Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Noc uległości - Tessa Dare

Witajcie w Spindle Cove, gdzie damy o delikatnej konstytucji przybywają, by wzmocnić zdrowie morskim powietrzem, a mężczyźni w kwiecie wieku… no tych nie ma ani na lekarstwo.

Spindle Cove to azyl dla pewnego rodzaju pań z towarzystwa: panien chorobliwie nieśmiałych, młodych mężatek rozczarowanych małżeństwem, dobrze urodzonych dziewcząt, które niefortunnie ulokowały swe uczucia. Dla wszystkich kobiet, które nie chcą mieć do czynienia z mężczyznami, to raj na ziemi.

Victor Bramwell, nowy hrabia Rycliff, doskonale zdaje sobie sprawę, że to nie miejsce dla niego. Z tego, co mu wiadomo, w Spindle Cove nie ma nic poza owcami i… starymi pannami. Ale jako żołnierz musi wypełnić tu pewne zadanie. Stawia się więc wraz z przyjaciółmi w Spindle Cove. Jego łatwą misję komplikuje jednak spotkanie z panną Susanną Finch – kobietą z charakterem, zadecydowaną bronić swej osobistej utopii przed inwazją męskiej armii Brama…

Opinie o ebooku Noc uległości - Tessa Dare

Fragment ebooka Noc uległości - Tessa Dare

Redakcja stylistyczna

Izabella Sieńko-Holewa

Korekta

Hanna Lachowska

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

A Night to Surrender

Copyright © 2011 by Eve Ortega.

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4905-6

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mojej mamie z wyrazami miłości.

Uzdrowicielce, uczonej, pisarce, wzorowi do naśladowania, przyjaciółce.

1

Sussex, Anglia,lato 1813

Bram wpatrywał się w parę wielkich, ciemnych oczu. Pojawił się w nich zaskakujący błysk inteligencji. To mógł być rzadki przypadek, kiedy istocie płci żeńskiej dałoby się przemówić do rozumu.

– A zatem – oznajmił – możemy to zrobić delikatnie albo nie.

Odwróciła głowę z cichym parsknięciem. Jakby przestał istnieć.

Bram przeniósł ciężar na zdrową nogę; jego duma ucierpiała. Podpułkownik armii brytyjskiej, mający ponad sześć stóp wzrostu, podobno prezentował się imponująco. Zazwyczaj wystarczało znaczące spojrzenie, żeby stłumić nieposłuszeństwo w zarodku. Nie przywykł, żeby go ignorowano.

– Posłuchaj uważnie. – Brutalnie szarpnął ją za ucho i groźnie zniżył głos. – Lepiej dla ciebie, żebyś zrobiła, co mówię.

Choć nie odezwała się ani słowem, jej zachowanie nie budziło wątpliwości. Wydawała się mówić: „Możesz mnie pocałować w mój wielki wełnisty zad”.

Głupia owca!

– Ach, angielska wieś… Taka czarująca. Taka… pełna woni. – Colin szedł w jego stronę bez swojego najlepszego londyńskiego żakietu, brodząc po pas w morzu wełny. – Nie sądzę, żebyśmy mogli po prostu zawrócić? – zapytał, ocierając chusteczką pot z czoła.

Przed nimi chłopiec wywrócił wózek i rozsypał zboże na drodze. Wydawało się, że wszystkie barany i owce w Sussex postanowiły skorzystać z darmowego poczęstunku. Wielkie stado owiec tłoczyło się i beczało wokół nieszczęsnego podrostka, racząc się ziarnem i uniemożliwiając przejazd wozom Brama.

– A gdybyśmy jednak wrócili? – zapytał Colin. – Może da się to obejść, znaleźć inną drogę?

Bram powiódł ręką wokół.

– Nie ma innej drogi.

Stali pośrodku pociętego koleinami traktu, biegnącego wąską, krętą doliną. Z jednej strony wznosiła się stroma ściana porośnięta janowcem, z drugiej – kilkadziesiąt jardów wrzosu dzieliło szlak od stromych klifów. Zaś poniżej – o wiele niżej – rozciągało się lśniące, turkusowe morze. Przy suchym, przejrzystym powietrzu, gdyby Bram wysilił wzrok, patrząc na cienką linię horyzontu barwy indygo, mógłby dostrzec północne wybrzeże Francji.

Tak blisko. Dotrze tam. Nie dzisiaj, ale wkrótce. Miał zadanie do wykonania. Im szybciej się z tym upora, tym szybciej wróci do swojego regimentu. Nic go nie zatrzyma.

Z wyjątkiem owiec. Niech to diabli. Wydawało się, że owce im dały radę.

– Zajmę się tym – odezwał się szorstki głos.

Podszedł do nich Thorne. Bram zerknął w bok, na potężnego kaprala ze strzelbą skałkową na ramieniu.

– Nie możemy ich po prostu wystrzelać, Thorne.

Posłuszny, jak zwykle, Thorne opuścił strzelbę.

– A zatem kordelas. Naostrzyłem go zeszłej nocy.

– Wyrżnąć też ich nie możemy.

Thorne wzruszył ramionami.

– Jestem głodny.

Tak, to był cały Thorne – bezpośredni, praktyczny. Bezwzględny.

– Wszyscy jesteśmy głodni. – Bramowi zaburczało w brzuchu na potwierdzenie. – Ale nasz cel to oczyścić drogę. A martwe owce trudniej ruszyć niż żywe. Musimy je przegonić.

Thorne zabezpieczył karabin, podrzucił go zręcznie i złapał w powietrzu, a następnie uderzył kolbą w wełnisty bok.

– Ruszaj się, ty paskudna bestio.

Zwierzę podreptało niezgrabnie w górę, zmuszając inne do przesunięcia się. W dole woźnice parli naprzód, nie rezygnując nawet z paru cali przestrzeni, zanim ostatecznie zatrzymali wozy.

Oba pojazdy zawierały zaopatrzenie dla regimentu Brama: muszkiety, naboje, wełnę, środki czyszczące. Nie żałował pieniędzy i zamierzał poprowadzić wozy dalej. Nawet gdyby to miało zająć cały dzień, nawet jeśli rwący ból od uda po łydkę nie da mu spokoju. Przełożeni sądzą, że nie wydobrzał na tyle, żeby objąć dowodzenie na polu bitwy? Dowiedzie, że się mylą. Krok po kroku.

– To bzdura – burknął Colin. – W tym tempie dotrzemy na miejsce w przyszły wtorek.

– Przestań gadać. Ruszaj się. – Bram pchnął owcę butem, krzywiąc się z irytacją. Przy morderczym bólu w nodze utrapienie, które odziedziczył wraz z majątkiem ojca, było mu najmniej potrzebne. Nałożono na niego odpowiedzialność za nicponia i utracjusza – kuzyna Colina Sandhursta, lorda Payne.

Trzepnął w bok kolejną owcę, zyskując urażone beknięcie i parę cali.

– Mam pomysł – oznajmił Colin.

Bram jęknął; nie był zaskoczony. Jako dorośli mężczyźni on i Colin znaczyli dla siebie niewiele więcej niż obcy ludzie. Ale w ciągu paru lat, kiedy razem studiowali w Eton, kuzyn miał mnóstwo pomysłów. Pomysłów, dzięki którym lądował po kolana w gównie. Co najmniej przy jednej okazji absolutnie dosłownie.

Colin powiódł błyszczącymi oczami od Brama do Thorne’a i z powrotem.

