Wydawca: Uroboros Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 364 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nomen omen - Marta Kisiel

Przygoda czai się za rogiem. A imię jej Salomea!

Salomea Przygoda ucieka od zwariowanej rodziny, chcąc rozpocząć samodzielne życie. Gdy okazuje się, że jej stancja przypomina posiadłość z filmów grozy klasy B, prowadzona jest przez trzy siostry w dość podeszłym wieku i papugę, a w telefonie słychać głosy, Salka zaczyna zastanawiać się, czy to aby na pewno był dobry pomysł. Pojawienie się młodszego brata jedynie komplikuje i tak niełatwą już sytuację – zwłaszcza, gdy pewnego dnia próbuje utopić siostrę w Odrze.

Opinie o ebooku Nomen omen - Marta Kisiel

Fragment ebooka Nomen omen - Marta Kisiel

Mar­ta Ki­siel

NO­MEN OMEN

Co­py­ri­ght © by Mar­ta Ki­siel, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Prolog

Salka Przy­go­da, lat dwa­dzie­ścia pięć, metr osiem­dzie­siąt trzy wzro­stu, sie­dem­dzie­siąt sześć kilo wagi, ni­czym go­łę­bi­ca prze­le­cia­ła nad ba­rier­ką i ru­nę­ła pro­sto w ciem­ny, lo­do­wa­ty nurt Odry, o włos mi­ja­jąc be­to­no­we na­brze­że i kra­sno­lud­ka z brą­zu, któ­ry przy­cup­nął tam, by wy­prać so­bie por­t­ki.

Opa­da­jąc bez­wład­nie w stro­nę dna, spa­ra­li­żo­wa­na zim­nem i prze­ra­że­niem, dziew­czy­na my­śla­ła tyl­ko o jed­nym.

Może nie byli so­bie szcze­gól­nie bli­scy. W koń­cu Sal­ka nie mia­ła zie­lo­ne­go po­ję­cia, co od dwóch lat z ta­kim upo­rem stu­diu­je Nie­daś. Może też nie do­ga­dy­wa­li się naj­le­piej, choć tak na do­brą spra­wę nig­dy nie pró­bo­wa­li. Może róż­ni­li się od sie­bie jak dzień i noc, jak ogień i woda, ale to prze­cież nie tłu­ma­czy­ło tego, co Nie­daś wła­śnie zro­bił.

Dla­cze­go, na li­tość bo­ską, ro­dzo­ny brat po­sta­no­wił ją ni stąd, ni zo­wąd uto­pić?

Rozdział 1, w którym na scenę wpada z rozpędu główna bohaterka, celując mniej więcej w Madagaskar

Bab­cia Przy­go­do­wa wie­dzia­ła, co to ból ist­nie­nia. Ochrzczo­na przed sie­dem­dzie­się­cio­ma trze­ma laty mało wdzięcz­nym imie­niem Izy­do­ra i piesz­czo­tli­wie – bądź li­to­ści­wie, nig­dy nie była tego pew­na – zwa­na przez naj­bliż­szych Isią, od lat plu­ła so­bie w bro­dę, że nie oca­li­ła przed po­dob­ny­mi cier­pie­nia­mi wła­snej wnucz­ki – Sa­lo­mei Kle­men­ty­ny. Zdą­ży­ła je­dy­nie ura­to­wać młod­sze z dwoj­ga dzie­ci swe­go ro­dzo­ne­go, acz chwi­la­mi wy­rod­ne­go syna. Jej sta­now­cza in­ter­wen­cja z ele­men­ta­mi gróźb ka­ral­nych oszczę­dzi­ła chłop­cu smut­ne­go losu Eu­ze­biu­sza Jo­achi­ma, wo­bec któ­re­go los Ada­ma Jo­achi­ma był już nie­co bar­dziej god­ny po­zaz­drosz­cze­nia. Z na­ci­skiem na „nie­co”.

Nie­ste­ty, na­wet bab­cia Przy­go­do­wa, choć wpra­wio­na w bo­jach na­tu­ry ży­cio­wej, nie mo­gła nic po­ra­dzić na pe­cha, któ­ry wy­raź­nie upodo­bał so­bie jej wnucz­kę, co rusz wy­pró­bo­wu­jąc na niej nowe me­to­dy prze­śla­do­wań. Uj­rzaw­szy sto­ją­cą w pro­gu Sal­kę, brud­ną, ob­dar­tą i za­smar­ka­ną, odło­ży­ła krzy­żów­kę i wes­tchnę­ła cięż­ko. Są­dząc po dłu­go­ści gila wi­szą­ce­go z per­ka­te­go nosa dziew­czy­ny, tym ra­zem pech dał z sie­bie wszyst­ko.

– Za­pa­rzę ci, dziec­ko, her­ba­ty.

Parę mi­nut póź­niej sie­dzia­ły przy ku­chen­nym sto­le, kon­tem­plu­jąc naj­now­szy re­kord pe­cha.

– No już, już – mru­cza­ła bab­cia, spo­glą­da­jąc znad fi­li­żan­ki mię­to­wej her­ba­ty, jak wnucz­ka, z twa­rzą ukry­tą w ra­mio­nach, ry­czy ni­czym ran­ny łoś w jej naj­lep­szą ser­we­tę. – Nie ma co tak smar­kać, Sa­lecz­ko. Co się sta­ło, to się nie od­sta­nie…

W od­po­wie­dzi Sal­ka za­wy­ła jesz­cze gło­śniej.

– …a prze­cież sama do­brze wiesz, jaka jest two­ja mama. – Tu bab­cia Przy­go­do­wa urwa­ła, bo ni­jak nie mo­gła zna­leźć wła­ści­wych słów, któ­re od­da­ły­by isto­tę rze­czy, choć parę cis-nęło jej się na usta. Nie prze­pa­da­ła za swo­ją sy­no­wą, to praw­da, uwa­ża­ła się jed­nak za oso­bę z wro­dzo­nym wy­czu­ciem tak­tu. Ten zaś nie po­zwa­lał jej sto­so­wać okre­śleń w ro­dza­ju „szur-nię­ta” w od­nie­sie­niu do wła­snej sy­no­wej, kie­dy w za­się­gu słu­chu krą­ży­ło któ­re­kol­wiek z wnu­cząt. Na­wet je­śli było to okre­śle­nie ze wszech miar praw­dzi­we, a na do­da­tek wy­jąt­ko­wo ła­god­ne. – Na pew­no chcia­ła do­brze, ale co po­ra­dzić, że jest tro­chę… tro­chę… zbyt otwar­ta?

– Tro­chę? Tro­chę?! – Za­pła­ka­na Sal­ka wy­pro­sto­wa­ła się jak stru­na. – Chy­ba ra­czej na prze­strzał!

Nie wia­do­mo, czy spra­wił to ko­lej­ny ryk wnucz­ki, od któ­re­go za­drża­ły szy­by w wie­ko­wych oknach miesz­ka­nia, czy też wi­dok strasz­li­wie wy­mię­to­szo­nej ser­we­ty, w każ­dym ra­zie w gło­sie bab­ci Przy­go­do­wej dało się sły­szeć lek­ką przy­ga­nę.

– Dziec­ko, czy ty aby nie dra­ma­ty­zu­jesz?

Czer­wo­na jak bu­rak Sal­ka umil­kła, wbi­ja­jąc w bab­cię peł­ne wy­rzu­tu i łez spoj­rze­nie. Ma­low­ni­czy gil pod jej no­sem, któ­ry do­tych­czas po­dry­gi­wał w takt ko­lej­nych wy­bu­chów roz­pa­czy, za­stygł w zło­wiesz­czym bez­ru­chu.

– Ba­bu­niu, ba­bu­nia kpi czy o dro­gę pyta? – za­py­ta­ła rze­czo­wo.

Bab­cia Przy­go­do­wa stro­pi­ła się wy­raź­nie. No tak…

A jesz­cze przed go­dzi­ną nic nie za­po­wia­da­ło ko­lej­nej ka­ta­stro­fy, któ­ra mia­ła nie tyle na­dejść w naj­mniej sto­sow­nym mo­men­cie tego sło­necz­ne­go czerw­co­we­go po­po­łu­dnia, ile ra­czej przy­ga­lo­po­wać dziar­sko i z przy­tu­pem.

Sal­ka, dy­żur­na ofia­ra losu, wy­sia­dła z pe­ka­esu i wy­mi­nąw­szy parę nie­zbyt żwa­wych, za to wiel­ce roz­mow­nych sta­ru­szek, ru­szy­ła jed­ną z wą­skich uli­czek mia­stecz­ka. Po­mi­mo upa­łu, któ­ry in­nym prze­chod­niom zda­wał się od­bie­rać wła­dzę w no­gach, kro­czy­ła szyb­ko i ener­gicz­nie. Zaj­rzaw­szy jesz­cze po dro­dze do wa­rzyw­nia­ka, skąd wy­szła z siat­ką peł­ną ziem­nia­ków, do­tar­ła w koń­cu do nie­po­zor­nej ka­mie­ni­cy na rogu i znik­nę­ła w ciem­nej bra­mie, ani na chwi­lę nie zwal­nia­jąc.

Przy­sta­nę­ła do­pie­ro na szczy­cie skrzy­pią­cych, wy­śli­zga­nych scho­dów i za­czę­ła gme­rać wol­ną ręką w to­reb­ce, usi­łu­jąc wy­ło­wić klu­cze. Fo­lio­we uszy cięż­kiej siat­ki nie­mi­ło­sier­nie wrzy­na­ły jej się w mo­kre od potu pal­ce. Sap­nę­ła z po­iry­to­wa­niem, ale w koń­cu wy­ma­ca­ła bre­lok i wy­wlo­kła dra­nia ra­zem z klu­cza­mi na świa­tło dzien­ne.

Gór­ny za­mek ustą­pił bez tru­du, za to dol­ny skrzyp­nął, zgrzyt­nął, po czym za­ciął się na amen.

No tak. Nie­daś. Jak zwy­kle nie­za­wod­ny.

Po krót­kiej, acz in­ten­syw­nej i okra­szo­nej epi­te­ta­mi sza­mo­ta­ni­nie Sal­ka zdo­ła­ła wresz­cie prze­krę­cić klucz, zmu­sza­jąc za­mek do bez­wa­run­ko­wej ka­pi­tu­la­cji. Skrzy­dło sta­rych drzwi uchy­li­ło się lek­ko, uka­zu­jąc ja­sny ko­ry­tarz…

…i w tym mo­men­cie roz­legł się ci­chy trzask pę­ka­ją­cej fo­lii.

Prze­kli­na­jąc Nie­da­sia, któ­ry miał na­oli­wić wy­słu­żo­ny za­mek już do­bry ty­dzień temu, Sal­ka rzu­ci­ła się w po­goń za ucie­ka­ją­cy­mi ziem­nia­ka­mi, za­nim te zdą­ży­ły czmych­nąć scho­da­mi z dru­gie­go pię­tra.

