Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 291 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 26 min Lektor: Tomasz Sobczak

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 26 min Lektor: Tomasz Sobczak

Opis ebooka Noc żywych Żydów - Igor Ostachowicz

 

Współczesna Warszawa. Zblazowany trzydziestoparolatek, typowy przedstawiciel nowej klasy średniej, dryfuje od kobiety do kobiety, od baru do baru, od przelewu do przelewu. Ale wszystko do czasu. Pewnego dnia, po serii niefortunnych zdarzeń i tajemniczych znaków, nasz bohater znajduje przejście do innego świata. Tego świata, w którym kilkadziesiąt lat temu rozegrał się dramat warszawskich Żydów. Jak poradzić sobie z przeszłością, która nie chce odejść w zapomnienie? Znakomity styl, żywa akcja i widmo historii. Noc żywych Żydów to książka śmiała i prowokacyjna.

Opinie o ebooku Noc żywych Żydów - Igor Ostachowicz

Cytaty z ebooka Noc żywych Żydów - Igor Ostachowicz

wasze przebywanie na świecie to zaledwie mgnienie oka, aż dziwne, że się wam tak chce zaznaczyć swoją obecność, przejść do historii, być wspominanym, pozostawić na świecie swój ślad. Wydaje się wam, że zostajecie Aleksandrami Wielkimi, a wydrapujecie „tu byłem” na lamperii w kiblu. Wszystko zawsze na opak. Skoro trafiacie do świata ulotności, to pragniecie czegoś, co nie przemija. Gdybyście jeszcze umieli coś z tym zrobić, gdybyście jakimś cudem to dostali. Jesteście beznadziejni.

Fragment ebooka Noc żywych Żydów - Igor Ostachowicz

Redaktor prowadzący: Dariusz Sośnicki

Redakcja: Ewa Rojewska-Olejarczuk

Korekta: Małgorzata Denys, Anna Kubiak

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt okładki i stron tytułowych:

Grzegorz Laszuk

Fotografia autora: © Maciej Śmiarowski

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka

Piaseczno, Żółkiewskiego 7a

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-377-1

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Warszawa, rok 2009

Piwnica

Urodziłem się i mieszkam w mieście poszukiwaczy złota. Zjechali tu kiedyś z całej wypalonej równiny. Poszukiwacze złotych zębów i srebrnych łyżeczek. Przyciągnął ich dym ruin i swąd ciał bogatych mieszczan, którym tak poprzewracało się w głowach, że zapomnieli, jak przyjemne jest przetrwanie. Nie rozpamiętujemy własnych nieszczęść, więc nie musimy o nich pamiętać, kiedy słodzimy herbatę naszym dzieciom. Warszawa nie jest ładnym miastem, ale kocha się tu życie w najczystszej jego postaci.

Ja też kocham życie i mimo że wciąż żyję, zaczynam za nim tęsknić i je rozpamiętywać. Może to przez Chudą. Przez to, że ciągle mi się śni w białym świetle, albo przez to, co robi na jawie. Choćby dziś,w piwnicy mojego bloku ta chuda wariatka wyśliznęła się z moich chaotycznych obmacywanek, „poczekaj”, przyłożyła ucho do podłogi „coś skrobie, słyszysz?” Nie słyszałem. „Tam pod ziemią mieszkają Żydzi.” Popatrzyła na mnie w półmroku. Skąd wzięliśmy się w piwnicy i jaki jest powód mojej żałosnej seksualnej aktywności? Dlaczego ona słyszy coś, czego wcześniej nigdy nie słyszała, a ja, człowiek zapobiegliwy i konkretny, odnajduję w sobie chęć nostalgicznej syntezy i zadumy nad miastem, życiem, i w ogóle?

Na dobry początek wywiodłem z tego zdarzenia dwa morały: po pierwsze mam ochotę na normalne cycki, a nie ciągle to anorektyczne ożebrowanie, po drugie, i tym podzieliłem się z Chudą, robimy to w domu albo wcale.

Chuda ma ładną, smutną twarz, a kiedy się śmieje, to też ładnie, za to ja nie bardzo ją rozumiem i trochę mnie to dręczy, bo instynktownie chcę jej bronić, boję się, że ktoś zły mógłby ją skrzywdzić, więc bolą mnie takie smutne spojrzenia na schodach w odpowiedzi na moje morały.

Ktoś zły wyszedł na balkon i zapalił papierosa, nie bacząc na to, że piętro wyżej na identycznym balkonie kwili werandowany dzidziuś, a piętro niżej rosną soczyste pelargonie, które nie zasługują na niezdrowy popiół.

Chuda ma tylko dwoje przyjaciół. Mnie, o ile istnieje przyjaźń międzypłciowa, i Chirico, swoją internetową wyrocznię. Pozostali są bez znaczenia. Są głupi. Są tak głupi, ekologicznie zaangażowani i nieszczerzy, że mam ochotę ich bić. Raz nie wytrzymałem. Pijany byłem. W oczach Chudej mnie to nie usprawiedliwia. Już nie przychodzą. Mam to gdzieś.