– Panowie, czyż nie jesteśmy aby w posiadaniu znacznych ilości czarnego prochu?

– Spokój to dusza naszej społeczności.

Niecałe ćwierć mili dalej Susanna Finch siedziała za koronkową kotarą w salonie Królowej Ruby, pensjonatu dla młodych, dobrze urodzonych panien. Towarzyszyły jej trzy kandydatki na rezydentki, trzy niezamężne córki pani Highwood – wraz z matką.

– Tutaj, w Spindle Cove panuje uzdrawiająca atmosfera, która korzystnie wpływa na młode damy. – Susanna wskazała gromadkę zebranych przy kominku dziewcząt, oddających się z zapałem haftowaniu, szydełkowaniu i szyciu. – Widzicie panie? Oto obraz zdrowia i przykład doskonalenia się w szlachetnych zajęciach.

Jak na zawołanie młode damy podniosły głowy, posyłając im skromne, łagodne uśmiechy.

Znakomicie. Susanna kiwnęła aprobująco głową.

Zazwyczaj damy ze Spindle Cove nie traciłyby tak pięknego popołudnia na robótki w czterech ścianach. Wędrowałyby po okolicy, kąpały się w zatoczce i wspinały na klify. Jednak w takie dnie, kiedy we wsi zjawiali się nowi goście, wszyscy rozumieli, że należy zachować pewne pozory. Susanna nie cofała się przed nieszkodliwym kłamstwem, jeśli mogło uratować życie młodej kobiety.

– Może więcej herbaty? – zapytała, biorąc świeżą filiżankę od pani Nichols, posuniętej w latach właścicielki gospody. Gdyby pani High­wood przyjrzała się młodym damom zbyt uważnie, zobaczyłaby, że Kate Taylor zaczerpnęła motyw haftu z celtyckiej baśniowej erotyki. A Violet Winterbottom nawet nie nawlokła igły.

Pani Highwood pociągnęła nosem. Mimo że dzień był raczej chłodny, wachlowała się energicznie.

– Cóż, panno Finch, być może Dianie mogłoby się tutaj poprawić. – Zerknęła na najstarszą córkę. – Byłyśmy u najlepszych doktorów, próbowałyśmy tylu różnych kuracji. Zabrałam ją nawet na leczenie do Bath.

Susanna kiwnęła współczująco głową. Z tego, co zrozumiała, Diana Highwood cierpiała na słabe ataki astmy od dzieciństwa. Jasnowłosa, o nieśmiałym uśmiechu najstarsza panna Highwood była prawdziwą pięknością. Kruche zdrowie opóźniało jej debiut, który z pewnością okazałby się olśniewającym sukcesem. Susanna podejrzewała jednak, że to liczni medycy i ich porady nie pozwalały pannie dojść do zdrowia.

Uśmiechnęła się do Diany przyjaźnie.

– Jestem przekonana, że pobyt w Spindle Cove okaże się dobroczynny dla zdrowia panny Highwood. Jak również niezwykle korzystny dla was wszystkich.

W ostatnich latach Spindle Cove stało się miejscem odpoczynku dla pewnego rodzaju dobrze urodzonych panien. Takich, z którymi nie wiedziano, co zrobić – słabego zdrowia, bohaterek skandali, rozpaczliwie nieśmiałych; młodych żon rozczarowanych małżeństwem i młodych dziewcząt zbytnio oczarowanych niewłaściwymi dżentelmenami… Wszystkie sprowadzali tutaj opiekunowie w nadziei, że morskie powietrze uleczy je z ich dolegliwości.

Jako jedyna córka jedynego we wsi dżentelmena, Susanna pełniła, siłą rzeczy, funkcję gospodyni. Te kłopotliwe młode damy, z którymi nie potrafiono sobie poradzić… Ona wiedziała, co z nimi robić. Albo raczej, wiedziała, czego z nimi nie robić. Żadnych „kuracji”. Żadnego doktora z lancetem, żeby im puszczać krew, czy matron zadręczających je ćwiczeniem dykcji. Dziewczęta potrzebowały po prostu miejsca, żeby być sobą.

Spindle Cove było tym miejscem.

Pani Highwood pomachała wachlarzem.

– Jestem wdową bez synów, panno Finch. Jedna z moich córek musi dobrze wyjść za mąż, i to wkrótce. Wiązałam tyle nadziei z Dianą, taka jest śliczna… Ale jeśli nie nabierze sił przed następnym sezonem… – Machnęła lekceważąco ręką w stronę środkowej córki. Ciemnowłosa, w okularach, bardzo różniła się od siostry. – Nie pozostanie mi nic innego, jak wprowadzić Minervę na salony.

– Ale Minerva nie interesuje się mężczyznami – dodała usłużnie najmłodsza, Charlotte. – Woli ziemię i skały.

– To się nazywa geologia – oznajmiła Minerva. – To jest nauka.

– Pewne staropanieństwo! Oto, co to jest! Dziwaczna dziewczyna. Siedź przynajmniej prosto na krześle. – Pani Highwood westchnęła i poruszyła wachlarzem z jeszcze większą energią. – Doprowadza mnie do rozpaczy, doprawdy – zwróciła się do Susanny. – Czy może ją sobie pani wyobrazić w eleganckim towarzystwie?

Susanna stłumiła uśmiech, aż nadto dobrze wyobrażając sobie tę scenę. Przypominałaby zapewne jej własny debiut. Podobnie jak Minerva, żywiła mało kobiece zainteresowania i krewne rwały sobie z jej powodu włosy z głowy. Na balach była tą piegowatą Amazonką, która najchętniej wtopiłaby się w tapetę na ścianie, gdyby tylko kolor włosów jej na to pozwolił.

A co do dżentelmenów… Żaden nie zdołał zwalić jej z nóg. Żeby nie skłamać, żaden z nich nie włożył w to większego wysiłku.

Odsunęła niemiłe wspomnienia. To już minęło.

Wzrok pani Highwood przesunął się na książkę w rogu stołu.

– Cieszę się, że ma pani pod ręką dzieło pani Worthington.

– O, tak. – Susanna sięgnęła po niebieski, oprawiony w skórę tom. – Znajdzie pani egzemplarze Mądrości pani Worthington w różnych miejscach w całej wsi. Uważamy ją za bardzo użyteczną książkę.

– Słyszysz, Minervo? Dobrze by było, gdybyś nauczyła się jej na pamięć. – Minerva przewróciła oczami, a pani Highwood dodała: – Charlotte, otwórz ją. Przeczytaj początek rozdziału dwunastego.

Charlotte sięgnęła po książkę, otworzyła ją, odchrząknęła i odczytała dramatycznym głosem:

– Rozdział dwunasty. Niebezpieczeństwa nadmiernej edukacji. Intelekt młodej damy powinien pod każdym względem przypominać jej bieliznę. Obecny, dziewiczy, niedostrzegalny dla postronnych oczu.

Pani Highwood sapnęła z zadowoleniem.

– Tak, właśnie tak. Słuchaj i pamiętaj, Minervo. Słuchaj i wierz każdemu słowu. Jak powiada panna Finch, znajdziesz tę książkę bardzo użyteczną.

Susanna pociągnęła leniwie łyk herbaty, przełykając wraz z nią gorzką pigułkę – swoje oburzenie. Zasadniczo nie miała skłonności do wpadania w gniew czy złość. Ale sprowokowana, musiała bardzo się starać, żeby ukryć pasję.

Ta książka prowokowała ją bezustannie.

