Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 240 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nocne zwierzęta - Patrycja Pustkowiak

Znakomity debiut powieściowy. W rolach głównych młoda kobieta, Warszawa i noc. Po zmroku Miasto ukazuje drugą twarz. Na ulice wychodzą zwierzęta. Tamara Mortus, kobieta upadła i dumna zarazem, fascynująca i odstręczająca, wyrusza w podróż do kresu nocy szlakiem galerii handlowych, klubów i kasyn. Spotyka podobnych sobie, głodnych ekstazy desperatów. Chce spróbować wszystkiego: alkoholu, narkotyków, pornografii. Dotrzeć do granicy doświadczenia. Okazuje się jednak, że wszystko, czym chciała się bawić, tak naprawdę bawi się nią. Jej wyprawa skończy się morderstwem.

Książka nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia i Nagrody Literackiej Nike.

Patrycja Pustkowiak (ur. 1981) - z wykształcenia socjolożka, z pochodzenia krakowianka, z zawodu dziennikarka. Teksty dziennikarskie publikowała m.in. w Dzienniku, Bluszczu, Chimerze, Lampie, Polityce i Wprost. Literacko zadebiutowała w 2004 r. w Twórczości. W 2013 roku była finalistką Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu. W tym samym roku w W.A.B. wydała debiut powieściowy - „Nocne zwierzęta”.

Opinie o ebooku Nocne zwierzęta - Patrycja Pustkowiak

Fragment ebooka Nocne zwierzęta - Patrycja Pustkowiak

Pa­try­cja Pust­ko­wiak

NOC­NE ZWIE­RZĘ­TA

Co­py­ri­ght © by Pa­try­cja Pust­ko­wiak, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

W dniu, w któ­rym ją za­bi­ła, nic nie za­po­wia­da­ło ka­ta­stro­fy.

Przy­najm­niej na pierw­szy rzut oka, bo prze­cież któ­ryś z sa­mo­cho­dów ru­sza­ją­cych tego dnia z pi­skiem opon z wy­mu­ska­ne­go – bądź prze­ciw­nie, za­grze­ba­ne­go w ru­pie­ciach – po­dwór­ka mu­siał wpaść z im­pe­tem na inny, nad­jeż­dża­ją­cy z prze­ciw­ka sa­mo­chód i wy­rzu­cić całą swo­ją ludz­ką za­war­tość wy­so­ko w po­wie­trze, by prze­cząc gra­wi­ta­cji, la­ta­ła wko­ło zdu­mio­na bra­kiem nie­zbęd­nych do prze­ży­cia czę­ści.

Je­śli mia­ło się więk­sze­go pe­cha, mógł to być na­wet po­ciąg. Niby wy­ru­szył z pe­ro­nu, może na­wet punk­tu­al­nie, ma­je­sta­tycz­nie, co­raz szyb­ciej su­nął przed sie­bie, prze­su­wa­jąc za okna­mi do­brze zna­ny, upo­rczy­wie le­śny kra­jo­braz, ale w klu­czo­wym mo­men­cie wy­padł z to­rów i sy­piąc wko­ło iskra­mi, udo­wod­nił, że dzi­siej­szy gwiz­dek był sy­gna­łem do od­jaz­du w in­nym niż zwy­kle sen­sie.

Może były i inne śla­dy, bar­dziej sub­tel­ne, ry­so­wa­ne na za­pa­ro­wa­nym lu­strze. Może gdy­by Ta­ma­ra pa­trzy­ła uważ­niej, do­strze­gła­by czar­ne­go kota prze­bie­ga­ją­ce­go uli­cę, któ­rą nie­ba­wem mia­ła prze­ciąć ona – jak zwy­kle pi­ja­na. Może do­da­ła­by wte­dy do sie­bie ja­kieś dziw­ne cy­fry i zmie­ni­ła ko­lej­ny nie­po­zor­ny dzień w zło­wro­gą datę i przed jej za­mro­czo­ny­mi ocza­mi po­ja­wił­by się ten ob­ra­zek, kie­dy to uży­wa pu­cho­wej po­dusz­ki nie­zgod­nie z prze­zna­cze­niem, przy­kła­da ją mia­no­wi­cie do twa­rzy ko­le­żan­ki i śmierć – ta wiel­ka ter­ro­ryst­ka – zbie­ra swo­je żni­wo.

I

Na zło­dzie­ju czap­ka gore, mó­wią. Ale je­śli cho­dzi o Ta­ma­rę, od kil­ku go­dzin świe­żo upie­czo­ną mor­der­czy­nię, rze­czy mają się zgo­ła in­a­czej. Nic nie gore na niej ani w niej – Ta­ma­ra jest jak la­tar­nia mor­ska, któ­ra ule­gła awa­rii. Sie­dzi na brze­gu swo­je­go wła­sne­go łóż­ka jak ma­ne­kin z ga­bi­ne­tu fi­gur wo­sko­wych, nie­ru­cho­ma, otę­pia­ła i bez czu­cia. Jej ręce, któ­re za­le­d­wie go­dzi­nę temu trzy­ma­ły na­rzę­dzie zbrod­ni, te­raz wi­szą bez­wład­nie po obu stro­nach cia­ła i na­wet nie mają siły się­gnąć po pa­pie­ro­sa. Zresz­tą nie ma chy­ba po co się­gnąć – w jej domu nie ma już pa­pie­ro­sów. Są tyl­ko nie­do­pał­ki, wy­pa­lo­ne jak ona. Nie ma żaru, jest po­piół.

I rze­czy­wi­ście, gdy­by ro­zej­rzeć się po tym po­ko­ju, któ­ry w bla­dym świe­tle wpeł­za­ją­ce­go przez okno świ­tu ujaw­nia swo­je po­nu­re kształ­ty, nie do­strze­gło­by się ni­cze­go, co na­da­je się do uży­cia. Wszyst­ko jest zu­ży­te, zje­dzo­ne i prze­two­rzo­ne – jak ona. To, co sie­dzi tu na łóż­ku, owo opa­ko­wa­nie po prze­szłym czło­wie­ku, nie jest na­wet w po­ło­wie tak atrak­cyj­ne jak do­szczęt­nie wy­żar­ta za­war­tość.

Na­sza mor­der­czy­ni sie­dzi na łóż­ku za­sła­nym gra­na­to­wą na­rzu­tą i ob­ser­wu­je ten świt peł­zną­cy po pod­ło­dze aż pod jej brud­ne, wczo­raj­sze sto­py. Sto­py Chry­stu­sa w go­dzi­nę po Dro­dze Krzy­żo­wej. Świt prze­dzie­ra się z ga­dzim mo­zo­łem przez nie­szczel­ne za­sło­ny, pod­cho­dzi co­raz bli­żej, na pal­cach, jak po­twór. Z ciem­no­ści wy­ła­nia­ją się pierw­sze kształ­ty – ko­mo­da, sto­lik noc­ny, te­le­wi­zor. Nie da się ukryć, że są to za­ra­zem kształ­ty ostat­nie – je­śli cho­dzi o wy­strój wnętrz, pa­nu­je tu ab­so­lut­ny mi­ni­ma­lizm, na­to­miast dia­beł, ten ulu­bio­ny przez wszyst­kich, epi­zo­dycz­ny bo­ha­ter, jak zwy­kle tkwi w szcze­gó­łach. To one, roz­pa­no­szo­ne po ca­łym po­ko­ju ni­czym śre­dnio­wiecz­na za­ra­za, ro­bią tu­taj za wy­strój wła­ści­wy, tak zwa­ną kwin­te­sen­cję. To z nich moż­na od­two­rzyć tryb ży­cia na­szej Ta­ma­ry z pre­cy­zją do­rów­nu­ją­cą tej, z jaką na­ukow­cy od­twa­rza­ją ja­dło­spis i in­ten­syw­ność ży­cia ero­tycz­ne­go di­no­zau­rów na pod­sta­wie ich ko­ści.

