Nobel - Ingrid Carlberg - ebook + książka

Nobel ebook

Carlberg Ingrid

0,0
55,90 zł

lub
Opis

Król dynamitu, o którego bogactwie krążyły legendy. Zbił fortunę na wojnie, ale pragnął pokoju na świecie. Pracowity wynalazca, który napisał więcej wierszy niż dzieł naukowych. Przedsiębiorczy biznesmen, który marzył o literackiej sławie, ale nigdy nie odważył się wydać książki. Alfred Nobel.

Od dzieciństwa spędzonego w ubóstwie w Sztokholmie, przez studia w Paryżu, konflikty rodzinne i uczuciowe porażki, aż po śmierć w San Remo – Ingrid Carlberg kreśli wielowymiarowy portret niezwykłego człowieka, którego życie to materiał na kilka biografii.

Zmarł bezdzietnie, a ze względu na ogromny majątek jego testament wzbudził wiele emocji. I wzbudza je do dziś, co roku w październiku, gdy ogłaszani są laureaci Nagrody Nobla. Co sprawiło, że postanowił przekazać fortunę na rzecz przyszłych badaczy i twórców? Czy był idealistą i liczył, że świat stanie się dzięki temu choć trochę lepszy? A może po prostu nie cierpiał swoich krewnych?

Ingrid Carlberg połączyła wnikliwe badania i dziennikarską dociekliwość z umiejętnością budowania wciągającej narracji. Odwiedziła archiwa w pięciu krajach i przejrzała tysiące prywatnych, nigdy nieopublikowanych listów. Jej książka rzuca nowe światło na postać genialnego wynalazcy, rozdartego między pacyfistycznym światopoglądem a tym, że swój majątek zawdzięczał „narzędziom śmierci”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 908

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Ty­tuł ory­gi­na­łu: No­bel: Den gåt­ful­le Al­fred, hans värld och hans pri­ser
Co­py­ri­ght © In­grid Carl­berg, 2019 Pu­bli­shed by agre­ement with He­dlund Li­te­ra­ry Agen­cy, Swe­den and Book/Lab Li­te­ra­ry Agen­cy, Po­land Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Po­zna­ńskie sp. z o.o., 2022 Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two Po­zna­ńskie sp. z o.o., 2022
Tłu­ma­cze­nie frag­men­tów po­ezji Al­fre­da No­bla na stro­nach 22, 101, 292, 326–327, 415, 436, 496–497, 551, 558: Ka­ro­li­na An­ce­ro­wicz
Re­dak­tor ini­cju­jący: Szy­mon Lan­gow­ski
Re­dak­tor pro­wa­dzący: An­drzej Szew­czyk
Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Ka­ta­rzy­na Schin­kel-Bar­ba­rzak
Re­dak­cja: Agniesz­ka Nie­gow­ska
Re­dak­cja me­ry­to­rycz­na: Ma­rek Da­ro­szew­ski
Ko­rek­ta: Ma­łgo­rza­ta Ku­śnierz, Ur­szu­la Dra­bi­ńska
Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i ła­ma­nie: Grze­gorz Ka­li­siak | Pra­cow­nia Li­ter­nic­twa i Gra­fi­ki
Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: Ur­szu­la Gi­reń
Ze­zwa­la­my na udo­stęp­nia­nie okład­ki ksi­ążki w in­ter­ne­cie.
ISBN 978-83-66657-79-3
Wy­daw­nic­two Po­zna­ńskie Sp. z o.o. ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań tel. 61 853-99-10re­dak­[email protected]­daw­nic­two­po­znan­skie.plwww.wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

Dla Pära, Jo­han­ny i Sary

PRO­LOG

Dzie­si­ąte­go grud­nia 1896 roku w go­dzi­nach przed­po­łu­dnio­wych do­cie­ra do Szwe­cji te­le­gram. We wtor­ko­wą noc, do­kład­nie o dru­giej nad ra­nem, sze­śćdzie­si­ęcio­trzy­let­ni Al­fred No­bel zma­rł na­gle w swo­jej wil­li we wło­skim San Remo. Sto­łecz­ny dzien­nik „Afton­bla­det” za­miesz­cza in­for­ma­cję jesz­cze tego sa­me­go dnia. „Ka­żdy świa­tły Szwed bo­le­je nad stra­tą jed­ne­go ze swych naj­wi­ęk­szych ro­da­ków”, pi­sze ga­ze­ta, uni­ka­jąc jed­nak py­ta­nia, któ­re wkrót­ce znaj­dzie się na ustach wszyst­kich: kto przej­mie jego bo­gac­twa?

Spe­ku­la­cje na ten te­mat po­ja­wią się na ła­mach dzien­ni­ków już w na­stęp­nych dniach, mi­ga­jąc ni­czym la­tar­nie chci­wo­ści wśród czer­ni ne­kro­lo­gów. Utrzy­mu­je się, że ma­jątek jest „jak na na­sze wa­run­ki ko­lo­sal­ny”. Same rocz­ne do­cho­dy wy­no­szą po­dob­no mi­lio­ny.

Dzien­ni­ka­rze ro­bią szyb­kie wy­li­cze­nia. Al­fred No­bel, słyn­ny wy­na­laz­ca, nie ma żony ani dzie­ci. Za­rów­no Ro­bert, jak i Lu­dvig, jego dwaj zna­ni bra­cia, już nie żyją. Nie­któ­rzy au­to­rzy, igno­ru­jąc wszel­kie za­strze­że­nia, roz­po­wszech­nia­ją in­for­ma­cję, że „nie­zmie­rzo­ny” spa­dek zo­sta­nie po­dzie­lo­ny mi­ędzy dzie­ci Ro­ber­ta i Lu­dvi­ga. Tym­cza­sem in­ży­nier Sa­lo­mon Au­gust An­drée szyb­ko zwra­ca uwa­gę, że Al­fred No­bel obie­cał mu nie­daw­no 26 ty­si­ęcy ko­ron na ko­lej­ną pró­bę do­tar­cia na bie­gun pó­łnoc­ny ba­lo­nem, z któ­rej to sumy – jak pod­kre­ślił – otrzy­mał na ra­zie tyl­ko 10 ty­si­ęcy.

Dzie­ci zma­rłych bra­ci jest czter­na­ścio­ro. Ich pier­wo­rod­ni – Ema­nu­el, syn Lu­dvi­ga, i Hjal­mar, syn Ro­ber­ta – gdy tyl­ko do­cie­ra do nich wia­do­mo­ść o na­głym wy­le­wie krwi do mó­zgu u stry­ja, nie zwle­ka­jąc, już 8 grud­nia uda­ją się do Ita­lii. Ema­nu­el ma trzy­dzie­ści sie­dem lat, miesz­ka w Pe­ters­bur­gu i z ca­łe­go po­tom­stwa obu bra­ci był chy­ba naj­bli­ższy Al­fre­do­wi. Trzy­dzie­sto­trzy­let­ni Hjal­mar rów­nież miał z nim do­syć częsty kon­takt, a obaj bra­tan­ko­wie nie­raz oso­bi­ście do­świad­cza­li wiel­ko­dusz­no­ści stry­ja. Jesz­cze w li­sto­pa­dzie Ema­nu­el pró­bo­wał zna­le­źć dla nie­go do­bre­go te­ra­peu­tę, aby przy­wró­cić pra­wi­dło­wą cyr­ku­la­cję krwi i zła­go­dzić do­le­gli­wo­ści ser­co­we. Nie­ste­ty, ża­den z bra­tan­ków nie do­cie­ra na czas do San Remo, po­dob­nie jak dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­ni Ra­gnar Sohl­man, wspó­łpra­cow­nik wy­na­laz­cy, któ­ry po szo­ku­jącej wia­do­mo­ści rów­nież na­tych­miast ru­sza na po­łud­nie.

Do­pie­ro pod wie­czór 10 grud­nia wszy­scy trzej sta­ją przy łó­żku zma­rłe­go, przy­tło­cze­ni smut­kiem i świa­do­mo­ścią, że Al­fred za­ko­ńczył swe dni tak, jak zwy­kle żył.

Sa­mot­nie.

*

Te­sta­ment leży zde­po­no­wa­ny w Stoc­kholms En­skil­da Bank. Al­fred No­bel pod­pi­sał go w obec­no­ści świad­ków nie­mal do­kład­nie rok wcze­śniej, pod ko­niec li­sto­pa­da 1895 roku. Bra­tan­ko­wie nie wie­dzą o jego ist­nie­niu.

W nie­du­żej sie­dzi­bie ban­ku przy Lil­la Ny­ga­tan na sztok­holm­skiej sta­rów­ce 15 grud­nia, we wto­rek, na­stępu­je zła­ma­nie pie­częci na do­ku­men­cie. Jego wy­bra­ne frag­men­ty zo­sta­ją prze­te­le­gra­fo­wa­ne do Ema­nu­ela i Hjal­ma­ra w San Remo, ci zaś pó­źnym wie­czo­rem pu­ka­ją do drzwi Ra­gna­ra Sohl­ma­na i prze­ka­zu­ją mu w zwi­ęzłych sło­wach ostat­nią wolę stry­ja: Al­fred ży­czył so­bie, aby otwar­to mu żyły na rękach, a na jed­ne­go z dwóch wy­ko­naw­ców te­sta­men­tu wy­zna­czył wła­śnie jego.

Wszy­scy trzej są skon­ster­no­wa­ni. Wśród pa­pie­rów zgro­ma­dzo­nych we wło­skiej wil­li zna­le­zio­no bo­wiem inny te­sta­ment, spo­rządzo­ny w 1893 roku, a więc wcze­śniej­szy, czy­li naj­wy­ra­źniej nie­wa­żny. Cie­ka­we, czym ró­żnią się obie wer­sje.

Pod ko­niec ty­go­dnia do San Remo do­cie­ra pocz­tą pe­łny od­pis te­sta­men­tu. Jego tre­ść wy­wo­łu­je przy­gnębie­nie. Udzia­ły bra­tan­ków i ich ro­dze­ństwa wy­ra­źnie się uszczu­pli­ły. Stryj prze­zna­czył dla ro­dzi­ny je­dy­nie uła­mek zgro­ma­dzo­ne­go ma­jąt­ku. W do­ku­men­cie jest na­pi­sa­ne czar­no na bia­łym, że wszyst­kie ak­cje i nie­ru­cho­mo­ści Al­fre­da No­bla mają zo­stać sprze­da­ne, nie­mal cały uzy­ska­ny w ten spo­sób ka­pi­tał prze­kszta­łco­ny w spe­cjal­ny fun­dusz, a od­set­ki z nie­go – zgod­nie z ostat­nią wolą Al­fre­da – prze­zna­czo­ne na do­rocz­ne na­gro­dy dla „tych, któ­rzy w ubie­głym roku uczy­ni­li naj­wi­ęcej dla do­bra ludz­ko­ści”, bez względu na to, w ja­kiej części świa­ta miesz­ka­ją.

Opis ten nie pa­su­je do żad­ne­go z ku­zy­nów, nie­za­le­żnie od tego, jak bli­scy byli Al­fre­do­wi. W swo­jej ostat­niej woli stryj okre­ślił też ja­sno, ja­kie kon­kret­nie chciał usta­no­wić na­gro­dy: jed­ną w dzie­dzi­nie fi­zy­ki, jed­ną w dzie­dzi­nie che­mii, jed­ną w dzie­dzi­nie fi­zjo­lo­gii lub me­dy­cy­ny, jed­ną w dzie­dzi­nie li­te­ra­tu­ry i jed­ną dla tego, „kto do­ko­nał rze­czy naj­lep­szej lub naj­bar­dziej przy­czy­nił się do bra­ter­stwa mi­ędzy na­ro­da­mi oraz do zno­sze­nia lub ogra­ni­cze­nia ist­nie­jących ar­mii, a ta­kże do zwo­ły­wa­nia i roz­po­wszech­nia­nia kon­gre­sów po­ko­jo­wych”[1*].

Była to za­tem na­gro­da za po­kój – po­kój na świe­cie. Wśród bli­skich Al­fre­da No­bla na­to­miast wkrót­ce mia­ła wy­buch­nąć woj­na.

Już pó­źniej, w ci­ągu trwa­jącej czte­ry lata za­żar­tej wal­ki o pie­ni­ądze, na­wet sam król Oskar II nie omiesz­ka za­brać gło­su, wy­po­wia­da­jąc się sar­ka­stycz­nie o te­sta­men­cie Al­fre­da No­bla i gło­sząc, że sta­ru­szek dał się zwie­ść „po­ko­jo­wym fan­ta­stom, a zwłasz­cza mi­łu­jącym po­kój da­mom”. Pra­sa leje łzy nad bra­kiem uczuć pa­trio­tycz­nych wy­na­laz­cy, a przy­szły pre­mier Hjal­mar Bran­ting na­zy­wa jego do­na­cję „ogrom­nym błędem”.

Czter­na­ścio­ro bra­ta­nic i bra­tan­ków, zde­cy­do­wa­nie jesz­cze bar­dziej zmar­twio­nych, ma przed sobą dłu­gi i bo­le­sny czas. Co się sta­nie z ro­dzin­ną ro­syj­ską spó­łką naf­to­wą, je­śli oni stra­cą w niej wi­ęk­szo­ścio­we udzia­ły? Co będzie z nimi i ich ro­dzi­na­mi?

Ty­dzień pó­źniej jest ich już tyl­ko trzy­na­ścio­ro. Naj­młod­sza sio­stra Hjal­ma­ra, dwu­dzie­sto­trzy­let­nia Thy­ra, któ­ra za­le­d­wie kil­ka mie­si­ęcy wcze­śniej stra­ci­ła ojca, Ro­ber­ta, prze­by­wa w ro­dzin­nym ma­jąt­ku Getå pod Nor­r­köpin­giem. W po­nie­dzia­łko­wy po­ra­nek ska­rży się na złe sa­mo­po­czu­cie, a kil­ka go­dzin pó­źniej, pod­czas pie­cze­nia świ­ątecz­nych ciast, pada mar­twa na podło­gę.

W ga­ze­tach uka­zu­je się in­for­ma­cja, że praw­do­po­dob­nie do­zna­ła za­wa­łu ser­ca.

*

W oka­za­łej wil­li w San Remo z osza­ła­mia­jącym wi­do­kiem na Mo­rze Śró­dziem­ne od­by­wa się skrom­na ce­re­mo­nia ża­łob­na. Na­stęp­nie przy­by­li na miej­sce krew­ni i część miej­skich no­ta­bli od­pro­wa­dza­ją zma­rłe­go Al­fre­da No­bla na dwo­rzec ko­lei że­la­znej, ob­ser­wo­wa­ni przez tłu­my cie­kaw­skich. Or­sza­ko­wi to­wa­rzy­szy or­kie­stra – pod­czas gdy dębo­wa trum­na wraz z górą wie­ńców zo­sta­je prze­nie­sio­na z ka­ra­wa­nu do po­ci­ągu, roz­brzmie­wa Marsz ża­łob­ny Cho­pi­na. Szar­fy przy wie­lu wie­ńcach są w bar­wach na­ro­do­wych kra­jów, w któ­rych dzia­ła­ją fa­bry­ki dy­na­mi­tu – Włoch, Hisz­pa­nii, Szko­cji, Szwe­cji i, oczy­wi­ście, Fran­cji.

Do­cze­sne szcząt­ki zmie­rza­ją pro­sto do Sztok­hol­mu. Pod­jęto wszel­kie nie­zbęd­ne kro­ki w celu swo­bod­ne­go prze­kra­cza­nia gra­nic. Wśród mo­rza kwia­tów wy­pe­łnia­jących wa­gon mo­żna za­uwa­żyć czu­łe sło­wa po­że­gna­nia od naj­bli­ższych, ostat­nie po­zdro­wie­nia od przy­ja­ciół i pi­ęk­ne prze­sła­nie od in­ży­nie­ra An­drée: „Dzi­ęku­je­my i że­gna­my! Człon­ko­wie eks­pe­dy­cji po­lar­nej”.

Pod­czas gdy trum­na przez pięć dni prze­mie­rza Eu­ro­pę, do ga­zet nie prze­sta­ją na­pły­wać ne­kro­lo­gi. Ktoś wspo­mi­na pra­co­wi­to­ść oraz po­gar­dę dla pró­żno­ści Al­fre­da No­bla, ktoś inny jego skrom­ny ubiór i cier­pli­wo­ść do że­bra­ków. Szwedz­ko-nor­we­skie sto­wa­rzy­sze­nie z Pa­ry­ża pi­sze, że jego sło­wa nie­rzad­ko by­wa­ły twar­de, zwłasz­cza gdy wy­czu­wał hi­po­kry­zję, ale za­wsze kry­ła się za nimi praw­dzi­wa mi­ło­ść do lu­dzi. Jak wy­ra­zi to po­tem je­den z młod­szych wy­na­laz­ców, któ­rych wspie­rał: „Z głębo­kim ża­lem my­ślę o tym, jak wie­le chciał dać, a jak mało otrzy­mał”.