Lubię gotować i lubię jeść. Nie jestem gruby, ale przy Chudej wyglądam jak balon. Wiele nas dzieli. Na przykład skwarki, a przecież nie do smalczyku z jabłuszkiem je smażę, nie do kartaczy z mielonym mięsem. Smażę je do na wskroś nowoczesnej sałaty z orzechami i kurczakiem. Chudej i tak chce się rzygać i coś tam mruczy o tkance podskórnej, cierpieniu zwierząt i smrodzie w całym domu. Mam zestaw bardzo drogich patelni, kupiłem je sobie sam, mam też noże dobrej firmy, czuję się kucharzem. Ja nie potrzebuję przyjaciół, mam pracę i dużo zamówień, bo jestem fachowcem. Odłożyłem trochę na koncie. Nie będę się o nic prosił. Tytuł mojej pracy magisterskiej nie ma najmniejszego znaczenia. Dlaczego układam glazurę? A dlaczego nie? Mogę sobie tak odpowiadać, bo pytają mnie obcy ludzie, klienci, którzy polecają mnie sobie nawzajem, i doprawdy nie nadążam. Konkuruję z niechlujami i kompletnymi kretynami, z pijakami, wsiochami, oszustami. Czasami coś po nich poprawiam, aż serce rośnie, będę miał robotę do końca życia, wystarczy, że w miarę przyzwoicie pracuję i odrobinę myślę, klienci mnie kochają. Odwzajemniam im się powściągliwością w ocenie ich gustu, montuję barokowe stiuki i uprzejmie się uśmiecham, dziękuję za herbatę w przerwie i chwalę róż w jego najbardziej debilnym odcieniu; nie ucieknie się w życiu od kompromisów. Chuda na szczęście ma dobry gust. Siedzi na poszerzonym, zamienionym przeze mnie w kanapę parapecie i czyta feministyczną powieść. Obserwuję jej gołą stopę. Gładzi ją ręką, a potem nagle przestaje, przewraca stronę i podkurcza palce, próbuję na podstawie tego widoku odgadnąć, jakie emocje wywołuje w niej lektura. – Może chociaż spróbujesz? – Niosę miskę z sałatą do stołu. Jedzenie w samotności utwierdza mnie w mojej postawie wobec świata.

Ktoś Zły splunął przed siebie na przystanku tramwajowym, a mimo to zgrabna dziewczyna z niegustownym makijażem zerkała na niego zalotnie i tylko udawała, że studiuje rozkład jazdy. Ktoś Zły nie zaszczycił jej swoim złym spojrzeniem. Może by ją i puknął, ale nie dziś, bo dziś jest jakiś zły.

Według Chudej jestem egoistą. Szanuję tę opinię. Nie bagatelizuję jej, mimo że wybrzmiewa regularnie, oskarżycielsko i emocjonalnie. Myślę, że to może być wina podatków. Wprawdzie ich nie płacę, bo na ogół dostaję zapłatę bez rachunku, ale jak sobie wyobrażę, ile powinienem zapłacić, to szlag mnie trafia i zastanawiam się, co takiego łączy mnie z tymi wszystkimi darmozjadami, którzy dybią na moją forsę. Rodacy. Niech sobie, kurwa, zarobią. Jak ja byłem bez pracy, to nikt mi nie pomógł. Musiałem obciąć moje cesarskie dredy i chodziłem z tą swoją cefałką jak jakiś żebrak albo akwizytor, a oni sobie jechali tłumnie tramwajem, pili kawę w kawiarniach, robili zakupy, mijali mnie bladego w średniej klasy garniturze, i co, ktoś zapytał, co ci się stało, bracie, może ci pomóc, powiedz, kto cię znowu upokorzył, pójdziemy mu wygarnąć? No to niech się teraz odpierdolą od moich pieniędzy. Chuda kręci tylko głową, jej zdaniem człowiek, żeby był szczęśliwy, musi dzielić się z innymi. Ja bym był szczęśliwy, gdyby ktoś się dzielił ze mną, ale niedane mi było tego doświadczyć. Widać nie spotkałem ludzi szczęśliwych albo, co jeszcze bardziej irytujące, osiągali szczęście nie ze mną. Ja dzielę się z Chudą. Chuda nie pracuje.

– Właściwie to dlaczego miałbym znowu nie zapuścić dredów? – tak sobie rzucam pytanie w przestrzeń własnościowego mieszkania.

– Może dlatego, że masz zakola. – Nawet nie podniosła wzroku znad książki. Mogła chociaż rzucić okiem, sprawdzić, żebym nie myślał, że ma te moje zakola już dawno przemyślane.

Ktoś Zły nie skasował biletu. Miał go w swoim żałosnym, małym, pustym portfeliku, którego nie lubił wyciągać. „Niech tylko podejdzie do mnie kanar.” Zmrużył oczy, a w jego głowie twarde, krótkie uderzenia, bezwzględne i mordercze, budzące podziw i strach jednocześnie. Bilet się przyda na kiedy indziej. Joga i systemy wschodnich medytacji. Jechał sprzedać swoją wiedzę na te modne tematy, choć jedyne, co wiedział na pewno, to że coś dziwnego to z nim robi. Może i poodtykały mu się kanaliki energetyczne, ale chyba za bardzo, czuł w sobie przeciąg, może otworzył coś jeszcze, coś niedobrego może.

Lubię spędzać urlop w domu. Chuda mniej, ale się nie wypowiada, rób, co chcesz, to twoje pieniądze. Urlopu nikt mi nie daje. Sam decyduję. Potem trenuję siłę własnego postanowienia. Udowadniam, że jest ważniejsze od pieniędzy. Jestem w domu, odbieram telefony, nudzę się czasem, ale nie przyjmuję zleceń. Najlepszych nawet. Koniec. Powiedziałem. Mój ojciec nie był taki twardy. Od czasu ostatniej piwnicy nie wychodzą mi z głowy dwie rzeczy: cycki i Żydzi. To dziwne, bo kiedy jestem na urlopie, łatwiej mi pozbyć się jakiejś myśli. Czytam, chodzę do kina, oglądam albumy, rozmawiam z Chudą, gram w erpegi i strategie. Gorzej w pracy. Tam wystarczy zaangażować 1/50 mózgu, pozostałe 49/50 się nudzi, więc myśli, o czym chce. No, ale jestem na urlopie. Oglądam album Kandinsky’ego, a myślę o dużych fajnych cycach, rozmawiam z Chudą i wyobrażam sobie, jak by wyglądała… a może myślę o kimś innym. I jeszcze ci Żydzi. Skrobią od spodu w podłogę? Przecież Niemcy ich dawno zabili. No to jak mogą skrobać? Jeździły tu spychacze, potem budowlańcy, powstały osiedla bloków, tyle lat komunizmu, mieszkali tu sobie małosolni ludzie Peerelu, libacje, westerny po dzienniku, prosty seks i niedepilowane nogi, spokojny sen rencistów i emerytów, obiady bez przypraw, pranie się suszyło na balkonach i jakoś nie skrobali, a teraz nie to, że Chuda jest pierdolnięta, bo trochę jest, ale sam coś słyszałem.

