Nora Webster - Colm Toibin - ebook
lub
Opis

W panteonie kobiecych bohaterek irlandzkiej literatury króluje niepodzielnie Molly Bloom. Do Nory Barnacle, na której podobieństwo James Joyce stworzył tę postać, dołącza teraz inna Nora – Nora Webster, pogrążona w żalu wdowa, wrośnięta w prowincjonalne miasteczko, irlandzka do szpiku kości...

Gdy nareszcie ustają przygnębiające wizyty żałobników, Nora Webster czuje wyłącznie ulgę. Od dnia pogrzebu niemal codziennie ktoś przychodził złożyć jej kondolencje, podczas gdy ona marzyła tylko o tym, by wreszcie zostać sama.

Początkowo nie wie, jak zapełnić te mijające powoli godziny, ale szybko dopada ją codzienność. Jest tyle spraw do załatwienia. Przede wszystkim finanse: wdowi zasiłek nie wystarczy na bieżące utrzymanie, powinna więc znaleźć pracę. Do tego dzieci, które potrzebują jej wsparcia. Donal po śmierci ojca zaczął się jąkać, Conor wiecznie się czymś zamartwia. Na szczęście starsze córki, uczące się poza domem, radzą sobie lepiej, ale za to ma poczucie, że coraz bardziej się od niej oddalają.
Każdy dzień to dla Nory nauka życia w pojedynkę i samodzielnego podejmowania decyzji bez pytania nikogo o zdanie.

W swojej najnowszej powieści Colm Tóibín kreśli nie tylko kolejny wyrafinowany kobiecy portret. Nora Webster to coś więcej niż studium żałoby, to również słodko-gorzki obraz życia irlandzkiej prowincji w latach 60., z narastającym w tle krwawym konfliktem w Irlandii Północnej.

Jest to najlepsza książka Tóibína. Ból pogrążonej w żałobie wdowy jest przedstawiony z tak prostą intensywnością, że wydaje się niemożliwe, by powieść była również zabawna, ale to nieprawda.
„Spectator”

Colm Tóibín (ur. 1955 r.) – pisarz, eseista, krytyk, dziennikarz, dramatopisarz i poeta, uznawany za jednego z najważniejszych współczesnych pisarzy irlandzkich. Debiutował w 1990 r. powieścią The South. Jest autorem wielu powieści, esejów i zbiorów opowiadań. Jego książki były nominowane do licznych nagród, m.in. do Nagrody Bookera, otrzymały też wiele wyróżnień, m.in. Costa Novel Award. Ekranizacja wydanej w 2009 r. powieści Brooklyn doczekała się kilku nominacji do Oscara.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 484

Popularność


Colm Tóibín

NORA WEBSTER

przełożył Jerzy Kozłowski

Wydano przy wsparciu finansowym Literature Ireland

Tytuł oryginału: Nora Webster

Copyright © 2014 by Heather Blazing Ltd

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Jerzy Kozłowski, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Bríd Tóibín (1921–2000)

Niall Tóibín (1959–2004)

Rozdział pierwszy

– Masz ich już pewnie serdecznie dosyć. Nigdy nie przestaną przyłazić?

Tom O’Connor, jej sąsiad, stał na progu swojego domu i spojrzał na nią, czekając na odpowiedź.

– Co zrobić? – rzuciła.

– Po prostu nie otwieraj drzwi. Ja bym nie otwierał.

Nora zamknęła furtkę.

– Oni chcą dobrze. Mają dobre intencje – powiedziała.

– Dzień w dzień – burknął Tom. – Nie wiem, jak ty to znosisz.

Zastanawiała się, czy zdąży dojść z powrotem do drzwi, nie musząc mu znowu odpowiadać. Przybierał teraz nowy ton – ton, na jaki wcześniej nigdy by sobie nie pozwolił. Mówił tak, jakby miał nad nią jakąś władzę.

– Chcą dobrze – powtórzyła, ale tym razem wypowiedzenie tych słów przepełniło ją smutkiem, aż musiała zagryźć wargi, żeby powstrzymać łzy. Spojrzenie Toma podpowiedziało jej, że sprawia wrażenie zgnębionej i przybitej. Weszła do domu.

Tego wieczoru pukanie rozległo się tuż przed ósmą. W pokoju kominkowym było rozpalone i obaj chłopcy odrabiali przy stole lekcje.

– Idź otwórz – rozkazał Donal Conorowi.

– Sam idź.

– Niech któryś z was otworzy – poprosiła.

Conor, młodszy z dwóch synów, wyszedł do przedpokoju. Gdy otworzył drzwi, usłyszała głos, kobiecy, ale go nie rozpoznała. Conor wprowadził gościa do pokoju od ulicy.

– To ta malutka pani, która mieszka na Court Street – przekazał szeptem, wróciwszy do pokoju kominkowego.

– Jaka malutka pani? – spytała.

– Nie wiem.

Gdy Nora weszła do frontowego pokoju, May Lacey pokręciła ze smutkiem głową.

– Nora, odczekałam trochę, ale jestem. Nie potrafię wyrazić, jak mi przykro z powodu Maurice’a. – Sięgnęła po dłoń Nory. – Taki młody mężczyzna. Znałam go, jak był jeszcze chłopcem. Na Friary Street znaliśmy ich wszystkich.

– Zdejmij płaszcz i chodźmy do drugiego pokoju – zaproponowała Nora. – Chłopcy odrabiają tam lekcje, ale mogą się przenieść tutaj i włączyć grzejnik. Zresztą i tak niedługo kładą się spać.

May Lacey, wciąż z chustką na szyi, z kosmykami rzadkich siwych włosów wystającymi spod kapelusza, usiadła naprzeciwko Nory w kominkowym i zaczęły rozmawiać. Po jakimś czasie chłopcy poszli na górę; Conor, gdy Nora go zawołała, za bardzo się wstydził, żeby zejść i się pożegnać, ale Donal niebawem się zjawił, usiadł z nimi w pokoju i bacznie przyglądał się pani Lacey, nic nie mówiąc.

Było jasne, że tego dnia nikt inny już ich nie odwiedzi. Nora poczuła ulgę na myśl, że nie będzie musiała zabawiać ludzi, którzy się nie znają, lub ludzi, którzy się nie lubią.

– No, w każdym razie – podjęła May Lacey – Tony leżał w szpitalu na Brooklynie, a tu któregoś dnia na łóżku obok zjawia się nowy pacjent, to zaczęli ze sobą rozmawiać. Tony poznał, że to Irlandczyk, więc mu powiedział, że jego żona pochodzi z hrabstwa Wexford. – Przerwała i zasznurowała usta, jak gdyby próbowała sobie coś przypomnieć. Nagle zaczęła naśladować męski głos. – „O, ja też stamtąd”, powiedział tamten, a Tony na to, że żona mieszkała w Enniscorthy. „To tak jak ja”, odpowiedział ten Irlandczyk. I zapytał Tony’ego, gdzie dokładnie w Enniscorthy, więc Tony na to, że na Friary Street.

May Lacey nie spuszczała wzroku z jej twarzy, Nora musiała więc okazywać zainteresowanie i zaskoczenie.

– Na co tamten, że też tam mieszkał. Niesamowite, prawda? – Przerwała, czekając na odpowiedź. – I powiedział jeszcze Tony’emu, że przed wyjazdem z miasta w witrynie u Gerry’ego Crane’a wstawił to coś z metalu, jak to się nazywa, kratę czy kratownicę. Poszłam sprawdzić, no i proszę: jest. Gerry nie wiedział, skąd się wzięła ani kiedy ją wstawiono. Ale ten pacjent z łóżka obok Tony’ego na Brooklynie twierdził, że to on ją wstawiał, był spawaczem. Taki zbieg okoliczności! I pomyśleć, że się spotkali akurat na Brooklynie.

Gdy Donal poszedł spać, Nora zaparzyła herbatę. Razem z herbatnikami i ciastem wniosła ją na tacy do pokoju kominkowego. Kiedy już się uporały z rozstawieniem i napełnieniem filiżanek, May Lacey wysączyła łyczek i znów się rozgadała.

– Oczywiście u mnie wszyscy wprost uwielbiali Maurice’a. Zawsze pytali o niego w listach. Przyjaźnił się z Jackiem przed jego wyjazdem. I naturalnie Maurice był świetnym nauczycielem. Chłopcy go podziwiali. Słyszałam to tyle razy.

Nora, zapatrzona w ogień, szperała w pamięci, próbując sobie przypomnieć, czy May Lacey kiedykolwiek była u nich w domu. Raczej nie. Znała ją od zawsze, jak tylu innych mieszkańców miasta, wymieniały pozdrowienia i grzeczności lub zatrzymywały się na pogaduszki, jeśli miały jakieś nowiny. Znała wiele szczegółów z jej życia, łącznie z nazwiskiem panieńskim i w którym grobie na cmentarzu będzie pochowana. Nora słyszała ją kiedyś, jak śpiewała na jakimś koncercie, pamiętała jej piskliwy sopran – to było Home Sweet Home alboOft in the Stilly Night, jedna z tych pieśni.

Wydawało jej się, że May Lacey nieczęsto wychodzi z domu, najwyżej do sklepu albo na niedzielną mszę.

Milczały teraz i Nora miała nadzieję, że może May zaraz sobie pójdzie.

– Tak miło z twojej strony, że do mnie wpadłaś – powiedziała.

– Och, Nora, tak bardzo ci współczułam, ale wolałam się nie tłoczyć z całą resztą, więc postanowiłam odczekać.

Odmówiła drugiej filiżanki herbaty i Nora pomyślała, wynosząc do kuchni tacę, że May teraz wstanie i włoży płaszcz, ale kobieta nie ruszała się z fotela. Nora weszła na górę sprawdzić, czy chłopcy śpią. Uśmiechnęła się do siebie na myśl, że mogłaby się teraz położyć i zasnąć, zostawiając panią Lacey w pokoju na dole, gdzie na próżno czekałaby na nią, wpatrzona w ogień.

