Wydawca: HarperCollins Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 388 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Noc kosa - Heather Graham

Moira Kelly przyjeżdża do Bostonu, by spędzić Dzień Świętego Patryka w gronie rodziny i przyjaciół. Chce przy okazji przedstawić rodzicom nowego chłopaka. Tymczasem w domu czeka na nią jej dawna miłość - Dan O`Hara. Wkrótce obaj mężczyżni zaczynają rywalizować o względy Moiry, starając się zdyskredytować rywala w jej oczach. Nie ma jednak czasu na uczuciowe rozterki, ponieważ nad stałymi bywalcami irlandzkiego pubu zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Mnożą się akty zła. Już nie wiadomo, komu można zaufać, a kto jest zdrajcą. Błędna ocena wydarzeń może kogoś kosztować życie...

Opinie o ebooku Noc kosa - Heather Graham

Fragment ebooka Noc kosa - Heather Graham

Heather Graham

Noc kosa

PROLOG

Belfast, Irlandia Północna

Lato 1977 roku

– Synku, szykuj się! – krzyknęła matka, wpadając bez pukania do małego, kwadratowego pokoju. – Tata wrócił, idziemy do kina!

Zniszczoną ciężką pracą twarz rozświetlał uśmiech młodej dziewczyny, który sprawiał, że stawała się piękna.

Chłopiec wstrzymał oddech. Tak bardzo lubił kino i tak rzadko w nim bywał. Na ekrany kin w śródmieściu wszedł właśnie nowy amerykański film science fiction. Byli tam rycerze galaktyczni, kosmiczne pojazdy, wielkie bitwy i walka o dobro, a w końcu – tak mu się przynajmniej wydawało – zwycięstwo dobra nad złem.

Miał dziewięć lat i większość czasu spędzał na ulicy. Rodzice rzadko mu coś obiecywali. Nie miał o to pretensji, tak po prostu było. Na świecie, a może tylko w jego świecie, tak właśnie rzeczy się miały i on to rozumiał. Ojciec zajęty był swoją pracą, matka swoją, poza tym czas zabierały im te spotkania w pubie. Był odważny i silny jak na swoje dziewięć lat. Dobrze sobie radził na ulicy, mimo tak młodego wieku był ostrożny i już doświadczony...

Odłożył komiks i spojrzał na matkę z niedowierzaniem. Potem zerwał się na równe nogi i zarzucił jej ręce na szyję.

– Kino! Naprawdę? Super!

– Uczesz się. Przygotuj. Idę po twoją siostrzyczkę.

Wkrótce szli już ulicą.

Mijali rudery o ścianach pokrytych graffiti, stare, ciasne domy w zimie ogrzewane torfem. Chłopiec lubił jednak to osiedle z jego tajemniczymi miejscami w szczelinach murów, bramami do przeskakiwania i kryjówkami.

Od czasu do czasu mijali sąsiadów. Mężczyźni na powitanie dotykali dłonią kapeluszy, kobiety ich pozdrawiały. Czuł się wspaniale, idąc tak pomiędzy rodzicami. Trzymał za rękę siostrę. Była od niego młodsza, miała dopiero pięć lat i jasne, żywe oczy. Nie wiedziała jeszcze, że uśmiechy, którymi ich witano, były często ponure, a ludzie tak szarzy i pochmurni jak niebo, które zawsze wydawało się ciemne. Spojrzała na brata. Jej uśmiech był niezwykle piękny. Choć czasami się kłócili i choć on był bezczelnym dziewięciolatkiem a ona tylko małą dziewczynką, bardzo kochał swoją siostrzyczkę.

– Naprawdę idziemy obejrzeć film? – dopytywała się.

– Tak, naprawdę – uspokajał ją.

Ojciec uśmiechnął się do niej.

– I kupimy prażoną kukurydzę – dodał.

Roześmiała się i nagle ponure otoczenie wydało się nieco jaśniejsze.

Weszli do kina, gdzie w holu czekało już wielu ludzi – przyjaciół, wrogów. Wszyscy chcieli obejrzeć film. Rodzice witali się ze znajomymi skinieniem głowy.

Ojciec, jak przyrzekł, kupił kukurydzę i wodę sodową. Nawet ciastko.

Chłopiec rzadko czuł się tak bliski swoim rodzicom. Zapomniał o codzienności, przebywał w innym czasie, w innych dalekich światach. Śmiał się, bił brawo. Oddał siostrze ostatnie ziarno kukurydzy. Wyjaśnił jej coś, czego nie zrozumiała. Wziął ją na kolana. Widział, jak matka po chwili wahania oparła głowę na ramieniu ojca, gdy ten położył dłoń na jej kolanie.

Później, gdy pokonali już połowę drogi do domu, jak spod ziemi wyrośli przed nimi dwaj uzbrojeni mężczyźni. Wyszli z jednej z tych kryjówek w załomie muru, które chłopiec tak dobrze znał.

Zamaskowany mężczyzna wypowiedział imię i nazwisko ojca, jakby chciał się upewnić.

– To ja! I jestem z tego dumny! – odpowiedział hardo ojciec, odsuwając na bok żonę. – Ale jest ze mną moja rodzina...

– Aha, i chowasz się za spódnicą żony – rzucił pogardliwie drugi mężczyzna.

Oddany z tak bliska strzał ogłuszył chłopca. Skoczył, żeby zasłonić siostrzyczkę, nie spuszczając wzroku z ojca, który padał na ziemię. Wszystko wydarzyło się szybko, ale wydawało się mu, że ogląda film puszczony w zwolnionym tempie. Widział wszystko dokładnie i nie mógł nic zrobić.

Uzbrojeni mężczyźni przyszli po jego ojca, ale kula przeszyła też małą dziewczynkę. Wiedział, że nie chcieli jej zabić. Była tylko przypadkową ofiarą tej dziwnej wojny.

Usłyszał, jak matka wykrzykuje imię ojca. Nie zorientowała się jeszcze, że straciła również córeczkę.

Trzymał siostrę, widział, jak krew znaczy coraz większą plamą jej sukienkę. Miała otwarte oczy. Nawet nie czuła bólu. Nie wiedziała, co się stało. Uśmiechała się. Patrzył w jej jasne oczy, gdy wyszeptała jego imię i dodała:

– Chcę już do domu.

Zamknęła oczy i wiedział, że jest martwa.

Trzymał ją w ciemnościach ulicy. Słyszał krzyki i płacz matki, a potem także wycie syren policyjnych radiowozów i karetki.

Mszę za dusze ojca i siostry odprawiono w sobotę po południu. Przedtem trumny stały starym zwyczajem w domu. Przyszli krewni i przyjaciele, którzy czuwali przy zwłokach. Pili whisky i ale. Mówili o ojcu jak o bohaterze, ubolewali nad śmiercią jego córeczki. Przyjechało wielu dziennikarzy z całego świata. Niektórzy ludzie wyrażali nawet szeptem przypuszczenie, że to sam Bóg zabrał do siebie dziewczynkę, by poprzeć ich wielką sprawę.

Nie widzieli jej uśmiechu. Nie pamiętali, że była tylko dzieckiem, ze swymi nadziejami i marzeniami, że w jej uśmiechu i blasku oczu kryło się całe bogactwo życia.

W końcu nadszedł czas ostatniej posługi. Zmarli mieli być pochowani, choć chłopiec wiedział, że nic tutaj nie zostanie naprawdę pochowane.

Ojciec Gillian zmówił modlitwę. Liczni mężczyźni wygłaszali pełne pasji przemówienia. Matka lamentowała, szarpała włosy, biła się pięścią w pierś. Kobiety przytrzymywały ją, uspokajały, choć same wybuchały płaczem. Zdawało się, że ich lament dociera do bram niebios.

Chłopiec stał z oczami mokrymi od łez.

Po modlitwach i mszy naprzód wysunęli się kobziarze. Stare irlandzkie kobzy zacharczały i zagrały smętnie „Danny Boy”.

Gdy ucichły, chłopiec podszedł wraz z innymi mężczyznami do trumien. Na szczęście był wysoki i mógł nieść trumnę siostry razem ze znacznie starszymi kuzynami. Siostra była taka malutka, ale jej trumna zadziwiająco ciężka... Trumny spoczęły w grobach. Nakryła je ziemia i kwiaty. Ceremonia pogrzebowa dobiegła końca.

Żałobnicy zaczęli się rozchodzić. Ojciec Gillian otoczył matkę ramieniem. Do chłopca podeszła ciotka.

– Chodź, twoja mama cię potrzebuje – powiedziała.

Spojrzał na nią wilgotnymi oczami.

– W tej chwili mnie nie potrzebuje – odparł.

Rzeczywiście tak było. Chciałby ją uspokoić, pocieszyć. Ona jednak miała już swoją nienawiść, swoją pasję, następny powód do gniewu.

Chłopiec nie chciał nikogo urazić, dodał więc:

– Muszę tu jeszcze zostać. Mama jest teraz z księdzem. Potem, w domu, będę jej bardziej potrzebny.

– Jesteś dobrym chłopcem – pochwaliła go ciotka i odeszła.

Stał samotnie nad dwoma grobami. Po policzkach spływały mu łzy.

Złożył pełną pasji przysięgę. Obiecał swemu martwemu ojcu, swojej małej siostrzyczce, swemu Bogu – i sobie.

– Niech umrę – powiedział głośno – gdybym kiedykolwiek nie dotrzymał tego przyrzeczenia.

Ciemności ogarnęły miasto i spowiły jego serce.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nowy Jork w stanie Nowy Jork

Dwadzieścia kilka lat później

– Czy to znaczy, że nie przyjedziesz do domu na dzień świętego Patryka?

Moira Kelly wzdrygnęła się.

Głos matki, zwykle cichy i łagodny, zabrzmiał tak ostro i przenikliwie, że na pewno usłyszała go jej asystentka w pokoju obok, mimo że rozmawiały przez telefon, a Katy Kelly mieszkała w Bostonie, oddalona o kilkaset kilometrów.

– Mamo, to nie Boże Narodzenie...

– Nie. Więcej.

– Mamo, nie jestem już dzieckiem. Pracuję.

– Racja. Jesteś Amerykanką w pierwszym pokoleniu i zapominasz o tradycji.