I w tej oto po­zy­cji – na klęcz­kach na za­ku­rzo­nej drew­nia­nej pod­ło­dze, z brud­ny­mi ziem­nia­ka­mi w ob­ję­ciach i gło­wą tuż przy uchy­lo­nych drzwiach – pa­dła ofia­rą losu, któ­ry prze­mó­wił do niej z głę­bi miesz­ka­nia świer­go­czą­cym, nie­co ja­zgo­tli­wym gło­sem ro­dzo­nej mat­ki:

– …i tłu­ma­czę, ze­rwij­że kaj­da­ny fał­szy­wej cno­tli­wo­ści, uwol­nij nie­okieł­zna­ny ero­tyzm! Niech kipi, niech bu­cha! Ach, żeby pan wie­dział, jaki ta moja Sal­ka ma po­ten­cjał… Słu­cham? Ach, pan so­bie wy­obra­ża! No pro­szę, to niech pan so­bie wy­obra­zi, jaka w tym mło­dym, buj­nym cie­le czy­ha moc! Jaka po­ku­sa! Ja jej to za­wsze po­wta­rzam, kuś, dziec­ko, kuś! Od cze­go masz te roz­ło­ży­ste bio­dra? Prze­pra­szam, nie do­sły­sza­łam pań­skie­go imie­nia?

Mło­de, buj­ne cia­ło wzmian­ko­wa­nej Sal­ki za­sty­gło w bez­brzeż­nym osłu­pie­niu, a po jej gło­wie za­czę­ła się tłuc roz­pacz­li­wa myśl.

Naj­wyż­szy czas się wy­pro­wa­dzić, za­nim mat­ka zdą­ży uświa­do­mić w kwe­stii jej nie­wy­ko­rzy­sta­ne­go po­ten­cja­łu sek­su­al­ne­go i sze­ro­ko­ści bio­der każ­de­go te­le­mar­ke­te­ra w kra­ju. Te­raz. Za­raz. I to moż­li­wie da­le­ko.

Za­miast od razu obrać kurs na Górę Prze­zna­cze­nia, Sal­ka po­rzu­ci­ła ziem­nia­ki na pro­gu miesz­ka­nia i po­wę­dro­wa­ła na dru­gi ko­niec uli­cy, do bab­ci.

Sal­ka i bab­cia Przy­go­do­wa wes­tchnę­ły zgod­nie.

– Kaj­da­ny, po­wia­dasz?

– No i sama ba­bu­nia wi­dzi. Prze­cież to idzie się po­ciąć z taką mat­ką. – Wierz­chem dło­ni otar­ła łzy z po­licz­ków. – To któ­rę­dy na Ma­da­ga­skar?

– Ma­da­ga­skar po­cze­ka – stwier­dzi­ła sta­now­czo bab­cia. – Na po­czą­tek weź le­piej z ni­ciar­ki agraf­kę, in­a­czej całe mia­stecz­ko bę­dzie mia­ło oka­zję do­brze się przyj­rzeć, jak ci bu­cha ten twój ero­tyzm.

– Ba­bu­niu, ale ja z tym cię­ciem to tyl­ko tak… – za­czę­ła Sal­ka, lecz coś ją tknę­ło i spoj­rza­ła w ślad za wy­mow­nym wzro­kiem bab­ci. Na wiel­kie roz­dar­cie w swo­jej let­niej su­kien­ce.

Wiel­kie, się­ga­ją­ce pra­wie do bio­dra. Tego roz­ło­ży­ste­go.

Sal­ka po­cią­gnę­ła gwał­tow­nie no­sem, na nowo wpra­wia­jąc gila w ruch.

– Prze­cież to była moja naj­lep­sza su­kien­ka­aa…

Czu­jąc, jak na ra­so­we­go reu­ma­ty­ka przy­sta­ło, że za­no­si się na ko­lej­ny so­lid­ny stru­mień łez, bab­cia Przy­go­do­wa huk­nę­ła dło­nią w stół i czym prę­dzej za­gna­ła wnucz­kę do dzie­ła.

– Na­praw­dę, po­win­na ba­bu­nia w koń­cu za­in­we­sto­wać w igłę i nici – burk­nę­ła Sal­ka, gdy wspól­ny­mi si­ła­mi pró­bo­wa­ły spiąć roz­dar­ty ma­te­riał za po­mo­cą ze­sta­wu mniej lub bar­dziej po­rdze­wia­łych agra­fek. Or­ga­nicz­na wręcz nie­chęć bab­ci Przy­go­do­wej do wszyst­kie­go, co zwią­za­ne z ja­ki­mi­kol­wiek ro­bót­ka­mi ręcz­ny­mi, do­cze­ka­ła się w ro­dzi­nie sta­tu­su le­gen­dar­nej, nikt jed­nak nie zdo­łał do­tąd od­kryć, co le­ża­ło u jej pod­staw. A pró­bo­wa­ło wie­lu. Go­rą­cą at­mos­fe­rę do­mys­łów do­dat­ko­wo pod­sy­cał fakt, że jej wy­chu­cha­ny je­dy­nak, Pa­weł, oże­nił się z kraw­co­wą. Od dnia ich ślu­bu, czy­li od bli­sko trzy­dzie­stu lat, krew­ni dal­si i bliż­si za­kła­da­li się o to, co było pierw­sze – nie­chęć do dzier­ga­nia czy nie­chęć do sy­no­wej. Staw­ka wzra­sta­ła wraz z każ­dym ro­dzin­nym spę­dem, zbli­ża­jąc się po­wo­li, acz kon­se­kwent­nie do wy­so­ko­ści śred­niej kra­jo­wej.

Z po­dob­ną kon­se­kwen­cją bab­cia Przy­go­do­wa pusz­cza­ła mimo uszu wszel­kie uwa­gi na ten te­mat. Te­raz tak­że – po­dźwig­nęła się z pod­ło­gi, na któ­rej przy­klę­kła wcze­śniej na jed­no ko­la­no, po czym scho­wa­ła zbęd­ne agraf­ki do sta­rej ni­ciar­ki i od­wró­ci­ła się po­now­nie do wnucz­ki.

– No, po­każ się.

Sal­ka cof­nę­ła się po­słusz­nie o krok, wcho­dząc pro­sto w za­sta­wio­ny pa­pro­cia­mi drew­nia­ny kwiet­nik, któ­ry za­cza­ił się pod­stęp­nie w ką­cie.

– I jak wy­glą­dam? – za­py­ta­ła, gdy już usta­wi­ła z po­wro­tem wszyst­kie do­nicz­ki i mniej wię­cej otrze­pa­ła się z zie­mi.

Bab­cia ob­rzu­ci­ła wnucz­kę kry­tycz­nym spoj­rze­niem.

Od­kaszl­nę­ła.

Nie da­jąc ła­two za wy­gra­ną, ob­rzu­ci­ła ją spoj­rze­niem raz jesz­cze, dla od­mia­ny życz­li­wym.

Nie po­mo­gło.

Przed nią sta­ła zgnę­bio­na przez wła­sną mat­kę i los dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nia dziew­czy­na, wy­so­ka jak dąb i nie­mal rów­nie zwiew­na, w po­spi­na­nej me­to­dą par­ty­zanc­ką let­niej su­kien­ce, brud­nej i wy­mię­tej, z po­tar­ga­ny­mi ru­dy­mi wło­sa­mi i opuch­nię­tą od pła­czu twa­rzą. Z per­ka­te­go nosa zwi­sał czy ra­czej ster­czał jej gil, te­raz już za­schnię­ty na amen, oczy mia­ła za­czer­wie­nio­ne, dło­nie czar­ne od do­nicz­ko­wej zie­mi, a gołe nogi jak zwy­kle w siń­cach i za­dra­pa­niach, któ­re przez całe ży­cie ko­lek­cjo­no­wa­ła z za­pa­łem, acz mi­mo­wol­nie, wpa­da­jąc na co – no­men omen – po­pad­nie.

W tych oko­licz­no­ściach na­wet nie­zmie­rzo­ne po­kła­dy mi-ło­ści, jaką bab­cia Przy­go­do­wa ży­wi­ła do swo­jej wnucz­ki, oka­za­ły się nie­wy­star­cza­ją­ce.

– Oj, dziec­ko, dziec­ko… – Po­krę­ci­ła si­wiu­teń­ką gło­wą. – Bę­dziesz ty się mu­sia­ła wy­pro­wa­dzić.

***

Je­śli cho­dzi o za­cie­ra­nie śla­dów i dba­łość o za­cho­wa­nie pry­wat­no­ści na Fa­ce­bo­oku, Sal­ka biła re­kor­dy pa­ra­noi, któ­re wzbu­dzi­ły­by lek­ki nie­po­kój na­wet u taj­nych agen­tów in­fil­tru­ją­cych sze­re­gi zor­ga­ni­zo­wa­nych grup prze­stęp­czych. Aby nikt nie od­na­lazł jej po e-ma­ilu, za­ło­ży­ła od­ręb­ną skrzyn­kę tyl­ko po to, by się za­re­je­stro­wać na por­ta­lu, i już nig­dy wię­cej do niej nie zaj­rza­ła. Co ty­dzień, kom­bi­nu­jąc jak koń pod górę, zmie­nia­ła ha­sło do swo­je­go pro­fi­lu. Po każ­dym lo­go­wa­niu czy­ści­ła hi­sto­rię prze­glą­dar­ki, przy czym za­wsze ją ku­si­ło, żeby cał­kiem tę prze­glą­dar­kę usu­nąć z dys­ku, a na­stęp­nie za­in­sta­lo­wać od nowa. Naj­le­piej wraz z sys­te­mem, tak na wszel­ki wy­pa­dek. Ofi­cjal­nie na­zy­wa­ła się Ko­mu­na Pa­ry­ska, nie mia­ła płci ani daty uro­dze­nia, nie była w związ­ku, ni­czym się nie in­te­re­so­wa­ła, nig­dy nie ska­la­ła wła­snej ta­bli­cy żad­nym sta­tu­sem, nie po­zwa­la­ła też ni­ko­mu nic na niej za­miesz­czać, ni­cze­go nie ko­men­to­wa­ła ani nie laj­ko­wa­ła, ole­wa­ła łań­cusz­ki i zwie­rzę­ta w po­trze­bie, a jako zdję­cie pro­fi­lo­we usta­wi­ła so­bie gu­mo­wą ka­czusz­kę. Nie pu­bli­ko­wa­ła żad­nych fo­to­gra­fii i nie zga­dza­ła się, by ktoś ją na nich ozna­czał. Z góry od­rzu­ca­ła wszyst­kie otrzy­my­wa­ne za­pro­sze­nia, wę­sząc w nich pod­stęp, a za­nim sama wy­sła­ła je do ko­go­kol­wiek, wpierw skru­pu­lat­nie prze­glą­da­ła zna­jo­mych swo­ich zna­jo­mych, choć­by uzbie­ra­ło się ich kil­ku­set. Blo­ko­wa­ła jak leci wszel­kie moż­li­we apli­ka­cje. W za­sa­dzie bar­dziej mo­gło­by jej nie być na Fa­ce­bo­oku tyl­ko wte­dy, gdy­by jej tam nie było wca­le, lecz nie o to Sal­ce cho­dzi­ło. Chcia­ła być, nie bę­dąc. Śle­dzi­ła dys­kret­nie sta­tu­sy sta­ran­nie wy­se­lek­cjo­no­wa­nych zna­jo­mych i od cza­su do cza­su, w przy­pły­wie stra­ceń­czej od­wa­gi, na­wią­zy­wa­ła kon­takt. Przede wszyst­kim jed­nak mia­ła oko na po­czy­na­nia Nie­da­sia i włas­nych ro­dzi­ców, bez­tro­sko i ocho­czo ko­rzy­sta­ją­cych z sze­ro­kie­go wa­chla­rza moż­li­wo­ści, ja­kie da­wał Fa­ce­bo­ok.

