Nocne czuwanie - Sarah Moss - ebook
Opis

Anna, rozdarta między potrzebami swoich dzieci a obowiązkami domowymi, próbuje kontynuować pracę nad książką. Bohaterka mieszka odcięta od świata na niewielkiej szkockiej wyspie, którą jej mąż odziedziczył w spadku. Pewnego dnia odkopuje w swoim ogrodzie szkielet małego dziecka. Anna – z wykształcenia historyk – zaczyna własne dochodzenie. Być może odkrywając sekrety wyspy, nauczy się, jak radzić sobie z wyzwaniami, które na jej drodze stawia życie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 510

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Night Waking

Originally published in English by Granta Publications under thetitle Night Waking, copyright © 2011 by Sarah Moss

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Kamila Markowska / panbook.pl

Projekt typograficzny i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Urszula Gireń

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

eISBN 978-83-7976-677-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

1.

ZASADA RZECZYWISTOŚCI

„Okazuje się, że zachowania społeczne nie zaistnieją, dopóki dana osoba nie przejdzie od zasady przyjemności do zasady rzeczywistości. Twierdzenia tego nie można jednak odwrócić– przejście od zasady rzeczywistości do zasady przyjemności nie gwarantuje socjalizacji”.

Anna Freud, Normality and pathology

inchildhood, Penguin, Londyn 1965, s. 145.

Łabędzie są przy brzegu, w zapadającym zmierzchu lśnią niczym wycinanki z papieru. Przez całą noc będą coś szeptać, a wiatr poniesie ich głosy, pokrzepiające niczym dźwięk oboju. W domu mamy tylko zwykłe łabędzie, łabędzie nieme. Mieszkają na rzece, nad którą karmimy kaczki. Ich dzioby wyglądają jak dotknięte jakąś średniowieczną chorobą. Śpią, stojąc na jednej nodze, z głową schowaną pod skrzydłem, niczym bezdzietni pasażerowie zasłaniający oczy przepaską podczas transkontynentalnego lotu. Tutejsze morskie łabędzie chyba nigdy nie zasypiają, żeglują w zachodzącym słońcu jak statki odpływające do dalekich krain. Wydają się spokojne i obojętne. Przypominają tancerzy w corps de ballet, poktórych nie widać bólu ani zmartwienia. Byćmoże toatut dla gatunku, którego osobniki łączą się w pary nacałeżycie.

Zerkam w stronę domu. Jego fasada, ciemna jak klify po drugiej stronie wyspy, jest odwrócona od ostatnich promieni światła. Słońce zmierza w stronę Ameryki, budzącej się, kiedy my żegnamy dzień. Jeden z łabędzi wyciąga szyję do nieba i krzyczy, bijąc skrzydłami o wodę, tak wzburzony, jakby właśnie sobie przypomniał, że stracił przyjaciela. Widziałam raz umierającą gęś, berniklę kanadyjską, która przeleciała długą trasę z Arktyki, by zakończyć życie na poboczu drogi M40. Jedno skrzydło poruszało się jeszcze w rytm jakiejś niesłyszalnej muzyki, drugie leżało na pasie rozdzielającym autostradę, głowa zaś była nieruchoma. Stałam na kładce dla pieszych i patrzyłam, nie przestając huśtać wózkiem, żeby dziecko się nie obudziło. W końcu przejechał ją kierowca jakiejś ciężarówki, kierując się miłosierdziem lub nieuwagą. Na szosie został tylko tuman piór i czerwona maź. Nasze łabędzie są bezpieczne. Przez lato. Podobnie jak my, wrócą jesienią na południe, ale na razie nie grożą im samochody. Nie ma tu dróg ani kładek. Na coraz ciemniejszym niebie pojawiają się gwiazdy. Przeszywa mnie dreszcz. Właściwie nie jest zimno, ale pora wracać.

Prądu wciąż nie było, co nie ma właściwie znaczenia w lecie, jeśli tylko naładowaliśmy baterie w laptopach. Giles zapalił świeczkę.

– Popatrz! To nasz domek.– Podał mi ulotkę z biura podróży, złożoną tak, że widać było maleńkie zdjęcie kamiennego domu obok plaży, zrobione zeszłego lata, zanim zaczęły się prace budowlane. Założyliśmy, że koszt remontu się zwróci, kiedy zaczniemy wynajmować domek letnikom. Prawda jest jednak taka, że nawet jeśli Giles przestanie zapraszać znajomych i, Boże dopomóż, rodzinę, nie biorąc od nich pieniędzy, nigdy nie uda nam się zarobić tyle, żeby zwrócił się koszt okien o potrójnych szybach, wypełnionych argonem, systemu odzyskiwania zużytej wody (dzięki któremu spłukuje się toaletę wodą po praniu) i używanych mebli (ze sklepu z Bath, przetransportowane drogą lądową i morską za kwotę, która zaskoczyła Gilesa). Może uda się to naszym wnukom. Jeśli w ogóle. Podniosłam ulotkę do światła.

Spędź tydzień lub dwa na własnej wyspie! Tradycyjny czarny dom, pomysłowo zaadaptowany, położony na odludnej wyspie Colsay, z widokiem na morze ze wszystkich okien. Dom, przebudowany według projektu nagradzanego architekta, ma ogrzewane podłogi łupkowe, zestaw prysznicowy z deszczownicą i meble kuchenne wykonane ręcznie z lokalnych materiałów. Nie ma telewizora, jest za to bogata kolekcja książek, a także gry i przybory plastyczne, które zapewnią rozrywkę w deszczowe dni. Na wyspie nie ma dróg i samochodów. Gospodarz odbierze cię z przystani w Colli i będzie służył pomocą, kiedy zapragniesz wybrać się na zakupy lub na wycieczkę do miasta– Inversaigh i okolice mają sporo do zaoferowania. Na Colsay można obserwować ptaki i zwiedzać historyczne miejsca, albo po prostu odpoczywać w ciszy i spokoju w naprawdę wyjątkowym otoczeniu.

– Naprawdę wyjątkowym?– zbyt gwałtownie odłożyłam ulotkę, gasząc niechcący świecę.– Nie za dużo przymiotników? Giles, trzeba było mnie poprosić, żebym to napisała. Na litość boską, użyłeś wykrzyknika. A poza gdzie indziej też można odpocząć w ciszy, wiesz? Na przykład w bibliotekach.

Tęsknię za ciszą bibliotek. W moich ulubionych nie słychać nawet łabędzi.

– Nie mogłem cię poprosić.– Giles zaczął odpalać świecę od mniejszej świeczki. Oczywiście nakapał przy tym woskiem na swoje papiery.– To było wtedy, kiedy obaj mieli grypę żołądkową.

Czyli wtedy, gdy Giles zdecydował, że musi nadal chodzić do pracy, bo „tego się od niego oczekuje”, a ja siedziałam w domu, ścierając wymiociny z dywanów. Płacą mi niezależnie od tego, czy akurat pracuję, czy nie, co Giles mi ciągle wytyka. Taką mam umowę. „Pracownik akademicki zobowiązany jest do prowadzenia badań, których projekt przedstawił przed objęciem stanowiska, i do osiągania realistycznie zaprojektowanych celów”. Poza tym żeby uznano, iż wywiązałam się z obowiązków, wystarczy, że dwadzieścia cztery razy rocznie wezmę udział w formalnej kolacji w moim kolegium. Większość profesorów (czyli panie, które mają już swoje lata oraz styl bycia i wzbudzają respekt) nie rozpoznałaby mnie na ulicy, chociaż prawdę mówiąc, niewielu ludzi rozpoznałoby mnie na ulicy, ponieważ jestem schowana za wózkiem. Wózek w przedpokoju może i jest wrogiem pracy twórczej[1], ale na ulicy mógłby stanowić przykrywkę dla dowolnego przestępstwa. Mogłabym wyjść na ulicę z karabinem maszynowym i spacerować ubrana tylko w szpilki, ale jeśli będę pchała przed sobą wózek, nikt nie zwróci na mnie uwagi.

– Tak czy inaczej– powiedział Giles– pustelniczce ta cisza odpowiadała. Chyba o to właśnie chodzi? Auć.– Wosk pociekł mu po palcach.

– Wydaje mi się, że pustelniczka była zbyt zajęta, szukając czegoś do jedzenia i chowając się przed Wikingami. Zapalniczkę? Zapałki?

