Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2009

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 401 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 48 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 48 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Nocni wędrowcy - Wojciech Jagielski

Nocni wędrowcy to reporterskie studium jednego z najbardziej niespokojnych państw na Ziemi – Ugandy. Wojciech Jagielski rozpoczyna swoją opowieść w Gulu, gdzie poznaje dzieci-weteranów wojny w kraju Aczolich na prawym brzegu Nilu. Autor przytacza ich wstrząsające opowieści w służbie Armii Bożego Oporu, do której zostały wcielone siłą. Prawie wszystkie z nich zmuszone były zabijać. Niektóre nawet własnych rodziców i rodzeństwo. Jagielski prowadzi nas przez najtrudniejszy okres w dziejach Ugandy – czasy rządów dwóch krwawych dyktatorów – Miliona Obotego i Idi Amina – którzy razem odpowiadają za śmierć niemal miliona ludzi. Odmalowuje również postać, niezwykle kontrowersyjnego, obecnego prezydenta Ugandy – Museveniego – który z uwielbianego wyzwoliciela powoli staje się typowym afrykańskim satrapą. Nocni wędrowcy są nie tylko o polityce i wojnie. To również zbiorowy portret Ugandyjczyków, którzy zmęczeni niemal trzydziestoma latami wojen, od dwóch dziesięcioleci sukcesywnie odbudowują swój kraj.

Opinie o ebooku Nocni wędrowcy - Wojciech Jagielski

Fragment ebooka Nocni wędrowcy - Wojciech Jagielski

WOJ­CIECH JA­GIEL­SKI

noc­ni wę­drow­cy

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2009

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2009

WOJ­CIECH

JA­GIEL­SKI

(ur. 1960) – dzien­ni­karz „Ga­ze­ty Wy­bor­czej”. świa­dek naj­waż­niej­szych wy­da­rzeń po­li­tycz­nych prze­ło­mu wie­ków na ca­łym Świe­cie. Re­la­cjo­no­wał roz­pad ro­syj­skie­go im­pe­rium, za­ła­ma­nie się apar­the­idu w RPA, po­łą­cze­nie Hong­kon­gu z Chi­na­mi, woj­ny, za­ma­chy sta­nu, upad­ki dyk­ta­to­rów w Afry­ce i Azji. Au­tor ksią­żek o Kau­ka­zie (Do­bre miej­sce do umie­ra­nia, 1994; wy­da­nie uzu­peł­nio­ne W.A.B. 2005), o Cze­cze­nii (Wie­że z ka­mie­nia, W.A.B. 2004, wy­da­nie roz­sze­rzo­ne 2008; mię­dzy­na­ro­do­wa na­gro­da „Li­te­ra­tu­ra z fron­tu” 2007 przy­zna­wa­na przez mia­sto Cas­si­no we Wło­szech), o Afga­ni­sta­nie (Mo­dli­twa o deszcz, W.A.B. 2002; no­mi­no­wa­na do Na­gro­dy NIKE 2003, zdo­by­ła Na­gro­dę im. ks. Jó­ze­fa Ti­sch­ne­ra, Na­gro­dę Czy­tel­ni­ków w kon­kur­sie Pod­po­riusz 2003 oraz Bursz­ty­no­we­go Mo­ty­la w Kon­kur­sie im. Ar­ka­de­go Fie­dle­ra). Książ­ki Woj­cie­cha Ja­giel­skie­go są tłu­ma­czo­ne na wło­ski, hisz­pań­ski, an­giel­ski, ni­der­landz­ki.

Ro­dzi­com

Jest to opo­wieść praw­dzi­wa, po­dob­nie jak praw­dzi­we jest mia­stecz­ko Gulu, w któ­rym się ona roz­gry­wa. Praw­dzi­wi są też bo­ha­te­ro­wie opo­wie­ści: opę­ta­ni przez du­chy Jo­seph Kony, sta­ry Se­ve­ri­no, Ken­neth Ba­nya, król Aczo­lich, ich wo­dzo­wie, księ­ża, żoł­nie­rze, a tak­że dzie­ci, z któ­rych no­ca­mi du­chy czy­nią okrut­nych i bez­li­to­snych par­ty­zan­tów.

Nora, Sa­mu­el i Jack­son na po­trze­by tej opo­wie­ści stwo­rze­ni zo­sta­li z kil­ku rze­czy­wi­stych po­sta­ci.

I

W Gulu koń­czył się dzień.

Mia­stecz­ko po­spiesz­nie zbie­ra­ło się do snu, jak zwy­kle w po­rze desz­czo­wej, by zdą­żyć ze wszyst­kim przed bu­rzą, któ­ra doj­rze­wa­ła na ciem­nie­ją­cym nie­bie w spęcz­nia­łych, gniew­nych chmu­rach, cze­ka­jąc tyl­ko zmro­ku, żeby dać upust zło­ści na­gro­ma­dzo­nej pod­czas upal­ne­go dnia.

Roz­pa­lo­ne skwa­rem mia­sto opa­da­ło z sił, sty­gło, ci­chło. Znę­ka­ni skle­pi­ka­rze już na­wet bez żalu cho­wa­li do ma­ga­zy­nów to­wa­ry, któ­rych w cią­gu dnia nie uda­ło się sprze­dać. Usmo­le­ni cze­lad­ni­cy z warsz­ta­tu wul­ka­ni­za­cyj­ne­go, mo­cu­jąc się i prze­kli­na­jąc, wta­cza­li na za­ple­cze opo­ny ol­brzy­mie jak koła młyń­skie. Wy­sta­wio­ne na tro­tu­arze, za­wa­la­ły dro­gę i zmu­sza­ły prze­chod­niów do zwol­nie­nia kro­ku, za­trzy­ma­nia się choć na krót­ką chwi­lę, wy­star­cza­ją­cą, by za­kieł­ko­wa­ła po­ku­sa kup­na no­wych kół do sa­mo­cho­du.

W śród­mie­ściu za­my­ka­no urzę­dy. Zgrzy­tli­wie, z hu­kiem, jed­na po dru­giej opa­da­ły ża­lu­zje w kra­mach i warsz­ta­tach, ukry­tych w głę­bo­kim cie­niu kruż­gan­ków ni­skich ka­mie­nic przy głów­nej uli­cy. Wła­ści­cie­le oberż za­pusz­cza­li ge­ne­ra­to­ry prą­du – ze­wsząd do­cho­dził ich war­kot.

Czuć już było nad­cho­dzą­cą na­wał­ni­cę. Zda­wa­ło się, że cięż­kie kro­ple cie­płe­go desz­czu wi­szą w po­wie­trzu i lada chwi­la spad­ną na czer­wo­ną za­ku­rzo­ną zie­mię, prze­mie­nia­jąc ją w ośli­złe krwi­ste bło­to. Nie­bo grzmia­ło co­raz do­no­śniej, śmie­lej i bli­żej, a ja­sne, krót­kie kre­ski bły­ska­wic roz­ci­na­ły chmu­ry nad­cią­ga­ją­ce nad mia­sto.

Miesz­kań­cy mia­stecz­ka wy­my­ka­li się ze śród­mie­ścia, by zdą­żyć do do­mów przed bu­rzą i nocą. Pod­czas burz za­zwy­czaj wy­łą­cza­no prąd. Sto­ją­ce w mie­ście woj­sko też wo­la­ło, by lu­dzie nie krę­ci­li się po zmro­ku bez po­trze­by. Ła­two ich było wziąć za par­ty­zan­tów, któ­rzy pod­czas ciem­nych, chmur­nych nocy pory desz­czo­wej wy­pusz­cza­li się ze swo­ich kry­jó­wek w bu­szu i do­cie­ra­li aż do Gulu.

Jack­son cze­kał na mnie, jak zwy­kle, w go­spo­dzie „U Fran­kli­na” przy głów­nej uli­cy. Sie­dział nie­ru­cho­my, opar­ty o ka­mien­ną ko­lum­nę. Był dzien­ni­ka­rzem z miej­sco­wej roz­gło­śni ra­dio­wej „King FM”. Jej re­dak­cja mie­ści­ła się na­prze­ciw­ko ho­te­lu „Aczo­li Inn”, w któ­rym miesz­ka­łem. Po­po­łu­dnia­mi, gdy koń­czył pra­cę, spo­ty­ka­li­śmy się w tej go­spo­dzie. Ja za­ma­wia­łem piwo, a Jack­son opo­wia­dał. O woj­nach, kró­lach daw­nych i dzi­siej­szych, do­brych i złych, o cza­row­ni­kach i o du­chach, któ­re wtrą­ca­ły się w ży­cie lu­dzi i wpły­wa­ły na ich losy. W so­bo­ty zaś i nie­dzie­le przy­cho­dzi­li­śmy do „Fran­kli­na”, żeby w za­tło­czo­nym i za­dy­mio­nym ba­rze, na wiel­kim ekra­nie za­wie­szo­ne­go pod su­fi­tem te­le­wi­zo­ra, oglą­dać me­cze pił­kar­skiej ligi z Wiel­kiej Bry­ta­nii.

Jack­son nie po­ru­szył się na­wet wów­czas, gdy pod­sze­dłem do sto­li­ka. Wy­da­wał się zmę­czo­ny i naj­wy­raź­niej nie miał ocho­ty na roz­mo­wę.

Bu­rza krą­ży­ła już nad mia­stem, wy­cze­ku­jąc od­po­wied­nie­go miej­sca i cza­su, by się na nie rzu­cić, ogłu­szyć bły­ska­wi­ca­mi, grzmo­ta­mi i stru­ga­mi desz­czu. Mia­sto za­mar­ło, jak­by bało się, że za­prząt­nię­te zwy­czaj­ną krzą­ta­ni­ną prze­ga­pi pierw­sze ude­rze­nie na­wał­ni­cy. Przy­tło­czo­ne swo­im cię­ża­rem nie­bo opa­da­ło co­raz ni­żej, jak­by chcia­ło do­tknąć zie­mi.

Wtem wiatr, któ­ry szar­pał wi­docz­ne za mia­stem pal­my, dmuch­nął pia­chem wzdłuż głów­nej uli­cy. Na­gle oży­wio­ne, za­wi­ro­wa­ły w tań­cu nad po­pę­ka­nym as­fal­tem strzę­py sta­rych ga­zet, ka­wał­ki ko­lo­ro­wej fo­lii, po­żół­kłe tra­wy.

Jack­son trwał w bez­ru­chu jak dra­pież­ne zwie­rzę wstrzy­mu­ją­ce od­dech.

– Wi­dzia­łeś? – za­py­tał.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Prze­cież prze­le­ciał pra­wie nad two­ją gło­wą – po­wie­dział z pre­ten­sją w gło­sie.

– Kto?

Pierw­sze kro­ple spa­dły, roz­pry­sku­jąc się gło­śno na da­chach i zie­mi.

Po­tem do {mia­sta za­czę­ły się scho­dzić dzie­ci.

Po­ja­wi­ły się na­gle, pra­wie nie­po­strze­że­nie. Wy­ła­nia­ły się z ciem­no­ści, spod zie­mi jak zja­wy. Zmie­rza­ły pie­szo, dzie­siąt­ka­mi, ze wszyst­kich stron, do nie­mal wy­mar­łe­go, po­grą­żo­ne­go w przed­bu­rzo­wej ci­szy mia­sta. Szły pew­nie, bez po­śpie­chu, jak ktoś po­wta­rza­ją­cy po raz ty­sięcz­ny czyn­ność do­sko­na­le mu zna­ną i nie­kry­ją­cą już żad­nej ta­jem­ni­cy.

Nie­któ­re ubra­ne były w szkol­ne mun­dur­ki, na ple­cach nio­sły tor­ni­stry z książ­ka­mi i ze­szy­ta­mi. Inne, w łach­ma­nach i boso, dźwi­ga­ły w rę­kach koce, ja­kieś to­bo­ły i za­wi­niąt­ka, a tak­że ze­bra­ne w przy­droż­nych ro­wach czy też rynsz­to­kach płach­ty ga­zet i ka­wał­ki kar­to­nu. Star­sze dzie­ci pro­wa­dzi­ły za ręce mniej­sze, kil­ku­let­nie, a dziew­czę­ta, niby wie­śniacz­ki uda­ją­ce się do pra­cy w polu, wę­dro­wa­ły z przy­tro­czo­ny­mi do ple­ców nie­mow­lę­ta­mi.

Na ryn­ku sza­ra, szem­rzą­ca ci­cho w mro­ku rze­ka dzie­ci roz­dzie­li­ła się na kil­ka mniej­szych. Naj­więk­sza z od­nóg skrę­ci­ła w kie­run­ku dwor­ca au­to­bu­so­we­go, mniej­sza koń­czy­ła bieg na dzie­dziń­cu wiel­kie­go, zbu­do­wa­ne­go z czer­wo­nej ce­gły ko­ścio­ła pod we­zwa­niem Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny. Inne to­czy­ły się ku po­dwó­rzom miej­sco­wych szkół, szpi­ta­li. Resz­ta dzie­ci koń­czy­ła marsz na głów­nej uli­cy, w pod­cie­niach do­mów, gdzie roz­kła­da­ły na zie­mi le­go­wi­ska.

Więk­szość szu­ka­ła miej­sca na spo­czy­nek i kła­dła się do snu jesz­cze przed nocą, któ­ra czy­ni­ła mia­sto nie­wi­dzial­nym. Ale nie­któ­rzy chłop­cy, ule­ga­jąc po­ku­sie ni­czym nie­ogra­ni­czo­nej swo­bo­dy, dłu­go jesz­cze bie­ga­li z wrza­skiem, za­cze­pia­li dziew­czę­ta i ba­wi­li się w wy­mar­łym mie­ście, któ­re­go wład­ca­mi sta­wa­li się, gdy za­pa­dał mrok.

Uli­ca, już nie­mal nie­wi­docz­na w gęst­nie­ją­cych ciem­no­ściach, znów roz­brzmie­wa­ła gwa­rem. Gło­sy krą­ży­ły, to się zbli­ża­ły, to od­da­la­ły. Przed skle­pem że­la­znym na­prze­ciw­ko ktoś za­pła­kał. W pu­stym ba­rze „U Fran­kli­na” ci­cho grał te­le­wi­zor, przez otwar­te okno w kuch­ni słu­chać było, jak obe­rży­sta po­pę­dza po­my­wa­czy, któ­rzy po ca­łym dniu pra­cy nie po­tra­fi­li już zdo­być się na po­śpiech.

