Noc z czwartku na niedzielę - Gaja Grzegorzewska - ebook
Opis

Weekend może być naprawdę długi...

Prywatna detektyw, Julia Dobrowolska, przyjmuje intratną pracę w detektywistycznym show u boku gwiazdy telewizyjnej, Wiktora Bergena. Odtąd jej śledztwom towarzyszy ekipa telewizyjna, a Julia musi się podporządkować dość ekscentrycznym wymaganiom Bergena.

Gdy dzwoni do niej siostra, detektywka nie spodziewa się, że chodzi o kryminalną sprawę, a już na pewno nie tak złożoną i mroczną. Siostra była świadkiem morderstwa… Nim Julia zdąży wysłuchać zeznań świadków zabójstwa, ginie następna osoba, a zaraz potem kolejna… A wszystko w jednej krakowskiej kamienicy, której właścicielem jest brat bliskiego Julii mężczyzny.

W labiryntach osobliwego klubu, wielopoziomowego jak sama zagadka, ukrytych jest wiele tajemnic. Pojawiają się też pożądanie i zagrożenie, których Julia nie uniknie… A morderca czyha gdzieś bardzo blisko…

Czy w blasku kamer, w zamkniętej przestrzeni, Julia Dobrowolska zdoła dopaść seryjnego zabójcę? A może sprawców jest więcej?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 313

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK
Korekta: JACEK BŁACH, KAMIL BOGUSIEWICZ
Projekt okładki: JOANNA KARPOWICZ
Opracowanie okładki, stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI
Skład i łamanie: Infomarket
© Copyright by Gaja Grzegorzewska © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016
Wydanie pierwsze:Wydawnictwo EMG, Kraków 2007
ISBN 978-83-08-05873-2
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

1TELEFON

Julia z irytacją przestąpiła z nogi na nogę. Wzięła od kelnera kolejny kieliszek czerwonego wina i wypiła go o wiele za szybko. Wrzuciła w siebie dwie tartinki, które wcale jej nie smakowały, i po raz kolejny rozejrzała się dookoła. Wzrok utonął w morzu garniturów i monochromatycznych garsonek.

Była na przyjęciu z okazji czterdziestych piątych urodzin Romana Kozieja, szefa krakowskiego oddziału telewizji PolTV. Przyjęcie odbywało się w Panoramie, klubie mieszczącym się na ostatnim piętrze domu handlowego Jubilat. Frontowa ściana klubu była przeszklona, a za nią rozciągał się najbardziej pożądany widok w Krakowie. Na zakole Wisły i Wawel.

Julia przyszła tu na prośbę, lub raczej na rozkaz swojego szefa, Wiktora Bergena, dziennikarza prowadzącego bardzo popularny telewizyjny program, „Wiktor Bergen prowadzi śledztwo”, w którym razem z Julią ścigali i łapali przestępców. Program był prawdziwą żyłą złota dla PolTV. A odkąd pojawiła się w nim Julia, oglądalność wzrosła o kolejne piętnaście procent.

Teraz, stojąc wśród tych wszystkich telewizyjnych szych, poczuła po raz kolejny, że nie pasuje i co więcej, wcale nie zamierza pasować do tego świata.

Wyróżniał ją już sam wygląd. Przez jej szczupłą twarz o subtelnych rysach biegła zupełnie niesubtelna blizna. Znamię przecinało cały policzek Julii, co prawie zawsze wprawiało w zakłopotanie jej rozmówców, którzy nie bardzo wiedzieli, w jaki sposób patrzeć na nią, żeby się nie wydawało, że gapią się na bliznę. Chociaż właśnie to robili.

Ubrana też była nieodpowiednio. Miała na sobie złoty top wiązany na szyi, długie rękawiczki w kolorze amarantowym, z których wystawały umięśnione ramiona, zieloną spódnicę z lejącego się materiału i złote kozaki na bardzo wysokim obcasie. Długie blond włosy odgarnęła do tyłu i spięła wsuwkami.