Bry­tyj­ski wspó­łpra­cow­nik No­bla na­pi­sze pó­źniej czter­na­sto­stro­ni­co­we roz­wa­ża­nia po­świ­ęco­ne zma­rłe­mu przy­ja­cie­lo­wi. Pod­kre­śli w nich in­ten­syw­no­ść jego oso­bo­wo­ści oraz rów­nie nie­prze­wi­dy­wal­ne co głębo­ko du­cho­we roz­mo­wy. Wy­zna, że No­bel po­tra­fił po­ru­szać się swo­bod­nie mi­ędzy ró­żny­mi te­ma­ta­mi, cza­sa­mi ta­kże mi­ędzy ró­żny­mi języ­ka­mi. Opi­sze go jako oso­bę ory­gi­nal­ną – ner­wo­wą, wręcz afek­to­wa­ną, i nie­zwy­kle wra­żli­wą na swo­im punk­cie. Rów­no­cze­śnie „był on ob­da­rzo­ny bez­gra­nicz­ną ener­gią i nie­zrów­na­ną wy­trwa­ło­ścią; nie bał się żad­ne­go nie­bez­pie­cze­ństwa i ni­g­dy nie ule­gał prze­ciw­no­ściom [...]. Nie­okie­łzna­na od­wa­ga w po­łącze­niu z sub­tel­ną skrom­no­ścią sta­no­wi­ły naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ne ce­chy jego oso­bo­wo­ści [...]. Nie­du­że ja­sne oczy ocie­nio­ne buj­ny­mi brwia­mi były pe­łne wy­ra­zu i zdra­dza­ły jego nad­zwy­czaj­ną in­te­li­gen­cję”.

Wspo­mni ta­kże, że w du­żej mie­rze dro­gę wska­zał mu jego oj­ciec, Im­ma­nu­el.

W tam­tych dniach wie­lu dzien­ni­ka­rzy zwra­ca uwa­gę na fa­scy­nu­jącą pod­róż, jaką od­by­ła ta ro­dzi­na, od­kąd Im­ma­nu­el No­bel, „je­den z naj­wi­ęk­szych ge­niu­szów in­ży­nie­ryj­nych swo­ich cza­sów”, na po­cząt­ku wie­ku wal­czył o za­ist­nie­nie w Sztok­hol­mie. Mówi się, że Al­fre­do­wi i jego bra­ciom uda­ło się urze­czy­wist­nić wiel­ko­ść, jaką Im­ma­nu­el No­bel no­sił w so­bie.

Ran­kiem 22 grud­nia 1896 roku po­ci­ąg to­czy się po­wo­li przez okry­tą bia­łym pu­chem szwedz­ką sto­li­cę. Lo­ko­mo­ty­wa wy­ha­mo­wu­je pod sio­dło­wym da­chem dwor­ca cen­tral­ne­go, gdzie ram­pa prze­ła­dun­ko­wa wprost ugi­na się od naj­wi­ęk­szej licz­by eks­pe­dio­wa­nych pa­czek bo­żo­na­ro­dze­nio­wych od cza­su otwar­cia ko­lei pa­ństwo­wych.

Dzwo­nią dzwon­ki. Par­ska­ją ko­nie. Al­fred No­bel wró­cił do domu.

CZĘŚĆ I

„Wszyst­ko to było w mo­jej ba­ńce, a po­tem ona pękła”

ALFRED NOBEL, ok. 1860 roku

.

SKRY­TE MA­RZE­NIA

Al­fred No­bel za­pi­sał się w dzie­jach jako wy­na­laz­ca dy­na­mi­tu, przez całe ży­cie jed­nak ma­rzył o in­nej ka­rie­rze. Po jego śmier­ci w zna­nych wy­łącz­nie jemu se­kret­nych miej­scach zna­le­zio­no dłu­gie i pe­łne pa­to­su po­ema­ty mi­ło­sne oraz kil­ka roz­po­czętych po­wie­ści. Ża­den jed­nak z tych cy­ze­lo­wa­nych w ta­jem­ni­cy utwo­rów ni­g­dy nie tra­fił do rąk czy­tel­ni­ków. Je­dy­ne z li­te­rac­kich dzieł, któ­re zo­sta­ło wy­dru­ko­wa­ne, to sztu­ka te­atral­na, wy­da­na na kil­ka ty­go­dni przed ode­jściem au­to­ra jego wła­snym sump­tem. Jej eg­zem­pla­rze (z wy­jąt­kiem trzech) znik­nęły – ro­dzi­na po­le­ci­ła znisz­czyć cały na­kład. Nie wol­no bo­wiem tak wspa­nia­łej spu­ści­zny bru­kać „tak sła­bym dra­ma­tem”.

W ci­ężkich chwi­lach Al­fred No­bel ina­czej pa­trzył na tę kwe­stię. Ni­g­dy nie prze­stał ma­rzyć o li­te­rac­kiej sła­wie. Ale ni­g­dy też nie prze­stał się wsty­dzić i dla­te­go ukry­wał to, co pi­sał.

A kie­dy w ko­ńcu zdo­był się na od­wa­gę, było już za pó­źno.

Mi­nie nie­mal sze­śćdzie­si­ąt lat, za­nim doj­dzie do od­kry­cia jed­nej z jego naj­lep­szych kry­jó­wek. W pe­wien wtor­ko­wy po­ra­nek na po­cząt­ku pa­ździer­ni­ka 2017 roku zmie­rzam wła­śnie w to miej­sce. To wto­rek inny niż wszyst­kie. Fir­my bo­ok­ma­cher­skie od ty­go­dni od­no­to­wu­ją nie­zwy­kłe ob­ro­ty, w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych na­zwi­ska głów­nych kan­dy­da­tów po­ja­wia­ją się i zni­ka­ją, kłębią się jak pi­łecz­ki bin­go, a w po­ran­nych pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych i ra­dio­wych eks­per­ci jak zwy­kle pró­bu­ją od­czy­ty­wać zna­ki na nie­bie. Pro­za­ik czy po­eta? Szok czy nuda?

Kie­dy idę spa­ce­rem po sztok­holm­skim bul­wa­rze Norr Mälar­strand, po­zo­sta­ło już tyl­ko kil­ka go­dzin do chwi­li, gdy sta­ły se­kre­tarz Aka­de­mii Szwedz­kiej otwo­rzy ro­ko­ko­we drzwi Sali Gie­łdy, obej­mie spoj­rze­niem mro­wie dzien­ni­ka­rzy i w kil­ku oszczęd­nych zda­niach uszczęśli­wi jesz­cze ni­cze­go nie­świa­do­me­go au­to­ra przy­zna­niem mu naj­wa­żniej­sze­go na świe­cie wy­ró­żnie­nia w dzie­dzi­nie li­te­ra­tu­ry – Na­gro­dy No­bla.

Wody za­to­ki Rid­dar­fjär­den lśnią in­ten­syw­nie w nad­spo­dzie­wa­nie ostrym sło­ńcu. Wio­dę wzro­kiem po­nad roz­iskrzo­ną ta­flą ku ocie­nio­nej wy­spie Lån­ghol­men, gdzie żyła ro­dzi­na No­blów, nim na po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych XIX stu­le­cia uro­dził się Al­fred. Gdzieś w głębi ma­ja­czy He­le­ne­borg – dla mnie to przede wszyst­kim na­zwa uli­cy, ale dla ro­dzi­ny, któ­ra miesz­ka­ła tam w la­tach sze­śćdzie­si­ątych, ustron­nie po­ło­żo­na pod­miej­ska po­sia­dło­ść i sce­ne­ria wiel­kiej ro­dzin­nej tra­ge­dii.

Idę da­lej wzdłuż wody. Kry­jów­ka, któ­rej szu­kam, znaj­du­je się w pod­zie­miach Ar­chi­wum Na­ro­do­we­go Szwe­cji, le­żące­go nie­opo­dal po­tężne­go mo­stu – Väster­bron. Po­zwa­lam so­bie na chwi­lę zbo­czyć z tra­sy i wcho­dzę na most, z któ­re­go roz­po­ście­ra się nad­zwy­czaj­nie pi­ęk­ny wi­dok na Sztok­holm. Sło­ńce ob­le­wa Rid­dar­hol­men i wzgó­rza Söder­mal­mu. Mi­ędzy masz­ta­mi kil­ku sta­rych ża­glow­ców ma­ja­czy bu­dy­nek ra­tu­sza z po­zła­ca­ną igli­cą na wie­ży. Tam w grud­niu od­będzie się uro­czy­sty ban­kiet z oka­zji przy­zna­nia ko­lej­nych Na­gród No­bla.

Al­fre­do­wi No­blo­wi nie było dane uj­rzeć słyn­nej sie­dzi­by sto­łecz­nych władz wznie­sio­nej z czer­wo­nej ce­gły. Bu­do­wę tego wspa­nia­łe­go gma­chu za­ko­ńczo­no w 1923 roku. Za cza­sów Al­fre­da w tym miej­scu stał na­pędza­ny parą młyn Eld­kvarn, w któ­rym mie­lo­no mąkę aż do wiel­kie­go po­ża­ru w 1878 roku.

*

Ar­chi­wum Na­ro­do­we leży na nie­wiel­kim wznie­sie­niu. Mam przy so­bie in­struk­cję, jak do­trzeć do kry­jów­ki Al­fre­da, to zna­czy list z lat pi­ęćdzie­si­ątych mi­nio­ne­go stu­le­cia, któ­ry pod­sy­cał moją cie­ka­wo­ść od chwi­li, gdy na­tra­fi­łam na nie­go w piw­ni­cach Fun­da­cji No­bla. Jego au­tor in­for­mo­wał Fun­da­cję o sen­sa­cyj­nym od­kry­ciu ar­chi­wal­nym. Zna­le­zio­ne przez nie­go ma­te­ria­ły „z po­wo­du nie­znacz­nej wiel­ko­ści tecz­ki i nie­ty­po­wej lo­ka­li­za­cji kry­jów­ki nie uj­rza­ły świa­tła dzien­ne­go, od­kąd Al­fred je na­pi­sał, czy­li częścio­wo w mło­do­ści, a częścio­wo u pro­gu wie­ku śred­nie­go”[1].

Je­den z ar­chi­wa­riu­szy cze­ka na mnie przy win­dach. Po­da­ję mu ko­pię li­stu.

„To zna­le­zi­sko, któ­re­go nie mie­li w rękach ani daw­ni ba­da­cze ar­chi­wów, ani bio­gra­fo­wie No­bla – czy­ta mężczy­zna z py­ta­jącym wy­ra­zem twa­rzy. – Nie­znacz­nej wiel­ko­ści”. Co miał na my­śli?

Zje­żdża­my na dół. Ma­te­ria­ły po­zo­sta­łe po Al­fre­dzie No­blu prze­nie­sio­no tu­taj, do Ar­chi­wum Na­ro­do­we­go, do­pie­ro w la­tach sie­dem­dzie­si­ątych ubie­głe­go wie­ku, dwa­dzie­ścia lat po wspo­mnia­nym od­kry­ciu. Do­ku­men­ty i li­sty zaj­mu­jące czter­na­ście me­trów bie­żących pó­łek po­se­gre­go­wa­no we­dług no­we­go po­rząd­ku. Nikt nie wie, co się sta­ło z ma­ły­mi kar­tecz­ka­mi w nie­wła­ści­wych pu­de­łkach.

Rze­czy, któ­rych szu­ka­my, to kil­ka ze­szy­tów o wy­mia­rach 17 × 20 cen­ty­me­trów w czar­nych ce­ra­to­wych okład­kach, wy­pe­łnio­ne na po­cząt­ko­wych stro­nach cha­otycz­ny­mi za­pi­ska­mi wy­gląda­jący­mi na no­tat­ki z eks­pe­ry­men­tów che­micz­nych. Po kil­ku­dzie­si­ęciu la­tach le­że­nia w wil­got­nych pod­zie­miach Fun­da­cji No­bla po­zo­sta­łe stro­ny po­skle­ja­ły się ze sobą. Wszy­scy my­śle­li, że są pu­ste, ale pe­wien za­pa­mi­ęta­ły mól ar­chi­wal­ny otwo­rzył no­te­sy od tyłu i po­roz­dzie­lał ostat­nie stro­ny.

Nie były pu­ste.

Uszczęśli­wio­ny od­kryw­ca na­pi­sał do Fun­da­cji, że „Al­fred – przy­pusz­czal­nie dla wy­tchnie­nia od na­uko­wej pra­cy [...] – po pro­stu ob­ra­cał ze­szyt i na tyl­nych kart­kach raz czar­nym atra­men­tem, raz ołów­kiem kre­ślił drob­ne szki­ce po­etyc­kie, za­pi­sy­wał swo­je my­śli i fi­lo­zo­ficz­ne roz­wa­ża­nia o wca­le nie­ba­ga­tel­nej war­to­ści”[2].

Od­kąd prze­czy­ta­łam te wer­sy po raz pierw­szy, za­pra­gnęłam zo­ba­czyć czar­ne ze­szy­ty w ory­gi­na­le.

*

W pod­zie­miach Ar­chi­wum Na­ro­do­we­go za­wsze utrzy­my­wa­na jest wła­ści­wa tem­pe­ra­tu­ra. Mi­ja­my re­ga­ły za­pe­łnio­ne zro­lo­wa­ny­mi ma­pa­mi z XVIII wie­ku. Na sto­le sto­ją dwie kunsz­tow­ne por­ce­la­no­we fi­li­żan­ki ozdo­bio­ne sta­rą szwedz­ko-nor­we­ską fla­gą unij­ną. Naj­wy­ra­źniej nie tra­fi­ły do żad­ne­go z pu­deł.

Do­ku­men­ty No­bla są prze­cho­wy­wa­ne w za­mkni­ęciu. Ar­chi­wa­riusz przy­no­si kar­to­ny i wska­zu­je mi miej­sce, gdzie mogę do nich zaj­rzeć. Nie­ste­ty, ze­szy­ty z czar­ny­mi okład­ka­mi są nie­mal we wszyst­kich. Znaj­du­ję od­ręcz­nie na­pi­sa­ne szki­ce dwóch po­wie­ści, rów­nież sztu­ki, pe­łne prze­kre­śleń i atra­men­to­wych klek­sów. Te utwo­ry zna­li już pierw­si bio­gra­fo­wie No­bla. Ale ory­gi­na­ły to coś zu­pe­łnie in­ne­go. Tu i ów­dzie wi­dać śla­dy po nie­chluj­nie, jak­by w de­spe­ra­cji wy­rwa­nych kart­kach, a z wy­sta­jących z grzbie­tu strzęp­ków pa­pie­ru mo­żna wno­sić, że rów­nież one były gęsto za­pi­sa­ne.

I nie za­wie­ra­ły no­ta­tek z eks­pe­ry­men­tów che­micz­nych.

W jed­nym z pu­deł na­tra­fiam na szkic pe­łne­go gnie­wu dwu­stron­ne­go po­ro­zu­mie­nia Al­fre­da z oj­cem Im­ma­nu­elem z lat sze­śćdzie­si­ątych XIX wie­ku, do­ty­czące­go ni­tro­gli­ce­ry­ny. Wstęp­ny szkic li­stu jest ory­gi­nal­ny. Z szorst­kie­go w to­nie ręko­pi­su wy­le­wa­ją się sil­ne emo­cje, w prze­ci­wie­ństwie do moc­no ocen­zu­ro­wa­nej wer­sji, „nie­uwła­cza­jącej żad­nej ze stron”, opu­bli­ko­wa­nej nie­gdyś przez Fun­da­cję No­bla.

Do­pie­ro w 1991 roku ujaw­nio­no rów­nież te bar­dziej dra­żli­we frag­men­ty[3].

W ko­ńcu mam przed sobą kil­ka ze­szy­tów z ce­ra­to­wy­mi okład­ka­mi, któ­re zda­ją się od­po­wia­dać opi­so­wi ich od­kryw­cy. Zga­dza się – na sa­mym ko­ńcu „ksi­ęgi la­bo­ra­to­ryj­nej” znaj­du­ję ro­man­tycz­ny dwu­na­sto­wer­so­wy wiersz za­pi­sa­ny ja­snym, ni­kłym ołów­kiem. Za­czy­na się na­stępu­jąco:

Gdy noc w od­wro­cie a brzask roz­wie­wa

dzi­ką fan­ta­zję go­rącz­ki snu

ga­sną z prze­pi­ęk­ną wi­zją We­nus

wes­tchnie­nia bez­sen­ne­go upo­je­nia.

W pu­dle leży ta­kże jed­na z tych „mi­ni­ma­li­stycz­nych” kar­te­czek, któ­ra sądząc po wy­glądzie, zo­sta­ła ode­rwa­na z ar­ku­sza z ob­li­cze­nia­mi ma­te­ma­tycz­ny­mi. Ten sam ołó­wek? Do­pi­sek do wier­sza?

Praw­da o ży­ciu się oto od­sła­nia
ze snu o szczęściu li wid­mo wspo­mnie­nia.

A więc to tym się zaj­mo­wał. Przez wie­le lat. Po­mi­ja­jąc wnio­ski pa­ten­to­we, Al­fred No­bel ni­g­dy, na­wet w przy­bli­że­niu, nie na­pi­sał tylu tek­stów fa­cho­wych co li­te­rac­kich. Spod jego pió­ra nie wy­szły żad­ne dzie­ła na­uko­we[4].

*

Wy­bi­ja go­dzi­na pierw­sza i na ca­łym świe­cie na ekra­nach te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych roz­bły­sku­je wia­do­mo­ść z ostat­niej chwi­li: Na­gro­da No­bla w dzie­dzi­nie li­te­ra­tu­ry za rok 2017 zo­sta­ła przy­zna­na bry­tyj­skie­mu pi­sa­rzo­wi Ka­zuo Ishi­gu­ro. Dzi­ęki mo­żli­wo­ściom in­ter­ne­tu szyb­ko usta­la­my, że szczęśli­wy lau­re­at uro­dził się w Ja­po­nii, opu­ścił jed­nak kraj już jako sze­ścio­la­tek.