Co my tu mamy? Brud­ne ubra­nia. Zmar­łe mu­chy i ko­ma­ry. Dwie pu­ste bu­tel­ki po wi­nie, jed­ną po wód­ce. Parę opa­ko­wań po pa­pie­ro­sach. Po­piel­nicz­kę wy­peł­nio­ną pe­ta­mi. Fif­kę do pa­le­nia ha­szu i ma­ri­hu­any. Dwa opa­ko­wa­nia po le­kach prze­ciw­bó­lo­wych. Reszt­ki sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych na lep­kiej od bru­du pod­ło­dze. Jej po­kój przy­po­mi­na po­ko­je ho­te­lo­we gwiazd – te, w któ­rych znaj­du­je się je mar­twe.

Jest tu mnó­stwo rze­czy, lecz wie­lu też nie ma. Na przy­kład wy­rzu­tów su­mie­nia. Gdy­by Ta­ma­rze zro­bić test na ich obec­ność, wy­nik był­by ujem­ny. Brak też ze­wnętrz­nych oznak zde­ner­wo­wa­nia – na jej twa­rzy nie po­ja­wia się naj­mniej­szy gry­mas. Inna spra­wa, że po dwu­dnio­wym im­pre­zo­wym ma­ra­to­nie, w któ­rym bra­ła udział, jej twarz mo­gła­by z po­wo­dze­niem zdo­bić pla­kat wstrzą­sa­ją­cej kam­pa­nii an­ty­nar­ko­ty­ko­wej. Do­mi­nu­ją w niej sza­rość i fio­let, źre­ni­ce są roz­sze­rzo­ne, wło­sy po­tar­ga­ne i wzbo­ga­co­ne czymś w ro­dza­ju kra­jo­bra­zu cmen­tar­ne­go: ze­schły­mi li­ść­mi, bło­tem, ku­rzem, pa­ję­czy­ną, krwią, śla­do­wy­mi ilo­ścia­mi wszyst­kie­go, co moż­na zna­leźć w świe­cie, szcze­gól­nie w jego noc­nych po­wia­tach. Ma­ki­jaż na­le­ży do ka­te­go­rii wczo­raj­szych wspo­mnień, a z si­nia­ków, za­dra­pań i cie­ni wy­stę­pu­ją­cych na jej cie­le moż­na by ją le­piej od­czy­tać niż z li­nii pa­pi­lar­nych. Je­śli cho­dzi o uro­dę tej dziew­czy­ny, to z całą pew­no­ścią po­pro­si­ła ona dzi­siaj o L4 – gdy­by dziś było Hal­lo­we­en, to Ta­ma­ra mo­gła­by prze­brać się za samą sie­bie i wy­grać kon­kurs.

Jed­nak jej cia­ło to nie tyl­ko znisz­cze­nia i ubyt­ki – na­wet w tej stre­fie zero coś się wy­bi­ja. Są to frag­men­ty in­ne­go cia­ła. Odro­bi­na za­bi­tej dziew­czy­ny kry­je się pod pa­znok­ciem Ta­ma­ry, w po­sta­ci strzę­pu na­skór­ka, a gdzieś na jej ubra­niu zna­la­zło­by się rów­nież parę na­le­żą­cych do de­nat­ki wło­sów. W niej na­to­miast znaj­du­je się czy­jaś sper­ma. Te­raz wła­śnie wy­pły­wa z Ta­ma­ry, struż­ką po jej udach pły­nie ża­ło­sne wspo­mnie­nie po kimś, kto nie­pro­szo­ny wpadł w go­ści. Zda­je się, że Ta­ma­ra, to zna­czy jej cia­ło, znów była to­ra­mi dla tego słyn­ne­go tram­wa­ju zwa­ne­go mę­skim po­żą­da­niem. Obiek­tem jej po­żą­da­nia zaś były nar­ko­ty­ki twar­de – w toku ba­dań tok­sy­ko­lo­gicz­nych z pew­no­ścią moż­na by stwier­dzić w jej or­ga­ni­zmie obec­ność ko­ka­iny, me­fe­dro­nu, ke­ta­mi­ny i al­ko­ho­lu, a może i cze­goś jesz­cze. Ta­ma­ra sta­no­wi­ła­by duże wy­zwa­nie dla stu­den­tów che­mii. Mimo to nie czu­je się po­bu­dzo­na, prze­ciw­nie – jest dziw­nie opa­no­wa­na. Wpraw­dzie nie może za­snąć, ale jest to ra­czej spo­wo­do­wa­ne sku­pie­niem, ja­kie­go do­świad­cza­ją wy­ćwi­cze­ni w prak­ty­kach me­dy­ta­cyj­nych mni­si, a nie za­ży­ty­mi środ­ka­mi. Ta­ma­ra ma wra­że­nie, jak­by w jej cie­le za­cu­mo­wał gi­gan­tycz­ny trans­atlan­tyk. Wzbu­rzo­ne wody wy­gła­dzi­ły się. Nie ma nic poza lo­do­wa­tym opa­no­wa­niem, poza pust­ką.

Po­dej­rze­wa, że tru­pa jesz­cze nie od­kry­to. Jest na to za wcze­śnie. Tak oto śmierć za­ra­zem sta­ła się fak­tem i nie sta­ła – za­bi­ta jest te­raz czymś w ro­dza­ju kota Schrödin­ge­ra. Cho­ciaż umar­ła, to wciąż jesz­cze żyje w umy­słach lu­dzi nie­świa­do­mych jej śmier­ci. Do­pó­ki ktoś nie znaj­dzie zwłok, nie za­wia­do­mi po­li­cji, do­pó­ki wieść nie roz­prze­strze­ni się jak na­sio­na dmu­chaw­ca – bę­dzie trwał stan przej­ścio­wy mię­dzy ży­ciem a śmier­cią.

Może za parę go­dzin ktoś wej­dzie do po­ko­ju, któ­ry był miej­scem zbrod­ni, za­nie­po­koi się le­żą­cą w nim nie­ru­cho­mo trzy­dzie­sto­lat­ką, zdej­mie z jej twa­rzy po­dusz­kę i za­kry­je usta dło­nią. Swo­je usta. Oso­ba nie­ży­ją­ca za­wsze wzbu­dza w ży­ją­cych pa­ni­kę.

II

W ży­ciu umie­ra­nie jest nie­odwo­łal­ne i jed­no­ra­zo­we, „a kto umarł, ten nie żyje”, jak to mó­wią. Tru­py wy­stę­pu­ją tu wy­łącz­nie jako por­tre­ty tru­mien­ne lub ma­ne­ki­ny w wi­zji lo­kal­nej, tyl­ko ci żywi są żywi na­praw­dę, cze­go do­wo­dem ich nie­usta­ją­ce czyn­no­ści ży­cio­we: od po­chła­nia­nia i wy­da­la­nia po mi­łość, bu­do­wę do­mów, dba­łość o lo­ka­ty oszczęd­no­ścio­we. Tym­cza­sem po­wieść nie zna ta­kich ogra­ni­czeń. Tu moż­na so­bie po­zwo­lić na wię­cej wo­bec tak przy­krych fak­tów jak śmierć i jej na­stęp­stwa.