Od rozgadanego, radosnego tłumu dziennikarzy odstawała też jej znudzona mina i brak serdecznego uśmiechu. Ta mina nie była jedynie pozą. Julia właśnie nudziła się śmiertelnie. A od nudy był tylko krok do ponurych rozmyślań. Pracowała z Wiktorem już ponad rok. Coraz rzadziej odwiedzała swoje krakowskie biuro, coraz więcej czasu spędzała w Warszawie.

Ich współpraca układała się doskonale, chociaż nikt poza nią, Wiktorem i osobami związanymi z programem nie wiedział, że rozwiązywanie zagadek jest prawie wyłącznie zasługą Julii. Oficjalnie dziewczyna odgrywała rolę asystentki Bergena i miała po prostu atrakcyjnie wyglądać. Jej występ często ograniczał się do paradowania w kusych sukienkach, biegania w szpilkach, atakowania przestępców akrobatycznymi kopnięciami, a także „naprowadzania” Wiktora na ślad przestępcy jakąś przypadkowo wtrąconą uwagą. Dziennikarz poinformował ją już na samym początku, że tak to będzie wyglądało i nie ma najmniejszej możliwości, by mogła występować w telewizji na tych samych prawach co on. Julia zgodziła się na to, bo interesowały ją przede wszystkim pieniądze, ale coraz bardziej była zniesmaczona tą sytuacją. Z sentymentem wspominała naiwne wyobrażenia, z jakimi zaczynała pracować jako detektyw.

Westchnęła. Chciało jej się palić, ale jej paczka djarumów dawno się skończyła. Oczywiście mogła kogoś poprosić o papierosa. Oczywiście nie miała na to ochoty.

Kątem oka zobaczyła, że facet tuż obok właśnie odfoliował świeżutką paczkę marlborasów. Jednak idiotyczna opowieść, którą chciał zabawić towarzystwo, zniechęciła ją ostatecznie do poczęstowania się jego papierosem. Facet opowiadał kolegom i koleżankom z Warszawy o najmodniejszym obecnie mordercy grasującym w Krakowie. Zbrodniarz ów miał w zwyczaju oskórowywać twarze swoich ofiar. Opowiadający facet dowcipkował, że niegodziwiec lubił paradować w tych makabrycznych maskach. Stojąca obok niego brunetka chichotała jak podlotek, którym nie była już od dobrych trzydziestu lat, i pokrzykiwała raz po raz: „Tadziu, przestań!”.

Julia prychnęła z irytacją i rozejrzała się, wypatrując Wiktora. Stał pod oknem i bez przekonania uwodził jakiegoś młodego adepta dziennikarstwa. Uśmiechnęła się do siebie. Wiktor nudził się tak samo jak ona. Westchnęła, dopiła wino i postukała cieniutkim obcasem o podłogę. Spojrzała w dół na swoje nowe buty od Prady, które Wiktor przywiózł jej z Londynu. Tak, były oczywiście plusy pracy w telewizji.

Kelner podsunął jej kolejny kieliszek wina, który przyjęła skwapliwie. Wypiła go równie szybko jak poprzedni. I wiele wcześniejszych. W głowie czuła już przyjemny usypiający szum i ciało stało się mile ociężałe. Wiktor podszedł do niej od tyłu, objął ją w pasie i szepnął do ucha:

– Tylko nie przesadź, skarbie, jak zrobisz po pijanemu jakąś scenę, to cię zwolnię.

– Może byłaby to najlepsza rzecz, jaką mógłbyś dla mnie zrobić – odpowiedziała Julia i uśmiechnęła się do niego, wiedząc, ile osób ich obserwuje.

– Błagam! – wyszeptał Wiktor z emfazą. – Nie zaczynaj z tymi głupotami. Chciałem ci powiedzieć, że ślicznie dziś wyglądasz. Dodajesz uroku temu przyjęciu, niczym egzotyczny kwiat w butonierce.