Ale trze­ba Sal­ce od­dać, że nie była to pa­ra­no­ja cał­ko­wi­cie bez­pod­staw­na. Pół mia­stecz­ka za­wsze wie­dzia­ło, kie­dy mia­ła okres, dru­gie pół oglą­da­ło wszyst­kie jej zdję­cia z dzie­ciń­stwa – w tym rów­nież te, któ­re nie po­zo­sta­wia­ły żad­nych złu­dzeń – na­to­miast trze­cie pół… No, w każ­dym ra­zie Pa­weł i Ka­li­na Przy­go­do­wie, obo­je bar­dzo to­wa­rzy­scy i otwar­ci, czy to w kon­tak­cie bez­po­śred­nim, czy to in­ter­ne­to­wym, prze­ści­ga­li się na­wza­jem w bra­ku ja­kich­kol­wiek kon­wer­sa­cyj­nych za­ha­mo­wań, uzna­jąc je za prze­jaw cia­sno­ty ho­ry­zon­tów myś­lo­wych. A Nie­daś, jak to Nie­daś, od­kąd tyl­ko na­uczył się mó­wić, ra­do­śnie in­for­mo­wał cały świat o każ­dej wpad­ce i ta­jem­ni­cy swo­jej star­szej sio­stry, po pro­stu dla­te­go, że uwa­żał je za sza­le­nie za­baw­ne. W re­zul­ta­cie Sal­ka nie­raz naja­dła się wsty­du, gdy do­wol­ne pół mia­stecz­ka oma­wia­ło jej zma­ga­nia z roz­stę­pa­mi, funk­cja­mi rze­czy­wi­sty­mi czy nad­pro­gra­mo­wy­mi cen­ty­me­tra­mi tu i ów­dzie. Nie­wie­le mo­gła zro­bić, by temu za­po­biec, cho­ciaż­by z ra­cji ogra­ni­czo­ne­go do­stę­pu do tru­cizn i bro­ni pal­nej, wy­bra­ła za­tem mniej­sze zło. W koń­cu nic tak nie po­ma­ga mło­dej wraż­li­wej ko­bie­cie w co­dzien­nych kon­tak­tach z naj­bliż­szy­mi, jak so­lid­na daw­ka zdro­wej, re­gu­lar­nie pod­sy­ca­nej pa­ra­noi.

Gru­bo po­nad mie­siąc po in­cy­den­cie ziem­nia­cza­nym Sal­ka wciąż nie wie­dzia­ła, co ze sobą po­cząć. Z re­gu­ły zga­dza­ła się z bab­cią Przy­go­do­wą – mu­sia­ła się wy­pro­wa­dzić, za­nim ro­dzi­na wy­koń­czy ją psy­chicz­nie, fi­zycz­nie i odzie­żo­wo. Ma­da­ga­skar, nie­ste­ty, nie wcho­dził w grę, po­dob­nie jak inne, rów­nie ku­szą­ce miej­sca – ta­kie jak cho­ciaż­by da­le­ka, nie­do­stęp­na Sy­be­ria. Pod nie­obec­ność resz­ty do­mow­ni­ków Sal­ka sia­da­ła do wspól­ne­go kom­pu­te­ra, zer­ka­ła na pro­fi­le zna­jo­mych, pa­trzy­ła, gdzie to ich nogi po­nio­sły po skoń­cze­niu szko­ły, i za­zdro­ści­ła im nie­mo­żeb­nie, na­wet je­śli był to So­sno­wiec.

Aż pew­ne­go po­po­łu­dnia, gdy po po­wro­cie ze znie­na­wi­dzo­nej pra­cy zno­wu w sa­mot­no­ści mar­no­wa­ła czas przed mo­ni­to­rem, za­miast roz­wi­jać swój stłam­szo­ny sek­sa­pil, przy­pad­kiem rzu­ci­ła jej się w oczy zmia­na sta­tu­su jed­nej z ko­le­ża­nek z li­ceum: Aga­ta Sław­czak zak­tu­ali­zo­wa­ła swo­je miej­sce za­miesz­ka­nia jako Le­eds, En­gland.

Aga­ta, czy­li Ga­cia, swe­go cza­su przy­jaź­ni­ła się z Sal­ką. Tuż po ma­tu­rze ze­bra­ła ma­nat­ki i ra­zem ze swo­im chło­pa­kiem wy­nio­sła się z mia­stecz­ka w po­szu­ki­wa­niu lep­sze­go ży­cia. Naj­wy­raź­niej te­raz wy­wia­ło ją jesz­cze da­lej, być może na­wet w tym sa­mym celu. Na wszel­ki wy­pa­dek Sal­ka nie za­sta­na­wia­ła się za bar­dzo, tyl­ko od razu otwo­rzy­ła okien­ko no­wej wia­do­mo­ści i za­czę­ła kle­pać w kla­wi­sze.

Po dwóch mi­nu­tach otrzy­ma­ła od­po­wiedź od Gaci, jak zwy­kle na­je­żo­ną błę­da­mi or­to­gra­ficz­ny­mi i sta­dem wy­krzyk­ni­ków. Po kwa­dran­sie zna­ła już więk­szość szcze­gó­łów, z bie­żą­cym kur­sem fun­ta bry­tyj­skie­go i ceną li­tra mle­ka w skle­pie u Hin­du­sa na rogu włącz­nie. Po go­dzi­nie wy­łą­czy­ła kom­pu­ter i po­gna­ła do sto­ją­ce­go w przed­po­ko­ju te­le­fo­nu, żeby za­dzwo­nić pod po­da­ny przez Ga­cię nu­mer, za­nim upior­na ro­dzin­ka zwa­li jej się z po­wro­tem na gło­wę i za­cznie za­da­wać py­ta­nia.

Tuż przed szes­na­stą za­koń­czy­ła roz­mo­wę, od­tań­czy­ła krót­ki, acz efek­tow­ny ta­niec zwy­cię­stwa, po czym wy­wlo­kła ze schow­ka swój sta­ry ple­cak ze ste­la­żem i za­czę­ła się pa­ko­wać.

Rozdział 2, w którym Salka w zasadzie dociera do celu

Ostat­ni w dłu­giej ko­lej­ce na po­sto­ju tak­sów­karz spo­koj­nie do­koń­czył aka­pit i wła­śnie miał prze­rzu­cić stro­nę naj­now­sze­go nu­me­ru „De­tek­ty­wa”, gdy gdzieś po­nad jego gło­wą roz­le­gło się dys­kret­ne sap­nię­cie, po nim zaś py­ta­nie, któ­re w swej wie­lo­let­niej ka­rie­rze sły­szał już chy­ba mi­lion razy:

– Wol­ne?

Ko­lej­na gęś z pro­win­cji, co to nie wie, gdzie się za­czy­na po­stój, wes­tchnął w głę­bi du­cha tak­sów­karz, a po­tem zer­k­nął znad oku­la­rów za okno.

Mniej wię­cej na po­zio­mie jego oczu, na tle gład­kiej zie­lo­nej blu­zecz­ki, dyn­dał ko­niec gru­be­go, ru­de­go war­ko­cza, któ­rym moż­na by się swo­bod­nie po­słu­żyć ni­czym bro­nią obu­cho­wą. Wy­ru­szyw­szy od sze­ro­kich bio­der, wzrok tak­sów­ka­rza po­wę­dro­wał tym ogni­stym szla­kiem pro­sto na da­le­ką pół­noc. Pierw­szy przy­sta­nek – wcię­cie w ta­lii. Ni­cze­go so­bie, ni­cze­go. Ka­wa­łek wy­żej roz­po­ście­ra­ła się ła­god­na rów­ni­na, po czym na­stę­po­wa­ła wy­raź­na zmia­na kra­jo­bra­zu. I tu tak­sów­kar­ski wzrok utknął na do­bre, być może wy­trzą­sa­jąc z bu­tów wy­jąt­ko­wo na­tręt­ny ka­my­czek. W tym miej­scu bo­wiem le­żał przy­sta­nek trze­ci – biust. Duży. Roz­pie­ra­ją­cy zie­lo­ny ma­te­riał blu­zecz­ki. Fa­lu­ją­cy lek­ko wraz z każ­dym od­de­chem. Od razu wi­dać, że ża­den tam push up czy inny si­li­kon. Naj­praw­dziw­szy, kon­kret­ny biust.

Mi­nę­ło parę chwil, za­nim roz­le­gło się ci­che chrząk­nię­cie, ci­ska­jąc roz­anie­lo­nym tak­sów­ka­rzem z po­wro­tem o zie­mię. Spoj­rzał w górę. No tak, nad biu­stem wzno­sił się jesz­cze ciąg dal­szy – szy­ja owi­nię­ta nie­dba­le ko­lo­ro­wą apasz­ką, a na niej gło­wa, z któ­rej brał po­czą­tek im­po­nu­ją­cy war­kocz. Ale kto by się tam przej­mo­wał szcze­gó­ła­mi, kie­dy po­ni­żej…

– Wol­ne? – po­wtó­rzy­ła dziew­czy­na. W jej gło­sie dało się sły­szeć skrom­ne po­cząt­ki iry­ta­cji.

– Nooo… – szyb­ki rzut oka na po­czą­tek po­sto­ju i po­now­nie do blu­zecz­ki – …jak dla pani, to cze­mu nie.

– A to na sie­dze­nie czy do ba­gaż­ni­ka? – za­py­ta­ła, wy­ko­nu­jąc przy tym dziw­ny ruch ra­mio­na­mi, od któ­rych lek­kie fa­lo­wa­nie de­kol­tu i oko­lic prze­szło na­tych­miast w dzie­sięć w ska­li Be­au­for­ta.

Za­słu­cha­ny w pie­nia aniel­skie tak­sów­karz nie od razu zro­zu­miał, o co cho­dzi. Do­pie­ro po chwi­li do­strzegł, że po­nad rudą gło­wą wzno­si się jesz­cze ma­syw za­ła­do­wa­ne­go po brze­gi wiel­kie­go ple­ca­ka ze ste­la­żem. Na­stęp­nych parę se­kund za­ję­ło mu przy­swo­je­nie my­śli, że dziew­czy­na, któ­ra zdo­ła­ła dźwi­gnąć taki cię­żar, za­rzu­cić go so­bie na ple­cy i ustać, a na­wet przejść z nim na wła­snych no­gach z ko­le­jo­we­go pe­ro­nu na po­stój tak­só­wek na­prze­ciw­ko dwor­ca, praw­do­po­dob­nie jest nie tyl­ko nie­prze­cięt­nie wy­so­ka i za­okrą­glo­na tam, gdzie męż­czyź­ni po­noć lu­bią naj­bar­dziej, ale też sil­na jak wszy­scy dia­bli ra­zem wzię­ci. In­ny­mi sło­wy, w pysk le­piej od niej nie do­stać.

Od­zy­skaw­szy ro­zum i krą­że­nie we wszyst­kich czę­ściach cia­ła, tak­sów­karz z pręd­ko­ścią świa­tła wy­strze­lił ze swo­je­go miej­sca i rzu­cił się, żeby otwo­rzyć ba­gaż­nik, pra­wie wy­ry­wa­jąc przy tym kla­pę z za­wia­sów.

– Może ja pani… – za­czął, lecz dziew­czy­na majt­nę­ła od nie­chce­nia ple­ca­kiem i wrzu­ci­ła go do ba­gaż­ni­ka. Pęd po­wie­trza mało nie zwa­lił męż­czy­zny z nóg. – E… to do­kąd ma być?

Tu dziew­czy­na wy­raź­nie się stro­pi­ła, po czym za­czę­ła gme­rać w to­reb­ce.

