Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 839 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nocny film - Marisha Pessl

GENIALNY, PORYWAJĄCY, ZAPIERAJACY DECH W PIERSIACH THRILLER AUTORKI „WYBRANYCH ZAGADNIEŃ Z FIZYKI KATASTROF”


Powieść tak mroczna, jak myśli młodej kobiety, która nocą rzuca się do opuszczonego szybu windy towarowej.


Historia, w której nie ma ani jednego kłamstwa, ale nie ma też jednej prawdy.


  Scott McGrath to dziennikarz śledczy, który za dużo węszył. Próbował dobrać się do tajemnic kultowego reżysera horrorów, Stanislasa Cordovy, i gorzko tego pożałował. Skompromitowany, bez pracy i rodziny, żyje z resztek tantiem za swoje niegdyś poczytne książki. Kiedy pewnej mokrej październikowej nocy na Mahattanie zostaje znaleziona córka Cordovy – martwa – Scott po prostu musi ruszyć za tematem. Choć policja stwierdza samobójstwo, on nie wierzy w ten scenariusz. Jeszcze raz musi się zmierzyć z tajemnicą człowieka, który jest czczony przez miliony fanów na całym świecie, ale nie pokazał się publicznie od 30 lat. Kierowany chęcią zemsty, ciekawością i potrzebą odkrycia prawdy, Scott, z pomocą dwójki nieznajomych, coraz głębiej i głębiej pogrąża się w hipnotycznym świecie Cordovy i jego filmów…


  KSIĄŻKA, KTÓRA NIE KOŃCZY SIĘ MIĘDZY OKŁADKAMI, ALE KRYJE DODATKOWE TREŚCI! MOŻNA JE ODTWORZYĆ ZA POMOCĄ SPECJALNEJ APLIKACJI.


  Nocny film to precyzyjnie skonstruowana powieść, którą po prostu się pożera. Inne „bestsellery” mogą zazdrościć jej energii, a przeciętni pisarze mogą marzyć o talencie Pessl do kreowania wyrazistych postaci.

Joe Hill, "The New York Times Book Review"


  Wspaniałe dzieło nieskrępowanej wyobraźni. Ta książka zawróci wam w głowie! tajemnicze i zawracające w głowie!

Dean Baquet, dziennikarz, zdobywca Pulitzera, "The New York Times Book Review"


  Szalenie sprytana… Cordova jest maniakalnym geniuszem, który wkrada się w najciemniejsze zaułki ludzkiego umysłu. Nocny film to studium wielkiego Twórcy Mitów, a zarazem dzieło, które samo wymaga studiowania. Ta powieść byłaby koszmarem Edgara Allana Poe… Przegapisz swój przystanek, przypalisz kolację, a w nocy nie będziesz chciał wyłączyć światła…

„The Washington Post”


  Czarująca i zachwycająca. Inteligentny thriller-majstersztyk. Poza pozostałymi zaletami, jest to książka po prostu inna niż wszystkie.

„The Boston Globe”


  Bardzo głęboko przemyślana książka. Czytasz, jakbyś był sprinterem, biegnącym ile sił w nogach do zakończenia, które będzie cię prześladować jeszcze przez wiele dni. Historia aż gęsta od różnych możliwych wskazówek, którą trzeba czytać, zaglądając do raz przeczytanych już rozdziałów, skanując ukryte treści stron internetowych i komentarzy, szukając szczegółu, który odwróci wszystko do góry nogami.

„New York”


    Hipnotyzujące… Rzeczywistość i fikcja, życie i sztuka – wszystko zmieszane nie tylko w „nocnym filmie” Cordovy, ale przede wszystkim w Nocnym filmie Pessl.

„Vanity Fair”

Opinie o ebooku Nocny film - Marisha Pessl

Fragment ebooka Nocny film - Marisha Pessl

Okładka

O książce

Strona tytułowa

W serii ukazały się

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Prolog

1

O książce

W mokrą październikową noc dziewczyna długo patrzy w dół pustego szybu windy towarowej, aż wreszcie skacze.