Przed mo­rzem mi­kro­fo­nów sta­ły se­kre­tarz Aka­de­mii Szwedz­kiej opo­wia­da, że twór­czo­ść Ishi­gu­ro sku­pia się w znacz­nej mie­rze na re­la­cji mi­ędzy te­ra­źniej­szo­ścią a prze­szło­ścią, na tym, „co jed­nost­ki i spo­łe­cze­ństwa mu­szą za­po­mnieć, aby prze­trwać”.

Dzien­ni­kar­ka o ja­po­ńskich ko­rze­niach zaj­mu­jąca się kul­tu­rą mówi wy­czer­pu­jąco i cie­pło, że w pi­sar­stwie Ishi­gu­ro naj­bar­dziej ceni to, że po­tra­fi on uchwy­cić – jak to na­zwa­ła – „za­prze­pasz­czo­ne ży­cie”; ży­cie, któ­re mo­gło się spe­łnić, ale się nie spe­łni­ło.

„Co na przy­kład pa­mi­ęta się z kra­ju, któ­ry opu­ści­ło się jako dziec­ko?” – za­da­je py­ta­nie.

ROZ­DZIAŁ 1

„ROZ­MA­WIA­ŁEM Z CA­REM O EKS­PE­RY­MEN­TACH NO­BLA”

Gdy Al­fred No­bel po raz pierw­szy ze­tknął się z ma­te­ria­łem wy­bu­cho­wym o na­zwie ni­tro­gli­ce­ry­na, do woj­ny krym­skiej zo­sta­ło tyl­ko kil­ka mie­si­ęcy. Był rok 1854 i szwedz­ka ro­dzi­na No­blów już od po­nad dzie­si­ęciu lat miesz­ka­ła w sto­li­cy Ro­sji, Pe­ters­bur­gu.

Ciem­no­wło­sy Al­fred miał dwóch star­szych bra­ci i li­czył wów­czas dwa­dzie­ścia lat. Uwiel­biał czy­tać i w skry­to­ści ma­rzył o tym, by zo­stać pi­sa­rzem. W swo­im po­ko­iku skro­bał dłu­gie fi­lo­zo­ficz­ne po­ema­ty in­spi­ro­wa­ne lor­dem By­ro­nem i Per­cym Bys­she’em Shel­ley­em, ubó­stwia­ny­mi przez nie­go bry­tyj­ski­mi po­eta­mi ro­man­tycz­ny­mi. Rów­no­cze­śnie był tym z mło­dych No­blów, któ­ry wy­ka­zy­wał naj­wi­ęk­sze zdol­no­ści w dzie­dzi­nie che­mii. Przez kil­ka mie­si­ęcy po­bie­rał na­wet na­uki w Pa­ry­żu u słyn­ne­go pro­fe­so­ra che­mii, a w Pe­ters­bur­gu jego na­uczy­cie­lem był Ni­ko­łaj Zi­nin, je­den z naj­zna­mie­nit­szych uczo­nych.

Mło­de­mu Al­fre­do­wi nie bra­ko­wa­ło ta­len­tu do nauk przy­rod­ni­czych, ni­g­dy jed­nak nie zwie­ńczył zdo­by­tej wie­dzy żad­nym eg­za­mi­nem uni­wer­sy­tec­kim. Na szczęście jo­wial­ny i otwar­ty Zi­nin nie miał na­tu­ry for­ma­li­sty i sły­nął ze swo­bod­ne­go sto­sun­ku do stu­den­tów, po­nad­to znał ojca Al­fre­da, Im­ma­nu­ela No­bla, co z pew­no­ścią ode­gra­ło pew­ną rolę. Wszech­stron­ny Im­ma­nu­el zdo­był w ro­syj­skiej sto­li­cy re­no­mę ener­gicz­ne­go me­cha­ni­ka, ba, swe­go cza­su ta­kże wy­na­laz­cy no­we­go ro­dza­ju min mor­skich. Wpraw­dzie owe miny obar­czo­ne były „cho­ro­ba­mi wie­ku dzie­ci­ęce­go” i utknęły w biu­ro­kra­tycz­nych cze­lu­ściach ro­syj­skiej ma­ry­nar­ki, Ni­ko­łaj Zi­nin jed­nak o nich nie za­po­mniał.

Pew­ne­go dnia na po­cząt­ku 1854 roku pro­fe­sor za­pro­sił Im­ma­nu­ela wraz z jego uzdol­nio­nym sy­nem Al­fre­dem do swo­jej ku­źni po­ło­żo­nej pod mia­stem. Pra­gnął po­ka­zać im ni­tro­gli­ce­ry­nę, nowy, eks­cy­tu­jący ma­te­riał wy­bu­cho­wy otrzy­ma­ny kil­ka lat wcze­śniej przez Wło­cha Asca­nia So­bre­ra.

Ni­tro­gli­ce­ry­na była oso­bli­wą sub­stan­cją, ole­istą i wy­jąt­ko­wo ka­pry­śną. Do­pro­wa­dze­nie jej do de­to­na­cji nie na­le­ża­ło do ła­twych za­dań, ale gdy już się to uda­ło, oka­za­ło się, że eks­plo­zja ma tak ogrom­ną siłę, że wy­na­laz­cę ogar­nęła pa­ni­ka i do­bro­wol­nie zre­zy­gno­wał z eks­plo­ata­cji swo­je­go pro­duk­tu. Fa­scy­nu­jący ma­te­riał che­micz­ny, lecz zde­cy­do­wa­nie zbyt nie­bez­piecz­ny – brzmiał wnio­sek So­bre­ra.

Ni­ko­łaj Zi­nin chciał w swo­jej ku­źni za­de­mon­stro­wać ojcu i jego sy­no­wi ową pro­ble­ma­tycz­ną sub­stan­cję. Zna­le­zie­nie bar­dziej sku­tecz­ne­go ma­te­ria­łu wy­bu­cho­we­go niż zna­ny od ty­si­ąca lat proch czar­ny spędza­ło w owym cza­sie sen z po­wiek wie­lu che­mi­kom w Eu­ro­pie, a nowy „olej wy­bu­cho­wy” So­bre­ra wy­da­wał się bar­dzo obie­cu­jący – byle uda­ło się go nie­co ujarz­mić. Pod­pa­le­nie za po­mo­cą lon­tu nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę. Ni­tro­gli­ce­ry­na wy­ma­ga­ła sil­ne­go wstrząsu, aby wy­buch­nąć, choć to też nie za­wsze wy­star­cza­ło.

Pro­fe­sor Zi­nin na­ło­żył olej wy­bu­cho­wy na ko­wa­dło i moc­no ude­rzył w nie mło­tem. Im­ma­nu­el i Al­fred, nie kry­jąc zdu­mie­nia, zo­ba­czy­li, że eks­plo­do­wa­ła je­dy­nie nie­wiel­ka część pły­nu tra­fio­na na­rzędziem, po­zo­sta­ła na­to­miast spo­czy­wa­ła da­lej na ko­wa­dle.

Choć ta za­gad­ka za­fa­scy­no­wa­ła za­rów­no ojca, jak i syna, ża­den z nich nie do­my­ślał się wów­czas, jak wiel­ką rolę w ich ży­ciu ode­gra ów nie­zwy­kły olej.

Tak wła­śnie roz­po­częła się kręta dro­ga do usta­no­wie­nia Na­gro­dy No­bla.

*

Po ubo­gim dzie­ci­ństwie spędzo­nym w Sztok­hol­mie w la­tach trzy­dzie­stych XIX wie­ku ży­cie Al­fre­da nie­wąt­pli­wie zmie­ni­ło się na lep­sze. Ro­dzi­na No­blów zna­ła smak bie­dy. Na kil­ka mie­si­ęcy przed przy­jściem na świat syna Al­fre­da Bern­har­da do­szczęt­nie spa­lił się ich dom. Mistrz bu­dow­la­ny i me­cha­nik Im­ma­nu­el No­bel, któ­ry już wcze­śniej tkwił w dłu­gach, był zmu­szo­ny ogło­sić ban­kruc­two. Kil­ka ty­go­dni po na­ro­dzi­nach Al­fre­da, 21 pa­ździer­ni­ka 1833 roku, świe­żo upie­czo­ny tata zo­stał ujęty w spi­sie lud­no­ści jako ubo­gi.

Dłu­gi Im­ma­nu­ela nie ma­la­ły. Wresz­cie za­rów­no wła­dze, jak i licz­ni wie­rzy­cie­le mie­li dość. Pod ko­niec 1837 roku za­pa­dła de­cy­zja, że je­śli No­bel nie spła­ci ich w ci­ągu dwóch ty­go­dni, zo­sta­nie aresz­to­wa­ny i osa­dzo­ny w spe­cjal­nym wi­ęzie­niu dla dłu­żni­ków. Nie­ste­ty, na­dal bra­ko­wa­ło mu pie­ni­ędzy. Dmu­cha­jąc na zim­ne, oj­ciec ro­dzi­ny wy­je­chał przed upły­wem wy­zna­czo­ne­go ter­mi­nu z kra­ju, zo­sta­wia­jąc w Sztok­hol­mie żonę Ka­ro­li­nę An­driet­tę z trze­ma sy­na­mi: Ro­ber­tem (8 lat), Lu­dvi­giem (6 lat) i Al­fre­dem (4 lata).

Po krót­kim po­by­cie w fi­ńskim Tur­ku Im­ma­nu­el po­sta­no­wił po­szu­kać szczęścia w sto­li­cy Ro­sji, Pe­ters­bur­gu. Za­jęło mu to tro­chę cza­su. Przez pięć trud­nych lat An­driet­ta mu­sia­ła ra­dzić so­bie sama. Je­den z krew­nych twier­dzi w li­ście, że bra­cia No­bel z ko­niecz­no­ści sprze­da­wa­li za­pa­łki na uli­cy. Ale przy­naj­mniej mo­gli cho­dzić do szko­ły i nie ha­ro­wa­li od świ­tu do wie­czo­ra w ob­skur­nych fa­bry­kach jak wie­le bied­nych dzie­ci w ich wie­ku.

Prze­łom na­stąpił dzi­ęki mi­nom mor­skim. Na­tu­ra wy­po­sa­ży­ła Im­ma­nu­ela No­bla w wy­jąt­ko­wy dar wy­mo­wy, w nie­wy­czer­pa­ne bo­gac­two po­my­słów i jak­by na prze­kór jego nie­usta­bi­li­zo­wa­nej po­zy­cji – w im­po­nu­jącą umie­jęt­no­ść na­wi­ązy­wa­nia i pie­lęgno­wa­nia kon­tak­tów. Ta­len­ty te za­wio­dły go w Pe­ters­bur­gu po­mi­ędzy kręgi zwi­ąza­ne z jed­nym z naj­bar­dziej za­ufa­nych lu­dzi ów­cze­sne­go cara, Mi­ko­ła­ja I, zwierzch­ni­kiem ro­syj­skiej flo­ty, ksi­ęciem Alek­san­drem Ser­gie­je­wi­czem Mien­szy­ko­wem. Na przy­jęciu w pi­ęk­nym pa­ła­cu ksi­ęcia Im­ma­nu­el przy­pad­kiem usły­szał roz­mo­wę dwóch spe­cja­li­stów od min mor­skich, któ­rzy na­rze­ka­li na trud­no­ści ze zdal­nym ste­ro­wa­niem nimi. Po krót­kim za­sta­no­wie­niu Im­ma­nu­el za­pro­po­no­wał roz­wi­ąza­nie pro­ble­mu. Nie­dłu­go po­tem skon­stru­ował wy­pe­łnio­ną pro­chem minę mor­ską, któ­ra za­do­wo­li­ła za­rów­no ro­syj­skich eks­per­tów, jak i ksi­ęcia Mien­szy­ko­wa oraz sa­me­go cara. Nowa mina nie wy­ma­ga­ła zdal­ne­go ste­ro­wa­nia. Wy­bu­cha­ła bo­wiem po po­trące­niu jej przez okręt.

I tak oto ród No­blów za­czął zaj­mo­wać się ma­te­ria­ła­mi wy­bu­cho­wy­mi. „Przy­pa­dek często kie­ru­je ręką czło­wie­ka” – stwier­dził już pó­źniej Im­ma­nu­el. Kie­dyś zaś wy­znał, że prze­ży­wał ogrom­ne ka­tu­sze po pod­jęciu tego kro­ku, ale w ko­ńcu do­sze­dł do wnio­sku, że mimo wszyst­ko da się go uspra­wie­dli­wić. „Kie­dy w gło­wie zro­dził mi się po­my­sł tej bro­ni, moim ce­lem nie było uczy­nie­nie wo­jen ani bar­dziej krwa­wy­mi, ani bar­dziej nisz­czy­ciel­ski­mi, a ra­czej spra­wie­nie, by sta­ły się trud­niej­sze i być może nie­mo­żli­we w ich obec­nych wy­mia­rach. Na­tar­cie wro­ga ozna­cza­ło­by tak duże ofia­ry, że wy­po­wie­dze­nie woj­ny by­ło­by rów­no­znacz­ne z ogło­sze­niem ca­łko­wi­tej wła­snej za­gła­dy”.

Ta­kie same my­śli miał po­wtó­rzyć wie­le lat pó­źniej Al­fred No­bel.

W na­gro­dę za wy­na­la­zek car Mi­ko­łaj I przy­znał Im­ma­nu­elo­wi 25 ty­si­ęcy srebr­nych ru­bli, pod wa­run­kiem że „nie zdra­dzi swo­jej ta­jem­ni­cy żad­ne­mu in­ne­mu pa­ństwu”.

Dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go pa­ździer­ni­ka 1842 roku, w dzie­wi­ąte uro­dzi­ny Al­fre­da, mama An­driet­ta mo­gła wresz­cie ode­brać do­ku­ment pod­ró­żny dla sie­bie i swych dzie­ci. Uda­ła się z nimi do Pe­ters­bur­ga.

*

Szwedz­ki pasz­port ro­dzi­ny No­blów przez dłu­gi czas uwa­ża­no za stra­co­ny dla po­tom­nych. Oka­za­ło się jed­nak, że ar­chi­wum hi­sto­rycz­ne ro­syj­skiej słu­żby bez­pie­cze­ństwa w Mo­skwie to ist­na ko­pal­nia zło­ta, bo sto sie­dem­dzie­si­ąt pięć lat pó­źniej od­naj­du­ję go tam wła­śnie z po­mo­cą ro­syj­skie­go re­se­ar­che­ra. Zbio­ro­wy do­ku­ment An­driet­ty i jej sy­nów jest w do­brym sta­nie, stem­ple i czer­wo­ne pie­częcie są nie­na­ru­szo­ne. Wid­nie­ją na nim tyl­ko duże żó­łte pla­my. Z od­ręcz­nych wpi­sów na od­wro­cie wy­ni­ka, że cała czwór­ka zo­sta­ła od­no­to­wa­na na po­ste­run­ku po­li­cji w Tur­ku 27 pa­ździer­ni­ka 1842 roku. I na tym ko­ńczą się ad­no­ta­cje.

W tym sa­mym ar­chi­wum znaj­du­je się ob­szer­ny re­jestr wszyst­kich cu­dzo­ziem­ców przy­by­wa­jących do Pe­ters­bur­ga. Ro­syj­ska słu­żba wy­wia­dow­cza była skru­pu­lat­na już wte­dy. Zna­le­zie­nie An­driet­ty z sy­na­mi zaj­mu­je tro­chę cza­su. Ich przy­jazd do ro­syj­skiej sto­li­cy od­no­to­wa­no do­pie­ro 26 lu­te­go 1843 roku.

Ja­kże oni wszy­scy mu­sie­li tęsk­nić! I na pew­no li­czy­li dni. Co się więc sta­ło? Czy ktoś się roz­cho­ro­wał? Mo­że­my tyl­ko zga­dy­wać. Gdy w ko­ńcu do­tar­li na miej­sce, An­driet­ta po­da­ła je­dy­nie tyle in­for­ma­cji, ile wy­ma­ga­ła od niej ro­syj­ska po­li­cja. Oznaj­mi­ła, że jest żoną wła­ści­cie­la fa­bry­ki Im­ma­nu­ela No­bla i że przy­je­cha­ła do Pe­ters­bur­ga z ich dzie­ćmi, aby za­miesz­kać w jego domu przy „Lit. 4 nr 400” (obec­nie Li­tej­nyj pro­spekt 34).

*

Im­ma­nu­el No­bel miał swój warsz­tat me­cha­nicz­ny na na­brze­żu Wiel­kiej New­ki, na prze­ciw­le­głym brze­gu Newy w sto­sun­ku do świe­żo od­no­wio­ne­go Pa­ła­cu Zi­mo­we­go. Ta część mia­sta no­si­ła na­zwę Pe­ters­burg­ska­ja Sto­ro­na (obec­nie: Pie­tro­grad­ska­ja Sto­ro­na), a za­wdzi­ęcza­ła ją znaj­du­jącej się kil­ka ki­lo­me­trów da­lej Twier­dzy Pie­tro­pa­włow­skiej.