– Wie pan co, do­kład­nie nie pa­mię­tam, ale to było coś od ja­kie­goś drze­wa… przy ja­kiejś tam wie­ży czy czymś ta­kim…

– Coś od ja­kie­goś drze­wa i przy ja­kiejś tam wie­ży czy czymś ta­kim… – po­wtó­rzył tak­sów­karz w fa­cho­wym za­my­śle­niu. – Jak przy wie­ży, to Wi­śnio­wa może?

Na uła­mek se­kun­dy dziew­czy­na znie­ru­cho­mia­ła.

– Może… Coś mi to mówi, ko­le­żan­ka chy­ba wspo­mi­na­ła, ale…

– Do­bra, pani wsią­dzie i znaj­dzie po dro­dze. – Mach­nął ręką w stro­nę tyl­ne­go sie­dze­nia. Ką­tem oka do­strzegł nie­wiel­kie po­ru­sze­nie na po­cząt­ku po­sto­ju i wo­lał się zmyć, za­nim któ­ryś z ko­le­gów po fa­chu sprząt­nie mu sprzed nosa ten ru­do­wło­sy kra­jo­braz.

Od­je­chał spod dwor­ca i ener­gicz­nie włą­czył się do ru­chu, pod­czas gdy dziew­czy­na wciąż grze­ba­ła w to­reb­ce. Sze­lest pa­pie­ru i zna­jo­ma sub­tel­na woń wska­zy­wa­ły, że w trak­cie po­dró­ży po­si­la­ła się nie­śmier­tel­ną ka­nap­ką z jaj­kiem na twar­do. Tak­sów­karz wzru­szył ra­mio­na­mi. Nie ta­kie aro­ma­ty się w ro­bo­cie zno­si­ło. Lep­sze jaj­ko na twar­do niż… no, w za­sa­dzie też jaj­ko na twar­do. Tyle że w nie­co zmo­dy­fi­ko­wa­nej po­sta­ci.

Z dwor­ca na Wi­śnio­wą nie było da­le­ko, ja­kieś pięć mi­nut bez szcze­gól­ne­go ga­zo­wa­nia, ale jaz­dę wy­dłu­ża­ły wszę­do­byl­skie elki, któ­re z uwa­gi na bli­skość WORD-u upodo­ba­ły so­bie te oko­li­ce. Nie dość, że z upo­rem ma­nia­ka nie pró­bo­wa­ły bić re­kor­dów pręd­ko­ści i przy­spie­sze­nia, pru­jąc sla­lo­mem po­mię­dzy dziu­ra­mi w as­fal­cie, czym wy­bi­ja­ły in­nych kie­row­ców z ryt­mu, to na do­da­tek prze­pusz­cza­ły pie­szych na pa­sach, na­wet je­śli ci nie rzu­ca­li im się pod koła w ak­cie osta­tecz­nej roz­pa­czy. To jesz­cze było do znie­sie­nia – wszak za­wa­li­dro­ga teo­re­tycz­nie też czło­wiek. Lecz gdy w po­ło­wie dro­gi ko­lej­na na­po­tka­na elka za­czę­ła ha­mo­wać na kil­ka­na­ście me­trów przed skrzy­żo­wa­niem, choć licz­nik na świa­tłach wska­zy­wał jesz­cze dzie­sięć se­kund do żół­te­go, tak­sów­karz nie zdzier­żył. Zmie­nił pas i dał po ga­rach.

– Mam! – w tej sa­mej chwi­li wy­krzyk­nę­ła z tyl­ne­go sie­dze­nia dziew­czy­na. W dło­ni trzy­ma­ła wy­mię­ty kar­te­lu­szek z za­pi­sa­nym ad­re­sem. – Li­po­wa! Ale­ja Li­po­wa pięć!

Pisk opon wy­rwał­by ze snu wiecz­ne­go na­wet za­byt­ko­wych nie­bosz­czy­ków z po­bli­skie­go cmen­ta­rza, któ­ry do­pie­ro co mi­nę­li. Tak­sów­ka sta­nę­ła jak wry­ta na sa­mym środ­ku skrzy­żo­wa­nia. Dziew­czy­na sap­nę­ła, gdy pasy wbi­ły jej się w klat­kę pier­sio­wą i brzuch.

– Co pan, zdur­niał?!

– Li… Li… ile ta Li…?

– Li­po­wa pięć – po­wtó­rzy­ła dziew­czy­na, roz­glą­da­jąc się po skrzy­żo­wa­niu. – Rany bo­skie, niech się pan od­wie­si, za­raz nas ktoś stuk­nie!

– Co? A, stuk­nie. Tak. Już.

Nie za­uwa­żył na­wet, że usi­łu­je ru­szyć na lu­zie, do­pó­ki wśród trą­bie­nia in­nych kie­row­ców nie za­wył mu sil­nik. Ner­wo­wo wrzu­cił bieg, aż za­pro­te­sto­wa­ła skrzy­nia, i czmych­nął ze skrzy­żo­wa­nia, by po kil­ku­dzie­się­ciu me­trach skrę­cić w pra­wo.

Zgiełk głów­nej uli­cy zo­stał da­le­ko za nimi. Zna­leź­li się w ci­chej dziel­ni­cy, peł­nej roz­ło­ży­stych, wie­ko­wych drzew. Wzdłuż pu­stych o tej po­rze uli­czek cią­gnę­ły się sta­re, pię­tro­we wil­le. Tyl­ko gdzie­nieg­dzie ku­li­ły się ni­skie blo­ki i inne wy­two­ry ar­chi­tek­tu­ry współ­cze­snej, jak gdy­by za­wsty­dzo­ne tak zna­mie­ni­tym to­wa­rzy­stwem, do któ­re­go ni­jak nie mo­gły aspi­ro­wać.

Tak­sów­ka za­trzy­ma­ła się przed jed­nym z nich.

– To tu­taj? – Dziew­czy­na się­gnę­ła do klam­ry, żeby roz­piąć pas.

– No… w za­sa­dzie… w za­sa­dzie to tak.

– Zna­czy… bar­dziej tak? Czy bar­dziej nie?

– No… w za­sa­dzie… w za­sa­dzie to nie.

– To cze­mu pan tu sta­nął?

– No… w za­sa­dzie…

– Pa­nie, daj pan spo­kój z tymi za­sa­da­mi! Cze­mu pan tu sta­nął?

Na tak­sów­ka­rza spły­nę­ło olśnie­nie.

– Bo tam nie ma gdzie!

– A… – To nie­co zmie­nia­ło po­stać rze­czy. – Aha. A to nie­da­le­ko stąd?

– No… w za­sa­dzie… w za­sa­dzie to tak.

Dziew­czy­na wznio­sła oczy ku pod­su­fit­ce, wzy­wa­jąc ją na świad­ka.

– Krót­ka pił­ka. Nie­da­le­ko: tak czy nie?

– No… no nie!

Po paru mi­nu­tach in­ten­syw­nej wy­mia­ny ar­gu­men­tów i opi­nii tak­sów­ka, wciąż ty­ka­jąc licz­ni­kiem, od­je­cha­ła z pi­skiem opon i znik­nę­ła za naj­bliż­szym za­krę­tem, po­zo­sta­wia­jąc na chod­ni­ku zdez­o­rien­to­wa­ną Sal­kę Przy­go­dę z jej mon­stru­al­nych roz­mia­rów ple­ca­kiem, wy­mię­tym kar­te­lusz­kiem i dys­kret­ną wo­nią ka­na­pek z jaj­kiem na twar­do.

***

Zna­le­zie­nie oso­by, któ­ra w koń­cu wska­za­ła­by jej dro­gę na Li­po­wą pięć, oka­za­ło się nie lada wy­czy­nem. Każ­dy z za­cze­pio­nych prze­chod­niów, gdy sły­szał, ja­kie­go ad­re­su po­szu­ku­je, gwał­tow­nie tra­cił za­in­te­re­so­wa­nie, na­bie­rał za to przy­spie­sze­nia. Obar­czo­na ba­ga­żem Sal­ka nie­spe­cjal­nie mo­gła czy też chcia­ła się ba­wić w po­ścig i prze­słu­cha­nie. Snu­ła się za­tem po dziel­ni­cy, pró­bu­jąc zna­leźć ko­goś, kto bę­dzie ucie­kał nie­co wol­niej niż inni, żeby zdą­ży­ła go przy­ci­snąć. Błą­ka­ła się tak do­bre pół go­dzi­ny, aż w koń­cu na wi­dok ob­lę­żo­ne­go przez mar­gi­nes miej­sco­wej spo­łecz­no­ści su­per­sa­mu do­zna­ła prze­bły­sku. Wy­daw­szy wła­ści­wie to, co przez przy­pa­dek za­osz­czę­dzi­ła na tak­sów­ce, ru­szy­ła w kie­run­ku, któ­ry ocho­czo wska­zał jej ów z lek­ka znie­czu­lo­ny mar­gi­nes.

Spo­dzie­wa­ła się co naj­mniej przed­sion­ka pie­kieł, tym­cza­sem ku jej roz­cza­ro­wa­niu ale­ja Li­po­wa ni­czym nie róż­ni­ła się od po­zo­sta­łych uli­czek. Ot, wą­ska jezd­nia, na któ­rej w teo­rii po­win­ny wy­mi­nąć się dwa sa­mo­cho­dy, wy­bo­isty chod­nik, na lewo wil­le, na pra­wo wil­le, jak w lu­strza­nym od­bi­ciu, w wol­nych miej­scach zie­leń pod każ­dą nie­mal­że po­sta­cią, a wszyst­ko to szczo­drze okra­szo­ne ci­szą i spo­ko­jem.

Idąc przez ten siel­sko-miej­ski kra­jo­braz i roz­glą­da­jąc się za nu­me­rem pią­tym, Sal­ka uśmie­cha­ła się z za­do­wo­le­niem. Ad­res, a w za­sa­dzie nu­mer te­le­fo­nu, zdo­by­ła dla niej Ga­cia, któ­rej ciot­ka miesz­ka­ła gdzieś w po­bli­żu i chęt­nie po­le­ci­ła stan­cję „u pew­nej star­szej pani”, przy­tul­ną i ta­nią, z do­brym do­jaz­dem do cen­trum. Co tu kryć, Sal­ka fun­du­szem dys­po­no­wa­ła skrom­nym, jak na wro­cław­skie stan­dar­dy, na apar­ta­men­ty stać jej nie było, poza tym ogól­nie nie mia­ła nic prze­ciw­ko star­szym pa­niom. Ten kon­kret­ny eg­zem­plarz przez te­le­fon brzmiał co praw­da bar­dziej rze­czo­wo niż sym­pa­tycz­nie, ale wy­słu­chał, o co cho­dzi, wy­ja­śnił co trze­ba, po­dał ad­res i za­pro­sił w swo­je skrom­ne pro­gi. Cała roz­mo­wa trwa­ła może pięć mi­nut i nie wzbu­dzi­ła u Sal­ki żad­nych nie­po­ko­ją­cych wi­zji.

Jak się oka­za­ło, nie­słusz­nie.