– A gdzie dziewczyny? – spytała May, gdy Nora znów usiadła. – Ostatnio w ogóle ich nie widuję, a kiedyś ciągle przechodziły obok mojego domu.

– Aine uczy się w Bunclody. Próbuje się tam zaaklimatyzować – wyjaśniła Nora. – A Fiona studiuje w kolegium nauczycielskim w Dublinie.

– Wyjeżdżają, a my za nimi tęsknimy – przyznała May Lacey. – Ja tęsknię za nimi wszystkimi, naprawdę, ale to zabawne, najczęściej myślę o Eily, chociaż Jacka też mi brakuje. Nie wiem, było coś takiego, że po prostu nie chciałam jej stracić. Myślałam, że po śmierci Rose… Nora, pamiętasz… myślałam, że wróci do domu i już tu zostanie, znajdzie jakąś pracę, aż tu któregoś dnia, gdy przyjechała na kilka tygodni, zauważyłam, że jest jakaś cicha, zupełnie jak nie ona, a potem rozpłakała się przy stole, i to wtedy się dowiedziałam, że jej chłopak w Nowym Jorku nie chciał jej puścić do Irlandii, jeśli nie wezmą ślubu. Więc wyszła tam za niego, nikomu z nas nic o tym nie mówiąc. „No to nie ma co, Eily – powiedziałam jej. – Będziesz musiała do niego wrócić”. Nie mogłam jej spojrzeć w oczy, nie mogłam z nią rozmawiać. Potem przysłała mi zdjęcia, a na nich on i ona, razem, w Nowym Jorku, ale nie mogłam się przemóc, żeby je obejrzeć. Były ostatnią rzeczą na świecie, na którą chciałabym spojrzeć. Zawsze jednak żałowałam, że nie została.

– Tak, było mi przykro, gdy usłyszałam, że wróciła do Ameryki. No cóż, może jest tam szczęśliwa – rzekła Nora i natychmiast poczuła, że powiedziała coś nie tak, bo May Lacey ze smutkiem spuściła oczy, jakby urażona.

May Lacey zaczęła szperać w torebce. Włożyła okulary do czytania.

– Myślałam, że wzięłam list od Jacka – zaczęła – ale zdaje się, że zostawiłam go w domu.

Wyciągnęła jakąś kartkę, potem jeszcze jedną.

– Nie, nie mam go. Chciałam ci pokazać. Jack chciałby cię o coś zapytać.

Nora nic nie mówiła. Nie widziała Jacka Laceya od ponad dwudziestu lat.

– Może odszukam ten list i ci go przyślę – zaproponowała May. Wstała do wyjścia. – Nie sądzę – podjęła, wkładając płaszcz – żeby wrócił na stałe do Irlandii. Co miałby tu robić? Mają tam, w Birmingham, swoje życie, zapraszali mnie, a jakże, ale powiedziałam Jackowi, że jeśli przed śmiercią nie zobaczę Anglii, nie będę z tego powodu rwać włosów z głowy. Podejrzewam jednak, że chciałby tutaj mieć coś swojego, gdzie mógłby przyjeżdżać, zapraszać dzieci Eily, może jeszcze kogoś.

– Cóż, ma ciebie, ciebie może odwiedzać – zauważyła Nora.

– Domyśla się, że będziesz sprzedawać Cush – kontynuowała May, poprawiając chustkę. Mówiła, jak gdyby to nie było nic ważnego, teraz jednak, gdy patrzyła na Norę, jej spojrzenie było poważne i skupione i zadrżał jej podbródek. – Pytał mnie, czy będziesz sprzedawać – dodała i mocno zacisnęła usta.

– Nie robiłam jeszcze żadnych planów – odparła Nora.

May znów zasznurowała usta. Nie ruszała się.

– Szkoda, że nie wzięłam tego listu – westchnęła. – Jack zawsze uwielbiał Cush i Ballyconnigar. Jeździł tam z Maurice’em i resztą i nigdy tego nie zapomniał. Niewiele się tam zmieniło, wszyscy by go pamiętali. Ostatnim razem, kiedy przyjechał do domu, nie znał połowy ludzi w mieście.

Nora się nie odzywała. Chciała, żeby May już sobie poszła.

– Tak czy siak, powiem mu, że ci o tym wspomniałam. To wszystko, co mogę zrobić.

Jako że Nora nie odpowiadała, May spojrzała na nią, wyraźnie rozdrażniona jej milczeniem. Wyszły do przedpokoju i tam przystanęły.

– Czas najlepiej leczy rany. Nic więcej ci nie powiem, Nora. Ale mówię z własnego doświadczenia.

Westchnęła, gdy Nora otworzyła drzwi.

– Dziękuję, że mnie odwiedziłaś, May – rzekła Nora.

– Dobranoc, Nora, i trzymaj się.

Nora patrzyła za nią, jak powoli oddala się chodnikiem w stronę swojego domu.

Pewnej soboty tamtego października wybrała się swoim starym austinem A40 do Cush, zostawiając chłopców z kolegami i nikomu nie mówiąc, dokąd się wybiera. W tych miesiącach, gdy jesień przechodziła w zimę, jej celem było zapanować nad łzami, ze względu na synów, a może i na siebie samą. Jej płacz, który pojawiał się niejako bez powodu, przerażał chłopców i burzył ich spokój, gdy stopniowo przyzwyczajali się do nieobecności ojca. Uzmysłowiła sobie, że z czasem zaczęli się zachowywać, jak gdyby wszystko toczyło się normalnie, jak gdyby niczego tak naprawdę nie brakowało. Nauczyli się ukrywać, co czują. Ona z kolei nauczyła się rozpoznawać znaki ostrzegawcze, myśli, które niechybnie prowadzą do innych myśli. Miarą tego, jak dobrze sobie radzi z synami, była umiejętność kontrolowania własnych emocji.

Zjeżdżała ze wzgórza w pobliżu The Ballagh i ujrzawszy morze, uświadomiła sobie, że nigdy wcześniej nie była na tej drodze sama. Przez te wszystkie lata któreś z dzieci, gdy były młodsze, właśnie w tym miejscu wykrzykiwało: „Widać morze!”, a wtedy musiała je uciszać i napominać, żeby nie wstawały z miejsc.

W Blackwater zastanawiała się, czy nie zrobić postoju i nie kupić papierosów, czekolady, czegokolwiek, aby tylko opóźnić przyjazd do Cush. Była jednak pewna, że zobaczy ją ktoś znajomy i będzie chciał składać kondolencje. Słowa przychodziły łatwo: „Tak mi przykro”, „Bardzo współczuję”. Wszyscy mówili to samo, ale nie było żadnej przyjętej formułki na odpowiedź, słowa „tak, wiem” i „dziękuję” brzmiały chłodno, niemal pusto. A oni potem stali i wpatrywali się w nią, aż nie mogła się doczekać, kiedy się od nich uwolni. Było coś pazernego w sposobie, w jaki chwytali ją za rękę i patrzyli jej w oczy. Zastanawiała się, czy sama nie robiła kiedyś tego samego, i doszła do wniosku, że chyba jednak nie. Gdy skręciła w prawo na Ballyconnigar, pomyślała, że czułaby się znacznie gorzej, gdyby ludzie jej unikali. Uderzyła ją myśl, że prawdopodobnie to robią, tylko ona tego nie zauważyła.

Niebo pociemniało i na szybę spadło kilka kropel deszczu. Krajobraz wydawał się tu dużo bardziej ogołocony, bardziej zimowy niż miejsca, które mijała po drodze do Blackwater. Przy boisku skręciła w lewo na Cush i pozwoliła sobie na krótką chwilę rozmarzenia – wyobraziła sobie, że to ponury letni dzień z niedawnej przeszłości, z wróżącym deszcz zachmurzonym niebem, a ona wybrała się do Blackwater po mięso, pieczywo i gazetę i teraz wrzuciła zakupy beztrosko na tylne siedzenie. Cała rodzina jest w domu przy stawie, Maurice z dzieciakami, do tego może paru przyjaciół, dzieci śpią do późna i będą rozczarowane, że nie świeci słońce, ale to im nie przeszkodzi w grze w piłkę, wygłupianiu się przed domem lub spacerach nad morze. Gdyby jednak rozpadało się na dobre, będą oczywiście siedzieć w domu i grać w karty, aż chłopcy zaczną marudzić i przychodzić do niej na skargę.

Oddawała się tym fantazjom, dopóki miała na to ochotę. Ale gdy ujrzała morze i horyzont za dachem Corriganów, te retrospekcje straciły sens – znalazła się z powrotem w twardym świecie.

Podjechała wąską drogą do dużej ocynkowanej bramy i ją otworzyła. Zaparkowała przed domem i wróciła zamknąć bramę, żeby nikt nie zobaczył samochodu. Byłoby cudownie, gdyby zastała tu jedną ze swoich starych przyjaciółek, Carmel Redmond albo Lily Devereux, z którymi mogłaby sensownie porozmawiać – nie o tym, co straciła, ani jak bardzo jest im przykro, ale o dzieciach, pieniądzach, posadzie na pół etatu, o tym, jak teraz żyć. Wysłuchałyby jej. Ale Carmel mieszkała w Dublinie i przyjeżdżała tu wyłącznie latem, Lily zaś wpadała tylko od czasu do czasu odwiedzić matkę.

Nora usiadła z powrotem w samochodzie, gdy dookoła hulał wiatr znad morza. W domu będzie zimno. Powinna była zabrać cieplejszy płaszcz. Wiedziała, że pobożne życzenie o rozmowach z przyjaciółkami i siedzenie w aucie, w którym dygocze z zimna, to tylko próby opóźnienia momentu, kiedy będzie musiała otworzyć drzwi i przekroczyć próg pustego domu.