Wzruszył ramionami. Rozejrzeliśmy się oboje, tak jakbyśmy mogli dostrzec książki dla dzieci, nadgryzione herbatniki i rozrzucone papiery, które wypływają z każdego otworu tego domu.

– No cóż. Przynajmniej nie możemy posprzątać, skoro nic nie widać.– Przesunęłam stopę i nadepnęłam na coś miękkiego, co albo było przyklejone do podłogi, albo nadzwyczaj ciężkie, na przykład krnąbrne małe zwierzę albo placek z owocami mojej teściowej.– Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że to ty będziesz przywoził i odwoził gości. Ja muszę skończyć Piękny okres. I kto ma przygotować tę kolekcję książek?

Miałam przesłać wydawcy maszynopis książki Piękny okres: dzieciństwo w Wielkiej Brytanii w drugiej połowie XVIII wieku w zeszłym miesiącu. Teoretycznie, jako autorka książki, powinnam mieć większe szanse na znalezienie pracy. W praktyce przez najbliższych kilka dekad nie będzie pracy dla historyków, a nawet gdyby była, to nie dostanie jej osoba, która ostatnich osiem lat głównie zmieniała pieluchy, zamiast kupować drinki w bufecie konferencyjnym. Giles zaczął zdrapywać wosk z papierów i robić z niego kulki.

– Przestań– powiedziałam.– Moth je zje.

Wrzucił jedną do świeczki.

– Lepiej, żeby jadł to niż ptasie kupy.

Wstałam.

– Nie twierdzę, że ptasie kupy mają stanowić podstawę diety niemowlęcia. Zresztą właśnie dlatego zrezygnowałam z ogrodu. Nie mogę sadzić drzew, bo musiałabym oderwać od niego wzrok na sekundę lub dwie. Lepsze kupy niż naparstnica.

Naparstnice zawierają toksynę, która spowodowałaby zatrzymanie krążenia u dziecka, zanim zdążylibyśmy przepłynąć cieśninę i dotrzeć do gabinetu lekarskiego, który jest otwarty cztery razy w tygodniu.

– Dobiegłem do niego w samą porę. Wszystko wypluł. Już ci to mówiłem.

– Jasne. Mówiłeś. Idę do łóżka.

Oparzyłam się, próbując utrzymać świeczkę w dłoni, a droga przez pokój przypominała nocny spacer polem minowym, co nie powinno nikogo dziwić, jako że na podłodze mogły leżeć zabawki na kółkach.

Zarzuciłam poranne prysznice, ponieważ Raph dawał mi tylko trzy minuty, po czym siadał na dywaniku w łazience ze stoperem, mówiąc mi, ile milimetrów lodu stopiło się właśnie na biegunie, a Moth, który wciąż żywo pamięta, do czego służą piersi, zaglądał za zasłonkę, mocząc sobie ubranie i pokazując, o co mu chodzi. Dziwnie jest brać prysznic przy świecach, napełniłam więc wannę taką ilością gorącej wody, że niedźwiadki polarne z pewnością by w niej utonęły, i stanęłam przed biblioteczką, zastanawiając się, czy utopić smutki w Marjorie na pensji czy raczej pobudzić intelekt wybranymi esejami Henry’ego Jamesa. Wybrałam Jak opiekować się dzieckiem (1947), w nadziei, że kiedy to ostatnio czytałam, przegapiłam porady dotyczące bezsenności u niemowląt. Rodzina Gilesa od czasów wojny przywoziła tu książki, których nikt nie chciał czytać.

– Zasnęłaś– powiedział Giles. Znalazł zapałki i nową świecę, albo wyskoczył na zewnątrz z krzesiwem.

Szyja mi zesztywniała, a woda zrobiła się zimna. Podniosłam się z trudem i ziewnęłam.

– No i?– Przynajmniej nie musiałam wciągać brzucha, w świetle świecy niewiele było widać.

– Kiedyś w końcu utoniesz.

Potarłam sobie szyję i ochlapałam twarz wodą.

– Jestem pewna, że obudziłabym się, gdybym miała płuca pełne wody. Gdyby to było takie proste, ludzie nie musieliby sobie podcinać żył. Zresztą to chyba przyjemny sposób na śmierć.

Zabrał się za mycie zębów. Kiedy Giles myje zęby, słychać to prawdopodobnie aż na stałym lądzie.

– Aco z dziećmi?

– Brudzisz sobie sweter pastą. Będziesz się musiał nimi zająć.– Co zresztą jest prawdopodobnie jednym z powodów, dla których decyduję się pozostać przy życiu.

Poczekałam, aż Giles odstawi świecę na regał przy drzwiach, po czym wyszłam z wanny. Dywanika nie było tam, gdzie się go spodziewałam, postanowiłam więc wyobrazić sobie, że to, w co wdepnęłam, to woda. Robię to regularnie, alternatywą bowiem byłoby sprzątanie, a jest to czynność, której odmawiam z przyczyn ideologicznych– nie chce mi się ich precyzować nawet przed samą sobą.

Wypluł pastę.

– Fajne cycki, psze pani.

– Odwal się. Nawet ich nie widzisz.– Nie są fajne, i to już od kilku lat. Od ręcznika czuć lekko rybą. Aby trafić do drzwi, musiałam przejść przez kłąb dymu.– Chyba właśnie podpaliłeś „Guardiana”.

– Szlag.– Wziął płonącą gazetę ze stosu ubrań leżących na regale i cisnął ją do wanny. Zdążyłam rzucić okiem na szefa kuchni o dwuczłonowym nazwisku i prosiaka, zanim pochłonęły ich zielone płomienie, a następnie woda.– Cóż, już ją przeczytałem.

– Ja nie. Oszczędzałam ją. Na kąpiel przy elektrycznym świetle.

– Przeczytaj online. Chodź, już po północy.– Dotknął dłonią mojego ramienia i sięgnął niżej, pod ręcznik, przesuwając palce wzdłuż mojego kręgosłupa.

Trzepnęłam go w rękę.

– Jeśli uda mi się spędzić trochę czasu przy komputerze, nie zmarnuję go na czytanie cholernego „Guardiana”, tylko będę pisać książkę. Mówiłam, odwal się.

Kiedy wysiada prąd, najbardziej brakuje mi nieodłącznego spojrzenia mojego budzika. Trudno jest nawigować przez noc bez tej przystani. Na pewno nie spałam długo, ponieważ w naszej wychodzącej na zachód sypialni było wciąż ciemno jak w trumnie, kiedy dotarł do mnie płacz Motha. Podłoga była lodowata i szorstka. Kiedy przechodziłam przez korytarz, na którym wstający dzień zaznaczał już swoją obecność dzięki niezasłoniętemu oknu, usłyszałam jakiś szelest i skrzypienie dobiegające ze strychu. Podniosłam Motha, który chwycił mnie za włosy i wytarł zasmarkany nos w moją szyję.

– Mama.– Miał jedzenie za uchem, ale jego włosy wciąż miały maślany zapach niemowlęcia. Pocałowałam go w słony policzek i poczułam, jaki jest ciężki.– Mama. Moth boi.

Zaczęłam chodzić tam i z powrotem, cztery kroki w każdą stronę, starając się nie wpaść na dziewiętnastowieczną żelazną kratkę stojącą przed kominkiem. Giles wspominał, jak jego ojciec zainstalował grzejniki elektryczne– nie uległ nowoczesnym trendom, ale nie było już na wyspie nikogo, kto mógłby zbierać dla niego torf.

– Mama śpiewa Gruffalo.

– Później. Gruffalo rano.

– Mama śpiewa Gruffalo!

Pogłaskałam go.

– Dobranoc, Gruffalo. Gruffalo śpi.

– Chcę Gruffalo!

Jeśli zacznie krzyczeć, obudzi Raphaela, który nie będzie chciał słuchać Gruffalo, tylko kłamliwych opowieści o tym, dlaczego nasza planeta wciąż będzie istnieć, kiedy dorośnie. Zamruczałam Mothowi do ucha.

– Mała Mysz w ciemnym lesie chciała zażyć raz ruchu. Kiedy lis ją zobaczył, zaburczało mu w brzuchu. Dokąd idziesz tak sama? Tu jest dość niebezpiecznie. Urządziłem przyjęcie. Musisz przyjść. Dziś, koniecznie.

Podniósł głowę.

– Obiad.