Kobieta z podbitym okiem zaciągnęła za sobą zasłonę przymierzalni, zdjęła okulary przeciwsłoneczne, bluzkę, a po namyśle stanik. Ma prawie czterdzieści lat i takie ładne piersi. Patrzy na siebie w lustrze. Nie jest chuda. Już widzi, że wzięła za obcisły sweterek, nawet nie warto przymierzać, ale przymierza, za obcisły. Irytuje się. „Może lepiej buty sobie kupię.” Ściąga sweterek, ściąga spodnie, po namyśle majtki, patrzy na siebie i ma ochotę na seks. Przymierza sukienkę, ledwo wlazła, powstrzymuje się resztką silnej woli, żeby nie podrzeć jej przy zdejmowaniu. Przymierza spódnicę, może być, ma ładne łydki i kolana. Przymierza top, trochę obcisły, ale może być, przymierza szorty, dobre. Poprawia jej się humor. Dobrze, że wzięła urlop i nie musi się pokazywać z tym okiem dziewczynom w biurze. Stoi nago, patrzy na siebie w lustrze i myśli, że nawet nieźle. Ma nadzieję, że ktoś ją podgląda. Ubiera się, myśli już o alkoholu i gdzie by tu pójść. Przy kasie zdaje sobie sprawę, że zapomniała czegoś założyć. Sprzedawczyni przygląda się współczująco jej oku. Najpierw ją to wkurza, ale potem wzrusza ramionami i uśmiecha się szeroko. „Rzuciłam chuja.”

Twarz sprzedającej dziewczyny się rozjaśnia. „Dam pani pięć procent rabatu.”

Chuda z mgiełką melancholii w oku wyszeptała mi gorącym szeptem w policzek, że narodowość jej prawdopodobnie jest żydowska, choć pewności nie ma, bo jej rodzina skrywała ten fakt i przed światem, i przed nią, więc to tylko intuicja, ale wiesz… O ja punkowiec nieszczęśliwy, z resztek agresji i pogardy obrabowany.

– Chuda, błagam, nie pitol takich, przecież Baryła brzmi twe słowiańskie nazwisko, nie dopisuj się do długiej listy zbuntowanych lilii wodnych, które rozpaczliwie szukają oryginalnego wyjścia, a wszystkie tłoczą się żałośnie w tym samym.

Na uszach Chudej pojawiły się czereśnie, w oczach łzy, a z ust wystrzeliła pestka. Trafiła mnie lepko, wilgotnie i ulotnie w brodę. Podniecił mnie ten akt agresji.

– Tylko się nie obrażaj. – Dotknąłem jej kolana.

– Spadaj – powiedziała.

Nostromo

Lato, Anielewicza, migające listkami lipy, ich miodowy zapach, pierdolnięta jest ta moja Chuda, ludzi niewielu, bo upał, ale każdy z nich stuknąłby się w czoło, gdyby usłyszał, że zła się nie da przysypać gruzami i ziemią, cierpienie trzeba uszanować i rozliczyć, a krew, jeśli się jej w porę nie zmyje i pozwoli obojętnie wsiąknąć w ziemię, zmieszana z gliną wylezie kiedyś hordą golemów powolnych jak czołgi, a połamane kości i sponiewierane ciała obleką się w te resztki szmat, których im nie ukradziono, sklecą się siłą podbiologii w dwunożne zmory znające tylko ból i będą się tym bólem dzielić, biegając pochylone od drzwi do drzwi naszych spokojnych mieszkań. Nie powinienem zostawiać jej samej. No, ale muszę kupić ziemniaki i kawałek mięsa na obiad. Młode ziemniaki, kefir, koperek, życie jest piękne, a latem tanie. Objuczony ekologicznymi siatkami wszedłem do sklepu mięsnego. Jagnięcina. Na co dzień jadam kurczaki, wieprzowinę, czasem wołowinę, a dziś na widok jagnięciny ślina wezbrała mi w ustach jak głodnemu psu. Za mną w kolejce zgarbiony staruszek w marynarce, z której wiatr, słońce i woda latami usuwały kolor, kształt i fakturę, patrzył na mnie przez grube szkła w posklejanej plastrem oprawce. „Baraninka?” Zamrugał ogromnymi, powiększonymi oczyma i wysunął pytająco wilgotną sztuczną szczękę. Mógłby zagrać w parodiiObcego – ósmego pasażera Nostromo. Odpowiedziałem mu tylko niepewnym grymasem i właśnie wycelowałem palec w różowe mięsko, gdy na moim apetycie pojawiła się skaza. Tłusta, czarna mucha. Wpiła swoją czarną, bezczelną trąbę w delikatny kotlecik.

– Prosto z cmentarza żydowskiego – zażartował staruszek – tu niedaleko. – Pokazał głową gdzie.

– A skąd pan wie, że nie z Powązek? – zapytała sprzedawczyni, chcąc żartobliwie zbagatelizować problem muchy.

Mucha nie poniosła kary. Odleciała leniwie, a ja opuściłem sklep i idąc nieśpiesznym, sierpniowym tempem, osiągnąłem pierwszy poziom zrozumienia Chudej, nie zjem, kurwa, tego obiadu. Swędzi mnie kark i chociaż sprawdzałem już piętnaście razy ręką, wciąż mam wrażenie, że coś mi tam łazi. Moje gardło i żołądek stały się podejrzliwe i gotowe do zrywu, jak u Chudej, włożę tam kawałek mięciutkiej jagnięcinki, a one: Alarm! Wielka, włochata mucha kręci się w gardle. Chuda nie wyrzyguje tylko wody i coli light.

Usłyszałem, właściwie poczułem, że gęsta harmonia warszawskiego upału została zakłócona, odwróciłem się, dziadek Nostromo się wywalił, macha rozpaczliwie kończynami, nie podniesie się sam. Rozejrzałem się. Daleko czyjeś plecy, samochód, przemknęły dzieciaki na rowerach, ale też daleko. Nikt mu nie pomoże. Przykra sprawa, odwróciłem się i ruszyłem w swoją stronę. Jeśli nie będę jadł, to będę razem z Chudą pił colę light. No właśnie! Zatrzymałem się. Nie kupiłem coli light, Chuda się załamie. Zawróciłem. Dziadek wyciągnął do mnie ręce. Pomogłem mu się podnieść, ale nie mógł sam ustać. – Wezwę pogotowie – powiedziałem i wyciągnąłem komórkę. Stary alien pokręcił głową. Da mi prezent, jeśli go doprowadzę do domu, a to już tu niedaleko.