Moira wciągnęła głęboko powietrze.

– Mamo, o to właśnie chodzi. Żyjemy w Ameryce, tutaj się urodziłam. Może dla ciebie to zabrzmi strasznie, ale dzień świętego Patryka nie jest tu świętem narodowym.

– Chyba sobie kpisz.

– Nie kpię.

– Pracujesz sama i nie masz żadnego szefa. Możesz więc świętować, kiedy tylko chcesz.

– Nie pracuję sama. Mam wspólnika. Obowiązuje mnie harmonogram zajęć. A wspólnik ma żonę...

– Ożenił się z tą żydowską dziewczyną?

Moira zawahała się.

– Nie, mamo. Z Żydówką ożenił się Andy Garson, ten reporter, który czasami prowadzi przedpołudniowy program. Żona Josha jest Włoszką. – Uśmiechnęła się. – I katoliczką. Polubiłabyś ją. Mają ośmiomiesięczne bliźniaki. To tylko jeden z powodów, żeby dbać o utrzymanie firmy na rynku!

Matka słyszała tylko to, co chciała usłyszeć.

– Skoro jest katoliczką, powinna cię zrozumieć.

– We Włoszech dzień świętego Patryka też nie jest świętem narodowym.

– To katolicki święty! – upierała się matka.

– Mamo...

– Moira, proszę. Nie chodzi o mnie. Twój ojciec może będzie musiał przejść kolejny zabieg...

– Co to znaczy? – zapytała Moira z niepokojem.

– Może będą musieli znów go operować.

– Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?

– Właśnie to robię.

– Ale zadzwoniłaś w innej sprawie!

– Nie pozwoliłby mi zadzwonić do ciebie z taką wiadomością. Nie chce ci psuć humoru przed świętem. Zawsze przedtem przyjeżdżałaś do domu. Postanowiliśmy, że powiemy ci, gdy z nami będziesz. W poniedziałek zrobią mu badania. To nic niebezpiecznego. A potem... No cóż, podejmą decyzję, co robić dalej. Ale, kochanie, wiesz... on naprawdę chciałby, żebyś przyjechała, choć się do tego nie przyznaje. A babcia Jon jest... Nie najlepiej się czuje.

Babcia Jon miała dziewięćdziesiąt parę lat i ważyła najwyżej czterdzieści kilogramów. Pomimo to była tak żywą osóbką, że Moira wiedziała z całą pewnością, iż staruszka będzie żyć sto lat.

Niepokoiła się jednak stanem ojca. Przed kilkoma laty przeszedł już operację na otwartym sercu – wymianę zastawki. Nigdy się na nic nie uskarżał. Na jego twarzy zawsze gościł uśmiech. To właśnie stanowiło największe niebezpieczeństwo – musiałby być na wpół martwy, żeby zgodzić się na wizytę u lekarza. Moira wiedziała, że choć matka robiła wszystko, by postępował zgodnie z zaleceniami medyków, nie mogła sobie z tym poradzić do końca.

Co do dnia świętego Patryka...

– Patryk przyjeżdża – poinformowała ją wcześniej matka.

To oczywiste, pomyślała. Jej brat, który miał posiadłość w zachodnim Massachusetts, uroczyście obchodził dzień swojego patrona. A jednak Patryk nie musiał się specjalnie wysilać. I tak bywał często w Bostonie.

W gruncie rzeczy, przypomniała sobie z lekkim poczuciem winy, liczyła na brata i siostrę Colleen. Miała nadzieję, że ich obecność na wielkim święcie rodzinnym, które dla innych stanowiło tylko okazję do napicia się zielonego piwa i wysłania kartek, wystarczy rodzicom.

– Chcesz przecież zobaczyć Patryka, prawda?

– Oczywiście, ale przede wszystkim martwię się o tatę.

– Mówisz tak, jakbyśmy, twój ojciec i ja, mieli jutro paść trupem.

– I tak widuję się z bratem i siostrą. Wbrew temu co zwykle mówisz, nie musicie padać trupem, żeby do tego doprowadzić.

Matka od dawna posługiwała się tym właśnie argumentem. Mówiła tak do wszystkich swoich dzieci, a one jej ustępowały. Tylko siostra Moiry poprzestawała po takich wypowiedziach na wzdychaniu i wznoszeniu oczu ku niebu.

Moira kochała jednak swoją rodzinę.

– Dobrze, mamo, przyjadę.

Nie mieszkała w końcu aż tak daleko i dość często zaglądała do domu. Tym razem nie przywiązywała zrazu wagi do święta właśnie dlatego, że i tak często widywała się z rodziną. Niedawno spędziła u rodziców Boże Narodzenie. Obecnie na przeszkodzie stał harmonogram zdjęć.

– Słyszysz mamo? Przyjadę na dzień świętego Patryka.

– Wspaniale. Potrzebuję cię.

– Zadzwonię, gdy tylko uda mi się tutaj wszystko wyprostować. Zadbasz o tatę, prawda?

Chciała już odłożyć słuchawkę, gdy usłyszała głos matki:

– Och, kochanie, zapomniałam ci powiedzieć...

– Tak?

– Nie zgadniesz, kto przyjedzie.

– Wielki świąteczny skrzat.

– Nie!

– Ciocia Lizbeth?

– Nie, głuptasie! Nie ciocia Lizbeth.

– Poddaję się, mamo. Kto?

– Dan. Daniel O'Hara. Czy to nie wspaniałe? Zawsze byliście bliskimi przyjaciółmi. Wiem, że nie chciałabyś stracić takiej okazji.

– Nno... nie – odparła, a głos załamał się jej tylko odrobinkę.

– Do widzenia, kochanie.

– Cześć, mamo.

Spotka Danny'ego!

Nie zdawała sobie sprawy, że nadal ściska słuchawkę, aż poczuła ból w dłoni i usłyszała głos telefonistki:

– Jeśli chce pani uzyskać następne połączenie...

Odłożyła słuchawkę i pokręciła głową. Kiedy po raz ostatni widziała Danny'ego? Dwa lata, może trzy? Był miłością jej życia. Dzieciństwa, sprecyzowała w myślach. Pojawiał się i znikał jak wiatr. Gdy ostatnio zatelefonował i poinformował, że jest w Stanach, nie zgodziła się z nim spotkać. Można było na nim polegać tak jak na dobrej pogodzie w Bostonie. A jednak...

Nie byłoby źle znów zobaczyć Danny'ego, teraz, gdy już naprawdę się z tym uporała.

Widywała się z kimś i była już uodporniona na jego „Ach, Moiro, wpadnijmy tylko na szybkie piwko”, albo „Moiro, nie pójdziemy na spacer?”, czy nawet „Nie traćmy czasu, wskakujmy do łóżka”.

Nigdy więcej, Danielu!

Rzuciła się w wir pracy, zwłaszcza że musiała prosić wszystkich, by zmienili swoje plany, aby się do niej dostosować.

Kochała swoją pracę. Trochę ją nawet przerażało, że razem z Joshem tak wszystko rozkręcili i tak szybko odnieśli sukces jako spółka producencka.

Irlandia, stary kraj, pozostawał miłością jej rodziców. Ameryka była jej. Tutaj się urodziła i dorastała. Kochała różnorodność Stanów. Od dnia, w którym po raz pierwszy poszła do college'u, zawsze była bardzo zajęta. Zapomniała o tym, co i tak nie mogło się dobrze skończyć.

A może tak naprawdę chciałaby, żeby Danny wrócił? Aby został?

Z niepokojem zauważyła, że sama ta myśl przepełniła ją tęsknotą.

No dobrze, Danny nie przestał jej obchodzić i nigdy nie przestanie. Dobrze, że to tylko odległa, głęboko ukryta myśl, której nigdy nie pozwoli się rozwinąć. Moira była realistką. Spotkała już w życiu różnych ludzi, choć często nie poznawała ich naprawdę dobrze, tylko przez pryzmat swojej pracy. A teraz jest ktoś bystry, godny szacunku, z kim dzieli zainteresowania. Ktoś, kto pojawił się w jej życiu w odpowiednim czasie i we właściwy sposób.

A więc Danny przyjeżdża do Bostonu. To dobrze. On chciałby...

Przez chwilę o niczym nie myślała.

Michael. Spotykała się z Michaelem McLeanem, mężczyzną irlandzkiego pochodzenia, lecz takiego, któremu owo pochodzenie nie przesłaniało w życiu wszystkiego innego. Naprawdę dobrze czuli się razem. Michael kochał dobre kino. Lubił też sport, lecz nie gardził wizytami w muzeum. Zawsze chętnie chodził do teatru, także alternatywnego.

Był niemal ideałem. No i pracował ciężko dla firmy Moiry. Zawsze aktywny, spotykał się z ludźmi, sprawdzał logistykę i zezwolenia na filmowanie. Niedawno też gdzieś wyjechał, nawet nie wiedziała na pewno, dokąd. No dobrze, wiedziała, ale teraz, po rozmowie z matką, nie mogła o tym myśleć.

Nieważne, gdzie jest. Michael miał zawsze przy sobie telefon komórkowy i zawsze odbierał go albo oddzwaniał. Zarówno w sprawach osobistych, jak i zawodowych. Między innymi dlatego był taki wspaniały.

A jednak, sama myśl o Dannym...

Zniecierpliwiona, chwyciła ołówek. Miała inne tematy do rozmyślań. Takie jak praca. Podniosła słuchawkę i zadzwoniła do swego wspólnika, Josha.

Dobrze będzie znów zobaczyć Danny'ego, pomyślała. Poczuła przypływ gorąca. Jakby chciała w tej właśnie sekundzie kochać się z Dannym. Zamknęła oczy i ujrzała go. Nagiego.

Dość tego! przywołała się do porządku.

– O co chodzi? – usłyszała głos w słuchawce.

– Co takiego?

– Przecież to ty do mnie zadzwoniłaś – cierpliwie wyjaśnił Josh. – O co chodzi? – powtórzył.

– Czy moglibyśmy pójść gdzieś na obiad?

Zmusiła się, by w wyobraźni ubrać Danny'ego, a potem przestać o nim myśleć.