Julia zaśmiała się, ale jakoś tak półgębkiem. Niemal głupio.

– Wiem, Wiktor, że na swój egzaltowany sposób próbujesz mi powiedzieć, że ubrałam się nieodpowiednio.

– Spokojnie, wszystko się mieści w konwencji twojej postaci, czyli mojej słodkiej asystentki.

– Uwaga, robią nam zdjęcie – szepnęła Julia, nie przestając się uśmiechać swoim nowym, nieszczerym uśmiechem, którego nie znosiła.

Wiktor objął ją ciaśniej i nachylił się do jej ucha.

– Teraz możesz się zaśmiać. Udawaj, że powiedziałem ci coś cholernie zabawnego.

Julia zachichotała prawie szczerze. Zaczęła powoli się przyzwyczajać do tego typu sytuacji. Odezwała się do Wiktora cicho, chuchając mu w ucho:

– Opowiedz mi jakiś kawał.

– Najlepszy kawał to cała ta impreza. Wszyscy włażą sobie w tyłki.

– Coś dla ciebie, mój drogi.

– Akurat! Ani jednego fajnego faceta, ten twój Kraków to cholerna, prowincjonalna dziura, skarbie.

– A tamten młody laluś w garniturze od Armaniego?

– Daj spokój, co za ordynarna dosłowność w doborze garderoby i te oprawki! Koszmar! Nie, nie, skarbie, dziś wracam do domu z tobą. Cieszysz się? – Pogłaskał ją po ramieniu.

– Ucieszę się, jeśli powiesz, że wracamy teraz – mruknęła Julia i głośno odstawiła pusty kieliszek na szklany stół z przekąskami.

Wiktor spojrzał na zegarek.

– Jest dwudziesta pierwsza, godzina nieprzyzwoicie wczesna, ale chyba możemy się zbierać. Jeśli wyjdziemy teraz, wszyscy zwalą to na karb naszego gorącego romansu. Więc jak dla mnie bomba.

Julia skinęła ochoczo głową. Wiktor wziął ją za rękę i skierowali się w stronę szatni, gdzie pomógł jej założyć seledynowy płaszcz, trochę za lekki jak na listopadową, krakowską pogodę. Podszedł do nich jubilat. Był już porządnie wstawiony.

– Wymykacie się po angielsku, gołąbki?

– Wiesz, Roman, jak się ma taką gorącą dziewczynę, to najlepsze, co można zrobić. – Wiktor zaserwował żarcik w stylu, jakiego Julia wprost nie cierpiała. Milczała jednak dzielnie.

Roman uśmiechnął się odrobinę złośliwie i powiedział:

– Oczywiście, Wiktor. – Podał mu rękę, po czym zwrócił się do Julii: – Do zobaczenia, miło było cię wreszcie poznać, Julio.

Pocałował ją w oba policzki trochę zbyt gorliwie. Wiktor przyciągnął Julię do siebie i poszli w kierunku wyjścia. Przestali się obejmować dopiero w windzie.

– Obleśny satyr! – mruknęła Julia, wycierając policzki wierzchem dłoni.

– Kto, ja? – spytał Wiktor, wyraźnie dotknięty.

– Nie ty, tylko twój kumpel Roman. Szczerze mówiąc, zaczynam mieć tego wszystkiego dosyć.

– No, no, daj spokój. – Wiktor poklepał ją niezdarnie po ramieniu. – Zamawiamy taryfę?

– Nie ma sensu, przecież to dwa kroki stąd. Przejdziemy się, leniu śmierdzący. Możemy kupić w Jubilacie wino i ululać się w domu na dobre.

Julia mieszkała w Dębnikach, dzielnicy położonej w zakolu Wisły. Bardzo lubiła swoją dzielnicę, przypominającą małe miasteczko w środku dużego miasta. Były tam ryneczek, kilka sklepów, park, szkoła, kościół i nawet hotel.