Mądre rady dla młodych dam pani Worthington, pełne głupich, szkodliwych pouczeń na każdej stronie, stanowiły przekleństwo rozsądnych młodych dziewcząt w całej Anglii. Susanna z radością zgniotłaby tomik w moździerzu na proszek, wsypała do fiolki oznaczonej trupią czaszką i postawiła na najwyższej półce w destylarni, obok suszonej naparstnicy i trującej wilczej jagody.

Zamiast tego poświęciła się misji usuwania jak największej liczby kopii z obiegu. Rodzaj kwarantanny. Dawne rezydentki Królowej Ruby przysyłały książki ze wszystkich stron Anglii. Nie można było wejść do pokoju w Spindle Cove, nie natykając się na dwa albo trzy egzemplarze Mądrych rad pani Worthington. I zgodnie z tym, o czym Susanna zapewniła panią Highwood, książka bardzo się przydawała. Można ją było włożyć w okno, żeby się nie zamykało. Położona na podłodze, powodowała, że drzwi nie otwierały się za szeroko, służyła także znakomicie jako przycisk do papieru. Swoich kopii Susanna używała do prasowania ziół. A od czasu do czasu jako tarczy w ćwiczeniach trafiania do celu.

Skinęła na Charlotte.

– Czy mogę? – Wzięła książkę od dziewczyny i podniosła ją wysoko. Następnie szybkim ruchem zmiażdżyła z głośnym pacnięciem męczącego komara.

Ze spokojnym uśmiechem odłożyła książkę na stolik obok.

– Niezwykle pożyteczna, w istocie.

– Nigdy się nie dowiedzą, co je trafiło. – Obcasem buta Colin przykrył ziemią pierwszy ładunek prochu.

– Nic ich nie trafi – sprostował Bram. – Nie używamy pocisków.

Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowali, to fruwające w powietrzu szrapnele. Ładunki, które przygotował, były nieszkodliwe – czarny proch zawinięty w papier, żeby narobić trochę hałasu i wzbić fontannę ziemi.

– Jesteś pewien, że konie nie spanikują? – spytał Colin, rozwijając wolno palący się lont.

– To konie kawaleryjskie. Przyzwyczajone do wybuchów. Natomiast owce…

– Rozproszą się jak muchy – dokończył Colin, uśmiechając się zawadiacko.

– Tak przypuszczam.

Bram wiedział, że bombardowanie owiec było szalonym i niezbyt mądrym przedsięwzięciem, podobnie jak wszystkie chłopięce pomysły Colina. Z pewnością znalazłby się pewniejszy i skuteczniejszy sposób, żeby pokonać owczą barykadę – bez użycia prochu strzelniczego.

Ale czas mijał, a Bram chciał jechać dalej. Przed ośmioma miesiącami ołowiana kula przebiła mu prawe kolano, wywracając jego życie do góry nogami. Miesiącami tkwił w łóżku, a potem tygodniami włóczył się po korytarzach, postukując laską i jęcząc niczym dusza potępiona, ciągnąca za sobą łańcuchy. Bywały dni, kiedy Bram myślał, że za chwilę to on wybuchnie.

A teraz był tak blisko – około mili – od Summerfield i sir Lewisa Fincha. Zaledwie mila od powrotu do regimentu w charakterze dowódcy. Nie stanie mu na przeszkodzie stado żarłocznych owiec, którym brzuchy z pewnością popękałyby z przejedzenia, gdyby ich nie odegnano od ziarna.

Potrzebowali tego wybuchu.

– Wystarczy! – zawołał Thorne, umieszczając ostatni ładunek na szczycie wzniesienia. Przepychając się wśród owiec w ich stronę, dodał: – Droga czysta i to daleko przed nami.

– W pobliżu jest wieś, prawda? – zapytał Colin. – Na Boga, powiedzcie mi, że jest.

– Tak – odparł Bram, pakując z powrotem niezużyty proch. – Widziałem na mapie. Jakaś-tam-zatoczka czy Jak-mu-tam-port… nie pamiętam dokładnie.

– Nie obchodzi mnie, jak się nazywa – stwierdził Colin. – Byle była tawerna i towarzystwo. Boże, nienawidzę wsi.

– Widziałem tę wieś. Tuż za wzniesieniem – powiedział Thorne.

– Nie wyglądała czarująco, prawda? – Colin uniósł brew, sięgając po krzesiwo. – Znienawidziłbym ją, gdyby taka była. Dajcie mi zatęchłą, obskurną, przesiąkniętą grzechem, niczym wrzód ropą, wiochę. Na myśl o bogobojnym życiu dostaję gęsiej skórki.

Kapral rzucił mu obojętne spojrzenie.

– Tego nie potrafię ocenić.

– Tak, domyślam się – mruknął Colin. Uderzył w krzesiwo i zapalił lont. – Niech będzie.

– Panno Finch, co za czarująca wioska – powiedziała Diana Highwood, mocniej zaciskając dłonie.

– Tak sądzimy. – Susanna, uśmiechając się skromnie, wyprowadziła gości na wiejski skwerek. – Oto kościół św. Urszuli, cenny przykład architektury średniowiecza. Oczywiście, sama łąka też jest śliczna. – Powstrzymała się od pokazania owalnego trawnika, który służył za boisko do krykieta i kręgli i szybko skierowała uwagę pani Highwood w drugą stronę, zanim ta zdołała wypatrzyć parę nóg w pończochach, zwieszających się z jednego z drzew.

– Spójrzcie tam. – Wskazała plątaninę kamiennych łuków i wieżyczek zdobiących strome zbocze. – To ruiny zamku Rycliff. Znakomite miejsce, żeby malować i rysować.

– Och, jakie to romantyczne – westchnęła Charlotte.

– Wydaje się wilgotne i zatęchłe – stwierdziła pani Highwood.

– Wcale nie. Za miesiąc odbędzie się tam nasz doroczny, letni jarmark. Zjeżdżają się rodziny z dziesięciu parafii, niektóre nawet z tak daleka, jak Eastbourne. My, damy, przywdziewamy średniowieczne stroje, a mój ojciec urządza wystawę dla dzieci. Kolekcjonuje stare zbroje, między innymi.

– Brzmi wspaniale – ucieszyła się Diana.

– To dla nas najważniejsze wydarzenie lata.

Minerva przyjrzała się skałom z najwyższą uwagą.

– Jaka jest budowa tych klifów? To piaskowiec czy kreda?

– Eee… chyba piaskowiec. – Susanna skierowała teraz ich uwagę na budynek z czerwonymi okiennicami po drugiej stronie drogi. Szerokie parapety znikały pod masą kwiatów, szyld ze złoconymi literami kołysał się bezgłośnie na wietrze. – Tam mamy herbaciarnię. Pan Fosbury, właściciel, piecze ciasta i ciasteczka nieustępujące w niczym słodyczom w Londynie.

– Ciasta? – Pani Highwood skrzywiła się niechętnie. – Mam nadzieję, że nie pozwalacie sobie na zbyt wiele słodyczy.

– Och, nie – gładko skłamała Susanna. – Rzadko kiedy.

– Dianie nie wolno się objadać. A tamtej – wskazała na Minervę – grozi, jak się obawiam, otyłość.

Minerva natychmiast spuściła wzrok, jakby studiowała kamyki na drodze. Albo jakby błagała ziemię, żeby ją pochłonęła.

– Minervo! – warknęła matka. – Postawa!

Susanna otoczyła dziewczynę opiekuńczo ramieniem.