Bo oto mamy pią­tek, dwa dni wcze­śniej. Za­pa­da zmierzch, sza­re mgły wscho­dzą nad War­sza­wą, tym udrę­czo­nym mia­stem – jeń­cem wo­jen­nym, któ­re­go toż­sa­mość w wy­ni­ku roz­licz­nych przy­kro­ści zo­sta­ła roz­dar­ta na ka­wał­ki i na­pręd­ce skle­co­na na nowo z tego, co było pod ręką. To mia­sto od­pa­la nad gło­wa­mi swo­ich miesz­kań­ców race bez­względ­no­ści, wy­cią­ga po nich ręce ro­sną­ce szyb­ko jak pędy fa­so­li. Gdzieś po tym mie­ście krą­ży dziew­czy­na, któ­ra za dwa dni prze­obra­zi się w zwło­ki, tym­cza­sem ta, któ­ra ją za­bi­je – Ta­ma­ra Mor­tus – leży na pod­ło­dze w swo­im miesz­ka­niu i czu­je się jak wrak ma­łe­go sa­mo­lo­tu, na­mie­rzo­ny gdzieś w prze­stwo­rzach i strą­co­ny w prze­paść przez nie­zna­nych spraw­ców. Za­wi­ja dłu­gie wło­sy na drżą­cych pal­cach, za­pa­la pa­pie­ro­sa, po­zwa­la, by dym le­ciał w górę, nie­mal pod sam su­fit, i ma wra­że­nie, że jest uło­żo­ny­mi na sto­sie zwło­ka­mi.

Ta­ma­ra wciąż żyje – wbrew swe­mu na­zwi­sku i temu, co robi, by mu spro­stać. Od daw­na już ko­la­bo­ru­je ze śmier­cią, pro­wa­dzi z nią ne­go­cja­cje w spra­wie ry­chłej fu­zji. Kar­tą prze­tar­go­wą jest al­ko­hol oraz używ­ki in­ne­go typu; to za nie Ta­ma­ra jest skłon­na od­dać śmier­ci swo­je udzia­ły, ta jed­nak wciąż się nie zja­wia, cią­gle kpi z jej wy­sił­ków.

Dziś znów, od po­łu­dnia, Ta­ma­ra pro­wa­dzi z nią roz­mo­wy. Zdą­ży­ła już, do osiem­na­stej, któ­ra wy­bi­ja na ze­ga­rach, wy­pić trzy duże cy­try­nów­ki i bu­tel­kę wina, a ca­łość do­pra­wić odro­bi­ną ha­szu. Przed ocza­mi ma ob­raz jak z płó­cien im­pre­sjo­ni­stów – sta­do mi­go­czą­cych, róż­no­barw­nych pla­mek. Mówi się, że al­ko­ho­lik nie pije z byle kim. Ta­ma­ra my­śli więc, że pi­jąc sa­mot­nie, nig­dy nie bę­dzie al­ko­ho­licz­ką.

Upew­ni­ła się, że ma w domu so­lid­ny za­pas sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych: chce bo­wiem prze­by­wać w nim (w domu, jak i w bło­go­sła­wio­nym sta­nie upo­je­nia) jak naj­dłu­żej, naj­le­piej przez cały, wła­śnie roz­po­czy­na­ją­cy się week­end, na któ­ry – tak się od paru lat skła­da – nie ma żad­nych to­wa­rzy­skich pla­nów. Je­dy­nym to­wa­rzy­szem, a za­ra­zem świad­kiem jej upad­ku, jest to mia­sto, War­sza­wa. Jego wiel­kie ciel­sko po­prze­ty­ka­ne cią­giem ko­lumn, ka­mie­nic, wie­żow­ców z wiel­kiej pły­ty, roz­ja­śnio­ne ty­sią­cem mi­ga­ją­cych neo­nów. Sto­sun­ki na li­nii Ta­ma­ra–War­sza­wa przy­po­mi­na­ją te mię­dzy ki­bi­ca­mi zwa­śnio­nych klu­bów spor­to­wych. Mimo to dziew­czy­na nie umie stąd wy­je­chać, nie wia­do­mo, jak to wy­tłu­ma­czyć, to ro­dzaj uza­leż­nie­nia, syn­drom sztok­holm­ski. Jesz­cze ja­kiś czas temu Ta­ma­ra wy­szła­by z domu i otwo­rzy­ła się na roz­le­głą pro­po­zy­cję mia­sta, na wszyst­kie jego guzy, zro­sty, wy­rzut­nie i za­pad­nie, na te miej­sca, w któ­rych ono od­sta­je od nor­my, wska­zu­je pod­wyż­szo­ne, cho­ro­bo­we mar­ke­ry. W te wła­śnie miej­sca chcia­ła­by dojść, zli­zać z nich całą sól nocy, tak jak zwie­rzę­ta zli­zu­ją ją w zi­mie z ulic. Jed­nak od dłuż­sze­go cza­su tego nie robi. Za­miast wyjść do mia­sta, woli wyjść po wino.

III

Wła­ści­wie nie pa­mię­ta cza­su, w któ­rym nie piła. Mu­siał być taki okres w jej ży­ciu, ja­kaś mło­dość, ale Ta­ma­ra ma z nie­go wspo­mnie­nia jak ze snu – wiąz­ka dziw­nych, nie­przy­sta­ją­cych do sie­bie ob­ra­zów, ja­kieś twa­rze, cie­nie, sło­wa, czy ra­czej strzę­py słów. Gdy­by zro­bić na tej pod­sta­wie film, by­ła­by to trud­na do znie­sie­nia awan­gar­da. Zresz­tą po­dob­ne wspo­mnie­nia mia­ła, je­śli cho­dzi o dłu­go­trwa­łe re­la­cje mi­ło­sne. O tak, Berg­man mógł­by czer­pać z jej ży­cia nie­ustan­ną in­spi­ra­cję; praw­do­po­dob­nie gdy­by przy­ło­żyć do niej ucho, moż­na by usły­szeć słyn­ny, głu­chy i przej­mu­ją­cy skan­dy­naw­ski wiatr.

Nie umia­ła za wie­le po­wie­dzieć o tym, cze­go nie ma, nie umia­ła za wie­le po­wie­dzieć o bra­ku, a jed­nak to on był sza­rą emi­nen­cją jej ży­cia. Kie­dy pró­bo­wa­ła czymś wy­peł­nić te dłu­gie go­dzi­ny, któ­re dzie­li­ły prze­bu­dze­nie od za­śnię­cia, pra­wie za­wsze po­no­si­ła po­raż­kę. To zna­czy, owszem, dzia­ło się mnó­stwo, wręcz za dużo, sa­mo­cho­dy jeź­dzi­ły, po­rzu­co­ne śmie­ci prze­wa­la­ły się przez uli­ce, kom­pu­te­ry pul­so­wa­ły mi­lio­nem za­pa­lo­nych mo­ni­to­rów, w te­le­wi­zji ktoś ko­goś mor­do­wał, a na­wet ja­kiś me­te­oryt zmie­rzał nie­ubła­ga­nie ku pla­ne­cie Zie­mia, jed­nak ży­cie Ta­ma­ry po­zo­sta­wa­ło pu­ste i tyl­ko al­ko­hol wy­do­by­wał ją ze sta­nu nie­waż­ko­ści.

Przy­szłość wy­da­wa­ła jej się czar­ną wstę­gą, któ­ra prze­wią­że bu­twie­ją­ce od ja­kie­goś cza­su ży­cie. „Ja nie szu­kam, ja znaj­du­ję” – przy­po­mi­na­ła so­bie mak­sy­mę słyn­ne­go ma­la­rza na­zwi­skiem Pi­cas­so i za­sta­na­wia­ła się, jak on to, do kur­wy nę­dzy, ro­bił? U niej było na od­wrót. Wciąż szu­ka­ła, jed­nak pro­ces ten cha­rak­te­ry­zo­wał się wy­so­kim po­zio­mem bez­pro­duk­tyw­no­ści. Wszyst­ko, co uda­wa­ło jej się zna­leźć, to zu­ży­ta pre­zer­wa­ty­wa na uli­cy, po­rzu­co­na aku­rat pod jej no­ga­mi jak zło­śli­wy ko­men­tarz na te­mat jej nie­ist­nie­ją­ce­go ży­cia płcio­we­go.