Położyłam jego głowę z powrotem na moim ramieniu.

– Nie, to wąż.

– Lis obiad.

– Skoro tak dobrze to znasz, to czemu sam…

– Dalej.

– Nie, dziękuję. Nie zwabisz mnie tak łatwo, mądralo. Na przyjęcie mnie dzisiaj…

– Obiadek.

– Obiadek. Zaprosił Gruffalo. Co? Gruffalo? A co to takiego? Czyżbyś nie znał…

– Nie wiedział, kolego.

Obawiam się, że znam teraz książki Julii Donaldson lepiej niż dzieła Jana Jakuba Rousseau, ale zacięcie, z jakim Moth mnie poprawia, sugeruje, że na niczym się dobrze nie znam. Co jest prawdopodobne.

– Aco to za stwór, co straszliwe ma szpony oraz kły? I straszliwie ma pysk uzębiony?– Moth opadł mi bezwładnie na ramię.– Oczy pomarańczowe, jęzor czarny jak smoła, fioletowe zaś kolce rosną mu dookoła.– Przeskoczyłam do wegańskiej końcówki.– Mysz znalazła orzeszek. Orzeszek był pycha[2].

Jego palce rozluźniły uścisk. Zanuciłam Skye Boat Song, i zbliżyłam się spacerowym krokiem do łóżeczka, a następnie wróciłam w pobliże regału, tak jakbym zwiedzała piątą dzielnicę. Rekonesans się udał. Wykonałam podejście numer dwa, kierując się w stronę okna i robiąc krótką przerwę koło łóżeczka, jakby moją uwagę przyciągnęła witryna jubilera. Moth oddychał spokojnie, położyłam go więc ostrożnie, zaryzykowałam i przykryłam kocykiem, ominęłam skrzypiące deski w podłodze i szeleszczący pokrowiec na marynarkę, który wisiał na drzwiach z jakiegoś Gilesowi tylko znanego powodu, i właśnie przesuwałam Gilesa na jego stronę łóżka, kiedy Moth obudził się i zobaczył, że jest sam w miejscu, które jeden z moich poradników o wychowywaniu dzieci nazywa „klatką porzuconą gdzieś w ciemności”. Nie całkiem porzuconą. Kiedy Raphael zawołał mnie, żebym usunęła spod jego łóżka somalijskie dzieci-żołnierzy, o których pisano w zeszłotygodniowym numerze „Guardiana”, niebo nad górami pojaśniało. Sprowadziłam dzieci-żołnierzy po schodach i poszłam się schować z laptopem w niedokończonej, pomysłowo przebudowanej chatce, z której wygonił mnie poranek w postaci motorówki z budowlańcami.

Moja książka dotyczy związku między romantyczną celebracją dzieciństwa jako czasu czystego i radosnego a jednoczesnym wzrostem liczby instytucji zajmujących się dziećmi– szkół z internatem, sierocińców, szpitali i więzień. W tym samym okresie, w którym Wordsworth radował się dzieciństwem, nazywając je smugą chwały[3], a Rousseau polecał naśladować instynktowną mądrość niemowląt, inni ludzie, czasami nawet zwolennicy tych idei, utrzymywali instytucje, które zabierały dzieci ubogim i przekształcały je w pożytecznych konsumentów i producentów ery kapitalizmu. Nic się nie zmienia– współczesne poradniki także prezentują te dwa poglądy. Albo dzieci przychodzą na świat z pięknym wnętrzem, którego rozwój powinniśmy umożliwiać, traktując je z szacunkiem (zabierz dziecko do swojego łóżka, kiedy się obudzi w nocy), albo rodzą się jako prymitywne istoty składające się z żądań i trzeba je uspołecznić (pozwól im płakać, dopóki nie nauczą się, że nie prowadzimy nocnego trybu życia). Intryguje mnie to, że w tej samej epoce postrzegano dzieci jako istoty niewinne i zamykano je w różnego rodzaju ośrodkach. Kiedy zaczęłam się tym zajmować, wydawało mi się, że był to po prostu przejaw konfliktu między idealizmem a pragmatyzmem, pobłażaniem a dyscypliną. Im więcej jednak czytałam na ten temat, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że wszystkie te ośrodki miały własne, utopijne założenia. Ich celem było zapewnienie wychowankom świetlanej przyszłości, która nie byłaby możliwa dla dzieci dorastających w rodzinach. Teoretycznie miały działać inaczej, lepiej, chociaż wydaje mi się, że w naturze człowieka i instytucji leży dążenie do zachowania status quo, a nawet do pogarszania tego, co jest. Ośrodki wychowawcze, przynajmniej te osiemnastowieczne, to ucieleśnienie optymizmu i wiary w ludzkość zdolną do zmian, wiary, którą już utraciliśmy. Mój wydawca mówi, że przyjmie maszynopis, jeśli dostarczę go do września. Wierzę, że mi się uda. A uda mi się, jeśli urządzenie na USB, które zdaniem Gilesa ma rozwiązać moje problemy z brakiem szerokopasmowego internetu na wyspie, a tym samym brakiem dostępu do internetowych baz danych, zadziała. Uda mi się, jeśli będę potrafiła zachowywać się tak, jakby sen był kwestią wyboru.

Zakończyłam już zbieranie materiałów w archiwach. Nawet ja nie byłabym tak głupia, żeby przyjechać na wyspę Gilesa, gdyby było inaczej. Przestudiowałam odręczne zapiski na temat posiłków, rachunków, wydaleń ze szkoły i kar stosowanych w placówkach z internatem, przebiłam się przez listy darczyńców wpłacających na szpitale dla porzuconych dzieci, przejrzałam pożółkłe instrukcje drukowane nierówną czcionką: „Zprawdziwą Przyjemnością spostrzegam, iż Wychowaniem Dzieci zajęli się wreszcie Rozsądni Mężczyźni (…), niestety, zbyt długo Zajęcie to należało do Kobiet, które nie mogą posiadać Wiedzy niezbędnej do właściwego wykonania tego Zadania (…)” (William Cadogan, Esej o wychowaniu, Londyn 1973). Przejrzałam już większość opracowań, chociaż dość późno zdałam sobie sprawę, że najważniejszą pracę na temat dzieciństwa i instytucji wychowawczych wykonała Anna Freud i jej uczniowie krótko po II wojnie światowej. Od dawna zresztą zamierzałam przeczytać samego Freuda. Udawałam, że go czytałam, ale to nie była prawda. Wydaje mi się, że Freud wskazuje zależność między potencjałem jednostki a samokontrolą jego rodziców, moim zaś zdaniem większy wpływ mają rozwiązania ekonomiczne i polityczne, łatwiej jest zresztą je zastosować. Bardziej prawdopodobne jest zaprowadzenie pokoju na Bliskim Wschodzie i rozwiązanie problemu biedy i głodu na świecie, niż bezbłędne wychowanie dzieci, dlatego wolę słuchać proroków lewicy, a nie podszeptów serca. Marksa stawiam przed Freudem. Nie można się zastanawiać tylko nad tym, co jest słuszne– równie ważne jest to, czy jest możliwe. Tak czy inaczej, kiedy zobaczyłam w bibliotece uniwersyteckiej, że prace zebrane Zygmunta i Anny Freudów nie były wypożyczane przez ostatnich dziewięć lat, stwierdziłam, że mogę je zabrać ze sobą, żeby pooddychały świeżym powietrzem. Mam już szkic całości, więc Giles stwierdził, że cisza i odosobnienie Colsay lepiej się przysłużą pisaniu, poprawianiu i medytowaniu o psychoanalizie niż gorące oddechy pozostałych profesorów na karku. Przecenia moją umiejętność abstrakcyjnego myślenia i zdecydowanie nie rozumie, że nikt na uczelni nie przejmuje się specjalnie moją pracą.

Powinnam pracować nad konkluzją, co jest dość niepokojące, nie jestem bowiem pewna, czy moja książka w ogóle do jakiejś zmierza. Za laptopem niebo przecinały ptaki, które wyglądają jak mewy. Patrzyłam, jak jeden z nich spada z dużej wysokości prosto do morza. Z łodzi, w bezwietrzny dzień, można zaobserwować podwodną część ich życia– ślizgają się i skręcają za rybami niczym foki, otoczone przez unoszące się z piór bąbelki powietrza. Rozejrzałam się za łabędziami, ale najwyraźniej gdzieś popłynęły. Otworzyłam rozdział z podziękowaniami. Na samym końcu składam podziękowania Gilesowi Cassinghamowi, choć nie potrafię powiedzieć, za co.