– Mamy najwięcej słońca w całej Anglii, czy już o tym wspominałam? Poczta przychodzi dwa razy na tydzień. Czy miałybyście ochotę przejść się po sklepach?

– Sklepach? Widzę tylko jeden.

– Cóż, tak. Jest tylko jeden. Ale zaspokaja wszystkie nasze potrzeby. W sklepie Brighta Mydło i Powidło młoda dama znajdzie wszystko, co chciałaby kupić.

Pani Highwood rozejrzała się po ulicy.

– A gdzie doktor? Diana potrzebuje doktora cały czas, żeby puszczał jej krew podczas ataków.

Susanna się skrzywiła. Nic dziwnego, że Diana nigdy do siebie nie doszła. Puszczanie krwi, co za okropna, bezużyteczna metoda. Remedium, które skuteczniej odbierało życie, niż pozwalało je zachować; leczenie, które sama Susanna ledwie przeżyła. Z przyzwyczajenia ­poprawiła długie, sięgające do łokci, rękawiczki. Ich szwy otarły się o zaleczone blizny na rękach.

– W sąsiednim miasteczku jest chirurg – powiedziała. Chirurg, którego nie dopuściłaby do bydła, a co dopiero młodej damy. – Tutaj, we wsi, mamy bardzo zdolnego aptekarza. – Miała nadzieję, że pani Highwood nie będzie się dopytywać o szczegóły.

– A co z mężczyznami? – zapytała pani Highwood.

– Mężczyznami? – powtórzyła Susanna. – Co z nimi?

– Przy tylu niezamężnych pannach zgromadzonych w jednym miejscu, czy nie musicie się opędzać od łowców posagów? W Bath mrowiło się od nich, wszyscy chcieli się dobrać do posagu Diany. Jakby miała poślubić jakiegoś prawiącego słodkie słówka trzeciego syna.

– Zdecydowanie nie, pani Highwood. – Tym razem Susanna nie musiała udawać. – Nie ma tutaj zadłużonych po uszy hulaków ani ambitnych oficerów. W gruncie rzeczy, w Spindle Cove jest bardzo niewielu mężczyzn. Oprócz mojego ojca, sami kupcy i służba.

– Sama nie wiem – westchnęła pani Highwood, rozglądając się ponownie dookoła. – To dość zwyczajne miejsce, nieprawdaż? Moja kuzynka, lady Agatha, opowiadała mi o nowym spa w Kent. Kąpiele mineralne, kuracje oczyszczające. Bardzo chwaliła kurację rtęciową.

Susannie żołądek podszedł do gardła. Jeśli Diana Highwood wyląduje w takim spa, to naprawdę może być koniec jej historii.

– Proszę, pani Highwood. Nie można nie docenić uzdrawiającego wpływu zwykłego morskiego powietrza i słońca.

Charlotte oderwała wzrok od ruin zamku, patrząc na matkę błagalnie.

– Zostańmy, mamo. Chcę zobaczyć jarmark.

– Sądzę, że już mi się poprawiło – oznajmiła Diana, oddychając głęboko.

Susanna zostawiła Minervę i podeszła do zaniepokojonej matrony. Pani Highwood należała być może do kobiet, które za bardzo brały sobie niemądre rady do serca, ale z całą pewnością kochała swoje córki i chciała dla nich jak najlepiej. Potrzebowała tylko zapewnienia, że nie popełnia błędu.

Cóż, Susanna mogła ją o tym zapewnić zupełnie szczerze. Wszystkie trzy siostry potrzebowały Spindle Cove. Dianę należało chronić przed szkodliwymi kuracjami. Minervie dać szansę rozwijania swoich zainteresowań bez przeszkód. Małej Charlotte należało pozwolić być sobą, dać swobodę jej młodym nogom i pole dla wyobraźni.

A Susanna potrzebowała pań Highwood z powodów, które nie łatwo przyszłoby jej wytłumaczyć. Nie mogła cofnąć czasu i zapobiec nieszczęściom własnej młodości. Ale mogła pomóc innym młodym dziewczynom uniknąć podobnego, bezdusznego traktowania i to było najlepsze, co mogła zrobić.

– Proszę mi zaufać, pani Highwood – powiedziała, biorąc kobietę za rękę. – Spindle Cove to wymarzone miejsce na letnie wakacje dla pani córek. Przysięgam, że tutaj będą zdrowe, szczęśliwe i całkowicie bezpieczne.

Buuum! Odległy wybuch wstrząsnął powietrzem. Susanna zadrżała.

Pani Highwood zacisnęła dłoń w rękawiczce na swoim czepku.

– Mój Boże! Coś wybuchło?!

A niech to! A wszystko szło tak dobrze.

– Panno Finch, przed chwilą pani powiedziała, że tutaj jest bezpiecznie.

– Och, ależ jest… – Susanna uśmiechnęła się uspokajająco. – Jest bezpiecznie. To z pewnością statek na Kanale, który daje sygnał armatni.

Wiedziała doskonale, że nie ma żadnego statku. Wybuch mógł spowodować jedynie jej ojciec. W swoim czasie sir Lewis Finch był cenionym i sławnym wynalazcą w dziedzinie broni palnej i artylerii. Jego wkład w udoskonalenie uzbrojenia armii brytyjskiej zyskał mu uznanie, wpływy i spory majątek. Ale po wypadkach z eksperymentalnym działem przyrzekł Susannie, że zarzuci próby w polu.

Przyrzekł jej to!

Kiedy ruszyły dalej drogą, rozległ się dziwny, głuchy łoskot.

– Co to za hałas? – zapytała Diana.

Susanna udała, że nie słyszy.

– Jaki hałas?

– Ten hałas – powiedziała z naciskiem pani Highwood.

Łoskot narastał z każdą sekundą. Kamienie bruku drżały pod obcasami jej pantofli. Pani Highwood mocno zacisnęła powieki, wydając głuchy, przeciągły jęk.

– Ach, ten – powiedziała lekkim tonem Susanna, przeprowadzając panie Highwood na drugą stronę drogi. Gdyby tylko weszły do ­jakiegoś pomieszczenia… – Nie ma się czym niepokoić. Występuje tutaj od czasu do czasu. Dziwactwo pogody.

– To nie może być grom – stwierdziła Minerva.

– Nie. Nie, to nie grom. To… zjawisko atmosferyczne, wywołane sporadycznymi powiewami…

– Owce! – krzyknęła Charlotte, wskazując ręką na drogę.

Stado spłoszonych, wełnistych stworzeń sforsowało starodawny kamienny łuk i wylało się na drogę, kierując w stronę wioski.

– Och, tak – szepnęła Susanna. – Właśnie tak. Sporadyczne powiewy owiec.

Panie stłoczyły się na progu sklepu Mydło i Powidło, patrząc, jak mija je strumień przerażonych owiec. Owce beczały, narażając bębenki w uszach pań.

Jeśli ojciec zrobił sobie coś złego, zabije go.

– Nie ma powodu do niepokoju. – Susanna usiłowała przekrzyczeć hałas. – Wiejskie życie ma swoje szczególne uroki. Panno Highwood, czy oddycha pani swobodnie?

Diana kiwnęła głową.

– Dziękuję. Nic mi nie jest.

– A zatem panie wybaczą?

Nie czekając na odpowiedź, Susanna uniosła suknię i pognała drogą, wymijając owce maruderki i zostawiając wieś za sobą. To zajęło zaledwie parę chwil. Wioska była, ostatecznie, bardzo mała.