Dla policji to oczywiste samobójstwo, dla Scotta McGratha, byłego dziennikarza śledczego, to temat, który pomoże mu wrócić na szczyt.

Dziewczyna była córką bohatera ostatniego reportażu Scotta, Stanislasa Cordovy, reżysera horrorów. Człowieka, który zrobiłby wszystko, byle tylko zatrzymać swoje trupy w szafie. Na przykład zniszczyłby karierę obiecującego dziennikarza śledczego, gdyby ten zaczął węszyć wokół jego tajemnic.

Scott wie, że nikt, kto miał związek z Cordovą, nie może zrobić niczego „tak po prostu”. Nawet umrzeć. Dlatego rozpoczyna śledztwo, w którym każde odkrycie pociąga za sobą więcej pytań... A Scott uważa, że odpowiedzi znajdzie w ukrytej wśród lasów w górach Adirondack posiadłości reżysera.

W serii ukazały się

TANA FRENCH

Ściana sekretów. Wiem, kto go zabiłZdążyć przed zmrokiemLustrzane odbicieBez śladuKolonia

ALEX MARWOOD

Dziewczyny, które zabiły ChloeZabójca z sąsiedztwaNajmroczniejszy sekret

B.A. PARIS

Za zamkniętymi drzwiami

MARISHA PESSL

Nocny film

Wkrótce

TANA FRENCH

Ostatni intruz

Tytuł oryginału:

NIGHT FILM

Copyright © Wonderline Productions LLC 2013

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Rafał Lisowski 2016

Redakcja: Beata Kaczmarczyk

Zdjęcie na okładce: Pexels

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka

Skład i przygotowanie do druku: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

ISBN 978-83-6578-175-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYłOWICZ S.C.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Pamięci mojej babki,

RUTH HUNT READINGER

(1910–2011)

Śmiertelny strach jest w naszym życiu równie ważny jak miłość. Dociera do sedna naszego jestestwa i pokazuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Czy zrobisz krok wstecz i zasłonisz oczy? Czy może starczy ci siły, żeby stanąć nad przepaścią i spojrzeć przed siebie? Czy chcesz wiedzieć, co tam jest, czy też żyć w mrocznej iluzji, w której ten skomercjalizowany świat pragnie nas zamknąć jak ślepe gąsienice w wiecznym kokonie? Czy zwiniesz się w kłębek, zamkniesz oczy i umrzesz? Czy może potrafisz wywalczyć sobie wolność i odfrunąć?

— STANISLAS CORDOVA

„Rolling Stone”, 29 grudnia 1977 r.

PROLOG

Nowy Jork, godzina 2.32

Każdy ma swoją historię o Cordovie, czy mu się to podoba, czy nie.

Może twoja sąsiadka znalazła któryś z jego filmów w starym pudle na strychu, a potem już nigdy nie chciała wejść sama do ciemnego pomieszczenia. A może twój chłopak chwalił się, że trafił w internecie na nielegalną kopię W nocy wszystkie ptaki są czarne, a potem, gdy już ją obejrzał, nie chciał o tym mówić, zupełnie jakby chodziło o przerażające doświadczenie, z którego ledwo uszedł z życiem.

Bez względu na to, co myślicie o Cordovie, czy macie obsesję na punkcie jego twórczości, czy też jest wam obojętna – nie można na niego nie reagować. Jest rozpadliną, czarną dziurą, nieokreślonym zagrożeniem, niepowstrzymanym wybuchem tego, co nieznane, w naszym nadmiernie odsłoniętym świecie. Kryje się pod ziemią, czai niewidoczny w mrocznych kątach. Jest w rzece pod mostem kolejowym, tam gdzie wszystkie zaginione dowody i odpowiedzi, które nigdy nie ujrzą światła dziennego.

Jest mitem, potworem, śmiertelnikiem.

A jednak nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że kiedy najbardziej go potrzebujesz, Cordova rusza wprost ku tobie niczym tajemniczy gość na przyjęciu, którego zauważasz na drugim końcu zatłoczonej sali. W mgnieniu oka pojawia się tuż przy tobie, obok misy z ponczem, i przygląda ci się, kiedy się odwracasz, a potem od niechcenia pyta o godzinę.