I wtedy zaświstał jeszcze bardziej porywisty wiatr, i przez chwilę wydawało się, że uniesie samochód w powietrze. Przyszła jej do głowy myśl, której starała się do siebie nie dopuszczać, lecz która od kilku dni nie dawała jej spokoju. Złożyła sobie obietnicę. Więcej tu nie przyjedzie. Odwiedziła ten dom po raz ostatni. Wejdzie teraz do środka i przemierzy tych kilka pokojów. Zabierze wszystkie rzeczy, których nie może zostawić, a potem zamknie te drzwi i odjedzie do miasta, i w przyszłości już nigdy nie skręci w tę drogę przy boisku na trasie między Blackwater i Ballyconnigar.

Zaskoczyła ją siła tego postanowienia, to wydawało się takie łatwe – odwrócić się od tego, co kochała, zostawić ten dom przy drodze do klifów innym, żeby mogli go poznawać, odwiedzać latem i wypełniać różnymi odgłosami. Siedząc w samochodzie i wyglądając na posiniałe niebo nad morzem, westchnęła, wreszcie bowiem pozwoliła sobie poczuć, jak wiele straciła, jak wiele będzie jej brakowało. Wysiadła z samochodu, starając się nie stracić równowagi na wietrze.

Przez frontowe drzwi wchodziło się do wąziutkiego holu prowadzącego do dwóch pokojów z każdej strony: dwóch sypialni z piętrowymi łóżkami na lewo, na prawo zaś do pokoju dziennego z przyległą doń maleńką kuchnią i łazienką, i do ich sypialni obok, cichej, z dala od dzieci.

Przyjeżdżali tu co roku na początku czerwca, wszyscy razem, w sobotę lub niedzielę, nawet jeśli nie dopisywała pogoda. Przywozili szczotki do szorowania, zmywaki do podłogi, detergenty i szmatki do mycia okien. Przywozili materace, uprzednio dobrze je wywietrzywszy. Był to punkt zwrotny, znak w kalendarzu symbolizujący początek lata, nawet jeśli miało być szare i mgliste. Dzieci – w okresie, który teraz chętnie wspominała – na początku robiły dużo hałasu, podekscytowane, jak gdyby byli amerykańską rodziną z serialu Donna Reed Show. Naśladowały amerykański akcent i wydawały sobie nawzajem polecenia, ale sprzątanie szybko je męczyło i nudziło, a ona pozwalała im wyjść się pobawić, przejść się nad morze albo zrobić sobie spacer do miasteczka. I wtedy zaczynała się praca na poważnie. Bez kręcących się dzieci Maurice mógł się zabrać do malowania stolarki i powlekania betonu farbą klejową, mógł załatać linoleum na podłodze, w miejscach, gdzie porobiły się dziury, ona natomiast mogła wymienić tapetę tam, gdzie pojawiła się pleśń lub inne plamy, a do tego potrzebowała ciszy i skupienia. Lubiła wymierzać kawałki z dokładnością do milimetra, rozrabiać klej do odpowiedniej konsystencji i przycinać nowe kolorowe fragmenty tapety w kwiaty.

Fiona bała się pająków. Było to coś, co Nora teraz sobie przypomniała. A sprzątanie po zimie wiązało się, bardziej niż z czymkolwiek innym, z usuwaniem pająków, robaków i wszelkich innych pełzających paskudztw. Chłopcom strasznie się podobało, gdy Fiona uderzała w krzyk, zresztą ona sama też to lubiła, zwłaszcza wtedy, gdy wkraczał tata z teatralnymi gestami. „Gdzie on jest?”, wołał, naśladując olbrzyma z bajki o Jasiu i magicznej fasoli, a wtedy Fiona podbiegała do niego i się przytulała.

A więc to wszystko przeszłość, pomyślała Nora, wchodząc do pokoju dziennego, i nie da się jej odzyskać. Maleńkość i chłód tego pomieszczenia przyniosły jej teraz dziwną satysfakcję. Dach z ocynkowanej blachy najwyraźniej zaczął przeciekać, bo na suficie pojawiła się świeża plama. Rozległ się stukot, gdy powiew wiatru zabębnił deszczem o szyby. Okna też trzeba by wkrótce naprawić, drewno zaczęło niszczeć. I kto wie, ile czasu potrwa, nim klif cofnie się aż tutaj i urzędnicy każą rozebrać dom? Niech ktoś inny się teraz tym martwi. Niech ktoś inny naprawi przeciekający dach i usunie grzyb ze ścian. Niech ktoś inny wymieni instalację elektryczną i odremontuje dom – albo porzuci go na pastwę żywiołów, gdy nadejdzie ta chwila.

Sprzeda dom Jackowi Laceyowi. Nikt z okolicy by go nie kupił; wiedzieliby, jak zła jest to inwestycja w porównaniu z domami w Bentley, Curracloe lub Morriscastle. Nikt z Dublina, kto obejrzałby dom w takim stanie, nie złożyłby propozycji kupna. Rozejrzała się po pokoju i aż się wzdrygnęła.

Przeszła do pokojów dzieci, a potem do ich sypialni i wiedziała, że dla Jacka Laceya w Birmingham posiadanie takiego miejsca byłoby spełnieniem marzeń, które ożywiłoby wspomnienia o upalnych niedzielach, chłopcach i dziewczynkach na rowerach, o jasnej przyszłości pełnej nieograniczonych szans. Z drugiej strony wyobraziła go sobie, jak wchodzi do tego domu za rok lub dwa, gdy przyjedzie na kilka tygodni do Irlandii, a tu dach na wpół zarwany, wszędzie pajęczyny, łuszcząca się tapeta, potłuczone szyby w oknach i odcięty prąd. I deszczowy, ciemny dzień pomimo lata.

Przejrzała szuflady, ale nie znalazła niczego, co chciałaby zabrać. Same pożółkłe gazety i kawałki sznurka. Nawet naczynia stołowe i przybory kuchenne wydawały się niewarte wywiezienia. W sypialni znalazła trochę starych fotografii i książki w szafce i te postanowiła wziąć. Nic więcej. Meble były bezwartościowe, abażury wyblakłe i zniszczone. Pamiętała, jak kupowała je w Woolworth w Wexford zaledwie kilka lat wcześniej. W tym domu wszystko wilgotniało i płowiało.

Deszcz rozpadał się na dobre. Ze ściany w sypialni zdjęła lustro i zauważyła, jak czysty jest fragment pod nim w porównaniu z odbarwioną, brudną tapetą dookoła.

Z początku myślała, że to wiatr stuka czymś o drzwi lub okno. Ale gdy pukanie nie ustępowało, a potem zabrzmiał czyjś głos, uzmysłowiła sobie, że ma gościa. Zdziwiła się, bo myślała, że nikt nie zauważył jej przyjazdu, a samochód był przecież niewidoczny. W pierwszym odruchu chciała się schować, uprzytomniła sobie jednak, że ktoś już ją widział.

Gdy podniosła zasuwkę, drzwi naparły na nią z wiatrem. Postać na progu ubrana była w za duży anorak, którego wielki kaptur zasłaniał pół twarzy.

– Nora, usłyszałam samochód. Wszystko w porządku?

Gdy tylko kaptur się zsunął, rozpoznała panią Darcy, której nie widziała od dnia pogrzebu. Pani Darcy, zamknąwszy za sobą drzwi, ruszyła za nią do środka.

– Czemu nie zajrzałaś najpierw do nas? – spytała.

– Przyjechałam tylko na chwilę – odparła Nora.

– Wsiadaj do samochodu i podjedź do nas. Nie możesz tu siedzieć sama.

Nora znowu wyłowiła ten władczy ton, jak gdyby była małym dzieckiem, które nie potrafi samo podjąć właściwych decyzji. Od dnia pogrzebu próbowała ignorować ten ton lub go tolerować. Próbowała sobie tłumaczyć, że jest przejawem życzliwości.

W tym momencie miała wielką ochotę zabrać tych kilka rzeczy znalezionych w domu, przenieść je do samochodu i odjechać z Cush. Ale nie mogła tego zrobić, musiała skorzystać z gościnności pani Darcy.

Pani Darcy oznajmiła, że jest zbyt mokra, by się z nią zabrać samochodem. Powiedziała, że przejdzie się do domu pieszo.

– Zostanę jeszcze minutkę. Zaraz będę – obiecała Nora.

Pani Darcy zerknęła na nią zaskoczona. Nora próbowała przybrać nonszalancki ton, ale udało jej się jedynie stworzyć atmosferę tajemniczości.

– Chcę tylko zabrać kilka rzeczy do domu – wyjaśniła.

Wzrok jej gościa spoczął na książkach, fotografiach i lustrze opartym o ścianę, a potem szybko ogarnął wszystko inne w pokoju. I Nora poczuła, że do pani Darcy dociera, co tu się dzieje.

– Nie każ na siebie za długo czekać – poprosiła pani Darcy. – Zaparzę herbatę.

Po jej wyjściu Nora zamknęła drzwi i ruszyła w głąb domu.

A więc postanowione. Tym swoim wszechogarniającym spojrzeniem pani Darcy sprawiła, że plan Nory stał się realny. Wyjedzie stąd i już nigdy nie wróci. Już nigdy nie będzie spacerować tymi drogami i nie pozwoli sobie na żal. To koniec. Zebrała rzeczy, które zgromadziła, i włożyła je do bagażnika.

W kuchni u pani Darcy było ciepło. Gospodyni wyłożyła na talerz świeże kruche bułeczki z roztapiającym się masłem i nalała herbaty.

– Zastanawialiśmy się, jak się trzymasz, ale Bill Parle mówił, że gdy cię odwiedził, miałaś w domu pełno gości. Może i tak powinniśmy przyjechać, ale uznaliśmy, że lepiej będzie, jeśli poczekamy, aż miną święta, kiedy może będziesz miała większą ochotę na towarzystwo.

– Przyszło mnóstwo ludzi – przyznała Nora. – Ale wiecie, że wy jesteście zawsze mile widziani.