Ro­dzi­na się roz­ra­sta­ła. W ci­ągu pierw­szych lat w Pe­ters­bur­gu An­driet­ta uro­dzi­ła ko­lej­nych dwóch sy­nów, Emi­la i Rol­fa, a po­tem jesz­cze cór­kę, któ­ra zma­rła w wie­ku za­le­d­wie dwóch lat. Z cza­sem No­blo­wie prze­nie­śli się do domu po­ło­żo­ne­go tuż przy warsz­ta­cie nad Wiel­ką New­ką. Był to neo­kla­sy­cy­stycz­ny drew­nia­ny bu­dy­nek z ko­ńca XVIII wie­ku, wy­naj­mo­wa­ny od pew­nej wdo­wy. We­dług człon­ków ro­dzi­ny ta sty­lo­wa jed­no­ro­dzin­na wil­la wy­ró­żnia­ła się „zna­cząco na tle po­nu­rej nędzy oto­cze­nia”. Czte­ry wiel­kie bia­łe ko­lum­ny zdo­bi­ły fa­sa­dę od na­brze­ża. Po obu stro­nach we­jścia sta­ły duże lwy.

To tam Al­fred No­bel miał spędzić wi­ęk­szo­ść z dwu­dzie­stu lat swe­go po­by­tu w Ro­sji[2*].

Pe­ter­burg­ska­ja Sto­ro­na była wła­ści­wie wy­spą i w owym cza­sie uwa­ża­no ją za pe­ry­fe­rie mia­sta. W oko­li­cy za­miesz­ki­wa­nej przez No­blów upra­wia­no wa­rzy­wa, znaj­do­wa­ły się tu też fa­bry­ki i domy ro­bot­ni­cze. Nie do­cie­rał tu­taj blichtr świa­to­we­go ży­cia to­wa­rzy­skie­go, któ­rym tęt­ni­ło cen­trum, nie było te­atrów ani re­stau­ra­cji. W jed­nym z ar­ty­ku­łów z tam­te­go cza­su Pe­ter­burg­ska­ja Sto­ro­na zo­sta­ła przed­sta­wio­na jako miej­sce, gdzie na­wet bied­ny urzęd­ni­czy­na mógł ku­pić so­bie ka­wa­łek grząskiej zie­mi nie­mal za bez­cen, stop­nio­wo wznie­ść na niej z naj­ta­ńszych ma­te­ria­łów drew­nia­ny dom i po prze­jściu na eme­ry­tu­rę za­miesz­kać w nim jako si­wo­wło­sy sta­rzec na resz­tę ży­cia. „I w ten oto spo­sób wy­ro­sła nam ta oso­bli­wa część mia­sta, skła­da­jąca się prze­wa­żnie z ma­łych do­mów [...] z zie­lo­ny­mi okien­ni­ca­mi, nie­odłącz­ny­mi ogród­ka­mi i psa­mi na ła­ńcu­chu na po­dwó­rzu. Zza ba­we­łnia­nych fi­ra­nek mo­żna do­strzec pe­lar­go­nie, kak­tu­sy albo chi­ńską re­ze­dę w do­nicz­kach, a ta­kże klat­kę z ka­nar­kiem lub czy­ży­kiem. Mó­wi­ąc krót­ko: pa­triar­chal­ny, idyl­licz­ny i na wpół wiej­ski świat” – czy­ta­my w in­nym opi­sie tej oko­li­cy.

Pod­czas zi­mo­wych mie­si­ęcy Pe­ter­burg­ska­ja Sto­ro­na była od­ci­ęta od świa­ta, po­nie­waż na Ne­wie bra­ko­wa­ło sta­łych mo­stów. A kie­dy wresz­cie pusz­cza­ły lody, wszy­scy cze­ka­li, by ko­men­dant Twier­dzy Pie­tro­pa­włow­skiej jako pierw­szy prze­pły­nął rze­kę swo­ją ło­dzią. Za­raz po­tem jej nurt za­pe­łniał się ło­dzia­mi ża­glo­wy­mi i in­ny­mi łaj­ba­mi. Mon­to­wa­no ru­cho­me mo­sty pon­to­no­we i stop­nio­wo la­bi­rynt uli­czek i za­ułków na brze­gu za­czy­nał się roić od sprze­daw­ców, ar­ty­stów i mu­zy­kan­tów. Miesz­ka­ńcy śród­mie­ścia chcący na­sy­cić oczy zie­le­nią ogro­dów i za­sma­ko­wać wiej­skie­go ży­cia przy­by­wa­li tu w swo­ich do­ro­żkach. Oczy­wi­ście ci, któ­rzy nie po­sia­da­li wła­snych da­czy da­lej poza mia­stem.

Wi­dok krów wy­pa­sa­nych la­tem na łąkach nie sta­no­wił by­naj­mniej nic nad­zwy­czaj­ne­go, a wal­ki gęsi nad rze­ką Kar­pow­ką nie­co na pó­łnoc od sie­dzi­by No­blów były po­pu­lar­ną lu­do­wą roz­ryw­ką. Ka­wa­łek da­lej zaś, na tar­gu Syt­ny, sprze­da­wa­no ryby, miód i czar­ny ka­wior w wiel­kich becz­kach, a w se­zo­nie ta­kże żu­ra­wi­ny i grzy­by. Je­śli ktoś za­fun­do­wał so­bie je­den głęb­szy, wca­le nie mu­siał być bo­ga­ty, by za­pro­po­no­wa­no mu na za­kąskę so­lid­ną ły­żkę ro­syj­skie­go ka­wio­ru.

O tej po­rze roku Pe­ter­burg­ska­ja Sto­ro­na wy­ra­źnie się oży­wia­ła, ale była też wy­sta­wio­na na wie­le prób. Ze zgro­zą wspo­mi­na­no chmu­ry ku­rzu kłębi­ące się nad uli­ca­mi, po­dob­nie jak uci­ążli­we roje ko­ma­rów. Co praw­da re­kom­pen­so­wa­ły to wszyst­ko ma­gicz­ne pe­ters­bur­skie bia­łe noce, ale i one nie trwa­ły wiecz­nie. Le­d­wie za­czy­na­ły żó­łk­nąć li­ście, za­rów­no świa­tło, jak i zgie­łk stop­nio­wo za­ni­ka­ły. Ży­cie za­mie­ra­ło. Nad­cho­dzi­ła je­sień, a wraz z nią po­wo­dzie, któ­re ruj­no­wa­ły domy i nie­kie­dy zbie­ra­ły też ofia­ry wśród miesz­ka­ńców. Za­mie­nia­ły duże części dziel­ni­cy w trud­ne do prze­by­cia gli­nia­ste ba­gno, w kon­se­kwen­cji cze­go nie było już wi­dać do­ro­żek w mrocz­nych za­ułkach, w „tym kró­le­stwie nie­prze­by­te­go bru­du i bło­ta, któ­re ni­g­dy nie wy­sy­cha”.

Na szczęście brzeg Wiel­kiej New­ki, gdzie miesz­ka­ła ro­dzi­na No­blów, na­le­żał do oko­lic oszczędza­nych przez ten ka­ta­klizm. Im bli­żej New­ki, tym wi­ęcej ary­sto­kra­tów, a tym mniej od­pra­wio­nych ak­to­rów, po­zba­wio­nych am­bi­cji urzęd­ni­ków, wzgar­dzo­nych po­etów i nie­szczęśli­wych wdów bo­ga­czy – lu­dzi, któ­rzy nor­mal­nie za­lud­nia­li tę część mia­sta.

Po­tem nad­cho­dzi­ła zima, jed­na­ko­wo da­jąca się we zna­ki wszyst­kim, z nie­odłącz­ną prze­ni­kli­wą wil­go­cią, z ostry­mi wi­chra­mi ze wscho­du i na­ra­sta­jącą ciem­no­ścią, pod­czas któ­rej twar­dzi miesz­ka­ńcy Pe­ter­burg­skiej Sto­ro­ny za­mie­nia­li się w swe­go ro­dza­ju zja­wy prze­my­ka­jące z ręcz­ny­mi la­ta­ren­ka­mi przez ciem­ne jak smo­ła wie­czo­ry. Wi­ęk­szo­ść cho­wa­ła się w do­mach, spędza­jąc czas na ka­me­ral­nych ba­lach urządza­nych po ko­lei u zna­jo­mych ro­dzin.

W mie­ście, w któ­rym do­ra­stał Al­fred No­bel, „na 365 dni w roku przy­pa­da­ły – jak re­la­cjo­no­wa­no wów­czas – 162 dni z mro­zem nie­słab­nącym przez całą dobę, 59 dni z mro­zem rano i wie­czo­rem i 144 dni bez mro­zu”. Było to mia­sto, gdzie od­głos ko­ńskich ko­pyt wci­ąż za­głu­sza­ły nie­ustan­ne woj­sko­we pa­ra­dy or­ga­ni­zo­wa­ne przez cara, nie­kie­dy tak częste, że od­ci­ska­ły pi­ęt­no na at­mos­fe­rze pa­nu­jącej w mie­ście. „Te gra­ni­ty, te mo­sty z ła­ńcu­cha­mi, to upo­rczy­we wa­le­nie w bęb­ny, wszyst­ko to wy­wie­ra prze­mo­żnie przy­tła­cza­jące wra­że­nie” – wzdy­chał ów­cze­sny au­tor o wy­ra­źnie nie­przy­chyl­nym na­sta­wie­niu.

*

Po­cząt­ko­wo Im­ma­nu­el No­bel pro­wa­dził swój warsz­tat me­cha­nicz­ny ra­zem z ro­syj­skim wspól­ni­kiem, pu­łkow­ni­kiem Ni­ko­ła­jem Alek­san­dro­wi­czem Oga­rio­wem. Gdy zaś na po­cząt­ku lat pi­ęćdzie­si­ątych Oga­rio­wa awan­so­wa­no na car­skie­go ge­ne­ra­ła ad­iu­tan­ta, wów­czas se­nior rodu włączył na jego miej­sce do spó­łki swo­ich do­ro­słych sy­nów: Ro­ber­ta, Lu­dvi­ga oraz Al­fre­da, i prze­mia­no­wał ją na Od­lew­nie i Warsz­ta­ty Me­cha­nicz­ne No­bel i Sy­no­wie (Fon­de­ries et Ate­liers Méca­ni­qu­es No­bel et Fils).

Ro­dzi­na No­blów przy­by­ła do Ro­sji w nie­zwy­kle dy­na­micz­nym okre­sie. Re­wo­lu­cja prze­my­sło­wa roz­le­wa­ła się z An­glii na całą Eu­ro­pę Za­chod­nią i wła­śnie wte­dy, w po­ło­wie XIX wie­ku, wda­rła się ta­kże do Ro­sji Mi­ko­ła­ja I. Tem­po prze­obra­żeń na­ra­sta­ło, a dy­stans dzie­lący kraj od resz­ty kon­ty­nen­tu się zmniej­szał. W wi­ęk­szo­ści pa­ństw ist­nia­ło już co naj­mniej po kil­ka li­nii ko­lei że­la­znej, w Ro­sji zaś wa­żny od­ci­nek mi­ędzy Pe­ters­bur­giem a Mo­skwą zo­stał otwar­ty w 1851 roku.

Ko­mu­ni­ka­cja ule­ga­ła zmia­nie ta­kże w in­nym wy­mia­rze. Kil­ka lat wcze­śniej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych Sa­mu­el Mor­se za­in­sta­lo­wał pierw­szy elek­trycz­ny te­le­graf łączący Wa­szyng­ton z Bal­ti­mo­re. Je­śli na­wet urządze­nie to uwa­ża­no po­cząt­ko­wo za cie­ka­wost­kę, re­wo­lu­cja na rzecz szyb­kiej wy­mia­ny in­for­ma­cji cza­iła się za ro­giem i była nie­unik­nio­na. Gdy jed­nak w roku 1850 Ho­len­der Paul Reu­ter otwo­rzył biu­ro in­for­ma­cyj­ne, aby prze­ka­zy­wać kur­sy gie­łdo­we mi­ędzy mia­sta­mi, na­dal ko­rzy­stał z usług ca­łej ar­mii go­łębi pocz­to­wych.

Przy­by­wa­ło ma­szyn na­pędza­nych parą i nie­ustan­nie je udo­sko­na­la­no. Po dru­giej stro­nie Atlan­ty­ku szwedz­ki emi­grant, in­ży­nier John Erics­son, osi­ągnął pe­wien suk­ces, pra­cu­jąc nad na­pędem kon­ku­ren­cyj­nym dla pary, i skon­stru­ował tak zwa­ny sil­nik na go­rące po­wie­trze. Urządze­nie za­po­wia­da­ło się tak obie­cu­jąco, że Im­ma­nu­el No­bel wy­słał swo­je­go syna Al­fre­da za oce­an, aby ten spró­bo­wał zdo­być od­po­wied­nie szki­ce.

Nie wszy­scy jed­nak byli pod wra­że­niem no­we­go sil­ni­ka. Ów­cze­sny uczo­ny, któ­ry wy­wrze naj­wi­ęk­szy wpływ na roz­wój tech­ni­ki w XIX wie­ku, Bry­tyj­czyk Mi­cha­el Fa­ra­day, od razu skry­ty­ko­wał wy­na­la­zek Erics­so­na. We­dług nie­go przy­szło­ścią mia­ło być nie cie­płe po­wie­trze, lecz elek­trycz­no­ść.

Czło­wiek od nie­pa­mi­ęt­nych cza­sów znał zja­wi­ska elek­trycz­ne – bły­ska­wi­ce na nie­bie lub sta­tycz­ne re­ak­cje elek­trycz­ne – i uwa­żał je za fa­scy­nu­jące siły na­tu­ry. Kie­dy Włoch Ales­san­dro Vol­ta w 1798 roku skon­stru­ował pierw­sze ogni­wo gal­wa­nicz­ne, za­częto prze­czu­wać, że może to być po­czątek cze­goś no­we­go, na­dal jed­nak nie wie­dzia­no dużo wi­ęcej po­nad to, co po­ka­zał sam Vol­ta: „że je­śli umie­ści się dwa me­ta­le bli­sko sie­bie, wy­twa­rza­ją one iskry elek­trycz­ne w dru­cie, któ­ry je łączy”. Mi­nie jesz­cze nie­mal sto lat, za­nim w 1890 roku od­kry­te zo­sta­ną elek­tro­ny, za co zresz­tą bry­tyj­ski ba­dacz Jo­seph John Thom­son zo­sta­nie w 1906 roku uho­no­ro­wa­ny Na­gro­dą No­bla.

Mi­cha­el Fa­ra­day in­te­re­so­wał się no­wy­mi od­kry­cia­mi wska­zu­jący­mi na zwi­ązek mi­ędzy elek­trycz­no­ścią a ma­gne­ty­zmem. I to wła­śnie jemu uda­ło się zde­fi­nio­wać tę re­la­cję. Na pod­sta­wie ró­żnych eks­pe­ry­men­tów wy­ka­zał, że szpu­la owi­ni­ęta prze­wo­dzącym prąd dru­tem na­ma­gne­so­wu­je się, gdy prąd do­star­cza­ny z aku­mu­la­to­ra jest włącza­ny i wy­łącza­ny. I od­wrot­nie: je­śli przy­bli­żyć ma­gnes do dru­tu i go od nie­go od­da­lić, prze­pły­nie przez nie­go prąd. Tak po­wsta­wa­ły fale ma­gne­tycz­ne, wy­wo­łu­jąc prąd, do któ­re­go prze­wo­dze­nia nie był po­trzeb­ny ża­den drut. Od­kry­cie to ozna­cza­ło gi­gan­tycz­ny krok na­przód. Fa­ra­day od­krył nie­wi­dzial­ne pola elek­tro­ma­gne­tycz­ne i po­ło­żył pod­wa­li­ny pod po­wsta­nie sil­ni­ka elek­trycz­ne­go. Mimo to w świe­cie na­uko­wym na­dal pod­cho­dzo­no do jego re­we­la­cji scep­tycz­nie. Mu­siał za­tem po­szu­kać ko­goś, kto by­łby w sta­nie po­móc mu udo­wod­nić ist­nie­nie pola elek­tro­ma­gne­tycz­ne­go ma­te­ma­tycz­nie.

Tym­cza­sem w Pe­ters­bur­gu Im­ma­nu­el No­bel po­sta­wił na sil­nik na go­rące po­wie­trze i pró­bo­wał roz­wi­nąć tę ideę, opie­ra­jąc się na szki­cach, któ­re uda­ło się zdo­być Al­fre­do­wi za wiel­ką wodą. Kil­ka mie­si­ęcy przed fa­scy­nu­jącym eks­pe­ry­men­tem z ni­tro­gli­ce­ry­ną w ku­źni pro­fe­so­ra Zi­ni­na se­nior rodu No­blów po­pro­sił o au­dien­cję u syna Mi­ko­ła­ja I, wiel­kie­go ksi­ęcia Kon­stan­te­go. We­dług jed­nej z pe­ters­bur­skich ga­zet za­pre­zen­to­wał mu „god­ne uwa­gi udo­sko­na­le­nie” osła­wio­ne­go sil­ni­ka na go­rące po­wie­trze.