– Hej, ty.– Giles siedział przy stole, czytając katalog ogrodniczy, podczas gdy Moth, marszcząc brwi, w wielkim skupieniu wrzucał owsiankę do koperty, która zawierała także pismo z urzędu skarbowego w sprawie ulgi podatkowej na dzieci. Pracownicy urzędu na zmianę pragną obsypać nas rubinami albo wziąć w zastaw naszą owsiankę, dopóki im czegoś niezapłacimy, w zależności od czynników, których nie udało nam się jeszcze zidentyfikować.– Jest prąd. Zrobiłem ci herbatę.

– Zagotował za dużo wody– odezwał się Raph spod stołu.

– Mama lubi wypić rano dwa kubki.– Giles zerknął na moją wiktoriańską koszulę nocną, która kiedyś, dawno temu, miała kolor złamanej bieli, i narzucony na nią sweter.

– Ale gotuje ją drugi raz, zanim wypije drugi kubek. Wiesz, że dzieci w Afryce umierają z pragnienia? Założę się, że ich mamy nie piją herbaty.

Moth obrócił kopertę do góry nogami i patrzył, jak owsianka powoli wycieka na podłogę, a oficjalna korespondencja ląduje na niej niczym spadochron. Giles spakował te listy, w nadziei, że zajmiemy się nimi na wyspie, i przywiózł ich tu tyle, że można by zakryć cały stół kuchenny. Błyskotliwa kariera Gilesa opiera się na jego umiejętności przewidywania, co zrobią maskonury, na podstawie ich obecnych zachowań. Wydaje mi się, że musi wierzyć, choćby na siłę, że ludzie potrafią się zmienić bardziej niż ptaki.

– Wszystko chlup– powiedział Moth.– Jeszcze!

Giles podał mu kolejną kopertę. Sączyłam herbatę, która zdążyła wystygnąć i za mocno naciągnęła.

– Awiesz, że niektóre dzieci w Afryce mają klimatyzację, telewizję satelitarną i szoferów? To kontynent, a nie obóz dla uchodźców.

– Dlaczego my nie mamy telewizji satelitarnej?

Giles wstał.

– Bo to narzędzie kapitalistycznego nadmiaru, który pierze mózg i promuje amerykański imperializm. Anna, przejmij pałeczkę, idę do Jake’a, mam do niego sprawę.

– Nie ma mowy– wymamrotałam.– A zresztą, niech będzie. Raph, pomyśl o tym, jaki telewizja zostawia ślad węglowy. Nie możesz przejmować się globalnym ociepleniem i jednocześnie chcieć różne sprzęty.

Wyczołgał się spod stołu po rozlanej owsiance Motha i wstał.

– Dlaczego nie mogę?

– Dlaczego?– dodał Moth.– Moth chce dżem.

Wyprostowałam się.

– Moth, zjedz owsiankę. Bo wyprodukowanie sprzętów elektronicznych wymaga zużycia dużej ilości energii, a przy okazji powstaje wiele toksycznych odpadów.

– Jakich konkretnie?

Zapomniałam, że postanowiliśmy nie dawać Raphaelowi żadnych dodatkowych powodów do zamartwiania się o teraźniejszy i przyszły stan naszej planety.

– Nie wiem. Moth, kochanie, nie wkładaj sobie owsianki we włosy. Swojemu bratu też nie.

– Owsianka we włosy! Mama umyje.

Przejechałam mu po włosach starą pieluszką tetrową. Odepchnął ją.

– Akuku!

Przyłożyłam sobie pieluszkę do twarzy i zarzuciłam jej koniec na głowę.

– Akuku!

– Mamusiu, wyglądasz głupio. Będziesz chodziła przez cały dzień w koszuli nocnej?

Zjadłam kawałek zapomnianego przez Motha tostu.

– Nie. Za moment pójdę na górę i przebiorę się w jeden z moich fantastycznych, markowych strojów do zeskrobywania owsianki.

Moth zaczął sobie czesać włosy upaćkanym od dżemu nożem.

– Raph, chciałbyś umyć podłogę? Wydaje mi się, że jesteś już dość duży i możesz to zrobić całkiem sam, tylko musisz uważać.

– Co? Mogę wziąć duże wiadro?

Wyjęłam Motha z krzesełka i sprawdziłam, czy nie ma na nim owsianki.

– Jeśli uważasz, że jesteś na tyle dorosły, żeby nie porozlewać.

To Giles wymyślił sobie ogród. Ja nigdy nie rozumiałam, jaki sens ma powiększanie obszaru, którym trzeba się zajmować, zwłaszcza teraz, kiedy mamy plażę za progiem i dzieci mogą przynajmniej z widzenia poznać to, co Giles uparcie nazywa Światem Naturalnym, tak jakby budowanie domów i kupowanie żywności, której się samemu nie wyprodukowało lub czytanie książek, których się nie napisało, było w jakiś sposób nienaturalne. Giles uważa, że w Oksfordzie dzieci za dużo przebywają w domu, siedząc na kanapie i przekopując się przez domową biblioteczkę niczym termity. Jego zdaniem lepiej, żeby Moth jadł naparstnice i ptasie odchody i przemakał do suchej nitki w pięknych okolicznościach przyrody. Giles spędza dni samotnie, pracując.

– Chodź– powiedziałam do Motha.– Poszukamy ubrań dla mamusi.

Moth wolno wchodzi po schodach, tym wolniej, im bardziej się go pogania. Idę za nim, szeroko rozkładając ręce, i próbuję wykorzystać czas na myślenie o książce. W holu na parterze posadzka pokryta jest piękną, wiktoriańską mozaiką. Kafelki są białe, czarne i w różnych odcieniach czerwieni, która kojarzy się z rzeźnikiem i kawałkami mięsa. Słupki balustrady są rozstawione rzadko. Mają wyglądać imponująco, bezpieczeństwo dzieci jest drugorzędne.

– Raph?– zawołałam.– Raph, chcesz pójść do ogrodu?

Po małym przystanku na przywitanie szpar między deskami na podeście i kolejnym na dotknięcie paluszkiem kwiatów wyrzeźbionych na komodzie, dotarliśmy do mojej sypialni. Moth wdrapał się na łóżko, rozsmarowując owsiankę po poduszce. Sweter, który nosiłam od początku tygodnia, miał ślady po zupie na rękawie, ale szanse na to, że spotkam kogoś, kogo będzie to obchodzić były mniej więcej takie, jak te, że łabędzie zamienią się w księżniczki i będą kręcić piruety na plaży. Moth podał mi skarpetkę.

– Moth też do ogrodu?

Wytrząsnęłam wczorajsze majtki z dżinsów. Tak naprawdę to nie jest żaden ogród. Mamy krokusy, a w czerwcu kilka lubiących ryzyko, skarlałych żonkili. Wbrew wszelkim historycznym dowodom, Giles wierzy w to, że można być tu samowystarczalnym w zakresie warzyw i owoców, zamówił więc przez internet kilka odpornych, karłowatych jabłonek. Kiedy już odbyliśmy cztery podróże łodzią w celu przewiezienia ich tutaj, przyszedł Jake, żeby skonsultować się w kwestii belek dachowych, a wykładowczyni historii nie dała rady wykopać dziur na islandzkie drzewka, podczas gdy jej potomstwo zlizywało ptasie kupy z kamieni.

– Moth je robaki w ogrodzie– powiedział Moth, siadając na mojej bosej stopie. Poruszyłam palcami, łaskocząc go w pupę. Wyglądało na to, że moja druga skarpetka zniknęła.

– Raphael?– zawołałam. Ten dom bywa zbyt wielki, choć przeważnie cieszę się, że kamienne ściany tłumią każdy hałas, także wściekły płacz dziecka. Giles miał czyste skarpetki w swojej szufladzie, pozwijane w pary. Założyłam jedną i wyciągnęłam rękę do Motha.– Chodź, posadzimy drzewka.