Zamiast ruszyć dłuższą, wijącą się u podnóża wzniesienia drogą, wspięła się na pagór. Blisko szczytu wiatr przyniósł chmurki dymu i kilka kłaków owczej wełny. Nie zważając na te złowrogie znaki, dotarła na sam szczyt; jej oczom ukazała się scena nieprzypominająca artyleryjskich doświadczeń ojca. Na dole stały dwa wozy. Mrużąc oczy, zauważyła postaci kręcące się wokół wozów. Wysokie, męskie postaci. Żadnych niskich, łysiejących, okrągławych dżentelmenów między nimi.

Żaden nie mógł być papą.

Wciągnęła z ulgą ostre, przesiąknięte wonią spalonego prochu powietrze. Teraz, kiedy przestała się bać, ciekawość wzięła górę. Zaintrygowana, przeszła przez wrzosowisko, aż stanęła na wąskiej, zrytej koleinami drodze. Mężczyźni w oddali znieruchomieli. Zauważyli ją.

Osłaniając czoło dłonią, wysiliła wzrok, by ich rozpoznać. Jeden z mężczyzn miał kurtkę oficera. Drugi stał w samej koszuli. Kiedy ruszyła ku nim, mężczyzna bez kurtki zaczął energicznie machać ręką. Wiatr niósł krzyk w jej stronę. Susanna podeszła jeszcze bliżej, marszcząc czoło i mając nadzieję, że wyraźniej usłyszy słowa.

– Poczekaj! Panienko, nie…!

Bach!

Niewidzialna siła zbiła ją z nóg, spychając z drogi. Przewróciła się w wysoką trawę, zmieciona przez atakującą bestię.

Potwora o wełnie czerwonej jak homar.

Razem potoczyli się dalej od drogi, obijając się kolanami i łokciami. Susanna szczękała mimowolnie zębami i ugryzła się boleśnie w język. Materiał rozdarł się z trzaskiem i chłodne powietrze wdarło się w górę jej uda tam, gdzie żaden nobliwy wiatr nie powinien się zapuszczać.

Kiedy się wreszcie zatrzymali, stwierdziła, że przygniata ją ogromny, sapiący ciężar. A zielone oczy przewiercają ją spojrzeniem na wylot.

– Co…? – wypuściła pytająco powietrze.

Bum, odparł świat.

Susanna, szukając schronienia, wsunęła głowę w coś, co rozpoznała jako oficerską kurtkę. Mosiężny guzik wbił jej się w policzek. Ciało mężczyzny osłoniło ją jak tarcza, kiedy spadł na nich deszcz ziemi i kamieni. Pachniał whiskey i prochem strzelniczym.

Kiedy opadł kurz, odsunęła mu włosy z czoła, szukając na jego twarzy śladów zmieszania czy bólu. Oczy patrzyły bystro i inteligentnie i wciąż miały ten niezwykły odcień zieleni – głęboki i intensywny, jak nefryt.

– Nic panu nie jest? – zapytała.

– Nic. – Mówił głębokim, chrapliwym głosem. – A pani?

Kiwnęła głową przecząco, spodziewając się, że ją puści po tym zapewnieniu. Nie wykonał jednak najmniejszego ruchu, co ją zastanowiło. Albo był ciężko ranny, albo zdecydowanie niegrzeczny.

– Jest pan… eee, raczej ciężki. – Chyba nie mógł nie zrozumieć aluzji.

– Jest pani miękka – odparł.

Dobry Boże. Kim był ten człowiek? Skąd się tu wziął? I dlaczego ciągle na niej leżał?

– Ma pan małą ranę. – Drżącymi palcami musnęła czerwonawe miejsce wysoko na jego czole, przy linii włosów. – Tutaj. – Przycisnęła rękę do jego gardła, szukając pulsu. Czuła przez rękawiczki, jak bije mocno i równomiernie.

– Ach… To miłe.

Poczuła gorąco na twarzy.

– Widzi pan podwójnie?

– Być może. Widzę dwie wargi, dwoje oczu, dwa zaczerwienione policzki… tysiąc piegów.

Otworzyła szeroko oczy.

– Proszę się nie martwić. To nic takiego. – Jego oczy pociemniały tajemniczo. – Nic, czego nie mógłby uleczyć jeden mały pocałunek.

I zanim zdołała zaczerpnąć tchu, przycisnął wargi do jej ust.

Pocałunek. Jego usta na jej ustach. Ciepły i mocny, a po chwili… było po wszystkim.

Jej pierwszy prawdziwy pocałunek w całym dwudziestopięcioletnim życiu trwał tyle co uderzenie serca. Zamienił się we wspomnienie, nie licząc ledwie wyczuwalnego smaku whiskey na wargach. I gorąca. Wciąż czuła jego palące, męskie ciepło. Dopiero teraz zamknęła oczy.

– No, proszę – szepnął. – Tak lepiej.

Lepiej? Gorzej? Ciemność pod powiekami nie dostarczała odpowiedzi, więc otworzyła oczy.

Inaczej. Ten dziwny, silny mężczyzna, trzymał ją w opiekuńczym uścisku, gubiła się w jego niezwykłym, zielonym spojrzeniu, a jego pocałunek czuła w kościach silniej niż wybuch prochu. Czuła się inna.

Jego ciepło i ciężar… były jak odpowiedź. Odpowiedź na pytanie, które zadawało jej ciało, choć Susanna nie zdawała sobie dotąd z tego sprawy. A więc tak to jest leżeć pod mężczyzną. Czuć, jak jej ciało się dostosowuje, poddając się w jednym miejscu, stawiając opór w innym. Ciepło obu ciał; bicie dwóch serc.

Może… może to było uczucie, na które czekała całe życie. Nie tyle zbiło ją z nóg, co rzuciło na ziemię, podczas gdy świat wokół eksplodował.

Przetoczył się na bok, pozwalając jej oddychać głębiej.

– Skąd się tu pani wzięła?

– Myślę, że to ja powinnam zadać to pytanie. – Uniosła się na łokciu. – Kim pan jest i co tu robi?

– Czy to nie oczywiste? – Jego głos brzmiał poważnie. – Bombardujemy owce.

– Och, mój Boże! Oczywiście. – Współczucie walczyło w niej z rozpaczą. Naturalnie, miał nie po kolei w głowie. Jeden z tych nieszczęsnych żołnierzy ciężko doświadczonych przez wojnę. Powinna się domyślić. Żaden zdrowy na umyśle mężczyzna nigdy tak na nią nie patrzył.

Stłumiła rozczarowanie. Przynajmniej trafił we właściwe miejsce. I wylądował na właściwej kobiecie. Dużo lepiej radziła sobie z urazami głowy, niż flirtowała z dżentelmenami. Należało tylko przestać myśleć o nim jak o potężnym, pełnym sił mężczyźnie i po prostu widzieć kogoś, kto potrzebuje pomocy. Kogoś nieatrakcyjnego, nieciekawego, rodzaj eunucha.

Przesunęła opuszkiem palca po jego czole.

– Proszę się nie bać – powiedziała spokojnym, łagodnym tonem. – Wszystko będzie dobrze. Wyjdzie pan z tego. – Położyła dłoń na jego policzku, patrząc mu w oczy. – Owce nic panu nie zrobią.

2

Wszystko będzie dobrze – powtórzyła.

Bram uwierzył. Całym sercem. W tej chwili czuł się rzeczywiście dobrze. Droga była wolna od owiec, poruszał nogą, a piękna panna gładziła jego czoło. Na co miałby się skarżyć?