Ze smo­li­ste­go mro­ku uli­cy tuż przy na­szym sto­li­ku wy­ło­ni­ły się dziew­czyn­ki. Jak ćmy, sku­szo­ne żół­ta­wy­mi smu­ga­mi resz­tek świa­tła z baru, w mil­cze­niu za­bra­ły się do roz­kła­da­nia noc­nych le­go­wisk na tro­tu­arze, któ­re­go część za­gar­nę­ła dla sie­bie obe­rża „U Fran­kli­na”. Nie zwra­ca­jąc uwa­gi na ostat­nich spóź­nio­nych klien­tów, roz­ście­la­ły na zie­mi kar­to­ny i koce, ukła­da­ły się do snu.

Na ich wi­dok Jack­son ro­zej­rzał się nie­przy­tom­nie, jak czło­wiek, któ­ry stra­cił po­czu­cie cza­su i okrop­nie się za­sie­dział. Od­sta­wił bu­tel­kę z nie­do­pi­tym pi­wem i gło­wą dał znak do wyj­ścia. Nie cze­ka­jąc na­wet, aż ure­gu­lu­ję ra­chu­nek, wstał od sto­li­ka i znik­nął w ciem­no­ściach. Wy­cho­dząc za nim z krę­gu świa­tła, po­trze­bo­wa­łem dłuż­szej chwi­li, by wy­ło­wić z mro­ku jego po­stać.

Szedł szyb­ko środ­kiem uli­cy, wy­pro­sto­wa­ny, nie pa­trząc na boki, gdzie w pod­cie­niach dzie­ci szy­ko­wa­ły się do snu. Nie oglą­dał się na mnie ani nie cze­kał. Kie­dy mi­nął pierw­szą prze­czni­cę, jesz­cze bar­dziej przy­spie­szył. Do­pie­ro wte­dy, jak­by zwa­bił je od­głos kro­ków, z pod­cie­ni wy­ło­ni­ło się kil­ka drob­nych po­sta­ci. Ktoś krzyk­nął na­glą­co wy­so­kim, dzie­cię­cym gło­sem, ktoś pu­ścił się w krót­ką, za­raz prze­rwa­ną po­goń. Jack­son znik­nął u wy­lo­tu uli­cy i na tro­tu­arze znów zro­bi­ło się ci­cho.

Na­za­jutrz o po­ran­ku po dzie­ciach nie było w mie­ście ani śla­du.

Zie­mia znów czer­wie­nia­ła w słoń­cu, ale po noc­nej ule­wie sta­ły na niej jesz­cze pa­ru­ją­ce ka­łu­że. Po­wie­trze po bu­rzy było wciąż rześ­kie, ja­sne i przej­rzy­ste, a zie­leń li­ści i traw, ob­my­tych z ku­rzu, try­ska­ła świe­żo­ścią, czy­sto­ścią i ży­ciem.

Głów­na uli­ca, jak co dzień, peł­na była prze­chod­niów i prze­kup­niów, spie­szą­cych się, by zdą­żyć z za­ła­twie­niem naj­waż­niej­szych spraw przed po­łu­dniem, za­nim wszyst­ko znów ule­gnie upa­ło­wi i po­grą­ży się w otę­pia­łym bez­ru­chu. Aż do wie­czo­ra.

Na ulicz­nym tar­go­wi­sku przy ko­ście­le wie­śniacz­ki, któ­re ścią­gnę­ły do Gulu o świ­cie, do­no­śnie za­chwa­la­ły wy­sta­wio­ne na sprze­daż wa­rzy­wa i owo­ce. Z po­bli­skie­go pla­cu, za­ję­te­go przez fir­my prze­wo­zo­we, wy­ru­sza­ły w dro­gę au­to­bu­sy peł­ne pa­sa­że­rów i ba­ga­ży.

W pod­cie­niach przed obe­rżą „U Fran­kli­na” kel­ne­rzy w zsza­rza­łych ze sta­ro­ści far­tu­chach usta­wia­li sto­li­ki. Ku­bła­mi wody zle­wa­li be­to­no­wy tro­tu­ar. Za wi­docz­nym z uli­cy ba­rem, nad któ­rym, jak zwy­kle, grał te­le­wi­zor, pierw­si klien­ci pili już kawę i pa­li­li pa­pie­ro­sy.

Jack­so­na od­na­la­złem w jego re­dak­cji, gdy prze­glą­dał po­ran­ne de­pe­sze z Kam­pa­li i ze świa­ta. Na py­ta­nie, co sły­chać, od­parł, że w Bag­da­dzie do­szło zno­wu do za­ma­chu bom­bo­we­go i że w ogó­le, we­dług nie­go, spra­wy mają się tam co­raz go­rzej. Za to z Kon­ga, gdzie wła­śnie wy­bie­ra­no pre­zy­den­ta i do­kąd mia­łem po­je­chać z Ugan­dy, nie było żad­nych no­wych wie­ści. Ani złych, o za­miesz­kach i zbroj­nych bun­tach, ani po­cie­sza­ją­cych. Ten brak wia­do­mo­ści miał, zda­niem Jack­so­na, do­brze Kon­gu wró­żyć.

Kie­dy za­py­ta­łem o po­przed­ni wie­czór i o dzie­ci w mie­ście, zda­wał się nie poj­mo­wać, o czym mó­wię.

– Dla­cze­go uwa­żasz, że to dziw­ne? – Wzru­szył ra­mio­na­mi, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ekra­nu kom­pu­te­ra. – Wy­bie­rasz się dzi­siaj do Atia­ku?

Po­cho­dził z tej wio­ski. Był na­sto­lat­kiem, gdy przed dzie­się­ciu laty na­pa­dli na nią par­ty­zan­ci. Prze­wo­dził im ulu­bio­ny z jego stry­jów, Vin­cent Otti, były ofi­cer ugan­dyj­skie­go woj­ska. Jack­son pa­mię­tał, jak wy­stro­jo­ny w pa­rad­ny mun­dur przy­jeż­dżał do wsi, sa­dzał go so­bie na ko­la­nach i po­zwa­lał przy­mie­rzać żoł­nier­ską czap­kę ze sztyw­nym dasz­kiem. Kie­dy do­wo­dze­ni przez Ot­tie­go re­be­lian­ci na­pa­dli wieś i wy­mor­do­wa­li na ryn­ku trzy­stu pięć­dzie­się­ciu miesz­kań­ców, ro­dzi­ce ode­sła­li Jack­so­na do krew­nych w Gulu, a sami ucie­kli do jed­ne­go z obo­zów, utwo­rzo­nych i ochra­nia­nych przez rzą­do­we woj­sko. Z Atia­ku, ze stra­chu przed ze­mstą są­sia­dów, ucie­kli też bra­cia Ot­tie­go.

– Co to były za dzie­ci, te, któ­re wi­dzie­li­śmy wie­czo­rem? – za­py­ta­łem po­now­nie.

– Dzie­ci jak dzie­ci – rzu­cił. – Chcesz, że­bym z tobą je­chał? Bo je­śli mam je­chać, mu­szę spy­tać sze­fa, czy się zgo­dzi…

– Nie jadę do Atia­ku, tyl­ko do Pa­len­gi. Wiesz do­brze. Skąd się tu te dzie­ci wzię­ły?

– Przy­szły do mia­sta na noc, i tyle. Co w tym dziw­ne­go?

– Na­pę­dzi­ły ci stra­cha.

– Opo­wia­dasz bzdu­ry.

– Do­brze wi­dzia­łem. Na­praw­dę wy­stra­szy­łeś się dzie­ci?

– Nie ro­zu­miesz. U nas dzie­ci są inne.

– Co to zna­czy?

– Są inne. Po pro­stu.

W ho­te­lu „Aczo­li Inn”, za traw­ni­kiem, na któ­rym wie­czo­ra­mi roz­sta­wia­no sto­ły do ko­la­cji, był nie­wiel­ki ba­sen. Nie­dziel­ne po­po­łu­dnia spę­dza­li tam ofi­ce­ro­wie z miej­sco­we­go gar­ni­zo­nu. Drob­ni, o twa­rzach tak mło­dzień­czych, że w zsu­nię­tych na oczy czap­kach z dasz­kiem, ko­lo­ro­wych ko­szul­kach i ja­snych lnia­nych spodniach w ża­den spo­sób nie przy­po­mi­na­li żoł­nie­rzy. Bu­ja­jąc się na chy­bo­tli­wych wy­so­kich zy­dlach przy ba­rze, po­pi­ja­li piwo, pa­li­li pa­pie­ro­sy i roz­ma­wia­li, z każ­dą go­dzi­ną i z każ­dą ko­lej­ną bu­tel­ką gło­śniej i gło­śniej, po­chło­nię­ci wy­łącz­nie sobą.

Przy­tom­nie­li i ci­chli tyl­ko wte­dy, gdy przy ba­se­nie po­ja­wia­ły się bia­łe ko­bie­ty z or­ga­ni­za­cji do­bro­czyn­nych, któ­rych w Gulu było peł­no. Nie­ukry­wa­ne i po­żą­dli­we za­cie­ka­wie­nie, ja­kie wzbu­dza­ły, szyb­ko je jed­nak krę­po­wa­ło i za­zwy­czaj, po krót­kiej ką­pie­li i kil­ku chwi­lach na słoń­cu, na nie­wy­god­nym le­ża­ku, wy­co­fy­wa­ły się do ho­te­lo­wych po­ko­jów.

Sie­dząc nie­opo­dal, pod drze­wem man­go­wym, cze­ka­łem na we­zwa­nie ad­iu­tan­ta pew­ne­go waż­ne­go puł­kow­ni­ka z do­wódz­twa gar­ni­zo­nu. Od jego zgo­dy za­le­ża­ło, czy spo­tkam się z wzię­tym do nie­wo­li i prze­trzy­my­wa­nym po­noć w Gulu jed­nym z par­ty­zanc­kich przy­wód­ców. Obie­cu­jąc, że mnie z nim za­po­zna, ad­iu­tant do­ra­dził z na­ci­skiem, że­bym le­piej, bez uzgod­nie­nia tego za­wcza­su z puł­kow­ni­kiem, nie ru­szał się z Gulu na krok. Choć mó­wio­no, że par­ty­zan­ci, wy­mknąw­szy się woj­sku, wy­wę­dro­wa­li aż do Su­da­nu, na­wet stam­tąd do­ko­ny­wa­li zbroj­nych raj­dów i oko­li­ca wciąż ucho­dzi­ła za nie­spo­koj­ną. Ka­zał mi przyjść nad ba­sen pod wie­czór.

Waż­ny puł­kow­nik, któ­re­mu mia­łem zo­stać przed­sta­wio­ny, pły­wał w ba­se­nie. Po­zo­sta­li żoł­nie­rze przy­glą­da­li się pły­wa­ją­ce­mu do­wód­cy i od­po­wia­da­li na rzu­ca­ne przez nie­go z wody py­ta­nia, uwa­gi i żar­ty.

Puł­kow­nik był po­staw­nym, tę­gim męż­czy­zną o ogo­lo­nej czasz­ce i bar­dzo ciem­nej, nie­mal czar­nej skó­rze. Dłu­gie sza­re szor­ty ob­le­pia­ły mu ma­syw­ne po­ślad­ki i uda. Pły­wał od brze­gu do brze­gu nie­spiesz­nie, nie­mal nie wy­ko­nu­jąc ru­chów, jak­by się uno­sił na wo­dzie. Od cza­su do cza­su, gło­śno pry­cha­jąc i sa­piąc, prze­wra­cał się z brzu­cha na wznak lub z boku na bok, by po chwi­li wró­cić do po­przed­niej po­zy­cji.

Znu­żo­ny ocze­ki­wa­niem i szme­rem roz­mów pro­wa­dzo­nych w nie­zro­zu­mia­łym dla mnie ję­zy­ku, przy­glą­da­łem się zwi­sa­ją­cym z ga­łę­zi sza­rym nie­to­pe­rzom. O zmierz­chu bu­dzi­ły się i od­ry­wa­ły od drze­wa jak przej­rza­łe owo­ce. Za­miast jed­nak spa­dać cięż­ko na zie­mię, wzbi­ja­ły się w po­wie­trze, tnąc je skrzy­dła­mi jak szty­le­ty, roz­pię­ty­mi na­gle do wal­ki. Wi­ro­wa­ły ni­sko, tuż nad zie­mią, jak­by pró­bo­wa­ły coś wy­pa­trzyć w tra­wie. Mknę­ły ni­czym stra­ceń­cy upo­je­ni pręd­ko­ścią, go­to­wi na śmierć albo jej zu­peł­nie nie­świa­do­mi.

Spod drze­wa do­strze­głem, że ad­iu­tant daje mi znak – przy­wo­łu­je na au­dien­cję. Gdy sta­ną­łem na brze­gu ba­se­nu, puł­kow­nik jed­nym moc­niej­szym mach­nię­ciem ręki ob­ró­cił się w moim kie­run­ku. Chwi­lę po­krę­cił się w miej­scu, po czym sta­nął na ugię­tych ko­la­nach, za­nu­rzo­ny po szy­ję w wo­dzie.

– A więc jest pan dzien­ni­ka­rzem. I cóż to ta­kie­go spro­wa­dza pana w na­sze stro­ny? Nic cie­ka­we­go się u nas od daw­na nie wy­da­rzy­ło. A może tyl­ko my sami o czymś nie wie­my?

Żoł­nie­rze gło­śno się za­śmia­li i nad­sta­wi­li uszu. Uśmiech­nął się na­wet ad­iu­tant, któ­ry stał obok mnie, po­cią­ga­jąc piwo z bu­tel­ki.

– Po­wie­dzia­no mi, że to od pana do­wiem się wszyst­kie­go.

– Ode mnie? Kto tak po­wie­dział? Ja tam nic nie wiem. My, żoł­nie­rze, je­ste­śmy pro­sty­mi ludź­mi. Bacz­ność, spo­cznij, po­bud­ka, cap­strzyk.

Pod­pie­ra­jąc się jed­ną nogą, puł­kow­nik prze­wró­cił się na ple­cy.

– Chciał­bym się tu tro­chę po­krę­cić, do­wie­dzieć cze­goś wię­cej o wa­szej woj­nie.