„Za­wsze my­śla­łem, że w ży­ciu cho­dzi o zdo­by­wa­nie rze­czy. Te­raz wiem, że waż­niej­sza jest ich utra­ta”. Od nie­daw­na au­to­ry­te­tem w dzie­dzi­nie du­cho­wo­ści był dla niej Mike Ty­son. Kie­dy usły­sza­ła w te­le­wi­zji jego sło­wa, po­my­śla­ła so­bie, że nie­po­trzeb­nie ku­pi­ła książ­kę Umysł zen, umysł po­cząt­ku­ją­ce­go i wszyst­kie czę­ści Osho. Mike po­tra­fił za­mknąć całe jej do­świad­cze­nie w dwóch zda­niach. Utra­ta to­wa­rzy­szy­ła jej w ży­ciu na każ­dym kro­ku i mia­ła róż­ne ob­li­cza. Od utra­ty pra­cy aż po utra­tę wia­ry w sie­bie. Utra­ta była czymś, z cze­go mo­gła się dok­to­ry­zo­wać, i może kie­dyś to zro­bi, na Uni­wer­sy­te­cie Trze­cie­go Wie­ku.

W su­kurs jej smut­ko­wi przy­szła ezo­te­ry­ka. Wpraw­dzie naj­lep­sze pro­gra­my ezo­te­rycz­ne nada­wa­no w nocy, ale to nie było dla Ta­ma­ry pro­ble­mem. Wręcz prze­ciw­nie, noc była wodą na jej młyn! „Spa­nie? Ja­kie spa­nie?! Już daw­no z tym gów­nem skoń­czy­łam!” – mo­gła­by po­wie­dzieć. Zwol­nie­nie z pra­cy tak wie­le umoż­li­wia. Wol­ność od jest wol­no­ścią do: pi­cia, bez­sen­no­ści, ćpa­nia, noc­nej te­le­wi­zji. „My, kur­wy, nie śpi­my w nocy!” To było ostat­nio mot­to Ta­ma­ry, oczy­wi­ście nie wy­my­śli­ła tego sama, sko­pio­wa­ła od ko­le­gi pe­da­ła.

Zresz­tą od pew­ne­go cza­su wy­da­wa­ło jej się dziw­ne, że lu­dzie mają czas na pra­cę. Prze­cież samo pi­cie tyle zaj­mu­je! Poza tym joga, me­dy­ta­cja, tre­ning oso­bi­sty, pa­le­nie fa­jek, od­sy­pia­nie kaca, ko­men­to­wa­nie wpi­sów na Fa­ce­bo­oku, czę­sto nie star­cza­ło jej dnia! Nie da się ukryć, że od kie­dy stra­ci­ła pra­cę, pa­trzy­ła na kla­sę pra­cu­ją­cą z co­raz więk­szym po­dzi­wem.

I tak spę­dza­ła dłu­gie go­dzi­ny, oglą­da­jąc wró­ża Ma­cie­ja, Ezo­te­riu­sza, ja­sno­widz­kę Ama­lę. Oglą­da­nie te­le­wi­zji uwa­ża­ła zresz­tą za for­mę kon­te­sta­cji, bo­wiem zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cy­mi tren­da­mi naj­mod­niej było te­le­wi­zo­ra nie mieć i osten­ta­cyj­nie to gło­sić. Gdzie­kol­wiek zda­rzy­ło jej się ostat­nio za­wi­tać, któ­rą­kol­wiek ga­ze­tę otwo­rzyć, wszę­dzie sły­sza­ła albo czy­ta­ła: „Do­praw­dy, to ktoś sław­ny? Ostat­nią sła­wą, jaką wi­dzia­łam w te­le­wi­zji przed wy­rzu­ce­niem od­bior­ni­ka, był Bo­rys Jel­cyn”. Albo: „Od trzech lat nie mamy w domu te­le­wi­zo­ra. Zde­cy­do­wa­li­śmy się wy­cho­wy­wać Polę w kul­cie na­tu­ry. Może cia­stecz­ko? Nie, nie to! To są orze­chy pio­rą­ce!”. Oraz: „Dla­cze­go bra­łem tyle ko­ka­iny? A oglą­dał pan kie­dyś ka­ba­re­ton na Dwój­ce?”.

Za­tem dla Ta­ma­ry od­bior­nik te­le­wi­zyj­ny był jak ostat­ni ba­stion nie­za­leż­no­ści. Oglą­da­ła te­le­wi­zję non stop: talk-shows, ta­lent-shows, se­ria­le, ka­ba­re­to­ny, fil­my, olim­pia­da, żu­żel, cała mag­ma te­le­wi­zyj­na przy­kry­wa­ją­ca ją po sam czu­bek gło­wy, unie­ru­cha­mia­ją­ca, przy­no­szą­ca ulgę. Te­le­wi­zor był dla niej lep­szym znie­czu­la­czem niż an­ty­de­pre­san­ty – któ­re rów­nież ocho­czo bra­ła. Mimo nie­pod­wa­żal­ne­go dzia­ła­nia prze­pi­sa­nych jej kie­dyś pro­chów nic nie dzia­ła­ło wie­czo­rem tak uspo­ka­ja­ją­co jak jed­no­staj­ny, pły­ną­cy nie­mal mor­ską falą szum te­le­wi­zyj­nych ob­ra­zów: a to lam­part roz­szar­pu­ją­cy ła­nię w dzi­kim bu­szu, a to oce­an, któ­ry aku­rat po­sta­no­wił po­sze­rzyć swą prze­strzeń ży­cio­wą o ludz­kie osa­dy, a to auta wy­rzu­ca­ją­ce swo­ją pę­dzą­cą na wa­ka­cje, ro­dzin­ną za­war­tość hen, w pola zbo­ża. Nie ro­zu­mia­ła, cze­mu inni nie po­dzie­la­ją jej en­tu­zja­zmu wo­bec te­le­wi­zo­ra, jej po te­le­wi­zji się na­praw­dę do­brze spa­ło („Co tam u cie­bie, Ta­ma­ra?” „Wszyst­ko okej, my­ślisz, że le­piej ciąć nad­garst­ki czy aor­tę?”).

Pro­gra­my ezo­te­rycz­ne fun­do­wa­ły jej tyle nie­za­po­mnia­nych prze­żyć. Ile­kroć po pi­ja­ku włą­cza­ła so­bie Ezo TV, już po paru mi­nu­tach re­cho­ta­ła tak, że jej śmiech bu­dził po no­cach są­sia­dów.

– Pani Ama­lo, czy do­sta­nę eme­ry­tu­rę?

– Nie.

– A to dzię­ku­ję bar­dzo.

– Pa­nie Ezo­te­riu­szu, czy zaj­dę w cią­żę?

– Już, już pusz­czam w ruch wa­ha­deł­ko. Oj, coś tu się nie do koń­ca po­ja­wia. Nie naj­lep­sza aura. Ale czy to wina pani czy pani part­ne­ra? I już wi­dzę, że to part­ner, jego nie­mra­we plem­nicz­ki, trze­ba zmie­nić die­tę. I tu już wi­dzę sa­łat­ki!

– Pani Isa­do­ro Mayo Anak­me, co jesz­cze cze­ka mnie w ży­ciu?

– Chwi­lecz­kę, już roz­kła­dam kar­ty. Cze­ka pa­nią mię­śniak ma­ci­cy. Moż­li­wa ope­ra­cja. Wi­dzę pro­ble­my w le­wym jaj­ni­ku. Miaż­dży­ca. Czy­rak. Oste­opo­ro­za. Prze­rzut mó­zgu do ko­ści, wie­lo­krot­ne prze­miesz­cze­nie się nóg i ra­mion w ob­rę­bie ca­łe­go cia­ła. Dzię­ku­ję za te­le­fon, dro­dzy pań­stwo, dzwoń­cie! Je­ste­śmy tu do wa­szej dys­po­zy­cji całą dobę!

Ta­ma­ra za­dzwo­ni­ła­by, ale sto­pień al­ko­ho­lo­we­go upo­je­nia mógł­by utrud­nić jej wy­bra­nie nu­me­ru. Za­miast tego rzu­ca więc tyl­ko do te­le­wi­zo­ra:

– Pa­nie Ma­cie­ju, na­je­ba­łam się. Czy będę mieć ju­tro kaca?