Danny wycofał się gdzieś do głębszych zakamarków umysłu. Josh Whalen był bardziej realny. Zawsze stanowił część jej życia. Spokojny i szczery, porządny facet. Był wysoki i przystojny, choć nieco za chudy. Poznali się w szkole filmowej Uniwersytetu Nowojorskiego i pewnie mieliby romans, gdyby w porę nie zorientowali się, że mogą stać się tylko przyjaciółmi, a nie kochankami. Zamiast stworzyć parę, założyli razem spółkę producencką.

Wtedy w jej życiu był Danny. Pojawiał się i odchodził. Spotykając się z Joshem, chciała się tylko upewnić, że nie musi wiecznie czekać na mężczyznę, którego kocha, że są jeszcze na świecie inni ludzie. Udało się jej to jednak, zanim zrobili z Joshem cokolwiek, czego mogliby żałować.

Znów wyrzuciła Danny'ego ze swoich myśli, odsyłając go daleko, tam, gdzie było jego miejsce.

Josha lubiła bardziej niż któregokolwiek innego mężczyznę, z jakim umówiła się kiedykolwiek na randkę. Mieli wspólną wizję – i etykę pracy. Oboje harowali w restauracjach, żeby zdobyć niewielki kapitał pozwalający na uruchomienie firmy. Josh pracował też na budowach i przy kopaniu rowów. Dawali z siebie, ile mogli.

– Nie chcesz, żebym po prostu przyszedł do ciebie do biura? – zapytał Josh.

– Nie. Chcę cię zabrać do miłej restauracji, zamówić parę kieliszków dobrego wina...

Przerwał jej jęk wspólnika:

– To znaczy, że zamierzasz zmienić harmonogram.

– Ja...

– Zamieńmy to na piwo.

– Gdzie je wypijemy?

Wymienił nazwę swojej ulubionej dziupli, niedaleko biura w Village. Miał umówioną rozmowę z kandydatem na kamerzystę, Moira również zaplanowała jakieś spotkanie. Postanowili spotkać się po tych rozmowach.

Po chwili zatelefonowała osoba, z którą Moira miała się spotkać. Spóźniła się na pociąg i pytała, czy nie mogą przełożyć spotkania na popołudnie. Moira zgodziła się z ulgą.

Dotarła do „Sam's Sports Spectacular” przed swoim wspólnikiem. Zwykle nie piła alkoholu w dzień, a i wieczorem zachowywała pod tym względem ostrożność. Teraz jednak zamówiła piwo z beczki. Gdy wszedł Josh, siedziała nad szklanką przy stole najbardziej oddalonym od baru. Josh zwracał uwagę. Chudy, o nieco niedbałym wyglądzie, robił wrażenie reżysera, albo, jak pomyślała z rozbawieniem, muzyka z grunge'owego zespołu. Pomimo sprzeciwu żony, nosił brodę i wąsy. Miał piękne, ciemne oczy i kręcone ciemne włosy o rudawym odcieniu i to samo co zwykle, jadowicie zielone ubranie.

– Gdzie moje piwo? – zapytał, sadowiąc się na krześle pomiędzy blatem a ścianą.

– Nie wiedziałam, jakie dla ciebie zamówić.

Spojrzał na nią, jakby zwariowała.

– Od ilu lat się znamy?

– Prawie od dziesięciu, ale...

– Co zawsze piję?

– Millera Lite...

– Tutaj je mają.

– Przepraszam, jestem dzisiaj trochę nieprzytomna.

– Rzeczywiście.

Uniósł rękę, żeby przywołać kelnera. Młody człowiek wysłuchał zamówienia i ruszył w kierunku baru.

– Dlaczego jesteś nieprzytomna? – zapytał Josh.

– Dzwoniła moja matka.

Uśmiechnął się.

– Moja dzwoni niemal codziennie. To żadne usprawiedliwienie.

– Nie znasz mojej matki.

Uśmiechnął się i odparł z irlandzkim akcentem:

– Znam. Bardzo miła pani.

– Uhm. Mój ojciec jest chory.

Josh natychmiast spoważniał.

– Przepraszam.

– Ja... myślę, że wszystko pójdzie dobrze, ale chyba będzie miał następną operację.

– Więc chcesz pojechać do domu na dzień świętego Patryka? – bardziej stwierdził, niż zapytał.

– Wiem, że mieliśmy robić zdjęcia w parkach tematycznych na Florydzie. I wiem, jak ciężko pracowałeś nad uzyskaniem praw, nad tymi wszystkimi papierami i...

– No to chyba musimy to przełożyć.

– Bardzo ci dziękuję – powiedziała cicho i wypiła łyk piwa.

– I tak nie wierzyłem, że w marcu pojedziemy na Florydę.

Zarumieniła się.

– Uważasz, że nie potrafię postawić na swoim? – zapytała.

– Potrafisz, ale twoja matka mogłaby wynająć Terminatora...

Spojrzała na niego z wdzięcznością.

– Mam pomysł. Moglibyśmy przy okazji zrobić program o Irlandczykach w Ameryce i załatwić w Leisure Channel, żeby nadali to na żywo. Jestem pewna, że wyszłoby świetnie.

Josh zastanowił się, a potem uniósł ręce.

– Może masz rację... Zabawa, tradycyjne świąteczne jedzenie i fantastyczne irlandzkie opowieści – na żywo, z domu samej gospodyni programu...

– Co sądzisz o Bostonie w marcu?

– Nic dobrego, ale w Nowym Jorku nie jest lepiej. – Uśmiechnął się nagle. – Właściwie spodziewałem się czegoś w tym stylu. Prosiłem Michaela, żeby sprawdził, jak jest z zezwoleniami w Bostonie i Orlando.

– Żartujesz! Nie powiedział mi o tym ani słowa.

– Umie zachować tajemnicę. Nie chciałem, żebyś zaczęła coś podejrzewać. Po prostu cię znam i umiem przewidywać.

– Wspaniale.

– Hej, mała, właśnie coś takiego powinniśmy zrobić przede wszystkim.

Uśmiechnęła się, czując ogromną ulgę.

– Ale ty i Gina chcieliście zrobić ten program o Disneyu...

– Zrobimy. Zmienimy tylko terminy. Dzieci nie będą nam miały tego za złe. I tak jeszcze nie bardzo wiedzą, co jest grane.

Uśmiechnęła się. Rzeczywiście, ośmiomiesięczne bliźniaki Josha nie mogą się jeszcze przejmować tym, że nie zobaczą Myszki Miki.

– Chcesz coś zjeść, czy wolisz obiad w płynie? – zapytał, wskazując pustą szklankę Moiry, która nie zdawała sobie sprawy, że piła przez cały czas.

– Jestem Irlandką – wyjaśniła.

Roześmiał się i nachylił w jej kierunku.

– Nie miałem nic złego na myśli – uspokoił ją. – Chciałem się tylko dowiedzieć, czy coś zjesz.

– Tak, chyba powinnam.

– Mają tu dobrą sałatkę.

– Świetnie, ale chyba wezmę hamburgera.

– Podkreślamy swoją amerykańskość? – zażartował, przywołując gestem kelnera.

– A ty czepiasz się, żebym nie musiała czuć dozgonnej wdzięczności za zmianę harmonogramu na cały sezon?

Roześmiał się.

– Może. A może zabawnie jest obserwować, jak obawiasz się wizyty w domu.

– Nieprawda! O, jest kelner. Zamów mi tylko hamburgera i drugie piwo.

Josh wykonał polecenie, lecz nie ustąpił.

– Czego się tak boisz? – zapytał cicho, gdy kelner się oddalił.

– Nie boję się. Często jeżdżę do domu.

– Ale tym razem jesteś zdenerwowana. Chodzi ci o to filmowanie u ciebie? Wszystko gra! W Stanach Zjednoczonych jest bardzo dużo Irlandczyków, a w dniu świętego Patryka...

– ...każdy jest Irlandczykiem – dokończyła za niego. – Tak, wiem.

Kelner przyniósł drugie piwo. Podziękowała uśmiechem. Uśmiechnął się w odpowiedzi i odszedł. Wypiła łyk, odchyliła się i zaczęła wodzić palcem po brzegu szklanki.

– A więc? Wszystko świetnie się składa – podsumował Josh.

– No i jaką będziemy mieć obsadę...

– Twoja matka jest czarująca. Również ojciec.

– Uhm, tak. Tylko...

– Tylko co?

– No cóż, oni są dość... ekscentryczni.

– Twoi rodzice? Skądże.

– Nie żartuj. Na przykład babcia Jon. Przez wiele lat wmawiała nam, że jak nie będziemy grzeczni, to po drodze do wygódki porwą nas karzełki. Colleen, Patryk i ja dopiero po ukończeniu szkoły uświadomiliśmy sobie, że nigdy nie mieliśmy wygódki, tylko zwykłą łazienkę, do której nie trzeba było iść przez podwórze.

– Twoja babcia jest wspaniała.

– To prawda – zgodziła się Moira. – Jest jeszcze ojciec, który nie pogodził się do tej pory z faktem, że Walczący Irlandczycy to nazwa drużyny futbolowej w Stanach.

– Może tak, ale wtedy, gdy oglądałem z nim rozgrywki, dopingował Notre Dame.

– Moja mama wygłasza przemówienia o tym, dlaczego tradycyjną potrawą jest boczek z kapustą, a nie konserwa wołowa, a ojciec mówi o angielskim imperializmie i naruszaniu na całym świecie praw ludzi, których ojczystym językiem jest gaelicki. Potem nagle przechodzi do zachwytów nad cudami Ameryki i rozwodzi się o słynnych Amerykanach irlandzkiego pochodzenia, od Ojców Założycieli do bohaterów wojny secesyjnej – oczywiście, walczących po obu stronach.

– Może w ten sposób unika opowiadania o Irlandczykach, którzy byli żołnierzami Custera.

– Josh, ja mówię poważnie. Znasz mojego ojca. Upewnij się na Boga, że nikt nie wspomni o irlandzkim nacjonalizmie ani o IRA.

– Jasne! Będziemy go trzymać z dala od polityki.

Nie słuchała. Z zapałem mówiła dalej:

– Patryk przyjedzie z moimi małymi siostrzenicami i kuzynem, więc mama, tata i babcia Jon będą udawać, że po domubłąkają się skrzaty. Poza tym wszędzie porozstawiają beczułki z piwem i wszystko będzie zielone.