Jasne, piękna panna brała go za skończonego głupka. Ale to drobiazg. Prawdę mówiąc, wciąż dochodził do siebie.

Tuż po wybuchu jego pierwsza, zapewne samolubna myśl dotyczyła kolana. Był niemal pewien, że znowu uszkodził staw, ta niezgrabna próba ratowania dziewczyny tylko go dobiła. Zanim został ranny, byłby w stanie porwać ją w ramiona i uskoczyć z drogi z większym wdziękiem. Miała szczęście, że stał blisko, a nie dalej na wzniesieniu, bo nie zdążyłby złapać jej na czas.

Kiedy zgiął kolano parę razy i upewnił się, że jest w porządku, skupił znowu myśli na niej. Tęczówki jej oczu były tak błękitne, jak… cóż, jak błękitne niebo. Pachniała jak ogród – cały ogród. Nie tylko kwiaty i zioła, ale także sok zgniecionych zielonych liści i żyzna, mokra ziemia. Jak dobrze było na niej spocząć – była taka miękka i ciepła. Ileż czasu upłynęło, odkąd miał pod sobą kobietę, a nie pamiętał, żeby któraś pieściła go tak słodko jak ta.

Boże, czy on naprawdę ją pocałował?

Owszem. Miała szczęście, że nie posunął się dalej. Przez chwilę był naprawdę oszołomiony. Przypuszczał, że to wybuch był winien. A może to przez nią.

Usiadła nieco dalej. Na twarz opadły jej luźne kosmyki włosów. Włosy miała niezwykłego złotego koloru, z odcieniem czerwieni. Przywiodły mu na myśl roztopiony brąz.

– Jaki dziś dzień? – zapytała, patrząc na niego z uwagą.

– Nie wie pani?

– Tutaj, w Spindle Cove, damy mają ustalony plan zajęć. W poniedziałek spacery po okolicy. We wtorek kąpiele morskie. W środę znajdzie nas pan w ogrodzie. – Dotknęła wierzchem dłoni jego czoła. – Co robimy w poniedziałki?

– Nie doszliśmy do czwartków.

– Nieważne. Sprawdzam tylko zdolność zapamiętania informacji. Pamięta pan poniedziałki?

Stłumił śmiech. Boże, jej dotyk był taki przyjemny. Jeśli dalej będzie go tak dotykać i głaskać, zwariuje.

– Proszę mi wyjawić, jak się pani nazywa – zażądał. – Obiecuję, że zapamiętam. – Może zachował się zbyt śmiało. Ale wybuch zniweczył wszelką możliwość formalnego przedstawienia się.

A co do wybuchu, oto nadszedł błyskotliwy umysł, autor kampanii przeciwko owcom.

– Dobrze się pani czuje? – spytał Colin.

– Tak – odparła. – Obawiam się, że nie mogę tego samego powiedzieć o pańskim przyjacielu.

– Bram? – Colin trącił go butem. – Wydaje się, że jesteś w jednym kawałku.

Nie dzięki tobie, pomyślał.

– Jest kompletnie otumaniony, biedaczek. – Dziewczyna poklepała go po policzku. – Czy to przez wojnę? Od dawna jest taki?

– Od dawna? – Colin uśmiechnął się szyderczo, patrząc na niego z góry. – Och, całe życie.

– Całe życie?

– To mój kuzyn. Dlatego wiem coś o tym.

Rumieniec wystąpił na jej policzki, niemal zaćmiewając piegi.

– Jeśli jesteście panowie kuzynami, to powinien pan otaczać go lepszą opieką. Co pan sobie myśli, że pozwala mu włóczyć się po wsiach i wydawać wojnę stadom owiec?

Ach, to było słodkie. Dziewczyna naprawdę się o niego troszczyła. Na pewno zadbałaby o to, żeby go umieszczono w jakimś przyjemnym domu wariatów. Może odwiedzałaby go we czwartki i przykładała chłodną szmatkę do jego czoła?

– Wiem, wiem – odparł z powagą Colin. – To certyfikowany idiota. Kompletnie niezrównoważony. Czasami biedaczek nawet się ślini. Ale najgorsze, że ma kontrolę nad moim majątkiem. Co do grosza. Nie mogę mu mówić, co ma robić.

– Dość tego – zirytował się Bram. Pora zakończyć ten nonsens. Chwila upragnionego odpoczynku i słodki dotyk kobiety to jedno, ale poświęcić dumę to już co innego.

Podniósł się z ziemi bez wysiłku i pomógł wstać dziewczynie. Zdołał skłonić się lekko.

– Podpułkownik Victor Bramwell. Zapewniam, że jestem w doskonałym zdrowiu, tak na ciele, jak i umyśle. Mam też kuzyna nicponia.

– Nie rozumiem – powiedziała. – Te wybuchy…

– To tylko proch. Umieściliśmy ładunki na drodze, żeby przepłoszyć owce.

– Użyliście ładunków prochu, żeby spłoszyć stado owiec… – Uwolniwszy dłoń z jego uścisku, przyjrzała się wyrwom na drodze. – Nadal nie mam pewności, czy nie postradał pan zmysłów. Ale nie ma wątpliwości, że jest pan mężczyzną.

Uniósł brew.

– Co do tego nigdy nie było wątpliwości.

W odpowiedzi jedynie zaczerwieniała się odrobinę mocniej.

– Zapewniam, że szaleńcem jest mój kuzyn. Lord Payne stroił sobie żarty, bawiąc się moim kosztem.

– Rozumiem. A pan bawił się moim kosztem, udając, że jesteś ranny.

– Spokojnie. – Pochylił się ku niej i szepnął: – Czy zamierza pani udawać, że to nie było przyjemne?

Uniosła brwi. Uniosła je jeszcze wyżej, aż utworzyły dwa doskonałe łuki, gotowe wypuścić zatrute strzały.

– Zamierzam udawać, że tego nie słyszałam.

Szarpnęła rękawiczkę, a on przełknął ślinę. Chwilę wcześniej przycis­nęła tę dłoń do jego gardła, a on pocałował ją w usta. Odrzucili na bok obłudę i przeżyli moment wzajemnej fascynacji. Zmysłowej. Potężnej. Prawdziwej. Może nieznajoma wolałaby temu zaprzeczyć, ale on nie mógł zatrzeć wspomnienia jej słodkich, wspaniałych warg.

A ona nie mogła ukryć tych włosów. Boże, jakich włosów! Teraz, kiedy stała wyprostowana, w pełnym świetle dnia, po prostu promieniała urodą. Czerwone płomienie i złote słońce próbowały zaćmić jedno drugie.

– Nie powiedziała pani, jak się nazywa.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, zamknięty powóz przemknął przez szczyt wzniesienia, pędząc w ich stronę. Woźnica ani myślał zwolnić, zbliżając się do nich, tylko trzasnął biczem nad czwórką koni, ponaglając je do szybszego biegu. Wszyscy uskoczyli na bok, żeby uniknąć zmiażdżenia pod kołami.

Chroniąc damę, Bram ustawił się między nią a drogą. Mignął mu przed oczami herb wymalowany na drzwiach pędzącego powozu.

– Och, nie! – jęknęła panna za jego plecami. – Tylko nie High­woodowie. – A potem zawołała za turkocącą w oddali karetą: – Pani Highwood, proszę poczekać! Proszę wrócić. Wszystko wyjaśnię! Proszę nie wyjeżdżać!

– Wydaje się, że już wyjechali.

