Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 440 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka No więc dobrze - Paul Bowles

Literacka legenda dwudziestego wieku

Spragniony przygód i niezwykłych doznań urzędnik bankowy Nelson Dyar porzuca spokojne życie w powojennej Ameryce i płynie do Tangeru,

aby podjąć pracę w agencji turystycznej prowadzonej przez starego znajomego, Jacka Wilcoxa. Od samego dnia przyjazdu Nelson daje się uwieść mrocznej stronie marokańsko-międzynarodowej wówczas metropolii, ulegając panującym w mieście dekadenckim nastrojom. Zadymione haszyszem nocne bary, pełne brudu domy publiczne, nielegalne pokazy erotycznych filmów, podejrzani biznesmeni, arystokraci prawdziwi i udawani, prostytutki przeróżnych narodowości – przed piekłem Tangeru trudno uciec. Zdeterminowany, aby odnaleźć się w swoim nowym życiu, Nelson niepostrzeżenie zostaje wciągnięty w wir coraz bardziej złowrogich wydarzeń, z którego, wydaje się,  nie ma ucieczki…

Paul Bowles  (1910-1999) - jeden z najwybitniejszych pisarzy amerykańskich, przez większość życia mieszkał w Tangerze, w Maroku. W Świecie Książki ukazały się także inne jego książki: „Podróże. Pisma zebrane 1950-1993”, „Bez ustanku. Autobiografia”, „Ponad światem”, „Dni. Dziennik z Tangeru 1987-1989”, „Pod osłoną nieba” i „Dom pająka”.

Opinie o ebooku No więc dobrze - Paul Bowles

Fragment ebooka No więc dobrze - Paul Bowles

Tytuł oryginału Let It Come Down

Wydawca Grażyna Smosna

Redaktor prowadzący Tomasz Jendryczko

Redakcja Zofia Domańska

Korekta Mirosława Kostrzyńska

Copyright © 1952, Paul Bowles All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2011

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

BANKO Wieczorem będzie chyba padać.

PIERWSZY MORDERCA No więc dobrze! (Rzucają się na Banka).

William Szekspir, Makbet, akt III, scena 3[1]

1 Banquo: It will be Rayne to Night. 1stMurd.: Let it come downe. (They set upon Banquo). Zachowano pisownię oryginału.

Wprowadzenie

Od czasu, gdy miałem osiem, dziewięć lat, fascynował mnie ten fragmencik Makbeta, gdy Banko wychodzi z synem z zamku i do mijanych ludzi rzuca uwagę o nadchodzącym deszczu, a w odpowiedzi widzi błysk miecza i słyszy wspaniałe trzysłowne zdanie, zwięzłe i brutalne: „No więc dobrze”.

Opatrzona tym tytułem powieść ukazała się na początku roku 1952, w chwili buntów, które zapowiadały koniec międzynarodowej strefy Maroka. Już więc w momencie publikacji książka traktowała o minionych latach, Tanger bowiem nigdy już nie był taki jak dawniej po 30 marca 1952 roku. Miasto przedstawione na kartach tej książki od dawna już nie istnieje, a opisane tu wydarzenia stały się nie do pomyślenia. Niczym fotografia, ta opowieść ukazuje określone miejsce w określonym czasie i przeniknięta jest blaskiem tej chwili.

Początek tej książki był może dość niezwykły. W grudniu 1949 roku wsiadłem w Antwerpii na polski frachtowiec udający się do Colombo. W nocy wpłynęliśmy w Cieśninę Gibraltarską, a ja stałem na pokładzie i spoglądałem na błyski latarni morskiej na przylądku Spartel, północno-zachodnim cyplu Afryki. Płynęliśmy na wschód, a ja mogłem widzieć światła poszczególnych budynków na Starej Górze. Kiedy zbliżyliśmy się do Tangeru, nad wodą zawisła lekka mgła i widać było tylko odbijające się na niebie światła miasta. To właśnie wtedy poczułem nierozsądne i potężne pragnienie, aby pozostać w Tangerze. Do tej chwili nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, aby napisać książkę o międzynarodowym mieście. Zszedłem do kajuty, położyłem się na twardej koi i zacząłem snuć scenę, która rozgrywała się na skałach, obok których właśnie przepłynęliśmy. Nie był to jeszcze początek książki, ale swego rodzaju geograficzny punkt kontaktowy, od którego mogłem cofać się w przeszłość i wybiegać w przyszłość.