Wciąż próbuję wymyślić, co zrobić z Mothem, kiedy muszę zająć się czymś innym niż aktywną opieką nad dziećmi. W domu, to znaczy w Oksfordzie, nie miałam tego problemu. Kiedy pracowałam, to pracowałam, a kiedy byłam w domu, to zajmowałam się dziećmi, bezustannie zastanawiając się, któremu poczytać najpierw, szacując, które prędzej wpadnie w złość. W końcu udawało mi się przybić do przystani o nazwie kolacja, kąpiel i łóżko, z kilkoma bisami na odszukanie zaginionych misiów, przyniesienie wody i/lub wyjaśnienie pojęcia pędu i inercji, zanim wreszcie obaj zasnęli, a ja mogłam kontynuować swoje życie intelektualne, dopóki Moth nie zaliczał pierwszej pobudki. Nikt nie oczekiwał, że będę sadzić drzewa. Nikt nie oczekiwał, że Moth będzie się sam bawił. Nie umiem sadzić drzew. Z brukowanego podwórka przed domem dobiegały rytmiczne plaśnięcia– to Raphael skakał na swojej wielkiej piłce.

– Moth? Chcesz pójść ze mną i zobaczyć, jak rosną drzewa?

Moth szedł chwiejnie przez wysoką trawę, tratując wschodzące żonkile w poszukiwaniu ptasich kup. Może są w nich jakieś składniki odżywcze niezbędne dla rozwoju niemowlęcia, których brak w mojej kuchni jest niewybaczalny.

– Moth? Pójdziemy razem i będziemy kopać dużą łopatą mamusi?

Zero odpowiedzi. Poszłam za nim.

– Dużą, ostrą łopatą mamusi?

Odwrócił się.

– Ostrą łopatą?

Pokiwałam głową.

– Bardzo ostrą łopatą.

Chwila ciszy.

– Moth bardzo ostrą łopatą.

Odwrócił się i powędrował w stronę ostrej łopaty. Ponieważ oznaczało to oddalenie się od ptasich kup i zbliżenie do miejsca, które miało być moim polem operacyjnym, uznałam to za postęp. Ziewnęłam i przeciągnęłam się. Długie godziny dzieliły mnie od pójścia spać. Zmusiłam się do myślenia o kopaniu. Moth buszował w drzewkach, poowijanych w jutowe worki, po czym złapał trzonek łopaty. Była za ciężka.

– Moth bardzo ostrą łopatą.

– Tak, Moth, kochanie, chcesz pomóc mamusi wykopać dziurę? Ładną dziurę, w którą włożymy korzenie drzewka?

Zaczął ciągnąć łopatę przez trawnik, niczym myśliwy tak dumny ze swojego mamuta, że nie potrafi spokojnie poczekać na wsparcie.

– Nie. Łopata Motha.

– Ale łopata jest do kopania dziur. Wykopiemy dziurę? Moth i mamusia?

– Nie.

– Ale Moth, popatrz. Tak się używa łopaty.

Złapałam za trzonek. Wyrwał mi go.

– Mamo, oddaj. Łopata Motha.

– Ale kochanie, zobacz…– Rzucił się na ziemię i rozłożył ręce. Takiego krzyku nie powstydziłoby się niewiniątko, które właśnie zobaczyło nadchodzących sługusów Heroda.– No już dobrze, już dobrze. Łopata Motha.– Zdążył już nabrać powietrza i spojrzał na mnie niczym niewiniątko na sługusa Heroda, któremu właśnie powiedziano, że to konkretne dziecko jest dziewczynką.– W porządku, Moth bawi się łopatą. Mamusia znajdzie coś innego.

– Łopata Motha.– Usiadł obok łopaty i zaczął głaskać trzonek.– Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa, nic nie będą robiły, łopatką się bawiły.

Wkoszyku obok drzew leżała łopatka. Jak się można było spodziewać, próby przebicia się nią przez splątany torf spaliły na panewce.

– Aaa, aaa, bardzo grzeczna łopata.– Pochylił się i dał łopacie całusa.– Dobranoc, kochanie. Śpij.

Zastanawiałam się, czy skoro łopata zasnęła, mogę ją przywrócić do świata dorosłych.

– Czy łopata poszła spać?

– Pst.– Pogłaskał ją.– Cicho, mamusiu. Łopata śpi.

Podniosłam się z kolan, żeby z większą siłą oprzeć się na łopatce. Równie dobrze kopałoby mi się łyżką. Nawet piłka do skakania ucichła.

Na lunch było coś w rodzaju omletu z ziemniakami. Gilesowi powiedziałam, że to frittata. Powinnam była albo ugotować najpierw ziemniaki, albo zacząć je smażyć godzinę wcześniej, ale jednym z plusów chodzenia do szkoły z internatem jest to, że Giles potrafi zjeść nawet najmniej udane danie. Teoretycznie nie pochwalam gotowania. Nie przez przypadek gotowe dania i supermarkety pojawiły się w tym samym czasie, co zmiany w prawie na rzecz równego traktowania. W praktyce jednak gotowanie oznacza, że możesz schować się w kuchni z nożem w ręku, słuchając radia, a mimo to będziesz Dobrą Mamą, tym samym wyzwalając się na chwilę z domowej niewoli, choć raczej nie w taki sposób, o jaki chodziło Mary Wollstonecraft, Emmeline Pankhurst i Betty Friedan. Tutaj zresztą jest to jeszcze mniej przyjemne, ponieważ trudno jest złapać sygnał radiowy, warzywa z objawami choroby morskiej przywożone są z Colli raz w tygodniu, a oliwa z oliwek, którą Giles polewa wszystkie moje wątpliwe wytwory niczym jakimś keczupem dla wyższych klas, kosztuje prawdopodobnie więcej niż heroina. Która byłaby zapewne bardziej skuteczna.

Po frittacie wyszłam, podczas gdy Giles robił jeszcze kawę. Nauczyłam się tego od niego. Nie należy mówić: „Czy mógłbyś położyć Motha na poobiednią drzemkę i ująć Raphaela w swoich późniejszych planach, żebym mogła przez godzinkę popracować?”. Nie wolno nawet powiedzieć: „Idę chwilę popracować, w porządku?”. To zdanie również zostałoby potraktowane jako punkt wyjścia do negocjacji. Trzeba po prostu wyjść z pokoju, jakby w ogóle nie przyszło ci do głowy, że ktoś musi posprzątać po obiedzie, zmienić Mothowi pieluszkę i spędzić pół godziny nad łóżeczkiem, głaszcząc go po pleckach, podczas gdy Raph będzie zjeżdżał po poręczy, jodłując tak, jak nauczył go jego ojciec chrzestny Matthias, następnie sprzątnąć toaletę, pomóc Raphowi w układaniu Lego, które Moth zjadłby, gdyby nie spał, i zrobić rosół. Potem trzeba obudzić Motha, w przeciwnym razie prześpi popołudnie i będzie na nogach przez całą noc, jakby był przedstawicielem jakiejś spowitej w winorośle kultury śródziemnomorskiej, której dorośli reprezentanci sprawiają wrażenie, jakby nie potrzebowali w ogóle czasu dla siebie. Przemknęłam ukradkiem obok domu, zwinęłam laptopa z luksusowej chatki letniej/miejsca budowy, bo tam można by mnie zbyt łatwo znaleźć, i poszłam wzdłuż plaży w kierunku ruin wioski. Właściwie trudno to nazwać wioską– składają się na nią pozostałości po dwunastu kamiennych chatkach, z których żadna nie była większa niż kuchnia w Colsay House. Ich mieszkańcy wyprowadzali się stąd stopniowo od końca XIX wieku i tylko jeden dom, najdłużej zamieszkany, wciąż miał większą część dachu. Jak dotąd lato było chłodne, zastanawiałam się więc, czy uda mi się rozpalić niewielki ogień na palenisku, ale wioskę widać z okien naszego domu, a ostatnią rzeczą, którą zapracowana matka chce zrobić, jest wysłanie sygnałów dymnych zdradzających miejsce jej pobytu, muszą mi więc wystarczyć rękawiczki bez palców i płaszcz, choć taki strój budzi we mnie żałośnie prawdziwe uczucie, że zaraz będę wychodzić. W chacie stoi też kuchenny stół, na podłodze leżą owcze bobki, a na ścianie wisi oprawione w ramkę zdjęcie młodego człowieka w mundurze z czasów II wojny światowej, ale mnie wystarcza, że w pokoju z sufitem łapię internet.