Za po­rdze­wia­łym ogro­dze­niem z me­ta­lo­wej siat­ki wy­ra­stał rząd strze­li­stych drzew, mię­dzy któ­ry­mi prze­dzie­ra­ła się wą­ska ście­żyn­ka pro­wa­dzą­ca od zde­ze­lo­wa­nej furt­ki. Da­lej, w głę­bi dział­ki, wzno­si­ła się spo­ra pię­tro­wa wil­la. Mury stra­szy­ły dziu­ra­mi po tyn­ku, któ­ry w koń­cu nie wy­trzy­mał na­pię­cia i od­padł. Po­dob­ne ten­den­cje emi­gra­cyj­ne wy­ka­zy­wa­ła nie­gdyś bia­ła far­ba na sto­lar­ce du­żych wy­słu­żo­nych okien. Z jed­nej stro­ny fa­sa­dę zdo­mi­no­wa­ło coś na kształt gan­ku z ba­lu­stra­dą, nad któ­rym cięż­ko opie­rał się trą­cą­cy lek­ko kla­sy­cy­zmem bal­kon na pię­trze, z dru­giej zaś – i tu umysł Sal­ki za­ciął się na dłuż­szą chwi­lę, roz­pacz­li­wie usi­łu­jąc wy­przeć to, co pod­su­wa­ły mu wy­ba­łu­szo­ne oczy – pół­okrą­gły na­roż­nik wil­li, jak nic przy­po­mi­na­ją­cy ki­czo­wa­tą wie­życz­kę z pła­skim dasz­kiem. Ca­łość wy­glą­da­ła tak, jak­by nikt tu nie miesz­kał od co naj­mniej stu­le­cia, od­kąd ostat­ni lo­ka­tor wy­niósł się nocą w wiel­kim po­śpie­chu, od­pro­wa­dza­ny przez życz­li­wych są­sia­dów w bla­sku po­chod­ni i przy akom­pa­nia­men­cie ostrzo­nych sie­kier.

Przy­tul­na stan­cja u star­szej pani mo­gła z po­wo­dze­niem wy­stę­po­wać w hor­ro­rach kla­sy do­wol­nej. I to bez cha­rak­te­ry­za­cji.

Nie­co onie­mia­ła Sal­ka ster­cza­ła po­środ­ku jezd­ni, ga­piąc się ni­czym cie­lę na ma­lo­wa­ne wro­ta to na kosz­mar­ną ru­de­rę, to na ta­blicz­kę z nu­me­rem pięć, któ­ra wi­sia­ła smęt­nie na furt­ce i ni­jak nie chcia­ła z niej znik­nąć, jak zły sen. Na­gle dziw­ne za­cho­wa­nie tak­sów­ka­rza i umy­ka­ją­cych prze­chod­niów na­bra­ło w jej oczach de­li­kat­ne­go rysu ra­cjo­nal­no­ści. A po­tem wy­obraź­nia dziew­czy­ny otrzą­snę­ła się z szo­ku i ru­szy­ła z ko­py­ta, za­stę­pu­jąc rze­czo­wą star­szą pa­nią wi­zją szur­nię­tej sta­rusz­ki z za­awan­so­wa­ną awer­sją do hi­gie­ny oso­bi­stej, co naj­mniej pięt­na­sto­ma ko­cu­ra­mi na sta­nie i ka­me­ral­nym cmen­ta­rzy­kiem w piw­ni­cy.

– Rany bo­skie – z buj­nej pier­si Sal­ki wy­rwa­ło się cięż­kie wes­tchnie­nie.

– Niech no zgad­nę – roz­le­gło się na­gle tuż za nią. – Masz na imię Ania, ale wo­la­ła­byś Kor­de­lia i szu­kasz po­krew­nej du­szy.

Na te sło­wa Sal­ka spur­pu­ro­wia­ła mo­men­tal­nie, ob­ró­ci­ła się na pię­cie i sta­nę­ła twa­rzą w twarz ze star­szą pa­nią.

Star­szą pa­nią, któ­ra prze­wyż­sza­ła ją o gło­wę i jak gdy­by nig­dy nic wbi­ja­ła w dziew­czy­nę spoj­rze­nie przy­pra­wia­ją­cych o ciar­ki żół­tych oczu.

Na­gle cmen­ta­rzyk w piw­ni­cy moc­no zy­skał na praw­do­po­do­bień­stwie…

Rozdział 3, w którym Salka mierzy się z architekturą, a Roy Keane dzieli się wafelkiem

No i cooo? No i cooo? No i co­oooooooo?

– No i pstro! – fuk­nę­ła znie­cier­pli­wio­na Sal­ka i od­wró­ci­ła się, żeby prze­gnać na­trę­ta z po­ko­ju, po czym z roz­ma­chem god­nym naj­wyż­szych not za styl wy­rżnę­ła czo­łem pro­sto w bel­kę stro­po­wą.

– No i pstro­oo – na­tych­miast po­wtó­rzył Roy Ke­ane, prze­krzy­wia­jąc gło­wę z za­in­te­re­so­wa­niem. – No i pstro­oo!

Za­mro­czo­na Sal­ka jęk­nę­ła i z dło­nią przy­ci­śnię­tą do czo­ła usia­dła ostroż­nie na łóż­ku. Coś jej mó­wi­ło, że tym gu­zem za­in­au­gu­ro­wa­ła wła­śnie nową se­rię im­po­nu­ją­cych ob­ra­żeń.

Nie li­cząc ni­skie­go stro­pu, któ­ry dy­bał na ży­cie co wyż­szych lo­ka­to­rów, po­ko­ik na pię­trze pre­zen­to­wał się cał­kiem przy­jem­nie. Pod wa­run­kiem że ktoś lu­bił eks­tre­mal­ne re­tro. W po­wie­trzu uno­sił się de­li­kat­ny za­pach la­wen­dy, su­ge­ru­ją­cy, że w za­ka­mar­kach me­bli to­czy się dys­kret­na woj­na z mo­la­mi. Wszyst­ko tu­taj – bla­da ta­pe­ta w żół­te ró­życz­ki, łóż­ko pod oknem, fo­tel przy drzwiach, śmiesz­na pę­ka­ta ko­mo­da pod jed­ną oraz sta­ro­mod­na to­a­let­ka z lu­strem pod dru­gą ścia­ną – bez cie­nia wąt­pli­wo­ści mia­ło już swo­je lata, wręcz dzie­się­cio­le­cia, nie trą­ci­ło jed­nak kom­plet­ną ru­pie­ciar­nią, cze­go za­czę­ła oba­wiać się Sal­ka, gdy po raz pierw­szy zo­ba­czy­ła wil­lę przy Li­po­wej pięć. Nie ma­jąc wte­dy spe­cjal­nie in­ne­go wyj­ścia, z du­szą na ra­mie­niu prze­stą­pi­ła próg ru­de­ry w ślad za star­szą pa­nią, jak się oka­za­ło, wła­ści­ciel­ką.

I tuż za tym pro­giem pra­wie po­tknę­ła się o wiel­ką, żół­to-nie­bie­ską pa­pu­gę, któ­ra jak gdy­by nig­dy nic tup­ta­ła so­bie ko­ry­ta­rzem, trzy­ma­jąc w dzio­bie wa­fel­ka.

– Jak się ma­aasz? – za­ga­iła grzecz­nie i za­trze­po­ta­ła skrzy­dła­mi.

– Do­brze, dzię­ku­ję – od­par­ła od­ru­cho­wo Sal­ka, chwi­lo­wo za­gu­bio­na za­rów­no emo­cjo­nal­nie, jak i in­te­lek­tu­al­nie.

– To jest Roy Ke­ane. – Star­sza pani od­sta­wi­ła siat­kę z za­ku­pa­mi na pod­ło­gę i do­ko­na­ła zdaw­ko­wej pre­zen­ta­cji. – A to na­sza nowa lo­ka­tor­ka. Przy­wi­taj się ład­nie.

– Sa­lo­mea Przy­go­da, miło mi.

Star­sza pani ura­czy­ła dziew­czy­nę za­le­d­wie prze­lot­nym spoj­rze­niem, jak­by nie ta­kie głu­po­ty już w ży­ciu sły­sza­ła, za to Roy Ke­ane z wra­że­nia po­dzie­lił się z nią swo­im wa­fel­kiem.

Sal­ka cał­ko­wi­cie stra­ci­ła łącz­ność ze zdro­wym roz­sąd­kiem.

Jak na au­to­pi­lo­cie po­rzu­ci­ła ple­cak w przed­po­ko­ju i po­wę­dro­wa­ła za star­szą pa­nią do sa­lo­nu w wie­życz­ce, gdzie czas za­trzy­mał się w oko­li­cach ostat­niej woj­ny. Wci­snę­ła się po­tul­nie po­mię­dzy ha­fto­wa­ne po­dusz­ki, któ­re oku­po­wa­ły ka­na­pę, pod­czas gdy star­sza pani zni­kła gdzieś, by po dłuż­szej chwi­li wró­cić z fi­li­żan­ką her­ba­ty i za­siąść z nią w fo­te­lu pod oknem. Roy Ke­ane przy­cup­nął przy niej na pod­ło­kiet­ni­ku, skąd zer­kał z za­cie­ka­wie­niem w stro­nę dziew­czy­ny.

Za­pa­dła ci­sza.

Po­pi­ja­jąc pa­ru­ją­cą her­ba­tę, star­sza pani otwar­cie omio­tła Sal­kę kry­tycz­nym wzro­kiem, od któ­re­go dziew­czy­na znów ob­la­ła się ru­mień­cem.

Wła­ści­ciel­ka wil­li od­bie­ga­ła od przy­ję­tej dla sta­ru­szek śred­niej nor­my nie tyl­ko wzro­stem. Ab­so­lut­nie w ni­czym nie przy­po­mi­na­ła mi­łej, po­god­nej ko­bie­ci­ny w ty­pie bab­ci Przy­go­do­wej, ja­kiej spo­dzie­wa­ła się Sal­ka. Wło­sy mia­ła ostrzy­żo­ne krót­ko, pra­wie po mę­sku, a do tego nie­tknię­te płu­kan­ką i cał­kiem siwe, co do­dat­ko­wo pod­kre­ślał in­ten­syw­ny, cha­bro­wy ko­lor bluz­ki o luź­nym, mod­nym kro­ju, do któ­rej wło­ży­ła wy­god­ne dżin­sy. Ewi­dent­nie nie wie­dzia­ła, co to mo­her albo nie­śmier­tel­na po­dom­ka. Była szczu­pła i po­ru­sza­ła się bar­dzo ener­gicz­nie, wy­pro­sto­wa­na jak stru­na, przez co Sal­ka z po­cząt­ku nie za­uwa­ży­ła na­wet, że wspie­ra­ła się na zwy­kłej drew­nia­nej la­sce. Jej po­marsz­czo­na, su­ro­wa twarz su­ge­ro­wa­ła dość za­awan­so­wa­ny wiek, nie zdra­dza­jąc przy tym zbyt wie­lu szcze­gó­łów. Naj­więk­sze wra­że­nie ro­bi­ły jed­nak oczy o in­ten­syw­nie żół­tych tę­czów­kach, któ­re wła­śnie prze­wier­ca­ły Sal­kę na wy­lot. Brud­ny Har­ry mógł­by star­szej pani co naj­wy­żej czy­ścić splu­wę. O ile w przy­pły­wie ła­ska­wo­ści by mu na to po­zwo­li­ła.

Sal­ka naj­chęt­niej za­pa­dła­by się pod zie­mię albo cho­ciaż za­grze­ba­ła mię­dzy wszę­do­byl­ski­mi po­dusz­ka­mi i po­wo­li wy­zio­nę­ła du­cha z bra­ku tle­nu.

– Sa­lo­mea Przy­go­da, tak? – star­sza pani ode­zwa­ła się nie­spo­dzie­wa­nie.

– Tak, pro­szę pani.

– Cóż. Nie­któ­rzy ro­dzi­ce nie zna­ją li­to­ści.

Mimo naj­szczer­szych chę­ci Sal­ka nie mo­gła się z nią nie zgo­dzić, dla­te­go po­prze­sta­ła na zdaw­ko­wym ski­nię­ciu gło­wą.