Wieczór był mroźny, prawie zimowy, jak to się często zdarza pod koniec listopada. Na szczęście deszcz przestał padać godzinę wcześniej. Jednak wciąż było wilgotno, a na moście Dębnickim wiał nieprzyjemny wiatr, usiłujący zerwać Julii kapelusz z głowy. Gdy przebiegali ulicę w niedozwolonym miejscu, Julii zrobiło się już prawie wesoło. Nogi w niebotycznych szpilkach plątały się jej, gdy szła, wieszając się na ramieniu Wiktora. Partner poczęstował ją papierosem.

– Jak ja mam przy tobie rzucić palenie? – powiedziała Julia niewyraźnie, ściskając papierosa zębami i osłaniając dłonie Wiktora, gdy podsunął jej swoją srebrną zapalniczkę.

– Pal, pal, tylko na zdrowie ci wyjdzie.

Po drodze Wiktor, który również wypił sporo tego wieczoru, zabawiał Julię żenującymi i kompromitującymi anegdotkami z życia telewizyjnych osobistości. Wybuchali co chwilę śmiechem, wypuszczając z siebie kłęby pary. Julia, śmiejąc się z kolejnej historii, pomyślała, że lubi swojego szefa. Gdy się poznali przy okazji morderstwa popełnionego w miasteczku Bułkowice, prawie z miejsca zapałała do niego silną niechęcią. Potem, gdy poróżnił ich romans z tym samym policjantem, niechęć pogłębiła się jeszcze bardziej. Pod koniec sprawy bułkowickiej wszystko diametralnie się zmieniło. Wiktor zaproponował Julii pracę w telewizji. Podejrzewała, że zrobił to, by mieć pod kontrolą ją i swojego byłego kochanka. Nie wiedział, że Julia widziała się z Dawidem tylko trzy razy, trzeci raz zakończył się okropną awanturą, szybkim seksem w przedpokoju Julii i nieprzyjemnymi słowami, które padły z obu stron na do widzenia.

Julia zgodziła się na współpracę z Wiktorem głównie po to, by pognębić Dawida. Pomyślała, że to powinno dać mu do myślenia. Nie widziała go od tamtego dnia, kiedy uderzyła go w twarz i wyrzuciła za drzwi. Często myślała o tym, że on na pewno ogląda ją w telewizji. I dobrze. Przysięgli sobie z Wiktorem, że żadne z nich nie spotka się więcej z tym draniem. Nie rozmawiali też o nim nigdy. Pozornie sobie ufali.

Przeszli obok ciuchlandu. Na wystawie wisiała kartka z napisem: „Zatrudnię panią w taniej odzieży”, co wprawiło ich w doskonały nastrój.

Julia cieszyła się perspektywą spokojnego, czwartkowego wieczoru w towarzystwie Wiktora. Dwie butelki czerwonego wina, radośnie pobrzękujące w siatce niesionej przez jej szefa, też niewątpliwie przyczyniły się do takiego stanu rzeczy.

Weszli do przedwojennej kamienicy, w której mieściło się trzypokojowe mieszkanie Julii. Wspinając się po schodach, uciszali się nawzajem, co przynosiło rezultat odwrotny do zamierzonego. Julia dwa razy upuściła klucze, a Wiktor dwa razy je podniósł. Za drugim razem stuknęli się głowami, co spowodowało kolejne salwy śmiechu.

– No, pokaż czółko – powiedział Wiktor, oglądając twarz Julii w słabym świetle zakurzonej żarówki, dyndającej w korytarzu, na obszarpanym dzyndzlu. Żarówkę regularnie ktoś podprowadzał i Julia pomyślała, że zajmie się tą sprawą, o ile wcześniej złodzieja nie porazi prąd z owego dzyndzla.

– Pocałuję i przestanie boleć – kontynuował oględziny Wiktor.

– Głupi. – Julia się zaśmiała.

Wiktor pocałował ją w czoło i przyciągnął do siebie. Julia parsknęła śmiechem, mówiąc:

– Nie jesteśmy pod ostrzałem fotografów, skarbie.

