedzenia z własnego życia. Nie zamierzałem jednak pisać opowieści, lecz tylko coś w rodzaju relacji, zwięzłej, szczerej kroniki z najdziwniejszego (prawdę mówiąc, jedynego) okresu tegoż życia. Ale bohater owej kroniki, mimo że w czasie, gdy „toczy się akcja”, miał najwyżej siedem lat, zasługuje na opis, bo z pewnością na zawsze, choć w sposób ukryty, jak w moim wypadku, odcisnął on piętno na losach wszystkich dzieciaków, które wtedy bawiły się na tyłach mojego bloku przy alei Stefana Wielkiego.

Blok ma osiem pięter, za nim jest teraz parking, na którym dygocą w tę mroźną zimę ustawione ciasno obok siebie samochody. Wprowadziliśmy się tutaj dwadzieścia jeden lat temu; mama właśnie wyszła z kliniki położniczej, gdzie urodziła moją siostrę. Pamiętam, jak pośrodku zupełnie pustego białego pokoju wypełnionego światłem, które wpadało przez okno bez firanek, mama, oblana oślepiającym wiosennym słońcem, siedzi na krześle i karmi piersią niemowlę. Głową sięgałem wtedy dokładnie do kuchennego zlewu, którego dno z czasem tak się obłuszczyło z emalii, że zarysowała się na nim plama odtwarzająca precyzyjnie kontury Afryki z jej pustyniami i głównymi rzekami.

Blok jeszcze wykańczano. Jednym końcem przylegał do budowli, która mnie zawsze niepokoiła, tyle dźwigała blankowań i ganków, tyle otwierała nieskończonych perspektyw, które później odnalazłem u Chirico; na całej zachodniej ścianie, od strony młyna (innej budowli średniowiecznej o ponurej czerwonawej barwie), blok nadal oplatały pordzewiałe rusztowania. Za blokiem ziemia rozryta była wykopami kanalizacyjnymi, głębokimi tu i ówdzie na ponad dwa metry. To był nasz teren zabaw, oddzielony od dziedzińca młyna betonowym parkanem, nowy świat, pełen kryjówek, zaśmiecony i dziwny, który my – siedmiu, ośmiu chłopców w wieku od pięciu do dwunastu lat – każdego ranka braliśmy w posiadanie, aby myszkować po nim, uzbrojeni w pistolety wodne po dwa leje za sztukę, niebieskie i różowe, któreśmy kupowali w sklepie z zabawkami Czerwony Kapturek, znajdującym się wówczas na placu Obor – na tym starym, prawdziwym Oborze – i zawsze śmierdziało w nim naftą.

Banda miała ścisłą hierarchię opartą na zasadzie siły: kto kogo potrafi sprać. Pamiętam kilku jej członków: Vova i Paul Smirnoff (jaki byłem zły, gdy później usłyszałem o wódce tej nazwy!), Mimi i Lumpă (nie pamiętam ich nazwiska), Luţă, Dan z Klatki Trzeciej, Marconi i jego braciszek „Chińczyk”, Luci, Marian-Marţianu-Marţaganu-Ţaganu--Ţacu, ten, który jakieś dwa lata temu ożenił się ze sprzedawczynią z cukierni, Jean z siódmego piętra, Sadu, mój sąsiad, Nicușor z Klatki Drugiej. Dzisiaj mi się wydaje, że każdy z nich był interesujący na swój sposób. Paul jadł smołę i wysysał odwłoki motyli, twierdząc, że jest w nich miód. Jego braciszek Vova był grzeczny i nieśmiały, ale miał manię opowiadania każdemu o okręcie Titanic, który, jak twierdził, był wyższy od trzech bloków postawionych jeden na drugim i miał tysiąc śrub. Mimi hodował jeża i zbierał zagraniczne pudełka od papierosów, niektóre z cieniutkiego plastiku. Był najstarszy i mógł stłuc każdego z nas. Dlatego przewodził nam, chociaż wyglądał trochę jak Cyganiak. O ile Mimi był silny, o tyle jego brat Lumpă był niezgułowaty – smarkacz i płaksa sklamrzący z byle powodu, toteż nazywaliśmy go „symfonią D-dur”. Musiał mieć około czterech lat i był chyba trochę zapóźniony umysłowo, ledwo bąkał parę słów. Luci, który naprawdę miał na imię Luciosu (tak jak ja – Mirciosu), był moim najlepszym przyjacielem. Włóczyliśmy się razem tu i tam, ja słuchałem jego opowieści o koniach, zawsze o koniach galopujących po arenach wysłanych jedwabiem i w pantoflach z kwiecistego kaszmiru na podkowach. Luţă miał w sobie coś makabrycznego, zresztą jego brat po skończeniu liceum wszedł na taras i rzucił się w dół, na asfalt. Byłem akurat w swoim pokoju i robiłem papierowe solniczki, gdy zobaczyłem przez okno jego duże ciało mknące w dół z jakimś dziwnym furkotem. Huknęło o asfalt, wyjrzałem, zobaczyłem na ziemi, koło pobiedy, byłego licealistę w mundurku. Na tle wesołej, jasnoczerwonej plamy, która powiększała się z wolna, rysował się jego szlachetny profil.