– No cóż, mnóstwo ludzi bardzo cię lubi – powiedziała pani Darcy.

Zdjęła fartuch i usiadła.

– I wszyscy tu się martwiliśmy, że przestaniecie przyjeżdżać. Carmel Redmond była w podróży, wiesz, kiedy to się stało, i była wstrząśnięta.

– Wiem. Napisała do mnie – rzekła Nora – a potem wpadła z wizytą.

– Tak też nam powiedziała. Tego samego dnia była u nas też Lily i zasugerowała, że powinniśmy ci pomóc. Zawsze wypatrywałam dnia, kiedy wszyscy tu zjedziecie i zaczniecie porządki. Dla mnie to oznaczało początek ładnej pogody. Od razu robiło mi się lżej na duszy.

– Pamiętam, jak któregoś roku – wspominała Nora – padało tak mocno, że się nad nami zlitowaliście i zaprosiliście nas wszystkich do siebie na podwieczorek.

– I wiesz – dodała pani Darcy – twoje dzieci są takie ułożone. Takie kulturalne. Aine uwielbiała do nas zaglądać. Wszyscy lubili przychodzić, ale ją znaliśmy najlepiej. I Maurice wpadał często w niedzielę, jeśli w radiu nadawali transmisję z meczu.

Nora wyjrzała przez okno na deszcz. Korciło ją, żeby wprowadzić w błąd panią Darcy, obiecać, że nie przestaną przyjeżdżać, ale nie mogła. Czuła też, że pani Darcy rozumie jej milczenie i czeka na jakąś wskazówkę, coś, co padnie z jej ust lub pozostanie niewypowiedziane, a co potwierdzi jej przypuszczenie, że Nora zamierza sprzedać dom.

– Słuchaj, podjęliśmy decyzję – oznajmiła pani Darcy – że w przyszłym roku odnowimy wam dom. Teraz trochę mu się przyjrzałam i widzę, że przydałoby się załatać dach, a my i tak planujemy remontować stodołę, więc robotnicy mogliby równie dobrze przejść się do was. Resztę dokończymy na zmianę. Mam klucz, więc moglibyśmy zrobić wam niespodziankę, ale Lily powiedziała, że mam cię zapytać, i zamierzałam to zrobić po Bożym Narodzeniu. Powiedziała, że to twój dom i nie powinniśmy niczego dotykać bez twojej zgody.

Nora wiedziała, że powinna poinformować ją teraz, ale w głosie pani Darcy było coś tak wylewnego i serdecznego, że się powstrzymała.

– Ale moim zdaniem – ciągnęła pani Darcy – byłoby przyjemnie, gdybyście przyjechali i mieli wszystko odnowione. Teraz nie musisz nic mówić, ale daj mi znać, jeśli wolałabyś, żebyśmy tego nie robili. I zatrzymam klucz, chyba że chcesz go z powrotem.

– Nie, oczywiście, że nie. Chciałabym, żebyś go zatrzymała.

A może, zastanawiała się, jadąc w kierunku Blackwater, może pani Darcy cały czas zakładała, że Nora zamierza sprzedać dom, i zdała sobie sprawę, że odnowienie go podbije jego wartość; a może pani Darcy niczego nie zakładała, może Nora za bardzo się wszystkim przygląda, by dostrzec, co o niej myślą. Wiedziała jednak, że zachowywała się dziwnie: najpierw zamknęła bramę po zaparkowaniu przed domem, potem o mało się nie schowała, gdy odwiedziła ją pani Darcy, i wreszcie nie przyjęła ani nie odrzuciła od razu jej propozycji pomocy w remoncie.

Westchnęła. Krępująca i trudna sytuacja, ale teraz było już po wszystkim. Zamierzała napisać do pani Darcy, Lily Devereux i Carmel Redmond. W przeszłości, kiedy podejmowała decyzję taką jak ta, często rano zmieniała zdanie, ale tym razem było inaczej, nie zamierzała się rozmyślić.

W drodze do Enniscorthy zaczęła liczyć. Nie wiedziała, ile wart jest dom. Zdecyduje się na jakąś kwotę i prześle informację Jackowi Laceyowi w zaklejonej kopercie – nie chciała negocjować z May Lacey – a jeżeli Jack zaproponuje mniej, niż od niego zażąda, przyjmie jego ofertę i tak, o ile cena będzie w miarę rozsądna. Nie chciała zamieszczać ogłoszenia o sprzedaży domu w prasie.

Podatek i ubezpieczenie za samochód były opłacone do świąt. Planowała później zrezygnować z auta, ale jeśli sprzeda dom, pomyślała, zatrzyma samochód albo kupi nowszy model. Pieniądze ze sprzedaży domu przydałyby się też na płytę z czarnego marmuru na grób Maurice’a, którą sobie upatrzyła, i będzie mogła latem wynająć na kilka tygodni przyczepę kempingową w Curracloe. Resztę, jeśli coś zostanie, przeznaczy na wydatki domowe i kupi trochę nowych ubrań sobie i córkom. I zatrzyma jakąś sumę na nieprzewidziane wydatki.

Dom w Cush, uśmiechnęła się do siebie, stanie się czymś w rodzaju dwóch szylingów i sześciu pensów, które kilka lat temu w wakacje dał Conorowi jakiś mężczyzna. Nie pamiętała, którego to było lata, w każdym razie zanim zachorował ojciec Conora i zanim tak naprawdę ich syn zrozumiał wartość pieniądza. Conor przekazał monety Maurice’owi, żeby ten sprawował nad nimi pieczę, a potem przez całe lato ilekroć się wybierali do Blackwater, czerpał z tej skarbnicy, śmiało domagając się od ojca nowej wypłaty. Gdy go poinformowali, że pieniądze już się rozeszły, nie chciał im uwierzyć.

Napisała do May Lacey, załączając list do Jacka. W niedługim czasie otrzymała odpowiedź: Jackowi odpowiadała proponowana przez nią cena. Przesłała mu dane notariusza w mieście, który miał przygotować umowę.

Czekała na odpowiedni moment, żeby powiedzieć synom o sprzedaży domu w Cush, a gdy zaczęła mówić, była zaskoczona, jak bardzo obaj wydawali się zmartwieni, jak uważnie jej słuchali, jak gdyby wsłuchując się w jej słowa, mogli wyłowić coś, co będzie miało poważny wpływ na ich przyszłość. Gdy tłumaczyła chłopcom, jak bardzo przydadzą im się te pieniądze, okazało się, że wiedzą już o jej planach sprzedaży samochodu, choć im o nich nie wspominała. Nie uśmiechali się ani nawet nie sprawiali wrażenia zadowolonych, usłyszawszy, że samochód jednak zatrzymają.

– Będziemy mogli pójść na studia? – spytał Conor.

– Ależ oczywiście – odparła. – Skąd w ogóle taka myśl?

– Kto za nie zapłaci?

– Mam odłożone pieniądze na ten cel.

Wolała nie wyrażać przypuszczenia, że być może za ich studia zapłacą wujek Jim i ciocia Margaret, brat i siostra Maurice’a, on kawaler, ona panna, mieszkający razem w starym rodzinnym domu w mieście. Chłopcy siedzieli zupełnie nieruchomo i bacznie jej się przyglądali. Wyszła do kuchni i nastawiła wodę na herbatę, a gdy wróciła, chłopcy wciąż zajmowali swoje miejsca.

– Będziemy mogli jeździć na wakacje w różne miejsca – pocieszała ich. – Będziemy mogli zamieszkać w przyczepie w Curracloe albo Rosslare. Nigdy nie mieszkaliśmy w przyczepie.

– Moglibyśmy pojechać do Curracloe, gdy będą tam Mitchellowie? – spytał Conor.

– Czemu nie? Możemy ich zapytać, kiedy się wybierają, i pojechać w tym samym czasie.

– To byłby tydzień czy dwa tygodnie? – chciał wiedzieć Conor.

– Nawet dłużej, jeśli zechcemy – odpowiedziała.

– K-kupimy p-przyczepę? – spytał Donal.

– Nie, wynajmiemy. Kupno wiązałoby się ze zbyt dużą odpowiedzialnością.

– Kto k-kupi nasz dom? – zadał pytanie Donal.

– Słuchajcie, sprawa jest poufna. Jeśli wam powiem, macie nikomu nie powtarzać, ale zdaje się, że zamierza go od nas kupić syn May Lacey, który mieszka w Anglii.

– Dlatego tu przyszła?

– Możliwe, możliwe, że tak.

Zaparzyła herbatę, chłopcy udawali, że oglądają telewizję. Wiedziała, że wzbudziła w nich niepokój. Conor poczerwieniał na twarzy, a Donal wbijał wzrok w podłogę, jak gdyby w oczekiwaniu na karę. Wzięła do rąk gazetę i próbowała czytać. Wiedziała, że ważne jest, by nie wychodzić z pokoju, nie zostawiać ich samych, chociaż miała chęć wejść na górę i zrobić cokolwiek – opróżnić szuflady, umyć twarz, przetrzeć okna. W końcu poczuła, że musi coś powiedzieć.

– W przyszłym tygodniu moglibyśmy się wybrać do Dublina.

Podnieśli wzrok.

– Po co? – spytał Donal.

– Ot tak, na jeden dzień. Mogłabym was zwolnić ze szkoły – odpowiedziała.

– Mam w środę dwie m-matematyki – poinformował Donal. – Nie cierpię matmy, ale nie m-mogę jej opuścić, a w poniedziałek f-francuski z Madame D-duffy.

– To pojechalibyśmy w czwartek.

– Samochodem?

– Nie, może pojechalibyśmy pociągiem. I moglibyśmy się spotkać z Fioną, wcześniej kończy zajęcia.

– Musimy jechać? – spytał Conor.

– Nie. Pojedziemy tylko, jeśli będziecie mieli na to ochotę – wyjaśniła.

– Co powiemy w szkole?

– Napiszę, że macie wizytę u lekarza.