– Na­szej woj­nie? A są­dzi pan, że mamy tu ja­kąś woj­nę?

Ofi­ce­ro­wie znów wy­buch­nę­li gło­śnym śmie­chem, a ich do­wód­ca, jak­by znu­dzo­ny roz­mo­wą, scho­wał się pod wodą i od­pły­nął wol­no na dru­gą stro­nę ba­se­nu. Tam wy­nu­rzył się i za­wo­łał coś chra­pli­wie do ad­iu­tan­ta. Po­zo­sta­wio­ny sam so­bie, spoj­rza­łem w nie­bo. Po wczo­raj­szej bu­rzy noc za­po­wia­da­ła się par­na, nie­obie­cu­ją­ca wy­tchnie­nia.

Po chwi­li przy ba­se­nie po­ja­wi­ły się dwie dziew­czy­ny w stro­jach ką­pie­lo­wych. Jed­na po­szła do baru, dru­ga usia­dła nie­da­le­ko ode mnie i za­nu­rzyw­szy nogi, prze­bie­ra­ła sto­pa­mi w wo­dzie.

– Pro­szę uwa­żać! Mamy tu kro­ko­dy­le – za­wo­łał z dru­gie­go brze­gu puł­kow­nik.

– Za­wo­łam, gdy­by się ja­kiś po­ja­wił – od­po­wie­dzia­ła, nie pod­no­sząc gło­wy.

– Sta­wię się na każ­de ski­nie­nie. Lep­sze­go w tych spra­wach pani tu nie znaj­dzie.

Bar za­hu­czał żoł­nier­skim śmie­chem. Puł­kow­nik za­nur­ko­wał w moją stro­nę. Nie do­pły­nął do brze­gu, lecz sta­nął w po­bli­żu na roz­kra­czo­nych no­gach.

– Do Kit­gum czy Pa­der nie ra­dził­bym się wy­pra­wiać bez żoł­nie­rzy. Zresz­tą, po co w ogó­le włó­czyć się po próż­ni­cy – mó­wił do mnie, ale pa­trzył w kie­run­ku dziew­czy­ny po­chło­nię­tej wi­do­kiem swo­ich stóp w męt­nie­ją­cej w ciem­no­ściach wo­dzie. – Ale do Pa­len­gi pro­szę bar­dzo, dro­ga wol­na. To nie­da­le­ko od Gulu, za dnia nie po­win­no być kło­po­tów. Le­piej jed­nak nie cze­kać z po­wro­tem do zmierz­chu.

Na chwi­lę znik­nął pod wodą, a gdy się wy­nu­rzył, rzu­cił jesz­cze, że­bym po dro­dze uwa­żał na dzie­ci.

– Je­śli zo­ba­czy pan, że wy­cho­dzą z lasu, pro­szę ka­zać kie­row­cy na­tych­miast za­wra­cać. A gdy­by po­ja­wi­ły się bli­sko i na od­wrót by­ło­by już za póź­no, niech je­dzie ca­łym pę­dem na­przód. Pod żad­nym po­zo­rem nie wol­no się za­trzy­mać – po­wie­dział, strze­pu­jąc pal­ca­mi kro­ple wody z twa­rzy. – Pro­szę pa­mię­tać, to do­bra rada, pro­sto z ser­ca. Z dzieć­mi nie ma żar­tów.

I choć od­nio­słem wra­że­nie, że te ostat­nie sło­wa wy­po­wia­dał z cał­ko­wi­tą po­wa­gą, żoł­nie­rze w ba­rze za­nie­śli się śmie­chem.

Pa­len­gę spo­wi­jał siwy dym. Wy­do­by­wał się wiel­ką, bez­kształt­ną chmu­rą z wil­got­nych strzech i ocię­ża­ły opa­dał na zie­mię, snu­jąc się, błą­ka­jąc mię­dzy stoż­ka­mi chat. Do­mo­stwa nie­mal wła­zi­ły so­bie na­wza­jem na ple­cy, usta­wio­ne gę­sto, jed­no przy dru­gim. Z po­wo­du desz­czu ko­bie­ty nie mo­gły go­to­wać na po­dwó­rzach, cała wieś nik­nę­ła więc w sza­rych, nie­ru­cha­wych ob­ło­kach dymu z pa­le­nisk.

Du­si­ła się w opa­rach przy­rzą­dza­nych po­traw oraz za­du­chu śmie­ci i nie­czy­sto­ści. Roz­pła­ta­na na dwo­je as­fal­to­wą dro­gą z Gulu do Kam­pa­li, roz­cią­ga­ła się po obu jej stro­nach aż po ho­ry­zont, z jed­nej stro­ny wy­kre­ślo­ny mrocz­ną w nie­po­go­dzie gę­stwi­ną ni­skich, po­skrę­ca­nych drzew, z dru­giej zle­wa­ją­cy się z nie­bem nad po­ro­śnię­tą wy­so­ki­mi tra­wa­mi rów­ni­ną.

Nig­dy nie sły­sza­łem, by któ­ryś z kil­ku­na­stu ty­się­cy miesz­kań­ców na­zwał Pa­len­gę wio­ską. W ogó­le rzad­ko i nie­chęt­nie o niej mó­wi­li, a je­śli już wspo­mi­na­li, uży­wa­li sło­wa „obóz”. Mó­wi­li „miesz­kam w Pa­len­dze”, ale nig­dy „je­stem z Pa­len­gi”. Od­ma­wia­li na­zy­wa­nia jej wio­ską, jak­by nie chcąc po­go­dzić się z jej ist­nie­niem. Bali się, że wy­star­czy wy­po­wie­dzieć jej na­zwę, a to, co wo­le­li po­strze­gać jako zja­wę, ułu­dę, sta­nie się rze­czy­wi­ste i nie­od­wra­cal­ne.

Nie by­ło­by ich tu, tak jak nie by­ło­by sa­mej Pa­len­gi, gdy­by nie woj­na, któ­ra przed po­nad dwu­dzie­sto­ma laty przy­wę­dro­wa­ła na ich zie­mie. Nie pierw­szy raz wo­jen­ne za­wie­ru­chy prze­wa­la­ły się przez kra­inę ludu Aczo­li. Tym ra­zem jed­nak, za­miast – na­sy­ciw­szy się nie­szczę­ściem i znisz­cze­niem – po­pę­dzić gdzieś da­lej, woj­na, jak stru­dzo­ny wę­drów­ką nie­pro­szo­ny gość, za­trzy­ma­ła się u Aczo­lich na dłu­żej. Nie opusz­cza­ła ich tak dłu­go, że mło­dzi nie wie­dzie­li na­wet, jak może wy­glą­dać ży­cie bez niej.

Pa­mię­ta­li to już tyl­ko star­si. I to oni, py­ta­ni o ro­dzin­ne stro­ny, przy­wo­ły­wa­li na­zwy daw­no nie­ist­nie­ją­cych wio­sek. Czy­ni­li to z na­masz­cze­niem, jak­by wy­po­wia­da­li cza­ro­dziej­skie za­klę­cia, któ­re mia­ły te wio­ski wskrze­sić, cof­nąć czas, od­wró­cić ko­lej rze­czy. Ich wsie, domy i daw­ne ży­cie zbu­rzy­li żoł­nie­rze albo pu­ści­li z dy­mem par­ty­zan­ci. A w koń­cu po­żar­ła je za­chłan­na i za­wsze nie­na­sy­co­na dżun­gla.

Par­ty­zan­ci za­cho­dzi­li do wio­sek po żyw­ność i re­kru­tów. Mó­wi­li wie­śnia­kom, że są im to win­ni. Prze­cież wal­czy­li w ich imie­niu i za ich spra­wę. Tych, któ­rzy od­ma­wia­li, za­bi­ja­li na ryn­ku. Po­tem do wsi przy­cho­dzi­li żoł­nie­rze. Tyl­ko nie­któ­rzy z nich zna­li mowę Aczo­lich. Więk­szość po­cho­dzi­ła z po­łu­dnia kra­ju, aż znad Je­zio­ra Wik­to­rii, i z za­cho­du, znad Je­zio­ra Al­ber­ta. Wy­py­ty­wa­li chło­pów o par­ty­zan­tów, mó­wi­li, że nie mu­szą się bać ze­msty, że ich przed nią obro­nią.

Wie­śnia­cy, nie wie­dząc, co po­cząć ani któ­re zło wy­brać, mil­cze­li. Żoł­nie­rze wpa­da­li w złość, tłu­kli ich pię­ścia­mi po twa­rzach, ude­rze­nia­mi ka­ra­bi­no­wych kolb po­wa­la­li na zie­mię. Wy­zy­wa­li od zdraj­ców, wle­kli do miast i za­my­ka­li w wię­zie­niach.

Aż w koń­cu woj­na wy­pę­dzi­ła Aczo­lich z ich do­mów. Udrę­cze­ni przez żoł­nie­rzy za dnia i przez par­ty­zan­tów nocą, po­rzu­ca­jąc swo­je cha­ty, cmen­ta­rze i wy­dar­te bu­szo­wi po­let­ka, ucie­kli do miast, któ­rych re­be­lia nie za­ję­ła. Tych, któ­rzy nie zo­sta­li, wy­wio­zły z wio­sek pod przy­mu­sem woj­ska rzą­do­we.

Woj­sko­wi ogło­si­li, że wo­bec bra­ku wy­star­cza­ją­cych sił, by ustrzec Aczo­lich przed par­ty­zan­ta­mi, mu­szą ich prze­sie­dlić z roz­rzu­co­nych po ca­łym kra­ju wio­sek i osa­dzić w spe­cjal­nych obo­zach, gdzie pod bo­kiem rzą­do­wych gar­ni­zo­nów będą bez­piecz­ni. Spę­dze­nie Aczo­lich do obo­zów ozna­cza­ło też ska­za­nie na śmierć ich wio­sek i pól, któ­re – raz po­rzu­co­ne – od­bie­ra­ła so­bie dżun­gla. Żoł­nie­rzy zda­wa­ło się to jed­nak nie mar­twić. Ska­zu­jąc wsie na za­gła­dę, mie­li na­dzie­ję, że nie tyl­ko po­zba­wią par­ty­zan­tów moż­li­wo­ści bra­nia re­kru­ta, ale ska­żą ich na po­wol­ną gło­do­wą śmierć.

Miej­sco­we roz­gło­śnie ra­dio­we przez wie­le dni po­wta­rza­ły ko­mu­ni­ka­ty władz. „Wszy­scy pra­wo­myśl­ni Aczo­li z wio­sek w po­wia­tach Gulu, Pa­der i Kit­gum mu­szą nie­zwłocz­nie opu­ścić te te­re­ny i udać się do spe­cjal­nych obo­zów, znaj­du­ją­cych się pod opie­ką woj­ska. Mu­si­cie to zro­bić, by nie paść ofia­rą zbrod­ni­czych re­be­lian­tów, któ­rzy nie po­tra­fiąc sta­wić czo­ła na­szym żoł­nie­rzom, zdra­dziec­ko kry­ją się przed nimi w wio­sko­wych cha­tach”.

W ten spo­sób cały lud Aczo­li – dwa mi­lio­ny dusz, nie li­cząc miesz­kań­ców miast i stu ty­się­cy za­bi­tych na woj­nie – zo­stał spę­dzo­ny i osa­dzo­ny w dwu­stu za­tło­czo­nych obo­zach ta­kich jak Pa­len­ga, bę­dą­cych dla nich za­ra­zem ra­tun­kiem i wię­zie­niem.

Żoł­nie­rze za­po­wie­dzie­li, że po zmro­ku ni­ko­mu nie wol­no opusz­czać obo­zów, a każ­dy, kto nie po­słu­cha roz­ka­zu, zo­sta­nie uzna­ny za par­ty­zan­ta i bez ostrze­że­nia za­bi­ty.

Jed­nak na­wet naj­pil­niej prze­strze­ga­jąc woj­sko­wych prze­pi­sów i wy­tycz­nych, i za­my­ka­jąc się po zmierz­chu w swo­ich cha­tach, Aczo­li nie za­zna­li spo­ko­ju. Po­rzu­co­ne przez nich wio­ski i po­let­ka nie star­czy­ły par­ty­zan­tom na dłu­go. Splą­dro­waw­szy opusz­czo­ne cha­ty i za­go­ny dzi­cze­ją­cych upraw ma­nio­ku, ku­ku­ry­dzy, sor­go i sło­necz­ni­ków, obe­rwaw­szy gni­ją­ce owo­ce drzew man­go­wych i pa­pai, wy­gło­dze­ni par­ty­zan­ci zmie­rza­li krok w krok za wie­śnia­ka­mi. Pod­cho­dzi­li tuż-tuż, cza­ili się w za­ro­ślach nie­opo­dal strze­żo­nych przez woj­sko obo­zów. Albo na­wet w ota­cza­ją­cej je tra­wie, tak wy­so­kiej, że kry­ła do­ro­słych lu­dzi.

Za dnia, ni­czym dzi­kie dra­pież­ne zwie­rzę­ta, czy­ha­li w swo­ich kry­jów­kach na zbłą­ka­ne ofia­ry, nie­roz­trop­nych, któ­rzy za­nad­to od­da­la­li się od obo­zu. Po zmierz­chu sami pod­kra­da­li się do chat i kra­mów, a na­wet do pil­no­wa­nych przez żoł­nie­rzy spi­chrzów i ma­ga­zy­nów. Ra­bo­wa­li żyw­ność, po­ry­wa­li dzie­ci. Pod­kła­da­li ogień pod sło­mia­ne strze­chy chat i za­bi­ja­li ich miesz­kań­ców. Za­da­wa­li przy tym śmierć w spo­sób okrut­ny, bez wy­raź­nej po­trze­by, jak­by z kosz­ma­ru zbrod­ni, pa­le­nia lu­dzi żyw­cem lub ćwiar­to­wa­nia ich ma­cze­ta­mi czer­pa­li zmy­sło­wą przy­jem­ność.

Na­pa­da­li nocą, nie bo­jąc się trzy­ma­ją­cych straż żoł­nie­rzy. Głód, wy­nisz­cza­ją­cy i otu­ma­nia­ją­cy, był za­wsze sil­niej­szy niż strach. Za­nim za­alar­mo­wa­ni war­tow­ni­cy mo­gli przy­biec z od­sie­czą, par­ty­zan­ci z łu­pem zni­ka­li w za­ro­ślach i ciem­no­ści, gdzie nikt nie za­mie­rzał ich ści­gać. Po za­pad­nię­ciu zmierz­chu woj­sko nig­dy nie wy­pusz­cza­ło się prze­ciw­ko par­ty­zan­tom.