Rzuciła Bramowi gniewne spojrzenie błękitnych oczu. Odczuł to jak uderzenie w splot słoneczny. Nie powaliło go, ale zrobiło wrażenie.

– Spodziewam się, że jesteś pan uszczęśliwiony. Jeśli znęcanie się nad niewinnymi owcami i dodanie dziur w drodze to dla pana za mało na dzisiaj, wiedz, że zniszczyłeś przyszłość młodej kobiety.

– Zniszczyłem? – Bram nie miał zwyczaju niszczyć reputacji młodych dam. Tym zajmował się jego kuzyn. A nawet gdyby kiedyś miał ochotę się tym zająć, zastosowałby inne środki. Podszedł bliżej, zniżył głos. – Doprawdy, to tylko przelotny pocałunek. Czy może chodzi o suknię?

Spuściła wzrok. Suknia ucierpiała najbardziej w wyniku tej przygody. Różowy muślin poplamił się trawą i ziemią. Oderwana falbanka zwieszała się u dołu jak zapomniana chustka do nosa. Dekolt także się rozdarł. Bram zastanawiał się, czy panna zdaje sobie sprawę, że jej lewa pierś może się za chwilę całkiem uwolnić z gorsu. Może powinien przestać się na nią gapić?

Uznał, że nie. Odda jej przysługę, gapiąc się na to miejsce, zwracając jej uwagę na to, co wymaga reperacji. Zaiste. Gapienie się na jej na pół obnażoną, zaróżowioną pierś było jego najświętszym obowiązkiem, a Bram nie należał do tych, którzy uchylają się od odpowiedzialności.

– Hm… – Skrzyżowała ramiona na piersi, raptownie kładąc kres jego misji.

– Nie chodzi o mnie – oznajmiła. – Ani o moją suknię. Kobieta w powozie była bezradna i potrzebowała pomocy i… – Wydmuchnęła powietrze, luźne kosmyki włosów uniosły się znad jej czoła. – A teraz wyjechała. Wszystkie wyjechały. – Obrzuciła go spojrzeniem od góry do dołu. – A zatem czego pan sobie życzy? Kołodzieja? Zaopatrzenia? Wskazówek, jak dalej jechać? Proszę tylko powiedzieć, czego panu trzeba, żeby ruszyć w drogę, a chętnie pomogę.

– Nie będziemy pani narażać na taką fatygę. O ile to jest droga do Summerfield, zaraz…

– Summerfield? Chyba nie powiedział pan: Summerfield?!

Docierało do niego, że nieznajoma się na niego złości i że prawdopodobnie na to zasłużył. Ale niech to diabli, jeśli zmusi się do odczuwania skruchy. Jej rumieniec był taki pociągający. Tak samo jak jej piegi, które zbiegały się na czole, kiedy marszczyła brwi. Jak jej długa, szczupła szyja, którą prostowała, przybierając wyzywającą postawę.

Wysoka jak na kobietę. Lubił wysokie.

– Powiedziałem Summerfield. Tam leży rezydencja sir Lewisa Fincha, czy tak?

Zmarszczyła czoło.

– Jaką ma pan sprawę do sir Lewisa Fincha?

– Męską sprawę, moja droga. Szczegóły nie powinny cię obchodzić.

– Summerfield jest moim domem – oświadczyła. – A sir Lewis Finch moim ojcem. Więc, owszem, podpułkowniku Victorze Bramwell – każde słowo padało oddzielnie, jak wystrzał – szczegóły mnie obchodzą.

– Victor Bramwell. To ty!

Sir Lewis Finch podniósł się zza biurka i przemierzył gabinet energicznym krokiem. Kiedy Bram usiłował się ukłonić, starszy mężczyzna powstrzymał go machnięciem dłoni. Za to ujął prawą rękę Brama w swoje obie i uścisnął serdecznie.

– Niech to diabli, dobrze cię oglądać. Kiedy się widzieliśmy ostatnio, byłeś kapitanem żółtodziobem, świeżo po Cambridge.

– Dużo czasu minęło, nieprawdaż?

– Przykro mi było usłyszeć o śmierci twojego ojca.

– Dziękuję. – Bram odchrząknął, zmieszany. – Mnie także.

Przyjrzał się siwiejącemu ekscentrykowi, szukając oznak niezadowolenia. Sir Lewis Finch był nie tylko genialnym wynalazcą, ale stał się także królewskim doradcą. Słuchał go podobno sam książę regent. Jedno słowo tego człowieka mogło sprawić, że Bram w ciągu tygodnia odzyskałby swój regiment.

A on, jak ostatni głupiec, zapowiedział swoje przybycie, przewracając jego córkę na drodze, rozdzierając jej suknię i całując ją. Oceniając to w kategoriach strategicznych, ta kampania nie przyniosłaby mu medalu. Na szczęście, sir Lewis wydawał się nie zwracać uwagi, w jakim stanie córka wróciła do domu. Jednak najrozsądniej było odbyć tę rozmowę, zanim pojawi się panna Finch i opowie ojcu, co ją spotkało.

Nie można go było winić, że jej nie skojarzył z sir Lewisem. Z wyjątkiem niebieskich oczu nie mogli się bardziej różnić. Panna Finch była szczupła i odznaczała się wysokim, jak na kobietę, wzrostem. Sir Lewis natomiast miał wydatny brzuch i był mizernej postury. Parę srebrnych kosmyków, które mu zostały, z trudem przykryłoby epolet Brama.

– Siadaj – powiedział sir Lewis.

Bram starał się nie zdradzić ogromnej ulgi, z jaką zasiadł w nabijanym ćwiekami skórzanym fotelu. Sir Lewis wręczył mu szklaneczkę whiskey, Bram pił alkohol małymi łyczkami, jak lekarstwo.

Pociągając trunek, przyglądał się otoczeniu. Ta biblioteka nie przypominała biblioteki żadnego innego dżentelmena, jakie widział. Naturalnie, stało tu w niej biurko, parę foteli… książki, rzecz jasna. Całe ściany książek ustawionych na mahoniowych regałach sięgających od podłogi do sufitu. Półki oddzielały od siebie kolumny z egipskimi motywami. Niektóre przypominały rosnące papirusy. W innych wyrzeźbiono postaci faraonów i królowych. A z jednej strony pokoju, zajmując większość wolnej przestrzeni, stała ogromna trumna z kremowego kamienia. Na całej jej powierzchni zewnątrz i wewnątrz wytłoczono rzędy maleńkich symboli.

– Czy to marmur? – zapytał.

– Alabaster. To sarkofag, z grobowca króla… – Sir Lewis przesunął rękami w siwych włosach. – Nie pamiętam w tej chwili jego imienia. Gdzieś je mam.

– A napisy?

– Na zewnątrz zaklęcia. Wewnątrz wskazówki, jak się dostać do świata zmarłych. – Stary człowiek uniósł krzaczaste brwi. – Możesz się w nim położyć, jeśli masz ochotę. Dobrze robi na kręgosłup.

– Nie, dziękuję. – Bram zadrżał.

Sir Lewis klasnął w dłonie.

– Cóż, nie sądzę, żebyś przebył góry i lasy z dwoma wozami po to, żeby rozmawiać o starociach przy dobrej whiskey.

– Oczywiście, że nie, sir. Zwykła pogawędka nie jest moim celem. Ale napiję się whiskey.

– I zjesz z nami kolację, jak się spodziewam. Susanna na pewno zawiadomiła już kucharkę.

Susanna. A więc ma na imię Susanna.

Imię do niej pasowało. Proste, ładne.