Notatki są dla mnie bezużyteczne, chyba że mam już kawałek wykończonego tekstu, w którym można je wykorzystać. Wiedziałem, że muszę mieć fragment na tyle spory, aby mógł stanowić pępowinę łączącą mnie z powieścią, zanim znajdę się w nieznanym miejscu, inaczej bowiem wszystko będzie stracone. Kiedy statek zbliżał się do Cejlonu, uparcie zaczął do mnie powracać znany aforyzm Kafki: „Od pewnego punktu nie ma już odwrotu. I ten punkt trzeba osiągnąć”. Wątpię, by chodziło mu o pisanie książki, niemniej słowa te dobrze pasowały do mojej sytuacji. Usiłowałem dotrzeć do tego punktu zwrotnego, tylko wtedy bowiem mogłem być pewien, że nie zawrócę i nie zrezygnuję z książki, kiedy potem znowu do niej zasiądę.

Sri Lanka – błędnie później wymawiana jako Cejlon – jak się spodziewałem, nie sprzyjała dalszej pracy nad książką: zbyt wiele było do zobaczenie i nauczenia się, a krajobraz zbyt urzekający, aby pozwalać na kontemplację. Prowadziłem życie nomady, rzadko zatrzymując się w jednym miejscu dłużej niż na kilka dni. Dopiero kiedy przeniosłem się do Indii, mogłem wrócić do książki.

W Indiach czas dzienny upływał na badaniach, pisałem wieczorami, a mój pozbawiony okien gabinet nie był oazą wygody. Temperatura powietrza zawsze wydawała się o kilka stopni wyższa od temperatury krwi, a lampka oliwna paliła mi w twarz niczym piecyk. (Najlepiej, oczywiście, byłoby pracować w łóżku w sąsiednim pokoju, tyle że jeśli zapaliło się tam światło, natychmiast wlatywały tysiące skrzydlatych insektów; kładłem się do łóżka po ciemku). Jak jednak dobrze wiedzą pisarze, niewygoda często sprzyja intensywnej pracy.

Pod koniec 1950 roku znalazłem się w Tangerze, była to zima jak rzadko burzowa; zamieszkałem w nowo otwartej pension. Była też nowo (czytaj: źle) zbudowana, tak że deszcz spływał po ścianach mojego pokoju, przez drzwi wylewał się na korytarz, a stamtąd po schodach docierał do sali recepcyjnej. Ponieważ przemieszczanie się po pokoju oznaczało brodzenie w zimnej wodzie, większość czasu spędzałem w łóżku, kończąc Surowe mięso i róże. Potem osiem miesięcy podróżowałem po Maroku, Algierii i Hiszpanii, dorywczo pracując nad trzecim rozdziałem Czasu potworów.

Jesienią 1951 roku znowu przyjechałem do Tangeru i udałem się do Xauen[2], żeby pisać końcowe partie. Tutaj, w absolutnej ciszy górskich nocy, dokonałem tego, na co miałem nadzieję, dotarłszy do tego miejsca w książce. Wyłączyłem wszystkie zabezpieczenia i pozwoliłem, by Inny rodzaj ciszy sam sobą sterował, bez mego świadomego wpływu. Zaszło to tak daleko, jak mogło, i to wyznaczyło koniec książki.

Bohaterem jest niewiadoma istota nazywająca siebie „ofiarą”, której osobowość, wyznaczana wyłącznie przez sytuacje, budzi współczucie tylko w tej mierze, w jakiej jest ofiarą. To jedyna postać zupełnie wymyślona; modelami wszystkich innych byli rzeczywiści mieszkańcy Tangeru. Niektórzy z nich wyjechali, inni umarli. Jedyną postacią, której pierwowzór pozostał tutaj, jest Richard Holland – a to dlatego że nadal tu mieszkam, a on stanowi karykaturę mnie samego.