Otworzyłam wstęp, czego zwykle nie robię, bo nie jest zbyt dobry. Trudno mi uzasadnić sens pracy. Zaczynam niezbyt oryginalnie, opisem Dzikiego Chłopca z Averyon, który stanowiamusebouche[4] do niejednej książki o historii dzieciństwa. Dzikiego Chłopca znaleziono, gdy twardo spał w lesie w okolicach Averyon, w Alpach Francuskich, w 1797 roku. Miał około dwunastu lat, głęboką bliznę sięgającą od jednego ucha do drugiego, był nagi i niemy. Od lat przychodził do miejscowych rolników po jedzenie, nikt jednak nie wiedział, skąd przybywał i dokąd szedł. Stał się doskonałym obiektem eksperymentów filozoficznych– ludzka istota wychowana poza społeczeństwem (milczeniem pomijano kwestię osób, które go sprowadziły na świat, karmiły piersią, pilnowały, by nie jadł naparstnicy i ptasich kup, kiedy był za mały, żeby samemu na to wpaść, a następnie, kilka lat później, poderżnęły mu gardło i zostawiły w lesie na pewną śmierć). Jean-Marc Itard, który uznał ucywilizowanie Dzikiego Chłopca za swoją życiową misję, napisał:

Czy można by się spodziewać, że będzie znał istnienie Boga? Nawet jeśli pokaże się mu niebiosa, zielone pastwiska, rozległe przestrzenie, dzieła Natury, nie dostrzeże w nich nic, jeśli nie będzie tam dla niego pożywienia, i tak oto przedstawia się jedyna droga, jaką zewnętrzne obiekty przenikają do jego świadomości.

Harlan Lane, The Wild Boy of Aveyron

Cambridge, Harvard University Press, s. 39.

Wpatrywałam się w te słowa przez chwilę. Bóg czy jedzenie– czego szukałbyś na zboczu góry?

– Mamusiu?

– Jezu Chryste, Raph, co ty tu robisz?

– Mamusiu, chciałabyś, żebym ci zrobił dynamo do laptopa? Mogłabyś sobie siedzieć i pedałować, a energia szłaby do procesora. Mogłabyś ćwiczyć podczas pisania.

– Nie, nie mogłabym, ponieważ mam tak mało czasu na pisanie, że nie zużywam nawet tyle energii, ile potrzeba do wyciśnięcia jednego grejpfruta. Zakładając, że można by tu dostać grejpfruty. Raph, idź, proszę, poszukaj tatusia. Daj mi chwilę popracować, dopóki Moth śpi.

Miał poplątane włosy z tyłu głowy, w tym miejscu, na którym leżał. Ubrany był w koszulkę, którą kupiłam trzy lata temu. Wtedy była o trzy rozmiary za duża, teraz nie zakrywała mu nawet pępka.

– Trzeba by to tu gdzieś zamontować na stałe, raczej trudno byłoby to przesuwać, ale mogę to bez problemu zaprojektować. Jakbyś chciała grać w coś, to musiałabyś szybko pedałować, żeby wytworzyć dość energii, ale do obsługi edytora tekstu wystarczy, jeśli będziesz jechać podczas pisania. Mógłbym nawet tak zrobić, żeby ta energia zasilała piekarnik albo farelkę. Mogę poszukać materiałów w internecie…

Mówiąc, patrzył przez okno, na nieużywany kurnik i pozbawiony dachu gołębnik.

– Raph, proszę. Na pewno byłoby cudownie. Pozwól mi tylko zerknąć na wstęp.

– Moglibyśmy urządzić siłownię w czarnym domu i ludzie, którzy będą przyjeżdżać, mogliby produkować dla siebie energię. Można tam zrobić coś w rodzaju bieżni– łatwo je zbudować. Rzymianie używali czegoś takiego do podnoszenia dźwigów, niewolnicy w tym biegali jak chomiki w karuzeli.– Zaczął wywijać kółka rękami, jak ludzie, którzy na lotniskach idą tyłem i dają znaki samolotom.– Można nawet zbudować urządzenie do wyciskania ciężarów, mechanizm byłby dość nieporęczny, ale to żaden problem.

Upodstaw tej książki leży zestawienie romantycznych oczekiwań i ekonomicznego podejścia Locke’a. Dzikość Dzikiego Chłopca nie leży, jak mógłby się spodziewać dziewiętnastowieczny czytelnik, w jego duchowym związku z krajobrazem, ale w braku tego związku. Jego dzieciństwo nie było „smugą chwały”. To nieletni homo economicus, potencjalny konsument i producent, którego należy uwolnić według ściśle określonego programu. Takim właśnie homo economicus zajmuje się większość dziewiętnastowiecznej literatury popularnej traktującej o dzieciństwie. Szczególnie interesują się nim poradniki dla rodziców. Rodzicielstwo przestało być stanem biologicznym. Przekształciło się w przedsięwzięcie, które może się nie powieść, tym samym tworząc przestrzeń dla różnych instytucji, które miały zastąpić nieudane komórki rodzinne i społeczne.

Uczymy się więc, pomyślałam, uczymy się, że stajemy się człowiekiem dzięki rodzicom, i możemy to człowieczeństwo utracić. Można odebrać człowiekowi pełnię jego człowieczeństwa. Dziki Chłopiec nie nauczył się mówić, nie nauczył się bawić, kochać, nie nauczył się nawet spać spokojnie w nocy. A wszystko to dlatego, że rodzice go odrzucili. Wykasowałam pierwsze homo economicus i zaczęłam szukać synonimu.

– Mamusiu?

– Co?

– Pani Towers ze szkoły mówi, że powinno się zawsze mówić „słucham”.

– Pani Towers nie ma racji. O co chodzi?

– Jak już będziemy mieli tę ekologiczną siłownię, nie? Chcesz, żeby zasilała też telewizor?

– Nie ma tu telewizora.

– No, ale mógłby być, nie? Bo gdyby był zasilany prądem wytwarzanym tutaj, to by było zaprzeczenie kapitalistycznego imperializmu kulturowego?

– Raph, przestań mówić ciągle „nie?”.

Zegar w moim laptopie się spóźnia, ale na pewno nie ma mnie już od co najmniej godziny i czas obudzić Motha. Giles go nigdy nie budzi. Mam nadzieję, że nie dlatego, że uważa, iż noce są moim problemem, ale dlatego, że przerasta go przewidzenie problemu, który pojawi się dopiero za jakieś sześć godzin.

– Chodź, pójdziemy obudzić Motha.

[1] Aluzja do słynnej książki krytyka literackiego Cyrila Connolly „Enemies of Promise” i zdania: „Nie ma poważniejszego wroga dobrej sztuki niż dziecięcy wózek w przedpokoju”. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Wszystkie fragmenty „Gruffalo” w tłumaczeniu Michała Rusinka.

[3] William WordsworthOda o przeczuciach nieśmiertelności, czerpanych ze wspomnień o wczesnym dzieciństwie, tłum. Zygmunt Kubiak.

[4] Przystawka wielkości jednego, maksymalnie dwóch kęsów.

Colsay House,

Colsay

30 września 1878

Najdroższa Allie,

Miałam nadzieję, że w Inversaigh będzie czekał na mnie Twój list, ponieważ powiedziano mi, że kilka tygodni upłynie, zanim ktoś będzie się przeprawiał znowu przez cieśninę, ale nie szkodzi. Mam nadzieję, że w domu wszystko dobrze i że Muzy Taty dobrze się zachowują? Wciąż widzę w wyobraźni dziewięć dziewczynek wybiegających ze studia w niekompletnych strojach i przyjaciółki Mamy, które próbują je złapać i zmienić w racjonalne kobiety, żeby panna Horton się nie złościła! Napisz wkrótce, moja kochana, proszę! Dostałam bardzo przyjemny list od panny Emily, w którym zapewnia, że służy mi wszelką pomocą i radą. W środku był też list od samego Sir Hugo, który prosi, żebym przekazała mu wszystko na temat tutejszej społeczności, zwracając szczególną uwagę na problemy, które niewielka sumka pieniędzy mogłaby, moim zdaniem, rozwiązać. Właściciel ziemski, który ma za nic swoich dzierżawców, tak by się nie wyraził!