– Wiem – odparł spokojnie Wiktor.

Julia wciąż się śmiała, ale spojrzała na niego uważnie. Obejmował ją i uśmiechał się zasadniczo jednoznacznie.

– Ty żartujesz, prawda? – spytała, trzeźwiejąc momentalnie i asekuracyjnie oparła mu dłonie na klatce piersiowej.

Wiktor pokręcił głową i dotknął palcem jej ust.

– Właściwie to mam ochotę cię pocałować.

– Ty chyba rzeczywiście sporo wypiłeś, przypominam ci, mój drogi, że ja nie jestem facetem. Ty natomiast jesteś gejem. Pamiętasz, co to oznacza? Lubisz facetów i ich męskie homoróżdżki, głupku.

– Czasami przypominasz faceta.

– W twoich ustach to brzmi prawie jak komplement.

– Więc jak będzie z tym pocałunkiem? Mam ci go wydrzeć siłą?

– Wiktor, wykorzystujesz pozycję szefa, by mnie napastować? – Julia znowu się zaśmiała, ta zabawa zaczęła jej się podobać.

– Sama mnie zaprosiłaś, głuptasku, każdy sąd mnie uniewinni. – Powoli rozpiął jej płaszcz, objął ją w talii i przysunął się do niej.

– Zaczynam się obawiać, że na pocałunku nie skończą się twoje wymagania. Hm, może wejdziemy i skończymy ten performance dla sąsiadów?

– Czyli jednak mnie zapraszasz.

– Nie będziesz się przecież błąkał sam po tej zakazanej dzielnicy. Ktoś mógłby ci sklepać michę za sam wygląd.

Wiktor otworzył drzwi i puścił Julię przodem. Julia zapaliła światło i upuściła torebkę, co śmiertelnie wystraszyło jej kota, czającego się przy drzwiach. Kot odskoczył w bok, odbił się od ściany rykoszetem i pogalopował w głąb mieszkania. Wiktor podniósł torebkę, objął Julię i zaczął ją wolno ciągnąć w stronę jej pokoju.

– Nie każesz mi chyba znowu spać na kanapie, jak małżonkowi, który popadł w niełaskę.

Gdy znaleźli się w sypialni, Julia zawahała się, ale po chwili pomyślała, że właściwie czemu nie. To, że pożądał jej homoseksualista, bardzo na nią podziałało. Usiadła na łóżku, Wiktor usiadł obok niej. Przez moment czuła się jak wtedy, gdy w liceum zaprosiła do siebie kolegę, który jej się podobał, ale nie bardzo wiedziała, jak się zabrać do sprawy. Teraz bała się, że nagle zacznie się śmiać albo zrobi coś jeszcze bardziej idiotycznego. Wiktor popchnął ją lekko na łóżko i pochylił się nad nią. Potem pocałował. Zwinnie wsunął język w jej usta. Natrafił na kolczyk, który niedawno sobie zrobiła w języku. Odniosła wrażenie, że to odkrycie bardzo mu się spodobało.

Podciągnął do góry złoty top, odsłaniając umięśniony, brązowy brzuch. Gdy położył dłoń na jej piersi, mimowolnie parsknęła śmiechem.

– Przepraszam, skarbie. – Julia przywołała się do porządku i pocałowała wyraźnie urażonego Wiktora.

– Nie bój się, kochałem się z kobietami nie raz. Myślisz, że skąd mam syna?

Julia wzruszyła ramionami, starając się ukryć rozbawienie. By okazać Wiktorowi przychylność, zgrabnie i szybko pozbyła się bluzki. Potem objęła go nogami. Cieniutka spódnica zsunęła jej się z ud, ukazując koronkowe wykończenie pończoch. Wiktor, zdeklarowany esteta, był zachwycony.

Wtedy zadzwoniła komórka Julii.