Prawdziwa kradzież pieniędzy była tak nieprawdopodobna, że musiałem ją trochę podretuszować, aby przydać jej wiarygodności. Trzy lata po zakończeniu II wojny światowej syn sławnego pisarza angielskiego przyjechał z żoną do Tangeru, żeby kupić tutaj działkę i postawić na niej dom. Ze Zjednoczonego Królestwa nie wolno było wywozić funtów szterlingów, więc – jak wielu innych – udał się w Gibraltarze do hinduskiego kupca i wręczył mu czek swojego londyńskiego banku. Hindus polecił swemu synowi w Tangerze, aby wydał panu X odpowiednią sumę w pesetach. Pan X był jednak w każdym calu dżentelmenem, który takie sprawy załatwiał przez sekretarza Anglika. Kiedy ten zjawił się po pieniądze u młodego Hindusa, okazało się, że czekają na niego nie pesety, lecz funty szterlingi, którymi z powodu restrykcji finansowych nie można było się posługiwać w strefie międzynarodowej. Hindus skontaktował się z właścicielem pobliskiego kantoru, który zgodził się kupić funty, wypełnił pudełko pesetami i zaniósł do Hindusa, mówiąc, że idzie właśnie na obiad, więc nie chce targać ze sobą pieniędzy, a po funty zajdzie po południu, kiedy będzie wracał do biura.

Po południu do Hindusa wpadł sekretarz pana X i powiedział, że właśnie pożegnał się w Zoco Chico z właścicielem kantoru, który poprosił go o małą przysługę: czy nie zechciałby sam podrzucić mu funtów. Wziął odpowiednie pudełko, wrócił po pięciu minutach i powiedział: „No, wszystko załatwione”. Teraz wziął pesety i zanurzył się w tłum przetaczający się po Siaghines. Godzinę później siedział już na pokładzie samolotu do Madrytu, bogatszy o pesety i szterlingi. Ostatni raz słyszałem o nim rok czy dwa później: w Buenos Aires grał na wyścigach konnych.

2 Chefchaouen lub Chaouen – miasto w północno-zachodnim Maroku.

Księga pierwsza

1

Była już noc, gdy mały prom zacumował przy przystani. Dyar wszedł na trap i wtedy nagły podmuch wiatru cisnął mu w twarz kilka kropel ciepłego deszczu. Pasażerowie byli nieliczni i marnie ubrani; wszystkie swoje rzeczy mieli w tanich tekturowych walizkach i papierowych torbach. Kilku oberwanych Arabów już dojrzało go zza płotu i pokrzykiwało: „Hotel Metropole, mister!”, „Ej, Johnny, chodź tutaj”, „Chcesz hotel?”, „Grand Hotel, ej!”. Zupełnie jakby trzymał przed nimi do wglądu swój amerykański paszport. Nie zwracał na nich uwagi. Za kilka minut miał się zacząć prawdziwy deszcz. Zanim urzędnik otworzył przed nim drzwi, był nieprzyjemnie przemoczony.

Pokój oświetlały trzy oliwne lampy, każda dla jednego kontrolera. Dyara zostawili sobie na ostatek i wszyscy trzej starannie przejrzeli jego bagaże, bez ani cienia przyjazności czy humoru. Kiedy już przepakował swoje teczki tak, by dały się zamknąć, postawili na nich kredą niebieskie znaki i z wahaniem pozwolili mu przejść. Teraz musiał zaczekać w kolejce do okienka, na którym znajdował się napis Policia. Kiedy w niej stał, jego spojrzenie pochwycił mężczyzna w czapce z unoszonym daszkiem, pomachał i zawołał: „Taxi!”. Był porządnie ubrany, więc Dyar ruchem głowy zasygnalizował zgodę. Tamten natychmiast wdał się w bójkę z innymi, kiedy zaczął się przepychać po bagaże. Tego wieczoru Dyar był jedynym łupem. Odwrócił głowę z niesmakiem, kiedy okrzyki pognały za taksówkarzem aż do drzwi. Nie czuł się zresztą najlepiej.