Lecz ezo­te­ry­ka nie była w sta­nie za­peł­nić pust­ki jej ist­nie­nia. W do­dat­ku coś, co mia­ło nieść po­cie­sze­nie, za­stra­sza­ło ją, i moż­na by w tym upa­try­wać po­nu­rej zło­śli­wo­ści losu. Od dłuż­sze­go cza­su z roz­ma­itych ezo­te­rycz­nych por­ta­li i te­le­wi­zji przy­cho­dzi­ły do niej ese­me­sy. Dzia­ło się to z re­gu­lar­no­ścią i per­fi­dią god­ną naj­bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­nych tor­tur. Ese­me­sy te cha­rak­te­ry­zo­wa­ły się za­dzi­wia­ją­cym dra­ma­ty­zmem lek­sy­kal­nym. Brzmia­ły tak, jak­by re­da­go­wał je co­pyw­ri­ter wy­spe­cja­li­zo­wa­ny w re­da­go­wa­niu ulo­tek po­świę­co­nych koń­co­wi świa­ta: „WPAD­NIESZ W PU­ŁAP­KĘ, bo nie prze­wi­dzisz, cze­go się nie spo­dzie­wasz! To bę­dzie szok i ogrom­na stra­ta, po­pły­ną smut­ne łzy!”. Inne dzia­ła­ły jak to­ta­li­tar­ne wła­dze, na­ka­zu­jąc peł­ną lęku czuj­ność: „Ob­ser­wuj pole bi­twy. Wła­śnie ktoś wy­słał do cie­bie swo­ich po­słań­ców. Waż­na wróż­ba, lek­ce­wa­że­nie ozna­cza punkt dla dru­giej stro­ny”. Jesz­cze inne ope­ro­wa­ły po­ety­ką ro­dem z an­tycz­nej tra­ge­dii: „GRZECH PO­KO­LEŃ – to po­wód two­je­go pe­cha i trud­no­ści! Grzech po­ko­leń blo­ku­je szczę­ście i od­bie­ra ci mi­łość, zdro­wie i pie­nią­dze!”.

Ta­ma­ra się na­wet tą całą klą­twą prze­ję­ła. My­śla­ła, by ją z sie­bie zdjąć. Cała spra­wa nie była w koń­cu taka dro­ga – zdję­cie klą­twy pro­po­no­wa­no po roz­sąd­nej ce­nie trzech zło­tych od ese­me­sa, osta­tecz­nie jed­nak Ta­ma­ra nie zde­cy­do­wa­ła się na to roz­wią­za­nie. Zde­cy­do­wa­ła się na inne, nie­co droż­sze, choć dużo bar­dziej sku­tecz­ne, wręcz nie­za­wod­ne. Trze­ba bo­wiem do­dać, że jest na tym świe­cie coś, co nie pod­le­ga utra­cie, za­wsze obec­ne i do­stęp­ne, przy­cho­dzą­ce na we­zwa­nie, o ile za­wcza­su za­dba się o za­ku­py – al­ko­hol.

IV

I te­raz wła­śnie jest pod jego ko­ją­cym wpły­wem. Od paru go­dzin, w cza­sie któ­rych zwięk­szy­ła pro­cen­to­wy udział al­ko­ho­lu w swo­im or­ga­ni­zmie, do­da­jąc do tego lo­ka­tę w po­sta­ci ha­szy­szu, ma do­bre sa­mo­po­czu­cie.

Co wię­cej, chce te rze­czy po­mno­żyć. Od­naj­du­je w domu ko­lej­ną bu­tel­kę wina, bia­łe­go wy­traw­ne­go – już daw­no prze­sta­ła so­bie za­wra­cać gło­wę na­zwa­mi – i pró­bu­je te­raz w swo­jej staj­ni Au­gia­sza na­mie­rzyć kor­ko­ciąg. A kie­dy bu­tel­ka jest otwar­ta, nie kło­po­cze się na­wet szu­ka­niem kie­lisz­ków, tyl­ko sto­jąc na drżą­cych no­gach przy szaf­kach w kuch­ni, bie­rze z gwin­ta wiel­ki łyk i to jest jak wy­pły­nię­cie na po­wierzch­nię po dłu­go­trwa­łym, upo­rczy­wym nur­ko­wa­niu. Ta­ma­ra bie­rze wiel­ki, zwy­cię­ski haust po­wie­trza, al­ko­hol roz­le­wa się w niej do­brze zna­nym cie­płem, wy­peł­nia ją jak płód, któ­re­go aku­rat nig­dy w so­bie nie mia­ła. A po trium­fal­nej se­kun­dzie coś w niej wy­ko­nu­je w tył zwrot, jak nie­po­słusz­ny pułk woj­sko­wy, i Ta­ma­rze robi się nie­do­brze. Przez chwi­lę stoi nie­pew­nie nad zle­wem, nie wie, w ja­kim kie­run­ku po­to­czy się ży­cie: czy jej cia­ło sta­nie się in­ku­ba­to­rem dla tego al­ko­ho­lo­we­go in­tru­za, czy też zbun­tu­je się prze­ciw nie­mu i w nie­kon­tro­lo­wa­nym spa­zmie wy­rzu­ci go z po­wro­tem na po­wierzch­nię. Zno­wu jej się uda­je – wy­gry­wa z al­ko­ho­lem, po­ko­nu­je za­ci­ska­ją­ce się raz po raz na żo­łąd­ku klesz­cze tor­sji.

Bie­rze głę­bo­ki od­dech i wy­pły­wa na spo­koj­ne wody. Choć boi się, że to jej za­szko­dzi – za­pa­la pa­pie­ro­sa. I kie­dy chmu­ra dymu leci w po­wie­trze, ona, śle­dząc jej lot, uspo­ka­ja się jesz­cze bar­dziej. Po­wo­li ro­dzi się chęć na ko­lej­ny łyk al­ko­ho­lu, ale tym­cza­sem Ta­ma­ra zwra­ca swo­ją wy­mię­tą twarz ku oknu. Za­wie­sza wy­bla­kłe, mar­twe spoj­rze­nie na tym, co wi­dać przez szy­bę – zresz­tą co­raz sła­biej w tym gęst­nie­ją­cym, li­sto­pa­do­wym mro­ku.

Ta­ma­ra miesz­ka tam, gdzie sta­ry świat wal­czy z no­wym, na sty­ku – w no­wym blo­ku z wi­do­kiem na ka­mie­ni­cę prze­zna­czo­ną do wy­bu­rze­nia. Ka­mie­ni­cy z dnia na dzień uby­wa, eki­pa od­po­wie­dzial­na za roz­biór­kę stop­nio­wo ujaw­nia jej we­wnętrz­ne or­ga­ny, ob­na­ża jej tkan­ki i be­to­no­wy szkie­let. Po­dob­nie w jej przy­pad­ku – zda­rze­nia przy­cho­dzą i zdzie­ra­ją ko­lej­ne pła­ty jej skó­ry, ujaw­nia­jąc rybi, chwiej­ny i wą­tły krę­go­słup – rów­nież ten mo­ral­ny.

Za­wsze kie­dy pa­trzy w ciem­ne okna sta­rej, zni­ka­ją­cej ka­mie­ni­cy, robi jej się żal. Gdy pali pa­pie­ro­sa na bal­ko­nie i za­glą­da w te na­gie, po­zba­wio­ne szyb okna, w te bla­de – jak tru­pie cia­ło – mury, za­sta­na­wia się, kie­dy ży­cie wy­pro­wa­dzi się z niej, tak samo jak wy­pro­wa­dza się ze sta­rych do­mów. Ka­mie­ni­ca do­sko­na­le współ­gra z jej nie­co skry­wa­ną me­lan­cho­lią. Ta­ma­ra, jak wie­lu pi­ja­ków, jest bar­dzo przy­wią­za­na do prze­szło­ści. W prze­szło­ści wszyst­ko mu­sia­ło być więk­sze, lep­sze i ja­śniej­sze, na­wet je­śli sła­bo się ją pa­mię­ta. Czę­sto więc za nią tę­sk­ni i wspo­mi­na mi­nio­ny czas – jak zde­kla­so­wa­na szlach­ta albo ak­tor epo­ki kina nie­me­go po słyn­nej pre­mie­rze Śpie­wa­ka jazz­ban­du. Choć ona sama nic nig­dy nie po­sia­da­ła – ani ma­jąt­ku, ani ta­len­tu – a jej oso­bi­sta prze­szłość nie ob­fi­to­wa­ła w spek­ta­ku­lar­ne wy­da­rze­nia. Wszyst­ko, co mia­ła, to sie­bie samą i brzmia­ło to jak marsz po­grze­bo­wy.