– Jakie to wspaniałe!

– I zjawią się różni dziwni ludzie.

– No to będzie jeszcze weselej.

Wyprostowała się i spojrzała mu w oczy.

– Przyjeżdża Danny – poinformowała go.

– Och, rozumiem – powiedział cicho.

Obudził się bardzo późno. Właściwie budził się powoli i rozkoszował luksusem. Czuł miękkość materaca, chłód i świeżość pościeli. Leżąca obok kobieta nadal lekko pachniała perfumami i miłością. Była młoda, lecz nie za młoda. Jej bujne, ciemne włosy leżały rozsypane na hotelowej poduszce. Miała swoją cenę, ale za to jaki zapał! Przyjemnie spędzili noc.

W ekspresie, który włączał się automatycznie o zaprogramowanej godzinie, parzyła się kawa. Chyba trochę za długo. Gdy wieczorem włączał programator, nie sądził, że będzie jeszcze o tej porze spał.

Oparł się na poduszce.

Zawsze lubił Amerykę.

Tyle tu wszystkiego. Taka obfitość! I tylu głupców, którzy sami nie wiedzą, jak się im poszczęściło. Jasne, mają też swoje kłopoty. Dostrzegał to, bo nie był ślepy i umiał współczuć. Ale problemy są tutaj inne: zepsute dzieci bogaczy, konflikty rasowe. Republikanie. Demokraci. Zresztą, gdyby nie mieli kłopotów, sami by je sobie stwarzali, pomyślał. Nie zmieniało to faktu, że życie w Ameryce jest dobre.

Zadzwonił telefon. Sięgnął do nocnej szafki i podniósł słuchawkę.

– Tak?

– Ma pan już to zamówienie?

– Tak, mam. Powinienem je dostarczyć, czy chcecie przyjść tutaj?

– Chyba lepiej, żeby pan przyszedł. Możemy mieć jeszcze inne sprawy do omówienia.

– Doskonale. Kiedy?

Usłyszał, o której i odłożył słuchawkę.

Kobieta poruszyła się. Odwróciła się do niego i otworzyła oczy. Uśmiechnęła się i powiedziała:

– Dzień dobry.

– Dzień dobry – odparł.

Nachylił się i pocałował ją. Nadal mu się podobała. Ciemne włosy, ciemne oczy, opalona.

Przesunęła rękę pod kołdrą i zaczęła go głaskać. Spojrzał na nią ze zdziwieniem. Roześmiała się.

– Zwykle nie zostaję do rana...

– A ja zwykle nie zatrzymuję ku... kobiety – poprawił się grzecznie – do następnego dnia.

Pieściła go zręcznie i wkrótce poczuł silne podniecenie. Przez szparę w zasłonach widział jednak światło dnia.

– O co chodzi? – zapytała, gdy sięgnął po papierosy.

Uśmiechnął się i odłożył paczkę.

– O nic.

Pocałował ją i przysunął się bliżej, żeby ułatwić jej zadanie. Spojrzał na zegarek. Miał dużo czasu.

Była bardzo dobra, a on już od dawna nie miał okazji wylegiwać się w łóżku i figlować. Poddawał się pieszczotom, potem je odwzajemnił. Zaczął się z nią kochać, jeśli to właściwe słowo wobec obcej kobiety, kurwy. Sprawiało mu to taką przyjemność, że nie trwało zbyt długo. Stoczył się na łóżko i znów spojrzał na zegarek.

– Już późno – mruknął.

Pocałował ją i wstał, żeby pójść pod prysznic.

– Kawa i papierosy są przy łóżku – poinformował.

Umył się bardzo szybko, chwycił ręcznik i starannie się wytarł. Wyszedł z łazienki z mokrymi włosami owiniętymi ręcznikiem, poza tym nagi.

– Wypiłaś już kawę? – zaczął grzecznie, lecz nagle stężał. – Co robisz? – zapytał ostro.

Klęczała na podłodze z jego spodniami w rękach.

– Ja...

Rzuciła spodnie, spojrzała na niego i wstała. Chciała go okraść?

Umiał obserwować. Zobaczył, że nie przeszukiwała tylko kieszeni. Szuflady pozostały niedomknięte, na podłogę nie opadły jeszcze pyłki kurzu.

Miała na sobie majtki, stanik i pończochy. Najwidoczniej chciała się ubrać i wyjść, zanim on wyjdzie z łazienki.

Nie zdążyła.

Patrzyła na niego. Widział strach w jej oczach.

Nie odrywał od niej spojrzenia. Zmiany w pokoju zarejestrował kątem oka. Wykonała dobrą robotę. Dokładnie. Myślał, że to tylko prostytutka; okazało się, że także złodziejka.

Czy aby na pewno?

– Ja tylko się rozglądałam. Z ciekawości – powiedziała, zwilżając językiem wargi.

Niezależnie od tego, o co jej chodziło, nie umiała kłamać.

– Kochanie – zapytał cicho – nie wiesz, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła?

– Twój stary przyjaciel Daniel O'Hara – zażartował Josh. – Tylko pomyśl. Gdyby nie Danny, bylibyśmy już dawno po ślubie.

– I po rozwodzie – przypomniała mu Moira. – Nie wytrzymalibyśmy ze sobą nawet tygodnia.

– Może tak, może nie. Zastanówmy się. Kochałaś mnie umysłem, ale twoje serce wyrywało się do poprzedniego chłopaka. Ja byłem tym dobrym, porządnym, a on – niedostępnym i intrygującym. Choć właściwie nigdy go nie było, posiadł twoje serce i... no, wiadomo co.

– Josh, między mną a Dannym nic już nie ma.

– Prawdopodobnie – zgodził się, trochę zbyt entuzjastycznie.

– Nie rób z tego sensacji. To tylko stary przyjaciel rodziny...

– A to, że jest zbudowany jak futbolista i wygląda jak Adonis, wcale nie ma znaczenia?

– Jesteś niewiarygodnie... płytki. Tak jakbym nie mogła oceniać mężczyzn według innych kryteriów. Poza tym, sam wyglądasz bardzo dobrze.

– Dziękuję, bardzo mi miło. Ale chyba nie mogę się równać z twoim egzotycznym zagranicznym kochankiem. I chyba rzeczywiście to nie tylko wygląd robi na tobie wrażenie. Jest jeszcze akcent, głos, tradycja i fakt, że to stary przyjaciel rodziny. – Zaczął naśladować akcent, jaki w Hollywood uznawano za irlandzki. – Tak, panienko, twój kochanek ma prezencję.

– On nie jest moim kochankiem!

– Jak gwałtownie zaprotestowałaś!

– Od lat nawet go nie widziałam.

– Powiem ci, kiedy to było. W lecie, trzy lata temu. Nałgałaś rodzinie, że wracasz do Nowego Jorku, ale zostałaś z nim w Bostonie. Myślałaś, że pozostanie tylko dlatego, że ty tego chcesz. Nie był na to gotów, a ty wariowałaś. Gdy potem zatelefonował przed Bożym Narodzeniem, nie chciałaś się już z nim spotkać.

– Nigdy ci tego nie opowiedziałam!

– No cóż, może nie stanowię, twoim zdaniem, materiału na męża, ale za to naprawdę jestem twoim najlepszym przyjacielem. Jest w nim coś, od czego nie możesz się całkiem uwolnić.

– Mylisz się.

– Doprawdy?

Spojrzała na zegarek.

– Jak szybko mija czas, kiedy torturuje cię najlepszy przyjaciel. Muszę się spotkać z panią Grisholm. Nie udało się jej rano dotrzeć. To ta z teatru w Maine, w którym publiczność włącza się do przedstawień. Nawet gotują razem i jedzą. Opowiadałam ci o niej. To wygląda jak...

– Co powie Michael na powrót twojej starej miłości? Czy powiedziałaś mu w ogóle o istnieniu Daniela O'Hary? – przerwał jej Josh.

– Dan jest przeszłością, a reszta to nie twoja sprawa.

Josh zaczął się śmiać. Moira się zaczerwieniła.

– Dzień świętego Patryka może być naprawdę zabawny. Pewnie, że to nie moja sprawa, gdzie kto będzie spał. Ale zatrudniliśmy Michaela, zanim jeszcze coś się między wami zaczęło. Zakładam, że on też przyjedzie do Bostonu.

– Czy mógłbyś przestać się głupio uśmiechać? – zapytała.

– Przepraszam. Rozbawiło mnie, twojego niedoszłego kochanka, że najpierw żyjesz w celibacie, a potem chcesz spędzić święta z dwoma mężczyznami swego życia jednocześnie.

– Josh... – ostrzegła go.

– Może to nawet dobry pomysł. Mama i tata mogą cię ochronić.

Wstała.

– Dziękuję za pomoc w sprawach zawodowych.

– Gdybyś nie uważała mnie za łajzę, może postarałbym się być trzecim...

Nadal się śmiał.

– Uważaj, bo doniosę twojej żonie.

– Ona i tak wie, że się w tobie od dawna podkochuję. Chyba ta sytuacja rozbawi ją tak samo jak mnie.

– Jesteś niemożliwy. Wychodzę.

– Kochasz mnie, tak czy inaczej – zawołał, gdy już zmierzała do drzwi.

– Wcale cię nie kocham – krzyknęła, odwracając się. – Koniecznie weź rachunek i daj kelnerowi napiwek.

– Uwielbiasz mnie! – odpowiedział.

Stojąc w drzwiach, obejrzała się. Uniósł brew i zanucił:

– Danny Boy...

ROZDZIAŁ DRUGI

Michael McLean traktował pracę poważnie. To był cholernie ciężki dzień. Osiągnął to, co sobie zaplanował, częściowo taktem i dyplomacją, częściowo dzięki determinacji i metodzie silnej ręki.

Drgnął, gdy zadzwonił telefon. Leżał zmęczony i senny. Choć jego praca wiązała się z rozmowami o różnych dziwnych porach, nie oczekiwał, że teraz ktoś do niego zadzwoni. Musieli być jednak przygotowani na każdą ewentualność. Po chwili usiadł na łóżku i zmierzwił ręką włosy. Sięgnął po słuchawkę, a potem zorientował się, że dzwoni telefon komórkowy. Wstał i znalazł właściwy aparat.