Pogorszyło mu się jeszcze w taksówce, o której szyby bębniły krople deszczu, a wycieraczki z mozolnym skrzypem przesuwały się po szkle tam i z powrotem. Znalazł się już tutaj i nie było odwrotu. Oczywiście, ani przez chwilę nie było mowy o wycofaniu się. Od momentu, kiedy odpowiedział, że przyjmuje pracę, i wykupił przejazd z Nowego Jorku, wiedział, że decyzja jest nieodwołalna. Człowiek nie zmienia zdania w takich kwestiach, gdy zostało mu tylko mniej niż pięćset dolarów. Teraz jednak, kiedy wpatrywał się w ciemność za ciemnymi szybami, po raz pierwszy odczuł rozpacz i samotność, które, jak sądził, zostawił za sobą. Zapalił papierosa i poczęstował kierowcę.

Postanowił, że to jemu zostawi decyzję, gdzie ma się zatrzymać. Arab niewiele rozumiał po angielsku, ale znał słowa „tani” i „czysty”. Z falochronu zjechali na ląd, przy bramie dwóch policjantów wstawiło głowy do środka; potem przez jakiś czas wolno jechali ulicą z nielicznymi słabymi światłami. Gdy zajechali pod hotel, kierowca nie zaoferował pomocy przy bagażu; w zasięgu wzroku nie było też żadnego portiera. Dyar raz jeszcze obejrzał wejście; fronton sugerował duży, nowoczesny hotel, ale w holu paliła się tylko jedna świeczka. Wysiadł i zaczął wyciągać swoje rzeczy. Spojrzał pytająco na kierowcę, który pustym wzrokiem obserwował, jak opróżnia bagażnik; facet chciał jak najszybciej odjechać.

Kiedy już ustawił wszystkie walizki na chodniku, zapłacił kierowcy i otworzył drzwi hotelu. Za blatem recepcyjnym siedział młody mężczyzna z gładkimi czarnymi włosami i starannie przyciętym wąsikiem. Jedyne światło dawała świeca. Spytał, czy to Hotel de la Playa, i nie wiedział, czy potwierdzająca odpowiedź ucieszyła go, czy zasmuciła. Chwilę zajęło mu przenoszenie bagaży do holu. Potem w ślad za niosącym świeczkę chłopcem zaczął się wspinać schodami do pokoju. Winda nie była czynna z powodu braku prądu.

Pokonali trzy piętra. Hotel był niczym wielka betonowa komora rezonansowa. Odgłos każdego kroku zwielokrotniał się i rósł we wszystkich kierunkach. Budynek prezentował tę intensywną i czystą marność, którą osiągają tylko tanie, nowe konstrukcje. W ścianach już zdążyły się pojawić duże rysy, kawałki tynku odpadały wokół framug drzwi, tu i tam brakowało w podłodze klepek.

Kiedy dotarli do pokoju, chłopiec wszedł przodem i przytknął zapałkę do świeczki wetkniętej w pustą butelkę po cointreau. Na ściany wyskoczyły cienie. Zapach wilgotnego powietrza był nieprzyjemny: odór mokrego tynku i niemytych stóp.

– Fu, ale tu śmierdzi – powiedział Dyar.

Spojrzał podejrzliwie na łóżko i uniósł kapę, a pod spodem zobaczył prześcieradło.

Naprzeciw drzwi znajdowało się duże okno i chłopiec natychmiast podskoczył, aby je otworzyć. Z ciemności wtargnął do pokoju wiatr. Słychać było stłumiony dźwięk fal. Tamten powiedział coś po hiszpańsku; Dyar podejrzewał, iż zapewnił, że to dobry pokój, bo z widokiem na plażę. Mało go to obchodziło, na którą stronę wychodzi okno; nie przyjechał tu na wakacje. W tej chwili najbardziej potrzebował kąpieli. Boy zamknął okno i zbiegł po bagaże. Jeden z rogów pokoju oddzielony był brudną zasłoną, za którą znajdował się prysznic z szarą cementową podłogą i takimiż ścianami. Spróbował kranu z napisem caliente i zdziwił się, że woda była całkiem gorąca.