My­śli więc, że umrze szyb­ko i spek­ta­ku­lar­nie. Może w cie­le ja­kie­goś roz­bi­ja­ją­ce­go się na au­to­stra­dzie sa­mo­cho­du – jak Jo­nasz w wie­lo­ry­bie wy­sko­czy w po­wie­trze, a po­tem roz­pad­ną się ra­zem na ty­siąc tłu­stych ka­wał­ków? To nie­zła śmierć – my­śla­ła wie­le razy – byle tyl­ko nie bo­la­ło, by­lem od razu ob­ró­ci­ła się w proch, spło­nę­ła pręd­ko jak pa­pie­ro­wa chu­s­tecz­ka. Nie po­trze­ba mi żad­nych do­go­ry­wań, le­że­nia w koł­nie­rzu or­to­pe­dycz­nym na od­dzia­le dla umar­la­ków. Stan za­wie­sze­nia mię­dzy ży­ciem a śmier­cią uwa­ża­ła za­wsze za po­dej­rza­ny. Jest zda­nia, że mię­dzy jed­nym a dru­gim win­na prze­bie­gać wy­raź­na li­nia de­mar­ka­cyj­na.

Eki­pa re­mon­to­wa nie przej­mo­wa­ła się jej po­nu­rą prze­my­śle­niów­ką. Pew­ne­go dnia, pod jej nie­obec­ność, zdję­ła dach sta­re­go bu­dyn­ku, szyb­ko i spraw­nie, jak­by był on dom­kiem dla la­lek, i ujaw­ni­ła te nie­za­miesz­ka­ne wnę­trza, w któ­rych, gdy­by do­brze się przy­pa­trzyć, z pew­no­ścią moż­na by doj­rzeć śla­dy daw­ne­go ży­cia – na­pis na­ba­zgra­ny na ścia­nie ręką daw­no nie­ży­ją­ce­go sied­mio­lat­ka, skra­wek spa­lo­ne­go ma­te­ria­łu ukry­wa­ją­cy się przez lata w ką­cie jak ucie­ki­nier z zim­ne­go kra­ju, ka­myk, któ­ry ktoś kie­dyś przy­wiózł znad mo­rza. Kie­dy Ta­ma­ra wró­ci­ła do domu i zo­ba­czy­ła te roz­be­be­szo­ne wnę­trza, po­czu­ła się tak, jak­by to jej ktoś otwo­rzył ko­pu­łę czasz­ki i zaj­rzał do środ­ka. Te­raz już do­brze wi­dać te mar­twe po­ko­je, po któ­rych bie­ga sta­do prze­ra­żo­nych mró­wek, aż pro­si się, by za­pu­ścić tam lep­ki ję­zyk, wy­skro­bać z tej dziew­czy­ny odro­bi­nę stra­chu.

Z dru­giej stro­ny świat się pa­no­szy jak chwast na grząd­ce, w ci­szy ruj­nu­je daw­ną buj­ną ro­ślin­ność i w jej miej­sce, pod osło­ną nocy, sa­dzi wła­sne, tru­ją­ce po­tom­stwo. Nowe blo­ki ota­cza­ją sta­ry bu­dy­nek jak wil­ki ofia­rę. Ta­ma­ra czu­ła, że na­pie­ra­ją i na nią, zwięk­sza­ją uścisk. Z da­le­ka ma­ja­czą wody ba­se­nu, w któ­rym pły­wa­ją są­sie­dzi, ich gło­wy mie­nią się w wo­dzie jak ra­dio­ak­tyw­ne ozdo­by cho­in­ko­we. Za roz­bie­ra­ną ka­mie­ni­cą wscho­dzi osob­ne słoń­ce – bil­bord re­kla­my Lay’s, te­raz, po zdję­ciu da­chu bu­dyn­ku, już bar­dzo do­brze wi­docz­ny, jego neo­no­we świa­tło wpa­da wie­czo­ra­mi do sy­pial­ni Ta­ma­ry i oświe­tla ją sztucz­ną, cho­ro­bli­wą żół­cią.

Każ­de­go dnia, kie­dy kła­dła się spać, wpa­try­wa­ła się w są­sied­ni blok, w któ­re­go oknach ko­lej­no ga­sły świa­tła – pierw­sze, dru­gie, trze­cie, aż w koń­cu przed jej ocza­mi sta­wa­ła nie­wzru­szo­na, przy­tła­cza­ją­ca ciem­ność. Wy­da­wa­ło jej się to do­sko­na­łą me­ta­fo­rą losu. Szcze­gól­nie zaś po­do­bał jej się je­den z tych bu­dyn­ków, naj­wyż­szy z nich, tak wy­so­ki, że wy­da­wał jej się czę­sto tyl­ko do­dat­kiem dla prze­la­tu­ją­cych nad nim sa­mo­lo­tów. Ide­al­ne miej­sce do po­peł­nie­nia sa­mo­bój­stwa, któ­re pla­no­wa­ła re­gu­lar­nie i in­ten­syw­nie – jak­by była jed­no­oso­bo­wym rzą­do­wym ze­spo­łem do spraw pla­no­wa­nia sa­mo­bójstw, wciąż ule­ga­ją­cych od­ro­cze­niu przez ta­jem­ni­czą dziu­rę bu­dże­to­wą bądź z in­nych, nie­poda­nych do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści przy­czyn.

Pi­cie, szcze­gól­nie pi­cie wina, uła­twia­ło tyle spraw. Spro­wa­dza­ło jej wszyst­kie dy­le­ma­ty, nie­gdyś obej­mu­ją­ce Boga, re­li­gię, du­cho­wość, po­li­ty­kę i eko­lo­gię, do jed­ne­go: bia­łe czy czer­wo­ne? Jed­no tyl­ko ją mar­twi­ło – dla­cze­go na­wet roz­wa­ża­nia na te­mat wina mu­szą mieć bar­wy na­ro­do­we? Ale kie­dy była szczel­nie otu­lo­na al­ko­ho­lo­wą mgieł­ką, świat wy­da­wał jej się śli­zgaw­ką, po któ­rej mo­gła su­nąć żwa­wo, z lek­kim roz­ba­wie­niem, a je­dy­ne, co jej gro­zi­ło, to si­niak, gdy przez przy­pa­dek ude­rzy w słup. Na­wet sie­ją­ce gro­zę ese­me­sy zda­wa­ły się ła­god­nieć i za­miast, jak zwy­kle, prze­ra­żać, ba­wi­ły. Na przy­kład te­raz na jej ko­mór­kę przy­cho­dzi po­wia­do­mie­nie na­stę­pu­ją­cej tre­ści: „Ze snu wy­rwał mnie krzyk: po­wiedz jej, że ko­cham! Nie mogę mil­czeć i za­ta­jać praw­dy. Mu­sisz wie­dzieć, kto ko­cha cię do utra­ty tchu!”.