Car Mi­ko­łaj I na­dal pil­nie śle­dził do­ko­na­nia no­wa­tor­skie­go Szwe­da, któ­re­go warsz­ta­ty me­cha­nicz­ne No­bel i Sy­no­wie kwi­tły i do­sko­na­le wy­wi­ązy­wa­ły się z po­wie­rzo­nych im zle­ceń, po­cząw­szy od wy­ku­wa­nia ba­lu­strad i po­ręczy oraz od­le­wa­nia kół do po­wo­zów po in­sta­la­cję pie­ców grzew­czych w car­skich bu­dyn­kach woj­sko­wych i for­tach. Trzej do­ro­śli sy­no­wie – Ro­bert (24), Lu­dvig (22) i Al­fred (20) – wy­da­wa­li się nie mniej przed­si­ębior­czy. Im­ma­nu­el był z nich nie­po­mier­nie dum­ny. W owym cza­sie tak pi­sał do swe­go szwa­gra w Szwe­cji: „Cze­go opatrz­no­ść po­skąpi­ła jed­ne­mu, tym z jesz­cze wi­ęk­szą szczo­dro­ścią ob­da­rzy­ła dru­gie­go. We­dle mo­jej oce­ny Lu­dvig ma naj­by­strzej­szy umy­sł, Al­fred – naj­wi­ęk­szy za­pał do pra­cy, a Ro­bert – nie­zrów­na­ne­go du­cha spe­ku­la­cji, a jego sa­mo­za­par­cie za­dzi­wi­ło mnie już nie­je­den raz”.

Cho­ciaż re­żim car­ski na ra­zie nie miał oka­zji sko­rzy­stać z min mor­skich Im­ma­nu­ela No­bla, to jed­nak w ob­li­czu za­gro­że­nia woj­ną, któ­re ni­czym gęsta mgła za­wi­sło nad Eu­ro­pą, przy­chyl­no­ść Pa­ła­cu Zi­mo­we­go dla fir­my No­bel i Sy­no­wie by­naj­mniej nie osła­bła.

Nie­ba­wem miny mor­skie zno­wu sta­ną się te­ma­tem ak­tu­al­nym, po­nad­to oj­ciec Al­fre­da będzie mógł za­pre­zen­to­wać ca­ro­wi ca­łko­wi­cie nowy po­my­sł, tym ra­zem za­in­spi­ro­wa­ny przez ro­syj­skie­go pro­fe­so­ra che­mii, Ni­ko­ła­ja Zi­ni­na.

*

Car Mi­ko­łaj I już na sa­mym po­cząt­ku swe­go pa­no­wa­nia sta­wił opór ła­god­nym wia­trom wie­jącym z Za­cho­du, któ­re cha­rak­te­ry­zo­wa­ły rządy jego po­przed­ni­ka, bar­dziej re­for­ma­tor­skie­go i li­be­ral­ne­go bra­ta, Alek­san­dra I. Tuż po ob­jęciu tro­nu w 1825 roku przez Mi­ko­ła­ja przy­wró­co­no cen­zu­rę, na jego po­le­ce­nie stwo­rzo­no też sie­jącą po­strach po­li­cję po­li­tycz­ną, tak zwa­ny III Od­dział Kan­ce­la­rii Oso­bi­stej Jego Ce­sar­skiej Mo­ści, któ­rej za­da­niem było zwal­cza­nie wszyst­kie­go, co cho­ćby pach­nia­ło opo­zy­cją. Mi­ni­ster­stwom po­le­co­no sze­rze­nie ide­olo­gii o bar­dziej na­cjo­na­li­stycz­nym cha­rak­te­rze, a w ofi­cjal­nym obie­gu naj­wy­ższy prio­ry­tet otrzy­ma­ły trzy klu­czo­we po­jęcia: „au­to­kra­cja, or­to­dok­sja i na­ród”.

Opo­zy­cyj­nych pi­sa­rzy po­tępia­jących sto­so­wa­ne re­pre­sje sta­ra­no się przy­wo­ły­wać do po­rząd­ku. Nie prze­szko­dzi­ło to Mi­ko­ła­jo­wi Go­go­lo­wi, chy­ba naj­ra­dy­kal­niej­sze­mu z de­ma­ska­to­rów, po­rów­ny­wać ro­syj­skiej sto­li­cy do kró­le­stwa zma­rłych. Szef III Od­dzia­łu prze­ka­zał nowe dy­rek­ty­wy: „Prze­szło­ść Ro­sji była im­po­nu­jąca, jej te­ra­źniej­szo­ść jest wi­ęcej niż nie­prze­ci­ęt­na, a co się ty­czy przy­szło­ści, za­po­wia­da się ona na wspa­nial­szą, niż mo­żna by so­bie wy­obra­zić w najśmiel­szych fan­ta­zjach; i taka per­spek­ty­wa po­win­na obo­wi­ązy­wać przy stu­dio­wa­niu i spi­sy­wa­niu ro­syj­skiej hi­sto­rii”.

Ale pod jed­nym względem rządy Mi­ko­ła­ja I da­wa­ły pew­ną na­dzie­ję. Je­śli po­mi­nąć mi­li­tar­ne eska­pa­dy na Kau­ka­zie, Ro­sja cie­szy­ła się do­syć dłu­gim okre­sem po­ko­ju i re­la­tyw­nej sta­bil­no­ści po­li­tycz­nej.

Dwu­dzie­sto­let­ni Al­fred ro­bił do­brą minę do złej gry, uczest­ni­cząc w in­te­re­sach fir­my No­bel i Sy­no­wie, w du­chu jed­nak ży­wił od­ra­zę do ro­syj­skiej ro­dzi­ny car­skiej. Sądząc po wier­szu, jaki na­pi­sał w owym cza­sie o ca­rze i jego żo­nie, wi­dział ich na­stępu­jąco: „Pierw­si z nich, mor­der­ca i la­dacz­ni­ca, ich miej­sce w wi­ęzie­niu i bur­de­lu, ksi­ążęca świ­ta – niech biją jej bra­wo oszu­ści i dziw­ki. A gdzie na­dzie­ja dla na­ro­du? Nie wi­dzi­cie? Pora na praw­dę! Pora ze­rwać za­sło­nę!”.

Nie był by­naj­mniej osa­mot­nio­ny w swym na­ra­sta­jącym scep­ty­cy­zmie. Obec­ni w Pe­ters­bur­gu dy­plo­ma­ci w ra­por­tach słu­żbo­wych zwra­ca­li uwa­gę na aro­gan­cję i py­chę wład­cy ab­so­lut­ne­go, któ­ry w ci­ągu krót­kie­go cza­su zda­wał się po­sta­rzeć o dzie­si­ęć lat i za­rów­no pod względem mo­ral­nym, jak i fi­zycz­nym si­ęgnął dna. We­dług słów hi­sto­ry­ka idei Isa­ia­ha Ber­li­na okres mi­ędzy 1848 a 1855 ro­kiem to „naj­mrocz­niej­szy czas XIX-wiecz­nej nocy ro­syj­skie­go ob­sku­ran­ty­zmu”.

Zresz­tą z bie­giem lat car Mi­ko­łaj I prze­stał być na­sta­wio­ny szcze­gól­nie po­ko­jo­wo. Na­pi­ęcia w Eu­ro­pie osi­ągnęły gra­ni­cę wrze­nia i py­ta­nie nie brzmia­ło, czy wy­buch­nie woj­na, ale kie­dy.

Ofi­cjal­nie kon­tro­wer­sje do­ty­czy­ły do­stępu do klu­cza do Ba­zy­li­ki Na­ro­dze­nia Pa­ńskie­go w Be­tle­jem, a ta­kże do­stępu do części in­nych świ­ętych miejsc w Pa­le­sty­nie, któ­re od wie­lu stu­le­ci na­le­ża­ły do Im­pe­rium Osma­ńskie­go. W cen­trum kon­flik­tu zna­la­zły się Ro­sja i Fran­cja, sa­mo­zwa­ńczy ob­ro­ńcy ty­si­ęcy pra­wo­sław­nych lub ka­to­lic­kich wier­nych w im­pe­rium mu­zu­łma­ńskim. Oba pa­ństwa ro­ści­ły so­bie pra­wo do re­pre­zen­to­wa­nia in­te­re­sów wszyst­kich chrze­ści­jan. Była to wal­ka mi­ędzy dwo­ma ce­sa­rza­mi – ca­rem Mi­ko­ła­jem I i Na­po­le­onem III, któ­ry pro­kla­mo­wał się ce­sa­rzem Fran­cu­zów (wcze­śniej był pre­zy­den­tem Fran­cji, zna­nym jako Lu­dwik Na­po­le­on Bo­na­par­te).

Su­łta­ni w Kon­stan­ty­no­po­lu przez całe lata mie­li nie­for­tun­ną ten­den­cję do obie­cy­wa­nia praw do opie­ki nad owy­mi po­żąda­ny­mi miej­sca­mi obu stro­nom jed­no­cze­śnie. Ostat­nim ra­zem zda­rzy­ło się to w 1852 roku. W lu­tym tego roku wła­dze osma­ńskie naj­pierw uzna­ły żąda­nia ka­to­lic­kie­go Na­po­le­ona III, by za­le­d­wie kil­ka mie­si­ęcy pó­źniej wy­co­fać się z tego pod wpły­wem pra­wo­sław­ne­go cara Ro­sji. Ce­sarz Fran­cu­zów w od­po­wie­dzi za­gro­ził wy­sła­niem okrętu wo­jen­ne­go, na co su­łtan po­now­nie zmi­ękł i oko­ło Bo­że­go Na­ro­dze­nia klu­cze do Gro­bu Na­ro­dze­nia Pa­ńskie­go w Be­tle­jem dał Fran­cu­zom.

Car wpa­dł w fu­rię. Wio­sną 1853 roku skie­ro­wał do Kon­stan­ty­no­po­la po­sła­ńca, aby ten prze­ko­nał lub po­stra­szył su­łta­na i na­kło­nił go do prze­ka­za­nia przy­wi­le­jów za­anek­to­wa­nych przez chrze­ści­jan w ręce Ro­sji. Na­zwi­sko po­sła­ńca było do­sko­na­le zna­ne ro­dzi­nie No­blów. To ksi­ążę Alek­sandr Sier­gie­je­wicz Mien­szy­kow, do­wód­ca ro­syj­skiej flo­ty. Ten sam, któ­ry pod­czas przy­jęcia w swo­im pa­ła­cu za­chęcił Im­ma­nu­ela No­bla, by ten za­jął się roz­wi­ni­ęciem po­my­słu min mor­skich.

Sze­śćdzie­si­ęcio­pi­ęcio­let­ni Mien­szy­kow, dwa­dzie­ścia pięć lat wcze­śniej wy­ka­stro­wa­ny przez tu­rec­ką kulę ar­mat­nią, nie na­le­żał ra­czej do szcze­gól­nie zrów­no­wa­żo­nych emi­sa­riu­szy. Pod­czas swo­jej wi­zy­ty w Kon­stan­ty­no­po­lu za­ognił sy­tu­ację, sta­wia­jąc su­łta­no­wi ul­ti­ma­tum, któ­re ten od­rzu­cił. Mi­ko­łaj I nie wi­dział in­ne­go wy­jścia i od­po­wie­dział mi­li­tar­nie. Wy­brał jed­nak wa­riant ostro­żny, roz­ka­zu­jąc ro­syj­skim woj­skom wkro­czyć do dwóch po­mniej­szych osma­ńskich ksi­ęstw – Mo­łda­wii i Wo­łosz­czy­zny. Zde­cy­do­wał się na ta­kie roz­wi­ąza­nie, aby unik­nąć re­ak­cji in­nych wiel­kich mo­carstw.

Za pi­ęk­ny­mi sło­wa­mi ry­wa­li­zu­jących ce­sa­rzy, dzia­ła­jących rze­ko­mo w in­te­re­sie chrze­ści­jan, kry­ły się bo­wiem na­cjo­na­lizm, pla­ny eks­pan­sji i bez­par­do­no­wa wal­ka o po­li­tycz­ne wpły­wy, do­ty­cząca ta­kże ów­cze­snej naj­wi­ęk­szej po­tęgi, Wiel­kiej Bry­ta­nii. Im­pe­rium Osma­ńskie znaj­do­wa­ło się w sta­nie roz­kła­du i ra­czej nie było ta­jem­ni­cą, że car chce prze­jąć kon­tro­lę nad Kon­stan­ty­no­po­lem, a tym sa­mym nad ca­łym ba­se­nem Mo­rza Czar­ne­go. Am­bi­cje te nie­po­ko­iły An­gli­ków, któ­rzy do­strze­gli w tym po­wa­żne za­gro­że­nie wi­ęzi han­dlo­wych z In­dia­mi będący­mi bry­tyj­ską ko­lo­nią. W jed­no­znacz­nie wła­snym in­te­re­sie rząd w Lon­dy­nie przy­jął rolę ob­ro­ńcy osma­ńskie­go Kon­stan­ty­no­po­la.

Car Mi­ko­łaj I li­czył na to, że inne eu­ro­pej­skie mo­car­stwa zi­gno­ru­ją jego drob­ne ma­new­ry w Mo­łda­wii i na Wo­łosz­czy­źnie. My­lił się. Tuż po wkro­cze­niu wojsk ro­syj­skich na te­ren ksi­ęstw wio­sną 1853 roku An­glia wy­sła­ła na Mo­rze Śró­dziem­ne sze­ść okrętów wo­jen­nych, któ­re po­dob­nie jak fran­cu­skie jed­nost­ki cze­ka­ły w go­to­wo­ści na wy­so­ko­ści cie­śni­ny Dar­da­ne­le.

W nie­dzie­lę 2 pa­ździer­ni­ka 1853 roku Pe­ters­burg na­wie­dzi­ła strasz­na bu­rza. Dwa dni pó­źniej su­łtan w Kon­stan­ty­no­po­lu po­sta­wił ul­ti­ma­tum, a po­tem wy­po­wie­dział woj­nę ro­syj­skim na­je­źdźcom. Wkrót­ce wy­bu­chły wal­ki mi­ędzy ro­syj­ski­mi i osma­ński­mi od­dzia­ła­mi.

Pod ko­niec li­sto­pa­da ad­mi­rał Mien­szy­kow po­pro­wa­dził ro­syj­ską flo­tę do pierw­sze­go wi­ęk­sze­go zwy­ci­ęstwa u czar­no­mor­skich brze­gów Im­pe­rium Osma­ńskie­go. Po­zo­sta­łe mo­car­stwa na ra­zie za­cho­wy­wa­ły spo­kój.

*

Ro­syj­skie siły zbroj­ne okres świet­no­ści mia­ły daw­no za sobą. Nie­wy­szko­le­ni żo­łnie­rze na­dal dźwi­ga­li sta­ro­świec­kie musz­kie­ty z zam­ka­mi ska­łko­wy­mi. Wy­po­sa­że­nie tech­nicz­ne flo­ty nie było dużo lep­sze. Pod­czas gdy Wiel­ka Bry­ta­nia i Fran­cja po­sia­da­ły w su­mie sie­dem­na­ście su­per­no­wo­cze­snych okrętów z sil­ni­ka­mi pa­ro­wy­mi na­pędza­jący­mi koła ło­pat­ko­we, Ro­sja nie mia­ła żad­ne­go. We­dług ro­syj­skie­go hi­sto­ry­ka woj­sko­wo­ści Wła­di­mi­ra Ła­pi­na ów­cze­sne ża­glow­ce ro­syj­skie nada­wa­ły się je­dy­nie do tego, by po za­to­pie­niu blo­ko­wać szla­ki że­glow­ne.

Tak więc do­wódz­two ro­syj­skiej ma­ry­nar­ki wo­jen­nej sta­ło przed nie­ma­łym pro­ble­mem, a czas na­glił. W tej sy­tu­acji rzut­ki in­no­wa­tor Im­ma­nu­el No­bel był bez­cen­nym na­byt­kiem. Za­le­d­wie ty­dzień po tu­rec­kim ul­ti­ma­tum on oraz licz­ni inni fa­bry­kan­ci z Ro­sji otrzy­ma­li pi­smo od ro­syj­skie­go rządu. Ape­lo­wa­no do nich o na­tych­mia­sto­we przy­stąpie­nie do pro­duk­cji sil­ni­ków ło­pat­ko­wych na­pędza­nych parą, we­dług mo­de­lu an­giel­skie­go, z prze­zna­cze­niem dla ro­syj­skiej flo­ty. Ofer­ta była nęcąca, po­nie­waż ro­syj­ska ma­ry­nar­ka wo­jen­na obie­cy­wa­ła kon­ty­nu­ację za­mó­wień. Ten, kto szyb­ko zgło­si go­to­wo­ść wspó­łpra­cy, mógł li­czyć na dłu­go­ter­mi­no­wą i ca­łkiem lu­kra­tyw­ną pro­duk­cję sil­ni­ków do ro­syj­skich okrętów wo­jen­nych.

Fir­ma No­bel i Sy­no­wie nie prze­ga­pi­ła szan­sy. Już w grud­niu pod­pi­sa­ła umo­wę na pro­duk­cję sil­ni­ków do trzech du­żych 84-dzia­ło­wych okrętów ża­glo­wych: „Gan­gut”, „Wo­łga” i „Re­twi­zan”. Być może No­blo­wie mie­li pew­ną prze­wa­gę nad in­ny­mi, po­nie­waż dla Im­ma­nu­ela i jego chłop­ców prze­my­sł zbro­je­nio­wy nie był no­wo­ścią, po­nad­to ro­dzin­ne przed­si­ębior­stwo już wcze­śniej zo­sta­ło za­an­ga­żo­wa­ne w przy­go­to­wa­nia do woj­ny. W kwiet­niu 1853 roku bo­wiem fir­ma No­bel i Sy­no­wie za­wa­rła kon­trakt na bu­do­wę trzech ma­ga­zy­nów dla ar­ty­le­rii i na za­pa­sy żyw­no­ścio­we w Kronsz­ta­dzie, w po­ło­żo­nej na wy­spie ro­syj­skiej ba­zie ma­ry­nar­ki, któ­ra z umiej­sco­wio­ny­mi w niej for­te­ca­mi i ar­se­na­ła­mi strze­gła do­stępu do ów­cze­snej sto­li­cy Ro­sji.