– Stu­den­ci zwy­kle ścią­ga­ją do mia­sta do­pie­ro pod ko­niec wrze­śnia – cią­gnę­ła nie­wzru­sze­nie star­sza pani. – No, chy­ba że wcze­śniej zwa­bi ich tu­taj słod­ka woń po­praw­ki.

– Nie, ja nie stu­diu­ję – wy­ja­śni­ła po­spiesz­nie Sal­ka, o lata świetl­ne mi­ja­jąc się z ką­śli­wą alu­zją. – Pierw­sze­go za­czy­nam tu pra­cę, będę…

– Ro­zu­miem. – Tym jed­nym sło­wem star­sza pani zmro­zi­ła po­wie­trze sku­tecz­niej niż kli­ma­ty­za­tor na peł­nych ob­ro­tach. Uśmiech­nę­ła się lek­ko pod no­sem, głasz­cząc nie­bie­ski łe­bek Roya Ke­ane’a. – Adu­le­scen­tia est tem­pus di­scen­di, sed nul­la aetas sera est ad di­scen­dum1…

– Słu… słu­cham?

W tym mo­men­cie dzwo­nek u drzwi za­ter­ko­tał strasz­li­wie, przy­no­sząc wy­ba­wie­nie co­raz bar­dziej zdez­o­rien­to­wa­nej Sal­ce. Na ten dźwięk star­sza pani po­dźwi­gnę­ła się z fo­te­la i chwy­ci­ła swo­ją la­skę.

– Za­pew­ne li­sto­nosz. Pój­dę otwo­rzyć – zwró­ci­ła się do Roya Ke­ane’a – a ty po­każ pan­nie… Sa­lo­mei jej po­kój.

Na­wet przez chwi­lę nie za­sta­na­wia­jąc się nad ab­sur­dem tej sy­tu­acji, Sal­ka wspię­ła się po stro­mych scho­dach za drep­czą­cą z za­pa­łem pa­pu­gą. Byli w po­ło­wie dro­gi, gdy usły­sza­ła, jak drzwi się otwie­ra­ją i tu­bal­ny mę­ski głos mówi:

– Usza­no­wa­nie, pani Bo­le­sna! Mam tu coś dla pani…

Bo­le­sna? Sal­ka przy­po­mnia­ła so­bie lo­do­wa­te spoj­rze­nie żół­tych oczu i aż się wzdry­gnę­ła. Co jak co, ale to na­zwi­sko pa­so­wa­ło do star­szej pani jak ulał…

Roy Ke­ane, zgod­nie z po­le­ce­niem, za­pro­wa­dził dziew­czy­nę do jej po­ko­ju, skrze­cząc przy tym z en­tu­zja­zmem, ni­jak nie po­tra­fił jed­nak prze­ka­zać, by uwa­ża­ła na strop. Te­raz ci­che dra­pa­nie jego pa­zur­ków o drew­nia­ną pod­ło­gę wy­rwa­ło ją z za­mro­cze­nia po zbyt bli­skim spo­tka­niu z miej­sco­wą ar­chi­tek­tu­rą. Wy­raź­nie na­sta­wio­ny to­wa­rzy­sko Roy Ke­ane z wpra­wą wspiął się po gru­bej na­rzu­cie na łóż­ko, a po­tem przy­cup­nął obok Sal­ki i łyp­nął przy­jaź­nie.

– No i cooo? – za­skrze­czał.

Sal­ka wes­tchnę­ła. Mia­ła już ser­decz­nie dość wstrzą­sów jak na je­den dzień, a jesz­cze na­wet nie za­czę­ła pla­no­wać, co zro­bi Gaci za to, że wpa­ko­wa­ła ją w ten am­ba­ras. Poza tym po­dej­rze­wa­ła, że w naj­bliż­szym cza­sie nie na­tknie się na życz­li­wą du­szę w bar­dziej ludz­kim cie­le, a już na pew­no nie w tym domu, więc rów­nie do­brze mo­gła so­bie po­ga­wę­dzić z pa­pu­gą.

– Roy Ke­ane, tak? No i co te­raz?

– Eka­wu­acja! Eka­wu­acja!

Le­piej nie mógł tego ująć.

***

Bab­cia Przy­go­do­wa chy­ba wa­ro­wa­ła przy te­le­fo­nie w peł­nej go­to­wo­ści bo­jo­wej, bo ode­bra­ła, za­nim jesz­cze pierw­szy sy­gnał prze­brzmiał na do­bre.

– Słu­cham?

– Ba­bu­niu…

– Sa­lecz­ko? To ty?

– Tak, ba­bu­niu, to ja…

Sal­ka ślę­cza­ła przy za­wa­lo­nym pa­pie­ra­mi ma­łym biur­ku ze wzro­kiem wbi­tym w ku­bek z za­sty­głym ki­sie­lem z to­reb­ki. Rze­ko­me ka­wał­ki tru­ska­wek, któ­re w nim pły­wa­ły, wy­glą­da­ły jak ro­ba­le. Sal­ka dziab­nę­ła jed­ne­go ły­żecz­ką. Zwiał, sku­ba­niec.

– Sa­lecz­ko, cze­mu nie za­dzwo­ni­łaś wcze­śniej? – Wy­rzut w gło­sie bab­ci dźgnął Sal­kę pro­sto w su­mie­nie. Rze­czy­wi­ście, nim się obej­rza­ła, od jej przy­jaz­du mi­nął ty­dzień. – Ja się tu za­mar­twia­łam, czy ty w ogó­le do­je­cha­łaś, czy cię gdzieś nie na­pa­dli! Wiesz co, Nie­daś ma ra­cję, ty mu­sisz so­bie w koń­cu ku­pić tę ko­mór­kę. No to jak, do­je­cha­łaś? Zna­la­złaś tę stan­cję? Jak ci tam w tym Wro­cła­wiu?

– Wca­le nie mu­szę, do­je­cha­łam, zna­la­złam, bez­na­dziej­nie.

– No co ty nie po­wiesz? – zdu­mia­ła się szcze­rze bab­cia Przy­go­do­wa.

Sal­ka wzię­ła głę­bo­ki wdech.

– Pra­cu­ję w piw­ni­cy, kom­pu­te­rem mogę so­bie co naj­wy­żej gwoź­dzie wbi­jać, a nie wy­pi­sy­wać fak­tu­ry, in­ter­net po­ja­wia się i zni­ka, sze­fo­wa zwra­ca się do mnie per „pan­no Sal­ciu”, por­tier mnie pod­ry­wa, od tu­tej­szej wody do­sta­łam wy­syp­ki, wczo­raj zła­ma­łam ob­cas, miesz­kam u sta­rusz­ki z pie­kła ro­dem i śpię w jed­nym łóż­ku z pa­pu­gą.

– Z czym?

– Z pa­pu­gą.

– Ale… ale dla­cze­go z pa­pu­gą?

– Nie wiem, ba­bu­niu, po­dej­rze­wam, że się we mnie za­ko­cha­ła. Za­ko­chał. Bo to ten pa­pu­ga.

– Dziec­ko, czy ty się aby do­brze czu­jesz?

– Tro­chę mnie swę­dzi, ale poza tym nie na­rze­kam.

Po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki za­pa­dła głę­bo­ka ci­sza.

– Wiesz, Sa­lecz­ko – ode­zwa­ła się w koń­cu bab­cia Przy­go­do-wa – tak so­bie my­ślę, że cza­sa­mi… cza­sa­mi geny by­wa­ją okrut­ne.

– Wiem, ba­bu­niu.

Bab­cia od­chrząk­nę­ła.

– No do­brze, ale cze­mu nie za­dzwo­ni­łaś wcze­śniej? Czy tam nie ma te­le­fo­nu?

Tu Sal­ka się stro­pi­ła i za­czę­ła ner­wo­wo krę­cić ły­żecz­ką w ro­ba­lo­wym ki­sie­lu. Wca­le nie mia­ła za­mia­ru za­milk­nąć na cały ty­dzień, chcia­ła za­dzwo­nić do bab­ci i za­mel­do­wać się już pierw­sze­go dnia, gdy tyl­ko mniej wię­cej roz­pa­ko­wa­ła ple­cak, tyle że…

Tyle że…

Kie­dy szła za Roy­em Ke­ane’em na pię­tro, za­uwa­ży­ła, że na szaf­ce w przed­po­ko­ju stoi te­le­fon. Pal sześć, że prze­wo­do­wy – z tar­czą! Taką ob­ro­to­wą, z cy­fer­ka­mi i w ogó­le. Sal­ka, bądź co bądź dziec­ko za­pa­lo­ne­go elek­tro­ni­ka, któ­ry co rusz pró­bo­wał za­ga­dać ko­goś na śmierć, wie­dzia­ła do­sko­na­le, że z po­dob­ne­go ustroj­stwa nie da się już dzwo­nić, tyl­ko co naj­wy­żej ode­brać roz­mo­wę, a i to wy­łącz­nie przy po­myśl­nych wia­trach. Tro­chę się tym zmar­twi­ła, bo z bra­ku wła­snej ko­mór­ki li­czy­ła, że na stan­cji bę­dzie mo­gła ko­rzy­stać ze sta­cjo­nar­ne­go apa­ra­tu. Bel­ka stro­po­wa wy­bi­ła jej ten pro­blem z gło­wy szyb­ko i sku­tecz­nie. Do­pie­ro wie­czo­rem, gdy Sal­ka scho­dzi­ła na ko­la­cję i usły­sza­ła do­bie­ga­ją­cy z dołu dźwięk te­le­fo­nu, przy­po­mnia­ła so­bie, że mia­ła prze­cież za­dzwo­nić do bab­ci, kie­dy tyl­ko do­trze na miej­sce.

Wte­dy w przed­po­ko­ju zja­wi­ła się pani Bo­le­sna i pod­nio­sła słu­chaw­kę.

– MIL­CZEĆ! – ryk­nę­ła na wstę­pie peł­ną pier­sią, po czym kon­ty­nu­owa­ła już swo­im nor­mal­nym, lo­do­wa­tym gło­sem: – Słu­cham?

W oka­mgnie­niu Sal­ka stra­ci­ła ape­tyt.

A to był do­pie­ro po­czą­tek.

Scho­dy skrzy­pia­ły upior­nie pod jej sto­pa­mi, gdy na­stęp­ne­go ran­ka po przy­jeź­dzie scho­dzi­ła na dół, za­sta­na­wia­jąc się, jak by tu na­mie­rzyć kuch­nię, nie rzu­ca­jąc się za bar­dzo w oczy pani Bo­le­snej. Ku jej nie­wy­po­wie­dzia­nej uldze na dole pa­no­wa­ła głu­cha ci­sza. Zaj­rzaw­szy naj­pierw do sa­lo­nu, po­wę­dro­wa­ła w głąb domu, mi­ja­jąc po dro­dze kil­ko­ro za­mknię­tych drzwi. Ostat­nie, wień­czą­ce ciem­ny ko­ry­tarz, były uchy­lo­ne. Uszu Sal­ki do­bie­gły ci­che kro­ki, skrzy­pie­nie de­sek i za­wia­sów, roz­ma­ite stu­ko­ty, chlu­po­ty, brzę­ki i zgrzy­ty. Kie­dy po chwi­li do sym­fo­nii dźwię­ków do­łą­czył mile łech­czą­cy po­wo­nie­nie za­pach kawy, prze­raź­li­wym bur­cze­niem w żo­łąd­ku przy­po­mi­na­jąc dziew­czy­nie, że po­przed­nie­go wie­czo­ru omi­nę­ła ją ko­la­cja, Sal­ka ci­chut­ko za­pu­ści­ła żu­ra­wia do kuch­ni.