– Muszę jeszcze coś dokupić, zaraz będę szedł z powrotem, to pana wezmę. – Posadziłem go na chodniku.

Mucha, tak jak ja, jest w linii prostej potomkiem pierwszych osadników. Jej przodkowie przylecieli tu ze wsi za moimi przodkami, z ulgą przyglądali się zwęglonym skrzydełkom i pustym odwłokom miejscowej konkurencji. Mięsa nie brakowało.

Dwupokojowe mieszkanie z ciemną kuchnią, oddzieloną od dużego pokoju szklaną ścianą z małym okienkiem do wydawania posiłków. Dziadek usiadł w wyliniałym fotelu naprzeciw meblościanki wysoki połysk i poprosił, żebym zdjął z niej to środkowe pudło. Ciężkie. Postawiłem je na składanym stole wysoki połysk. Zażyczył sobie herbaty i żeby zakupy do lodówki. Wobec obiecanego prezentu pokręciłem tylko z niedowierzaniem głową. Niech ci będzie.Trochę tu za duży porządek, nie mieszka sam. W przedpokoju czarne szpilki, jedna stoi, druga leży.

Pudło już na podłodze, a cały stół zastawiony zawiniętymi w gazety przedmiotami. Pierwsze z brzegu zawiniątko. Srebrna plakietka wielkości i grubości racucha w kształcie serca, na niej wygrawerowana mapka, po drugiej stronie też mapka, w środku dziurka. Po co ta dziurka? Nosiło się kiedyś takie wielkie wisiory?

– Tego ci nie dam, za ciężkie. Masz, to sobie weź. – Taka ni to tacka, ni to lichtarzyk.

– Co to jest?

– Nie wiem, coś tam sobie w to wstawiali, jakieś tam swoje.

– A ja co mam z tym zrobić?

– Nie chcesz, nie bierz, przetopić można.

– Na co?

– A ja wiem na co?

W drzwiach zachrobotał zamek.

– Moja wnuczka.

W pokoju stanęła kobieta z dużym, ładnym biustem. Zdjęła okulary przeciwsłoneczne i odsłoniła podbite oko.

Ktoś Zły

Ktoś Zły zszedł z ruchliwego chodnika i ruszył przez ogromny trawnik. Zatrzymał się, rozejrzał. Dopiero teraz, widząc, że w pobliżu nikogo nie ma, wyjął swój śmieszny portfelik i wysypał na rękę monety. Jedna piątka i same groszaki. Może wyskrobałby na fajki, ale chyba woli coś do jedzenia jutro na śniadanie. Wsypał monety z powrotem. I pech. Kurwa! Pięciozłotówka odbiła się od brzegu portmonetki i poleciała na ziemię. Nie koniec pecha. Brzęknęła o metal. Jak to? Metal na środku wielkiego jak preria trawnika dla piesków? Tak to. Pod jego nogami studzienka burzowa. Kurwa! Ukucnął. Wydało mu się, że w czeluści widzi błysk swojej piątki. Co za debil zrobił studzienkę pośrodku trawnika? Obok drugi błysk, taki sam. Dwie monety? Pochylił się bardziej, prawie dotykając nosem żeliwnych żeber. To w sumie dycha, a może ludziom nawpadało więcej. Próbował przebić się wzrokiem przez czerń. Błyszczące monety przybliżyły się gwałtownie. Poczuł zapach kobiety, zbyt ostry, aż ścisnęło go w gardle ze smutku. „Tu była ulica”, usłyszał. „Niemożliwe”, powiedział. „Zaczyna mi się z tego wszystkiego roić.” Nachylił się jeszcze raz, spróbował podnieść kratę. Nic z tego. Odszukał kij wysłużony w aportowaniu. Spróbował sięgnąć. Coś, a właściwie, mówmy prawdę, ktoś ten kij tam w środku złapał. I pociągnął. KZ wyobraził sobie szczupłą, żylastą rękę. Puścił. Kij zniknął. Bał się bardziej nachylić. Nie musiał. Oczy jak dwie pięciozłotówki patrzyły na niego spod samych krat. „O ja pierdolę!” Zerwał się na równe nogi. Mógłby przysiąc, że kobiecy głos powiedział mu wprost do ucha: „Nie mogę się śmiać”. Spojrzał pod nogi, miękka ziemia wydała mu się zbyt słabą ochroną. Biegiem na chodnik. Czuł, jak chłodne powietrze owiewa jego szybkie kostki, oby tylko nie złapały go za nie czyjeś rosochate dłonie.

Chuda z zadowoleniem obejrzała tackę-lichtarzyk.

– To żydowska rzecz. On jest Żydem? Ten gość, któremu pomogłeś?

– Kto wie – trochę skłamałem, ale nie do końca, bo któż może takie rzeczy wiedzieć na sto procent. Skąd wiadomo, że on nie jest Żydem? Dlaczego nie założyć, że pomogłem Żydowi i przyniosłem na to żydowski dowód? Miło być bohaterem, ale Chuda wszystko potrafi spieprzyć tą swoją skłonnością do przesady. No, nie mogłem się zgodzić, żebyśmy dla uczczenia mojego bohaterstwa posadzili drzewko na wielkim trawniku obok pomnika powstania w getcie. No, błagam cię, pomyśl, to nie ja jestem skromny, tylko ty kompletnie jebnięta, i błagam cię, tylko się nie obrażaj. Odwróciła się i poszła do kuchni, a ja zostałem z poczuciem winy, raz, że faktycznie nie przedstawiłem tych wydarzeń z naukową wstrzemięźliwością, a dwa, że zrobiłem tak, żeby sobie ułatwić wyjście na randkę z cycatą wnuczką, więc tylko nabrałem powietrza, głośno je wypuściłem i też poszedłem do kuchni. Wszystko dlatego, że tak na mnie dziwnie patrzyła po przyjściu. Przestraszyłem się, że ten biust mi się jakoś w oczach odcisnął i że w tym kontekście.