Woj­na nie ozna­cza­ła złych cza­sów dla wszyst­kich, wręcz prze­ciw­nie. Im­ma­nu­el No­bel sko­rzy­stał z oka­zji i wy­grze­bał swo­je sta­re szki­ce min mor­skich. Z nie­zna­nej do­tych­czas ko­re­spon­den­cji mi­ędzy Szwe­dem a ro­syj­ski­mi si­ła­mi zbroj­ny­mi, od­na­le­zio­nej w Ar­chi­wum Hi­sto­rii Ro­syj­skiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej, wy­ni­ka, że Im­ma­nu­el, za­in­spi­ro­wa­ny eks­pe­ry­men­tem Zi­ni­na, pla­no­wał udo­sko­na­le­nie swo­je­go pro­duk­tu. Pod ko­niec mar­ca 1854 roku na­pi­sał do ge­ne­ral­ne­go in­ży­nie­ra for­ty­fi­ka­cji w Kronsz­ta­dzie i oprócz sil­ni­ków pa­ro­wych oraz bu­dyn­ków ma­ga­zy­no­wych za­ofe­ro­wał ta­kże swo­je miny mor­skie. Za­pro­po­no­wał ich dwa ro­dza­je: miny wy­pe­łnio­ne pro­chem oraz miny „z siłą wy­bu­chu po­cho­dzącą z ni­tro­gli­ce­ry­ny”[3*].

Nowy ma­te­riał wy­bu­cho­wy? Ge­ne­ral­ny in­ży­nier z Kronsz­ta­du zwró­cił się bez­po­śred­nio do no­we­go mi­ni­stra flo­ty, syna Mi­ko­ła­ja I, mło­de­go wiel­kie­go ksi­ęcia Kon­stan­te­go. W li­ście z 27 mar­ca 1854 roku na­pi­sał:

Kie­dy Wa­sza Ce­sar­ska Wy­so­ko­ść opu­ścił Kronsz­tad, otrzy­ma­łem od cu­dzo­ziem­ca No­bla pi­smo, w któ­rym pro­po­nu­je on użyć do obro­ny bazy min pły­wa­jących. Uzna­łem za­tem za swój obo­wi­ązek po­dzie­lić się z Wa­szą Ce­sar­ską Wy­so­ko­ścią tą in­for­ma­cją, po­nie­waż ofer­ta No­bla jest podług mnie war­ta uwa­gi.

Na wy­pa­dek gdy­by Wa­sza Ce­sar­ska Wy­so­ko­ść ży­czył so­bie prze­dys­ku­to­wać kwe­stię z No­blem, po­le­ci­łem mu udać się do Wa­szej Ce­sar­skiej Wy­so­ko­ści w Pe­ters­bur­gu.

Na­stęp­ne­go dnia Ro­sja przy­stąpi­ła do pierw­szej wiel­kiej woj­ny w Eu­ro­pie od upad­ku Na­po­le­ona w 1815 roku.

*

Wiel­ka Bry­ta­nia i Fran­cja dłu­go po­wstrzy­my­wa­ły się od udzia­łu w spo­rze ro­syj­sko-osma­ńskim. W stycz­niu 1854 roku jed­nak po­łączo­ne flo­ty obu pa­ństw wpły­nęły na Mo­rze Czar­ne, aby wy­wrzeć pre­sję na do­wód­cę Mien­szy­ko­wa, prze­by­wa­jące­go w głów­nej ba­zie w Se­wa­sto­po­lu na Pó­łwy­spie Krym­skim. Pierw­sze ty­go­dnie upły­nęły na przedłu­ża­jącym się wy­cze­ki­wa­niu i wza­jem­nym stra­sze­niu, co w bry­tyj­skiej Izbie Wy­ższej okre­ślo­no jako „ni to woj­nę, ni to po­kój”.

Do­pie­ro na prze­ło­mie lu­te­go i mar­ca oba mo­car­stwa osta­tecz­nie sfor­mu­ło­wa­ły wspól­ne ul­ti­ma­tum: Ro­sja ma nie­zwłocz­nie wy­co­fać swo­je od­dzia­ły z osma­ńskich ksi­ęstw. Od­mo­wa lub brak re­ak­cji będą „jed­no­znacz­ne w wy­po­wie­dze­niem woj­ny”. Mi­ko­łaj I wy­brał brak re­ak­cji, w kon­se­kwen­cji cze­go 28 mar­ca rów­nież Wiel­ka Bry­ta­nia i Fran­cja przy­stąpi­ły do kon­fron­ta­cji z Ro­sją.

Okręty bry­tyj­skie i fran­cu­skie z żo­łnie­rza­mi na po­kła­dzie roz­po­częły uci­ążli­wą wy­pra­wę na Krym. Rów­no­le­gle przy­go­to­wy­wa­no dru­gi front, na pó­łno­cy. Bry­tyj­ski wi­ce­ad­mi­rał Char­les Na­pier wy­ru­szył na cze­le po­tężnej flo­ty w kie­run­ku Mo­rza Ba­łtyc­kie­go. Kró­lo­wa Wik­to­ria, któ­ra bar­dzo dłu­go sprze­ci­wia­ła się woj­nie, z na­brze­ża w Por­ts­mouth po­że­gna­ła bry­tyj­ską jed­nost­kę fla­go­wą „Duke of Wel­ling­ton”. Za­hip­no­ty­zo­wa­ni woj­ną an­giel­scy dzien­ni­ka­rze prze­po­wia­da­li „nie­sły­cha­ne zwy­ci­ęstwa” si­łom Na­pie­ra, któ­re­go wkrót­ce mia­ło wes­przeć dzie­wi­ęt­na­ście okrętów fran­cu­skich.

Sze­śćdzie­si­ęcio­ośmio­let­ni wi­ce­ad­mi­rał Char­les Na­pier był po­ryw­czym Szko­tem z dłu­gą li­stą za­sług po­ło­żo­nych mi­ędzy in­ny­mi pod­czas wo­jen na­po­le­ońskich. Z bie­giem lat dał się po­znać jako har­dy i na­pa­stli­wy fan­fa­ron, nie­stro­ni­ący od awan­tur. W ksi­ążce Cri­mea Tre­vor Roy­le opi­su­je pod­sta­rza­łe­go Na­pie­ra jako nie­po­ha­mo­wa­ne­go kon­su­men­ta whi­sky i czło­wie­ka o oso­bli­wej po­dwój­nej na­tu­rze: „to czczo­ny wo­jow­nik, któ­ry w głębi du­cha wąt­pił we wła­sne zdol­no­ści przy­wód­cze, w opi­nii pu­blicz­nej bo­ha­ter, a pry­wat­nie ma­toł. U Na­pie­ra nie było żad­nej dro­gi po­śred­niej”.

W po­ło­wie kwiet­nia flo­ta bry­tyj­ska zna­la­zła się na Ba­łty­ku. Z pierw­szych zwia­dów wy­ni­ka­ło, że okręty ro­syj­skie wci­ąż sto­ją uwi­ęzio­ne na sku­tych lo­dem wo­dach Za­to­ki Fi­ńskiej. Wi­ce­ad­mi­rał Na­pier po­sta­no­wił za­tem się nie spie­szyć i w oko­li­cy szwedz­kiej wy­spy Älvsnab­ben po­cze­kać na wy­co­fa­nie się zimy. „Przed schy­łkiem lata znaj­dę się w Kronsz­ta­dzie albo w nie­bie” – po­dob­no tak pu­szył się eg­zal­to­wa­ny do­wód­ca przed opusz­cze­niem Wiel­kiej Bry­ta­nii. Lecz ci, któ­rzy byli ra­zem z nim na Mo­rzu Ba­łtyc­kim, w li­stach pi­sa­nych do domu wy­ra­ża­li nie­po­kój, że wi­ce­ad­mi­rał wy­da­je się zde­ner­wo­wa­ny.

Tak czy ina­czej, ofer­ta zło­żo­na przez Im­ma­nu­ela No­bla uzy­ska­ła w Pe­ters­bur­gu naj­wy­ższy prio­ry­tet.

Pi­smo z Kronsz­ta­du do­ty­czące jego min mor­skich do­ta­rło do ro­dzi­ny car­skiej mniej wi­ęcej rów­no­cze­śnie z wy­po­wie­dze­niem woj­ny przez Wiel­ką Bry­ta­nię i Fran­cję. Mi­ko­łaj I prze­czy­tał je już 3 kwiet­nia i przy­chy­lił się do wy­ra­żo­nej w nim opi­nii, że nie na­le­ży „za­nie­dbać oka­zji”, na­wet je­śli nikt nie może mieć pew­no­ści co do sku­tecz­no­ści owych min.

Car oso­bi­ście pod­pi­sał list z de­cy­zją: „Wy­ko­nać!”.

Dwa ty­go­dnie pó­źniej fir­ma No­bel i Sy­no­wie za­wa­rła kon­trakt z ro­syj­skim Mi­ni­ster­stwem Woj­ny na pro­duk­cję i roz­miesz­cze­nie czte­ry­stu min mor­skich „w celu znisz­cze­nia i za­to­pie­nia du­żych wro­gich okrętów w Za­to­ce Fi­ńskiej”.

Wy­na­gro­dze­nie było ba­jo­ńskie: 60 ty­si­ęcy ru­bli (oko­ło 2 mi­lio­nów zło­tych we­dług obec­nej war­to­ści). Po­nie­waż czas na­glił, No­bel obie­cał do­star­czyć pierw­sze sto min już w po­ło­wie maja.

Jed­no­cze­śnie trwa­ły in­ten­syw­ne pra­ce nad sil­ni­ka­mi pa­ro­wy­mi. Aby zdążyć z re­ali­za­cją umo­wy, fir­ma No­bel i Sy­no­wie była zmu­szo­na wstrzy­mać całą swo­ją do­tych­cza­so­wą dzia­łal­no­ść, prze­rwać wszel­kie pra­ce bu­dow­la­ne i prost­sze pro­jek­ty od­lew­ni­cze. Ha­ro­wa­no dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę. Jak pi­sał Lu­dvig No­bel, lata woj­ny cha­rak­te­ry­zo­wa­ły się „nie­prze­rwa­ną go­rącz­ko­wą pra­cą” ca­łej ich czwór­ki. Nie­ba­wem licz­ba za­trud­nio­nych mia­ła prze­kro­czyć ty­si­ąc osób, mimo że zna­le­zie­nie wy­star­cza­jąco kom­pe­tent­ne­go per­so­ne­lu sta­no­wi­ło wiecz­ny pro­blem.

W ro­syj­skiej ad­mi­ni­stra­cji nie bra­ko­wa­ło urzęd­ni­ków, któ­rzy kręci­li no­sem, wi­dząc, jak Szwe­dzi są fa­wo­ry­zo­wa­ni. W Mi­ni­ster­stwie Woj­ny ze zdu­mie­niem przy­jęto bły­ska­wicz­nie za­war­ty kon­trakt oraz bez­re­flek­syj­nie hoj­ne wa­run­ki za­ak­cep­to­wa­ne bez kon­sul­ta­cji z któ­rym­kol­wiek z mi­ni­ste­rial­nych eks­per­tów. Na­wet wiel­ki ksi­ążę Kon­stan­ty Mi­ko­ła­je­wicz, syn cara, nie krył nie­po­ko­ju. „Roz­ma­wia­łem z ca­rem o pró­bach No­bla. Uwa­żam go (No­bla) za wy­jąt­ko­wo uta­len­to­wa­ne­go, nie­rzad­ko jed­nak ule­ga on nad­mier­nej eks­cy­ta­cji wła­sny­mi wy­na­laz­ka­mi i dla­te­go na­le­ży za­cho­wać jak naj­wi­ęk­szą ostro­żno­ść względem nie­go” – na­pi­sał w oso­bi­stym li­ście do do­wódz­twa Kronsz­ta­du. „Je­śli No­bel wyda ja­kieś nie­roz­sąd­ne po­le­ce­nia, na­le­ży ko­niecz­nie i z całą mocą im się prze­ciw­sta­wić, aby uchro­nić nas przed nie­szczęściem”.

Nie tyl­ko w Kronsz­ta­dzie nie wszy­scy mie­li nie­po­dziel­nie po­zy­tyw­ny sto­su­nek do pro­jek­tu. „Na ile je­stem w sta­nie oce­nić to, co do­tych­czas sły­sza­łem, owe miny No­bla to czy­ste za­wra­ca­nie gło­wy, są rów­nie nie­gro­źne dla nas, jak dla in­nych” – do­nió­sł w li­ście ksi­ęciu Kon­stan­ty­no­wi je­den z ge­ne­ral­nych gu­ber­na­to­rów.

Car jed­nak po­sta­wił na Szwe­da. Nikt nie mógł za­kłó­cać ani blo­ko­wać jego pra­cy na rzecz ro­syj­skich sił zbroj­nych. Im­ma­nu­el wci­ąż miał nad sobą pa­ra­sol ochron­ny. Gdy na przy­kład w maju 1854 roku nie­zbęd­na roz­bu­do­wa jego fa­bry­ki mo­gła nie do­jść do skut­ku z po­wo­du za­pla­no­wa­ne­go dużo wcze­śniej po­sze­rze­nia po­bli­skiej uli­cy, car Mi­ko­łaj in­ter­we­nio­wał bły­ska­wicz­nie, anu­lu­jąc mo­der­ni­za­cję dro­gi. „Wła­ści­ciel za­kła­du No­bel może do­bu­do­wać skrzy­dło” – oznaj­mił car w swo­im po­sta­no­wie­niu.

Wio­sna 1854 roku sta­ła dla Im­ma­nu­ela No­bla i jego star­szych sy­nów pod zna­kiem częstych wy­praw do twier­dzy Kronsz­tad. Naj­pierw mu­sie­li prze­pro­wa­dzić tam nie­zbęd­ne te­sty, a po­tem roz­mie­ścić miny. Po­śpiech spra­wił, że zre­zy­gno­wa­li z po­my­słu za­sto­so­wa­nia ni­tro­gli­ce­ry­ny, po­nie­waż nie zdąży­li od­po­wied­nio ukie­run­ko­wać eks­plo­zji. Ale wy­two­rze­nie w krót­kim cza­sie czte­ry­stu min pro­cho­wych rów­nież sta­no­wi­ło nie­ma­łe wy­zwa­nie. Dla­te­go wszy­scy byli po­de­ner­wo­wa­ni.

Jak wy­ni­ka z do­ku­men­tów świe­żo od­na­le­zio­nych w ar­chi­wum, pro­wa­dze­nie ko­re­spon­den­cji mi­ędzy fir­mą a od­po­wied­ni­mi in­sty­tu­cja­mi pa­ństwo­wy­mi na­le­ża­ło do obo­wi­ąz­ków Al­fre­da No­bla. Zwy­kle pi­sał li­sty po fran­cu­sku, ale nie­rzad­ko po­słu­gi­wał się też ro­syj­skim. To rów­nież on, rów­no­le­gle z pro­jek­tem zwi­ąza­nym z mi­na­mi, sta­rał się zor­ga­ni­zo­wać wy­wóz z Ro­sji 123 ty­si­ęcy ru­bli (oko­ło 4 mi­lio­nów zło­tych we­dług dzi­siej­szej war­to­ści), co pod­czas trwa­jącej woj­ny nie było by­naj­mniej ła­twe. Pie­ni­ądze mia­ły po­kryć im­port ma­te­ria­łów do sil­ni­ków pa­ro­wych. Al­fred zło­żył wnio­sek o po­zwo­le­nie, ale nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a spó­źni­łby się z od­po­wie­dzią. Jego uspra­wie­dli­wie­nie (po ro­syj­sku) brzmia­ło: „By­łem w Kronsz­ta­dzie”.

Lu­dvig zaj­mo­wał się głów­nie sil­ni­ka­mi pa­ro­wy­mi, pod­czas gdy Ro­bert otrzy­mał trud­ne za­da­nie roz­miesz­cze­nia min. „Chy­ba ni­g­dy ża­den za­kład me­cha­nicz­ny nie wy­ka­zał się wi­ęk­szą ener­gią i wszech­stron­no­ścią” – pi­sał Lu­dvig o tam­tych la­tach.

Nowy ro­dzaj miny opra­co­wa­ny przez No­bla był wy­ko­na­ny z cyn­ku i miał kszta­łt sto­żka. Im­ma­nu­el i jego sy­no­wie, wy­pe­łniw­szy go czte­re­ma ki­lo­gra­ma­mi pro­chu, umie­ści­li na sa­mej gó­rze szkla­ną rur­kę z ła­two­pal­ny­mi che­mi­ka­lia­mi. Miny były prze­zna­czo­ne do za­ko­twi­cze­nia tuż pod po­wierzch­nią wody za po­mo­cą ła­ńcu­chów i pła­wi­ków. Po ude­rze­niu, na przy­kład przez okręt wro­ga, rur­ka tłu­kła się, che­mi­ka­lia ule­ga­ły wy­mie­sza­niu i do­cho­dzi­ło do za­pa­le­nia pro­chu.