Podróż minęła spokojnie, chociaż miałaś rację, że powinnam była wziąć więcej książek, a w hotelu w Edynburgu wydawało mi się, że wszyscy mnie obserwują, dlatego nie czułam się na siłach zejść do jadalni, a w efekcie tego tchórzostwa za całą kolację musiały mi wystarczyć bułki z pobliskiego sklepiku. Zjadłam je za to w łóżku, pozwalając sobie na to z uwagi na brak jakichkolwiek świadków. Dwa dni temu dotarłam tutaj, po niezbyt spokojnej przeprawie morskiej, i od tego czasu zdążyłam rozpakować kufer, obeszłam wioskę dookoła, przespacerowałam się wzdłuż brzegu i podjęłam próbę zaprzyjaźnienia z gospodynią. Przypuszczam, że jutro powinnam zacząć moją pracę, w jakiś sposób. Jak dotąd udało mi się zerknąć tylko na tutejszych ludzi i odniosłam wrażenie, że nie pragną bliższej znajomości– kobiety gawędziły na „ulicy” (określam tak nierówno wybrukowany teren między domami, raczej nieodpowiedni dla jakiegokolwiek ruchu kołowego, co nie ma oczywiście znaczenia, nie sądzę bowiem, żeby były tu jakieś pojazdy), ale na mój widok wycofywały się do domów. Może jednak to tylko zmęczenie wywołane pierwszymi dniami w nowym miejscu.

Mam mieszkać w Wielkim Domu (tak się go tu określa, choć ledwie zmieściłaby się w nim nasza biblioteka i gabinety Papy), i choć w porównaniu z innymi zabudowaniami wygląda na wygodny (czy uwierzyłabyś, że niektórzy z tutejszych mieszkańców wciąż śpią i jedzą ze zwierzętami?), zastanawiam się, czy ostatecznie nie okaże się to przeszkodą. Przypuszczam, że wszyscy wiedzą, że sprowadziła mnie tu panna Emily i że dostaję od niej pensję, ale mimo to wydaje mi się, że łatwiej byłoby mi wykonywać moją pracę, gdybym mieszkała pomiędzy ludźmi, którym mam pomóc. Wielki Dom jest oddalony od wioski, a także od poletek uprawnych i od morza, jakby dla podkreślenia, że jego mieszkańcy nie potrzebują upraw albo sieci, by zapełnić swój stół. Przyznaję jednak, że ciężko byłoby mi się rozstać z materacami z pierza i żelaznymi piecykami Wielkiego Domu, zwłaszcza że w wiosce takich udogodnień nie zauważyłam. Nie wyobrażaj sobie jednak, że to jakiś starożytny zamek, który zachwyciłby Papę– jeśli nawiedzają go duchy, to tylko malutkich dzieci ludzi biednych i chorych. Zrozumiałam, że ojciec Sir Hugo zburzył starą siedzibę, w której mieszkały miejscowe panny i poplecznicy księcia Karola, a w jej miejsce zbudował schludny, nowoczesny budynek, który pomieści rodzinę lub wędkujących przyjaciół, ale nie pretenduje doniczego więcej i na pewno nie można go porównać z domem Cassinghamów w Edynburgu. Nie mów Papie, ale prawdę mówiąc, nie tęsknię za kamiennymi posadzkami i otworami strzelniczymi, skoro mogę mieć okna przesuwne i wygodną kratę przed kominkiem, na której mogę ogrzać stopy, kiedy wiatr wyje pod okapem, a deszcz siecze o dachówki przywiezione tu ze stałego lądu dla wygody Cassinghamów (choć podzieliłabym jego wstręt do holu wykładanego kafelkami, który wygląda jak miejskie łaźnie i nawet po kimś, kto od niedawna jest arystokratą, można by spodziewać się czegoś lepszego).

Mam mały pokoik w bocznym skrzydle. Dawniej, zanim Sir Hugo się ponownie ożenił, Cassinghamowie spędzali tu lato. W pokoju tym mieszkały wówczas dziewczęta. Pytałam, kiedy tu ostatnio byli– podobno ich syn, Hartley, spędził tu kilka tygodni wiosną, ale nie przypodobał się nikomu. Karczmarz z Inversaigh powiedział, że „wyspiarze nie nawykli do zachowania takich nowoczesnych młodzieńców, a różni tacy gadali, że trza mu było mieć więcej rozumu i nie kłopotać dzierżawców swojego ojca”. Zauważyłam, że na Colsay nie ma zbyt wielu okazji do grzechu, a on odparł w stylu samego Johnsona, że zbawienie nie zależy od miejsca zamieszkania, z czym trudno się spierać! Okazał też całkiem zrozumiałą ciekawość w temacie moich zamiarów, jako że z pewnością niewiele angielskich dam przejawia skłonność do odwiedzin na Colsay, ale kiedy usłyszał, że jestem kwalifikowaną pielęgniarką, a nie damą szukającą rozrywki, skomentował tylko, że Cassinghamowie już dawno powinni byli o tym pomyśleć. Zauważyłam, że Sir Hugo i jego siostra, która mnie tu przysłała, kierowana czystą filantropią (o ile oczywiście filantropia może być całkiem czysta), ale podczas tej rozmowy po raz pierwszy zetknęłam się z negatywnymi uczuciami, charakterystycznymi dla tego regionu, o których tyle czytałyśmy. To przykre, że dobry uczynek biednej panny Emily został splamiony przez politykę.

Córka karczmarza okazała się bardziej rozmowna i z jej paplaniny wywnioskowałam, że druga Lady Hugo nad przyjazd tutaj przedłożyła Niceę, a spoglądając przez okno, z którego nie widać dosłownie nic, ponieważ pada gęsty deszcz, a chmury wiszą tak nisko, że chowa się w nich mur otaczający ogród, nietrudno zrozumieć dlaczego. Aż dziw bierze, gdy sobie uświadamiam, że obrazy Aubreya przedstawiają to samo miejsce, ale nawet on nie mógł wymyślić tego światła padającego na morze. Mam nadzieję, że dam radę sprostać jego oczekiwaniom. Żałuję, że nie wiem, co Aubrey powiedział Sir Hugo na mój temat, i nie mogę przestać się zastanawiać, dlaczego tak bardzo chciał, żebym przyjęła tę posadę– mam wrażenie, że to jakiś test, ale nie wiem, czy ma sprawdzać moje uczucie do niego, czy raczej mój charakter i umiejętności zawodowe. W każdym razie wygląda na to, że wszyscy pokładają we mnie sporą nadzieję i przyznaję, że na razie jestem nieco wstrząśnięta tym, jak mnie tu przyjęto. Panna Emily zatrudniła kobietę, niejaką panią Barwick, która pochodzi z Colsay, ale została wyszkolona na pokojówkę i taką też pracę wykonywała, dopóki nie wyszła za mąż za ukochanego z dzieciństwa i nie przyjechała tutaj na stałe. Teraz będzie mi służyć pomocą w domu. Z jej stroju wnioskuję, że owdowiała, chociaż tutaj starsze kobiety noszą się na czarno, ale ubrania pani Barwick wyglądają jakby nie pochodziły stąd. Będę musiała poprosić ją nie tylko o gotowanie i prowadzenie domu, ale także o bycie tłumaczką, ponieważ tutejsze kobiety nie mówią chyba za bardzo po angielsku, a w najważniejszych momentach na pewno będą raczej używać ojczystego języka!

Poszłam dzisiaj na cmentarz (naprawdę ciepło ubrana, w płaszczu przeciwdeszczowym, który dostałam od panny Emily), spodziewając się, że ujrzę tam zbyt wiele malutkich grobów, ale kiedy wróciłam, pani Barwick, która najwyraźniej śledziła mój niepewny spacer z okna, skomentowała, że „nie warto wykopywać grobu dla każdego dziecka”, a kiedy ostatnio kogoś chowano, w grobie były już dwie inne trumny, nie licząc starego Jamesa McGilliesa. Nie dociekałam, czy stary James McGillies był pierwszą osobą pochowaną w tym grobie, czy raczej grabarzem, który go wykopał!

Wkażdym razie moja świeca się właśnie dopala, a jeśli mam zacząć od jutra zarabiać na swoją pensję, powinnam się już położyć. Napisz wkrótce i powiedz Mamie, żeby też to zrobiła– nie będę prosiła Papy o to, żeby porzucił swoje Muzy, ponieważ kto wie, co mogą zrobić, jeśli nie będą pod ciągłym nadzorem (chociażby namówić do czegoś biedną Hettie albo zainspirować kucharkę do tworzenia sonetów, a nie sufletów, a wtedy biedny Papa będzie zły…).