Moja historia o Cordovie zaczęła się po raz drugi pewnej deszczowej nocy w październiku, gdy byłem tylko kolejnym facetem, który dreptał w kółko i bardzo szybko zmierzał donikąd. Biegałem wokół Zbiornika Jacqueline Kennedy Onassis w Central Parku po drugiej nad ranem – to ryzykowny nawyk, którego nabrałem w ciągu minionego roku, gdy byłem zbyt zdenerwowany, żeby zasnąć, nękany bezwładem, dla którego nie znajdowałem wyjaśnienia oprócz niejasnego poczucia, że najlepsze lata życia mam za sobą, a wrażenie niekończących się możliwości, tak silne za młodu, teraz już prysło.

Panował chłód, a ja byłem cały mokry. Żwirową ścieżkę pokrywały kałuże, czarne wody jeziora spowijała mgła. Lepiła się do przybrzeżnych trzcin i zacierała krańce parku, jakby wykonano go z papieru, a potem oderwano krawędzie. Zamiast wielkich budynków przy Piątej Alei widziałem tylko kilka złotych światełek, które płonęły w mroku i odbijały się na skraju wody niczym zmatowiałe monety wrzucone przez kogoś do stawu. Ilekroć przebiegałem obok latarni, mój cień wyprzedzał mnie pędem, szybko bladł, a potem się odrywał – jak gdyby nie miał odwagi zostać.

Właśnie mijałem Południową Stróżówkę i zaczynałem szóste okrążenie, gdy obejrzawszy się przez ramię, zauważyłem kogoś za plecami.

Pod latarnią stała kobieta. Jej twarz kryła się w cieniu, a czerwony płaszcz odbijał padające z tyłu światło, czyniąc ją jaskrawym czerwonym skrawkiem w mrokach nocy.

Samotna młoda kobieta tutaj, o tej porze? Czy ona zwariowała?

Zawróciłem, nieco poirytowany naiwnością dziewczyny – czy może lekkomyślnością, która ją tu sprowadziła. Kobiety z Manhattanu, choć wspaniałe, czasem zapominają, że nie są nieśmiertelne. Potrafią jak konfetti rzucić się w piątkową noc pełną zabaw, zupełnie nie myśląc o tym, w jakiej szczelinie wylądują w sobotę.

Ścieżka się wyprostowała, biegła na północ, deszcz smagał mnie po twarzy, a zwieszone nisko gałęzie tworzyły prymitywny tunel. Minąłem rzędy ławek oraz łukowaty mostek. Błoto ochlapywało mi łydki.

Kobieta – kimkolwiek była – najwyraźniej zniknęła.

A potem – błysk czerwieni w oddali. Zgasł, gdy tylko go zobaczyłem, a po kilku sekundach dostrzegłem przed sobą szczupłą, ciemną sylwetkę idącą wzdłuż żelaznej balustrady. Kobieta miała wysokie czarne buty, ciemne włosy sięgały jej do połowy pleców. Przyspieszyłem kroku. Postanowiłem wyprzedzić ją dokładnie na wysokości latarni, żeby lepiej jej się przyjrzeć i upewnić się, że wszystko z nią w porządku.

Kiedy się jednak zbliżałem, coś mówiło mi, że nie.

Ten odgłos jej kroków, zbyt ciężki jak na kogoś tak drobnego, ten sztywny chód, jakby na mnie czekała. Nagle pomyślałem, że gdy będę ją mijał, odwróci się i zobaczę twarz nie tak młodą, jak przypuszczałem, ale starą. Wyniszczoną twarz starej kobiety z zapadniętymi oczami oraz ustami niczym ślad po siekierze w pniu drzewa.

Byłem już tylko kilka metrów za nią.

Wyciągnie rękę, złapie mnie za ramię, a jej chwyt będzie silny jak chwyt mężczyzny, będzie lodowaty…

Przebiegłem obok niej, ale miała spuszczoną głowę, jej twarz przesłaniały włosy. Kiedy się znowu odwróciłem, wyszła już z plamy światła i była teraz zaledwie anonimowym kształtem wyciętym z mroku, obrysowanym czerwonym konturem.