Teraz wymuszony dialog z obrażoną konkubiną.

– Mam ekspresowe zlecenie na glazurę.

– Przecież masz urlop.

– Właśnie przerwałem.

– Dlaczego?

– Duża forsa.

– A zasady?

Nie miałem na to odpowiedzi. Przedłożyłem duże cyce nad honor, taki jest świat, tacy są mężczyźni. Dzwonek. Oboje poszliśmy do przedpokoju. W drzwiach stanął Ktoś Zły, ale go nie poznałem.

– Jestem joginem, zamówiła pani lekcję – powiedział przez moje ramię do Chudej, a ja ogłupiały jak łosoś w tarle – „no to się uczcie, idę do roboty” – tylko słuchałem, jak sobie rozmawiają.

– Może herbaty? Siadaj. Może być na ty?

– Okej – odpowiedział jej z krzywym uśmiechem; że też się nie połapałem.

– To usiądź na chwilę, wypij herbatę, a ja jeszcze na sekundkę muszę coś w internecie.

Zachowywali się, jakby już mnie nie było, no to wyszedłem.

Z gorącego dnia zrobił się chłodny wieczór. Zmieniła się pogoda. Za lekko się ubrałem, dostałem gęsiej skórki. Może to z emocji. Wyobraziłem sobie, że wnuczka musi być ciepła. Właściwie to szkoda, że nie poznałem jej zimą. Wszedłbym zmarznięty pod kołdrę, a tam ciepło i miękko, a nie lodowaty suchelec, który próbuje się ogrzać o mnie. Żal mi się Chudej zrobiło, jak tak brzydko o niej pomyślałem. Właściwie to ją chyba kocham. Przyszedł SMS, „Chirico uważa, że drzewko to genialny pomysł”. Mój słodki chudzielec.

Nie zawrócę, bo przecież tam fakir i tylko bym przeszkadzał. Wszedłem do baru. Już jest, przyszła przede mną, znaczy, że nie ma honoru, to dobrze. Ale się odstawiła. Całujemy się w policzki, jest ciepła. Podwójna wódka z sokiem porzeczkowym, choć to strata czasu, myślę. Ona sączy coś zielonego i nastroszonego. Myśli, że jest damą. I niech sobie myśli, albo nawet będzie, ma podbite oko, wygłodniałą kobiecość, należy jej się, romantycznie bawię się jej dłonią. Dobry ze mnie człowiek.

Zrobiło się ciepło, gwarno, wesoło, trochę za obcisły ma ten top, czy raczej troszkę jednak jest za gruba, nie jakoś strasznie, ale zamiast na dekolt wciąż zerkam na niewielki wałeczek tłuszczu, ja przecież chude lubię. Co to będzie? Nasze łydki dotykają się pod stołem. Zastanawiam się, co decyduje o tym, że wypowiadane słowa mają znaczenie. Jeśli pamięć o nich, to nasza rozmowa, podobnie jak wszystkie wokół, jest kompletnie bez znaczenia. „Czego chcę od życia?” Zadumała się przez moment. „Może pewności.” Tę jej ogólną odpowiedź potraktowałem w typowo egocentryczny samczy sposób i powiązałem ze snującym mi się po głowie cichutkim pytaniem o mą dziś zdolność do erekcji.

Pijemy, bo jeszcze dość wcześnie, więc trochę nie wypada tak od razu. Ona coś o tańcu i mruga do mnie podbitym okiem, ale się okazuje, że oboje nie bardzo się znamy na miejscach do tańczenia. Więc zostajemy, ona zrezygnowana, ja oddycham z ulgą. Jakby za karę przytrafiają nam się długie minuty milczenia. Ja odchylam się trochę i rozglądam po sali, nie z ciekawości, po prostu zbieram myśli. Jedne tematy wydają mi się zbyt błahe, inne zbyt poważne i osobiste. Ona wychodzi do łazienki. Ja intensywnie myślę, myślę, myślę. Wraca. Siada, odrzuca do tyłu włosy, poprawiła makijaż i dodała perfum. Patrzy mi w oczy.

– Może coś zjemy? – przedstawiam, co wymyśliłem. Nie jest głodna, ale ja mam sobie nie przeszkadzać. No to myśl numer dwa: – Gdybyś mogła sobie wybrać, to gdzie byś wyjechała?

Trzeba było iść na te tańce. Przestało się kleić. Ona rozgląda się po sali, jakby szukała zawodnika rezerwowego. Albo złapiemy drugi oddech, albo…

– Mieszkasz z dziadkiem?

– Chwilowo.

– Fajny gość – próbuję się podlizać. – Zatańczyłbym z tobą chętnie, ale coś wolnego.

– Wolę szybkie.

Uważam, że jestem typem zwycięzcy, i bardzo do tego uważania się przywiązałem. Nie było więc wyjścia, wracając z łazienki, wziąłem bezpłatne pisemko omawiające wydarzenia kulturalne, na chybił trafił wybrałem klub, w dupie mam, jaki to był DJ, ważne, że dobrze mi to zrobiło, jej też. Tańczyliśmy coraz bardziej pijani, ona starała się jak najlepiej zaprezentować w tym tańcu, a ja udawałem, że nie patrzę na inne. Wszystko jak trzeba. Nie słyszeliśmy, co do siebie mówimy, więc wykrzykiwaliśmy sobie do ucha tylko sprawy fundamentalnie istotne, na przykład że fajne miejsce albo że kupiłbym kokainę, ale nie umiałem, pokręciłem się tylko jak debil tu i tam, wróciłem. „Już czas”, powiedziałem i pojechaliśmy do niej. Dziadek chrapał jak wartownik w bajkach.

Pewnie z wyrzutów sumienia znów śniła mi się Chuda otoczona białym, nieprzyjemnym światłem. Była taka opiekuńcza, a ja taki słaby. Karmiła mnie jakąś zupką, a ja przecież ją zdradziłem.