Żoł­nie­rzy do pil­no­wa­nia obo­zów było za­zwy­czaj nie­wie­lu i wo­bec li­czeb­nej prze­wa­gi na­past­ni­ków ani my­śle­li ry­zy­ko­wać ży­cie. W naj­więk­szym z obo­zów, Pab­bo, woj­sko upchnę­ło pra­wie sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy lu­dzi, wię­cej niż w mia­stecz­kach Gulu, Pa­der i Kit­gum ra­zem wzię­tych. Do pil­no­wa­nia Pab­bo wy­zna­czo­no za­le­d­wie sze­ściu po­li­cjan­tów. Nic dziw­ne­go, że w cią­gu jed­ne­go mie­sią­ca par­ty­zan­ci po­tra­fi­li na­pa­dać na Pab­bo na­wet po kil­ka razy.

Mar­nie opła­ca­ni i okra­da­ni z żoł­du przez ofi­ce­rów, żoł­nie­rze sami kle­pa­li bie­dę i tę­sk­ni­li za ro­dzin­ny­mi stro­na­mi w da­le­kich Bu­gan­dzie, Toro i An­ko­le. Los Aczo­lich nie­wie­le ich ob­cho­dził. Nie na tyle, by mie­li za nich gi­nąć. Uda­wa­li więc, że nie dają wia­ry wie­śnia­kom, któ­rzy przy­bie­ga­li z wie­ścia­mi o par­ty­zan­tach w bu­szu, albo ocią­ga­li się z wy­ru­sze­niem na ra­tu­nek, by na­past­ni­cy zdą­ży­li zbiec.

Par­ty­zan­ci do­sko­na­le o tym wie­dzie­li. Mie­li swo­ich szpie­gów w Pa­len­dze i in­nych obo­zach, do­no­szo­no im, ilu żoł­nie­rzy zo­sta­je na noc na służ­bę i czy wie­czo­rem wi­dzia­no ich pi­ją­cych tęgo w któ­rymś z przy­droż­nych ba­rów. Miesz­kań­cy Pa­len­gi utrzy­my­wa­li na­wet, że nie­jed­no­krot­nie w dniu po­prze­dza­ją­cym noc­ny na­pad zda­rza­ło im się wi­dzieć, jak pil­nu­ją­cy obo­zu żoł­nie­rze roz­ma­wia­li z ob­cy­mi, pili z nimi, a na­wet gra­li w kar­ty czy pił­kę noż­ną.

Wi­dok nie­zna­jo­mych, zwłasz­cza dzie­ci, któ­re par­ty­zan­ci rów­nież po­sy­ła­li na prze­szpie­gi, wpra­wiał wie­śnia­ków w po­płoch. Nie­któ­rzy, nie wie­rząc, że żoł­nie­rze uchro­nią ich przed nie­bez­pie­czeń­stwem, skrzy­ki­wa­li się wie­czo­ra­mi i wy­sta­wia­li war­ty przed obej­ścia­mi na skra­ju obo­zu. Po­zo­sta­li za­pa­da­li w nie­spo­koj­ny, nie­przy­no­szą­cy ulgi sen, nie wie­dząc, co przy­nie­sie noc, któ­rej nie­uchron­ność i gro­za od­bie­ra­ły war­tość dniom, ra­dość z ży­cia.

Może to wła­śnie spra­wia­ło, że ży­cie w Pa­len­dze nie to­czy­ło się, ale trwa­ło, znie­ru­cho­mia­łe. Czas nie gnał do przo­du, lecz prze­cie­kał przez pal­ce, bez żalu, że mija, bez żad­nej tę­sk­no­ty, bez wspo­mnień.

Cho­wa­jąc się pod strze­cha­mi chat przed desz­czem i słoń­cem, opar­ci ple­ca­mi o chro­pa­we gli­nia­ne ścia­ny, męż­czyź­ni w mil­cze­niu pa­li­li ty­toń. Sie­dzie­li tak ca­ły­mi dnia­mi, po­zba­wie­ni wszel­kie­go za­ję­cia, nie wie­dząc, co po­cząć z cza­sem, z bez­czyn­ny­mi rę­ka­mi, wiel­ki­mi i sę­ka­ty­mi od cięż­kiej pra­cy na polu. Zwi­ja­li je z chrzę­stem w pię­ści, wci­ska­li w kie­sze­nie spodni, pro­sto­wa­li, za­pla­ta­li na pier­siach, ko­ści­sty­mi pal­ca­mi chwy­ta­li z zie­mi źdźbła tra­wy, ka­mie­nie. Prę­dzej czy póź­niej ste­ra­ne ręce i tak zwi­sa­ły nie­zdar­nie w ge­ście ka­pi­tu­la­cji, jak­by nie­do­pa­so­wa­ne, do ni­cze­go nie­po­trzeb­ne, do ni­cze­go nie­pa­su­ją­ce.

Wy­sta­wa­li też przy dro­dze, przed drzwia­mi kil­ku skle­pów, któ­re ro­ze­pchnę­ły się tam wśród stoż­ko­wa­tych cha­łup. Moż­na w nich było ku­pić prze­ter­mi­no­wa­ną żyw­ność, pa­pie­ro­sy, le­mo­nia­dę i piwo. Piwo było cie­płe, bo w Pa­len­dze wciąż wy­łą­cza­no prąd, ale i tak nig­dy nie bra­ko­wa­ło na nie chęt­nych.

Żoł­nie­rze z miej­sco­we­go po­ste­run­ku i kie­row­cy cię­ża­ró­wek zmie­rza­ją­cych do Kam­pa­li przy­sia­da­li z otwar­ty­mi bu­tel­ka­mi na drew­nia­nych skrzy­niach. Pili piwo po­wo­li, z przy­mknię­ty­mi ocza­mi, zda­jąc się nie za­uwa­żać męż­czyzn, któ­rzy ob­stę­po­wa­li ich nie­śmia­łym, nie­pew­nym, ale za­cie­śnia­ją­cym się krę­giem. Przy­sia­da­li tuż obok, niby nie zwra­ca­jąc na nic uwa­gi, a na­praw­dę czuj­ni, wy­pa­tru­ją­cy prze­krwio­ny­mi oczy­ma naj­mniej­sze­go ge­stu za­chę­ty ze stro­ny żoł­nie­rzy czy kie­row­ców, każ­dej oka­zji do po­ga­węd­ki, któ­ra przy odro­bi­nie szczę­ścia mo­gła­by się prze­cież oka­zać tak­że za­pro­sze­niem do mi­łej i dar­mo­wej bie­sia­dy.

Sprze­da­wa­ne w skle­pach bu­tel­ko­we piwo było zbyt dro­gie, by się nim upi­jać. Ci więc spo­śród miesz­kań­ców Pa­len­gi, któ­rzy co­dzien­nej bez­na­dziei nie po­tra­fi­li już znieść na trzeź­wo, odu­rza­li się pę­dzo­nym przez miej­sco­we ko­bie­ty kwe­te, pi­wem z sor­go, ba­na­nów i ku­ku­ry­dzy. Upi­ja­li się tak­że dla­te­go, że nic lep­sze­go do ro­bo­ty po pro­stu nie mie­li.

Naj­pierw stra­ci­li na woj­nach sta­da dłu­go­ro­gie­go by­dła, bę­dą­ce­go dla Aczo­lich nie tyl­ko sym­bo­lem do­stat­ku, ale i god­no­ści, po­wo­dem do dumy. Po­tem ode­bra­no im zie­mię, wio­ski, a na­wet cmen­ta­rze, gdzie spo­czy­wa­ły pro­chy przod­ków.

Stra­ciw­szy ostat­nie źró­dła do­cho­dów, nie mo­gli już dłu­żej utrzy­my­wać swo­ich ro­dzin, a po uciecz­ce przed par­ty­zan­ta­mi, spę­dze­ni przez żoł­nie­rzy do przy­droż­nych obo­zów, nie po­tra­fi­li na­wet za­dbać o bez­pie­czeń­stwo wła­snych dzie­ci. Nie­na­wi­dzi­li swe­go losu, sa­mych sie­bie i wszyst­kich do­ko­ła. Nie mo­gąc zaś w czym­kol­wiek zmie­nić ży­cia, któ­re zda­wa­ło im się tak nie­zno­śne, wy­rze­ka­li się go i mar­nie­li, umie­ra­li jak ich po­rzu­co­ne i ob­ra­ca­ją­ce się w ugo­ry po­let­ka.

Ostat­ni­mi uczu­cia­mi, ja­kie w nich jesz­cze drze­ma­ły, były złość i po­żą­da­nie. Złość, bez­rad­na, mści­wa i śle­pa, zwra­ca­ją­ca się nie prze­ciw­ko spraw­com ich nie­szczę­ścia – ci byli po­tęż­ni, nie­osią­gal­ni – lecz prze­ciw­ko wszyst­kim tym, któ­rzy z do­bro­ci ser­ca pró­bo­wa­li im po­ma­gać. Po­ma­ga­jąc, sta­wa­li się świad­ka­mi ich upad­ku i upo­ko­rze­nia, a więc wi­no­waj­ca­mi.

Ze zło­ści, a nie z mi­ło­ści bra­ło się też po­żą­da­nie. Nie było w nim żaru, tro­ski czy czu­ło­ści, lecz prze­moc, chęć nisz­cze­nia, za­da­nia bólu, za­tra­ce­nia się w wy­rzą­dzo­nej krzyw­dzie i czer­pa­nia z niej siły.

Abo­la Im­ba­ka­si, na­czel­nik Pa­len­gi, uwa­żał, że te złe, mrocz­ne uczu­cia bra­ły się z tego, iż miej­sco­wi męż­czyź­ni za wie­le ko­bie­tom za­wdzię­cza­li, za­nad­to sta­li się od nich za­leż­ni. Nie mo­gąc, a może po pro­stu nie chcąc wy­rwać się z wy­gnań­cze­go odrę­twie­nia, po­zwo­li­li, by ich ko­bie­ty wzię­ły na sie­bie cię­żar utrzy­ma­nia ro­dzin, wy­cho­wa­nia dzie­ci. Wy­pa­la­ły ce­gły i wę­giel drzew­ny, wa­rzy­ły piwo i sprze­da­wa­ły je po­tem w przy­droż­nych kra­mach. Za­ro­bio­ne pie­nią­dze mu­sia­ły do­brze ukry­wać przed męż­czy­zna­mi, by ich nie wy­kra­dli i nie roz­trwo­ni­li na tani, gorz­ki dżin albo na dziew­czy­ny z Gulu, któ­re za garść szy­lin­gów szły z żoł­nie­rza­mi do lasu za wsią.

Męż­czyź­ni z Pa­len­gi nie mie­li pie­nię­dzy i nie mo­gli ku­po­wać so­bie mi­ło­ści. Bra­li więc ko­bie­ty siłą, jak­by tyl­ko za­da­wa­nym gwał­tem bu­dzi­li się do ży­cia z mar­two­ty, w któ­rą za­raz na po­wrót za­pa­da­li.

Na­czel­nik Im­ba­ka­si po­dej­rze­wał też, że u pod­ło­ża tego, co roz­dzie­la­ło ko­bie­ty i męż­czyzn z Pa­len­gi, tkwi­ła ja­kaś nie­czy­sta siła. Zło nie wzię­ło się zni­kąd. Było coś, co po­sta­wi­ło na gło­wie ko­lej rze­czy.

– U nas przy­ję­te jest, że kie­dy męż­czy­zna prze­ma­wia, ko­bie­ta ma mil­czeć – krę­cił gło­wą z nie­do­wie­rza­niem i bez­rad­nie. – A na­sze ko­bie­ty prze­sta­ły słu­chać męż­czyzn.

Na­czel­nik Im­ba­ka­si szedł żwa­wo mię­dzy cha­ta­mi usta­wio­ny­mi tak gę­sto, że wy­cho­dząc z jed­nej, wkra­cza­ło się pro­sto w drzwi są­sied­niej. To żoł­nie­rze ka­za­li Aczo­lim tak bu­do­wać domy w obo­zach. Im bli­żej sie­bie, po­wia­da­li, tym bez­piecz­niej. Bli­skość oka­za­ła się jed­nak prze­kleń­stwem. Wy­star­czy­ło, że w któ­rymś domu za­pró­szo­no ogień, a pło­mień, wdra­paw­szy się bły­ska­wicz­nie na sło­mia­ną strze­chę, prze­ska­ki­wał na są­sied­nie, po­pę­dza­ny wia­trem go­nił da­lej i da­lej, zna­cząc ogni­sty­mi smu­ga­mi swo­ją dro­gę przez Pa­len­gę. Strze­chy pa­li­ły się ja­sno, z chrzę­stem, a gli­nia­ne mury pę­ka­ły i kru­szy­ły się pod wpły­wem go­rą­ca. Po­żar, gwał­tow­ny, nie do po­wstrzy­ma­nia, wę­dro­wał od cha­ty do cha­ty, aż wresz­cie znu­żo­ny sam przy­ga­sał. Po­dob­nie piel­grzy­mo­wa­ły po Pa­len­dze za­kaź­ne cho­ro­by.

Bli­skie są­siedz­two spra­wia­ło też, że ża­den z miesz­kań­ców Pa­len­gi ani przez chwi­lę nie był sam. Wszyst­ko dzia­ło się na oczach in­nych. W cha­tach – na oczach żon, dzie­ci, ro­dzi­ców, ku­zy­nów; za drzwia­mi – na oczach bliż­szych i dal­szych są­sia­dów, prze­chod­niów, ob­cych. Po­zo­sta­jąc tak bli­sko sie­bie, nie­mal twa­rzą w twarz, czu­jąc na so­bie cie­pły od­dech są­sia­da, miesz­kań­cy Pa­len­gi wciąż na sie­bie wpa­da­li, po­trą­ca­li się na­wza­jem, po­py­cha­li, do­ty­ka­li, szar­pa­li, przy­ci­ska­li, gła­ska­li. Nie spo­sób było wy­rwać się z uści­sku, nie było uciecz­ki w sa­mot­ność.