Pro­duk­cja się prze­ci­ąga­ła. Na po­cząt­ku czerw­ca w ko­re­spon­den­cji ro­syj­skich władz wo­jen­nych nie bra­ko­wa­ło oznak wy­ra­źnej iry­ta­cji. Wi­ce­ad­mi­rał Na­pier za­czął bo­wiem kie­ro­wać się ze swo­ją flo­tą ku Za­to­ce Fi­ńskiej, ma­jąc te­raz wspar­cie okrętów fran­cu­skich. A co ro­bi­li No­blo­wie?

Do­pie­ro 19 czerw­ca Ro­bert przy­stąpił do umiesz­cza­nia min w oko­li­cy Kronsz­ta­du. Bry­tyj­skie okręty Na­pie­ra były już w pe­łni wi­docz­ne, za­rów­no dla miesz­ka­ńców wy­spy, jak i dla ro­dzi­ny car­skiej prze­by­wa­jącej w let­niej re­zy­den­cji Pe­ter­hof. „Ich ża­gle oraz wstęgi dymu na ho­ry­zon­cie sta­ły się atrak­cją bia­łych nocy” – na­pi­sał Tre­vor Roy­le w ksi­ążce Cri­mea. Na wszel­ki wy­pa­dek Lu­dvig wdra­pał się na ko­min jed­ne­go z ma­ga­zy­nów, aby ob­ser­wo­wać trwa­jące pra­ce.

On i resz­ta przy­si­ęga­li na wszyst­kie świ­ęto­ści, że w naj­bli­ższych dniach będą go­to­wi[1].

*

Hi­sto­ryk woj­sko­wo­ści Wła­di­mir Ła­pin jest ubra­ny w kra­cia­stą ko­szu­lę oraz czar­ną skó­rza­ną ka­mi­zel­kę i ma nie­sa­mo­wi­cie za­ra­źli­wy śmiech. Jest pro­fe­so­rem Ro­syj­skiej Aka­de­mii Nauk, uho­no­ro­wa­nym licz­ny­mi na­gro­da­mi. Umó­wi­łam się z nim na spo­tka­nie w jed­nym z pe­ters­bur­skich ho­te­li, aby do­pre­cy­zo­wać pew­ne szcze­gó­ły do­ty­czące tam­tych lat.

Wła­di­mir Ła­pin mówi mi, że miny No­bla są wci­ąż obec­ne w świa­do­mo­ści Ro­sjan. Zwłasz­cza ka­żde­go 20 czerw­ca, czy­li w rocz­ni­cę ich roz­miesz­cze­nia. W za­in­te­re­so­wa­nych kręgach za­wo­do­wych wzno­si się wów­czas to­a­sty i in­sce­ni­zu­je wy­sa­dza­nie bry­tyj­skich okrętów.

To świ­ęto­wa­nie ma źró­dło w in­cy­den­cie, do któ­re­go rze­ko­mo do­szło wła­śnie 20 czerw­ca 1854 roku. Bry­tyj­ska łódź zwia­dow­cza wy­ło­wi­ła jed­ną ze świe­żo umiesz­czo­nych przez Ro­ber­ta No­bla min, któ­ra aku­rat się po­lu­zo­wa­ła i dry­fo­wa­ła na po­wierzch­ni wody. We­dług wer­sji bry­tyj­skiej mina wy­bu­chła w mo­men­cie, gdy kontr­ad­mi­rał za­mie­rzał się jej bli­żej przyj­rzeć, wsku­tek cze­go stra­cił oko. We­dług wer­sji ro­syj­skiej cały okręt bry­tyj­ski eks­plo­do­wał i po­sze­dł na dno.

– Jak w dzi­siej­szej pro­pa­gan­dzie. Pierw­sze ofia­ry woj­ny mó­wią praw­dę – za­uwa­ża Ła­pin z uśmie­chem. – Ale z pa­trio­tycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia było to nie­sły­cha­nie wa­żne wy­da­rze­nie, któ­re od razu zna­la­zło się w ów­cze­snych środ­kach prze­ka­zu. Nie tyl­ko dla­te­go, że oka­za­li­śmy się sil­niej­si i obro­ni­li­śmy mia­sto, ale przede wszyst­kim z tego po­wo­du, że rzu­ci­li­śmy wy­zwa­nie tech­nicz­nie bar­dziej za­awan­so­wa­nym An­gli­kom, dys­po­nu­jąc czy­mś, cze­go oni jesz­cze nie mie­li.

Hi­sto­ryk ob­li­czył, że w cza­sie trwa­nia woj­ny krym­skiej No­blo­wie roz­mie­ści­li na Mo­rzu Ba­łtyc­kim w su­mie 1391 min ko­twicz­nych kon­tak­to­wych.

Po po­wro­cie do ho­te­lu wyj­mu­ję re­jestr wy­dat­ków pro­wa­dzo­ny przez Ro­ber­ta No­bla pod­czas prac przy mi­nach u pro­gu lata 1854 roku. Sfo­to­gra­fo­wa­łam ten do­ku­ment w Ar­chi­wum Kra­jo­wym w Lund; czte­ry stro­ny no­ta­tek spo­rządza­nych dzień w dzień sta­ran­nym pi­smem. Mo­żna od­nie­ść wra­że­nie, że nie były to dla nie­go nie­przy­jem­ne wy­ciecz­ki. Oto krót­ki wy­imek:

Wód­ka i chleb dla lu­dzi – 5,00 ru­bli.

Obiad dla mnie, wo­źni­cy i dwóch ro­bot­ni­ków – 1,50.

Wy­na­jęcie po­wo­zu w Kronsz­ta­dzie – 2,50.

Dwaj wio­śla­rze przez trzy dni – 8,50.

Ra­cje żyw­no­ścio­we dla 15 lu­dzi – 3,00.

Obiad z ofi­ce­ra­mi i tatą – 8,00.

Wód­ka dla lu­dzi – 4,00.

Le­mo­nia­da dla taty – 0,40.

Rum i po­si­łek dla mnie i ma­jo­ra – 5,25.

Śnia­da­nie z ofi­ce­ra­mi – 4,70.

Noc­leg i ko­la­cja w let­nim za­je­ździe – 2,60.

Wino – 5,00.

Je­dze­nie i wód­ka dla lu­dzi – 4,00.

Trze­ba przy­znać, że ro­syj­scy roz­sta­wia­cze min nie wy­le­wa­li wte­dy za ko­łnierz.

*

Bry­tyj­ski wi­ce­ad­mi­rał Char­les Na­pier prze­ży­wał ka­tu­sze. Li­nio­wiec „Duke of Wel­ling­ton” wpraw­dzie do­ta­rł wresz­cie na wody w oko­li­cy Kronsz­ta­du, był jed­nak znacz­nie spó­źnio­ny, a jego do­wód­ca nie po­tra­fił uwol­nić się od stre­su. Z Lon­dy­nu bo­wiem do­cie­ra­ły sy­gna­ły o na­ra­sta­jącej iry­ta­cji bry­tyj­skie­go rządu: li­piec za pa­sem, a na Ba­łty­ku na­dal żad­ne­go ata­ku?

Na­pier usi­ło­wał się wy­tłu­ma­czyć, ale co ob­cho­dzi­ło po­li­ty­ków, że u wschod­nich wy­brze­ży Szwe­cji utknął w gęstej mgle na po­nad dzie­si­ęć dni?

Bry­tyj­skie ło­dzie zwia­dow­cze wró­ci­ły z Kronsz­ta­du z dru­zgo­cącą wia­do­mo­ścią: płyt­ka woda, licz­ne ska­ły pod­wod­ne i ka­mien­ne wy­sep­ki. Prze­do­stać się mi­ędzy nimi mo­gły­by je­dy­nie nie­du­że i go­rzej wy­po­sa­żo­ne jed­nost­ki, aby prze­pro­wa­dzić atak na twier­dzę, któ­ra – jak wia­do­mo – była so­lid­nie uzbro­jo­na.

W tym mo­men­cie Na­pier ża­ło­wał swo­jej osten­ta­cji. Przed opusz­cze­niem Por­ts­mouth otrzy­mał wy­ra­źny roz­kaz, by nie dzia­łać nie­roz­wa­żnie i bez po­trze­by nie ry­zy­ko­wać utra­ty cho­ćby jed­ne­go okrętu. Te­raz jed­nak do­cie­ra­ły do nie­go wy­łącz­nie żąda­nia zwy­ci­ęstw. I jesz­cze na do­da­tek te „pie­kiel­ne urządze­nia”. Na­pier sły­szał o mi­nach No­bla, za­nim do­szło do in­cy­den­tu z kontr­ad­mi­ra­łem i jego okiem. Pe­wien miesz­ka­jący w Hel­sin­kach Szwed, któ­ry na­wi­ązał kon­takt z bry­tyj­ską flo­tą, po­twier­dził nie­po­ko­jącą plot­kę: zdra­dził, że Ro­sja­nie roz­mie­ści­li pod wodą ja­kiś ro­dzaj ła­dun­ków wy­bu­cho­wych, któ­re po po­trące­niu do­pro­wa­dzą do za­to­pie­nia wszyst­kich ata­ku­jących jed­no­stek. Czło­wiek ten spra­wiał wra­że­nie, że wie, o czym mówi. Twier­dził na­wet, że zna me­cha­ni­ka, któ­ry roz­sta­wiał miny.

Miny mor­skie na tak płyt­kich wo­dach? W tej sy­tu­acji wy­pły­ni­ęcie na nie za­czy­na­ło się nie­chyb­nie ko­ja­rzyć z pró­bą sa­mo­bój­stwa. Na­pier ła­mał so­bie gło­wę przez trzy dni. W ko­ńcu prze­ka­zał do An­glii in­for­ma­cję, że prze­pro­wa­dze­nie ata­ku na Kronsz­tad jest „ca­łko­wi­cie nie­mo­żli­we”. Taki sam wnio­sek miał wy­snuć w od­nie­sie­niu do nie mniej ufor­ty­fi­ko­wa­nej twier­dzy Sve­aborg (Su­omen­lin­na) pod Hel­sin­ka­mi. W kon­se­kwen­cji wy­dał roz­kaz ca­łko­wi­te­go wy­co­fa­nia flo­ty z Za­to­ki Fi­ńskiej.

Cho­ciaż kil­ka ty­go­dni pó­źniej woj­ska pa­ństw sprzy­mie­rzo­nych zdo­ła­ły za­jąć twier­dzę Bo­mar­sund na Wy­spach Alandz­kich, nic to jed­nak nie po­mo­gło. Za­du­fa­ny Char­les Na­pier po­nió­sł klęskę. Jego ostat­nia wa­żna mi­sja sko­ńczy­ła się tym, że po po­wro­cie do Wiel­kiej Bry­ta­nii cze­ka­ły go szy­der­stwa za po­nie­sio­ne fia­sko. Gdy tyl­ko zsze­dł na ląd, od razu zwol­nio­no go z funk­cji.

Ro­syj­ski mi­ni­ster woj­ny na­to­miast mógł z sa­tys­fak­cją za­ra­por­to­wać bez­po­śred­nio sa­me­mu ca­ro­wi Mi­ko­ła­jo­wi I „wy­ko­na­nie za­dań, któ­rych pod­jął się han­dlo­wiec No­bel”.

ROZ­DZIAŁ 2

W PO­SZU­KI­WA­NIU WY­ŻSZE­GO SEN­SU

Im­ma­nu­el No­bel z po­dzi­wem ob­ser­wo­wał swo­je­go mło­de­go syna Al­fre­da, któ­ry cho­ciaż miał do­pie­ro dwa­dzie­ścia lat, był zdu­mie­wa­jąco kom­pe­tent­ny i nie­zwy­kle am­bit­ny. Po­tra­fił pra­co­wać przez okrągłą dobę, i to z za­pa­łem i żar­li­wo­ścią, ja­kim nikt inny w ro­dzi­nie nie mógł do­rów­nać.

Jed­nak zwi­ąza­ny z woj­ną in­ten­syw­ny wy­si­łek wio­sen­nych mie­si­ęcy 1854 roku od­ci­snął się na­wet na nim. La­tem, kie­dy wi­ce­ad­mi­rał Na­pier pod­nió­sł ko­twi­ce i wszy­scy mo­gli wresz­cie ode­tchnąć z ulgą, Al­fred się roz­cho­ro­wał. W grun­cie rze­czy nie było w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go, po­nie­waż przez całe dzie­ci­ństwo co ja­kiś czas pod­upa­dał na zdro­wiu. Rów­nież jego star­szy brat Lu­dvig często nie­do­ma­gał, dręczo­ny przez upo­rczy­wy ka­szel, gdy tyl­ko na­sta­ła je­sień i nad Pe­ters­bur­giem za­le­gła nie­przy­jem­na wil­goć. Tym ra­zem jed­nak spra­wa w przy­pad­ku Al­fre­da była po­wa­żniej­sza. Pod ko­niec ży­cia twier­dził na­wet, że wła­śnie wte­dy, gdy miał dwa­dzie­ścia lat, praw­do­po­dob­nie by uma­rł, gdy­by nie wy­ku­ro­wał się sam „pro­mie­nia­mi świa­tła i cie­pła”.

Nie wia­do­mo do­kład­nie, co tam­te­go lata do­le­ga­ło Al­fre­do­wi No­blo­wi. Star­sze źró­dła su­ge­ru­ją prze­męcze­nie, a z jed­ne­go z ów­cze­snych li­stów wy­ni­ka, że często tra­cił hu­mor. Mniej wi­ęcej rok pó­źniej po­dob­no męczy­ły go za­par­cia i nie­ustan­nie po­wra­ca­jący ból. Wia­do­mo, że kło­po­ty żo­łąd­ko­we to­wa­rzy­szy­ły mu przez całe ży­cie, a wśród cho­rób z mło­dych lat po­ja­wia się na­wet szkor­but. Bra­cia No­bel nie­ustan­nie cho­ro­wa­li – li­sta ich po­ten­cjal­nych do­le­gli­wo­ści była wprost nie­sko­ńczo­na.

Ro­dzi­ce, któ­rym dzi­ęki in­te­re­som wo­jen­nym nie bra­ko­wa­ło te­raz pie­ni­ędzy, po­sta­no­wi­li za­fun­do­wać mło­de­mu Al­fre­do­wi po­byt w któ­ry­mś ze słyn­nych eu­ro­pej­skich ku­ror­tów. Wy­bór padł na Fran­zens­bad (Fran­cisz­ko­we Ła­źnie) w Cze­chach, spo­koj­ną kon­ku­ren­cję bar­dziej świa­to­wych i ma­low­ni­czo po­ło­żo­nych uzdro­wisk Karls­bad (Kar­lo­we Wary) i Ma­rien­bad (Ma­ria­ńskie Ła­źnie). Fran­zens­bad poza źró­dła­mi o zba­wien­nym wpły­wie na zdro­wie ofe­ro­wał rów­nież pierw­sze w Eu­ro­pie kąpie­le błot­ne. Stan­dar­do­wa ku­ra­cja trwa­ła dwa­dzie­ścia osiem dni.

Al­fred No­bel szyb­ko jed­nak miał dość. Nie do­strze­gał sen­su ani w opi­ja­niu się wodą czy w kąpie­lach, ani w to­wa­rzy­skich po­gwar­kach. W dro­dze do wód od­wie­dził bra­ta swo­jej mat­ki oraz ku­zy­nów w Sztok­hol­mie, a do­ta­rłszy na miej­sce, na­pi­sał do nich, że owa wi­zy­ta uczy­ni­ła dla jego zdro­wia znacz­nie wi­ęcej do­bre­go niż „cały ten Fran­zens­bad”. Gorz­kie sło­wa do­ty­czy­ły rów­nież oto­cze­nia. „Nie­trud­no od razu za­uwa­żyć, ile czło­wiek tra­ci na ta­kiej za­mia­nie, al­bo­wiem za­miast krew­nych i przy­ja­ciół ska­za­ny jest je­dy­nie na przy­pad­ko­we zna­jo­mo­ści z oso­ba­mi, z któ­ry­mi mo­żna wpraw­dzie spędzić kil­ka mi­łych chwil, ale z któ­ry­mi po­że­gna­nie wy­wo­łu­je w nas taki sam żal jak roz­sta­nie się ze sta­rym, zno­szo­nym płasz­czem”.

Tęsk­nił za do­mem „bar­dziej, niż da się to wy­ra­zić”, nie zno­sił być ci­ęża­rem dla ro­dzi­ców i zde­cy­do­wa­nie pra­gnął wró­cić do Pe­ters­bur­ga przed swo­imi dwu­dzie­sty­mi pierw­szy­mi uro­dzi­na­mi pod ko­niec pa­ździer­ni­ka, bez względu na to, czy do tej pory wy­zdro­wie­je, czy nie.

Mimo to przez resz­tę ży­cia będzie gor­li­wym go­ściem ku­ror­tów.

*

Je­śli cho­dzi o po­wa­żne me­dycz­ne wy­zwa­nia tam­tych cza­sów, uzdro­wi­ska nie ofe­ro­wa­ły wie­le. Pod­czas gdy dra­ma­tem XVIII stu­le­cia były pan­de­mie ospy praw­dzi­wej, wiek XIX zma­gał się z cho­le­rą i ty­fu­sem, mu­siał też sta­wić czo­ło gru­źli­cy i sy­fi­li­so­wi. W po­ło­wie wie­ku wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że naj­gro­źniej­sza jest cho­le­ra – w krót­kim cza­sie świat do­tknęła trze­cia fala za­ra­zy. W okre­sie od 1847 do 1861 roku w sa­mej Ro­sji cho­ro­ba ta po­chło­nęła po­nad mi­lion ofiar.