Bez­ce­re­mo­nial­ność pra­cow­ni­ków ezo­staj­ni przy­po­mi­na­ła jej tę, z jaką trak­to­wa­li ją gi­ne­ko­lo­dzy. Choć war­tość jej ży­cia była w ich oczach ni­ska, nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­na z za­war­to­ścią ma­ci­cy, któ­ra nie­odmien­nie kla­sy­fi­ko­wa­na była jako „pu­sta”, to po­dob­nie jak za­stę­py wróż­bi­tów, i oni pró­bo­wa­li wy­ge­ne­ro­wać w niej odro­bi­nę łącz­no­ści z ko­smo­sem. Naj­krót­szą z moż­li­wych dróg.

– Kie­dy pla­nu­je dzie­ci? – Gi­ne­ko­log py­ta­ła ją o to pod­czas każ­dej ru­ty­no­wej wi­zy­ty, czę­sto jesz­cze trzy­ma­jąc w niej pal­ce. Ta­ma­rze za­wsze wy­da­wa­ło się to kiep­ską oko­licz­no­ścią do po­ga­węd­ki, po praw­dzie trud­no jej było się wte­dy sku­pić, tłu­ma­czy­ła so­bie jed­nak, że gi­ne­ko­lo­dzy to od­mien­ny ro­dzaj czło­wie­ka. Rze­czy dla nich na­tu­ral­ne Ta­ma­rze wy­da­wa­ły się nie­po­ro­zu­mie­niem – już sam po­mysł, żeby w bia­ły dzień wska­ki­wać na fo­tel i roz­chy­lać nogi przed zu­peł­nie nie­zna­jo­mą oso­bą, był dla niej ab­sur­dem.

– Nie wiem, nie mam part­ne­ra – mó­wi­ła z prze­ką­sem Ta­ma­ra, kła­dąc na­cisk na tę in­try­gu­ją­cą no­wo­mo­wę, opra­co­wa­ną jej zda­niem po to, by ko­bie­tom ła­twiej było prze­łknąć opie­sza­łość, z jaką ich męż­czyź­ni po­dej­mu­ją de­cy­zję o mał­żeń­stwie. I do­da­wa­ła: – A nie sły­sza­łam, żeby mie­li wzna­wiać Rand­kę w ciem­no.

Po­ja­wia­ją­cy się w re­ak­cji na jej wy­zna­nia wzrok groź­nej gi­ne­ko­lo­ży­cy mu­siał przy­po­mi­nać ten, któ­rym w hi­tle­row­skim bun­krze ob­da­rza­li się wy­so­ko po­sta­wie­ni es­es­ma­ni po ode­bra­niu nie­we­so­łych wie­ści. Po­ra­żo­na wy­zna­niem, prze­ry­wa­ła na chwi­lę swo­je za­ję­cie, pod­no­si­ła oczy na Ta­ma­rę i wy­gła­sza­ła wy­kład o tym, jak to płod­ność ko­bie­ty spa­da o po­ło­wę po trzy­dzie­st­ce piąt­ce, a za­nie­czysz­cze­nie śro­do­wi­ska, stres i tym po­dob­ne czyn­ni­ki spra­wia­ją, że szyb­kie za­płod­nie­nie i tak jest zja­wi­skiem co­raz bar­dziej od­osob­nio­nym. Ta­ma­rze wy­da­wa­ło się wte­dy, że sły­szy sło­wa: „Wróg przedarł się przez na­sze li­nie. Uda­ło się im prze­jąć Zos­sen na po­łu­dniu”, a te­raz prze­miesz­cza­ją się w kie­run­ku Stahns­dor­fu. Są na pół­noc­nych obrze­żach po­mię­dzy Froh­nau a Pan­kow. Do­tar­li do Lich­ten­ber­gu, Mahls­dor­fu i Karl­shor­stu na wscho­dzie.

– Atak Ste­ine­ra po­wi­nien nad tym za­pa­no­wać – od­po­wia­da­ła sta­now­czo nie­ugię­ta Ta­ma­ra, a tak na­praw­dę bą­ka­ła coś na te­mat swo­je­go wciąż mło­de­go wie­ku i za­let póź­ne­go ma­cie­rzyń­stwa.

– Mein Füh­rer... Ste­iner... Ste­iner nie był w sta­nie zmo­bi­li­zo­wać wy­star­cza­ją­co wie­lu lu­dzi. – Gi­ne­ko­lo­ży­ca, z po­li­to­wa­niem za­glą­da­jąc jej w twarz, do­ra­dza­ła, by nie kar­mi­ła się po­pe­li­ną z ko­lo­ro­wych ga­zet. Tym­cza­sem koń­czy­ła wy­kop­ki, osten­ta­cyj­nie zdej­mo­wa­ła gu­mo­we rę­ka­wi­ce i po­zwa­la­ła swej ofie­rze po­wstać oraz wcią­gnąć majt­ki. Ta­ma­ra po­wra­ca­ła do sta­nu jako ta­kiej god­no­ści.

– Wszy­scy poza Ke­ite­lem, Jo­dlem, Kreb­sem i Burg­dor­fem niech wyj­dą. – Tu Ta­ma­ra po­sy­ła­ła ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie po­moc­ni­cy swej gi­ne­ko­log; z bez­czel­nym, peł­nym za­in­te­re­so­wa­nia uśmiesz­kiem na twa­rzy ko­bie­ta przy­słu­chi­wa­ła się kon­wer­sa­cji, wo­dząc pal­cem po zdję­ciach swo­ich dzie­ci. Nie­ste­ty, nie była ona tak po­słusz­na jak wy­so­cy ran­gą na­zio­le i Ta­ma­ra mu­sia­ła kon­ty­nu­ować, zno­sząc jej wścib­skie spoj­rze­nia. – To był roz­kaz! Atak Ste­ine­ra był roz­ka­zem! – pod­no­si­ła głos, su­ge­ru­jąc gi­ne­ko­lo­ży­cy, że w ra­zie po­trze­by pój­dzie do ban­ku sper­my albo za­mó­wi so­bie ją przez in­ter­net i pod­da się in vi­tro. – Nasi ge­ne­ra­ło­wie to ban­da nie­kom­pe­tent­nych i nie­lo­jal­nych tchó­rzy! – wciąż pod­nie­sio­nym gło­sem in­for­mo­wa­ła le­kar­kę, że me­dy­cy­na po­win­na zro­bić wszyst­ko, by umoż­li­wić ko­bie­cie zaj­ście w cią­żę w każ­dym wie­ku. A na ko­niec, pra­wie krzy­cząc, do­da­wa­ła: – Wiel­ka zdra­da wo­bec Nie­miec, ale wszy­scy zdraj­cy zo­sta­ną uka­ra­ni! Za­pła­cą wła­sną krwią! – Te­raz le­kar­ka do­wia­dy­wa­ła się, że Ta­ma­ra pier­do­li ko­niecz­ność roz­ro­du i prę­dzej zaj­mie się ho­dow­lą ro­do­den­dro­nów niż homo sa­piens we wła­snej ma­ci­cy! A kie­dy pani gi­ne­ko­log z osłu­pia­łą miną wrę­cza­ła jej ra­chu­nek za wi­zy­tę, Ta­ma­ra mru­cza­ła już tyl­ko do sie­bie, z gnie­wem: – Prze­gra­li­śmy tę woj­nę.

A te­raz to ona ma roz­dzia­wio­ne usta i wpa­tru­je się w ko­mór­kę wzro­kiem prze­chod­nia, któ­ry na­tknął się na ofia­ry wy­pad­ku dro­go­we­go. Dra­ma­tyzm tego ese­me­sa i jego lek­sy­kal­na nę­dza spra­wia­ją, iż dziew­czy­na za­sta­na­wia się, kto za nim stoi, czło­wiek czy wód­ka. Ona do­brze zna ten pro­blem (nie ma się czym chwa­lić). Pa­mięć pi­ja­ka to kró­lik wy­ska­ku­ją­cy z ka­pe­lu­sza. Prze­szłość Ta­ma­ry była jak sta­ry, po­cię­ty na ka­wał­ki film ORWO. Pa­mię­ta­ła coś z lu­te­go 2011 roku, póź­niej na­gły skok do mar­ca na­stęp­ne­go roku. I tak da­lej. To­tal­ny eks­pe­ry­ment nar­ra­cyj­ny. Ta­ma­ra żyła tak, jak­by chcia­ła wszyst­kim udo­wod­nić, iż chro­no­lo­gia zda­rzeń jest ab­so­lut­nym prze­żyt­kiem.