Od­wie­dzi­ny w afry­kań­skich wio­skach za­czy­na się od po­słu­cha­nia u miej­sco­we­go przy­wód­cy, na­czel­ni­ka, wo­dza. Na­czel­ni­ka Pa­len­gi, Im­ba­ka­sie­go, od­na­la­złem w prze­ro­bio­nym na ko­ściół ma­ga­zy­nie, ce­gla­nym po­bie­lo­nym ba­ra­ku pod je­dy­nym oca­la­łym w oko­li­cy drze­wem. Za­miast ko­ściel­nej wie­ży na bla­sza­nym da­chu był krzy­wy, zbi­ty z he­blo­wa­nych de­sek krzyż.

Abo­la Im­ba­ka­si po­że­gnał się wła­śnie z księ­dzem w przy­bru­dzo­nej su­tan­nie i wra­cał do domu. Ski­nął ręką, bym z nim szedł, i przy­spie­szył kro­ku. Ni­czym do­świad­czo­ny tro­pi­ciel znaj­do­wał wła­ści­wą dro­gę w błot­ni­stej, cuch­ną­cej gę­stwi­nie za­uł­ków i po­dwó­rzy, na­wet jej nie szu­ka­jąc. Zo­ba­czyw­szy, że za nim nie na­dą­żam, chwy­cił mnie moc­no za rękę i pro­wa­dził, jak dziec­ko, mię­dzy cha­ta­mi. Po­chód za­my­kał Ro­bert, syn Im­ba­ka­sie­go, któ­ry nie od­stę­po­wał ojca.

Przy­czy­ną ner­wo­we­go po­śpie­chu na­czel­ni­ka były wie­ści, ja­kie mu przy­nie­sio­no. Kil­ka­na­ście ko­biet wy­bra­ło się z dzieć­mi do lasu po drew­no na opał, dzi­kie owo­ce i wodę ze stru­mie­nia. Wy­ru­szy­ły z wio­ski o świ­cie i do­tych­czas nie wró­ci­ły, choć już mi­nę­ło po­łu­dnie. Im­ba­ka­si, za radą star­ców z Pa­len­gi, daw­no za­bro­nił lu­dziom wy­praw za stru­mień. W nad­brzeż­nych za­ro­ślach lu­bi­li się kryć par­ty­zan­ci, któ­rzy, jak dra­pież­ne zwie­rzę­ta, przy­cza­ja­li się na ofia­ry przy wo­do­po­ju. W do­dat­ku żoł­nie­rze nie raz bra­li bu­szu­ją­cych wśród drzew wie­śnia­ków za par­ty­zan­tów i strze­la­li do nich z roz­miesz­czo­nych we wsi ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych.

Było jed­nak coś jesz­cze, o czym Im­ba­ka­si mó­wić naj­wy­raź­niej nie chciał albo nie wi­dział sen­su, by mnie, przy­by­sza, wta­jem­ni­czać w spra­wy tak mi obce. Kie­dy z gąsz­czu chat wy­szli­śmy na dro­gę wio­dą­cą do Gulu i Kam­pa­li, na­czel­nik, nie zwal­nia­jąc kro­ku, wy­mru­czał pod no­sem, że woj­na, jaką lu­dzie wy­wo­ła­li w kra­ju Aczo­lich, za­kłó­ci­ła wła­ści­wy po­rzą­dek.

– To, co kie­dyś żyło ze sobą w zgo­dzie, dziś zwra­ca się prze­ciw­ko so­bie i sta­je się wro­giem – po­wie­dział, zer­ka­jąc spode łba.

Szli­śmy mo­krym as­fal­tem przez obóz, tam gdzie dro­ga za ostat­ni­mi cha­ta­mi Pa­len­gi za­krę­ca­ła sze­ro­ko i zni­ka­ła za pa­gór­kiem po­ro­śnię­tym z rzad­ka nie­wy­so­ki­mi drze­wa­mi. Da­lej, zsu­wa­jąc się ze wzgó­rza ku rów­ni­nie, drze­wa zbi­ja­ły się w gę­stwi­nę, aż w pew­nej chwi­li prze­mie­nia­ły się w czar­ny las, któ­re­go gra­ni­cę wy­zna­czać mia­ła nie­wiel­ka rze­czuł­ka, nie­wi­docz­na w wy­so­kiej, żół­tej tra­wie.

– Le­piej tam nie cho­dzić – cięż­ko wes­tchnął Im­ba­ka­si, spo­glą­da­jąc na idą­ce­go obok syna. – Żeby nie wcią­gnę­ło.

Mó­wił, że wy­star­czy sta­nąć na brze­gu stru­mie­nia, aby po­czuć, jak coś chwy­ta czło­wie­ka i każe mu ro­bić to, cze­go ro­bić nie chce i o czym wie, że mu tego ro­bić nie wol­no. Drze­wa i rze­ka ma­mią, ku­szą, by wejść da­lej i da­lej. Nie wol­no tego słu­chać. Kie­dyś, za ja­kiś czas, może tak. Ale jesz­cze nie dziś, nie te­raz, gdy lu­dzie na­wet sami ze sobą nie po­tra­fią dojść do ładu.

Głup­cy mają za nic to, co się im mówi. Wcho­dzą do stru­mie­nia, mię­dzy drze­wa i prze­pa­da­ją. Nie­któ­rzy cza­sa­mi się od­naj­du­ją, ale tak od­mie­nie­ni, że już nie ci sami, jak­by obcy. Ale więk­szość z tych, co prze­pa­da­ją, nie wra­ca nig­dy.

Za pa­gór­kiem, na wy­dep­ta­nej w tra­wie ścież­ce wio­dą­cej do stru­mie­nia, sta­ła gro­mad­ka lu­dzi. Męż­czyź­ni ści­ska­li w dło­niach ma­cze­ty o sre­brzy­stych ostrzach, ob­le­pio­nych ścię­tą mo­krą tra­wą. Po­zdro­wi­li Im­ba­ka­sie­go, a na­czel­nik wdał się z nimi w roz­mo­wę. Jego syn Ro­bert stał przy nim, nie od­zy­wa­jąc się, jak­by nie­obec­ny, prze­mie­rza­ją­cy du­szą i my­śla­mi zu­peł­nie inną rze­czy­wi­stość.

Im­ba­ka­si mó­wił, że Ro­bert ma pięt­na­ście lat, ale wy­da­wał się dużo młod­szy. Ni­ski, drob­ny, nie­śmia­ły, w ni­czym nie przy­po­mi­nał chło­pa­ka, któ­ry wkrót­ce miał się stać męż­czy­zną. Po­tra­fił mó­wić po an­giel­sku, ale na­ga­by­wa­ny uśmie­chał się nie­pew­nie, od­po­wia­dał ci­cho po­je­dyn­czy­mi sło­wa­mi.

Męż­czyź­ni w ba­rze przy dro­dze, któ­rych py­ta­łem, jak mogę zna­leźć na­czel­ni­ka, po­wie­dzie­li mi, że jego syn był w par­ty­zant­ce.

– To praw­da? – za­py­ta­łem. – By­łeś praw­dzi­wym par­ty­zan­tem?

Wie­śnia­cy na ścież­ce za­czę­li wo­łać gło­śno i po­ka­zy­wać rę­ka­mi w kie­run­ku lasu. Wiatr, któ­ry się na­gle ze­rwał, szar­pał ga­łę­zia­mi drzew, przy­gi­nał do zie­mi ko­ro­ny, jak­by go­rącz­ko­wo usi­łu­jąc coś w nich od­szu­kać. Od sple­cio­nej ścia­ny lasu od­ry­wa­ły się, jed­na po dru­giej, ciem­nie­ją­ce w tra­wie syl­wet­ki. Zmie­rza­ją­ce do Pa­len­gi ko­bie­ty, przy­gię­te do zie­mi cię­ża­rem dźwi­ga­ne­go na ple­cach opa­ło­we­go drew­na, zda­wa­ły się bić po­kło­ny.

Cha­ta na­czel­ni­ka Im­ba­ka­sie­go sta­ła po­środ­ku wsi. Była nie­co więk­sza od in­nych, ale wca­le nie oka­zal­sza. Od są­sied­nich obejść róż­ni­ło ją tyl­ko nie­wiel­kie, schlud­ne po­dwó­rze i wy­sta­wio­ne przed drzwi drew­nia­ne zy­dle, na któ­rych na­czel­nik udzie­lał po­słu­chań.

Pod strze­chą, przy­tu­lo­ne do gli­nia­nych ścian i ob­la­złe ro­ja­mi much, le­ża­ły pło­we wy­chu­dłe psy; zer­ka­ły stra­chli­wie na lu­dzi i co chwi­la pod­ry­wa­ły się do uciecz­ki. Stad­ko kur, kil­ka kóz i ła­cia­te pro­się grze­ba­ły w śmie­ciach za do­mem.

Poza Ro­ber­tem, sy­nem na­czel­ni­ka, w Pa­len­dze nie wi­dzia­łem pra­wie dzie­ci, któ­re w afry­kań­skich wio­skach na­tych­miast wy­pa­tru­ją przy­by­sza, ota­cza­ją na­tręt­nym mro­wiem i nie od­stę­pu­ją na krok.

– Wie­lu od­sy­ła dzie­ci na wy­cho­wa­nie do mia­sta do krew­nych albo zna­jo­mych – po­wie­dział na­czel­nik Im­ba­ka­si. – Tu dla do­ro­słych nie ma żad­ne­go za­ję­cia, a co do­pie­ro dla dzie­cia­ków. To nie jest miej­sce dla nich. Więc się je od­sy­ła, a te, co zo­sta­ją, trzy­ma się w dzień w ko­ście­le. Tam ksiądz, któ­ry przy­jeż­dża do nas z Gulu, uczy je pi­sa­nia, czy­ta­nia i wia­ry, a tak­że mo­dlić się do Pana Boga i śpie­wać po­boż­ne pie­śni. Jest z tego przy­najm­niej ja­kiś po­ży­tek. No i ksiądz ma je na oku, moż­na się więc nie oba­wiać, że coś na­bro­ją, czy że coś im się nie­do­bre­go przy­tra­fi. Albo że po­le­zą tam, gdzie nie trze­ba. Choć­by za stru­mień, mię­dzy drze­wa.

To było dwa lata temu, gdy Ro­bert, syn na­czel­ni­ka, po­szedł z ko­le­ga­mi nad stru­mień strą­cać ka­mie­nia­mi z drzew doj­rza­łe dzi­kie owo­ce man­go. Drze­wa ro­sły na dru­gim brze­gu, więc – choć do­ro­śli ich przed tym ostrze­ga­li – we­szli do wody. W do­dat­ku prze­szli stru­mień, nie zzuw­szy san­da­łów.

Czte­rej chłop­cy wró­ci­li pod wie­czór do Pa­len­gi, ale Ro­bert i dwóch in­nych prze­pa­dło jak ka­mień w wodę. Do­ro­śli, któ­rzy wy­bra­li się na­za­jutrz na po­szu­ki­wa­nia, nie zna­leź­li ani ich zwłok, ani żad­nych śla­dów. W Pa­len­dze za­czę­to mó­wić, że chłop­ców za­bra­li ze sobą par­ty­zan­ci, któ­rych wi­dy­wa­no nad stru­mie­niem. I choć nie było na to żad­nych do­wo­dów, za każ­dym ra­zem, gdy roz­cho­dzi­ła się wieść o ko­lej­nym na­pa­dzie i no­wej rze­zi do­ko­na­nej przez par­ty­zan­tów, lu­dzie pa­trzy­li na Im­ba­ka­sie­go spode łba, bo­jąc się rzu­cić mu wprost oskar­że­nie: może to zro­bił twój Ro­bert! Może to on za­bił, spa­lił żyw­cem, po­de­rżnął gar­dło, od­rą­bał ma­cze­tą ręce!

Po trzech mie­sią­cach Ro­bert się od­na­lazł. Rze­czy­wi­ście, par­ty­zan­ci poj­ma­li go nad stru­mie­niem. Wy­da­wa­li mu się nie­wie­le star­si od sie­bie. Po­sta­rza­ły ich tyl­ko ka­ra­bi­ny i po­dar­te, za duże woj­sko­we dre­li­chy. Pę­dzi­li jeń­ców przez las, wie­le, wie­le dni. Aż któ­re­goś wie­czo­ru, gdy za­trzy­ma­li się na po­stój, chłop­cu uda­ło się umknąć mię­dzy drze­wa. Nikt go nie go­nił. Par­ty­zan­ci byli tak udrę­cze­ni wę­drów­ką i gło­dem, że nie mie­li siły na po­ścig za zbie­giem.

– I tak zdech­niesz! Po­żrą cię dzi­kie zwie­rzę­ta – wo­ła­li za nim. – Jesz­cze cię znaj­dzie­my, a wte­dy po­pa­mię­tasz!

Ja­kiś czas błą­kał się wśród za­ro­śli i drzew, aż w koń­cu przy­pad­kiem wy­szedł na bie­gną­cą przez las dro­gę. Tam od­na­leź­li go żoł­nie­rze i od­wieź­li do Gulu, do spe­cjal­ne­go ośrod­ka, w któ­rym uzdra­wia­no, oczysz­cza­no i przy­wra­ca­no do ży­cia ta­kich, co choć­by wbrew woli prze­szli par­ty­zant­kę.

Na­czel­nik Im­ba­ka­si do­wie­dział się o od­na­le­zie­niu Ro­ber­ta, gdy po­sła­no po nie­go z Gulu. Tam po­wie­dzia­no mu, że aby syn mógł wró­cić do domu, musi naj­pierw zo­stać wy­le­czo­ny. Za­nim to na­stą­pi, moż­na go tyl­ko od­wie­dzać. Po pew­nym cza­sie znów po nie­go po­sła­no i po­wie­dzia­no, że chło­pak zo­stał już oczysz­czo­ny i jest go­tów do po­wro­tu.