Wca­le nie li­czy­ła na miły po­ra­nek w to­wa­rzy­stwie pani Bo­le­snej, ra­do­sne po­ga­dusz­ki przy do­mo­wym śnia­dan­ku czy wspól­ne pie­cze­nie cia­sta. Praw­dę mó­wiąc, za­mie­rza­ła po­rwać paj­dę chle­ba z ja­kimś sma­ro­wi­dłem, ku­bek her­ba­ty i ewa­ku­ować się z po­wro­tem do swo­je­go po­ko­ju, za­nim kto­kol­wiek do­strze­że jej obec­ność. Lecz los jak zwy­kle miał inne pla­ny. Po­sta­no­wił ją na dzień do­bry ogłu­szyć.

Sze­lesz­cząc hek­ta­ra­mi wście­kle ró­żo­we­go je­dwa­biu w wiel­kie, czer­wo­no-zło­te mo­ty­le, po kuch­ni sza­la­ła w naj­lep­sze pani Bo­le­sna. Na gło­wie mia­ła tur­ban z tego sa­me­go ma­te­ria­łu co szla­frok, w uszach wiel­kie zło­te koła, a na no­gach ran­ne pan­to­fle z fu­ter­kiem. Z fi­li­żan­ką w dło­ni uwi­ja­ła się przy skwier­czą­cej pa­tel­ni, pod­czas gdy Roy Ke­ane sie­dział na ku­chen­nym pa­ra­pe­cie i chru­pał wiel­ką mar­chew­kę.

– Czy czu­je pani cza-czę, czy cza-czę pani zna? Ja pani wy­tłu­ma­czę, co zna­czy cza-cza-cza! – śpie­wa­ła na cały re­gu­la­tor, pod­kre­śla­jąc owe „cza-cza-cza” ener­gicz­ny­mi ru­cha­mi bio­der.

Ma­jąc do wy­bo­ru za­spo­ko­je­nie gło­du bądź wła­sne zdro­wie psy­chicz­ne, Sal­ka wy­co­fa­ła się po ci­chut­ku, na pal­cach.

Cały na­stęp­ny ty­dzień tyl­ko utwier­dził ją w prze­ko­na­niu, że z pa­nią Bo­le­sną coś jest zde­cy­do­wa­nie nie tak. Raz kro­czy­ła po domu jak Herr Flick z Ge­sta­po, uzbro­jo­na w la­skę, raz plą­sa­ła ni­czym re­in­kar­na­cja Isa­do­ry Dun­can na ostrym haju. Raz bez ma­ki­ja­żu, raz wy­pa­cy­ko­wa­na na wzór wiel­ka­noc­ne­go jaja. Raz w dżin­sach, raz w je­dwa­biach. Raz ci­cha i przy­ja­zna jak so­pel lodu, a raz roz­ga­da­na i roz­śpie­wa­na ni­czym całe Ma­zow­sze ra­zem wzię­te. Sal­ka w koń­cu prze­sta­ła za nią na­dą­żać.

I te­raz niby mia­ła po­wie­dzieć wła­snej ro­dzo­nej bab­ci, że ta pa­pu­ga w łóż­ku to jesz­cze nic w po­rów­na­niu z go­spo­dy­nią, szur­nię­tą ję­dzą wzro­stu prze­cięt­ne­go ko­szy­ka­rza, któ­ra pa­ra­li­żu­je ofia­ry wzro­kiem i ogłu­sza od­gło­sa­mi pasz­czy, a w do­dat­ku ewi­dent­nie cier­pi na roz­dwo­je­nie jaź­ni?

– No wła­śnie nie ma, uwie­rzy ba­bu­nia? – ze­łga­ła gład­ko. – Te­le­wi­zo­ra też nie. Ani ra­dia.

– No jak to tak, w mie­ście i bez ra­dia? Co to za ja­kieś zwy­cza­je?

– Ra­dia nie ma, za to ksią­żek jak psów. I gdzie nie spoj­rzeć, wszyst­ko wy­ha­fto­wa­ne. Po­du­chy, całe mnó­stwo po­duch, na­rzu­ty, ma­kat­ki, ba­bu­nia so­bie wy­obra­ża? Pięk­ne to, nie po­wiem – traj­ko­ta­ła jak na­ję­ta, cią­gle gme­ra­jąc w ki­sie­lu – na­wet u mamy ta­kich cu­dów nie wi­dzia­łam, ale to się prze­cież musi strasz­nie ku­rzyć, no ba­bu­nia sama po­my­śli, ile z tym musi być sprzą­ta­nia, a prze­cież w tym wie­ku…

– A w pra­cy jak ci idzie?

W głę­bi du­cha Sal­ka ode­tchnę­ła z ulgą. Rzu­tem na ta­śmę – czy ra­czej na haft – omi­nę­ła mie­li­znę.

– W pra­cy jak to w pra­cy. Ga­cia mi wszyst­ko pięk­nie wy­pi­sa­ła, więc się wdra­żam po­wo­lut­ku. No, bar­dziej po­wo­lut­ku, niż wdra­żam, do­pie­ro dzi­siaj chy­ba wyj­dę o cza­sie, bo tak to cały ty­dzień sie­dzia­łam po go­dzi­nach, a mu­szę wresz­cie…

– Ach, wła­śnie! – bab­cia z im­pe­tem we­szła wnucz­ce w sło­wo – do­brze, że dzwo­nisz, bo coś mi się przy­po­mnia­ło. Roz­ma­wia­łam wczo­raj z two­im oj­cem i on mi mó­wił, że roz­ma­wiał z Nie­da­siem o tym jego dok­to­ra­cie…

Po­ma­lut­ku, tak by nie prze­ry­wać bab­ci Przy­go­do­wej na­głym ło­mo­tem i okrzy­kiem bólu, Sal­ka po­chy­li­ła się i na znak ab­so­lut­nej roz­pa­czy pal­nę­ła czo­łem o biur­ko.

W oczach wnucz­ki bab­cia Przy­go­do­wa mia­ła jed­ną wadę – śle­po wie­rzy­ła we wszyst­ko, co mó­wił jej syn. A Pa­weł Przy­go­da z ko­lei był głę­bo­ko prze­ko­na­ny o wy­bit­no­ści Nie­da­sio­we­go umy­słu. Prze­ko­na­nie to bra­ło się stąd, że pod­czas gdy on pe­ro­ro­wał go­dzi­na­mi na te­mat do­wol­nie do­nio­sły i wie­lo­krot­nie zło­żo­ny, Nie­daś słu­chał w wiel­kim sku­pie­niu i co rusz ki­wał gło­wą, przy­ta­ku­jąc roz­wa­ża­niom ojca. Me­an­dry fi­lo­zo­ficz­nych trak­ta­tów Kan­ta, ru­chy wojsk na­po­le­oń­skich pod Bo­ro­di­no, fi­zy­ka czą­stek ele­men­tar­nych – w oczach dum­ne­go ojca Nie­da­sio­wy umysł ogar­niał wszyst­ko.

W oczach resz­ty świa­ta umysł Nie­da­sia ogar­niał je­dy­nie naj­bliż­sze oko­li­ce, a i to pod wa­run­kiem że miał szcze­gó­ło­wą mapę z wiel­ką czer­wo­ną strzał­ką i na­pi­sem: Je­steś tu­taj.

Sal­ka i w to wąt­pi­ła.

– …więc ko­niecz­nie do nie­go za­dzwoń, sły­szysz?

– Tak, ba­bu­niu.

– I sza­lik noś. Tam po­noć strasz­na wil­goć w tym Wro­cła­wiu. I wie­je.

– Tak, ba­bu­niu.

– I nie śpij le­piej z tym pa­pu­gą, jesz­cze ja­kie­goś klesz­cza zła­piesz. Albo, nie daj Boże, ta­siem­ca! Ty pa­mię­tasz, Sa­lecz­ko, pa­nią Kry­się, tę z mię­sne­go przy Zdro­jo­wej? Tę z tymi tam ta­ki­mi tymi?

– Tak, ba­bu­niu. – Sal­ka na­wet nie pró­bo­wa­ła do­cho­dzić, co bab­cia mia­ła na my­śli.

– No więc ta pani Kry­sia, nie uwie­rzysz…

Bab­cia snu­ła opo­wieść o pani Kry­si z tymi tam ta­ki­mi tymi, co­raz bar­dziej się roz­krę­ca­jąc, a Sal­ka sie­dzia­ła ze słu­chaw­ką przy uchu i czo­łem na biur­ku i my­śla­ła. O tym, że zno­wu nie wyj­dzie z odzie­dzi­czo­nej po Gaci pra­cy o cza­sie, bo za­nim bab­cia do­brnie do pu­en­ty, mi­nie co naj­mniej kwa­drans, a po­tem jesz­cze na­stą­pi kil­ku­mi­nu­to­wa wy­mia­na do­brych rad i obiet­nic na od­czep­ne­go. O tym, że je­śli za­dzwo­ni do domu, to stra­ci ko­lej­ne pół go­dzi­ny, jak nie wię­cej, wy­słu­chu­jąc fan­ta­zji ojca na te­mat bły­sko­tli­we­go dok­to­ra­tu Nie­da­sia, cho­ciaż Nie­daś do­pie­ro co cu­dem za­li­czył pierw­szy rok na po­li­bu­dzie. O tym, że przy­dał­by jej się ja­kiś der­ma­to­log, in­a­czej zwa­riu­je od tego swę­dze­nia. O tym, że naj­bliż­szy rok przyj­dzie jej spę­dzić w roz­sy­pu­ją­cej się wil­li bez pod­sta­wo­wych zdo­by­czy myś­li tech­nicz­nej, w to­wa­rzy­stwie świr­nię­tej sta­rusz­ki i na­tręt­nej pa­pu­gi, ale… ale za to – i tu Sal­ka wpierw drgnę­ła, po czym za­czę­ła się po­ma­łu pro­sto­wać, a na jej twa­rzy roz­kwit­nął wy­raz cał­ko­wi­tej, nie­ziem­skiej wręcz bło­go­ści – dwie­ście ki­lo­me­trów od ojca, mat­ki i ich co­dzien­nych pe­anów na te­mat Nie­da­sia.

Skoń­czyw­szy wresz­cie roz­mo­wę z bab­cią, nie­spo­dzie­wa­nie otu­ma­nio­na roz­kosz­ną wi­zją naj­bliż­szej przy­szło­ści, po krót­kim na­my­śle po­sta­no­wi­ła za­sza­leć na ca­łe­go i za­dzwo­nić do domu.

Ode­bra­ła jej wnie­bo­wzię­ta mat­ka.

– Có­ru­niu, czy ja do­brze sły­sza­łam? Ty sy­piasz z ad­wo­ka­tem?!

Rozdział 4, w którym nikt nie mówił, że życie jest łatwe

Wraz z po­cząt­kiem paź­dzier­ni­ka do Wro­cła­wia ze­wsząd nad­cią­gnę­ła bar­ba­rzyń­ska hor­da, spra­gnio­na wie­dzy i sty­pen­diów, a nade wszyst­ko – potu, łez i krwi Bogu du­cha win­nych pań z dzie­ka­na­tu.