W każ­dym ra­zie te­raz jest cał­kiem za­in­te­re­so­wa­na. „TAK”, od­pi­su­je więc na otrzy­ma­ne­go ese­me­sa, stan środ­ków na kon­cie zmniej­sza się o 3,49 zło­te­go. Tak, owszem, Ta­ma­ra chce się do­wie­dzieć, kto ją ko­cha aż tak dra­ma­tycz­nie.

„Nie wiem, jak ci to po­wie­dzieć, ale ty je­steś bra­ku­ją­cym ele­men­tem tej ukła­dan­ki”, na­pi­sa­ne jest w pierw­szej czę­ści od­po­wie­dzi. – Nie przy­po­mi­nam so­bie, że­by­śmy prze­cho­dzi­ły na ty, pier­dol­nię­ta Aisho – mówi na głos Ta­ma­ra, ge­sty­ku­lu­jąc żywo nad te­le­fo­nem; strze­pu­je po­piół z wła­śnie za­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa na swo­je nie­świe­że ubra­nie i swo­ją hand made me­li­nę, zło­żo­ną z per­ma­nent­nej nie­chę­ci oraz skład­ni­ków or­ga­nicz­nych, któ­re we­szły – jak ona – w stan roz­kła­du, i czy­ta da­lej: „Ta oso­ba wy­sy­ła bar­dzo sil­ną ener­gię, bym mo­gła ci prze­ka­zać waż­ną wia­do­mość. Czy mam te­raz zdra­dzić imię i na­zwi­sko tej oso­by?”.

Drżą­cy­mi pal­ca­mi Ta­ma­ra wy­bie­ra li­ter­kę T, prze­su­wa pa­lec pod A. Chwi­la peł­na na­pię­cia, jak­by wła­śnie od­pa­la­ła ła­du­nek wy­bu­cho­wy; już za­raz się do­wie, kto ją ko­cha, choć ma po­dej­rze­nia, że je­dy­na pra­wi­dło­wa od­po­wiedź brzmi: jej di­ler. Jed­nak skąd wróż­ka mia­ła­by znać jego na­zwi­sko, sko­ro zna je tyl­ko In­ter­pol? Tym­cza­sem jed­nak wszech­świat od­da­la roz­wi­kła­nie ta­jem­ni­cy tej mi­ło­ści, oto bo­wiem te­le­fon ko­mór­ko­wy za­czy­na wi­bro­wać w ręce Ta­ma­ry tak, jak­by był prze­stra­szo­nym chrząsz­czem. Żu­kiem gno­ja­kiem, gra­na­to­wym ska­ra­be­uszem, któ­ry chciał­by za­grze­bać się w tkan­kach, ży­łach jej ręki i ryje wy­trwa­le, draż­niąc jej ner­wy, pró­bu­jąc prze­bić się do spodu, na­ru­szyć fak­tu­rę skó­ry.

Dziew­czy­na nie spo­dzie­wa­ła się ta­kie­go ob­ro­tu zda­rzeń, jej pa­ra­no­je ska­czą o jed­ną kre­skę na nie­ist­nie­ją­cej ska­li po­mia­ru pa­ra­noi. Zwłasz­cza że przy­szedł jej na myśl aku­rat ten di­ler, któ­ry był tak miły i dał jej ostat­nio na kre­skę (kre­skę na kre­skę, gwo­li ści­sło­ści), zwa­żyw­szy na dłu­go­trwa­łą zna­jo­mość, a dłu­gi u di­le­rów – wia­do­mo, co to ozna­cza. Ta­ma­ra dys­kret­nie zer­ka więc na le­żą­cą na łóż­ku po­dusz­kę, spraw­dza, czy aby nie ma na niej gło­wy ko­nia.

Cóż, te­le­fon Ta­ma­ry dzwo­nił rzad­ko, a je­śli już, to naj­czę­ściej po to, by gło­sem z au­to­ma­tu za­chę­cić ją do kup­na wszech­stron­nej go­lar­ki do nóg bądź szczo­tecz­ki do zę­bów, któ­ra po ostat­nich udo­sko­na­le­niach in­te­li­gen­cją do­rów­ny­wa­ła po­dob­no pra­cow­ni­kom Do­li­ny Krze­mo­wej.

Nie wie­dzia­ła, co ro­bić.

A za­wsze gdy nie wie­dzia­ła, co ro­bić, za­czy­na­ła pić.

Na po­cząt­ku mó­wi­ła so­bie: „A co tam, moż­na chy­ba cza­sem tro­chę się pod­je­bać!”. Sęk w tym, że „cza­sem” i „tro­chę” nie szły w pa­rze ze sty­lem jej al­ko­ho­lo­wej kon­sump­cji. „Tro­chę al­ko­ho­lu” to był oksy­mo­ron, a przed­ro­stek „pod”, do­da­ny do tego wul­gar­ne­go cza­sow­ni­ka, trze­ba by gwo­li ści­sło­ści w te pędy zmie­nić na „na”.

I te­raz wła­śnie znów to zro­bi­ła, wy­pi­ła swój przy­dzia­ło­wy al­ko­hol i leży na pod­ło­dze, obej­mu­jąc rze­czy­wi­stość jo­giń­skim od­de­chem, a świat jest jak pa­pie­ros bez fil­tra – z każ­dym wde­chem wni­ka­ją w nią ty­sią­ce sub­stan­cji smo­li­stych. I by­ła­by da­lej tak po­dró­żo­wa­ła do wnę­trza zie­mi swo­im ma­łym, wa­żą­cym le­d­wie czter­dzie­ści osiem kilo po­jaz­dem ko­smicz­nym o na­zwie Ta­ma­ra Mor­tus, gdy­by nie ten te­le­fon. – Co jest, kur­wa? – mru­czy Ta­ma­ra gło­sem oso­by mo­czą­cej swe stru­ny gło­so­we w de­na­tu­ra­cie. Gapi się na ko­mór­kę jak na nie­zna­ny, nie­wpro­wa­dzo­ny jesz­cze do ob­ro­tu ga­dżet. Jak­by nie ro­zu­mia­ła za­sad dzia­ła­nia te­le­fo­nu: kie­dy dzwo­ni, trze­ba ode­brać. Wy­da­je jej się może, że je­śli od­bie­rze, to słu­chaw­ka opa­rzy ją w ucho, że wyj­dzie stam­tąd ja­kieś cia­ło obce i we­ssie ją do środ­ka, od ucha po­czy­na­jąc, a na sto­pach wraz z pa­znok­cia­mi koń­cząc.

Wy­świe­tla­ją­cy się nu­mer nic Ta­ma­rze nie mówi. Wy­glą­da jak do­wol­nie wy­bra­ny przez kom­pu­ter. Może to data uro­dze­nia, data pierw­sze­go po­ca­łun­ku, data ry­chłej śmier­ci. Ta­ma­ra nie ma pa­mię­ci do dat, nie ma też pro­fe­tycz­ne­go daru. Ale wy­co­fa­nie z rze­czy­wi­sto­ści po paru se­kun­dach mija. Ta­ma­ra zno­wu wie, do cze­go słu­ży te­le­fon, i po chwi­li wa­ha­nia od­bie­ra go, za­sta­na­wia­jąc się, co też jej ze­chcą wci­snąć tym ra­zem: ni­sko opro­cen­to­wa­ny kre­dyt, wie­lo­funk­cyj­ne­go ro­bo­ta ku­chen­ne­go czy może wi­bra­tor z funk­cją zdal­ne­go pi­lo­to­wa­nia stat­ków ko­smicz­nych?

Ale