Banda miała, rzecz jasna, więcej członków, może mniej ważnych, a może po prostu ich nie zapamiętałem. Wiem, że w Klatce Szóstej mieszkał chłopiec chory na polio, nogę ujętą miał w skomplikowany metalowy mechanizm, jaki zapewne nosiła Harrietta, siostra Eminescu. Babcia wyprowadzała tego chłopca na tyły bloku i tam przypatrywał się naszym zabawom w „czarownicę”. Zachowywał się tak, jakby go nie było. Aha, byłbym zapomniał: mieliśmy też wśród nas Dana Wariatuńcia, którego Mimi ochrzcił dziwnym przezwiskiem; dotąd nie wiem, jak ten ciężko myślący głupek mógł je wymyślić. Nazwał go „Słabołebski”. Dan miał zwyczaj wdrapywać się na balustradę otaczającą taras i z wysokości ośmiu pięter krzyczeć do nas, gestykulując i udając, że zaraz spadnie. My wszyscy nie śmieliśmy nawet zbliżyć się do balustrady, a cóż dopiero na nią wchodzić.

Znajome dziewczynki nie należały, rzecz jasna, do bandy. Czas zabawy spędzały, rysując na asfalcie bezkresne pejzaże kredą niebieską, żółtą i cyklamenową albo nawet kawałkiem cegły bądź też bawiąc się po swojemu – w „chusteczki”, w „królewicza na koniu”, w „całuski”, w „odi-odi-oda” albo w „klejnot niebywały, jakiego nie ma w świecie całym”. Były wśród nich między innymi: Viorică, córka głuchoniemych, jedyna mówiąca w całej rodzinie, ale z rodzicami porozumiewająca się na migi; Mona, siostra Dana, wariatka jak i on, o żółtych, lśniących nienawiścią oczkach, jedyna, którą dopuściliśmy do zabawy w „czarownicę”; Fiordalis, córka Greków nazwiskiem Zorzon; Marinela, której Jean wyśpiewywał na melodię „Marina, Marina, Marina” słowa „Blondyna, blondyna, blondyna, długa i chuda jak trzcina”; wreszcie Jolanda, która ukazała mi się we śnie.

Nie będę się o nich dalej rozwodził. Wszystkie te barwne i wonne obłoczki może i są malownicze, ale nie mogę pozwolić sobie na zanudzanie was błahymi opowiastkami. Tylko tło – oto czym byliśmy wszyscy dla tego, który przyszedł i zmienił w nas coś, albo przynajmniej odcisnął na nas jakieś niewytłumaczalne piętno, który nie mógł stłuc nawet Lumpy, a jednak przez pewien czas miał posłuch u samego Mimiego. Całe moje dotychczasowe ględzenie jest bodaj tylko wstępem do tej – cóż, nazwijmy ją tak – opowieści, wstępem wartym wysiłku choćby dlatego, że jako nauczyciel języka rumuńskiego zwykłem przy każdej okazji powtarzać: wypracowanie powinno zawsze mieć wstęp (w którym określone są czas, miejsce i postacie akcji), rozwinięcie i zakończenie. Mój wstęp jest przydługi, ale i tak nie mogę jeszcze przejść do rozwinięcia. Muszę przedtem opisać wam, jakie były nasze rozrywki, zanim na podwórku pojawił się „główny bohater”.

Większość z nas praktycznie nigdy nie opuszczała strefy na tyłach bloku, gdzie stał kasztan, przyklejony do fabryki chleba Pionier, niemal wyrastający wprost z niej – stary i zmaltretowany, z dziuplą zaklejoną cementem i z zardzewiałym hakiem wbitym ukośnie w korę rojącą się od mrówek. Opieraliśmy na nim nogę – Sadu, Luci i ja – żeby wdrapać się na górę, gdzie czuliśmy się w swoim żywiole, jak staruszki z Harfy traw Capote’a. Wysoko, tam, gdzie