– Ja nie p-potrzebuję zwolnienia, jeśli to t-tylko jeden dzień – powiedział Donal.

– W takim razie jedziemy. Zrobimy sobie fajną wycieczkę. Napiszę do Fiony.

Powiedziała o tym, żeby przerwać ciszę i dać im do zrozumienia, że od teraz zawsze będą mogli liczyć na wycieczki i inne atrakcje. Ale im było wszystko jedno. Wiadomość o sprzedaży domu w Cush musiała im uświadomić coś, o czym udawało im się nie myśleć. W późniejszych dniach jednak znów poweseleli, jak gdyby nic nie zostało powiedziane.

Wieczorem przed wyjazdem do Dublina przygotowała chłopcom ubrania na podróż i kazała im wyczyścić buty, a potem wystawić je na podest. Próbowała ich wcześnie zagonić do spania, ale oświadczyli, że chcą obejrzeć coś w telewizji, pozwoliła im więc zostać na dole do późna. I tak ociągali się z pójściem do łóżek, a gdy w końcu wysłała ich na górę, co chwilę wychodzili do łazienki, a potem kilka razy gasili i zapalali światło w swoim pokoju.

Wreszcie weszła do nich i zastała ich pogrążonych w głębokim śnie, przy szeroko otwartych drzwiach, w skopanej pościeli. Próbowała ją poprawiać, żeby mieli wygodniej, ale Conor zaczął się budzić, więc się wycofała i zamknęła cicho drzwi.

Rano wstali i ubrali się przed nią. Przynieśli jej herbatę, która była za mocna, i grzanki. Udało jej się potem niepostrzeżenie wylać herbatę do umywalki w łazience.

Było zimno. Powiedziała im, że podjadą na stację i zostawią samochód na placu przed dworcem. Przyda im się wieczorem, dodała. Obaj poważnie kiwali głowami. Włożyli już kurtki.

Enniscorthy było niemal całkowicie opustoszałe, gdy jechali na stację. Nie rozwidniło się jeszcze i w niektórych oknach wciąż paliło się światło.

– Po której stronie pociągu mamy miejsca? – spytał Conor już na stacji.

Byli dwadzieścia minut przed czasem. Bilety mieli już kupione, ale Conor ani myślał siedzieć z nimi w ogrzewanej poczekalni, najpierw chciał przejść po żelaznej kładce i pomachać im z drugiej strony, a potem przyjrzeć się skrzynce sygnalizacyjnej. Raz za razem wracał i pytał, kiedy przyjedzie pociąg, aż wreszcie jakiś mężczyzna poradził mu, żeby obserwował ramię sygnalizatora między peronem a tunelem – kiedy opadnie, będzie to znaczyło, że pociąg nadjeżdża.

– Przecież wiemy, że nadjeżdża – odburknął niecierpliwie Conor.

– Ramię opada, gdy pociąg jest już w tunelu – rzekł mężczyzna.

– Gdyby nadjechał pociąg i ktoś był w tunelu, zrobiłby z niego miazgę – zauważył Conor.

– Jasny gwint, nie byłoby czego zbierać, masz całkowitą rację. I wiesz co? Gdy pociąg przejeżdża przez tunel, w domach brzęczą wszystkie filiżanki i spodki – dodał nieznajomy.

– W naszym domu nie brzęczą.

– To dlatego, że pociąg nie przejeżdża pod waszym domem.

– Skąd pan wie? – spytał Conor.

– Och, dobrze znam waszą mamę.

Nora rozpoznawała mężczyznę, jak tylu innych mieszkańców miasta. Wydawało jej się, że pracuje w warsztacie Donoghue, ale nie była pewna. Coś w jego sposobie bycia działało jej na nerwy. Miała nadzieję, że nie zamierza się do nich dosiąść.

Tuż przed przyjazdem pociągu, gdy chłopcy raz jeszcze oddalili się do skrzynki sygnalizacyjnej, mężczyzna odwrócił się do niej.

– Pewnie cały czas nieboraki tęsknią za ojcem – powiedział.

Przyglądał się badawczo jej twarzy, czekając na reakcję, i zmrużył oczy z zaciekawieniem. Czuła, że musi powiedzieć szybko coś ostrego, żeby zamknąć mu usta, a przede wszystkim nie dopuścić do tego, żeby usiadł z nimi w pociągu.

– To ostatnia rzecz, jaką powinni teraz usłyszeć, dziękuję bardzo – wycedziła.

– Och, nie chciałem…

Odeszła od niego jak najdalej, gdy pociąg nadjechał i chłopcy biegli ku niej zaaferowani wzdłuż peronu. Czuła, że zrobiła się czerwona na twarzy, ale oni niczego nie zauważyli, kłócąc się o to, które miejsca w pociągu są najlepsze.

Gdy pociąg ruszył, interesowało ich wszystko: chcieli obejrzeć toalety, stanąć w chybotliwym miejscu między wagonami, gdzie w podłodze prześwitują tory, przejść się do wagonu restauracyjnego i kupić lemoniadę. Nim pociąg zatrzymał się w Ferns, zdążyli już zaliczyć wszystkie te czynności i przed dotarciem do Camolin zasnęli. Nora nie spała: przeglądała gazetę, którą kupiła na dworcu, i odkładała ją, a potem przypatrywała się synom śpiącym na swoich miejscach. Tak bardzo chciała wiedzieć, co im się w tym momencie śni. Zdawała sobie sprawę, że w minionych miesiącach zaszła jakaś zmiana w czystej, swobodnej więzi między nią a nimi, a może też między nimi nawzajem. Czuła, że już nigdy nie będzie pewna, jak to z nimi jest.

Conor obudził się, spojrzał na nią i znów zasnął z głową opartą na skrzyżowanych na stoliku rękach. Wyciągnęła dłoń i dotknęła jego włosów, pozwoliła palcom je przeczesać, burząc je i znowu wygładzając. Obserwował ją Donal, którego spokojny wzrok sugerował, że rozumie wszystko, co się dzieje, że nie ma nic, czego nie byłby w stanie pojąć.

– Conor śpi jak zabity – powiedziała, uśmiechając się.

– Gdzie jesteśmy? – spytał Donal.

– Dojeżdżamy do Arklow.

Conor obudził się przed Wicklow i znowu poszedł do toalety.

– Co się dzieje, gdy się spuszcza wodę podczas postoju? – spytał.

– Wszystko wylatuje na tory – wyjaśniła.

– A w czasie jazdy?

– Spytamy konduktora – zaproponowała.

– O c-co zakład, że się nie spytacie? – odezwał się Donal.

– Czy to jakoś szkodzi torom na stacji? – spytał Conor.

– Robi się straszny fetor – powiedział Donal.

Ranek był bezwietrzny, na horyzoncie szarzały chmury, a morze za Wicklow miało kolor stali.

– Kiedy zaczną się tunele? – spytał Conor.

– Już niedługo – odpowiedziała.

– Za następną stacją?

– Tak, za Greystones.

– Ile jeszcze czasu?

– Poczytaj komiks – zaproponowała.

– Za bardzo trzęsie.

W pierwszym tunelu chłopcy zasłonili uszy przed hukiem pędzącego pociągu, prześcigając się, który zrobi bardziej przerażoną minę. Następny tunel był znacznie dłuższy. Conor chciał, żeby Nora też zasłoniła uszy, a ona się zgodziła, żeby go zadowolić, wiedziała, jak krótko spał, jak bardzo może być drażliwy i jak łatwo wyprowadzić go w tym stanie z równowagi. Donalowi już się znudziło zatykanie uszu i gdy pociąg wyjechał z tunelu i ukazało im się strome urwisko nad wzburzonym morzem, przysunął się bliżej okna. Conor usiadł teraz obok niej, prosząc, żeby się przesunęła, bo też chciał siedzieć przy oknie.

– A co, jeśli spadniemy? – powiedział.

– Nie, nie, pociąg trzyma się torów. To nie samochód – zapewniła go.

Przyciskał nos do szyby zafascynowany niebezpieczeństwem. Donal również nie ruszał się spod okna, nawet gdy pociąg wjechał na stację Dún Laoghaire.

– Jesteśmy na miejscu? – spytał Conor.

– Prawie – odpowiedziała.

– Dokąd idziemy najpierw? Zobaczyć się z Fioną?

– Najpierw idziemy na Henry Street.

– Hurrra! – zawołał Conor. Próbował stanąć na siedzeniu, ale kazała mu zejść.

– I zjemy obiad w Woolworth – dodała.

– W barze samoobsługowym?

– Tak, żeby nie czekać.

– Mogę sobie wziąć do obiadu sok pomarańczowy zamiast mleka? – spytał Conor.

– Tak – odpowiedziała. – Możesz wziąć, na co tylko masz ochotę.

Wysiedli na stacji Amiens Street i przeszli przez zatęchły, niszczejący dworzec. Szli powoli wzdłuż Talbot Street, zatrzymując się przy wystawach. Próbowała się odprężyć, w końcu nie mieli nic konkretnego do załatwienia i mogli mitrężyć czas, gdziekolwiek chcieli. Wręczyła jednemu i drugiemu po dziesięć szylingów, ale od razu uznała, że popełniła błąd – dostali za dużo. Przyglądali się pieniądzom i zerkali na nią podejrzliwie.

– Musimy coś k-kupić? – spytał Donal.

– Może rozejrzymy się za książkami? – zaproponowała.

– Będziemy mogli sobie kupić komiks albo cały rocznik? – spytał Conor.

– Za wcześnie na roczniki – stwierdził Donal.

Gdy zbliżali się do O’Connell Street, chcieli zobaczyć, gdzie stała kolumna Nelsona.

– Pamiętam ją – powiedział Conor.

– T-to niemożliwe. Jesteś za mały – rzekł Donal.

– Pamiętam. Była wysoka i na górze stał Nelson, wysadzili ją i rozpadła się na kawałki.