Powrót, pierwsze objawy kaca, wyrzuty sumienia, upodlenie, strach przed zdemaskowaniem, okropna mieszanka, nie pasuje do wschodu słońca, z którym na ogół się zbiega. I taka przygnębiająca pewność, że nie było warto, postanowienie fundamentalnej zmiany życia swego, płaczliwe liczenie możliwych strat, no i że nie warto, człowiek myśli, że musi, że się bez tego nie da, że to normalne, wyobraźnia mu rozsadza rozporek, a potem wszystko dzieje się zgodnie ze schematem i dopiero po wszystkim się orientuje, że nie było w tym cienia radości, a miała być przecież, miała być, ale się ulotniła jeszcze przed początkiem imprezy, ulotniła się zaraz po wypowiedzeniu pierwszego kłamstwa w domu, a dalej to już płynie się z nurtem i nie ma jak zawrócić, a radość może mieć z tego tylko ktoś zły.

Puste ulice. Wyciągnąłem z kieszeni telefon; czterdzieści cztery nieodebrane połączenia. Wszystkie od Chudej.

Fakir, kurwa – pomyślałem, i mimo że w głowie mi chlupie, do biegu, gotowi, start.

Zasuwam, jak umiem najszybciej. Nie układam już Q&Ai ani jasnego przekazu. Nie ma czasu. Mam złe przeczucia.

Na schodach zapach mokrego kamienia. Nasza gospodyni to ranny ptaszek.

Otwieram drzwi. Jestem zasapany. Chuda ubrana w krótką dżinsową sukienkę zatyka sobie oburącz usta, żeby nie krzyczeć, grube białe rajstopy po wewnętrznej stronie jej chudych nóg są przesiąknięte świeżą krwią, zdają się w tym miejscu jeszcze grubsze, są mięsiste, miękkie i ciemnobordowe. Na podłodze klęczy, a właściwie siedzi na swoich piętach fakir, w rękach trzyma nóż kuchenny i płacze jak dziecko. Chuda próbuje mnie powstrzymać, rozpaczliwie wyciągając rękę z rozcapierzonymi palcami.

– On wcale nie jest zły! – krzyczy.

Za późno. Roztrzaskuję mu na głowie taboret. Pamiątkowy. Mój ojciec obierał na nim ziemniaki. Może i nie wygląda jak Ktoś Zły, bo leży nieprzytomny i solidarnie z Chudą krwawi.

– Chuda, co tu się dzieje?

Zza kościstych dłoni patrzą na mnie przerażone, mokre oczy.

– Niee wieem – zapiszczała.

Mam porządnicką naturę. Zdjąłem Chudej rajstopy i posadziłem ją na bidecie. Kogoś Złego też przeciągnąłem do łazienki i wsadziłem mu głowę do brodzika. Papierowym ręcznikiem zebrałem krew do plastikowego worka. Spryskałem podłogę detergentem, jeszcze raz przetarłem, aha, rajstopy zamoczyć w misce. Zebrałem szczątki taboretu ojca i wrzuciłem do kubełka na śmieci. Pamiątka. Czy to ma znaczenie? Czy ojciec był dla mnie ważny? Czy jego wspomnienie jest dla mnie istotne? Próbuję przywoływać obrazy rodem z amerykańskich filmów, pastelowe migawki: uśmiecha się, rzuca do mnie piłkę, biegniemy gdzieś razem, łowimy ryby, a on odwraca się znad wędki i mówi coś ważnego o mojej matce, ściskam jego dłoń przed śmiercią i wysłuchuję sentencji, która pokieruje moim życiem. Nie udaje się, mocno to naciągane, nie pasuje do niego, być może nie pamiętam, a być może nic takiego nie miało miejsca, kto wie, może gdybym bardziej się skoncentrował, a tak jedyne, co sobie spontanicznie przypominam, to jego ciągłe zafrasowanie kwestią wypróżnień i wieczną okupację łazienki. Siedział tam całymi dniami, a każdy głośny sukces podsumowywał: „To ważne, to bardzo ważne”. A może to nie moja wina? Kiedyś mi się przyśnił i przez jakiś czas miałem przed oczami jego postać z tego snu, stał w oknie, wychudzony i lekko przygarbiony. Wzruszył mnie. Ale i ten obraz zniknął. Teraz, kiedy o nim myślę, znowu słyszę, jak stęka i powtarza: „To ważne, to bardzo ważne”. Szkoda, że nie wystarczyło mu konsekwencji, żeby częściej odwiedzać mnie w snach. Może aż tak mu na mnie nie zależało?

Po drodze do zsypu spotkałem sąsiedzką interwencję w postaci zasapanego Krystiana studenta. Z trudem pokonał po schodach jedno piętro i lekko posapując, wyraził obawę, że nie skończy studiów. Oczywiście przeze mnie, bo zaprosiłem chyba z pięćset osób i zaraz strop się zawali, a on ani nie mógł się uczyć, ani spać. Gdzie te czasy, gdy studenci powtarzali lata, zawalali sesje, zostawali alkoholikami? Krystian nie ma swojego życia i tak go to frustruje, że przychodzi z pretensjami do nas. Zawsze mu coś tłumaczę, w końcu jestem starszy, więc i tym razem cierpliwie wyjaśniłem, że nie pięćset, tylko do Chudej dołączył fakir i trochę poszaleli, ale że już spokój i bez przesady. Na co on: „Nie no weź, stary, nie mów mi takich, chodź do mnie i posłuchaj, no chodź do mnie i posłuchaj.” Ja mam taką naturę, że lubię jasne sytuacje, więc wyrzuciłem śmieci i proszę bardzo, chodźmy. No i faktycznie, biedny Krystianek. Rumor na suficie, jakby u nas tłum ludzi dreptał w drewniakach. Moje „tak, tak, nie, nie” trochę się zająknęło, no bo sam nie wiem. „Ale ciota z ciebie, Krystian!” I biegiem do domu, a w domu pusto, tylko Chuda i Ktoś Zły sobie bezgłośnie krwawią.

No to pogotowie. Za pogotowiem przywlecze się policja.