Ale już w Pa­len­dze Im­ba­ka­sie­mu wy­da­ło się, że Ro­bert nie jest jesz­cze cał­kiem wy­le­czo­ny. Przy­po­mi­nał prze­stra­szo­ne zwie­rzę, w nocy, przez sen, coś wo­łał, ale ja­kimś dziw­nym, ob­cym gło­sem, i wy­po­wia­dał sło­wa w nie­zro­zu­mia­łej dla ni­ko­go mo­wie. Cza­sa­mi za­cho­wy­wał się jak opę­ta­ny. Na­czel­nik za­mie­rzał już na­wet od­wieźć go z po­wro­tem na le­cze­nie do ośrod­ka w Gulu, ale przed­tem we­zwał do nie­go księ­dza. Ten za­mknął się z chło­pa­kiem w cha­cie i dłu­go z nim roz­ma­wiał. Od­tąd Ro­bert ucichł; zmo­ry, któ­re go prze­śla­do­wa­ły, znik­nę­ły jak ręką od­jął. Na od­chod­nym ksiądz po­ra­dził tyl­ko, żeby, przy­najm­niej przez ja­kiś czas, nie spusz­czać chło­pa­ka z oczu. Żeby nie zro­bił cze­goś złe­go so­bie albo in­nym. Na­le­ża­ło też pil­no­wać, by ci w Pa­len­dze, któ­rzy do­zna­li krzywd ze stro­ny par­ty­zan­tów, nie zro­bi­li lub nie po­wie­dzie­li Ro­ber­to­wi cze­goś, co by go zno­wu od­mie­ni­ło, obu­dzi­ło drze­mią­ce w nim de­mo­ny.

Na­czel­nik Im­ba­ka­si twar­do za­pew­niał, że nie przej­mu­je się zły­mi ludź­mi, któ­rzy za ple­ca­mi zło­rze­czy­li jego sy­no­wi i na­zy­wa­li go par­ty­zan­tem.

– A czy to on sam chciał iść do lasu? Czy z wła­snej woli i ocho­ty do nich przy­stał? – Wzru­szał ra­mio­na­mi i do­da­wał, że sto dni, ja­kie jego syn spę­dził w par­ty­zant­ce, to za mało, żeby mógł zro­bić coś na­praw­dę złe­go, któ­rąś z tych strasz­nych rze­czy, o ja­kich opo­wia­da­no w kra­ju Aczo­lich.

– To było za krót­ko, on nie zro­bił, nie mógł zro­bić nic złe­go. Nie dali mu na­wet ka­ra­bi­nu – mó­wił, zer­ka­jąc na mil­czą­ce­go Ro­ber­ta, sie­dzą­ce­go obok na zy­dlu. – Chło­pak za­mar­twia się tyl­ko, że par­ty­zan­ci przyj­dą do Pa­len­gi i za karę, że uciekł, spa­lą wieś i po­za­bi­ja­ją nas wszyst­kich, całą ro­dzi­nę. Boi się, że go roz­po­zna­ją po pięt­nie, ja­kim go po po­rwa­niu na­zna­czy­li. Mó­wi­li, że tego pięt­na nig­dy nie da się ze­trzeć.

Ja mu po­wta­rzam, że le­ka­rze z Gulu są sil­niej­si niż par­ty­zan­ci i pięt­no zmy­ją.

Z ko­ścio­ła pod drze­wem wy­sy­pa­ła się na as­fal­to­wą dro­gę gro­mad­ka dzie­ci.

– Wie­czo­rem wy­pra­wia się je do mia­sta. Żeby nie ku­sić złe­go.

Wra­ca­jąc z Pa­len­gi do Gulu, mi­ja­li­śmy po dro­dze żoł­nie­rzy w mo­krych bre­zen­to­wych pe­le­ry­nach, po­bra­nych z ma­ga­zy­nów wraz z na­dej­ściem pory desz­czo­wej. Po twa­rzach spły­wa­ły im struż­ki desz­czu, lecz zda­wa­li się ich nie za­uwa­żać. Do­pie­ro gdy deszcz się na­si­lał i za­ci­nał na zim­nym wie­trze, kry­li się wśród ba­na­now­ców i drzew man­go­wych. Scho­wa­ni w za­ro­ślach, wta­pia­li się w li­ście i sło­tę.

Gulu wy­ło­ni­ło się za za­krę­tem, za to­ra­mi ko­le­jo­wy­mi, mo­kre, sku­lo­ne. Ośro­dek, gdzie trzy­ma­no dzie­ci i le­czo­no je z kosz­ma­rów, stał nie­co z boku od głów­nej uli­cy, w po­ło­wie dro­gi mię­dzy ho­te­lem „Aczo­li Inn” a ba­rem „U Fran­kli­na”. Gdy prze­jeż­dża­łem tam­tę­dy, zda­wa­ło mi się, że mię­dzy kruż­gan­ka­mi do­strze­głem syl­wet­kę Jack­so­na.

Ośro­dek dla dzie­ci stał wśród par­te­ro­wych, roz­ło­ży­stych do­mów o pła­skich da­chach. Od są­sia­dów od­gra­dzał go wy­so­ki bie­lo­ny mur. Sza­ra że­liw­na bra­ma była za­mknię­ta, a wy­rwa­ny pu­ka­niem ze snu war­tow­nik nie po­tra­fił od­na­leźć w pa­mię­ci żad­ne­go z an­giel­skich słów. Przez wy­cię­te w me­ta­lu okno po­wta­rzał coś po swo­je­mu. W koń­cu, co­raz bar­dziej utru­dzo­ny i znie­chę­co­ny, mach­nął mi dło­nią i znik­nął. Uzna­łem, że po­szedł po po­moc.

Przez war­tow­ni­cze okien­ko w bra­mie wi­dać było roz­le­gły, wy­sy­pa­ny ru­da­wym żwi­rem dzie­dzi­niec i usta­wio­ne wo­kół nie­go w czwo­ro­bok bia­łe za­bu­do­wa­nia z za­kra­to­wa­ny­mi okna­mi. Na zbi­tych z de­sek ław­kach, po­usta­wia­nych pod ścia­na­mi, sie­dzia­ły dziew­czę­ta w po­ma­rań­czo­wych spód­ni­cach. Nie­któ­re niań­czy­ły nie­mow­lę­ta. Kar­mi­ły je pier­sią albo ko­ły­sa­ły do snu na ko­la­nach. Chłop­cy sta­li nie­ru­cho­mo, bez­czyn­nie pod je­dy­nym drze­wem, zbi­ci w gro­ma­dę, jak­by nie­po­ko­iła ich, onie­śmie­la­ła prze­strzeń, jaką da­wa­ło po­dwó­rze. Jed­na­ko­wo ubra­ni i w po­dob­nym wie­ku, przy­po­mi­na­li więź­niów wy­pro­wa­dzo­nych z cel na spa­cer.

War­tow­nik wciąż się nie po­ja­wiał i zbie­ra­łem się już do odej­ścia, gdy z jed­ne­go z bu­dyn­ków wy­szedł nie­wy­so­ki, drob­ny chło­piec i zde­cy­do­wa­nym, choć nie­spiesz­nym kro­kiem ru­szył w kie­run­ku bra­my.

– On nie po­tra­fi mó­wić w two­im ję­zy­ku – po­wie­dział.

– A ty skąd go znasz?

– Ze szko­ły – od­parł. – Przed­tem cho­dzi­łem do szko­ły. Da­wa­łem mu nie wię­cej niż dzie­sięć lat, ale Ro­bert, syn na­czel­ni­ka Im­ba­ka­sie­go z Pa­len­gi, też nie wy­glą­dał na swo­je pięt­na­ście.

– Je­steś oj­cem? – za­py­tał.

– Oj­cem? Nie, nie je­stem księ­dzem.

– To co tu ro­bisz?

– Je­stem dzien­ni­ka­rzem.

– To zna­czy, że co ro­bisz?

– Pi­szę o tym, jak żyją lu­dzie. A ty kim je­steś?

– Ja je­stem Sa­mu­el. Przyjdź do mnie ju­tro, te­raz tu ni­ko­go nie ma.

– A ty? Prze­cież je­steś, roz­ma­wiasz ze mną.

– Te­raz tu ni­ko­go nie ma. Do­ro­śli już po­szli. Dziś póź­no. Przyjdź ju­tro, kie­dy bę­dzie dzień. Przyjdź ju­tro, jak bę­dzie Nora.

Słoń­ce z wol­na ga­sło, a nie­bo zro­bi­ło się gra­na­to­we. Mia­stecz­ko zni­kło w sza­rej po­świa­cie.

Na­za­jutrz dzień znów wstał mo­kry i sza­ry od desz­czu. Słoń­ce, któ­re zwy­kle o po­ran­ku ni­czym roz­bry­ka­ny szcze­niak roz­pę­dza­ło cięż­kie, przy­gnę­bio­ne chmu­ry, tym ra­zem dało za wy­gra­ną, le­d­wie roz­świe­tla­ło nie­bo. Dłu­gie wstę­gi li­ści ba­na­now­ców skrzy­ły się kro­pel­ka­mi wody. Zie­mia o ce­gla­nej bar­wie wy­śli­zgi­wa­ła się spod stóp.

Cięż­ka bra­ma w mu­rze ota­cza­ją­cym ośro­dek dla dzie­ci zda­wa­ła się za­mknię­ta na głu­cho, jak po­przed­nie­go wie­czo­ru. Przed nią jed­nak, na nie­wiel­kim, po­ro­śnię­tym tra­wą pla­cu uwi­ja­ła się gro­mad­ka dzie­ci. Z da­le­ka wi­dać było po­ma­rań­czo­we spód­ni­ce dziew­cząt. Ob­stą­piw­szy ro­sną­ce przed ogro­dze­niem wiel­kie drze­wo, wy­ma­chi­wa­ły rę­ka­mi i pod­ska­ki­wa­ły do ga­łę­zi, jak­by chcia­ły się wzbić w po­wie­trze. Z od­da­li przy­po­mi­na­ły ku­kieł­ki w te­atrze la­lek, pod­ry­wa­ne do góry nie­wi­docz­ny­mi sznur­ka­mi. Opa­da­ły na zie­mię nie­zdar­nie, po­ty­ka­jąc się i prze­wra­ca­jąc. Pod­no­si­ły się i z za­dar­ty­mi gło­wa­mi, wpa­trzo­ne w nie­bo, znów pod­ry­wa­ły się do nie­zgrab­ne­go, krót­kie­go lotu, nie wy­da­jąc przy tym żad­ne­go dźwię­ku. Nikt nie wo­łał, nikt się na­wet nie śmiał pod­czas tego dzi­kie­go tań­ca wo­kół świę­te­go drze­wa.

Do­pie­ro zbli­żyw­szy się, do­strze­głem krą­żą­cą ni­sko wśród ga­łę­zi chma­rę chra­bąsz­czy. To ich wy­pa­try­wa­ły dziew­czę­ta; pod­ska­ki­wa­ły, by po­chwy­cić ocię­ża­łe owa­dy albo cho­ciaż strą­cić je na zie­mię, a po­tem od­szu­kać w tra­wie. Wrzu­ca­ły je do fo­lio­wych to­reb, pod­su­wa­nych im przez młod­sze ko­le­żan­ki, asy­stent­ki w ło­wach.

Pod­sze­dłem bli­żej. W pew­nej chwi­li chra­bąszcz prze­le­ciał mi nad gło­wą, gło­śno bzy­cząc. Ma­chi­nal­nie wy­cią­gną­łem rękę i chwy­ci­łem go w dłoń. Był duży, bru­nat­no­sza­ry, miał twar­dy pan­ce­rzyk. Przy­po­mi­nał te, któ­re ło­wi­łem jako dziec­ko wśród wierzb.

Po­lo­wa­nia na chra­bąsz­cze urzą­dza­li­śmy o zmierz­chu, gdy ro­bi­ło się już zbyt ciem­no, żeby grać w pił­kę. Sza­rów­ka utrud­nia­ła łowy i czy­ni­ła za­ba­wę cie­kaw­szą. Póki nie za­pa­dła noc, uga­nia­li­śmy się za la­ta­ją­cy­mi ni­sko owa­da­mi, pod­ska­ki­wa­li­śmy, pró­bu­jąc schwy­cić je w lo­cie, ta­rza­li­śmy się ze śmie­chem w mo­krej tra­wie. Zło­wio­ne chra­bąsz­cze upy­cha­li­śmy do bu­te­lek, a kie­dy ro­bi­ło się ciem­no, li­czy­li­śmy łup. Wy­trzą­sa­li­śmy owa­dy z bu­te­lek na zie­mię i przy­glą­da­li­śmy się, jak otu­ma­nio­ne od­zy­ski­wa­ły przy­tom­ność, nie­uf­nie pro­sto­wa­ły skrzy­deł­ka i zry­wa­ły się w po­wie­trze po­spiesz­nie, jak­by pra­gnąc umknąć po­go­ni.

Jed­na z dziew­czy­nek przy­glą­da­ją­cych się po­lo­wa­niu pod­su­nę­ła mi fo­lio­wą to­reb­kę. Otwo­rzy­łem dłoń i wrzu­ci­łem chra­bąsz­cza do środ­ka.

– Kto wy­gry­wa? – za­py­ta­łem.

Nie od­po­wie­dzia­ła. Spu­ści­ła oczy.

– Kto zła­pał naj­wię­cej? – po­wtó­rzy­łem py­ta­nie, wska­zu­jąc na tor­bę, któ­rą trzy­ma­ła w za­ci­śnię­tej dło­ni.

Po­krę­ci­ła prze­czą­co gło­wą, a ręką wska­za­ła sza­rą, za­mknię­tą bra­mę w mu­rze.

– Po­ka­żesz mi, ile zło­wi­łaś?

Dzie­ci spod drze­wa prze­rwa­ły po­lo­wa­nie i wpa­try­wa­ły się w nas w mil­cze­niu, jak­by z wy­rzu­tem. Czu­łem, że w czymś im prze­szko­dzi­łem, coś po­psu­łem. Dziew­czyn­ka wsu­nę­ła rękę do tor­by i wy­ło­wi­ła z niej owa­da. Szyb­kim, wpraw­nym ru­chem ode­rwa­ła mu skrzy­deł­ka i pan­ce­rzyk i wło­ży­ła chra­bąsz­cza do ust.

Po­czu­łem, że ktoś mnie chwy­ta za rękę. Była to mło­da ko­bie­ta w ja­snej su­kien­ce z ta­nie­go kre­to­nu. Na jej wi­dok dziew­czyn­ka pi­snę­ła i przy­tu­li­ła się do jej brzu­cha.

– Je­stem Nora. – Mia­ła ni­ski, gar­dło­wy głos. – To ty by­łeś tu wczo­raj, praw­da?