Ospę praw­dzi­wą uda­ło się w ko­ńcu ja­koś opa­no­wać za po­mo­cą ge­nial­nej szcze­pion­ki opra­co­wa­nej w 1796 roku przez bry­tyj­skie­go le­ka­rza Edwar­da Jen­ne­ra. Opie­ra­ła się ona na kil­ku­set­let­niej azja­tyc­kiej tra­dy­cji po­le­ga­jącej na tym, że do or­ga­ni­zmu oso­by zdro­wej wpro­wa­dza­no w celu jej ochro­ny mi­ni­mal­ną ilo­ść wy­dzie­li­ny i tka­nek po­bra­nych od cho­re­go na ospę. Lu­dzie zdro­wi naj­częściej cho­ro­wa­li wów­czas ła­god­nie, choć byli i tacy, któ­rzy umie­ra­li. Uwa­ża­no, że ko­rzy­ść w po­sta­ci uzy­ska­nia od­por­no­ści mimo wszyst­ko znacz­nie prze­wy­ższa ry­zy­ko.

Kon­cep­cja Jen­ne­ra spro­wa­dza­ła się do tego, aby za­miast ospy praw­dzi­wej wy­ko­rzy­stać do za­szcze­pie­nia ma­te­riał za­ka­źny ospy kro­wian­ki. Eks­pe­ry­ment się po­wió­dł i jego me­to­da oka­za­ła się o wie­le bez­piecz­niej­sza i sku­tecz­niej­sza. Był to suk­ces na ska­lę świa­to­wą.

Pierw­sze dzie­si­ęcio­le­cia XIX wie­ku zwy­kło się uwa­żać za czas na­ro­dzin no­wo­cze­snej me­dy­cy­ny. Za­częto kwe­stio­no­wać do­tych­cza­so­we po­pu­lar­ne me­to­dy le­cze­nia, jak pusz­cza­nie krwi czy le­wa­ty­wa, a wie­dza me­dycz­na w co­raz wi­ęk­szej mie­rze wy­ku­wa­ła się w la­bo­ra­to­riach, me­dy­cy­na zaś jako na­uka zy­ski­wa­ła co­raz wy­ższy sta­tus na po­wsta­jących uni­wer­sy­te­tach.

Do­ko­na­ła się też wy­ra­źna zmia­na w po­de­jściu: za­miast zga­dy­wać przy­czy­ny cho­rób, sta­ra­no się je zi­den­ty­fi­ko­wać i ob­ja­śnić. Na po­cząt­ku XIX stu­le­cia wy­na­le­zio­no ste­to­skop. Me­dy­cy na­uczy­li się słu­chać od­de­chu pa­cjen­ta i na tej pod­sta­wie ze zdu­mie­wa­jącą pew­no­ścią sta­wiać dia­gno­zę: bron­chit, za­pa­le­nie płuc czy gru­źli­ca. Po stwo­rze­niu przez pru­skie­go opty­ka Car­la Ze­is­sa do­kład­niej­sze­go i ta­ńsze­go mi­kro­sko­pu znacz­nie wzro­sło za­in­te­re­so­wa­nie me­dycz­nym ba­da­niem tka­nek.

Do po­stępu przy­czy­ni­li się ta­kże che­mi­cy. Był to czas prze­ło­mu w che­mii or­ga­nicz­nej. W 1828 roku pew­ne­mu nie­miec­kie­mu che­mi­ko­wi uda­ło się wy­two­rzyć „żywy” mocz­nik i tym sa­mym po­ko­nać gra­ni­cę mi­ędzy pro­bów­ka­mi a pro­ce­sa­mi prze­bie­ga­jący­mi w ży­wych or­ga­ni­zmach, co – jak wów­czas gło­sił Ko­ściół – było nie­mo­żli­we, po­nie­waż to Bóg ma nie­ja­ko wy­łącz­ne pra­wo do ży­wych.

Od­kry­cie to mia­ło epo­ko­wy cha­rak­ter i otwie­ra­ło ca­łko­wi­cie nowe pole ba­dań. Che­mi­cy za­częli eks­pe­ry­men­to­wać, prze­pro­wa­dza­jąc ró­żne re­ak­cje che­micz­ne, aby na sztucz­nej dro­dze, przez syn­te­ty­zo­wa­nie, wy­two­rzyć jesz­cze inne „żywe” pier­wiast­ki. I to wła­śnie z tą nową, „go­rącą” dys­cy­pli­ną, jaką była che­mia or­ga­nicz­na, za­po­zna­wał się stu­dent che­mii Al­fred No­bel. Jego na­uczy­ciel, Ni­ko­łaj Zi­nin, stu­dio­wał u jed­ne­go z pio­nie­rów w tej dzie­dzi­nie, pro­fe­so­ra Ju­stu­sa von Lie­bi­ga w Gies­sen. Stu­den­ci Lie­bi­ga mo­gli zgłębiać che­mię ży­wych or­ga­ni­zmów, ba­dać pod mi­kro­sko­pem tkan­ki mi­ęśni zwie­rząt lub ich ró­żne wy­dzie­li­ny, jak mocz czy pot. Pro­fe­so­ro­wi jako jed­ne­mu z pierw­szych uda­ło się ta­kże uzy­skać chlo­ro­form, śro­dek do nar­ko­zy, któ­ry obok ete­ru przy­spie­szył zisz­cze­nie się snu o bez­bo­le­snych in­ge­ren­cjach chi­rur­gicz­nych.

Me­dy­cy­na i che­mia za­częły się prze­ni­kać, jak miał pó­źniej po­wie­dzieć Al­fred No­bel.

Rów­no­le­gle do­ko­ny­wa­ła się re­wo­lu­cja w za­kre­sie hi­gie­ny me­dycz­nej. Pod ko­niec lat czter­dzie­stych XIX wie­ku pra­cu­jący w Wied­niu węgier­ski le­karz Ignaz Sem­mel­we­is zwró­cił uwa­gę na szo­ku­jąco wy­so­ką licz­bę zgo­nów z po­wo­du go­rącz­ki po­ło­go­wej. Jed­no­cze­śnie od­no­to­wał, że me­dy­cy bar­dzo często przy­cho­dzi­li do ro­dzących ko­biet pro­sto z pro­sek­to­rium. Gdy za­rządził obo­wi­ąz­ko­we my­cie rąk roz­two­rem chlo­ro­wa­ne­go wap­na, śmier­tel­no­ść na od­dzia­le po­ło­żni­czym ra­dy­kal­nie zma­la­ła.

W 1854 roku inny pe­łen in­wen­cji le­karz, Bry­tyj­czyk John Snow, chcąc zlo­ka­li­zo­wać ogni­ska za­ka­żeń pod­czas trwa­jącej w Lon­dy­nie epi­de­mii cho­le­ry, po­sta­no­wił na­no­sić wia­do­me przy­pad­ki za­cho­ro­wań na mapę. Był to strzał w dzie­si­ąt­kę. Oka­za­ło się, że wszy­scy cho­rzy ko­rzy­sta­li z tych sa­mych stud­ni. Kon­ty­nu­ując ma­po­wa­nie, Snow zbie­rał co­raz wi­ęcej do­wo­dów na to, że do prze­no­sze­nia się cho­ro­by przy­czy­nia­ła się woda.

Ob­ser­wa­cje Sno­wa wy­wo­ła­ły pew­ne po­zy­tyw­ne skut­ki w za­kre­sie mo­der­ni­za­cji, Sem­mel­we­is na­to­miast ni­g­dy nie do­cze­kał się ja­kiej­kol­wiek re­ak­cji ze stro­ny władz. Nie­zro­zu­mia­ny i za­ła­ma­ny zma­rł dzie­si­ęć lat pó­źniej w za­kła­dzie dla psy­chicz­nie cho­rych, uwa­ża­ny przez wie­lu za jed­ne­go z wiel­kich męczen­ni­ków w hi­sto­rii me­dy­cy­ny.

*

Gdy wy­bu­chła woj­na krym­ska, od daw­na już wie­dzia­no, że epi­de­mie cho­rób mogą sta­no­wić wi­ęk­sze za­gro­że­nie dla wal­czących żo­łnie­rzy niż broń. Trzy­na­ste­go wrze­śnia 1854 roku fran­cu­skie i bry­tyj­skie od­dzia­ły do­bi­ły do brze­gów Kry­mu, kil­ka­dzie­si­ąt ki­lo­me­trów od Se­wa­sto­po­la. Pierw­szą wi­ęk­szą bi­twę z woj­ska­mi ro­syj­ski­mi sto­czy­ły nad rze­ką Almą i co praw­da ty­dzień pó­źniej do­cze­ka­ły się zwy­ci­ęstwa, ale za­pła­ci­ły za nie wy­so­ką cenę. Wie­le ty­si­ęcy żo­łnie­rzy stra­ci­ło ży­cie.

Wi­ęk­szo­ść z nich, bo po­nad sie­dem­dzie­si­ąt pro­cent, zma­rła na cho­le­rę, a ta­kże w wy­ni­ku nie­le­czo­nych in­fek­cji i in­nych cho­rób.

In­for­ma­cja o zwy­ci­ęstwie nad Almą do­ta­rła do Lon­dy­nu i Pa­ry­ża do­pie­ro 1 pa­ździer­ni­ka. Nie­wie­le mo­żna było po­ra­dzić na ta­kie opó­źnie­nie. Prze­wo­dy te­le­gra­ficz­ne wci­ąż sta­no­wi­ły rzad­ko­ść, to­też prze­ka­zy­wa­nie wia­do­mo­ści na ska­lę mi­ędzy­na­ro­do­wą na­dal wy­ma­ga­ło pa­row­ców i po­sła­ńców na ko­niach. Mimo to do­stęp­ne wów­czas roz­wi­ąza­nia tech­nicz­ne do­pro­wa­dzi­ły do pew­nej re­wo­lu­cji i spra­wi­ły, że woj­na krym­ska jako pierw­sza w hi­sto­rii była na miej­scu ob­ser­wo­wa­na przez dzien­ni­ka­rzy, a ta­kże jako pierw­sza zo­sta­ła uwiecz­nio­na na fo­to­gra­fiach. Pra­sa bry­tyj­ska wy­ka­zy­wa­ła im­po­nu­jącą nie­za­le­żno­ść, pod­czas gdy fran­cu­ska była pod­da­na ostrej cen­zu­rze na­rzu­co­nej przez Na­po­le­ona III.

Re­la­cje pra­so­we z te­atru woj­ny mia­ły ode­grać nie­zwy­kłą rolę. Dwa ty­go­dnie po ra­do­ści ze zwy­ci­ęstwa „The Ti­mes” wpra­wił w szok czter­dzie­sto­ty­si­ęcz­ną rze­szę swo­ich czy­tel­ni­ków, opi­su­jąc śmier­tel­ne żni­wo bi­twy nad Almą. Ci­ężko ran­ni bry­tyj­scy żo­łnie­rze nie­rzad­ko le­że­li we wła­snych od­cho­dach na sło­mie zmie­sza­nej z obor­ni­kiem. Ty­si­ące za­ra­zi­ły się cho­le­rą w prze­pe­łnio­nych i brud­nych tu­rec­kich la­za­re­tach. Bra­ko­wa­ło le­ka­rzy, sióstr i nikt nie po­my­ślał o za­bra­niu na front uśmie­rza­jące­go ból chlo­ro­for­mu czy ete­ru, któ­re przy­da­ły­by się przy prze­pro­wa­dza­nych am­pu­ta­cjach. Nie było na­wet płót­na na opa­trun­ki.

Uru­cho­mio­no więc spe­cjal­ną kam­pa­nię, aby ze­brać fun­du­sze z prze­zna­cze­niem dla ofiar woj­ny. „Czy w Wiel­kiej Bry­ta­nii na­praw­dę nie ma żad­nych sióstr mi­ło­sier­dzia?” – py­tał 14 pa­ździer­ni­ka na ła­mach „Ti­me­sa” „po­szko­do­wa­ny żo­łnierz”. Ależ są – po­my­śla­ła trzy­dzie­stocz­te­ro­let­nia dama, któ­ra pro­wa­dzi­ła dom opie­ki dla star­szych ko­biet w Lon­dy­nie.

Trzy dni pó­źniej Flo­ren­ce Ni­gh­tin­ga­le mia­ła już za­rów­no cel dzia­ła­nia, jak i od­po­wied­ni bu­dżet. Z gru­pą „sióstr mi­ło­sier­dzia” wy­ru­sza­ła do Kon­stan­ty­no­po­la, aby po­ło­żyć kres nie­god­nym wa­run­kom sa­ni­tar­nym wśród żo­łnie­rzy. I z cza­sem rze­czy­wi­ście zdo­ła­ła to osi­ągnąć. Pod jej ener­gicz­nym kie­row­nic­twem licz­ba zgo­nów w szpi­ta­lach po­lo­wych ra­dy­kal­nie spa­dła. Po dwóch i pół roku wró­ci­ła do Lon­dy­nu jako bo­ha­ter­ka i zo­sta­ła okrzyk­ni­ęta bry­tyj­ską Jo­an­ną d’Arc. I tak oto na­ro­dził się za­wód pie­lęgniar­ki.

Ale to wszyst­ko mia­ło się do­pie­ro zda­rzyć. Gdy w so­bo­tę 21 pa­ździer­ni­ka 1854 roku Flo­ren­ce Ni­gh­tin­ga­le opusz­cza­ła Wiel­ką Bry­ta­nię, wie­dzia­ła je­dy­nie, że cze­ka ją nie­zwy­kle ci­ężkie za­da­nie.

*

Tego sa­me­go dnia, czy­li w so­bo­tę 21 pa­ździer­ni­ka, Al­fred No­bel sko­ńczył dwa­dzie­ścia je­den lat. Dzi­ęki temu, że w porę opu­ścił Fran­zens­bad, mógł spędzić ów dzień osi­ągni­ęcia doj­rza­ło­ści ra­zem z ro­dzi­ca­mi i czte­re­ma bra­ćmi w po­ma­lo­wa­nej na sza­ro drew­nia­nej wil­li na na­brze­żu Wiel­kiej New­ki. Ro­dzi­na mia­ła co świ­ęto­wać, na­stęp­ne­go dnia bo­wiem naj­młod­szy z sy­nów, Rolf, ko­ńczył dzie­wi­ęć lat, a ty­dzień pó­źniej czwar­ty z bra­ci, Emil – je­de­na­ście.

Pe­ters­burg trwał w nie­usta­jącym szo­ku po licz­nych klęskach Ro­sji na Kry­mie. Głów­ny do­wód­ca Mien­szy­kow, spo­dzie­wa­jąc się, że wro­dzy so­jusz­ni­cy przy­pusz­czą atak do­pie­ro na wio­snę, dał się za­sko­czyć. Jego ar­mia mu­sia­ła ucie­kać na łeb na szy­ję i wy­gląda­ło na to, że pod­da­nie się Se­wa­sto­po­la to tyl­ko kwe­stia dni.

Ksi­ążę Mien­szy­kow, tak istot­ny dla ro­dzi­ny No­blów, zo­stał uzna­ny za nie­kom­pe­tent­ne­go. To jego oso­bi­ście ob­ci­ążo­no winą za nie­po­wo­dze­nie, a za­szczy­tu wzmoc­nie­nia Se­wa­sto­po­la, dzi­ęki cze­mu w ostat­niej chwi­li klęska prze­ro­dzi­ła się w dłu­go­tr­wa­łe ob­lęże­nie, mie­li do­stąpić inni.

Car Mi­ko­łaj I po­pa­dł w głębo­ką de­pre­sję. Nie sy­piał, nie ja­dał i nie­jed­no­krot­nie mo­żna było wi­dzieć go za­le­wa­jące­go się łza­mi, cho­ciaż nor­mal­nie gar­dził tego ro­dza­ju sła­bo­ścią u mężczyzn. „Wi­dok mo­nar­chy ła­mie ser­ce” – za­uwa­ży­ła jed­na z dam dwo­ru. In­nym na­to­miast nie bra­ko­wa­ło du­cha wal­ki. Czyż Ro­sja nie ob­ró­ci­ła gro­żącej jej po­ra­żki w zwy­ci­ęstwo nad Na­po­le­onem?

Kon­ty­nu­owa­no zbro­je­nie ar­mii i w zwi­ąz­ku z tym po raz dru­gi za­an­ga­żo­wa­no No­blów do wspó­łpra­cy. W stycz­niu 1855 roku fir­ma No­bel i Sy­no­wie pod­pi­sa­ła z ro­syj­skim Mi­ni­ster­stwem Woj­ny kon­trakt na ko­lej­ne 1160 min mor­skich prze­zna­czo­nych do roz­miesz­cze­nia na wo­dach pod Tur­ku i wo­kół twier­dzy Sve­aborg pod Hel­sin­ka­mi. Wy­na­gro­dze­nie było osza­ła­mia­jące: 116 ty­si­ęcy ru­bli. Rów­no­cze­śnie od po­nad roku pra­co­wa­no nad sil­ni­ka­mi pa­ro­wy­mi do trzech no­wych okrętów wo­jen­nych. Wie­le jed­nak wska­zy­wa­ło na to, że nie będą one go­to­we wcze­śniej niż je­sie­nią.