– Chuda, co tu się stało? – Zaraz będą chcieli zeznań i w ogóle. – Musisz się wziąć w garść. Co on ci zrobił?

Bidet cały czerwony. Fakir się ocknął i wymiotuje do brodzika. Wstrząs mózgu, powiem, że się przewrócił i ma wstrząs mózgu, a właściwie to kiedy wróciłem, już miał wstrząs mózgu, nie wiem skąd, jakiś bezpański wstrząs mózgu, skąd ja mam wiedzieć. W słuchawce zamiast sygnału dudniąca cisza niczym w studni. Nieśmiało mówię: „Halo.”Słyszę to „halo” obijające się akustycznie o ściany studni; znika gdzieś głęboko, a potem wraca, obtłuczone z basów, upiornie piskliwe, bolesne, już bez żadnego odbijania się od ścian, prosto jak strzała do mojego ucha, głosem maltretowanej dziewczyny: „Halo!” Szukam rozpaczliwie w swoim rozleniwionym mózgu glazurnika wytłumaczenia i pomysłu na dalszą rozmowę i, niech to będzie miarą mojego intelektualnego upadku, pytam: „Pogotowie?” Słowo „pogotowie” plumknęło bez śladu, jak to słowa nieistotne mają w zwyczaju, a mnie otoczyła wilgotna, ceglana cisza. Mój sposób na stres to liczenie w myślach, ile mam forsy na koncie. Próbuję zebrać myśli, ale nie ma na to czasu, muszę wezwać pomoc. Już miałem wezwać, gdy zamiast słuchawki poczułem dotyk spierzchniętych ust, dziewczęcy głos wyszeptał w gorączce: „To nie o to chodzi.” Potem telefon stał się zwyczajnie głuchy. Z łazienki wyszła Chuda bez rajstop.

– Przestało mi lecieć.

– A jemu?

– Jemu też, płucze usta, nie bij go już, on nic nie zrobił.

Zaparzyłem herbatę. Fakir nic nie pamięta, uśmiecha się do mnie głupkowato, jakby nie był zły, tylko dobry. To dobrze, strup mu się na głowie zagoi i nikt nie będzie wiedział, że miałem z tym coś wspólnego. Pyta grzecznie, czy nie mógłby przenocować, bo tyle wrażeń i głowa go boli. Tłumaczę powoli i spokojnie, jak to ofiarom wypadków się tłumaczy, że jest siódma rano, nie da się nocować w dzień.

– A często cię tak głowa boli?

Dotknął strupa.

– Oj, często – zajęczał – odkąd tylko pamiętam, mnie boli.

Spojrzeliśmy po sobie z Chudą.

– Może daj mu tę amfę, co ci dałam na imieniny.

Dobry pomysł – pomyślałem, wprawdzie trzymałem ją na dzień, w którym poczuję obrzydzenie do swojej pracy, ale jemu się bardziej przyda.

– Zgoda, wiesz, gdzie jest, daj mu.

Fakir patrzy na nas szeroko otwartymi, szczerymi, słowiańskimi oczami, no, naprawdę jak ktoś dobry. Chuda poszła do kuchni, a ja gładzę się szorstką ręką pracownika fizycznego po karku.

– Musisz pójść do ginekologa! – krzyknąłem za nią.

Amfetamina mu nie pomogła, jedyne, co pamięta, to jakieś oczy w kanale, głos i że coś go za nogę omal nie złapało. Co on bredzi?

– Ty, fakir, pokaż portfel lepiej, zobaczymy, gdzie mieszkasz. – Przestraszył się. – Przecież cię nie okradnę, pokaż. – Skulił się cały i cierpi. – No dobra, okej, nie chcesz, to nie pokazuj. – Co my z nim zrobimy? A w ogóle co to znaczy, że on jest fakir?

Chuda nie potrafi mówić składnie, kiedy się zdenerwuje, a właśnie się zdenerwowała.

– Energia wewnętrzna, przepływy, oddech, harmonia, a ty? – Ścisnęło jej gardło, więc musiała zrobić przerwę. – Gdzie byłeś? Co cię fakir? Jaka praca? Gdzie narzędzia? Wystrojony taki.

W oczach ma łzy, z niedowierzaniem kręci głową. Popatrzyłem z nadzieją na telefon, ale kiedy człowiek ma prawdziwe kłopoty, to zjawy są zawsze akurat zajęte czym innym.

– Noo, a o czym ty właściwie mówisz? Przebrałem się i wykąpałem, mieszkanie było puste, co mam naszą wodę wylewać, narzędzia i ciuchy zostały tam, bo nie skończyłem, co mam to ze sobą ciągać.

Teraz powinien nastąpić mat. Powinna wstać, podejść do mojej szafy, otworzyć ją i pokazać mi, że ubranie robocze i narzędzia zostawiłem tutaj. Zamiast tego płacze, bierze kubek z herbatą, książkę i idzie na parapet. Zostawia mnie z niedokończoną partią pseudomałżeńskich szachów i dobrym fakirem, który z ogromnym zapałem zabrał się do nauki norweskiego, z podręcznika, który mi ktoś kiedyś kupił z sugestią, że tam to dopiero mógłbym zarobić. No dobra, w tej sytuacji to ja przesadzam fakira z kanapy na fotel, biorę koc, sam się kładę na kanapie i zanim zasnę, mówię jeszcze:

– Tylko błagam, bądźcie grzeczni.

Piwnica po raz drugi

Kobieta z Podbitym Okiem obudziła się z kacem i bez pomysłu na życie. W kuchni szurał kapciami jej dziadek. Kochanek dawno już sobie poszedł. Tak nie można żyć. W życiu powinien być jakiś ład. Może zacznie od przejścia na ostrą dietę. Tak, zdecydowanie nie ma dziś apetytu. Tylko jaką? Kopenhaga była, Cambridge była, lotników amerykańskich, tysiąca kalorii, Montignaca… Wstanie, porządnie się wyrzyga, zrobi kupę, weźmie prysznic, a potem wejdzie do internetu i znajdzie sobie nową dietę. To już jest jakiś plan. Albo najpierw zrobi paznokcie. W szybę drzwi jej pokoiku zastukały niezgrabne, stare palce.