Kiedy chłopiec przyniósł walizki, ustawił je nie tam, gdzie mu polecono, wziął napiwek, a potem miał kłopot z domknięciem drzwi i ostatecznie zostawił je uchylone. Wtedy Dyar oderwał się od okna, przy którym stał, i przebierając palcami po zasłonie, wpatrywał się w mrok, po czym zatrzasnął drzwi i usłyszał brzęk klucza spadającego na podłogę korytarza. Rzucił się na łóżko i przez jakąś chwilę wpatrywał się w sufit. Musi zaraz zadzwonić do Wilcoxa i poinformować go o swoim przyjeździe. Odwrócił głowę, żeby zobaczyć, czy jest telefon na nocnym stoliku, ale ten skrył się w cieniu rzucanym przez łóżko, zbyt ciemnym, aby można było cokolwiek rozpoznać.

Czuł, że to groźny punkt. W tej chwili zupełnie jakby nie istniał. Zrezygnował ze wszystkich zabezpieczeń, puszczając się w – jak zapewniali go wszyscy, a on sam podejrzewał – daremną podróż. Stare sprawy zostawił za sobą, nowe się jeszcze nie zaczęły. Żeby je rozpocząć, wystarczyło zadzwonić do Wilcoxa, tymczasem on leżał bezczynnie. Przyjaciele uznali go za wariata, rodzina protestowała z oburzeniem i smutkiem, ale z jakichś przyczyn, dla niego samego mało zrozumiałych, zatykał na to wszystko uszy. „Mam już tego dość – krzyczał nieco histerycznie. – Już od dziesięciu lat stoję w okienku bankowym. Więcej tego nie zniosę, to wszystko”. Na sugestię, że może poszedłby do lekarza, zaśmiał się szyderczo i odrzekł: „Nie dolega mi nic takiego, czego nie uleczyłaby zmiana. Nikt nie może tak z roku na rok wegetować w klatce”. „Świetnie, świetnie – mówił ojciec – tylko jak chcesz to zmienić?”. Na to już nie miał odpowiedzi. Podczas kryzysu czuł się szczęśliwcem, gdy otrzymał pracę w bankowym Transit Department, za takiego uważali go też wszyscy znajomi; w tak trudnych czasach umożliwiła to tylko przyjaźń ojca z jednym z wicedyrektorów. Tuż przed wojną został kasjerem. Wiedział wprawdzie, że ma szmery w sercu, niejasno jednak wyobrażał sobie, że uda się to ominąć i otrzyma jakąś pożyteczną pracę wojenną. Każdą zmianą byłby zachwycony. Otrzymał stanowczą odmowę; miał nadal stać w swojej klatce. Wtedy opadło go demoralizujące wrażenie bezruchu. Jego życie było jak z ołowiu, zbyt ciężkie na to, aby mógł je ruszyć z miejsca, gdzie zaległo. Zaczynał powoli nawykać do poczucia wielkiej beznadziejności i rozpaczy, a zarazem gorzko go nienawidził. Nie był z natury ponurakiem, więc rodzina dostrzegła zmianę. „Po prostu rób to, co trzeba – mówił ojciec – i nie gryź się, a zaraz zobaczysz, ile jest bogactwa w każdym dniu. I co ci z tego przyjdzie, że będziesz się zamartwiał o przyszłość? Niech ona się zatroszczy o siebie”. Kiedy nic się nie zmieniło, usłyszał znaną przestrogę, że w ten sposób pogorszy tylko swoje kłopoty z sercem. Dyar uśmiechał się krzywo. Jeśli o niego chodziło, nie miał nic przeciwko temu, by każdy dzień troszczył się o siebie; to nie przyszłość go gnębiła, lecz teraźniejszość – wrogami były minuty. Każda pusta, ociężała minuta, nadchodząc, odrobinę bardziej wypychała go z życia. „Za mało wychodzisz – obruszał się ojciec. – Dajżeż sobie jakąś szansę. Jak ja byłem w twoim wieku, nie mogłem się doczekać, kiedy skończy się praca, żeby lecieć pograć w tenisa, nad rzekę na ryby czy odprasować spodnie na tańce. Jesteś chory. Nie, nie cieleśnie. Ten drobiazg z sercem to nic. Gdybyś żył, jak należy, nie powinno to sprawiać żadnych kłopotów. Chodzi mi o twoją postawę. Jest niezdrowa. Całe wasze pokolenie jest niezdrowe. Z jednej skrajności w drugą. Albo się upijacie tak, że zwalacie się gdzieś na ulicy, albo kwękacie, że życie jest nic nie warte. Co się z wami wszystkimi dzieje, u licha!”. Dyar uśmiechał się i mówił, że czasy się zmieniły. „Czasy zawsze są inne – odpowiadał ojciec – ale nie ludzka natura”.