Ruszyłem przed siebie na skróty. Ścieżka wiła się wśród gęstych krzewów, gałęzie chłostały mi ramiona. Gdy będę ją mijał po raz drugi, pomyślałem, zatrzymam się i coś jej powiem – powiem, żeby wracała do domu.

Zrobiłem kolejne okrążenie, lecz po kobiecie nie było ani śladu. Zerknąłem na skarpę opadającą ku ścieżkom do jazdy konnej.

Nic.

Po kilku minutach dotarłem do Północnej Stróżówki – kamiennego budynku skąpanego w mroku, gdzie nie sięgało światło lamp. Widziałem tylko wąskie schodki wiodące do zardzewiałych podwójnych drzwi, zamkniętych i spiętych łańcuchem. Obok znajdowała się tabliczka: WłASNOŚĆ MIASTA NOWY JORK. WSTĘP WZBRONIONY.

Kiedy się zbliżyłem i podniosłem wzrok, zrozumiałem z przerażeniem, że ona tam jest. Stała na podeście i patrzyła na mnie z góry. Czy może patrzyła przeze mnie na wylot?

Zanim w pełni zarejestrowałem jej obecność, biegłem już dalej. Jednakże wciąż miałem przed oczami to, co zobaczyłem w owym ułamku sekundy, zupełnie jakby ktoś zrobił zdjęcie z fleszem: splątane włosy, krwistoczerwony płaszcz, który w mroku przybrał odcień zgniłego brązu, twarz tak całkowicie pogrążona w cieniu, jakby wcale jej tam nie było.

Naprawdę powinienem był sobie darować czwartą szklankę szkockiej.

Jeszcze nie tak dawno, żeby mną wstrząsnąć, potrzeba było nieco więcej. „Scott McGrath, dziennikarz, który poszedłby do piekła, byle tylko zdobyć wypowiedź Lucyfera” – tak napisał kiedyś o mnie pewien bloger. Uznałem to za komplement. Więźniowie tatuujący sobie twarze pastą do butów i własnymi szczynami, uzbrojeni smarkacze z Vigário Geral nawaleni pedra, szychy z Medellin, które co roku spędzają wakacje w kiciu na wyspie Rikers – to wszystko w ogóle mnie nie ruszało. Było po prostu częścią krajobrazu.

A teraz wytrąciła mnie z równowagi kobieta w ciemności.

Musiała być pijana. Albo łyknęła za dużo xanaxu. Albo to chory zakład nastolatków – podpuściła ją wredna koleżanka z Upper East Side. Chyba że to wszystko było zaplanowane i gdzieś tu czekał jej chłopak ulicznik, żeby mnie napaść.

Jeśli właśnie o to chodziło, to się rozczarują. Nie miałem przy sobie nic wartościowego z wyjątkiem kluczy, sprężynowca oraz karty miejskiej, na której było z osiem dolców.

No dobrze, może rzeczywiście przechodziłem kryzys, kiepski okres – jak zwał, tak zwał. Może nie miałem okazji się bronić od… cóż, właściwie od końca lat dziewięćdziesiątych. Ale człowiek nigdy nie zapomina, jak się walczy o życie. I nigdy nie jest za późno na to, żeby sobie przypomnieć, chyba że już nie żyjesz.

Noc stała się nienaturalnie cicha, spokojna. Ta mgła – rozlała się znad wody między drzewa, opanowała ścieżkę niczym choroba, zupełnie jakby wisiały tu w powietrzu jakieś opary, opary czegoś szkodliwego.

Jeszcze minuta i znowu zbliżałem się do Północnej Stróżówki. Przebiegłem obok, spodziewając się, że zobaczę ją na podeście.

Był pusty. Po kobiecie ani śladu.

Jednakże im dłużej biegłem – ścieżką, która rozwijała się przede mną niczym tunel do nowego, mrocznego wymiaru – tym bardziej to spotkanie wydawało mi się niedokończone, jak piosenka przerwana w wyczekiwanym momencie, jak terkoczący projektor filmowy, który zatrzymuje się na kilka sekund przed kluczową sceną pościgu, a ekran robi się biały. Nie mogłem pozbyć się dojmującego wrażenia, że kobieta wciąż tutaj jest, gdzieś się ukrywa i obserwuje mnie.