Odczekawszy przezornie, aż się zmienią światła, przeszli na drugą stronę ulicy, uważając na samochody ustawione na kilku pasach ruchu. Skręcili w Henry Street. Nora zdawała sobie sprawę, że muszą wyglądać na prowincjuszy. Chłopcy wszystko rejestrowali, jednocześnie zachowując do wszystkiego dystans. Kątem oka oglądali ten świat obcych ludzi i obcych budynków.

Conor zaczął się niecierpliwić, chciał wejść do sklepu, byle którego, żeby coś kupić.

– Może obejrzymy buty? – podsunęła, przypuszczając, że jeśli odmówi, będzie zadowolony, że to on decyduje, gdzie wejdą.

– Buty? – powtórzył, marszcząc twarz w wyrazie obrzydzenia. – Po to przyjechaliśmy do Dublina?

– Więc dokąd chcesz pójść? – spytała.

– Chcę pojeździć ruchomymi schodami.

– Ty też byś chciał? – spytała Donala.

– Cz-czemu nie? – odparł ponuro.

W domu towarowym Arnott’s na Henry Street Conor koniecznie chciał, żeby Nora i Donal obejrzeli, jak wjeżdża ruchomymi schodami, a potem zaczekali, aż zjedzie. Zaznaczył, że nie wolno im się ruszyć z miejsca, a tym bardziej za nim pójść. Kazał im przyrzec. Donal się nudził. Za pierwszym razem Conor co chwilę się na nich oglądał, a oni czekali, aż zniknie na szczycie, a potem pojawi się znowu na schodach sunących w dół. Uśmiechał się do nich rozpromieniony. Za drugim razem nabrał śmiałości i przeskoczył kilka razy po dwa stopnie, cały czas trzymając się poręczy. Na następny kurs chciał zabrać Donala, nalegając, żeby Nora zaczekała na dole. Zastrzegła, że to ostatni raz, i dodała, że może jeszcze tu wrócą po południu, ale na razie wystarczą trzy kursy w jedną i drugą stronę.

Gdy zjechali, zauważyła, że Donal też jest ożywiony. Wyjaśnili jej, że widzieli windę, która wjeżdża na wyższe piętra, i że chcieliby się nią przejechać.

– Ostatni raz i koniec – zapowiedziała.

Odeszła spod ruchomych schodów, żeby obejrzeć parasole, i zauważyła modele składane, na tyle małe, że mieściły się w damskiej torebce – coś, czego nigdy wcześniej nie widziała. Pomyślała, że kupi jedną, na wypadek gdyby miało się rozpadać. Czekając przy kasie, wypatrywała chłopców, ale nie wracali. Zapłaciła i wróciła pod schody, a potem przeszła w stronę bocznego wejścia, gdzie zjeżdżała winda.

Tam też ich nie było. Czekała między tymi dwoma punktami, cały czas rozglądając się za chłopcami. Już miała sama wsiąść do windy, ale zdała sobie sprawę, że to tylko wprowadzi jeszcze większe zamieszanie. Jeśli zostanie tutaj, pomyślała, w końcu ich zobaczy.

Kiedy ją znaleźli, udawali, że nic się nie stało, że winda po prostu zatrzymywała się na każdym piętrze. Myślała już, że się zgubili, powiedziała, a oni wymienili ukradkowe spojrzenia, jak gdyby w windzie wydarzyło się coś, o czym nie chcieli jej mówić.

Do trzeciej po południu zobaczyli już w Dublinie wszystko, co chcieli zobaczyć. Na targu na Moore Street kupili torbę brzoskwiń, zjedli obiad w samoobsługowym barze w Woolworth i zaszli do księgarni Eason, gdzie wybrali komiksy i książki. Teraz już chłopcy byli zmęczeni. Siedzieli wszyscy w kawiarni Bewley’s, czekając na Fionę. Nora podejrzewała, że Conora przed zaśnięciem powstrzymuje jedynie świadomość, że może się częstować tyloma ciastkami z dwupoziomowej patery, na ile ma ochotę.

– Za nie się płaci – uświadomiła mu Nora.

– Skąd będą wiedzieć, ile zjadłem?

– Większość klientów jest uczciwa.

Gdy zjawiła się Fiona, chłopcy znów się ożywili i rozpogodzili – zaczęli mówić jeden przez drugiego. Fiona siadła naprzeciwko, wydawała się blada i zmizerowana.

– Chcesz usłyszeć d-dubliński akcent? – spytał siostrę Donal.

– Byliśmy na targu na Moore Street – poinformowała ją Nora.

– Brzuskwinie, dujrzałe brzuskwinie – powiedział śpiewnym głosem, bez zacinania się, Donal.

– Spójrz na moją ksiunżkę – wtrącił Conor.

– Bardzo śmieszne – rzuciła Fiona. – Przepraszam za spóźnienie, autobusy podjeżdżają po dwa lub trzy, a potem trzeba całe wieki czekać na następny.

– Chcę wejść na górny poziom piętrusa – oświadczył Conor.

– Conor, dajże Fionie dojść do głosu, potem ty będziesz mówił – zbeształa go Nora.

– Udana wycieczka? – spytała Fiona.

Jej uśmiech był nieśmiały, ale głos brzmiał pewnie i dojrzale. Zmieniła się przez tych kilka miesięcy.

– Tak, ale jesteśmy już wszyscy zmęczeni i dobrze, że możemy trochę odsapnąć.

Żadna z nich nie wiedziała, jak kontynuować rozmowę. Nora uświadomiła sobie, że jej odpowiedź na pytanie córki zabrzmiała zbyt sztywno, jak gdyby rozmawiała z nieznajomą. Fiona zamówiła kawę.

– Kupiłaś coś, mamo? – spytała.

– Właściwie nie miałam czasu na zakupy – odpowiedziała Nora. – Kupiłam książkę, to wszystko.

Zauważyła, jak sprawnie i szybko Fiona zamówiła kawę i jak rozgląda się po kawiarni, wodząc po niej surowym, niemal krytycznym spojrzeniem. Gdy jednak zaczęła rozmawiać z braćmi, znów zachowywała się niemal dziewczęco.

– Aine się do ciebie odzywała? – spytała Nora.

– Napisała do mnie krótki list. Chyba się martwi, że zakonnice czytają ich korespondencję, i ma rację, czytają. Więc nie napisała za dużo. Tyle tylko, że lubi nauczyciela irlandzkiego i dostała dobry stopień z wypracowania z francuskiego.

– Za tydzień może ją odwiedzimy.

– Wspominała o tym.

– Sprzedajemy dom – zwrócił się nagle głośno do Fiony Conor.

– I zamierzacie zamieszkać na ulicy? – spytała ze śmiechem.

– Nie, wynajmiemy przyczepę w Curracloe – powiedział.

Fiona spojrzała na Norę.

– Chcę sprzedać dom w Cush – przyznała Nora.

– Zastanawiałam się, co z nim będzie – rzekła Fiona.

– Decyzję podjęłam niedawno.

– A więc to już postanowione?

– Tak.

Nora ze zdziwieniem odnotowała, że choć Fiona próbowała się uśmiechać, w jej oczach zabłysły łzy. Nie płakała na pogrzebie Maurice’a, milczała tylko, trzymając się blisko siostry i ciotek, ale Nora tym lepiej wyczuwała, co się z nią dzieje, właśnie przez to, że w żaden sposób tego nie okazywała. Nora nie wiedziała, co powinna jej teraz powiedzieć.

Sączyła kawę. Chłopcy nie poruszali się ani nie odzywali.

– Aine już wie? – spytała Fiona.

– Nie miałam serca pisać jej o tym w liście. Powiem jej, gdy się spotkamy.

– I to nieodwołalna decyzja?

Nora nie odpowiadała.

– Liczyłam na to, że pojadę tam latem – wyznała Fiona.

– Sądziłam, że wybierasz się na lato do Anglii.

– Owszem, pod koniec czerwca, ale zajęcia kończą się pod koniec maja. Myślałam o tym, żeby spędzić miesiąc w Cush.

– Przykro mi – bąknęła Nora.

– Uwielbiał ten dom, prawda?

– Wasz ojciec?

Fiona opuściła głowę.

Nora zabrała ze sobą Conora, żeby poszukać toalet. Po powrocie zamówiła jeszcze jedną kawę.

– I komu sprzedajesz? – spytała Fiona.

– Jackowi, synowi May Lacey, który mieszka w Anglii.

– May Lacey przyszła do nas – poinformował Conor.

Donal trącił go łokciem i przytknął palec do ust.

– Pieniądze bardzo się nam teraz przydadzą – stwierdziła Nora.

– Za dwa lata zacznę zarabiać – przypomniała Fiona.

– Potrzebujemy pieniędzy teraz – odparła Nora.

– Nie będziesz dostawała renty? – spytała Fiona. – Nie należy ci się?

Nora pomyślała, że może niepotrzebnie wspomniała o tym, że potrzebuje pieniędzy.

– Dzięki temu nie będziemy musieli sprzedawać samochodu – dodała i próbowała dać do zrozumienia Fionie, że może nie powinny niepokoić chłopców rozmową o pieniądzach.

– Wakacje były tam wspaniałe – wspominała Fiona.

– Wiem.

– Smutno mi się robi na myśl, że stracimy ten dom.

– Będziemy jeździć na wakacje w inne miejsca.

– Myślałam, że ten dom będzie zawsze nasz – rzekła Fiona.

Przez chwilę nikt nic nie mówił. Nora chciała już wyjść, zabrać chłopców z powrotem na Henry Street.

– Kiedy go sprzedajesz? – podjęła temat Fiona.

– Jak tylko zostanie przygotowana umowa.

– Aine się zmartwi.

Nora chciała powiedzieć, że nie zniosłaby wyjazdów do Cush, ale się powstrzymała. Nie była się w stanie do tego przyznać chłopcom ani teraz, ani później; zabrzmiałoby to zbyt emocjonalnie, zdradziłoby zbyt wiele.