Dyar nie przepadał za książkami, nie lubił nawet kina. Wszelka rozrywka jeszcze bardziej podkreślała stagnację egzystencji i to nie tylko wtedy, kiedy zabawa się kończyła, lecz także w jej trakcie. Po wojnie spróbował się jakoś pogodzić ze swym życiem. Niekiedy wypuszczał się z dwoma czy trzema przyjaciółmi, a każdy zabierał ze sobą dziewczynę. W mieszkaniu jednej z nich wypijali koktajle, potem szli na film, a następnie zjadali coś u jakiegoś okolicznego Chińczyka, gdzie można było potańczyć. Dalej następował długi proces rozwożenia dziewczyn, jednej po drugiej, do domów, co zrobiwszy, najczęściej szli do baru i ciężko się upijali. Czasami, niezbyt często, łapali jakąś tanią okazję w barze czy na ulicy i szli z nią do mieszkania Billa Haleya, gdzie kolejno się na niej pokładali. Był to utarty zwyczaj, w jego miejsce nie narzucał się żaden inny. Dyar myślał: „Każde inne życie byłoby lepsze od tego”, ale żadne inne rozwiązanie nie przychodziło mu do głowy. „Zaraz poczujesz się szczęśliwszy, kiedy tylko zaakceptujesz fakt, że życie to nie zabawa” – słyszał od matki. Mieszkał wprawdzie z rodzicami, ale nie rozmawiał z nimi o swoich problemach. To oni, widząc go nieszczęśliwym, przychodzili do niego i z niejasnym wyrzutem w głosie usiłowali mu pomóc. Był wobec nich grzeczny, ale w głębi duszy nimi gardził. Wydawało się jasne, że nie są w stanie zrozumieć odczuwanej przez niego pustki ani pojąć jej intensywności. Był to paraliż postępowy, który niepowstrzymanie go ogarniał, niosąc ze sobą lęk, że kiedy osiągnie pewien punkt, wydarzy się coś straszliwego.

Słyszał dalekie fale rozbijające się na plaży: głuchy pomruk, chwila ciszy i znowu pomruk. Ktoś wszedł do pokoju nad nim, zatrzasnął drzwi i zaczął spiesznie chodzić z kąta w kąt. Chyba kobieta, ale jeśli tak, to masywna. Odkręciła wodę, a jego zlew zabulgotał, jakby w przypływie sympatii. Zapalił papierosa, od czasu do czasu strząsając popiół na podłogę obok łóżka. Po kilku minutach kobieta – teraz był już o tym przekonany – wyszła, znowu z trzaskiem zamykając za sobą drzwi, przeszła korytarzem do innego pokoju i też się zamknęła. Spuściła wodę w toalecie i usłyszał, jak wraca do pokoju nad nim.