Spojrzał na wyświetlacz. Moira.

– Cześć, kochanie, co się stało? Wszystko w porządku? Jest już późno.

– Wiem, przepraszam. Powinnam zadzwonić wcześniej.

– Możesz telefonować, kiedy tylko chcesz, w dzień i w nocy, wiesz przecież o tym.

– Dziękuję.

Znał bardzo dużo kobiet. Miał wiele z nich, tak, ale żadna nie była taka jak Moira. Urzekło go brzmienie jej głosu. Piękna, z ciemnorudymi włosami i zielonymi oczami. Wysoka, elegancka, o ciekawej osobowości. Nie bała się pracy i śmiała się z każdej przeszkody. Wikłała się w najbardziej absurdalne sytuacje. Gdy odpowiedział na ogłoszenie w sprawie pracy drugiego producenta w KW Productions, znał ją już z telewizyjnych nagrań, które przestudiował, przygotowując się do rozmowy. Na taśmie prezentowała się dobrze. W rzeczywistości – jeszcze lepiej. Zaskoczyły go podniecenie i emocje, jakie w nim wywoływała. Chciałby, żeby teraz mu towarzyszyła. Zadziwiające, jak sam tylko dźwięk głosu może podziałać na mężczyznę.

– Powinnam była zadzwonić już kilka godzin temu – dodała, a potem nagle zamilkła. – Nie rozmawiałeś dziś z Joshem, prawda? – upewniła się.

– Nie.

Usłyszał jej westchnienie.

– To dobrze. Lepiej, że sama ci powiem. Telefonuję tak późno, bo zbierałam się na odwagę.

Chciał już jej oświadczyć, że nie musi się zbierać na odwagę, żeby do niego zadzwonić, gdy dodała:

– Wiem, ile pracy już wykonałeś...

– Jasne, że wiesz. Jesteś szefem.

– Nie do końca. Josh i ja zawsze podejmujemy decyzje wspólnie, a od kiedy z nami pracujesz, nie musimy się nawet za bardzo wysilać. O Boże, Michael, tak mi przykro, ale... nagle zmieniliśmy plany.

Już wiedział, co za chwilę usłyszy.

– Wiem, że ty i Josh bardzo się napracowaliście nad uzyskaniem zezwoleń, ale... zmieniamy program na dzień świętego Patryka. Naprawdę bardzo mi przykro. Wiem...

– Naciski rodziny, co? – zapytał spokojnie.

– Mój ojciec będzie miał w przyszłym tygodniu badania. Mama twierdzi, że to nic poważnego, ale założę się, że tata nadal sam prowadzi pub do późna w nocy. Zresztą, mama rozmawiała ze mną tak, jakbym zamierzała udusić wielkanocnego zajączka i ja... ja się poddałam.

– Nie przejmuj się – odpowiedział. – Przyjrzałem się już sytuacji w Bostonie.

– Co takiego?

– Josh i ja tego się właśnie spodziewaliśmy.

Milczała.

– Moiro, wszystko w porządku. Z przyjemnością spotkam się z twoją rodziną. Chyba mnie zaakceptują, prawda? Jako kogoś, kto jest dla ciebie najważniejszy na świecie?

– Jesteś niesamowity, wiesz?

– Tak, oczywiście. Przecież na to zasługujesz.

– Wiesz co?

– Co?

– Miło cię słyszeć.

Jej głos był jak jedwab.

– Właśnie chciałem ci powiedzieć to samo.

– Oni są trochę zwariowani, wiesz?

– Kto?

– Moi rodzice.

– Moiro, masz przecież odpowiedniego faceta. Moja rodzina to też Irlandczycy. To fakt, że nie mamy pubu i nie biegamy przez cały dzień, gwiżdżąc „Danny Boy”. Ale poradzę sobie z opowieściami o zjawach i skrzatach. Nie martw się.

Milczała przez chwilę, a potem powiedziała:

– Moi tak.

– Co?

– Przez cały czas gwiżdżą „Danny Boy”.

Roześmiał się.

– Nie mam nic przeciwko tej piosence. Założyliśmy się z Joshem, wiesz?

– Kto obstawiał, że ugnę się pod presją rodziny?

– Nikt. Założyliśmy się tylko o to, kiedy ustąpisz.

Znów przywołał obraz Moiry. Nie tej kobiety z ekranu. Tej, która powinna teraz z nim być. Delikatnie uperfumowana, o gładkiej skórze, z rozpuszczonymi włosami, naga jak w dniu narodzin. Może także na tym polegał jej urok. W miejscach publicznych, przy ludziach, mogła być wytworna i chłodna, a sam na sam z mężczyzną – swawolna i zmysłowa.

– Nie mogę się już doczekać naszego spotkania – oświadczyła.

– Chyba o tej porze nie ma już żadnych samolotów – zauważył z żalem. – Pociągów też. Mógłbym wynająć samochód, gdybyś naprawdę chciała.

– Daj spokój – roześmiała się. – Wiesz przecież, że nie dojedziesz tu samochodem z Florydy tak szybko, jak byśmy chcieli. A ja muszę, naprawdę muszę, załatwić jutro dużo spraw i od razu potem wyjechać. To da nam tydzień przed dniem zero. Będę mogła porozmawiać z rodzicami i przygotować dla Leisure Channel naprawdę dobry program.

– Mogę tam dotrzeć, jeśli chcesz.

Zastanawiał się, czy powinien jej powiedzieć, że nie jest na Florydzie. Może lepiej zostawić to Joshowi?

Przez chwilę milczał. Tak, są na świecie inne kobiety, dobrze o tym wiedział, ale żadna nie jest taka jak Moira.

– Dobrze, złotko, spotkamy się w starym pubie – powiedział z najlepszym, na jaki go było stać, irlandzkim akcentem.

– Naprawdę prowadziłbyś samochód przez całą noc?

– Jasne!

– Wolałabym, żebyś przyjechał później, nie tłukąc się nocą – stwierdziła z naciskiem Moira. – Pojutrze wieczorem w Bostonie, pub Kelly'ego. Poznasz moich rodziców.

– Dobrze – zgodził się.

A jednak myślał z pewną obawą o tym, że w Bostonie wszyscy będą razem. On, Moira, jej rodzina, jej przeszłość... i przyszłość.

– Kocham cię – dodał, zdziwiony zdławionym brzmieniem własnego głosu.

– Ja też cię kocham – odpowiedziała, a on jej wierzył.

Mimo późnej pory i zmęczenia ubrał się zaraz po zakończeniu rozmowy. Spojrzał na zegar. Nie najgorzej, pomyślał, dopiero minęła północ.

Wyszedł z hotelowego pokoju.

Mógł tam dotrzeć pieszo. Pod tym względem Boston był wygodny. Michael lubił wąskie, kręte uliczki w starej części miasta, a nawet w nowszych dzielnicach. Pozostałości czasów kolonialnych przeplatały się z nowoczesnością. Lubił Boston. Wspaniałe owoce morza. Powiew historii.

Szedł szybko i wkrótce znalazł się na ulicy, którą odwiedził już poprzedniego dnia. W środku pomiędzy dwoma przecznicami, pod uliczną latarnią dającą miękkie żółte światło, zobaczył szyld: „Pub Kelly'ego”.

Przez chwilę stał i przyglądał się drzwiom.

Przeklinał dni, które miały nadejść.

Pub był jeszcze otwarty, choć wydawało się, że o tej porze nie ma już dużego ruchu. To środek tygodnia. Można wejść, zamówić piwo z beczki, usiąść w kącie, rozejrzeć się...

Nie.

O wpół do pierwszej odwrócił się i odszedł.

Ukryty w cieniu długiego budynku inny mężczyzna patrzył na Michaela McLeana. Nie widział jego twarzy, zresztą nigdy przedtem go nie spotkał. Wiedział jednak dobrze, kim jest obiekt jego obserwacji. Dan O'Hara starannie przyglądał się Michaelowi, aż ten zniknął za zakrętem ulicy. Trzymał się z daleka od latarni, tak że w mroku nie można było dostrzec nawet jego sylwetki.

Oparł się o ścianę starego budynku. Ponieważ został na ulicy sam, zapalił papierosa i powoli wciągnął dym w płuca. Zły zwyczaj. Powinienem to rzucić, pomyślał.

A więc to jest Michael. Nie miał żadnych racjonalnych przesłanek, by go oceniać, czuł jednak, że go nie lubi. Zresztą, nawet gdyby Moira spotykała się ze świętym, który otrzymał właśnie pokojową nagrodę Nobla, też by go nie lubił.

Spróbował powstrzymać niechęć i nie wyciągać żadnych wniosków co do Michaela McLeana. Właściwie, nie mógł mieć mu za złe nawet tego, że chciał zobaczyć, jak wygląda pub Kelly'ego. Dan kochał to miejsce.

Jak długo mnie tu nie było? pomyślał. Zbyt długo. Oczywiście, ostatnim razem wszystko wyglądało inaczej. Bez Moiry...

Ile razy ją odepchnął? Najpierw była za młoda. Potem, nawet gdy już zostali kochankami, wiedział, że nie byłoby dla niej dobrze, gdyby się z nim związała. A jednak ciągle żył w przekonaniu, że ona należy do niego, że zawsze tu będzie. Chciał, żeby była szczęśliwa, gdzieś jednak, w głębi duszy wierzył, że szczęście to dla niej czekanie na niego.

No dobrze, jestem kretynem, powiedział sobie teraz.

Niby tak, ale przecież chyba miałem rację, pomyślał. Moira ma silny charakter, amerykańską wiarę w to, że świat jest sensowny, że wyraźna granica oddziela dobro od zła. On natomiast jest Irlandczykiem i nie może na to nic poradzić. Irlandczykiem, który kocha Amerykę, lecz czuje się...

Zobowiązany.

Czy już na zawsze? Do diabła!

Myślał ze złością, jak bardzo nie podoba mu się sytuacja. Fakt, że to nie jego wina, niczego nie zmieniał. Sam nigdy niewprawiłby tego wszystkiego w ruch, ale co mógł zrobić?

Moira miała przyjechać do domu. Rozmawiał dziś przez telefon z Kate Kelly. Matka Moiry była szczęśliwa, wiedząc, że w święto zgromadzi w domu całą rodzinę. Trochę się też denerwowała.