Przysiągłbym, że poczułem zapach perfum zmieszany z wilgotną wonią błota i deszczu. Przez zmrużone powieki wpatrywałem się w cienie zalegające na wzgórzu i oczekiwałem, że lada chwila mignie w nich czerwień jej płaszcza. Może kobieta siedziała na ławce albo stała na mostku. Czy przyszła tutaj, by zrobić sobie krzywdę? Co, jeśli wdrapała się na balustradę, czekała, patrzyła na mnie z twarzą wyzutą z nadziei, a w końcu zrobiła krok naprzód i spadła na drogę daleko w dole, niczym worek kamieni?

Może nie zorientowałem się, że wypiłem też piątą szklankę szkockiej. Albo to przeklęte miasto wreszcie zaszło mi za skórę. Ruszyłem w dół po schodach w kierunku East Drive, wybiegłem na Piątą Aleję, a potem skręciłem we Wschodnią Czterdziestą Szóstą. Deszcz zmieniał się w ulewę. Pokonałem trzy przecznice, mijałem restauracje z zaciągniętymi roletami oraz jasno oświetlone przedsionki, z których znudzeni portierzy wyglądali na ulicę.

Przy wejściu do metra na Lexington Avenue usłyszałem dudnienie nadjeżdżającego pociągu. Prędko zbiegłem i przeciągnąłem kartę miejską przez czytnik w bramce. Na peronie czekało kilka osób – paru nastolatków, starsza pani z torebką z Bloomingdale’s.

Pociąg zajechał na stację i zatrzymał się ze zgrzytem. Wsiadłem do pustego wagonu.

– Linia ekspresowa numer cztery, kierunek Brooklyn. Następna stacja: Pięćdziesiąta Dziewiąta Ulica.

Otrząsnąwszy się z deszczu, patrzyłem na puste ławki i pomazany graffiti plakat reklamujący jakiś film science fiction. Ktoś oślepił biegnącego mężczyznę, zamazując mu oczy czarnym markerem.

Drzwi się zatrzasnęły. Jęknęły hamulce, pociąg zaczął odjeżdżać.

I wtedy nagle na schodach w najdalszym kącie stacji zobaczyłem lśniące czarne buty oraz czerwień, czerwony płaszcz. Kiedy kobieta schodziła coraz niżej, a przemoczone czarne włosy rozpływały jej się po ramionach jak atrament, zrozumiałem, że to ona, ta nieznajoma znad jeziora, ten duch – czymkolwiek, u diabła, była. Zanim jednak zdążyłem pojąć tę niemożliwość, zanim mój mózg zdążył zawołać: „Ona do mnie idzie!”, pociąg wpadł do tunelu, okna poczerniały i patrzyłem już tylko na siebie samego.

1

Duży żyrandol zalewał tłum złotym blaskiem, a ja przyglądałem się uczestnikom imprezy w lustrze z brązu, które wisiało nad kominkiem. Z zaskoczeniem dostrzegłem kogoś, kogo ledwo poznałem: siebie samego. W niebieskiej koszuli i sportowej marynarce, z trzecim albo czwartym – traciłem rachubę – drinkiem w dłoni, opierałem się o ścianę, jakbym pilnował, żeby się nie zawaliła. Wyglądałem nie jak na koktajlu, ale na lotnisku, jak gdybym czekał, aż moje życie wystartuje.

Odlot przesunięto na czas nieokreślony.

Ilekroć lądowałem na tych wieczorkach dobroczynnych, zgubionych pamiątkach po moim życiu żonatego mężczyzny, zachodziłem w głowę, po co wciąż na nie przychodzę.

Może lubiłem stawać naprzeciw plutonu egzekucyjnego.

– Scott McGrath! Jak miło cię widzieć!

Chciałbym móc powiedzieć to samo, pomyślałem.

– Pracujesz ostatnio nad czymś ciekawym?

Nad mięśniami brzucha.