„Muszę zadzwonić do Wilcoxa”, pomyślał, powoli jednak dokończył papierosa, pozwalając, by trochę to trwało. Zastanawiał się, dlaczego tak zwleka z tym telefonem. Zrobił wielki krok i był przekonany, że miał rację. Przez całą drogę do Gibraltaru powtarzał sobie, że tak należało, że dotrze na miejsce już jako inna osoba, wolna od poczucia rozpaczy, które ciążyło mu od tak dawna. Teraz jednak zdał sobie sprawę z tego, że czuje się właściwie tak samo jak przedtem. Zastanawiał się, jak by się poczuł, gdyby – na przykład – całe czekające go jeszcze życie mógł spędzić tak, jak by mu się podobało. W takim wypadku nie musiałby dzwonić do Wilcoxa i zamieniać jednej klatki na drugą. Wyrwawszy się z jednej, zerwałby też z drugą i byłby zupełnie wolny. Uniósł głowę i powoli rozejrzał się po mrocznym pokoju. Deszcz bębnił o okno. Zaraz będzie musiał wyjść. W hotelu nie było restauracji, a do miasta było na pewno daleko. Obmacał stolik nocny; nie znalazł na nim telefonu. Wstał, wziął świeczkę i obejrzał pokój. Wyszedł, podniósł klucz z podłogi i zszedł na dół, myśląc: „Już bym go miał na linii, gdyby tylko aparat znajdował się przy łóżku”.

Za kontuarem nie było nikogo.

– Muszę zadzwonić – poinformował chłopca, który stał zadowolony koło palmy. – To bardzo ważne! Telefon! Telefon! – zaczął wołać, kiedy tamten nie dał najmniejszego znaku, że rozumie.

Boy wszedł za blat, wyjął spod niego starodawny aparat i postawił na wierzchu. Dyar wyciągnął z kieszeni list, aby sprawdzić numer hotelu Wilcoxa. Chłopak sięgnął ręką po list, ale Dyar przepisał numer na odwrocie koperty i tę mu podał. Grubas w czarnym płaszczu przeciwdeszczowym wszedł i poprosił o klucz, a potem zaczął czytać leżącą na blacie gazetę. Kiedy chłopiec wykręcał numer, Dyar myślał: „Jeśli on wyprawił się na kolację, mnie niedługo czeka to samo”. Boy powiedział coś do słuchawki i przekazał ją Dyarowi.

– Halo?

– Hotel Atlantide.

– Chciałem prosić z panem Wilcoxem. – Nazwisko wymówił bardzo starannie.

Po drugiej stronie cisza. „O, Boże” – pomyślał zaskoczony, że w ogóle przejmuje się tym, czy Wilcox tam jest, czy też nie. Trzask.

– Tak? – Wilcox. Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. – Tak, słucham?

– Jack?

– Tak, kto mówi?

– Nelson. Nelson Dyar.

– Dyar! Na miłość boską! Więc wreszcie dotarłeś! Gdzie jesteś? Nie, nie, koniecznie tutaj. Wiesz, jak się dostać? Lepiej weź taksówkę, bo inaczej zabłądzisz. Gdzie się zatrzymałeś? – Dyar podał nazwę. – Chryste Panie, to... – Nie dokończył, ale chyba chciał powiedzieć „rudera”. – To praktycznie już poza granicami miasta. Dobrze, przejeżdżaj jak najszybciej. Z wodą sodową czy czysta?

Dyar zaśmiał się. Nie przypuszczał, że tak go ucieszy głos Wilcoxa.

– Z sodową.

– Chwilkę, poczekaj. Za pięć minut oddzwonię. Nigdzie nie wychodź, czekaj na mój telefon. Nie ruszaj się, muszę tylko do kogoś zadzwonić. Świetnie, że jesteś. Zaraz oddzwonię. Tak?

– Jasne.