– Ona się z kimś spotyka, a ja go jeszcze nie znam – poinformowała, starając się nie dać po sobie poznać, że uważa to za naganne.

– To na pewno świetny facet – odpowiedział Dan. – Moira to dorosła kobieta, Katy, no i nie jest głupia, przecież wiesz. Powinnaś być z niej dumna.

– On też pracuje dla telewizji, z Moirą i Joshem. – Westchnęła. – Ten Josh to naprawdę porządny facet.

– Tak – zgodził się szczerze Danny, który lubił wspólnika Moiry.

Pewnie dlatego, że miał żonę i nigdy nie stanowił dla mnie zagrożenia, przyznał uczciwie w myślach.

– Ten nowy jest Irlandczykiem – usłyszał.

– Tak? Jak się nazywa?

– Michael. Michael McLean.

– No widzisz, czego jeszcze mogłabyś chcieć?

Kate znów westchnęła.

– No cóż, myślę... myślałam, że wy dwoje moglibyście się pobrać, Danny.

– Ach, Katy, nasze drogi się rozeszły. Poza tym, ja nie jestem jeszcze gotów do małżeństwa.

– Ale myślałam...

Zaczęła nalegać, by u nich zamieszkał. To nieważne, że Moira przyjedzie z całą ekipą, tłumaczyła. Pokój na tyłach pubu jest twój, powtarzała, tak jak zawsze, gdy przyjeżdżasz do Bostonu. Tak, Moira wie, że tu będziesz.

Ogarnęło go dziwne, nostalgiczne uczucie. To miejsce naprawdę było jego domem, co najmniej tak samo ważnym jak rodzinny. Dzieciństwo zdawało się czymś odległym. Mieszkał z wujkiem, który dużo podróżował. Brendan O'Toole, brat matki, który ożenił się z kuzynką Katy Kelly, był naukowcem i pośrednikiem sprzedającym stare rękopisy. Dzięki niemu Dan pokochał literaturę, słowo pisane i kryjącą się za nim moc. Wuj był też świetnym gawędziarzem i Dan odziedziczył ten talent. Mieszkali na stałe w Dublinie, lecz ciągle podróżowali. Dan zwiedził wiele krajów, dużo czasu spędzał w Ameryce. Kochał Stany.

Zawsze tęsknił do tego miejsca.

Teraz mógłby wejść i przywitać się. Poinformował jednak, że przyjedzie rano. Nie było sensu mówić, że zjawi się w Bostonie nieco wcześniej.

Gdy tak stał oparty o ścianę, zobaczył, że ulicą nadchodzi inny mężczyzna w płaszczu i kapeluszu z szerokim rondem. Nic dziwnego. O tej porze roku w Bostonie bywało zimno.

Ten człowiek zachowywał się jednak trochę dziwnie. Przystanął i patrzył w okno pubu. Stał tak dość długo. Dan zgasił papierosa i pozostał nieruchomy. Obserwował.

Mężczyzna zaglądał przez okno, jakby kogoś szukał. Najwidoczniej bez rezultatu, bo odwrócił się i wrócił tam, skąd przybył.

W końcu to nic dziwnego, pomyślał Dan. Facet chce znaleźć przyjaciół w pubie, nie zastaje ich i postanawia odejść. Nic dziwnego. Poza tym, że to był Patryk Kelly, syn właścicieli.

Dan zapalił następnego papierosa. Poczuł się tak, jakby w brzuchu urósł mu kamień. Odczekał jeszcze kilka chwil, a potem podniósł kołnierz i ruszył ulicą.

Moira rzadko oglądała wystawy. Zwykle gdzieś się spieszyła, a poza tym mieszkała tu od dość dawna i nowojorskie sklepy nie robiły już na niej takiego wrażenia jak na początku. Podobały jej się jednak piękne świąteczne dekoracje. No i cieszyło ją to, że w mieście, w którym mieszka i pracuje, może kupić niemal wszystko. Lubiła oglądać ubrania. Także przymierzać niezliczone pary butów, doprowadzając sprzedawców do szału.

Zmierzała już w kierunku nowej francuskiej restauracji w Village, w której miała się spotkać z panią z Maine, ale zatrzymała się, by obejrzeć wspaniałą wystawę przygotowaną przed dniem świętego Patryka. W sklepach eksponowano na ogół po prostu świąteczne wyroby irlandzkie razem z wielkanocnymi. Tę wystawę urządzono jednak z niezwykłą starannością. Zdobiły ją rozmieszczone artystycznie białe koniczyny. Cudowne, porcelanowe wróżki podwieszono tak, że fruwały nad tęczą zakończoną tradycyjnym garnkiem złota. Wokół tęczy siedziały pięknie wyrzeźbione skrzaty, wykonujące codzienne prace. Ten w środku siedział na podwyższeniu, naprzeciw wróżki. Wróżka była urocza. Stała na palcach jednej nogi, miała skrzydła w kolorze tęczy. Moira zorientowała się, że to pozytywka.

Spojrzała szybko na zegarek i postanowiła zajrzeć do sklepu. Właścicielka siedziała przy kasie. Miała lekki irlandzki akcent. Ucieszyło ją zainteresowanie klientki.

– Moja matka byłaby zachwycona – westchnęła Moira i zapytała o ceny.

Były wysokie. Właścicielka szybko wyjaśniła, dlaczego:

– Ta figurka jest jedyna w swym rodzaju. Te porcelanowe wróżki są wytwarzane w ograniczonych seriach, a rzeźby, to rękodzieło dwóch braci z Dublina. Każda jest niepowtarzalna i oznaczona sygnaturą. Myślę, że to skarb dla każdego kolekcjonera.

– Aż boję się poprosić o zdjęcie tej wróżki z wystawy – powiedziała Moira.

– Ależ nie, kochana, ja sama lubię oglądać te cuda. Nieważne, czy pani je kupi. Widzę, że naprawdę się pani podobają.

Gdy sprzedawczyni postawiła przed nią wróżkę-pozytywkę, Moira uznała, że jest jeszcze piękniejsza, niż myślała. Wróżka miała cudowną twarz. Cała jej postać tchnęła czymś nieziemskim. Po prostu magią. Ma w sobie wszystko, co dobre i czarujące w Irlandczykach, pomyślała Moira.

– Wezmę ją – oświadczyła.

– Nie chce pani posłuchać pozytywki? – zapytała właścicielka, przekręcając kluczyk w małej podstawce.

– A jaka to melodia?

– Oczywiście „Danny Boy”.

Mała wróżka zaczęła się obracać. Rozległa się muzyka.

– Tak, oczywiście „Danny Boy” – mruknęła Moira. – Jest tyle pięknych irlandzkich motywów, ale oczywiście to musi być „Danny Boy”.

– Czy coś w tym złego? – zainteresowała się sprzedawczyni.

– Nie, jest wspaniała. Bardzo pani dziękuję. Kupię ją dla mamy.

– Zapakuję ją bardzo starannie.

– Dziękuję.

Czekając, Moira uświadomiła sobie, że przez najbliższy tydzień będzie ciągle słuchała melodii „Danny Boy”. Może się już zacząć przyzwyczajać.

Widząc jej minę, właścicielka sklepu zapytała:

– Na pewno wszystko w porządku? Może jednak chce się pani jeszcze zastanowić?

– Nie, biorę ją. Właściwie to poproszę jeszcze te dwa wypchane krasnoludki. Dla moich małych siostrzenic. I potrzebuję coś dla chłopca.

– Mam małą grę wideo. Wróżki przeciwko upiorzycom, a skrzaty zachowują się losowo. Niektóre są dobre, a inne złe.

– Wspaniale – ucieszyła się Moira – dziękuję.

Jutro będzie w domu. Nagle ogarnął ją strach.

W pubie Kelly'ego było gwarno i tłoczno. Dan O'Hara wyszedł z zaplecza, gdzie znajdował się pokój gościnny. Zespół muzyczny „Kosy” grał już wiązankę starej i nowej muzyki irlandzkiej, dodając gdzieniegdzie trochę amerykańskiego popu. Dan znał wszystkich bywalców. Wiedział, że zaraz zaczną się z nim witać.

– A więc jesteś! – zawołał zza baru Eamon Kelly. – Najlepszy z was wszystkich, grzeszników, pan Daniel O'Hara!

– Hej, Danny, jak się masz? – zawołał stary Seamus.

– Danny, chłopcze, przyjechałeś do miasta! – ucieszył się Liam McConnahy.

Przy barze tłoczyli się przyjaciele Eamona, niektórzy ze starego kraju, inni urodzeni już w USA, jak Sal Constanza, który mieszkał w dzielnicy włoskiej przy North Shore.

Eamon Kelly stworzył tu swoje własne celtyckie królestwo. Był uprzejmy, miał dobre serce. Interesował się wszystkimi wokół i – zwykle – miał nosa, który pozwalał mu rozpoznawać porządnych ludzi.

Dan nie był szczęśliwy. Zrobiłby wszystko, co w jego mocy, by trzymać ten pub i samych Kellych z dala od pewnych zdarzeń. Te jednak już następowały. Nie miał wyboru. Hasło „kos” mogło oznaczać tylko jedno – pub Kelly'ego.

Cholera, przecież sam Kelly może w tym uczestniczyć, pomyślał.

– Miło was widzieć – powtarzał Dan, obejmując Seamusa i Liama, potem ściskając ręce innych mężczyzn.

– A więc – zapytał Seamus, którego krzaczaste białe brwi zwieszały się nad niebieskimi oczami – włóczyłeś się po starym kraju czy wałęsałeś po Stanach?

– Po trochu jedno i drugie – odparł Dan.

– Byłeś niedawno w Irlandii? – zapytał Liam. Miał włosy tak samo białe jak Seamus, z tym, że jemu się przerzedziły.

– Aha.

– W Republice czy w Północnej? – indagował Seamus.

– Po trochu jedno i drugie – powtórzył Dan. – Eamon, może nalej kolejkę moim starym przyjaciołom? Dobrze ich znów widzieć. Sal, jak tam interes z makaronem? Stęskniłem się za lasagne twojej matki. Nikt jej tak dobrze nie robi.