– Dalej wykładasz dziennikarstwo w New School?

Zasugerowano mi urlop naukowy. Innymi słowy: cięcia kadrowe.

– Nie wiedziałem, że jeszcze jesteś w Nowym Jorku.

Na ten tekst nigdy nie umiałem odpowiedzieć. Czy ci ludzie myślą, że zesłano mnie na Wyspę Świętej Heleny jak Napoleona po bitwie pod Waterloo?

Trafiłem na to przyjęcie dzięki Birdie, przyjaciółce mojej byłej żony, Cynthii. Bawiło mnie, a także mi schlebiało, że jeszcze tak długo po tym, jak żona rozwiodła się ze mną i odpłynęła na bardziej modre wody, gęsta ławica jej koleżanek wciąż wirowała wokół mnie, jakbym był intrygującym wrakiem, i szukała szczątków, które można by wyłowić i zabrać do domu. Birdie była blondynką po czterdziestce i przez ostatnie dwie godziny nie odstępowała mnie ani na krok. Raz po raz ściskała moje ramię – sygnał, że jej mąż, jakiś facet od funduszy hedgingowych, wyjechał z miasta, a trojgu dzieciom urządziła Guantanamo z opiekunką. Dopiero gdy pani domu wezwała Birdie, żeby pokazać jej odnowioną kuchnię, wreszcie zostawiła mnie samego.

– Nigdzie się nie ruszaj – rzuciła na odchodnym.

A właśnie, że się ruszyłem. Ten wrak chciał pozostać zatopiony. Opróżniłem szklankę szkockiej i akurat miałem wrócić do baru, kiedy w kieszeni zawibrowała mi komórka.

Wymknąłem się na podest schodów na pierwszym piętrze. To SMS od mojego byłego prawnika, Stu Laughtona. Nie odzywał się od co najmniej pół roku.

Znaleźli ciało córki Cordovy.Zadzwoń.

Zamknąłem wiadomość i wpisałem w Google’a nazwisko Cordova. Zacząłem przewijać wyniki.

To była prawda. A w paru artykułach pojawiało się moje nazwisko.

„Skompromitowany dziennikarz Scott McGrath…”

Gdy tylko ta wiadomość rozejdzie się wśród gości przyjęcia, znajdę się na celowniku, zarzucą mnie pytaniami.

Natychmiast wytrzeźwiałem. Przecisnąłem się między ludźmi i zszedłem po krętych marmurowych schodach. Nikt się do mnie nie odezwał, kiedy zabrałem płaszcz, minąłem brązowe popiersie pani domu (rzeźbiarz wykazał się bezwstydną inwencją twórczą, upodabniając ją do Elizabeth Taylor), przekroczyłem próg drzwi frontowych, a potem po stopniach kamienicy wyszedłem na Wschodnią Dziewięćdziesiątą Czwartą Ulicę. Udałem się w stronę Piątej Alei, wdychając wilgoć październikowej nocy. Zatrzymałem taksówkę i wsiadłem do środka.

– Róg Zachodniej Czterdziestej i Perry.

Gdy ruszyliśmy, opuściłem szybę. Poczułem ucisk w żołądku, kiedy dotarło do mnie, co się stało: znaleźli ciało córki Cordovy. Co ja wtedy palnąłem w telewizji?

„Cordova to drapieżca – tego samego formatu co Manson, Jim Jones, pułkownik Kurtz. Mój informator pracował dla tej rodziny przez wiele lat. Ktoś musi usunąć tego faceta definitywnie”.

Ten natchniony kąsek kosztował mnie karierę i reputację – a do tego ćwierć miliona dolarów – co nie zmieniało faktu, że powiedziałem prawdę. Chociaż po wzmiance o Charlesie Mansonie pewnie należało się zamknąć.

Rozbawiło mnie to, że czuję się jak zbieg – choć może powinienem raczej porównać się do ekstremisty figurującego na liście poszukiwanych przez FBI. Musiałem jednak przyznać, że było coś elektryzującego w ponownym widoku tego nazwiska: Cordova; w świadomości, że może, kto wie, znowu powinienem uciekać, jeśli mi życie miłe.