– Śpisz!?

Fajnie mieszkać z dziadkiem.

– Nie śpię.

Otworzył drzwi, aż się cały trząsł ze zdenerwowania.

– Brałaś coś z tych moich pudeł?

– Nie.

– Na pewno?

Na ból głowy i nudności nie ma jak poranne śledztwo.

– No po co miałabym brać? Przecież gdybym chciała, to i tak byś mi dał.

– Tak myślałem. To ten mój dobrodziej mnie okradł. Nie wiem kiedy. Patrzyłem mu na ręce. Widać świat idzie naprzód, a oczy już nie te.

– Okradł cię? A to chuj! Mam jego adres, nie martw się.

Oczywiście śniła mi się smutna Chuda w białym świetle. W ogóle nie mogę przez to wypocząć. Kiedyś wystarczyło, że zamykałem oczy, a ogarniały mnie kolorowe fantazje, nie wiem, co się porobiło. Ze snu obudziły mnie dziwne dźwięki, coś jakby foka próbowała mówić po niemiecku. Fakir recytował norweski wierszyk. Siedział na podłodze w pozycji zwanej kwiatem lotosu. Chuda na parapecie rozpaczliwie zatykała sobie uszy palcami i próbowała czytać. Zerknęła na mnie.

– No, nareszcie się obudziłeś. Trzeba z nim coś zrobić, bo zwariuję, od dwóch godzin tak gada i udaje, że nie rozumie polskiego.

Podniosłem się, przeciągnąłem i pojednawczo zażartowałem, że zaraz pójdę do lodówki, wyjmę mrożonego łososia i pierdolnę go nim w głowę, może mu przejdzie. Patrzyłem z ulgą, jak Chuda się śmieje, ja też się śmiałem, mamy kruchą zgodę.

– Co tu się właściwie stało? Skąd ta twoja krew? – Próbuję ją przytulić, ale takiej zgody jeszcze nie ma.

– Nie wiem, to bardzo dziwne, po prostu zaczęło mi lecieć, a właściwie to najpierw fakir wprowadził się w stan medytacji i zaczyna mi tu nagle z kimś rozmawiać, z duchem może, myślałam, że coś tak, głupią ze mnie robi, ale on wystraszony, ucieka, biega po całym mieszkaniu, w końcu złapał za nóż i straszy kogoś, jakieś swoje zwidy. Myślałam, że zwariuję, a to trwało i trwało, ta krew to nie było ot tak, to był ból, że nie wiem, jakby mi tam ktoś, to znaczy coś… ohyda. – Jednak się do mnie przytuliła.

– Jeg gleder meg, at jeg er her1.

– Co z nim robimy?

– Niech mu się ten strup zagoi, nie chcę kłopotów, a potem albo sobie pójdzie, albo jakiś szpital. Skąd ty go wzięłaś?

– Z internetu.

Jak na parę glazurnik i bezrobotna mało oglądamy telewizji. Jednak po tych wszystkich matrymonialnych i mistycznych wydarzeniach, pozostając w towarzystwie rannego norweskiego fakira, w obliczu długiego dnia trudnych do zebrania myśli, człowiek potrzebuje towarzystwa kogoś potężnego, włączamy.

Komedia romantyczna; prawie od początku. Chuda ogląda komedie romantyczne, chociaż są poniżej jej poziomu. To bez znaczenia, bo ona ogląda je oskarżycielsko. Kiedy facet źle zachowuje się w filmie, to dlatego, że tacy oni wszyscy, w tym ja, a kiedy na ekranie pojawia się romantyczne uniesienie, oskarżenie staje się dużo ostrzejsze, ponieważ dotyczy już tylko mnie samego, bo ze mną tak nigdy nie jest. Może zresztą sam się oskarżam, ona przecież nic nie mówi i właściwie nie zwraca na mnie uwagi, tylko ogląda. A po co ja oglądam? Próbuję sobie tłumaczyć, że robię to dla niej albo że to mój wkład w światowy romantyzm.

Kiedyś, aby sprostać niewypowiedzianemu dezyderatowi poetyckich uniesień, unosząc prawą brew, zagadnąłem szeptem: „Czy wzięłabyś mi do ust swych bujnych?”. Widziałem potem przez jej chude ramię, jak czatuje na ten temat z Chirico. To już nawet nie było puste nabijanie się ze mnie, to był śmiech pełen troski o świat w połowie zasiedlony przez takie upośledzone stwory. Chirico dla uspokojenia i przechwałki napisała, że kiedy jej chłopak próbował przedyskutować z nią to, co widział na filmieGłębokie gardło, poradziła mu, żeby kupił sobie węża. „Genialna ta Chirico”. Tego akurat nie przeczytałem przez ramię, bo jak coś Chudej przypadnie do gustu, to mnie woła, pokazuje palcem i mówi: „Genialna ta Chirico”.

Zaparzyłem dzbanek zielonej herbaty. Żeby nie obrazić anorektycznej religii naszego domu, nie wziąłem z szafki ptasiego mleczka, mimo że aż mnie skręcało z ochoty. Pokroiłem do chrupania seler, marchewkę i pomidor. Wszystko stoi na szklanym stoliku przed kanapą. Nalałem herbaty do filiżanek. Paruje jak na japońskiej miniaturze. Fakir szeptem wkuwa norweskie słówka. Chuda udaje, że je seler, i gładzi mnie po głowie jak najlepszego przyjaciela człowieka. Spokojny dzień, oglądamy film. Jakoś to będzie – zdążyłem pomyśleć, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, a chwilę później, odpychając mnie brutalnie, do mieszkania wdarli się: dziadek Nostromo wsparty o balkonik i jego wnuczka z ładnym cycem, którego smakowo-dotykowa znajomość paliła mnie teraz w policzki żywym ogniem. I jeszcze w ustach mi zaschło, typowe objawy strachu zdrajcy.

Okazało się jednak, że tematem sceny nie będzie moja seksualna nieuczciwość, tylko moja nieuczciwość w ogóle.

– No i co, złodzieju!? – zaczął emocjonalnie dziadek.