– Tak, ale za póź­no. Przy­sze­dłem wie­czo­rem, gdy ni­ko­go już nie było.

– Sam mi po­wie­dział.

– Sam?

– Ten chło­piec, któ­ry z tobą wczo­raj roz­ma­wiał. Ma na imię Sa­mu­el.

Wciąż ści­ska­jąc moją dłoń, prze­pro­wa­dzi­ła mnie przez bra­mę. W ką­cie po­dwó­rza kil­ka dziew­cząt po­chy­la­ło się nad pa­le­ni­skiem; w pła­skim czar­nym na­czy­niu skwier­czał olej.

– Są­dzi­łem, że się ba­wią – po­wie­dzia­łem. – Znam tę za­ba­wę z dzie­ciń­stwa.

– Nie, oni to je­dzą. Sma­żą i je­dzą. Na­zy­wa­ją to nse­ne­ne. Mó­wią, że to lu­bią – od­par­ła. – A je­śli się ba­wią, to tyl­ko tu, za mu­rem.

Na po­dwó­rzu, za mu­rem, dzie­ci za­czę­ły za­ba­wę w woj­nę.

Naj­pierw, prze­py­cha­jąc się i wpa­da­jąc na sie­bie w ko­lej­ce, cze­ka­ły, aż opie­ku­ją­cy się nimi na­uczy­ciel po­wy­cią­ga z ko­mór­ki i roz­da wy­stru­ga­ne z drew­na ka­ra­bi­ny, ma­cze­ty i pał­ki. Po­tem, już uzbro­jo­ne, ale wciąż się mię­dzy sobą spie­ra­jąc, po­dzie­li­ły się na te, któ­re mia­ły od­gry­wać par­ty­zan­tów, te, któ­re mia­ły od­gry­wać żoł­nie­rzy, oraz te, któ­rym przy­pa­dła rola miesz­kań­ców na­pad­nię­tej wio­ski. Ża­den z chłop­ców nie chciał zo­stać włą­czo­ny do tej trze­ciej gru­py. Wy­ry­wa­li się na­uczy­cie­lo­wi, cho­wa­li je­den za dru­gie­go jak chłop­cy na szkol­nym bo­isku, zmu­sza­ni do gry ze sła­be­usza­mi w dru­ży­nie ska­za­nej na prze­gra­ną. W koń­cu miesz­kań­ca­mi na­pad­nię­tej wio­ski zgo­dzi­ło się zo­stać kil­ka star­szych dziew­czyn, któ­re z nie­mow­lę­ta­mi na rę­kach przy­glą­da­ły się kłót­niom z boku. Do­łą­czy­ły do nich naj­młod­sze, kil­ku­let­nie ma­lu­chy.

Chłop­cy wy­zna­cze­ni do od­gry­wa­nia roli żoł­nie­rzy ode­szli pod bra­mę, po­zo­sta­wia­jąc na środ­ku po­dwó­rza dziew­czy­ny z nie­mow­lę­ta­mi. Par­ty­zan­ci, któ­rych było naj­wię­cej, ze­bra­li się pod sa­mot­nym drze­wem. Ra­zem z Norą i nie­od­stę­pu­ją­cym jej Sa­mu­elem przy­sie­dli­śmy w cie­niu na ław­ce.

Do­wód­cą par­ty­zanc­kie­go od­dzia­łu zo­stał krę­py chło­pak w po­roz­cią­ga­nej ba­weł­nia­nej ko­szul­ce. Usta­wił swo­ich pod­da­nych w sze­reg i wład­czym to­nem wy­gło­sił do nich prze­mó­wie­nie. Po­tem, pod­cho­dząc do każ­de­go z osob­na, kre­ślił pal­cem zna­ki na ich czo­łach. Skoń­czyw­szy, wy­rzu­cił w nie­bo ręce i za­in­to­no­wał pieśń. Brzmia­ła smut­no i zna­jo­mo. By­łem prze­ko­na­ny, że już ją gdzieś sły­sza­łem. Kie­dy śpiew umilkł, a chłop­cy, spu­ściw­szy w sku­pie­niu gło­wy, za­wo­ła­li „Amen”, przy­po­mnia­łem so­bie, że po­dob­ną pieśń śpie­wał dzie­cię­cy chór w ka­te­drze w Gulu pod­czas nie­dziel­nej mszy.

Do­wód­ca w czer­wo­nej ko­szul­ce dał znak i par­ty­zan­ci ru­szy­li w kie­run­ku dziew­cząt z wio­ski. Przy­gar­bie­ni, skra­da­li się z wol­na, w mil­cze­niu, po­ro­zu­mie­wa­jąc się ru­cha­mi rąk. Kie­dy byli już bli­sko, ko­men­dant pod­niósł rękę, a chłop­cy, przy­cza­je­ni, za­sty­gli nie­ru­cho­mo przed wio­ską.

Dziew­czę­ta, przy­szłe ofia­ry, na wi­dok groź­nych min prze­śla­dow­ców krztu­si­ły się ze śmie­chu i po­ka­zy­wa­ły ich so­bie pal­ca­mi. W głos śmia­ła się też Nora, trzy­ma­ją­ca za rękę Sa­mu­ela.

Wtem roz­legł się okrzyk do­wód­cy, wy­so­ki, prze­szy­wa­ją­cy, po­brzmie­wa­ją­cy groź­bą, ale tak­że trwo­gą, prze­ra­że­niem. Ska­mie­nia­li do­tąd w bez­ru­chu chłop­cy jak za cza­ro­dziej­skim za­klę­ciem rzu­ci­li się na upa­trzo­ne ofia­ry, wy­ma­chu­jąc ka­ra­bi­na­mi, pał­ka­mi i ma­cze­ta­mi. Wo­ła­li też gło­śno, na po­do­bień­stwo do­wód­cy, jak­by chcie­li za­głu­szyć wszyst­ko do­ko­ła, tak­że swój wła­sny strach i wąt­pli­wo­ści, a jed­no­cze­śnie po­ra­zić i obez­wład­nić tych, któ­rym mie­li za­dać cier­pie­nie. By się nie bro­ni­li, nie bła­ga­li, nie pró­bo­wa­li od­wró­cić losu, jaki był im pi­sa­ny.

Nad po­dwó­rze unio­sła się chmu­ra ru­de­go pyłu, któ­ra prze­sło­ni­ła kłę­bo­wi­sko dzie­ci. Gdy po­wo­li opa­dła, od­kry­ła pole bi­twy. Na­pad­nię­te przez par­ty­zan­tów dziew­czy­ny le­ża­ły nie­ru­cho­mo, twa­rza­mi do zie­mi, uda­jąc nie­ży­we. Kil­ka pró­bo­wa­ło się wy­mknąć, ale zo­sta­ły do­go­nio­ne i po­wa­lo­ne. Tę, któ­ra od­bie­gła naj­da­lej, par­ty­zan­ci cią­gnę­li te­raz na śro­dek po­dwó­rza za ręce i nogi. Za­dar­ta wy­so­ko spód­ni­ca od­sło­ni­ła po­zna­czo­ne si­ny­mi bli­zna­mi uda.

Nora wciąż się śmia­ła. Chłop­cy sta­li nad ofia­ra­mi, wy­mie­rza­jąc w za­pa­mię­ta­niu uda­wa­ne cio­sy pał­ka­mi i ma­cze­ta­mi. Naj­mniej­szy z nich, kil­ku­let­ni bosy ma­lec, prze­py­chał się mię­dzy star­szy­mi, gło­śno wo­ła­jąc. Dzie­ci na ław­ce za­nio­sły się śmie­chem. Za­cho­wy­wa­ły się jak wi­dzo­wie na przed­sta­wie­niu, okla­sku­ją­cy szcze­gól­nie uda­ne wy­stę­py.

– Co woła ten mały? – spy­ta­łem.

– On mówi: ja też! ja też! Daj­cie i mnie ko­goś za­bić! – od­po­wie­dzia­ła Nora, od­wra­ca­jąc wzrok od dzie­ci na po­dwó­rzu.

Par­ty­zan­ci ob­sy­pa­li cia­ła za­bi­tych su­chy­mi li­ść­mi i tra­wą i uda­wa­li, że roz­pa­la­ją na nich ogień. Kil­ku wzię­tym do nie­wo­li dziew­czyn­kom zwią­za­li sznur­kiem ręce, a po­zo­sta­łym roz­ka­za­li zbie­rać z zie­mi po­roz­rzu­ca­ne za­baw­ki, łu­pież­cze tro­fea. Usta­wiw­szy jeń­ców w sze­reg, zbie­ra­li się już do wy­mar­szu, gdy zza rogu wy­pa­dli żoł­nie­rze i ru­szy­li do na­tar­cia.

Roz­po­czę­ła się ko­lej­na bi­twa, nowe wi­do­wi­sko. Woj­sko szyb­ko wzię­ło górę nad par­ty­zan­ta­mi, któ­rzy rzu­ci­li się do roz­pacz­li­wej uciecz­ki. Chłop­cy-żoł­nie­rze pę­dzi­li za nimi po ca­łym po­dwó­rzu, a na­wet mię­dzy bu­dyn­ka­mi. Po­goń nie przy­po­mi­na­ła już za­ba­wy, lecz roz­gry­wa­ny ze śmier­tel­ną po­wa­gą wy­ścig, w któ­rym nikt nie za­mie­rzał go­dzić się z po­raż­ką.

Zła­pa­ni par­ty­zan­ci nie pod­da­wa­li się jak miesz­kań­cy na­pad­nię­tej wio­ski, lecz wal­czy­li do koń­ca, za­bi­ja­ni w koń­cu na niby przez licz­niej­szych i sil­niej­szych żoł­nie­rzy. Tyl­ko naj­mniej­si da­wa­li się wziąć do nie­wo­li. Naj­dłu­żej nie da­wał się poj­mać par­ty­zanc­ki ko­men­dant, w czer­wo­nej po­roz­cią­ga­nej ko­szul­ce. Kil­ka razy ści­ga­ją­cy do­pa­da­li go, ale wy­ry­wał się im jak dzi­kie zwie­rzę i biegł da­lej, mo­kry od potu, umo­ru­sa­ny ku­rzem i zie­mią.

Osa­czy­li go w koń­cu przy bra­mie, skąd, choć była uchy­lo­na, nie miał już do­kąd uciec. Ba­wio­no się tyl­ko na po­dwó­rzu.

Opad­nię­ty przez wie­lu prze­śla­dow­ców, szar­pał się i bro­nił, ale już po­go­dzo­ny z prze­gra­ną. Po­wa­li­li go na zie­mię tuż przy ław­ce, na któ­rej sie­dzie­li­śmy z Norą i Sa­mu­elem. Wal­czą­cy zda­wa­li się nas w ogó­le nie za­uwa­żać. Nie było nas w świe­cie, w któ­rym te­raz prze­by­wa­li.

Przy­gnie­cio­ny ko­la­na­mi czte­rech nie­przy­ja­ciół, par­ty­zanc­ki ko­men­dant cięż­ko dy­szał.

Za­ba­wę za­koń­czył na­uczy­ciel gło­śnym gwizd­kiem. Otrze­pu­jąc się z ku­rzu i oma­wia­jąc prze­bieg bi­twy, dzie­ci po­szły na lek­cję ra­chun­ków.

– Sami ich na­ma­wia­my do ta­kiej za­ba­wy – po­wie­dzia­ła Nora. – Cza­sa­mi tyl­ko w ten spo­sób moż­na do­wie­dzieć się, co im się przy­da­rzy­ło na­praw­dę.

Kie­dy na dzie­dziń­cu roz­gry­wa­ły się bi­twy po­dob­ne do tej, któ­rą wi­dzia­łem, na­uczy­cie­le i opie­ku­no­wie uważ­nie przy­glą­da­li się każ­de­mu z dzie­ci, wpa­try­wa­li się w ich twa­rze, wsłu­chi­wa­li w to, co wo­ła­ły. Nora mó­wi­ła, że pod­czas za­ba­wy w woj­nę dzie­ci po­wta­rza­ły do­kład­nie to, co wi­dzia­ły, a naj­czę­ściej to, w czym same uczest­ni­czy­ły. Jak­by wra­ca­ły na chwi­lę do po­przed­nie­go wcie­le­nia.

– Cza­sa­mi nie po­tra­fią o tym mó­wić – po­wie­dzia­ła Nora, wy­sta­wia­jąc twarz na po­łu­dnio­we słoń­ce.

– Że za­bi­ja­li?

– Uhmm – za­mru­cza­ła roz­le­ni­wio­na, nie otwie­ra­jąc oczu.

Za­py­ta­łem, czy któ­reś z ba­wią­cych się na po­dwó­rzu dzie­ci za­bi­ja­ło lu­dzi.

– Z wy­jąt­kiem tych naj­młod­szych, kil­ku­let­nich, wszyst­kie.

Sa­mu­el nie ba­wił się na po­dwó­rzu w woj­nę, za to ją ry­so­wał.

Może dla­te­go tak lgnął do Nory, któ­ra pro­wa­dzi­ła lek­cje ry­sun­ków. Przy­no­si­ła pa­pier i ko­lo­ro­we kred­ki, za­chę­ca­ła dzie­ci, by ma­lo­wa­ły to, co za­pa­mię­ta­ły naj­le­piej, co uwa­ża­ły za naj­waż­niej­sze. Bie­lo­ne ścia­ny w świe­tli­cy, do któ­rej mnie za­pro­wa­dzi­ła, ob­le­pio­ne były ob­raz­ka­mi pło­ną­cych chat, tru­pów w ka­łu­żach krwi, par­ty­zan­tów za­bi­ja­ją­cych lu­dzi ma­cze­ta­mi i sie­kie­ra­mi, strze­la­ją­cych z ka­ra­bi­nów.

Nora chwa­li­ła Sama za jego ry­sun­ki.

– Ma wy­czu­cie kom­po­zy­cji. Jego ry­sun­ki żyją. Ma­lu­je nie tyl­ko głów­ny plan, ale tak­że dru­gi i trze­ci. Zo­bacz choć­by ten. – Po­ka­za­ła pal­cem je­den z ob­raz­ków na ścia­nie. Trzech par­ty­zan­tów okła­da­ło pał­ka­mi le­żą­ce­go na zie­mi, okrwa­wio­ne­go męż­czy­znę. Za nimi wid­nia­ła cha­ta z pło­ną­cą strze­chą, obok cha­ty uwią­za­ny na łań­cu­chu, wy­ry­wa­ją­cy się pies. – No i po­patrz, jak mie­sza bar­wy.