Dan wysłuchał opowieści Sala. Rozmawiając i żartując przy barze, rozglądał się po sali. Choć w jednym końcu grał zespół, było względnie cicho i spokojnie. Jakaś atrakcyjna młoda para, z rodzicami jego lub jej, jadła kolację przy środkowym stole. Grupa ludzi wyglądających, jakby właśnie wyszli z pracy – prawdopodobnie z biura IBM lub banku za rogiem – tłoczyła się wokół kilku stolików zestawionych razem blisko orkiestry. Zobaczył Patryka Kelly'ego. Syn Eamona, wysoki, z ciemnymi włosami o rudawym odcieniu, dobrze prezentował się na scenie z zespołem, grając razem ze skrzypkiem. Patryk dostrzegł Daniela. Uśmiechnął się i pomachał ręką. Dan uśmiechnął się w odpowiedzi i skinął głową. Pokazał gestem, że wkrótce chciałby się do nich przyłączyć. Patryk trącił łokciem Jeffa Dolana, gitarzystę i lidera grupy. Jeff zauważył Dana i też skinął głową.

Rozglądając się dalej po sali, Dan zobaczył samotnego mężczyznę w garniturze, siedzącego w półmroku przy stole w kącie. Obcy. Dan miał wrażenie, że mężczyzna przygląda się gościom pubu tak samo jak on.

– A czego ty się napijesz? – zapytał Eamon.

– Czego? – zapytał z oburzeniem Seamus. – Daj mu whisky i guinessa!

– Nie, Seamus – zaprotestował Dan. – Jesteśmy w starych dobrych Stanach. – Poproszę Bud Lite'a z beczki, Eamon. To może być długi wieczór!

– Jak ci się tu podoba, Danny? – zapytał Liam. – Tęskniłeś, gdy byłeś daleko?

– Pub wygląda dobrze, a starzy przyjaciele jeszcze lepiej – odpowiedział Dan.

Uniósł szklankę, którą postawił przed nim Eamon.

– Za dawne czasy!

– I za stary kraj – dodał Eamon.

– Tak, za stary kraj – odrzekł Dan.

Niebo pokrywały chmury. Samolot z Nowego Jorku do Bostonu obniżył pułap po raz ostatni przed podejściem do lądowania. Moira patrzyła przez okno na miasto, w którym dorastała i które nadal bardzo lubiła. Cieszyła się na przyjazd do domu. Kochała swoją rodzinę. Oczywiście, wszyscy jej członkowie mieli bzika, o tym była przeświadczona. Kochała ich jednak i radowało ją, że niedługo się z nimi spotka.

Lecz Danny...

Samolot wylądował. Z ociąganiem odpięła pas. Nikt po nią nie wyjdzie. W ostatniej chwili zdecydowała się przylecieć wcześniej niż reszta ekipy, która miała przybyć ostatnim samolotem. Gdy minęli ją już wszyscy pasażerowie siedzący dalej od wyjścia, chwyciła torbę i wyszła, dziękując po drodze stewardesie i pilotom, którzy czekali, żeby opuścić samolot jako ostatni.

Za Logan zatrzymała taksówkę. Gdy wsiadła, zorientowała się, że kierowca, dwudziestokilkuletni chłopak o pociągłej twarzy i bursztynowych oczach, patrzy na jej odbicie w lusterku.

– Moira Kelly! – wykrzyknął, rumieniąc się, gdy pochwyciła jego spojrzenie.

– Tak.

– W mojej taksówce! To pani lata zwykłymi samolotami i jeździ miejskimi taksówkami?

– Tak jest chyba najwygodniej – odparła, uśmiechając się do niego.

– To znaczy, że nie ma pani prywatnego odrzutowca i limuzyny?

Roześmiała się.

– Nie mam, choć niekiedy wynajmujemy samochody.

– I nikt pani nie poznaje i nie nagabuje?

– Obawiam się, że nie cała Ameryka ogląda Leisure Channel. A jeśli już, to niekoniecznie nasz program.

– A powinni.

– Bardzo dziękuję.

– Co pani robi w Bostonie?

– Pochodzę stąd.

– A tak, jasne. Jest pani Irlandką, prawda? Odwiedza pani rodzinę, czy będzie tu robić program?

– Jedno i drugie.

– Jasne, wspaniale. Cieszę się, że akurat ja na panią trafiłem. Gdyby potrzebowała pani taksówki, proszę do mnie zatelefonować. Moja bryka jest najczystsza w mieście. Ja też jestem stąd. Dobrze znam miasto. Oczywiście, nic pani nie płaci.

– Nie ma mowy! Nie będę pana wykorzystywać. Proszę jednak dać mi wizytówkę. Gdy będę potrzebowała taksówki, na pewno do pana zadzwonię.

Widziała, że jest dobrym kierowcą. W Bostonie jeździło się ciężko wśród nieustannych robót drogowych i korków. Gdy wyjechali z tunelu i zjechali z autostrady, zaczęły się wąskie, jednokierunkowe uliczki. I objazdy... Choć dzięki starej zabudowie miasto miało ogromny urok, ciasne ulice bywały uciążliwe.

Młody człowiek wręczył jej lewą ręką wizytówkę. Zauważyła, że prawą trzymał mocno kierownicę.

– Ja też jestem Irlandczykiem – poinformował.

– Nazywa się pan Tom Gambetti?

Zobaczyła w lusterku jego uśmiech.

– Mama jest Irlandką, a tata Włochem. To jest Boston. Tu wielu z nas łączy makaron z kartoflami. Oboje pani rodzice są Irlandczykami?

– Niestety, tak – odpowiedziała ze śmiechem.

– Prosto ze starej wyspy?

– Coś w tym rodzaju – odparła. – O, tam jest pub Kelly'ego – wskazała kierowcy cel swojej podróży.

Znajdowali się w wąskiej uliczce. Na obu rogach stały dwa nowe, duże biurowce. Reszta ulicy zachowała dawny charakter. Budynek, w którym mieścił się pub, był jednopiętrowy, z piwnicą i strychem. Wybudowano go w czasach kolonialnych, jak wiele sąsiednich. Zachował się stary, żelazny pal do przywiązywania koni. Pochodził z czasów, gdy przodkowie Moiry wpadali tu na kufelek czy dwa i musieli zostawiać przed wejściem wierzchowce. Nad drzwiami wisiał stary szyld, oświetlony umieszczonymi z obu stron lampami, które rzucały łagodne światło. Gdy było ciepło, wystawiano stoliki do małego patio. Od frontu pub miał dwa okna, teraz zamknięte z powodu zimy. Koronkowe firanki pozostawiono jednak rozsunięte, tak by przechodnie widzieli zaciszne wnętrze.

– Czy zanieść torbę do pubu? – zapytał Tom.

– Nie, dziękuję. Wystarczy wystawić ją na chodnik. Najpierw idę na górę.

– Z przyjemnością ją wniosę – zaproponował.

Pokręciła głową.

– Nie, dziękuję, ale...

– Do domu najlepiej wraca się samemu – dokończył za nią.

Zapłaciła, gdy postawił na chodniku jej torbę.

– Dziękuję. Zadzwonię, gdybym potrzebowała transportu.

– Jasne, ale mam na to małą nadzieję. Po co miałaby pani dokądś jeździć? Wygląda na to, że to świetny pub.

– Rzeczywiście – zgodziła się, słysząc śmiech i muzykę dochodzące z wnętrza. – Jest wszystkim, czym powinien być pub. Ceuad mile flite.

– Co to znaczy?

Uśmiechnęła się.

– Sto tysięcy powitań.

– To miło. Powodzenia.

– Dziękuję.

Z ociąganiem wsiadł do samochodu i odjechał.

Miły chłopak, pomyślała. Podniosła torbę i weszła na zewnętrzne schody prowadzące do mieszkania rodziny, które zajmowało całe piętro nad dobrze prosperującym lokalem.

Matka Moiry wzorowo dbała o dom. W przedsionku, po obu stronach drzwi, stały stoliki z wikliny nakryte serwetami, które nawet w mroku mijającego zimowego dnia wprost lśniły bielą. Moira postawiła torbę na podłodze i zapukała. Stwierdziła, że mimo rękawiczek ma zgrabiałe ręce, a pukanie jest łatwiejsze niż szukanie kluczy.

Drzwi otworzyły się i zobaczyła matkę, której uśmiech mógł wynagrodzić podróż przez pół świata.

– Moira Kathleen!

Choć Katy Kelly była chuda jak trzcina i nieco niższa od córki, Moira poczuła, że matka obejmuje ją z siłą niedźwiedzia.

– Moira Kathleen w domu! – powiedziała uroczyście Katy, gdy puściła wreszcie córkę i odsunęła się nieco, żeby się jej przyjrzeć.

– Przecież wiedziałaś, że przyjadę.

– Tak długo cię nie widziałam. Wspaniale wyglądasz – zauważyła Katy, kręcąc z niedowierzaniem głową.

Moira roześmiała się.

– Dziękuję, mamo. Mam twoje geny.

Matka Moiry była piękną kobietą. Nie farbowała siwych pasemek, które znaczyły jej kasztanowe włosy. Jak mówiła, to Bóg decydował o jej wieku. Siwe włosy nie miały znaczenia. W każdym dniu swego życia Katy była gotowa poruszać się z szybkością tysiąca kilometrów na godzinę. Jej oczy przypominały zieleń hrabstwa Cork, z którego pochodziła, twarz zaś przywodziła na myśl klasyczne piękno.

– Ach, kochanie, tak za tobą tęskniłam! – mówiła Katy, całując córkę. – Tak długo...

– Mamo, dopiero zbliża się dzień świętego Patryka. Przecież spędziłam tu Boże Narodzenie. Już nie pamiętasz?

– Tak, może to rzeczywiście nie tak długo, ale wiesz, twój brat Patryk przyjeżdża najrzadziej co miesiąc.

– Ach tak, Patryk – mruknęła Moira.

– No i co? Może ty też będziesz nas częściej odwiedzać?

Pytanie dobiegło zza Katy. Moira zobaczyła babcię Jon. Dziewięćdziesięcioparoletnia staruszka – nikt, włącznie z nią samą, nie znał dokładnej daty jej urodzin – była malutka, lecz trzymała się prosto i poruszała żwawo jak młoda dziewczyna. Żartobliwie zmierzyła Moirę wzrokiem.