A przy­najm­niej do ta­kie­go wnio­sku do­szła Sal­ka, dzień za dniem prze­dzie­ra­jąc się przez dzi­kie kłę­bo­wi­sko stu­denc­kich ciał przed dzie­ka­na­tem wy­dzia­łu fi­lo­lo­gicz­ne­go, by do­stać się do krę­tych scho­dów pro­wa­dzą­cych do piw­ni­cy. Tam, z dala od zgieł­ku par­te­ru i pię­ter, mie­ści­ła się ma­lut­ka księ­gar­nia na­uko­wa, w któ­rej przez pięć dni w ty­go­dniu od dwu­na­stej do szes­na­stej pra­co­wa­ła w za­stęp­stwie zbie­głej do Al­bio­nu Gaci. Cho­ciaż „pra­co­wa­ła” to za dużo po­wie­dzia­ne – po tym jak już za­pa­no­wa­ła nad po­cząt­ko­wym cha­osem, ra­czej od­płat­nie spę­dza­ła czas. Śred­nio raz na go­dzi­nę od­ry­wa­ła się od lek­tu­ry albo krzy­żów­ki, gdy wpa­dał ja­kiś zbłą­ka­ny stu­dent albo na­uko­wiec z nad­mia­rem go­tów­ki i twar­dym po­sta­no­wie­niem, by nią z lek­ka szast­nąć. W koń­cu raz się żyje, a wzno­wie­nie an­to­lo­gii po­ezji so­wi­zdrzal­skiej nie tra­fia się co dzień.

Fe­ral­ne­go dnia na go­dzi­nę przed za­mknię­ciem przy­szła do­sta­wa no­wych ksią­żek, któ­re na­le­ża­ło wkle­pać do sys­te­mu. Kom­pu­ter po­sta­no­wił jed­nak pójść w śla­dy naj­wy­bit­niej­szych pa­cy­fi­stów i sta­wiał bier­ny opór przed tym za­le­wem my­śli fi­lo­lo­gicz­nej, śli­ma­cząc się wy­jąt­ko­wo. W re­zul­ta­cie Sal­ka wy­peł­zła z piw­ni­cy gru­bo po dzie­więt­na­stej. Za­nim zła­pa­ła wła­ści­wy tram­waj, do­je­cha­ła na swój przy­sta­nek i do­wlo­kła się do domu, była dwu­dzie­sta pierw­sza.

Pani Bo­le­sna naj­wy­raź­niej jesz­cze nie spa­ła, bo przez uchy­lo­ne drzwi z sa­lo­nu na ko­ry­tarz pa­da­ło przy­ćmio­ne świa­tło. Uche­ta­na jak koń po wy­ści­gach Sal­ka od­wie­si­ła kurt­kę i śred­nio raź­nym kro­kiem wgra­mo­li­ła się po wy­słu­żo­nych scho­dach, ma­rząc już tyl­ko o cie­płej ką­pie­li i łóż­ku. No, może jesz­cze o kub­ku her­ba­ty. Byle żad­nych ksią­żek.

Nie zdą­ży­ła na­wet za­pa­lić świa­tła w swo­im po­ko­ju, gdy wtem zo­rien­to­wa­ła się, że coś tu jej zgrzy­ta.

A wła­ści­wie nie tyle zgrzy­ta, ile po­sa­pu­je.

W ułam­ku se­kun­dy przez gło­wę prze­ga­lo­po­wa­ły jej dzie­siąt­ki cha­otycz­nych my­śli, cią­gnąc za sobą set­ki prze­ra­ża­ją­cych ob­ra­zów, żyw­cem wzię­tych z hor­ro­rów, któ­re dzie­cię­ciem bę­dąc, oglą­da­ła ukrad­kiem, choć zda­niem bab­ci Przy­go­do­wej nie po­win­na, po­nie­waż szko­dzą de­li­kat­nym dziew­czę­cym umy­słom nad­mia­rem krwi, prze­mo­cy i de­cy­be­li, a na do­miar złe­go nie grze­szą lo­gi­ką. Psy­cho­pa­ci z ha­kiem, psy­cho­pa­ci z lu­stra, psy­cho­pa­ci w sza­fie, rany bo­skie, psy­cho­pa­ci z ha­kiem z lu­stra w sza­fie!!!

I wte­dy po­sa­py­wa­nie osią­gnę­ło punkt kry­tycz­ny, po czym wraz z wy­de­chem gład­ko prze­szło w wy­raź­ne, ogłu­sza­ją­ce chra­pa­nie.

Chra­pią­cy psy­cho­pa­ta to było jed­nak coś no­we­go.

Po­wo­li, ostroż­nie Sal­ka pstryk­nę­ła włącz­ni­kiem.

Na pod­ło­dze, po­środ­ku po­ko­ju, wa­la­ła się para bu­tów w to­wa­rzy­stwie dżin­sów i wy­be­be­szo­nej tor­by. A spod kłę­bów cięż­kiej pu­cho­wej po­ście­li na jej łóż­ku wy­sta­wa­ła wło­cha­ta łyd­ka z wiel­ką sto­pą w czar­nej skar­pe­cie.

To­reb­ka Sal­ki z głu­chym hu­kiem upa­dła na pod­ło­gę.

W od­po­wie­dzi sto­pa drgnę­ła, a spod po­ście­li do­biegł moc­no nie­przy­tom­ny głos, wca­le nie naj­mrocz­niej­szy z mrocz­nych, naj­krwaw­szy z krwa­wych, zwia­stu­ją­cy śmierć ry­chłą, bo­le­sną i tak da­lej. Zwy­czaj­ny mło­dy, mę­ski głos.

W pierw­szej se­kun­dzie Sal­ce po­ciem­nia­ło w oczach. W dru­giej zaś, o parę ład­nych stu­le­ci wy­prze­dza­jąc wy­na­laz­ców sku­tecz­nej i bez­bo­le­snej me­to­dy te­le­por­ta­cji, zna­la­zła się na dole w sa­lo­nie, nie­omal wpa­da­jąc do środ­ka ra­zem z drzwia­mi, fu­try­ną i ka­wał­kiem ścia­ny no­śnej.

– W moim łóż­ku leży fa­cet! – ryk­nę­ła na po­do­bień­stwo je­le­nia na ry­ko­wi­sku.

Pani Bo­le­sna spo­koj­nie do­koń­czy­ła swo­je su­do­ku i do­pie­ro po­tem rzu­ci­ła okiem na po­czer­wie­nia­łą ze wzbu­rze­nia Sal­kę, jej fa­lu­ją­cy z tych sa­mych przy­czyn de­kolt i ade­kwat­nie roz­wia­ny rudy włos.

– Moje gra­tu­la­cje – od­par­ła, prze­wra­ca­jąc kart­kę i za­bie­ra­jąc się do ko­lej­nej ła­mi­głów­ki. – Je­śli tyl­ko znaj­dę gra­mo­fon, rano włą­czę wam Wa­gne­ra. A nuż za­raz po su­tym śnia­da­niu za­pra­gnie­cie wy­ru­szyć ra­zem do Wal­hal­li. Albo urzą­dzić so­bie mały na­lot na Wiet­nam.

– Ja tam przed chwi­lą mało na za­wał nie ze­szłam, a pa­nią to bawi!

– Ależ skąd. Sta­ram się iść z du­chem cza­su. Nic mi do tego, kto się komu pa­ku­je do łóż­ka.

– Tak się skła­da – fuk­nę­ła z god­no­ścią Sal­ka – że je­dy­ny sa­miec, któ­re­mu po­zwa­lam pa­ko­wać się do mo­je­go łóż­ka, jak to pani ła­ska­wie uję­ła, ma nie­ca­ły metr, pió­ra i ogra­ni­czo­ny za­sób słow­nic­twa!

– By­le­by­ście byli szczę­śli­wi.

Sal­ka z ca­łych sił wal­czy­ła z po­ku­są, by nie udu­sić star­szej pani tu i te­raz. Po­dusz­ką. Całą ster­tą po­du­szek.

Przed tak nie­cnym wy­ko­rzy­sta­niem ele­men­tów wy­stro­ju po­wstrzy­mał ją ten sam głos, któ­ry wcze­śniej prze­mó­wił do niej spod po­ście­li, a tym ra­zem za­dał śred­nio przy­tom­ne py­ta­nie na­tu­ry eg­zy­sten­cjal­nej:

– Czy ja aby nie za ele­ganc­ko śpię?

W drzwiach stał, czy ra­czej chwiał się, wy­so­ki, ciem­no­wło­sy i wy­raź­nie za­mro­czo­ny mło­dzie­niec, ubra­ny je­dy­nie w nie­mi­ło­sier­nie po­mię­tą ko­szu­lę, pa­sia­sty kra­wat, bok­ser­ki i parę czar­nych skar­pe­tek. Dra­piąc się po roz­czo­chra­nej gło­wie, po­to­czył po sa­lo­nie nie­obec­nym spoj­rze­niem cie­lę­cych oczu.

– Nie­daś, na li­tość bo­ską – jęk­nę­ła Sal­ka – mógł­byś cho­ciaż wło­żyć spodnie!

– Nie da się, sio­stra – wy­mam­ro­tał. – Od­da­łem je pa­pu­go­wi. Spo­ko ko­leś. Wy­mie­nił się na wa­fel­ka.

– Pań­stwo się zna­ją, jak wi­dzę – stwier­dzi­ła pani Bo­le­sna, przy­glą­da­jąc im się z cie­niem za­in­te­re­so­wa­nia.

– To mój młod­szy brat – przy­zna­ła Sal­ka z nie­ukry­wa­ną nie­chę­cią. – Nie­daś, nie­mo­to, przy­wi­tał­byś się cho­ciaż.

– Siem­ka.

– Nie­daś!

– O, sor­ry, nie ta ka­te­go­ria wie­ko­wa. Ave!

– Ave, mło­dy czło­wie­ku, mo­ri­tu­ri te sa­lu­tant2. W ta­kim ra­zie nie ro­zu­miem, w czym pro­blem, pan­no Sa­lo­meo.

– W tym, że go tu pani wpu­ści­ła bez mo­je­go po­zwo­le­nia.

– Nie, nie wpu­ści­łam.

– Wpu­ści­ła, wpu­ści­ła – wy­pa­lił Nie­daś. – Drzwia­mi. Nor­mal­nie od­pał.

– O, pro­szę!

– Nie wpu­ści­łam – po­wtó­rzy­ła twar­do pani Bo­le­sna. – Nie mam aż ta­kiej skle­ro­zy, żeby o tym nie pa­mię­tać, za to po­zwo­lę so­bie za­uwa­żyć, że ten mło­dy czło­wiek jest w sta­nie upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go.

– Je­stem – Nie­daś po­twier­dził skwa­pli­wie. – Na­wa­lo­ny jak ne­se­ser… czy coś tam.

– W ta­kim ra­zie niech mi pani wy­ja­śni, skąd on się tu wziął?

– O to po­win­na pani ra­czej za­py­tać ro­dzi­ców, nie mnie, sko­ro jesz­cze pani tego sama nie od­kry­ła. Oso­bi­ście wąt­pię, żeby wy­ło­nił się z mor­skiej pia­ny.

– Nie, mnie za­raz coś…

– A cóż to zno­wu za zbie­go­wi­sko o tak nie­ludz­kiej po­rze, Ma­tyl­do? – roz­le­gło się tuż za ple­ca­mi Nie­da­sia.

Tkwią­cy na pro­gu Nie­daś od­wró­cił się i sta­nął twa­rzą w twarz z…

…z pa­nią Bo­le­sną. Co praw­da bez ma­ki­ja­żu i zło­tych kol­czy­ków, za to w ró­żo­wym pe­niu­arze w mo­ty­le i w pan­to­flach z fu­ter­kiem.