Wstała do wyjścia.

– Jak tu się płaci? Nie pamiętam.

– Trzeba zawołać kelnerkę, żeby wypisała rachunek – poinformowała Fiona.

– I trzeba jej powiedzieć, ile z-zżarłeś ciastek – przypomniał bratu Donal.

Gdy wyszli na Westmoreland Street, Nora chciała powiedzieć Fionie coś jeszcze, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Fiona, stojąc na ulicy, sprawiała wrażenie przygnębionej. Przez chwilę Nora czuła zniecierpliwienie. Przecież Fiona dopiero zaczyna dorosłe życie, może zamieszkać, gdzie chce, robić, co chce. Nie musi wracać pociągiem do miasta, gdzie wszyscy ją znają i wiedzą za nią, co ją czeka w następnych latach.

– Przejdziemy się na Henry Street i po drodze zaliczymy most Ha’penny – poinformowała Nora.

– Tylko się nie spóźnijcie na pociąg.

– A ty jak wracasz do kolegium? – spytała Nora.

– Chciałam jeszcze zahaczyć o Grafton Street.

– Nie odprowadzisz nas na stację?

– Nie, pójdę już – rzuciła Fiona. – Muszę coś kupić, zanim wrócę, bo w najbliższym czasie nie planuję wypadów do centrum.

Gdy spoglądały na siebie, Nora wyczuwała jej niechęć i usiłowała zrozumieć, jak bardzo jej córka musi to przeżywać i jak bardzo może się czuć samotna. Uśmiechała się, mówiąc, że muszą już lecieć, i Fiona w odpowiedzi też się uśmiechnęła do niej i do braci. Ale gdy tylko się rozstali, Norę ogarnęło poczucie bezsilności i żałowała, że nie powiedziała Fionie czegoś serdecznego, czegoś specjalnego czy paru słów pocieszenia; może nawet czegoś tak prostego jak pytanie, kiedy mogą się spodziewać jej następnej wizyty, lub zapewnienie, jak bardzo chcieliby ją wkrótce znowu zobaczyć. Żałowała, że nie ma w domu telefonu, bo wtedy mogłaby kontaktować się z nią bardziej regularnie. Pomyślała, że może rano napisze do Fiony i podziękuje jej za spotkanie.

Na Talbot Street, po drodze na dworzec, Conor wydał resztę pieniędzy na Lego, ale nie mógł się zdecydować, który kolor klocków wybrać. Chociaż Nora była zmęczona, słuchała go uważnie i podsuwała swoje sugestie, Donal tymczasem stał z boku. Uśmiechnęła się do ekspedientki, gdy Conor zmienił zdanie przy kasie i odszedł wymienić jedno pudełko klocków na drugie.

Było już ciemno i robiło się chłodno. Usiedli na popękanych plastikowych krzesłach w małej dworcowej kawiarni. Sięgnąwszy do siatki po portmonetkę, Nora odkryła, że brzoskwinie, które zaledwie kilka godzin wcześniej wydawały się takie świeże i twarde, teraz całkiem rozmiękły i papierowa torba się rozdarła. Wyrzuciła owoce do kosza, wiedząc, że nie ma sensu wieźć ich dalej, bo w pociągu popsują się jeszcze bardziej.

Chłopcy nie zdawali sobie sprawy, że podczas podróży powrotnej będzie ciemno, w dodatku gdy tylko pociąg ruszył na południe, zaparowało okno. Otworzyli więc pudełko Lego i Donal czytał, a Conor bawił się klockami, po jakimś czasie usiadł obok Nory i zasnął, oparłszy się o nią. Spojrzała przez stolik na Donala, zauważyła, jak poważnie wygląda, przewracając stronicę książki.

– Jutro idziemy d-do szkoły, prawda? – spytał.

– Tak, tak, chyba powinniście – odpowiedziała.

Kiwnął głową i przeniósł wzrok z powrotem na książkę.

– Kiedy odwiedzi nas F-fiona? – spytał.

Wiedziała, że jej rozmowa z Fioną w kawiarni nie będzie dawać mu spokoju. Zastanawiała się, czy jest coś, jakaś jedna rzecz, którą mogłaby powiedzieć, co sprawiłoby, że przestanie się tym zamartwiać.

– Wiesz, Fionie na pewno się spodoba w przyczepie – powiedziała.

– Nie w-wyglądała na z-zachwyconą.

– Donal, musimy zacząć nowe życie – rzekła.

Przez chwilę rozważał jej słowa, jak gdyby miał do rozwiązania trudne zadanie domowe. A potem tylko wzruszył ramionami i wrócił do lektury.

Nora delikatnie odsunęła Conora, żeby zdjąć płaszcz w przegrzanym wagonie. Obudził się na sekundę, ale nie otworzył nawet oczu. Zanotowała w pamięci, że musi zapytać o możliwość wynajęcia przyczepy w Curracloe.

W myślach znów stała w domu w Cush i próbowała przywołać obraz dzieci w letni dzień, gdy ściągają ze sznurka ręczniki i stroje kąpielowe i schodzą nad morze, albo siebie i Maurice’a, gdy wracają o zmierzchu, oganiając się przed rojami muszek, i wchodzą do domu rozbrzmiewającego głosami dzieci grających w karty. To wszystko się skończyło, nieodwołalnie. Dom stał pusty. Wyobraziła sobie jego małe pokoje pogrążone w ciemności, jak nędznie by teraz wyglądały, jak niegościnnie. Przywołała odgłos deszczu na blaszanym dachu, stukot drzwi i okien na wietrze, gołe ramy łóżek, owady czające się w ciemnych szczelinach i niepowstrzymane morze.

Gdy pociąg sunął w stronę Enniscorthy, czuła, że dom w Cush wygląda teraz smutniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Conor po przebudzeniu rozejrzał się dookoła i posłał jej zaspany uśmiech. Przeciągnął się i oparł o nią.

– Dojeżdżamy już? – spytał.

– Niedługo będziemy na miejscu – odpowiedziała.

– Jak pojedziemy do Curracloe – spytał – ustawimy przyczepę blisko plaży Winning Post czy na kempingu na wzgórzu?

– Och, blisko plaży.

Wiedziała, że odpowiedziała za szybko. Chłopcy przetrawiali jej słowa z poważnymi minami, po czym Conor zerknął na Donala, sprawdzając jego reakcję.

– Czy to p-pewne? – spytał Donal.

Pociąg zwolnił, a ona roześmiała się po raz pierwszy od rana.

– Pewne? Oczywiście, że tak.

Pociąg zatrzymał się z szarpnięciem. Zebrali szybko swoje rzeczy i przechodząc do wyjścia, natknęli się na konduktora.

– Mamo, zapytaj teraz o t-toalety – szepnął Donal, szturchając ją łokciem.

– Powiem, że to ty chcesz się dowiedzieć – odpowiedziała.

– Czy ten robaczek chciałby pojechać z nami do Rosslare? – krzyknął konduktor.

– Nie, nie, jutro musi iść do szkoły – powiedziała Nora.

– Nie jestem żadnym robaczkiem! – zaprotestował Conor.

Konduktor się roześmiał.

Wyjeżdżając spod dworca, coś sobie przypomniała i po chwili już opowiadała o tym chłopcom.

– To było zaraz po naszym ślubie, chyba jakoś w wakacje, któregoś dnia przyjeżdżamy na dworzec, a tu się okazuje, że nasz pociąg odjechał sekundę wcześniej. Spóźniliśmy się i, Boże, jak strasznie byliśmy rozczarowani! Ale tego dnia zawiadowcą nie był jak zwykle naczelnik stacji, tylko młody chłopak, którego wasz tata kiedyś uczył. Powiedział, żebyśmy wrócili do samochodu i podjechali do Ferns, a on każe zatrzymać tam dla nas cały skład. Mieliśmy do przejechania tylko jakieś dziesięć kilometrów, w ten sposób złapaliśmy tego dnia pociąg i dostaliśmy się do Dublina.

– T-ty prowadziłaś, mamo, czy on p-prowadził? – spytał Donal.

– Tata prowadził.

– Pewnie pędził na złamanie karku – zgadywał Conor.

– B-był lepszym kierowcą od ciebie? – spytał Donal.

– Był dobrym kierowcą. Nie pamiętacie? – odpowiedziała z uśmiechem.

– Ja pamiętam, że k-kiedyś rozjechał szczura – przypomniał Donal.

Ulice miasta były puste, ani jednego samochodu. Chłopcy wydawali się teraz pobudzeni, gotowi do dalszych pogaduszek, dalszych pytań. Gdy wrócą do domu, pomyślała, rozpali w kominku i szybko poczują zmęczenie po tak długim dniu.

– Ale dlaczego p-po prostu nie pojechaliście wtedy do Dublina s-samochodem, zamiast pędzić na ten p-pociąg? – spytał Donal.

– Nie wiem, synku. Muszę o tym pomyśleć.

– Możemy kiedyś pojechać do Dublina samochodem? – chciał wiedzieć Conor. – Moglibyśmy się zatrzymać, gdzie by nam pasowało.

– Oczywiście, że tak – odpowiedziała, podjeżdżając pod dom.

– Bardzo bym chciał.

Niedługo potem w kominku trzaskał ogień, a chłopcy byli przebrani w piżamy, gotowi do spania. Ucichli i wiedziała, że zasną od razu, gdy tylko w ich pokoju zgaśnie światło. Zastanawiała się, czy ktoś chciał ją odwiedzić tego wieczoru, i wyobraziła sobie, jak ten ktoś zbliża się do pogrążonego w ciemności domu, puka do frontowych drzwi, a jako że nikt nie otwiera, odczekuje jeszcze chwilę pod drzwiami, a potem odchodzi.