Uściski dla wszystkich, jak zwykle,

May

2.

NIE DO UŻYTKU TERAPEUTYCZNEGO

„Ważne jest, w jaki sposób chłopiec bawi się kolejką– czy czerpie przyjemność z odgrywania katastrof kolejowych (symbolizujących stosunki seksualne rodziców), czy też interesuje go budowanie tuneli i podziemnych linii kolejowych (wyrażających zainteresowanie tym, co kryje ciało), czy ładuje do pełna wagony i samochody (symbol ciężarnej matki), czy raczej zajmuje go prędkość i bezkolizyjna jazda (symbol sprawności fallicznej), (…) tego rodzaju rozważania nie są przeznaczone do użytku terapeutycznego, a nawet, żeby to jeszcze silniej podkreślić, są bezużyteczne w terapii. Opierając na nich interpretację, zignorowalibyśmy mechanizmy obronne ego…”

Anna Freud, Normality and Pathology

inChildhood, s. 26.

NOCNE CZUWANIE: 01:17

Ćwiczyłam pilates, kiedy jeszcze lokalna populacja obejmowała odpowiednich instruktorów i inne matki z klasy średniej, które zbyt często spoglądały w lustro, ale nie nienawidziły się na tyle, żeby pójść na siłownię. Poczuj, jak kręgi rozluźniają ci się wokół rdzenia kręgowego, mówiła instruktorka (tak naprawdę nie jest to pocieszająca wizja, bo chyba chcemy czuć, że kręgi chronią nasz rdzeń kręgowy? Sztywność karku to niska cena za możliwość poruszania się?). Od trzydziestu sześciu minut stałam pochylona nad łóżeczkiem, a Moth zaciskał klejące paluszki wokół mojego palca wskazującego. W tym czasie podjęłam cztery próby ucieczki, zaśpiewałam wszystkie zwrotki Aaa, kotki dwa szesnaście razy i wmówiłam sobie, że mrowienie w dłoniach jest wczesną oznaką niosącej ukojenie choroby neurologicznej. Ile lat życia oddałabym za osiem godzin nieprzerwanego snu?

To zależy od tego, jak długo będę żyła. Ze stu lat oddałabym dziesięć. Zastanawiam się, ile książek zdołałabym przeczytać między dziewięćdziesiątymi a setnymi urodzinami. Mogłabym bezkarnie żyć w czymś, co moja matka określała mianem Okropnego Bałaganu, żywić się Kit Katami i solonymi prażynkami. Zawsze podobały mi się domy opieki. Mijałam jeden na rowerze, kiedy woziłam dzieci na basen i jechałam na pilates. Zerkałam do środka na starsze panie siedzące w fotelach w kwiatki, czytające albo oglądające telewizję przed południem, i na malutkie kuchnie niczym z domku dla Barbie, którego nigdy nie miałam. Założę się, że używały tych kuchni do pieczenia ciast dla siebie, a czasem spotykały się w saloniku z boazerią i małymi stolikami, przypominającym scenografię do filmu kostiumowego, z bukietami kwiatów, pudełkami czekoladowych ciasteczek i pianinem. Nie, nie zrezygnuję z całej dekady dogadzania sobie i konsumowania słodyczy, nawet na rzecz snu. Próbuję zabrać palec, a Moth chrząka i otwiera jedno oko. Ok, pięć lat ze stu. Pod warunkiem, że będę mogła spać w samotności, w jakimś dźwiękoszczelnym miejscu, wiedząc, że Giles zajmuje się dziećmi.

Wglobalnej skali, co oddałabym za sen? Czy wybrałabym pokój w Palestynie, czy dwanaście godzin snu? Czysta woda dla dzieci w Afryce czy tydzień urlopu od macierzyństwa? Początek ery przemysłu, który nie powodował jeszcze emisji dwutlenku węgla, czy miesiąc nocy bez pobudek? Dobrze, że Szatan nie zjawia się w środku nocy, by uciąć sobie pogawędkę z matkami cierpiących na bezsenność niemowląt.

Moth rozluźnia uścisk. Milimetr po milimetrze wysuwam swój palec, zatrzymując dłoń nad jego ręką, żeby nie zmienić kształtu cienia padającego na łóżeczko albo nie zakłócić przepływu wydychanego przez Motha powietrza. Zaczynam się prostować, a wtedy on się odwraca.

– Mama zostaje.– Pochylam się znowu i podaję mu drugą dłoń, żeby rozruszać zdrętwiałe ramię.– Nie. Druga rączka.

Ile lat bym teraz oddała? Teraz, kiedy cierpię takie katusze? Jeśli nie pójdę zaraz spać, wyjdę z domu i pójdę po kamieniach do morza, i będę tak szła, dopóki wyspa nie stanie się tylko plamką na lśniących falach, a zimna woda wypełni moje płuca.

Zostaję.

– Trzeba go było zostawić.– Giles podniósł wzrok znad działu sportowego. Najwyraźniej poprosił Jake’a o przywiezienie mu egzemplarza „Guardiana” z najdalszego punktu sprzedaży gazet na stałym lądzie. Rzuciłam okiem na okładkę, na której widniało zdjęcie kobiety w chuście na głowie tulącej kalekie dziecko.

– Na miłość boską, nie pozwól, żeby Raph przeczytał wiadomości. Już to przerabialiśmy. Moth jest lepszy w krzyczeniu niż ja w słuchaniu tego krzyku. Ma nade mną przewagę. Już ci mówiłam, że jego zdaniem to zabawne, kiedy szlocham i walę głową w ścianę.

Giles postawił kubek z kawą na starszym, nieotwartym liście z urzędu skarbowego.

– Wolałbym, żebyś tego nie robiła. Nie dajesz w ten sposób dobrego przykładu.

– Do jasnej cholery, Giles. Sam spróbuj schylać się nad łóżeczkiem przez trzy godziny, patrząc w ciemność i modląc się o śmierć.

– Jasna cholera– powiedział Moth, waląc miską o stół.

– Anna!– Giles nie znosi, kiedy dzieci przeklinają.

– Co? Boisz się, że zrobi ci wstyd przed sąsiadami? Zszokuje mewy brzydkimi słowami? Spadaj do swojej eko-chatki posiedzieć w męskim gronie, a ja posprzątam po śniadaniu i jeszcze raz spróbuję posadzić te cholerne drzewa.

– Spadaj– powiedział Moth do swojej łyżki.– Cholerne drzewa.

Giles wstał, ale nie był aż tak wytrącony z równowagi, żeby zapomnieć „Guardiana”.

– Nie lubię, kiedy tak mówisz.

Nalałam sobie herbaty.

– Jasne. Mnie denerwuje, kiedy czuwam w środku nocy, a ty udajesz, że śpisz, a potem cały dzień schodzi mi na zajmowaniu się dziećmi i domem i nie mam kiedy pisać, a w tym czasie ty snujesz się po okolicy, licząc ptaki i pijąc herbatkę z Jakiem.

Zaczął się wycofywać.

– Anno, nie liczę ptaków. Próbuję dociec, dlaczego populacja maskonurów spadła o 25% w ciągu ostatnich czterech lat…

– Czyli już je policzyłeś.

– Ajeśli chodzi o prace domowe, powiem tylko tyle: jeśli zabierają ci cały dzień, to nie pracujesz zbyt wydajnie…

– Jestem historykiem, pamiętasz? Zatrudniona w St Mary Hall? Jeśli chciałeś za żonę kurę domową, trzeba było ożenić się z jedną z tych Klarys, które podsuwała ci twoja matka. Musiałbyś mieć stajnię, i rasowego labradora, i pewnie pokojówkę.

– Labadory?– spytał Moth.– Labadory groźne?

– Tak. Bardzo niebezpieczne.– Wypiłam odrobinę herbaty, która zdążyła wystygnąć.– Chodź, poszukamy twojego brata.

Raph znowu bawił się w jedną ze swoich katastroficznych zabaw. Leżał na podłodze w dziecięcym pokoju, który urządziliśmy w saloniku z gipsowym sufitem przypominającym dekoracje na ślubnym torcie, który kiedyś, zanim Giles odziedziczył Colsay, był jadalnią. Rodzice Gilesa przenieśli tutaj żywcem elementy swojego życia w Sussex: bieliznę stołową, rodowe srebra i