Potem Julia wielokrotnie przysięgała, że przeczuła, iż stało się coś złego. To oczywiście była nieprawda. Zirytowana, podczołgała się do brzegu łóżka i sięgnęła po torebkę, która poniewierała się po ziemi. Wygrzebała z niej telefon, coraz natarczywiej atakujący motywem trąbek z Aquemini OutKasta. Odebrała go ze śmiechem, opędzając się od Wiktora, który usiłował ją pozbawić resztek odzienia.

– Taaak? – spytała przeciągle.

– Juli, to ja – usłyszała głos swojej siostry, a w tle jakiś harmider, czy raczej dzikie wrzaski. – Juli, musisz tu przyjechać.

– To Lola, chyba jest w zoo – powiedziała Julia do Wiktora, a do siostry warknęła: – Co znowu?

Wiktor odebrał Julii telefon i powiedział, nie wypuszczając jej z ramion:

– Lola, idź się bawić, ja się tu muszę zająć twoją siostrą, jak tylko się uporam z jej staniczkiem.

Słuchając odpowiedzi, Wiktor zmarszczył brwi i oddał Julii telefon ze słowami:

– Ona chyba płacze albo się śmieje, nie wiem, trudno cokolwiek zrozumieć.

– Co się znowu stało? – spytała Julia znudzonym głosem.

W słuchawce rozległo się niewyraźne buczenie Loli. Tymczasem Wiktor powrócił do siłowania się z zapięciem stanika. Było oczywiste, że nie miał w tym wprawy.

– I ty się dziwisz, że wolę facetów? – mruknął.

Julia zamknęła mu jednak usta dłonią i usiadła, minę miała poważną i trochę przestraszoną. Po chwili kiwnęła głową i powiedziała:

– Zaraz tam będę, nie rozmawiaj z nikim, dopóki nie przyjadę.

– Co się stało? – zapytał Wiktor, gdy Julia skończyła rozmowę.

Dziewczyna wolno odwróciła twarz w jego kierunku, marszcząc brwi w skupieniu.

– Lola jest na imprezie w takim jednym modnym klubie. Zamordowano tam kogoś. O ile dobrze zrozumiałam, to był chłopak Loli. Został pchnięty nożem.

Wiktor gapił się na nią przez moment, po czym zerwał się na równe nogi i pociągnął za sobą swoją niedoszłą kochankę.

– Czy policja jest już na miejscu? – spytał trzeźwo.

– Podobno kogoś już przysłali – odparła Julia i spojrzała na zegarek. Była dwudziesta pierwsza trzydzieści jeden.

– Dobra, jedziemy – zadecydował Wiktor. – Jezu, mam tylko nadzieję, że to nie jakaś idiotyczna bójka o laskę, tylko coś porządnego.

Julia ze zdumienia rozwarła szeroko oczy i powiedziała ostro:

– Wiktor! To moja siostra.

– Tak, kochana, wiem, a my jej pomożemy. No, szybciutko, wezwij taryfę. – Podał jej komórkę i klepnął w pośladek.

Julia spojrzała na niego ostro, mimowolnie zaciskając pięści. Stanęła na szeroko rozstawionych nogach. Mimo niekompletnej garderoby jej postawa wzbudziła w Wiktorze lekki niepokój.

– Nie zrobisz tego – warknęła.

Wiktor zawahał się, ale po chwili wyrzucił z siebie potok słów:

– Skarbie, bombowa rzecz! Morderstwo w modnym klubie, ponura tajemnica, mnóstwo roznegliżowanych, podrygujących laseczek i rozpasanych, pijanych kolesi. Piękna sprawa, kochanie. Nie bądź głuptaskiem, chyba sama to widzisz. Powiesz tylko słówko, a oszczędzę twoją Lolę na tyle, na ile będę mógł.

Julia myślała przez moment. Tylko moment, gdyż wiedziała, że czasu jest niewiele. Jeśli Wiktor się uparł i zapalił do pomysłu, to ona go nie powstrzyma. Nie chciała go nastawiać przeciwko sobie. Wiktor może się przydać. Szybko wybrała numer i zamówiła taksówkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki