Opis

Czy sowy mogą zażywać długich kąpieli i czy widzą w ciemnościach absolutnych?
Czy Hedwiga mogła być wieloletnią przyjaciółką Harry’ego Pottera, skoro sowy śnieżne zdecydowanie preferują nomadyczny tryb życia?
I wreszcie, który przedstawiciel sowiego gatunku jest Księciem Ciemności?
Sowy to ptaki sprzeczności. Każdy potrafi je rozpoznać, choć mało kto je spotkał. Powszechnie rozpoznawalne, ale słabo poznane. Ptaki wiedzy, a jednocześnie ptaki przeklęte. Mroczni łowcy i totemy kobiet. Jakie są naprawdę?
Wielkie oczy, miękkie jak jedwab pióra, zabawne uszy (choć nie u wszystkich), a przede wszystkim szczególna aura – połączenie ciszy oraz arystokratycznego opanowania i pewności siebie. Ich pohukiwania i hipnotyzujący wzrok przyprawiają nas o dreszcze. Podobno wpędzały naszych przodków do grobu, a z czarownicami latały na miotłach…
Jacek Karczewski ze stowarzyszenia Ptaki Polskie, które jest organizatorem fenomenalnego wydarzenia o ogólnopolskiej skali – Nocy Sów – powraca z nową książką o takim samym tytule. Oto kompletna kolekcja polskich sów: 18 rozdziałów fascynujących faktów i sowich legend z całego świata. To książka absolutnie wyjątkowa – wyróżnia ją pasja autora i czułość, z którą opowiada nam o różnych gatunkach ptaków.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 357

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

„Dźwięk się jakiś ozwał, niby skarga ducha. To w gałęziach skryty stary puchacz pucha”. Być może żaden inny opis dzikiego zwierzęcia czy przyrody w ogóle nie doczekał się w języku polskim tylu cytowań, co te dwa zdania. Przyjęły się, mimo że nie wiadomo, ani kto je napisał, ani kiedy dokładnie. Musiało to być grubo ponad 100 lat temu, a może jeszcze dawniej. Najwyraźniej przez cały ten czas poruszały jakieś głęboko zakorzenione prawdy i wierzenia. Może te o „półdyjabłach, półptakach” (pisownia oryginalna), których nawet głosu ludzie bali się naśladować, „utrzymując, że gdyby się kto na to odważył, to (sowy – dop. własny) zlatują się zaraz w wielkiej liczbie i mogą przedrzeźniacza zabić”.

Gdy zagadnąłem niedawno dobrze wykształconego i zawsze ujmująco grzecznego Mariusza, co myśli o sowach, bez chwili namysłu odparł: „Oj, niemilusie!”. Podobnie zareagował Artur, który powiedział: „Boję się, że sowa mogłaby się zakraść nocą i wydłubać mi oko sowimi szponami”. Na pytanie, czy słyszał o takim przypadku, odpowiedział: „Nie, ale niepokoi mnie przewaga sów, że widzą i słyszą tam, gdzie ja już nic nie widzę i nie słyszę…”. Być może ich reakcje to zaledwie początek ludowego festiwalu uśpionych lęków, zabobonów i uprzedzeń. A może (już) nie…? Kiedy zapytałem na Facebooku, z czym ludziom kojarzą się sowy, w odpowiedziach najczęściej pojawiały się wiedza i mądrość. Dużo pisali też o pięknie i majestacie tych ptaków, otaczającej je tajemnicy i mrokach nocy. Nierzadkie były nawiązania do lasu, dzieciństwa, legend, snów, zaświatów, a także misiów Colargola i Puchatka. Najbardziej niezwykłe było jednak to, że na moje pytanie w bardzo krótkim czasie zareagowało ponad 400 osób, z których wiele udostępniło je na własnych kanałach. (Ciekawe, że dużo więcej kobiet niż mężczyzn…) Trudno mi wyobrazić sobie, że jakiekolwiek inne ptaki, czy w ogóle zwierzęta, mogłyby wywołać taki odzew i sprowokować tyle różnych skojarzeń. Niewiele zmienia tu fakt, że osoby odwiedzające obydwa profile, na których pojawiła się moja ankieta, to najpewniej pasjonaci przyrody lub ludzie nią zainteresowani. Oto, co napisali niektórzy z nich (zachowałem oryginalne imiona, znaki graficzne i treść, poza wyjątkami, gdzie dla zrozumiałości i spójności tekstu potrzebny był skrót lub drobna korekta literacka):

MARYLA: Sowy kojarzą się z mądrością, szczególnie jak spojrzy się w te przepiękne oczy i z puszystością (przez dużą ilość piór). Z wrażeniem stoickiego spokoju :) i oczywiście z nocą :)

AGNIESZKA: Bezszelestny lot, pojawianie się znikąd, wtapianie w otoczenie. No i oczywiście komiczne miny pójdziek :)

JOANNA: Wielkie oczy, które mrugają jak ludzkie, i bezszelestny lot, jak duch. I jeszcze płomykówki, które wyglądają jak biała dama z wieży :)

ZOFIA: Sowy to królowe nocnych łowów. Ich pohukiwania kojarzą mi się ze starymi horrorami. Duży, pusty dom na odludziu, wiatr porusza nagimi gałęziami i słychać tylko pohukiwania sów :):):):)

LUIZA: Fascynujące stworzenie emanujące spokojem. I ten badawczy wzrok, który nie przepuści niczemu. Jestem zauroczona sowami!

BEATA: Kradzież czapek :) Serio. Była moda na czapki z królika, a u nas na wsi był puchacz, który na te czapki polował. Człowiek nigdy nie wiedział, kiedy taka bestyja cicho jak duch spadnie mu na głowę.

HUBERT: Ja, paradoksalnie, mam świeże skojarzenie z rejsem i morzem. To ptaszysko moczyło łapska w Adriatyku i dało się sfotografować teleobiektywem z pokładu. (W załączeniu było zdjęcie puchacza – dop. własny).

ONUFRY: Mam skojarzenie z cichociemnymi, to ich ptasi odpowiednik! Uderzyć i zniknąć! I nikt nie wie, kto, co, gdzie i kiedy! :)

SZCZEPAN: Cichy i skryty zabójca.

DANIEL: Sowy kojarzą mi się ze stoickim spokojem, który odczuwam za każdym razem, kiedy nocą wchodzę do lasu w poszukiwaniu tych bezszelestnych łowców i słyszę ich pohukiwanie. W ciemnościach, kiedy zmysły są wyostrzone i każdy odgłos działa na wyobraźnię, śpiew sów mnie uspokaja – skoro nic nie zakłóciło ich naturalnego rytmu, to i ja mogę czuć się bezpiecznie.

ZOFIA: Z uwagą, powagą (w ludzkim sensie), spokojem, zwinnością i urzekającym wyglądem!

TERESA: Mądre ptaki, gdy śpimy, one czuwają w nocnym królestwie.

MAREK: Nawet najmniejsza sowa to arcydzieło.

MARIA: Z nauczycielką języka polskiego ze szkoły podstawowej. Nie wiem, czy któreś z dzieci wiedziało, jak się nazywała, ale do tej pory powiesz „sowa” i każdy kojarzy.

HANNA: Nocny motyl z ludzką twarzą.

LAURA: Mistrzowie kamuflażu i perfekcyjni nocni łowcy. Kojarzą mi się z doskonałością.

GRAŻYNA: Z mądrością i ciepłem. To bardzo piękne i tajemnicze ptaki :):)

ANNA: Z kotami. Iii… ze mną, też lubię krzątać się po nocach :)

HALINA: Ze złymi mocami… :):):)

MARCIN: Moje pierwsze świadome obserwacje ptaków drapieżnych… Wychodzenie z domu wieczorami do lasku obok, miałem wtedy może 8–10 lat. Od tego zaczęła się moja fascynacja ptakami o ostrych dziobach i pazurach :)

JANINA: Z moją sąsiadką :)

PAULINA: Sowa to trochę ptak nie z tego świata. Jako dziecko bałam się sowy jako zwiastującej coś złego (za dużo literatury… :) ). Oswajam sobie ten wizerunek w czasie wakacji u przyjaciół. Obok ich domu żyje wiele sów. Podglądamy je nocą, a one przyglądają się nam i nie wyglądają złowrogo :)

MAREK: Zabobon. Poznałem kilka osób, które uważają, że sowa przynosi pecha.

MAŁGORZATA: Stworzenie idealne w sensie przystosowania do życia w swoich warunkach. Piękne, dostojne, tajemnicze. A emocje? Zachwyt, radość, ekscytacja :) i niestety niepokój o ich los.

ARKADIUSZ:Spokój, wytrwałość i odwaga. Ciche, latające piękności. Towarzysze nocnych spacerów.

MARIKA: Magia, tajemnica, szacunek, cierpliwa obserwacja, noktowizor. Oczywiście Harry Potter.

AGNIESZKA: Poczucie winy i żalu, że tyle ich zginęło i ginie przez ludzki strach… Smutek… Tęsknota… Bunt.

HANNA: Sowa, SOWA! Och, zobaczyć sowę w lesie! Prawdziwą sowę w głębi prawdziwego lasu! Marzenie…

BRYGIDA: W bajkach sowa jest zawsze bardzo mądra, rozwiązuje wszystkie zagadki i wskazuje dobrą drogę. Co tu dużo pisać, spójrz jej głęboko w oczy, a od razu olśni Cię natchnieniem.

KATARZYNA: Moje imię. Dla rodziny z powodu miłości do sów na zawsze zostałam Sową.

BERNADETA: Jestem kobietą-sową. Lubię pracować nocami. Czytać książki, uczyć się. Kiedyś sowa wleciała nam do domku letniskowego i była bardzo osłabiona. Postawiliśmy jej w miseczce wodę i mięso. Ona jednak przekręciła głowę, spojrzała na nas bursztynowymi oczami, otrzepała skrzydła i odfrunęła na wysoką sosnę. Potem przez parę dni przylatywała i wieczorem nam pohukiwała. Myślę, że to było jej podziękowanie. Kocham te ptaki.

Pewna Agnieszka napisała: „Niestety David Lynch. Słabo chyba na słowo wstępne”. Hmmm, po długich godzinach spędzonych na obserwacjach sów, licznych rozmowach z sowoholikami, przeczytaniu wielu tysięcy stron całej polsko- i obcojęzycznej literatury, do której udało mi się dotrzeć, a która była dla mnie zrozumiała, i wreszcie po ośmiu miesiącach ciągłego myślenia i pisania o sowach, mam wrażenie, że w znamiennym „Sowy nie są tym, czym się wydają” zawiera się cała esencja sowiości… A Agnieszka nie była jedyną, której sowy kojarzą się z serialem Miasteczko Twin Peaks – prawie tak kultowym jak same sowy.

Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tej opowieści: redaktorkom Oli Deskur i Sylwii Smoluch, graficzce Uli Pągowskiej, Grzegorzowi Kalisiakowi oraz fotografom, których zdjęcia ją zdobią i dokumentują: Agacie, Mateuszowi i Mateuszowi Wolfgangowi Matysiakom, Waldemarowi Reczydle, Grzegorzowi Lisowi i Grzegorzowi Sierockiemu, Mateuszowi Piesiakowi, a Arkowi Glaasowi i Czarkowi Korkoszowi – zdjęciowym bohaterom, na których zawsze możemy liczyć – jestem jeszcze wdzięczny za hojność! Dziękuję dyrektorowi Biebrzańskiego Parku Narodowego, Andrzejowi Grygorukowi, oraz moim dzielnym Koleżankom i Kolegom ze stowarzyszenia Ptaki Polskie, które od kilku lat każdej wiosny organizuje ogólnopolskie wydarzenie Noc Sów i które wspólnie z Parkiem patronuje tej książce. Uhu!

Zapraszamy na spacer w ciemnościach. Ale pamiętajcie, sowy w dzień widzą równie dobrze, co po zmroku.

Być jak sowa

18 grudnia 1994 roku, departament Ardèche, południowo-wschodnia Francja. Trzech grotołazów znajduje skalną szczelinę, która prowadzi do dawno zapomnianej jaskini. Po chwili śmiałkowie stają w wielkiej jak pałacowa komnata grocie, jednej z wielu, które razem z łączącymi je korytarzami ciągną się na długości ponad pół kilometra. Ich ściany pokrywają prehistoryczne malowidła zwierząt. Mamuty i tak samo włochate nosorożce, tarpany, tury, żubry, jelenie. Obrazy typowe dla tego typu galerii. Ta jednak już na pierwszy rzut oka jest wyjątkowa, bo wielkim trawożercom towarzyszą hieny, lwy, pantery[2] i niedźwiedzie jaskiniowe. Badacze doliczą się tam ponad 300 rysunków zwierząt 12 różnych gatunków. Wszystkie uderzają realizmem, a jeszcze bardziej artyzmem. W pewnym momencie zaskoczeni przybysze zdają sobie sprawę, że ktoś im się przygląda… Wielka głowa, dwoje, jak się z bliska okazało, lekko zamazanych oczu i sterczące uszy. To mogła być tylko sowa! Najprawdopodobniej uszatka. A może jakiś wymarły gatunek? W każdym razie dzisiaj znamy ją jako sowę z jaskini Chauvet, którą pewien utalentowany jaskiniowiec narysował jakieś 38 tysięcy lat temu, poświęcając jej całą ścianę, z daleka od innych zwierząt. Wiedział, że sowy swobodnie obracają głowę, bo sportretował ją od strony pleców, ale patrzącą na wprost. Najstarszy znany rysunek sowy i w ogóle jakiegokolwiek ptaka. Początek naszej love & hate relacji z sowami?[3]

Nasi przodkowie, zamieszkujący groty i szałasy zbieracze, a czasami myśliwi, spędzali niewiele czasu na poszukiwaniu jedzenia i tropieniu zdobyczy. Wszystkiego razem może tydzień w miesiącu. Reszta to był czas wolny. Mieli go aż nadto, żeby wymyślać języki, rytuały, religie i sztukę. Tym bardziej, że coraz większy mózg, nasza ewolucyjna specjalność, ciągle domagał się zajęcia. O nudzie nie mogło być mowy. Natura dostarczała (i wciąż dostarcza) nieograniczonej liczby bodźców i inspiracji[4]. Tak narodziła się sowa z Chauvet oraz niezliczone korowody innych zwierząt i postaci z jaskiń rozrzuconych po całym świecie. Malowidła sów pojawiają się również w innych miejscach. Te najbardziej znane, choć dużo młodsze, to rodzina sów śnieżnych z jaskini Trois Frères u podnóża francuskich Pirenejów oraz jeszcze jedna śnieżna z niedalekiej jaskini Le Portel. Kolejny dowód na to, że jeszcze 10 tysięcy lat temu nasz kontynent pokrywał ogromny lądolód, a tam, gdzie go nie było, rozciągała się tundra. Jak się okazuje, w surowym klimacie dobrze radziły sobie nie tylko sowy śnieżne, mamuty czy renifery, ale też ludzie. W każdym razie mieli czas na sztukę.

Sowy są wyjątkowe pod wieloma względami, ale z naszego punktu widzenia chyba najbardziej niezwykłe jest to, że ktokolwiek którąś z nich zobaczy – dziecko czy dorosły, prawdziwą czy mocno wystylizowaną postać z kreskówki – wie, że to sowa. Zapytasz, kiedy ostatnio widział jakąś na żywo – najczęściej nie widział wcale. Międzykulturowy, ogólnoludzki fenomen. Dlaczego? Bo sowy wyglądają jak my. Duża głowa, dziób jak nos i frontalnie położone oczy do złudzenia przypominają ludzką twarz. W każdym razie tak nam się wydaje… My, ludzie, jesteśmy genetycznie zaprogramowani na widzenie twarzy nawet tam, gdzie jej nie ma – na przykład w masce samochodu, w unoszącej się na kawie piance czy na pełnej tarczy księżyca. Przy nich twarz sowy wydaje się oczywista. Obcując z sową, mamy wrażenie, jakbyśmy byli w towarzystwie istoty rozumnej, a spojrzenie jej wielkich oczu daje nam złudzenie porozumienia, a nawet więzi. Wyprostowana sylwetka, czujne uszy (choć nie u wszystkich), piękny rysunek na miękkich jak jedwab piórach oraz ta szczególna aura – połączenie ciszy i pewności siebie – przydają jej jakiejś arystokratycznej wyższości. Wszystko to sprawia, że ludzie przy sowach zachowują się inaczej niż w towarzystwie innych zwierząt. Ale sowa to ptak sprzeczności. Choć powszechnie rozpoznawalna, o większości gatunków niewiele wiemy. Nocny łowca i jednocześnie totem kobiet. Ptak wiedzy i ptak przeklęty. Bo niby taka rozumna, a działa pod osłoną ciemności, jakby miała złe intencje albo coś do ukrycia, tak jak złodzieje, mordercy, duchy i różni nieumarli. Może więc to nie mądrość, ale diabelskie sztuczki? A może po prostu nasze własne projekcje i odwieczna fascynacja złem…?

Z ewolucyjnego punktu widzenia za pierwszą sowę wielu uważa Ogygoptynx wetmorei. Żyła jakieś 60 milionów lat temu, a jej szczątki znajdowane są w Ameryce Północnej. Odrębne zdanie w tej kwestii zgłosił Heimo Mikkola, uznawany za największy europejski, jeśli nie światowy autorytet od sów. Jego zdaniem pierwsze sowy pojawiły się na Ziemi już pomiędzy 70 a 135 milionami lat temu, czego mają dowodzić fragmenty szkieletów odkryte w Rumunii. Ogygoptynx zdaniem fińskiego supereksperta i sowoholika może być wspólnym przodkiem i ogniwem łączącym wszystkie współczesne sowy. Prasowa z Ameryki na pewno żyła w czasach wielkiego rozkwitu swojego plemienia i chyba nikogo nie zdziwi, jak powiem, że w trzeciorzędzie miał też miejsce prawdziwy wysyp gryzoni. Z bujnych prehistorycznych traw co chwila popiskiwał nowy gatunek myszy, szczurów lub norników. Sowy nie mogły pozostać obojętne na taki urodzaj i odpowiedziały własnym. Podzieliły się na dwie rodziny, płomykówkowate i puszczykowate[5], a każda eksplodowała wieloma nowymi gatunkami[6]. 20 milionów lat temu na Ziemi były już sowy należące do wszystkich rozpowszechnionych obecnie rodzajów – Bubo, Asio, Otus, Strix i Tyto (odpowiednio puchacze, uszatki, syczki, puszczyki i płomykówki). Nie ma jednak dowodów na to, że którykolwiek ze współczesnych gatunków pojawił się na scenie wcześniej niż w plejstocenie, czyli przed trzema milionami lat.

Znane nam dzisiaj sowy to tylko część dużo większego kiedyś rzędu. Szczególnie w przypadku płomykówek więcej jest gatunków wymarłych niż żyjących[7]. Największe, o których wiemy, mierzyły ponad metr wysokości i ważyły co najmniej 10 kilogramów. Dwa–trzy razy tyle, co współczesne puchacze. Tyto gigantea żyła w rejonie Morza Śródziemnego, a Tyto pollens na Karaibach. Ta druga mogła przetrwać w kilku odosobnionych lokalizacjach do czasów historycznych, jej los został jednak przesądzony wkrótce po tym, jak na rajskich wyspach osiedlili się ludzie. Wiele wskazuje na to, że olbrzymie sowy nie latały, a sądząc po wielkości stóp i szponów, mogły siać grozę nawet wśród tamtejszych kapibar, które dopadały albo w biegu, albo z zasadzki.

Według Światowej Listy Ptaków (World Bird List) na Ziemi żyje dzisiaj 249 różnych gatunków sów[8]. 19 należy do rodziny płomykówek, pozostałe 230 to puszczykowate. Jeszcze w roku 2015 na pytanie o to, ile mamy sów, ornitolodzy odpowiedzieliby, że 240, w 2008 –189, a 30 lat wcześniej, że zaledwie sto trzydzieści kilka gatunków. Nie, nie odkryliśmy w międzyczasie ponad 100 nowych, a zaledwie dwa: sowicę szarolicą z indonezyjskiej wyspy Sumba, którą naukowcy opisali w roku 2001, oraz sóweczkę kasztanowatą znalezioną w 2002 roku w Brazylii. Wysyp nowych gatunków pojawił się wraz z dostępem do DNA ptaków. Tym razem nie odkrywaliśmy ich na odludnych wyspach ani w dziewiczych lasach deszczowych, ale w laboratoriach. Wiele różnych ras, które tradycyjnie uważano za podgatunki, z genetycznego punktu widzenia okazało się niezależnymi gatunkami. Badania i dyskusje wciąż trwają, więc z całą pewnością jeszcze nieraz usłyszymy o nowych, choć dawno odkrytych zwierzętach[9]. Zresztą ewolucja ciągle trwa i to, co dzisiaj widzimy, to jedynie bieżący stan odysei życia na Ziemi.

Koncepcje gatunków oraz ich listy bez wątpienia są potrzebne. Pomagają nam opisać i zrozumieć świat przyrody. Musimy się jednak pogodzić z faktem, że wiele z naszych definicji ma charakter umowny. I tak umówiliśmy się, że kluczowym kryterium przynależności do danego gatunku jest możliwość reprodukcji. Zwierzęta należące do tego samego gatunku mogą się swobodnie rozmnażać, czego owocem jest płodne potomstwo, które zapewni swojej linii ciągłość. Na razie wszystko jest jasne. Żeby zobaczyć, jak to działa w praktyce, wystarczy rozejrzeć się w tramwaju w drodze do pracy albo jeszcze lepiej, spacerując po ulicach Londynu, Berlina czy Paryża. Zmienność, która wydaje się nie mieć granic, a wszystko w ramach jednego, niewiarygodnie zróżnicowanego gatunku, Homo sapiens. Zgodnie z przyjętą definicją, zwierzęta należące do różnych gatunków nie mogą się ze sobą łączyć. Ale zwierzęta lubią seks i nierzadko dochodzi do międzygatunkowych mezaliansów. Ktoś powie, że może i tak, ale nawet jeśli z takiego związku coś się urodzi, to i tak będzie bezpłodne. Kłopot w tym, że natura często niewiele sobie robi z naszych list, teorii i podziałów. Z jej punktu widzenia mogą one być tak samo martwe jak służące ich opisowi greka i łacina. I tak wbrew naszej logice i definicjom na świat przychodzą płodne bękarty,hybrydy. Może nie warto się upierać: życie na Ziemi jest kontinuum raczej niż zbiorem dobrze zdefiniowanych i wyraźnie oddzielonych od siebie punktów. Równie dobrze moglibyśmy próbować decydować, gdzie na tęczy kończy się jeden kolor, a zaczyna drugi.

Na tle innych ptasich rodzin sowy i tak są wyjątkowo powściągliwe. Mają jeden z najniższych odsetków hybrydyzacji: zaledwie jeden procent[10]. Mimo to w Ameryce regularnie krzyżują się ze sobą syczek krzykliwy z zachodnim oraz zachodni z plamistym. No trudno… Sen z powiek przyrodników spędzają za to romantyczne związki puszczyków kreskowanych z plamistymi. Wszystko dlatego, że te drugie są gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Głównym powodem jest postępujący zanik siedlisk (starych lasów), co dodatkowo wystawia je na z góry przegraną rywalizację z większym i silniejszym puszczykiem kreskowanym. Krzyżowanie się z innym, dużo liczniejszym gatunkiem może tylko przyspieszyć rozmycie, aż wreszcie zanik czystej puli genowej. Ciekawe, że puszczyk kreskowany najczęściej bezceremonialnie przepędza lub po prostu eliminuje puszczyki plamiste ze swoich rewirów. Są jednak takie, które znalazły na niego sposób – sypiają z wrogiem. I tak w amerykańskich lasach klują się kolejne puszczyki hybrydowe. Mają już nawet swoją żargonową nazwę – Sparred Owl. W bardzo wolnym tłumaczeniu mogłaby ona brzmieć „puszczyk plaskowany”. Po angielsku plamisty to Spotted, a kreskowany to Barred Owl. Lubiący zabawy z językiem Anglosasi skrzyżowali obie nazwy, tak jak krzyżują się ze sobą obydwa gatunki. W naszych lasach dzieje się podobnie. Skłonność do łączenia się puszczyka uralskiego ze zwyczajnym, zewnętrznie dwóch zupełnie różnych gatunków, była największym wyzwaniem, z jakim borykali się niemieccy przyrodnicy w projekcie reintrodukcji uralskich. Dobrze znane są też między innymi krzyżówki puchacza zwyczajnego z puchaczem pustynnym. W jednym i w drugim przypadku owocem tych związków jest chętne i płodne potomstwo!

Wbrew dawnym przekonaniom sowy nie są spokrewnione ze szponiastymi, czyli dziennymi ptakami drapieżnymi. Te ostatnie zresztą też są bardzo zróżnicowane i przynajmniej niektóre rodziny bardziej łączy nasza tradycja i układ przewodników o ptakach niż DNA. Zewnętrzne podobieństwo to tylko konwergencja, jakiej w przyrodzie pełno: niespokrewnione ze sobą gatunki, żyjąc w podobny sposób w podobnym środowisku, upodabniają się do siebie wyglądem[11]. Nie powinno nas to dziwić, bo pod osłoną nocy sowy robią dokładnie to, co szponiaste za dnia – zabijają i zjadają inne zwierzęta. Kiedyś sowy kojarzono z owadożernymi lelkami, z którymi dzielą nocne nieba. Dzisiaj jednak uważa się, że sowom genetycznie bliżej jest do papug oraz spokrewnionych z papugami… sokołów![12] Lelki z kolei według najnowszych ustaleń ciążą ku jerzykom i kolibrom.

Sowy pohukują i pokrzykują ze wszystkich wielkich lądów, a także z wielu wysp i wysepek. Nie ma ich tylko na Antarktydzie i okolicznych wyspach. Najwięcej różnych gatunków żyje w Ameryce Południowej i wbrew temu, co często o nich myślimy, sowy wolą cieplejsze klimaty. Niektóre mają niewielkie, endemiczne zasięgi oraz populacje, które w najlepszym razie liczą kilkadziesiąt ptaków[13]. Tak jak maleńka wąsówka odkryta w 1976 roku w Peru, którą do tej pory widziała garstka osób w zaledwie trzech lokalizacjach. W tej smutnej kategorii są też syczki złowrogie, stokowe i krótkouche z Komorów, syczek brązowy z Indonezji, pójdźka leśna z Indii oraz wspomniana już sóweczka kasztanowata z Brazylii. Co do płomykówki brunatnej, której całym światem były zagubione w archipelagu Moluki malutkie wyspy Sula, nikt nawet nie ma pewności, czy ona w ogóle jeszcze istnieje. Tymczasem jej kuzynka, płomykówka zwyczajna, zamieszkuje wszystkie kontynenty – oczywiście z wyjątkiem Antarktydy i… być może Australii. (Szczegóły w rozdziale Płomykówka. Sowa z sercem na twarzy). Tuż za nią leci sowa błotna. Za wielkich czempionów możemy też uznać klan puszczyków. Tylko 21 gatunków, za to co najmniej jeden, a często dwa lub trzy z nich znajdziemy niemal w każdym lesie pomiędzy Arktyką i zwrotnikiem Raka. Niektóre wciąż mają kilkumilionowe populacje, co dzisiaj zdarza się tylko największym szczęściarzom. Sowy, jak to drapieżniki, nigdzie nie są częste, ale na tle innych ptasich rodzin mają się stosunkowo dobrze. Najwyraźniej w świecie zdominowanym przez dziennych z natury ludzi wybór nocnego życia okazał się dobrą strategią na przetrwanie. Wydaje się, że przynajmniej dopóki nie zabetonujemy całej Ziemi i nie wytrujemy wszystkiego, co na niej żyje, mądre sowy znajdą dla siebie dość jedzenia i dalej będą pohukiwać z mroków nocy.

Nie bez znaczenia jest fakt, że różne sowy zajmują bardzo różne siedliska i krajobrazy. To po części tłumaczy też wielkie zróżnicowanie ich wagi i rozmiarów. Ważący cztery i pół kilograma puchacz japoński jest ponad 100 razy cięższy od maleńkiej kaktusówki z południowego zachodu Ameryki Północnej. Kaktusówka wygląda jak każda typowa sowa, tyle że w miniaturze. Nic dziwnego, że w anglojęzycznej literaturze nazywają ją elfem, Elf Owl. Przy średniej wadze 40 gramów i wielkości najwyżej wróbla nie pozostało jej nic innego jak zamiast na gryzonie polować na owady i pajęczaki. Musi tylko pamiętać, żeby chwytając skorpiony, najpierw pozbyć się ich kolca jadowego. Przy jej rozmiarach sama musi mieć się cały czas na baczności. Kaktusówka ma przy tym nerwy ze stali. Gdy wpada w zęby jakiegoś drapieżnika, bardzo przekonująco udaje martwą, a kiedy ten zluzuje uścisk – ucieka!

Bycie sową, dużą czy małą, przeważnie oznacza widzenie w ciemnościach, słyszenie tego, czego nikt inny usłyszeć nie może, i bezgłośne poruszanie się. Trzy cechy, które składają się na definicję typowej sowy oraz tworzą jej ekologiczne USP, Unique Selling Proposition[14]. Pozwoliły one też sowom zająć wolną od konkurencji (innych skrzydlatych drapieżników) niszę – noc.

[2] Podobnie jak słonie czy nosorożce, hieny i kojarzone dzisiaj z Afryką wielkie koty żyły kiedyś w Europie, w klimacie podobnym do obecnego. Najdłużej przetrwały lwy, które jeszcze w czasach greckich można było spotkać na Bałkanach, a na Bliskim Wschodzie zostały eksterminowane dopiero w średniowieczu.

[3] Popularny anglojęzyczny zwrot, który dosłownie znaczy miłość i nienawiść, a którym opisuje się burzliwe związki oparte na przeciwstawnych uczuciach.

[4] Gdy na Ziemi pojawili się pierwsi ludzie, ptaki były na niej już od jakichś 150 milionów lat. Ponieważ rozwijaliśmy się z przyrodą w tle, ptaki oraz inne dzikie zwierzęta i krajobrazy stały się częścią naszej tożsamości gatunkowej – są wpisane w ewolucyjne DNA człowieka. To tłumaczy naszą potrzebę kontaktu z przyrodą (współcześnie coraz bardziej ignorowaną) oraz jej tonizujące i lecznicze oddziaływanie na nas.

[5] Dla ułatwienia krótka powtórka z systematyki na przykładzie dwóch gatunków – puchacza i człowieka. Obydwa należą do domeny komórkowców (eukariota), królestwa zwierząt, typu strunowców i podtypu kręgowców. W tym miejscu wspólny do tej pory konar genealogiczny się rozwidla. W przypadku puchacza wygląda on tak: gromada ptaki, rząd sowy, rodzina puszczykowate, rodzaj puchacze (Bubo), gatunek puchacz (zwyczajny) (Bubo bubo), z co najmniej 16 podgatunkami. A u człowieka tak: gromada ssaki, rząd naczelne, nadrodzina małpy człekokształtne, rodzina człowiekowate, rodzaj ludzie (Homo), gatunek człowiek rozumny (Homo sapiens).

[6] Okres wielkiego rozkwitu jakieś grupy systematycznej – intensywnego podziału na rodziny, rodzaje i gatunki – nazywa się radiacją.

[7] Znajdowanie szczątków kopalnych ptaków i tym samym ich badanie jest bardzo trudne. Ptaki są ewolucyjnie stosunkowo młode, a do tego ich pneumatyczne, częściowo wypełnione powietrzem kości łatwo się kruszą i są chętnie zjadane przez różne drapieżniki i wszystkożerców, takich jak chociażby niektóre gryzonie. Paleontolodzy mówią, że nawet ryby lepiej się przechowują w archeologicznych pokładach.

[8] Lista ta jest autoryzowana i systematycznie aktualizowana przez Międzynarodowy Komitet Ornitologiczny. Ostatnio organizacja ta zmieniła nazwę na International Ornithologists’ Union, ale w powszechnym użyciu ciągle jest skrót ICO – International Ornithological Committee.

[9] Jeszcze 30–40 lat temu wśród systematyków dominowały tendencje redukcjonistyczne. W efekcie wiele taksonów wcześniej uznawanych za gatunki zaczęto traktować jako podgatunki. Obecnie przeważa myślenie odwrotne, które znajduje poparcie w badaniach genetycznych, ale nierzadko pozostaje w kontrze do utartych przekonań i podręcznikowych tradycji.

[10] Dzienne drapieżne też nieczęsto krzyżują się między sobą. Z kolei na drugim biegunie są gorącokrwiste wróblaki, przede wszystkim pokrzewkowate. Do międzygatunkowych mezaliansów często dochodzi też u kolibrów i kuraków. W rodzinie głuszcowatych, do której oprócz głuszców należą cietrzewie, pardwy i jarząbki, sięgają one aż 20 procent. Rekordziści to kaczkowate – około 40 procent. W przyszłości możemy się spodziewać ciągłego wzrostu międzygatunkowych krzyżówek. Zmiany klimatu, zanik siedlisk, kurczenie się populacji i mniejsza w związku z tym dostępność typowych partnerów – wszystko to prowadzi do znoszenia kolejnych barier i wzrostu hybrydyzacji.

[11] Konwergencja może dotyczyć również gatunków genetycznie bardzo odległych, na przykład delfinów, fok i pingwinów (gdy znajdują się pod wodą). Jest też zjawisko odwrotne – dywergencja, kiedy to genetycznie bliskie sobie gatunki wiodą różny tryb życia w różnych biotopach (siedliskach) i wyglądają zupełnie inaczej. Na przykład słonie i góralki, które wyglądają jak przerośnięte chomiki!

[12] Ptasie drzewo genealogiczne okazuje się dużo bardziej skomplikowane, niż myśleliśmy, i odkąd nauczyliśmy się dekodować DNA, nie przestaje zaskakiwać, wywracając do góry nogami utrwalone przez lata przekonania.

[13] Czyli takie, które w swoim występowaniu ograniczają się do jednego tylko kraju, niewielkiego regionu lub miejsca. Łatwo się domyślić, że najwięcej gatunków endemicznych żyje na różnych izolowanych wyspach.

[14] USP możemy przetłumaczyć jako wyróżniającą cechę produktu – coś, czego nie mają inne podobne towary lub usługi, a co z reguły jest mocno akcentowane we wszelkich działaniach marketingowych.

Uszatka. Sowa typowa

GDZIE SZUKAĆ?

Najlepiej w serbskim miasteczku Kikinda, światowej stolicy sów, gdzie każdego roku setki uszatek przylatują na zimę. U nas również zdarzają się zimowe sejmiki uszatek, ale w najlepszym razie gromadzą kilkanaście ptaków. Mieszkając w sąsiedztwie gęstych zadrzewień albo spacerując w parku lub lesie, warto zwracać uwagę na zachowania drobnych ptaków, które gromadnie i w stanie na skraju histerii rzucają się na każdą napotkaną sowę. Uszatki są szczególnie narażone na ich ataki, bo za dnia przesiadują na drzewach zamiast ukrywać się w dziuplach, grotach czy budynkach, tak jak na przykład puszczyki.

CZEGO WYGLĄDAĆ?

Nieruchomego obiektu wysoko na gałęzi, zwykle tuż przy pniu drzewa. Uszatka wygląda jak nasze wyobrażenie sowy: pokryta szaro-brązowymi, wzorzystymi piórami, wyprostowana, z dużą głową, sterczącymi uszami i wielkimi pomarańczowymi oczami, które nie mogą się nadziwić, że właśnie zostały zdemaskowane. Jedyne, co się nie zgadza, to wielkość. Spodziewaliśmy się mitycznego kolosa, a widzimy ptaka wielkości dużego gołębia! Jej długie, sztywne i rytmicznie poruszające się skrzydła przeważnie pracują od linii ciała w dół, co sprawia, że uszatka w locie wygląda jak nakręcana, mechaniczna zabawka. Poluje z powietrza. Metodyczna i skupiona, niczym porządny księgowy, przesuwa się nad swoim zagonem w tę i z powrotem, pas po pasie. Bywa, że zatrzymuje się w powietrzu i zawisa w jednym punkcie, żeby zweryfikować ukrywający się w trawie cel.

CZEGO NASŁUCHIWAĆ?

Uszatki odzywają się chyba najrzadziej spośród wszystkich naszych sów. Mają ku temu ważne powody – puchacze i puszczyki. Wołania terytorialne to stłumione, jednosylabowe „buuu” albo „huuu”. Przypominają rytmiczne dmuchanie w butelkę. Samice odzywają się, jakby cichutko grały na liściu. Ich partnerzy jeszcze wibrują i klaszczą skrzydłami w czasie pokazów lotniczych, których my jednak nie możemy podziwiać, bo odbywają się pod osłoną nocy.

Uszatka jest po puszczyku najliczniejszą z naszych sów, z populacją szacowaną na 8 do 25 tysięcy par lęgowych. Nocami prześladowana przez inne sowy, a w ciągu dnia przez dzienne szponiaste i ptasią drobnicę, zwykle zachowuje się bardzo dyskretnie i trudno ją wytropić. Dużo łatwiej można zaobserwować ją na zimowych sejmikach, kiedy to w środku dnia na jednym drzewie może odpoczywać nawet kilkadziesiąt ptaków.

Uszatki, nazywane też kiedyś sowami uszatymi, zamieszkują pół świata: od Maroko, europejskich wybrzeży Atlantyku i Skandynawii, aż po wschodnie krańce Rosji, Chin i Korei oraz Japonię i Amerykę Północną. Ptaki z północnych areałów migrują na zimę nawet cztery tysiące kilometrów. Często mają też zupełnie inne pomysły na życie niż te z Francji czy Polski. I tak fińskie uszatki to w 80 procentach nomadzi, którzy wracając z zimowisk, osiedlają się tam, gdzie akurat obrodziły norniki. Nasze są przeważnie wierne swoim tradycyjnym rewirom i nawet jeśli opuściły je na zimę, wracają do nich z początkiem nowego sezonu. Na zimowiska też latają w te same miejsca.

Ulubiony krajobraz uszatki to świetliste lasy i duże śródleśne polany. Mozaika pastwisk, łąk, pól i zagajników, stare parki, sady i ogrody. Drzew uszatki potrzebują pod gniazda oraz jako bezpiecznych grzęd. Wśród traw i ziół łowią swoje ulubione gryzonie, które wypełniają nawet 98 procent ich diety. Przeważają norniki, w dalszej kolejności są nornice, myszy i szczury. Reszta to drobne ptaki, żaby, jaszczurki i duże owady.

Uszatki z jakichś powodów są najczęściej zabijanymi sowami, tak przez większe kuzynki, jak i przez dzienne ptaki drapieżne. Nie pomaga im ani nieskończona zmienność barw i wzorów na piórach – od bardzo jasnych, płowoszarych, do głęboko kasztanowych, prawie czarnych – ani opanowana do perfekcji sztuka kamuflażu i charakteryzacji. Być może wiele ryzykują, nie korzystając z dziupli czy podobnych kryjówek. A może przeciwnie? Unikają ich, bo gdyby zajrzał tam jakiś puszczyk, przytulna dziupla mogłaby się zamienić w śmiertelną pułapkę? Niezajęte niczym uszatki najchętniej zaszywają się w gąszczu gałęzi, mając przy tym szczególną słabość do drzew iglastych i zimozielonych bluszczów. Swoje dzieci wychowują w dobrze ukrytych gniazdach innych ptaków. Najbardziej lubią te po srokach, wronach i sójkach. Chętnie zajmują też wystawiane dla nich kosze wiklinowe. U nas pierwsze jaja pojawiają się w marcu lub kwietniu, choć wzdłuż zachodniej granicy mogą zdarzyć się już pod koniec lutego. Składane są co 2–3 dni, w liczbie 1–10, najczęściej jednak 4 lub 5. Uszatki są bardzo wrażliwe na niepokojenie i wiele z nich porzuca gniazda nawet po rozpoczęciu wysiadywania. Inkubacja, która zajmuje 25–30 dni, oraz ogrzewanie piskląt to zadania samic, które tylko czasami zastępują niektóre samce. Najstarsza znana nam uszatka przeżyła 27 lat i 9 miesięcy, ustanawiając tym samym oficjalny rekord długowieczności wszystkich sów. (Następny był pewien puchacz wirginijski z wynikiem 27 lat i 7 miesięcy).

Ta uchwycona mroźnym rankiem w Wiedniu uszatka była swego czasu jedną z najbardziej rozpoznawalnych sów na świecie. Przyniosła swojemu fotografowi, Mateuszowi Piesiakowi, zwycięstwo w najbardziej prestiżowym konkursie fotografii przyrodniczej, Wildlife Photographer of the Year 2013, w kategorii junior.

Jeżeli w opisach pod zdjęciami nie wskazano inaczej, fotografie wykonano w Polsce.

To rodzeństwo najwyraźniej ma takie same zainteresowania… Fot. Cezary Korkosz

Suknia

Pióra, cud ewolucji. Z tego, co na razie o nich wiemy, wynika, że pojawiły się w mocno uproszczonej wersji jakieś 125 milionów lat temu na niektórych teropodach, pragadach uważanych powszechnie za przodków współczesnych ptaków[15]. Pióra czynią ptaka. Informują o jego kondycji i nastroju. Nadają mu kształt, zapewniają ciepło i ochronę, a tym, które latają, opływową linię i powierzchnię nośną. Są jak logo, które gwarantuje właścicielowi rozpoznawalność, a w okresie godowym dla wielu samców i niektórych samic są najważniejszym narzędziem marketingu osobistego. Pozostałym, takim jak sowy, zapewniają doskonały kamuflaż i tym samym poczucie bezpieczeństwa. Ale to, co zdecydowanie wyróżnia sowy spośród innych latających ptaków, to nie kryjące barwy, lecz budowa ich piór.

BEZSZELESTNIE

Zapewne wielu z nas słyszało kiedyś przelatujące łabędzie nieme jeszcze na długo, zanim je zobaczyliśmy. Oczywiście nie dlatego, że odzywały się w locie, ale dlatego, że ich skrzydła cięły powietrze z charakterystycznym, głośnym świstem. Być może o zawał przyprawił kogoś furkot zrywających się spod nóg kuropatw (chociaż rzadki to dzisiaj przywilej) i niejedną fryzurę popsuły podmuchy wiatru wznieconego przez stado miejskich gołębi… Większość ptaków lata bardzo głośno. Nie słyszymy ich tylko dlatego, że są za daleko albo że są za małe i hałas oraz napędzane przez nie wiry powietrza są dla nas niezauważalne. Najgłośniejsze są lotki pierwszego rzędu, które w powietrzu wykonują najcięższą pracę[16]. Do tego przy wiosłujących skrzydłach poszczególne pióra i całe ich partie rytmicznie się przemieszczają i ocierają o siebie. Efekty dźwiękowe są takie jak te, które powstają przy zacieraniu suchych dłoni. Kiedy założymy aksamitne rękawiczki albo potrzemy dłonie o coś bardzo miękkiego, szelest znika. Ptaki wcale nie muszą machać skrzydłami, żeby było je słychać. Nawet statyczny lot szybowcowy powoduje dużo hałasu. Wszystko dlatego, że górna i dolna powierzchnia skrzydła tworzą różne łuki. Powietrze nad skrzydłem przesuwa się dużo szybciej niż pod, a powstała dzięki temu różnica ciśnienia zapewnia ptakom wyniesienie. (To jedna z tajemnic latania). Ale wolne i szybkie prądy, zderzając się tuż za krawędzią skrzydeł, tworzą szumy, wiry i turbulencje. Już sam wiatr, który omiata rozpędzonego w powietrzu ptaka, powoduje sporo hałasu. Ale nie wokół sowy. Ona nie pozostawia za sobą nawet wirów!

Jak to możliwe…? Tajemnica ciszy, jaka otacza sowę, tkwi w jej piórach. Są dłuższe, luźniejsze i przede wszystkim dużo miększe niż pióra innych ptaków. Tę miękkość zapewniają im spłaszczone i bardziej elastyczne stosiny, centralny element każdego pióra. Od nich odchodzą tak zwane promienie, które połączone haczykowatymi promykami ściśle do siebie przylegają i po obydwu stronach stosiny tworzą płaskie chorągiewki. Niby nic szczególnego, bo według tego samego planu zbudowane są pióra lotne i okrywowe wszystkich latających ptaków. Ale u sów promienie pokrywają gęste, mikroskopijne włoski, które tworzą na chorągiewce aksamitny nalot. Można go wyczuć pod palcami lub zobaczyć przez szkło powiększające. To trochę tak, jakby sowy na każde swoje pióro zakładały aksamitną rękawiczkę. Niektóre z tych piór są tak miękkie, że przesuwając po nich palcami przy zamkniętych oczach, nie wyczujemy nawet, kiedy się kończą. Dodatkowo poszczególne promienie zakończone są silnie wydłużonymi, jedwabistymi wypustkami, tak zwanymi grzebykami. Największe i najbardziej widoczne ciągną się wzdłuż zewnętrznych krawędzi lotek pierwszego rzędu. Na lotkach puszczyków mszarnych jest ich ponad 320. Obrzeża sowich piór w porównaniu z piórami innych ptaków wyglądają, jakby były postrzępione lub lekko zużyte. Ale ta pozornie bezładna struktura w połączeniu z jedwabną miękkością redukuje wszelkie tarcia i turbulencje. Efekt jest taki, że nikt nie słyszy nadlatującej sowy ani nie odczuwa wywołanych przez nią podmuchów powietrza. Być może najważniejsze jednak jest to, że ona sama siebie nie słyszy. Dzięki temu polująca sowa może się skupić na dźwiękach, które dochodzą z otoczenia, i nie musi martwić się o to, czy sama nie spłoszy sobie obiadu…[17] To bardzo cenne przystosowanie, gdy przemieszczasz się wśród nocnej ciszy. Jak inaczej namierzyć i zaskoczyć przeważnie malutkie i cichutkie ofiary, jeżeli każdy twój ruch powoduje szum i podmuchy wiatru? Zależność między akustyką piór a zwyczajami łowieckimi jest u sów na tyle wyraźna, że gatunki z północnych głuszy mają zwykle lepszy słuch niż te z głośnych tropików, które z kolei w większym stopniu polegają na wzroku. Ich lot, podobnie jak lot sów dziennych, jest też głośniejszy. Wyjątkiem są sowy jarzębata i śnieżna, dla których dużo większym wyzwaniem są arktyczne mrozy. Żeby im sprostać, bardziej niż cichego potrzebują solidnego opierzenia. Głośniej latają też sowy, które żywią się owadami lub rybami. Szczególnie te ostatnie, ketupy, mają dużo twardsze, a przez to głośniejsze pióra. Cisza w polowaniu na ryby nie ma większego znaczenia, za to ultramiękkie, tłumiące pióra szybko nasiąkają wodą, o czym co jakiś czas przekonują się wszystkie sowy bezdźwiękowe.

MIĘKKO

Miękkie pióra oprócz ciszy zapewniają ciepło. Przytulna, puchowa izolacja przydaje się w chłodne noce, gdy wiele sów godzinami siedzi w bezruchu, wypatrując i nasłuchując czegoś do zjedzenia. Kłopot w tym, że miękkie pióra są delikatniejsze. Być może dlatego sowy raczej nie zażywają kąpieli wodnych (no, chyba że złapał je deszcz) ani piaskowych, ziołowych, mrówkowych czy, rzecz jasna, słonecznych. Tymczasem wszystkie te zabiegi są powszechnie stosowane przez inne ptaki. Pomagają im zwalczać pasożyty oraz utrzymać skórę i pióra w czystości i dobrej kondycji. Bez ptasiego spa sowy muszą poświęcać swoim sukniom jeszcze więcej uwagi. Sprawę ułatwia im gruczoł kuprowy, który produkuje specjalną, kremową wydzielinę do impregnacji pierza[18]. Sowy spędzają wiele czasu na jej rozprowadzaniu, dbając o to, aby nie pominąć żadnego, choćby najmniejszego piórka. Używają w tym celu dzioba, który, poza jego oczywistą funkcją, u wszystkich ptaków służy za coś w rodzaju ręki. Płomykówki, całkowicie bezwirowe, bezszelestne i najpewniej najcichsze z latających ptaków, nie mają nawet gruczołu kuprowego, a cała pielęgnacja pierza sprowadza się u nich do jego przeczesywania i napowietrzania. Robią to środkowym pazurem. Wydłużony i rąbkowany na krawędziach, jest jak specjalistyczny grzebień, który zawsze mają przy sobie. Dla wszystkich sów dużym wyzwaniem jest głowa, a przede wszystkim szlara, która między innymi z tego właśnie powodu jest też ulubioną lokalizacją pcheł, roztoczy i innych zewnętrznych pasożytów. Ptaki mogą tam sięgać jedynie ostro zakończonymi palcami stopy. To dużo mniejsza przyjemność i spore ryzyko, biorąc pod uwagę budowę piór tworzących szlarę oraz ich znaczenie dla sów. Na szczęście dorosłe mogą liczyć na swoich partnerów, a młodzież na rodziców i rodzeństwo. Co za ulga!Jak ważne są dla sów rytuały gmerania w piórach (co w nomenklaturze naukowej nazywa się iskaniem) oraz troska o nie, przekonał się każdy, kto miał do czynienia z oswojoną sową, która regularnie nadstawiała głowę, domagając się uwagi. Z bliska najlepiej też widać, jak wielką przyjemność ptaki czerpią z iskania. Błogo zmrużone lub zamknięte oczy, regularne pomruki zadowolenia i najlepiej, żeby trwało to godzinami…

Luźne, miękkie i dobrze napowietrzone pióra, a nawet ich zlewające się z otoczeniem barwy zapewniają sowom wrażenie dużo większych, niż są one w rzeczywistości. Onieśmielają tak samo napastników, jak i potencjalne ofiary. Tak naprawdę są jednak jak pierzasta wata cukrowa, pod którą ukrywają się zaskakująco małe, lekkie ciała. Puszczyk mszarny ma głowę wielkości głowy kilkuletniego dziecka, ale to tylko dlatego, że porastają ją pióra o miąższości wynoszącej miejscami siedem i pół centymetra! Tony Angell, amerykański artysta, pisarz i sowoholik, mawia, że trzymanie w ręku puszczyka mszarnego jest jak trzymanie wielkiej, puchowej poduszki z dużym kartoflem w środku. Dla puszczyka większym problem są letnie upały niż subarktyczne mrozy. Gdy temperatury rosną, sowy otwierają skrzydła i zieją. Gdy i to nie pomaga, kładą się gdzieś na ziemi w wilgotnym, ocienionym miejscu z rozłożonymi skrzydłami. Ocieplający się klimat to dla nich jeszcze gorsza wiadomość niż dla nas.

SOWA W POWIETRZU

Większość sów to ptaki lasu. Zbudowane są jak puszczyk – zwarte, ale lekkie, o szerokich, zaokrąglonych skrzydłach, które przy wsparciu bardzo dynamicznego ogona ułatwiają im manewrowanie wśród konarów drzew. Skrzydła gatunków regularnie migrujących oraz tych, które polują w otwartym krajobrazie, są smukłe i wydłużone. Zapewniają im jeszcze większą powierzchnię nośną, która u ważącej średnio 320 gramów płomykówki (tyle, co jedno duże jabłko) może sięgać 1700 centymetrów kwadratowych, oraz bardzo niskie obciążenie. W aerodynamice oznacza ono stosunek całkowitej wagi obiektu latającego do jego powierzchni nośnej (skrzydeł) i jest jednym z jego najważniejszych parametrów. Przesądza między innymi o prędkości, zwrotności oraz o wydajności lotu, czyli kosztach spalania. Ptaki latające zwykle mają obciążenie 1–20 kilogramów na metr kwadratowy, co przekłada się na wartość wskaźnika 0,20–4,10. (U nielotów obciążenie powierzchni nośnej przekracza 25 kilogramów na metr kwadratowy ze wskaźnikiem na poziomie 5,10). Wysokie wartości oznaczają szybki lot, ale małą zwrotność, bardzo wysokie koszty energetyczne i często długi pas startowy. To tak, jakbyśmy porównali eksplozyjny, liniowy lot kuropatwy z lekkim, w pełni kontrolowanym lotem jaskółki czy… płomykówki, której wskaźnik obciążenia powierzchni nośnej skrzydeł wynosi 0,29 i jest jednym z najniższych wśród ptaków[19]. Wystarczy, że podrywająca się z ziemi płomykówka otworzy skrzydła i już jest w powietrzu. Wygląda to tak, jakby była zasysana jakimś podniebnym przyciąganiem, które jest silniejsze od ziemskiego. Nawet u puszczyków, które w porównaniu ze swoją zwiewną kuzynką zbudowane są jak typowe mięśniaki, ten sam wskaźnik wzrasta zaledwie do wartości 0,40. Bardzo korzystny stosunek wagi do powierzchni skrzydeł jest charakterystyczny dla wszystkich sów. To oraz minimalny opór powietrza, który stawiają ich miękkie pióra, powoduje, że sowy unoszą się w powietrzu bez wysiłku i przy bardzo niskich nakładach energetycznych.

NIEWIDOCZNIE

Jako drapieżniki, ale i nierzadko ofiary sowy bez wyjątków postawiły na kamuflaż. Być może nie zawsze tak było, bo głęboko w szlarach szarych puszczyków mszarnych ukrywają się małe, jaskrawopomarańczowe piórka. Czyżby echa odległych czasów, gdy ich przodkowie popisywali się ekstrawaganckimi barwami, tak jak wciąż robi to wiele ptaków? Papuzie zestawienia w nocy nie miałyby większego sensu, stąd w sukniach współczesnych sów kombinacje czerni, brązów, beży i szarości. Za to w nieskończenie wielu odcieniach, pokrytych kreskami, prążkami, plamkami i kropkami. I biała jak śnieg sowa śnieżna… Generalna tendencja jest taka, że im bardziej na północ, tym jaśniejsze są sowy i tym więcej szarości w ich piórach. W kierunku na południe sowy stają się ciemniejsze, a w ich upierzeniu zaczynają dominować tonacje brunatne. Nie dotyczy to ptaków żyjących w krajobrazie pustynnym, gdzie świetliste, piaskowe barwy gwarantują lepszą ochronę. Dobrym tego przykładem jest puszczyk arabski czy tak zwana pójdźka arabska, Athene noctua lilith, która uznawana jest za geograficzny podgatunek pójdźki. Żyje na Cyprze i na Bliskim Wschodzie i wygląda jak zwykła pójdźka, którą ktoś zamoczył w silnym wybielaczu i o niej zapomniał.

Wiele gatunków sów występuje w dwóch, a czasami w czterech wersjach kolorystycznych. Oprócz typowej szarej i brązowej pojawia się jeszcze intensywnie ruda, a czasami bardzo ciemna, podszyta czernią. Nie ma to nic wspólnego z płcią ani z wiekiem. Typowy polimorfizm. Czasami tylko poszczególne opcje korelują z geografią zasięgów. Wydaje się, że szare puszczyki zwyczajne lepiej znoszą zimno i wilgoć, a na północnych obrzeżach ich areału na pewno nie znajdziemy ptaków rudych. Żeby było jeszcze ciekawiej, każda z podstawowych wersji kolorystycznych może pojawić się w różnych odcieniach i wysyceniach. Do tego każda sowa ma swoją oryginalną i niepowtarzalną grafikę na piórach, która jest jak nasze linie papilarne. Obojętnie jak byśmy się starali, nie znajdziemy dwóch identycznie wyglądających sów tego samego gatunku. Więcej: ten sam ptak, w zależności od tego, czy jest zrelaksowany, czy zaniepokojony, czy próbuje się wtopić w otoczenie, czy raczej z niego wyróżnić, może wyglądać, jakby należał do dwóch zupełnie różnych gatunków! Sowy to prawdziwe kameleony w piórach. Niewiarygodnie wprost teatralne są uszatki, które w ciągu sekund mogą zmienić nie tylko swoje kształty i wrażenie wielkości, ale nawet barwy, odsłaniając lub zasłaniając określone partie piór. Na przykład szlary rozzłoszczonych ptaków nagle stają się czarne. 50 twarzy uszatki? Co najmniej! Ubarwienie sów może się też zmieniać razem z wiekiem i kolejnymi pierzeniami, kiedy to u wielu z nich pojawia się coraz więcej jasnych lub białych piór. Może to taki sowi odpowiednik naszego siwienia? W końcu w jednym i drugim przypadku sprowadza się to do spadającej produkcji pigmentu.

Jakby tego było mało, sowom, tak jak wszystkim zwierzętom pokrytym skórą, włosami, sierścią, łuskami lub piórami, zdarzają się wrodzone zaburzenia pigmentacji. Na świat przychodzą więc albinosy, czyli osobniki pozbawione jakichkolwiek barw i pigmentów lub z ich wyraźnym niedoborem[20]. Albinizm może objawiać się między innymi nietypowo jasną i delikatną skórą, białym pokryciem (w przypadku ptaków będą to pióra), różowymi lub czerwonymi oczami, poważnymi zaburzeniami widzenia i zmniejszoną odpornością. W wielu przypadkach oznacza śmierć lub w najlepszym razie znacznie krótsze życie[21]. Do tej pory pełen albinizm zaobserwowano u pięciu gatunków sów, w tym u puszczyków i uszatek. Dużo częściej na świat przychodzą ptaki leucystyczne, czyli naznaczone częściową utratą pigmentów, co zanotowano u 12 gatunków. Efekt jest taki, że normalnie ciemne ptaki są płowe lub białe, w całości lub plamiście. Od dotkniętych albinizmem odróżniają je przede wszystkim typowo wybarwione oczy. W najgorszym razie tęczówki będą jaśniejsze niż normalnie, ale nigdy różowe czy czerwone. Być może najwięcej oryginalnie ubarwionych sów obserwowano wśród puszczyków mszarnych. U ptaków z niedoborem ciemnych barwników charakterystyczne dla tego gatunku prążkowania szlary bledną. Zdarza się, że cały ptak robi wrażenie błękitnego. W Szwecji sfotografowano kiedyś puszczyka z niebieskimi oczami! (W dawnych czasach ptak ten natychmiast stałby się albo święty, albo przeklęty. W jednym i drugim przypadku prawdopodobnie szybko straciłby życie. W tym drugim na stosie). Z kolei w południowej Hiszpanii, w rejonie miasta Jerez, żyje populacja białych, ale nie albinotycznych pójdziek. Na przeciwległym biegunie zaburzeń pigmentacji jest melanizm – genetycznie uwarunkowana nadprodukcja melaniny, która powoduje, że kolorowe z natury zwierzęta rodzą się czarne[22].

Różnice w ubarwieniu między płciami są wśród sów rzadkością. Albo ich nie ma wcale, albo są na tyle subtelne, że zachodzą na różnice indywidualne. W najlepszym razie możemy mówić o tendencjach, takich jak na przykład jaśniejsze samce uszatek albo gęstsze cętki na piersiach przeważnie nieco jaśniejszych samców płomykówek. Wyjątkiem są sowy śnieżne, gdzie panie są gęsto i regularnie plamkowane, podczas gdy panowie są nieskazitelnie biali lub noszą tylko pojedyncze, rozmyte plamki. U śnieżnych występuje też równie rzadki wśród sów dymorfizm wiekowy, czyli sytuacja, gdy upierzenie młodych różni się od upierzenia dorosłych, co zresztą ułatwia życie wszystkim zainteresowanym, łącznie z obserwatorami ptaków. Młodzież w ptasich społecznościach często korzysta z taryfy ulgowej, dlatego już z daleka opłaca jej się wyglądać inaczej. Młode sowy śnieżne obojga płci pokryte są gęstymi, czarnymi i szarymi prążkami, które mocno kontrastują z białą szlarą. Samce już na tym etapie robią wrażenie jaśniejszych, ale typowe dla dorosłych upierzenie zakładają nie wcześniej niż po pierwszych urodzinach. Od swoich rodziców różnią się też młode włochatki, którym brakuje charakterystycznego dla dorosłych cętkowania. Zamiast tego są jednolicie czekoladowobrązowe, z nieco jaśniejszą szlarą oraz co najmniej trzema rzędami białawych plamek na lotkach i na ogonie – ale już po pierwszej wymianie piór w październiku lub listopadzie nie sposób będzie odróżnić ich od dorosłych.