– No proszę! Oto serce Eire we własnej osobie!

Moira roześmiała się i podeszła do babci. Gdy ją uścisnęła, poczuła, że staruszka trochę drży. Mogła być wyprostowana i żwawa, lecz miała swoje lata. Moira bardzo ją kochała. Babcia zawsze opowiadała jej legendy, wspaniałe opowieści o skrzatach albo zwiastujących śmierć upiorach, które ludzie wyprowadzali w pole lub przekupywali, tak, by odeszły. Gdy Moira podrosła, babcia dołączyła do tego prawdziwe opowieści o walce o wolność Irlandczyków, o ranach zadanych im przez historię. Babcia widziała w życiu niejedno, zachowała jednak miłość do ludzi, poczucie humoru i rozsądek w ocenie zarówno polityki, jak i osób.

– Jak ty to robisz, Moiro, że nie zestarzałaś się nawet o jeden dzień – zażartowała teraz. – Katy, twoja dziewczynka przyjechała i możemy być z niej dumni. To wielkie wydarzenie. Mieszka przecież w Nowym Jorku, choć Patryk został w stanie Massachusetts.

– Mówisz tak, jakby zachodnie Massachusetts nie było tak daleko jak Nowy Jork – zaprotestowała Katy.

– Ale tam nie ma takiego ruchu i jest bardziej po ludzku – upierała się przy swoim babcia Jon.

– A moja zła młodsza siostra? – zapytała Moira.

Katy uśmiechnęła się krzywo.

– Tak, Colleen wyjechała aż na Zachód, ale nigdy nie wpadnie jej do głowy, że mogłaby nie przyjechać na dzień świętego Patryka.

Moira westchnęła i odparła:

– Mamo, przecież jestem! Dzięki temu masz tu wreszcie coś nie do końca irlandzkiego, nad czym możesz popracować.

– No dobrze – ustąpiła Katy. – Wypijesz teraz filiżankę herbaty. Babcia Jon właśnie ją zaparzyła...

– Oczywiście, ta herbata jest tak mocna, że może sama chodzić po stole – zażartowała Moira, naśladując wymowę babci.

– Nic podobnego – obruszyła się Jon. – Przygotowałam po prostu dzbanek herbaty. Dobrej, a nie jakichś tam pomyj. A, co my tu mamy?

Za przedsionkiem znajdował się hol i kuchnia, w zimie ogrzewana piecem. Dalej korytarz, a za nim sypialnie, biblioteka i biuro. Moira zobaczyła trzy małe głowy.

Patryk i jego żona, Siobhan, niemal powtórzyli rodzinny rytm prokreacji. Ich syn Brian miał dziewięć lat, a córki Molly i Shannon sześć i cztery.

– Hej, dzieciaki! – wykrzyknęła Moira, schylając się i rozkładając ramiona na powitanie.

Dzieci podbiegły do niej.

– Ciociu Mo – odezwał się Brian. Jako małe dziecko nie mógł nauczyć się dobrze wymawiać imienia Moira, została więc dla dzieci ciocią Mo. – Czy to prawda, że będziemy w telewizji?

– W telewizji? Nie, zbyt długo zadawałeś się z Irlandczykami – zażartowała. – Tak, oczywiście. Jeśli zechcesz, wystąpisz w telewizji.

– Fajnie – ucieszyła się Molly.

– Fajnie – powtórzyła za nią Shannon z szeroko otwartymi oczami.

– Tak, wszystkie dzieci powiedzą coś przed kamerą – zapewniła Moira, wichrząc włosy bratanic.

Brian, z piwnymi oczami i kasztanowymi włosami, wyglądał niemal jak jej brat. Dziewczynki odziedziczyły po matce włosy blond i ogromne, niebieskie oczy. Wspaniałe dzieciaki, pomyślała. Grzeczne lecz nie nieśmiałe, mają zdecydowane charaktery i dużo dobroci. Trzeba to zapisać na konto Siobhan, przemknęło jej przez myśl. Jej bratowa miała wielkie serce i wspaniale wychowywała dzieci. A Patryk... No cóż, jak powiedziała kiedyś babcia Jon, mógłby wpaść do gnojówki i wyjść z niej, pachnąc różami. Oczywiście, kochała brata. Chciałaby tylko, żeby nie chodził zawsze własnymi drogami i nie udawał niewiniątka. Powinien był zostać politykiem. Może zresztą kiedyś nim zostanie?

Ukończył wydział prawa i prowadził kancelarię w maleńkim miasteczku w zachodnim Massachusetts. Miał tam również ziemię, konie i trochę zwierząt gospodarskich. Mimo wiejskiego otoczenia, jego dom wyglądał jak wyjęty z „Architectural Digest”. Interesy sprowadzały go często do Bostonu, gdzie zawsze odwiedzał przy okazji rodziców.

Brat dobrze się ożenił, pomyślała. Wiedziała, że Siobhan Neue O'Malle postanowiła wyjść za Patryka, gdy ukończyli szkołę. Udało się im. Oboje wyglądali na szczęśliwych i nadal, po dziesięciu latach małżeństwa, bardzo w sobie zakochanych.

– Ach wy, wy małe krasnoludy! – Katy zwróciła się do dzieci – Już prawie dziewiąta. Powinniście być w łóżkach. Zdążycie jutro porozmawiać z ciocią Mo.

– Jeszcze nie! – zaprotestował Brian.

– Nie chcę, żeby wasza mama myślała, że nie potrafię sobie z wami poradzić. Do łóżek! Już!

– Poczekaj! Biorę na siebie pełną odpowiedzialność – interweniowała Moira. – Chcę je uściskać jeszcze raz.

Dziewczynki zachichotały, Brian zachował powagę. Pocałowała każde z nich i uścisnęła.

– Ciocia Mo musi teraz zejść na dół i przywitać się z waszym ojcem i ciocią – wyjaśniła dzieciom Katy. – Poza tym, będzie tutaj przez tydzień. Obiecała, że wystąpicie w telewizji, więc musicie się wyspać.

Brian z powagą skinął głową.

– Tak, nie możecie mieć worów pod oczami – zażartowała Moira i zamrugała. Brian uśmiechnął się, a potem spojrzał smutno na babcię. – Poza tym mam dla was prezenty. Jeśli wrócicie teraz do łóżek, dostaniecie je od razu rano – obiecała.

– Prezenty? – zapytała z zachwytem Molly.

– Po jednym dla każdego z was. A teraz do łóżek i spać! Bo wróżka cioci Mo zobaczy, że nie śpicie i rano nie będzie nic poza filiżanką herbaty!

– Dobranoc, ciociu Mo – powiedział Brian. – Chodźcie, dziewczyny.

Poprowadził je w kierunku sypialni.

Molly uwiesiła się na jego ręce i zatrzymała go.

– Babciu Jon – zapytała poważnym głosem – teraz nie ma tu nigdzie zjaw?

– Ani jednej – odpowiedziała staruszka.

– Nie ma żadnych duchów i potworów – oświadczył Brian.

– Nie w tym domu. Dopilnuję tego. Jestem tak samo mądra jak każdy stary upiór – oświadczyła babcia Jon.

Dzieci powiedziały po raz drugi „dobranoc” i zniknęły w korytarzu. Moira wstała i spojrzała surowo na babcię.

– Znów straszysz dzieci swoimi opowieściami? – zapytała.

– Nigdy w życiu! Przez cały dzień oglądały „Darby'ego O'Gilla i małe ludziki”. Ja jestem niewinna – zaprotestowała ze śmiechem. – A ty, młoda damo, zejdź lepiej do pubu. Twojemu ojcu serce pęknie z rozpaczy, jeśli się zorientuje, że już jesteś, a nie przyszłaś go uściskać.

– Czy Patryk, Siobhan i Colleen są w pubie? – zapytała Moira.

– Siobhan pojechała odwiedzić rodziców, ale twój brat i siostra są na dole – poinformowała Katy.

– Chwileczkę, niech Moira wypije herbatę, zanim zaczną w nią wlewać alkohol – zaprotestowała babcia Jon, podając Moirze filiżankę.

Moira z uśmiechem podziękowała staruszce. Nikt nie robił takiej herbaty jak babcia Jon. Ani za zimna, ani za gorąca, ani gorzka, ani ulepek.

– Pyszna, babciu – powiedziała.

– Więc wypij i już zejdź – ponagliła ją matka. – Zaniosę twoją torbę do pokoju, daj mi też płaszcz. Zejdź wewnętrznymi schodami. Wiesz, że twój ojciec jest za barem.

– Wezmę filiżankę – oświadczyła babcia Jon.

Moira posłusznie zdjęła płaszcz i wręczyła go matce.

– Sama zaniosę torbę, mamo – powiedziała. – Jest ciężka.

– Idź już, przecież nie włożyłaś do niej kamieni – zauważyła matka.

– Dobrze, już dobrze! Idę. Już się wynoszę – zażartowała.

– Chodzi tylko o twojego ojca – obruszyła się Katy.

– Jak on się czuje? – zapytała niespokojnie Moira.

Uśmiech matki był najlepszą odpowiedzią, jaką mogła otrzymać.

– Badania wypadły dobrze. Musi tylko chodzić co sześć miesięcy na kontrolę.

– Za ciężko pracuje – mruknęła Moira.

– Ja też tak uważam, ale lekarze mówią, że praca lepiej mu zrobi niż bezczynność. Trudno w takiej sytuacji zabronić mu prowadzenia pubu choć, Bóg mi świadkiem, nie musi tego robić osobiście.

– Schodzę już na dół – oświadczyła Moira.

Kate, zadowolona, skinęła głową.

Moira pocałowała matkę i babcię. Ruszyła w lewo, do małej bawialni, a potem w dół kręconymi schodami, którymi dochodziło się do drzwi prowadzących do biura i na zaplecze. Stamtąd można już było zobaczyć wnętrze pubu, które zdobił wypolerowany dębowy bar.

ROZDZIAŁ TRZECI

Moira zeszła na dół i, otwierając drzwi, usłyszała gwar i muzykę. Jęknęła w duchu. „Kosy” grały w przyspieszonym tempie melodię ze sztuki Brendana Behana „Zakładnik”.

– Wspaniale – mruknęła do siebie. – Pewnie już piją za Republikę.