Nora mó­wi­ła, że więk­szość dzie­ci z ośrod­ka nie po­tra­fi albo nie chce opo­wia­dać o tym, co się z nimi dzia­ło, gdy znik­nę­ły ze swo­ich wio­sek i od­na­la­zły się w bu­szu w obo­zo­wi­skach i świe­cie par­ty­zan­tów. Nie­któ­re się bały, spę­ta­ne po­czu­ciem winy, po­dej­rze­wa­ły, że po wy­ja­wie­niu ca­łej ta­jem­ni­cy spo­tka je kara. Inne nie po­tra­fi­ły do­brać słów, prze­ry­wa­ły opo­wieść przy pierw­szym, zbyt trud­nym do na­zwa­nia zda­rze­niu. Nie umia­ły do­brze opo­wie­dzieć nie tyl­ko o tym, co my­śla­ły lub czu­ły, ale na­wet o tym, co wi­dzia­ły.

Pró­bo­wa­ły mó­wić, ale my­śli, wspo­mnie­nia i lęki, na­zwa­ne i wy­po­wie­dzia­ne na głos, wy­da­wa­ły się ka­le­kie, nie­od­po­wied­nie, nie ta­kie. Ze stra­chu, że zo­sta­ną źle zro­zu­mia­ne i oce­nio­ne, za­pa­da­ły się w ci­szę.

Za­ba­wy w woj­nę i ry­sun­ki mia­ły przy­nieść po­moc i ulgę.

O zda­rze­niach na­ma­lo­wa­nych ko­lo­ro­wą kred­ką na pa­pie­rze lub ode­gra­nych na za­ku­rzo­nym po­dwó­rzu mó­wi­ło się już ła­twiej. Sa­mu­el chęt­nie opo­wia­dał o woj­nie i o wszyst­kim, co prze­szedł. Tak przy­najm­niej za­pew­nia­ła mnie Nora.

– Wszyst­ko ci opo­wie – mó­wi­ła. – Tyl­ko go o to za­py­taj.

Mu­sia­ło jed­nak mi­nąć wie­le dni, za­nim mi po­wie­dział,

że za­bi­jał lu­dzi. Za­bił dzie­się­ciu, a może wię­cej. Dużo, dużo wię­cej. Zbyt wie­lu, by spa­mię­tać. Zbyt wie­lu, by pa­mię­tać.

Spo­dzie­wa­łem się tego wy­zna­nia. Przy­je­cha­łem tyl­ko po to, by je usły­szeć. A jed­nak, gdy pa­dło, po­czu­łem się bez­rad­ny.

Nie od­czu­wa­łem nig­dy nie­zręcz­no­ści w ze­tknię­ciu z ludź­mi, któ­rzy za­bi­ja­li albo ka­za­li za­bi­jać. Z żoł­nie­rza­mi, par­ty­zan­ta­mi, ich ko­men­dan­ta­mi, po­li­tycz­ny­mi przy­wód­ca­mi, któ­rzy roz­pę­ty­wa­li woj­ny w świę­tym prze­ko­na­niu, że są one je­dy­nym spo­so­bem za­pro­wa­dze­nia spra­wie­dli­wo­ści, je­dy­nym ra­tun­kiem.

Rzad­ko po­strze­ga­li sie­bie w roli spraw­ców zbrod­ni. Szu­ka­li uspra­wie­dli­wień, oko­licz­no­ści ła­go­dzą­cych, po­mniej­sza­li zło, ob­wi­nia­li o nie in­nych. Roz­mo­wy z nimi sta­wa­ły się pro­stym po­je­dyn­kiem na spryt i kom­pe­ten­cję, roz­gryw­ką, w któ­rej pod­stęp by­wał za­sa­dą, a prze­chy­trze­nie ry­wa­la ozna­cza­ło wy­gra­ną.

Trud­niej roz­ma­wia­ło się z ofia­ra­mi wo­jen­nych zbrod­ni, ich je­dy­ny­mi za­zwy­czaj świad­ka­mi. Dzie­ląc się z dzien­ni­ka­rzem opo­wie­ścią o nie­szczę­ściu, któ­re ich spo­tka­ło, li­czy­li, że za­pew­nią so­bie po­moc, od­mia­nę losu. Swo­ją krzyw­dę uwa­ża­li za naj­więk­szą i naj­nie­spra­wie­dliw­szą, była to je­dy­na cen­na rzecz, któ­ra im po­zo­sta­ła. Nie mie­li wąt­pli­wo­ści, że świat, do­wie­dziaw­szy się o ich nie­szczę­ściu, nie po­zo­sta­nie obo­jęt­ny. A kie­dy nic się nie zmie­nia­ło, po­pa­da­li w zgorzk­nie­nie i jesz­cze więk­sze po­czu­cie krzyw­dy.

Nie chcie­li opo­wia­dać, strze­gąc resz­tek skar­bu, ja­kim była pa­mięć o tym, co wi­dzie­li i co prze­szli. Nie chcie­li opo­wia­dać, bo bali się bólu, żalu i po­czu­cia winy. Dla­cze­go nie ucie­kłam wcze­śniej? Dla­cze­go otwo­rzy­łem drzwi? O ile roz­mo­wy z tymi, któ­rzy za­bi­ja­li, przy­po­mi­na­ły prze­słu­cha­nie, to spo­tka­nia z ich ofia­ra­mi były spo­wie­dzią, któ­ra jed­nak nie pro­wa­dzi­ła ani do wy­zna­cze­nia po­ku­ty, ani do roz­grze­sze­nia. Nie da­wa­ła po­cie­chy, ani na­wet ulgi.

W do­dat­ku, aby opo­wieść była jak naj­lep­sza, naj­praw­dziw­sza, na­le­ża­ło do­wie­dzieć się jak naj­wię­cej. Wy­py­ty­wać o szcze­gó­ły, dro­bia­zgi, spra­wy, zda­wa­ło­by się, nie­do­rzecz­ne, nie­sto­sow­ne. Któ­ra to była go­dzi­na, gdy par­ty­zan­ci we­szli do wsi? Czy świe­ci­ło słoń­ce? Co pan wte­dy ro­bił? Czy gra­ło ra­dio? Nie pa­mię­ta pani, o któ­rej go­dzi­nie bom­ba spa­dła na pani dom? A jak wy­glą­dał ten, któ­ry za­strze­lił pani męża? Czy pa­mię­ta pani jego twarz? Jak był ubra­ny? Ile razy wy­strze­lił? Jak to było? Pro­szę mó­wić, pro­szę opo­wie­dzieć wszyst­ko.

Trud­ność roz­mo­wy z Sa­mu­elem po­le­ga­ła na tym, że był jed­no­cze­śnie ofia­rą i ka­tem. Chcia­łem go po­znać w obu ro­lach, zro­zu­mieć, jak prze­cho­dził z jed­nej w dru­gą, a po­tem jesz­cze raz w tę pierw­szą, wyj­ścio­wą.

Od­wle­ka­łem roz­mo­wę, choć wie­dzia­łem, że mu­szę j ą prze­pro­wa­dzić. I że tego wła­śnie chcę. Kie­dy rano przy­cho­dzi­łem do ośrod­ka, wśród dzie­ci na po­dwó­rzu szu­ka­łem wzro­kiem Sa­mu­ela. Uśmie­cha­łem się i ma­cha­łem ręką, gdy od­na­le­zio­ny spoj­rze­niem od­wra­cał gło­wę. Od­po­wia­dał po­zdro­wie­niem, ale sam do mnie nie pod­cho­dził, a ja go nie przy­wo­ły­wa­łem.

Sia­da­łem na ław­ce w ocze­ki­wa­niu na Norę, a gdy przy­cho­dzi­ła, za­raz po­ja­wiał się tak­że Sa­mu­el. Cza­sem, jak małe dziec­ko, wdra­py­wał jej się nie­zgrab­nie na ko­la­na, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na pro­te­sty i peł­ne udrę­ki na­rze­ka­nia.

– Sam! Co ro­bisz?! Złaź ze mnie na­tych­miast – mó­wi­ła, roz­cie­ra­jąc zbo­la­łe uda. – Je­steś za cięż­ki, zgnie­ciesz mnie. Co z cie­bie za par­ty­zant?

Chło­pak dro­czył się z nią i spe­cjal­nie wci­skał łok­cie w jej nogi.

Zwy­kle jed­nak na wi­dok Nory prze­no­sił się z za­ba­wą nie­opo­dal ław­ki. Zer­kał nie­ustan­nie w na­szą stro­nę, przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wie, któ­rej nie mógł ro­zu­mieć.

Choć wy­glą­dał na dzie­sięć, na­praw­dę miał lat trzy­na­ście. Było w nim jed­nak coś, może wiecz­nie po­waż­ne oczy, co spra­wia­ło, że cza­sem wy­da­wał się jesz­cze star­szy, niż był. Miał dużą, ogo­lo­ną gło­wę, ży­la­ste, peł­ne blizn dło­nie i znisz­czo­ne sto­py, wiel­kie jak u do­ro­słe­go czło­wie­ka. Nie róż­nił się od dzie­ci w ośrod­ku, a jego hi­sto­ria nie była wca­le dra­ma­tycz­niej­sza czy bar­dziej nie­zwy­kła. Spo­śród in­nych wy­bra­ła go Nora. A może to on sam do­ko­nał za mnie wy­bo­ru? Nie od­stę­pu­jąc Nory, stał się tak­że moim to­wa­rzy­szem.

– Sam, po­każ, jak zła­pa­łeś w bu­szu żmi­ję – mó­wi­ła Nora, a chło­piec od­gry­wał przed nami sce­nę po­lo­wa­nia. – Uwie­rzysz? Za­szedł od tyłu węża, schwy­cił go go­ły­mi rę­ka­mi i ży­we­go wrzu­cił do garn­ka z wrząt­kiem. – Smacz­ny był, praw­da?

Sa­mu­el ki­wał gło­wą i szcze­rzył w uśmie­chu zęby.

– A opo­wiedz, jak zgu­bi­li­ście się w nocy. Opo­wiedz, jak ci dali ka­ra­bin.

Nie znał wie­lu słów w ję­zy­ku an­giel­skim, co spra­wia­ło, że jego opo­wie­ści były rze­czo­we i pro­ste. Mó­wił wol­no, wy­raź­nie, sta­ran­nie do­bie­ra­jąc okre­śle­nia jak do­bry, przy­go­to­wa­ny do lek­cji uczeń od­py­ty­wa­ny przez na­uczy­cie­la. Nora słu­cha­ła go uważ­nie. Wpa­try­wał się w nią, a jej po­ta­ki­wa­nia od­bie­rał jako po­chwa­łę i za­chę­tę.

– Naj­waż­niej­sze to za­dać do­bre py­ta­nie. Musi wie­dzieć, o co py­tam. Je­śli nie zro­zu­mie, prze­stra­szy się i za­mknie w so­bie – po­wie­dzia­ła Nora. – Praw­da, Sam? Za­mkniesz się i bę­dziesz mil­czeć jak głaz. Albo roz­pła­czesz się jak mały brzdąc.

– Nora jest brzdąc – za­wo­łał ze śmie­chem, po­ka­zu­jąc dziew­czy­nę pal­cem. – Nora brzdąc! Nora mały brzdąc!

– Sa­mu­el! Bo po­ża­łu­jesz! – po­gro­zi­ła. – Za­py­taj go o szko­łę.

Py­ta­łem go o ulu­bio­ne przed­mio­ty w szko­le i na­uczy­cie­li, o pił­kar­skie dru­ży­ny, któ­rych na­zwy i bar­wy znał z te­le­wi­zji.

– Lu­bię ry­sun­ki i lu­bię Norę – od­po­wia­dał po­waż­nie.

– A ma­te­ma­ty­kę? Ja nie lu­bi­łem ma­te­ma­ty­ki.

– Ja też nie lu­bię ma­te­ma­ty­ki.

– A gim­na­sty­kę? Lu­bisz gim­na­sty­kę? Bo ja lu­bi­łem.

– Ja też lu­bię gim­na­sty­kę. I lu­bię przy­ro­dę.

– Ja też bar­dzo lu­bi­łem przy­ro­dę.

Któ­re­goś dnia, po lek­cjach, sie­dzie­li­śmy we trój­kę z Sa­mu­elem na su­ro­wych, wy­la­nych z be­to­nu scho­dach przed świe­tli­cą. Pa­trzy­li­śmy, jak po­zo­sta­łe dzie­ci ba­wią się, bie­ga­ją po za­ku­rzo­nym po­dwó­rzu, gra­ją w pił­kę. W biu­rze za­dzwo­nił te­le­fon.

– Nora! – ktoś za­wo­łał. – To do cie­bie!

Nora pod­nio­sła się ocię­ża­le i znik­nę­ła za drzwia­mi.

Nig­dy wcze­śniej nie zo­sta­wa­łem z Sa­mu­elem sam na sam. Za­wsze była z nami Nora. Zresz­tą Sam po­ja­wiał się tyl­ko wte­dy, gdy znaj­do­wa­ła się w po­bli­żu. Jej obec­ność była wa­run­kiem mo­ich spo­tkań z chłop­cem, a jed­no­cze­śnie prze­szko­dą.

Sie­dzie­li­śmy z Sa­mu­elem obok sie­bie i pa­trzy­li­śmy na ko­pią­cych pił­kę chłop­ców. Mil­cze­nie sta­wa­ło się nie­wy­god­ne, nie­zno­śne. Przez nie­do­mknię­te drzwi do­cho­dził śmiech Nory.

– Grasz w pił­kę? – od­chrząk­ną­łem, zer­ka­jąc na Sa­mu­ela.

– Gram – od­parł. – Ale te­raz z tobą roz­ma­wiam.

– Ano tak – przy­tak­ną­łem.

Pal­cem u sto­py Sa­mu­el kre­ślił na pia­chu koła.

– A ja­kie­go pił­ka­rza lu­bisz naj­bar­dziej?

Sam roz­tarł pia­sko­we koła.

– Ro­nal­do z Bra­zy­lii – po­wie­dział.

Wy­da­wa­ło mi