Zaparzyła sobie filiżankę herbaty i usiadła w fotelu przy kominku. Włączyła radio, ale podawano właśnie wiadomości sportowe, więc je wyłączyła. Gdy weszła na górę, okazało się, że chłopcy śpią jak zabici, i przez chwilę przyglądała im się, nim zamknęła drzwi i powierzyła ich nocy. Na dole pomyślała, że może jest coś ciekawego w telewizji. Podeszła do odbiornika i wcisnąwszy przycisk, czekała, aż pojawi się obraz. Jak zapełni te godziny? W tym momencie dałaby wszystko, żeby znaleźć się z powrotem w pociągu, znów przemierzać dublińskie ulice. W telewizji nadawano amerykańską komedię. Oglądała ją przez chwilę, ale śmiech z puszki irytował ją i wyłączyła telewizor. W domu panowała teraz cisza.

Przypomniała sobie o książce, którą kupiła w Dublinie. Nie pamiętała, co spowodowało, że wybrała akurat tę. Przeszła do kuchni i odszukała ją w torebce. Otworzyła tom, lecz od razu go odłożyła. Zamknęła oczy. W przyszłości – miała nadzieję – mniej osób będzie do niej przychodzić. W przyszłości, gdy chłopcy położą się spać, częściej będzie miała dom tylko dla siebie. Nauczy się zagospodarowywać te godziny. W cichości zimowych wieczorów wymyśli, jak ma dalej żyć.

Rozdział drugi

Pewnej soboty pod koniec stycznia wpadła z niezapowiedzianą wizytą ciocia Josie. Nora rozpaliła właśnie w pokoju kominkowym i chłopcy siedzieli tam zaabsorbowani jakimś programem w telewizji, ona tymczasem zmywała naczynia w kuchni. Usłyszawszy pukanie, pomyślała, że zanim otworzy, powinna zdjąć fartuch i przejrzeć się w lustrze, ale wytarła tylko pobieżnie ręce w ubranie i przeszła szybko krótkim korytarzem do drzwi. Zgadła, że osobą za matową szybką jest Josie; w wyczekującej obecności ciotki pod drzwiami było coś ostrego, natarczywego i niecierpliwego, co dało się wyczuć nawet przez barierę drewna i szkła.

– Akurat byłam w mieście – wyjaśniła Josie, gdy tylko Nora otworzyła drzwi. – John mnie podrzucił. Teraz pojechał coś załatwić, ale później po mnie wstąpi. Chciałam sprawdzić, co u was.

Nora zauważyła Johna, syna Josie, który właśnie odjeżdżał spod domu. Przytrzymała drzwi i ciotka weszła do przedpokoju.

– Chłopcy w domu?

– Oglądają telewizję, ciociu.

– Zdrowi?

Nora zdała sobie sprawę, że nie może jej wprowadzić do pokoju od ulicy i włączyć grzejnika. Było tam za zimno. Ale wiedziała również, że jeśli Josie wejdzie do kominkowego, będzie koniecznie chciała rozmawiać, nie usiedzi w milczeniu, a wtedy chłopcy będą musieli albo wyłączyć telewizor, albo usiąść bliżej odbiornika, żeby lepiej słyszeć. Nie pamiętała, co takiego oglądają ani kiedy program się skończy. Ostatnio rzadko siedzieli tak razem; żałowała teraz, że nie doceniała w pełni spokoju i ciszy panujących w domu ani poczucia zadowolenia, które ją przepełniało, zanim do drzwi zapukała Josie.

– Nie powiem, macie tutaj ciepło jak w uchu – pochwaliła Josie.

Gdy witała się z chłopcami, ci wstali niechętnie.

– Och – zachwycała się – za każdym razem, gdy ich widzę, są coraz wyżsi. Patrzcie no, to już prawie dorosłe chłopy. Donal zaraz mnie przerośnie.

Nora spostrzegła, że Donal i Conor zerkają w jej kierunku, i o mało nie poprosiła Josie, żeby do zakończenia programu, który oglądali, przestała się odzywać.

– A dziewczyny? – dopytywała się ciotka. – Co u nich?

– Och, wszystko w najlepszym porządku – odpowiedziała cicho Nora.

– Fiona nie przyjechała do domu na weekend?

– Nie, postanowiła zostać w Dublinie.

– A Aine?

– Aklimatyzuje się w nowym miejscu, ciociu.

– Bunclody to doskonała szkoła. Cieszę się, że się tam dostała.

Nora dołożyła polan do ognia.

– Przywiozłam ci trochę książek – poinformowała Josie, stawiając na podłodze torbę, którą trzymała w ręku. – Nie wiem, czy ci przypadną do gustu, kilka powieści, a resztę można podciągnąć pod teologię, chociaż nie są tak nudne, jak mogłoby się wydawać. Na wierzchu jest Thomas Merton, wspominałam ci już o nim, zaraz po pogrzebie, jest jeszcze Teilhard de Chardin. Rozmawiałam o nim z Maurice’em w szpitalu. No, w każdym razie sprawdź, a nuż coś ci się spodoba.

Nora spojrzała na Donala i Conora. Wpatrywali się w ekran. Była niemal gotowa zaproponować, żeby pogłośnili dźwięk.

– Ale dobrze słyszeć, że wszyscy zdrowi – oznajmiła Josie. – Aine pewnie pilnie się uczy. W dzisiejszych czasach jest naprawdę trudno, ostra konkurencja.

Nora pokiwała uprzejmie głową.

– Ten program niedługo się skończy – powiedziała. – Chłopcy prawie w ogóle nie oglądają telewizji, ale lubią ten program.

Donal i Conor nie odrywali wzroku od telewizora.

– Och, gdy mieszkali u mnie, nie można ich było odciągnąć od książek, jednego i drugiego. Włączaliśmy telewizor na wiadomości. Żaden z tych potwornych amerykańskich programów – powiedziała Josie. – W ogóle nie można zrozumieć, co mówią.

Gdy Donal odwrócił się, żeby coś powiedzieć, Nora zauważyła, że jąka się bardziej niż zwykle. Nie był w stanie wydobyć z siebie pierwszego słowa; nigdy wcześniej nie widziała, żeby aż tak się wysilał, i to bezskutecznie, żeby zaciął się na dobre, zanim jeszcze cokolwiek powiedział. Jego młodszy brat, zaobserwowała, wyciągał w jego stronę rękę, jak gdyby chciał zaofiarować Donalowi jakąś pomoc. Próbowała odgadnąć, co chce powiedzieć, i przez chwilę miała ochotę go wyręczyć, pomóc mu, żeby uciszyć ten zblokowany, powtarzalny dźwięk, który z siebie wydobywał, marszcząc z wysiłku czoło. Tymczasem odwróciła wzrok, mając nadzieję, że może Donal się uspokoi i zdoła wyartykułować to, co chce powiedzieć. W końcu jednak, gdy stało się jasne, że mu się nie uda, porzucił dalsze próby i bliski łez wbił spojrzenie z powrotem w telewizor.

Nora złapała się na tym, że zastanawia się, czy mogłaby gdzieś wyjechać, czy istnieje miasto albo dzielnica Dublina z domem takim jak ten, skromnym bliźniakiem przy ulicy wysadzanej drzewami, gdzie nikt nie mógłby ich odwiedzić i gdzie mogliby być sami, we troje. A potem uświadomiła sobie, że jej myśli podążają w nowym kierunku – że z ewentualnością takiego miejsca, takiego domu, wiązałaby się idea, że to, co się stało, można by wymazać, że przygniatający ją ciężar można by zrzucić, że przeszłość można by przywrócić i teraz przechodziłaby gładko w bezbolesną teraźniejszość.

– Zgodzisz się ze mną, Nora? – mówiła Josie, wbijając w nią intensywne spojrzenie.

– O Boże, nie wiem, ciociu – odpowiedziała i wstała, nie wiedząc, czy zmienił się temat, i uznając, że to najlepszy moment, aby poczęstować gościa herbatą i kanapkami lub ciastem.

– Nie zawracaj sobie głowy, wystarczy filiżanka herbaty – rzekła Josie.

W kuchni Nora niemal się do siebie uśmiechała w poczuciu ulgi. Wiedziała, że chłopcy nie oderwą wzroku od telewizora, chyba że Josie zwróci się do nich bezpośrednio i stanowczo, cisza w pokoju podpowiadała jej jednak, że ciotka wciąż się zastanawia, jakie im zadać pytanie, żeby ściągnąć na siebie uwagę. Nora nasłuchiwała, czekając, aż w czajniku zagotuje się woda, wykładała na tacę filiżanki i spodeczki, ale słyszała tylko stłumione głosy dolatujące z telewizora. Do tej pory chłopcy byli górą.

Program się skończył i obaj wstali, żeby wyjść z pokoju, ale zachowywali się dziwnie – jeszcze nigdy ich takimi nie widziała, byli nie tyle zawstydzeni, ile szorstcy, wręcz niegrzeczni. Donal, wciąż zaczerwieniony, nie był w stanie spojrzeć jej w oczy.

Josie zaczęła mówić o pracach, które planuje w ogrodzie, o tym, że chce stworzyć za zagrodą duży warzywnik, a potem przerzuciła się na temat swoich sąsiadów. Gdy tylko chłopcy wyszli z pokoju i telewizor został wyłączony, ciotka spytała, jak spędzili święta.

– Dobrze, że Boże Narodzenie jest już za nami – stwierdziła Josie. – Zawsze to powtarzam przez cały styczeń. Widać już, że dni robią się coraz dłuższe.

– Święta w tym roku były spokojne – wspominała Nora. – I też cieszyłam się, gdy się skończyły.

– Pewnie byłaś zadowolona, że masz w domu dziewczyny?

– Tak. Ale każde z nas było pogrążone we własnych myślach i czasem nie wiadomo było, co powiedzieć. Wszyscy staraliśmy się być dla siebie mili.

Wyraziwszy zachwyt nad kardiganem, który miała na sobie Nora, Josie zaczęła mówić o ubraniach i modzie, co, pomyślała Nora, zwykle nie leżało w sferze jej zainteresowań.