Susanna. Susanna Finch.

Jak refren piosenki. Wesołej, natrętnej piosenki. Takiej, której nie można się pozbyć. Która okopuje się w pamięci i rozbrzmiewa tam w najlepsze dniami, godzinami… nawet kiedy miałby ochotę o niej zapomnieć. Nawet jeśli wolałby uciąć sobie wielki palec u nogi, byle tylko być w stanie myśleć o czymś innym.

Susanna. Susanna Finch. Susanna o miedzianych włosach.

Spojrzał w okno wychodzące na starannie utrzymany ogród. Każde ziele i krzew odkrywały kolejną tajemnicę jej intrygującego, ogrodowego zapachu. Widział lawendę, szałwię, hiacynt, różę… dziesiątki innych roślin, których nie potrafił nazwać. Przez otwarte okno wiatr przynosił ich wonie, unosząc jego włosy delikatnymi palcami, tak jak ona.

Przywołał się do porządku. To córka sir Lewisa. Nie może o niej myśleć w ten sposób. Ani w żaden sposób.

– A zatem – zwrócił się do starszego człowieka. – Otrzymał pan mój list?

Sir Lewis usiadł po drugiej stronie biurka.

– Tak.

– A więc wie pan, dlaczego tu jestem.

– Chcesz odzyskać dowództwo.

Bram skinął głową.

– A skoro już tu się zjawiłem, ciekaw jestem, czy nie przyjąłby pan ucznia. Mój kuzyn ma talent do destrukcji, a poza tym raczej do niczego innego.

– Masz na myśli Payne’a?

– Tak.

– Dobry Boże. Chcesz, żebym przyjął wicehrabiego na ucznia? – Sir Lewis zachichotał w swoją szklaneczkę.

– Może być wicehrabią, ale przez kilkanaście kolejnych miesięcy odpowiadam za niego. Jeśli ktoś nie da mu jakiegoś pożytecznego zajęcia, zrujnuje nas obu do końca roku.

– Dlaczego ty nie dasz mu pożytecznego zajęcia?

– Nie będzie mnie tutaj – odparł Bram, pochylając się w przód i patrząc z uwagą na starszego mężczyznę. – Czyż nie tak?

Sir Lewis zdjął okulary i położył je na stole, a następnie zaczął masować skronie kciukiem i palcem wskazującym. Bramowi ten widok nie przypadł do gustu. Masowanie skroni nie było znakiem, że decyzja została podjęta.

– Posłuchaj, Bramwell…

– Bram.

– Bram, ogromnie podziwiałem twojego ojca.

– Tak samo jak ja. Jak cały naród. – Ojciec Brama wyróżnił się w Indiach, dochodząc do rangi generała majora i zyskując wiele nagród i odznaczeń. – Mój ojciec podziwiał pana i pańską pracę.

– Wiem, wiem – powiedział sir Lewis. – Wiadomość o jego śmierci głęboko mnie zasmuciła. Ale właśnie z powodu naszej przyjaźni nie mogę ci pomóc. Nie w taki sposób, jak prosiłeś.

Bram poczuł mróz w całym ciele.

– Jak to?

Starszy człowiek wzburzył resztkę siwych włosów, jakie mu pozostały.

– Bram, zostałeś postrzelony w kolano.

– Przed wieloma miesiącami.

– Wiesz doskonale, że tego rodzaju kontuzja goi się rok albo i dłużej. Jeśli w ogóle da się z niej całkiem wyjść. – Sir Lewis pokręcił głową. – Nie mogę z czystym sumieniem polecić cię do służby czynnej. Jesteś oficerem piechoty. Jak zamierzasz poprowadzić batalion żołnierzy do bitwy, kiedy sam ledwie chodzisz?

Pytanie podziałało jak cios obuchem.

– Jestem w stanie chodzić.

– Nie wątpię, że potrafisz przejść przez pokój. Może do końca pastwiska i z powrotem. Ale czy będziesz w stanie przemierzyć dwanaście, czternaście mil w szybkim tempie, dzień po dniu?

– Tak – oznajmił stanowczo. – Mogę maszerować. Mogę jeździć konno. Mogę poprowadzić żołnierzy.

– Przykro mi, Bram. Jeśli odeślę cię teraz na front, podpiszę na ciebie wyrok śmierci, a może także na ludzi pod twoją komendą. Twój ojciec był dla mnie zbyt bliskim przyjacielem. Po prostu nie mogę.

Zwilgotniały mu dłonie. Stał nad przepaścią.

– A więc co mam robić?

– Przejdź w stan spoczynku. Wróć do domu.

– Nie mam domu. – Pieniędzy nie brakowało, to na pewno, ale jego ojciec był drugim synem. Nie odziedziczył żadnego majątku i nigdy nie znalazł czasu, żeby kupić dla siebie jakąś posiadłość.

– Więc kup dom. Znajdź ładną dziewczynę i ożeń się. Osiądź gdzieś i załóż rodzinę.

Bram pokręcił głową. To wszystko niemożliwe. Nie zamierzał rezygnować z patentu oficerskiego w wieku dwudziestu dziewięciu lat, kiedy Anglia pozostawała w stanie wojny. I, do diabła, nie zamierzał się żenić. Podobnie jak ojciec, chciał służyć, póki nie wyjmą mu karabinu z zimnych dłoni. I chociaż oficerom wolno było zabierać żony ze sobą, Bram uważał, że wojsko to nie miejsce dla dobrze urodzonych dam. Jego matka mogła służyć za dowód. Zmarła na krwawą gorączkę na krótko przed tym, jak Brama wysłano do szkół, do Anglii.

Wyprostował się w fotelu.

– Sir Lewisie, pan nie rozumie. Starłem sobie zęby na sucharach z żołnierskich racji. Potrafiłem maszerować, zanim nauczyłem się mówić. Nie jestem kimś, kto potrafiłby gdzieś osiąść. Kiedy Anglia prowadzi wojnę, nie mogę i nie chcę zrezygnować z patentu. To więcej niż obowiązek, sir. To moje życie. Ja… – Pokręcił głową. – Nie potrafię nic innego.

– Zawsze możesz w inny sposób pracować dla zwycięstwa.

– Niech to, mówiłem o tym z moimi przełożonymi. Nie przyjmę tak zwanego awansu, który miałby oznaczać przekładanie papierów w Ministerstwie Wojny. – Machnął ręką w stronę alabastrowego sarkofagu. – Równie dobrze może mnie pan wsadzić do tej trumny i zapieczętować wieko. Jestem żołnierzem, nie sekretarzem.

Niebieskie oczy sir Lewisa złagodniały.

– Jesteś mężczyzną, Victor. Jesteś człowiekiem.

– Jestem synem swojego ojca – odparował, uderzając pięścią w biurko. – Nie może mnie pan powstrzymać.

Posuwał się za daleko, ale do diabła z tym. Sir Lewis Finch był jego ostatnią i jedyną szansą. Po prostu nie mógł odmówić.

Sir Lewis wpatrywał się w swoje złożone dłonie przez długą, pełną napięcia chwilę. Potem, z niewzruszonym spokojem, założył okulary.

– Nie zamierzam cię powstrzymywać. Wręcz przeciwnie.

– Co ma pan na myśli? – To natychmiast obudziło czujność Brama.

– Mam na myśli dokładnie to, co powiedziałem. Zrobiłem coś innego niż powstrzymywanie cię. – Sięgnął po stos papierów. – Bramwell, przygotuj się na skok w górę.