Odłożył słuchawkę i stanął przy oknie. Deszcz uderzający o szkło przedostawał się na drugą stronę i ściekał po ścianie. Ktoś położył na podłodze szmatę, ale ta pływała teraz w małej kałuży. Jakieś dwieście, może trzysta stóp od hotelu paliła się latarnia. Pod nią kołysały się na wietrze połyskliwe dzidy gałęzi palmowych. Zaczął się przechadzać z jednego końca małego holu w drugi. Chłopiec stojący przy kontuarze z rękami założonymi za siebie przyglądał mu się uważnie. Trochę go irytowało, że Wilcox każe mu czekać. Oczywiście, był przekonany, że dzwoni od siebie z pokoju. Ciekawe, czy dobrze zarabia na tej swojej agencji turystycznej. W listach utrzymywał, że tak, ale Dyar pamiętał, że do cech Wilcoxa należała bufonada. Jego entuzjazm mógł po prostu znaczyć tylko tyle, że na gwałt potrzebował pomocnika, a wolał w tej funkcji kogoś znajomego (pensja była niewysoka, a przejazd Dyar opłacił sobie sam) albo może radowała go okazja, by pokazać swoje znaczenie i wielkoduszność. Wilcox na pewno cenił sobie możliwość wykonania gestu, który uważał za altruistyczny. Dyarowi najbardziej prawdopodobna wydawała się ta ostatnia możliwość. Ich przyjaźń nigdy nie była głęboka. Znali się wprawdzie jeszcze z czasów dzieciństwa, gdyż ojciec Wilcoxa był lekarzem rodzinnym Dyarów, ale bardzo umiarkowanie interesowali się swoim życiem. Niewiele mieli wspólnego, nie łączył ich nawet wiek, gdyż Wilcox był od niego starszy o jakieś dziesięć lat. Podczas wojny został wysłany do Algieru, a potem Dyarowi nawet nie przyszło do głowy, by się zainteresować, co się z nim dalej stało. Któregoś dnia ojciec wrócił do domu z wiadomością: „Wydaje się, że John Wilcox na dobre został w Afryce Północnej. Ma tam własny interes i chyba nieźle na tym wychodzi”. Dyar spytał wprawdzie, co to za interes, ale nie bardzo go to obeszło, gdy usłyszał, że biuro turystyczne.

Był piękny jesienny zmierzch, gdy zatrzymał się przed witryną dużej agencji podróżniczej na Fifth Avenue. Wiejący od Central Parku wiatr miał październikową ostrość, co niosło zapowiedź zimy, pory paraliżu. Dyar poczuł przedsmak narastającego nieszczęścia. Po jednej stronie okna stał duży model statku, czarno-biały z lśniącymi mosiężnymi akcesoriami. Druga strona przedstawiała miniaturową tropikalną plażę, z wodą z turkusowej żelatyny i malutkimi palami wyrastającymi z prawdziwego piasku. WYKUP JUŻ TERAZ ZIMOWY REJS – zachęcał napis. Przyszło mu do głowy, że praca w takim biurze musi być udręką: planowanie detali, zamawianie hoteli, rezerwowanie przejazdów do wszystkich tych miejsc, których samemu nigdy się nie zobaczy. Zaciekawiło go, jak wiele osób spośród tych, które tam w środku pokazywały swoje foldery, badały rozkłady jazdy, studiowały cenniki i mapy – tak czuło się w potrzasku, jak on by się czuł na ich miejscu; to gorsze od banku. I wtedy pomyślał o Wilcoxie. Ruszył przed siebie szybkim krokiem, a w domu napisał list i bezzwłocznie zaniósł go na pocztę. Szalony pomysł. Nic z tego nie wyjdzie, co najwyżej Wilcox uzna go za kompletnego durnia, ale tym akurat się nie przejmował.

Odpowiedź zatrzęsła jego życiem. Wilcox mówił o zbiegu okoliczności. „To musiała być telepatia”, pisał. Dopiero wtedy Dyar wspomniał o swoim planie rodzinie i wtedy zaczęły się utyskiwania.

Niezadowolony tłuścioch odszedł od deski recepcyjnej i skierował się ku schodom. Zadzwonił telefon. Chłopiec ruszył ku niemu, ale Dyar go uprzedził; tamten spojrzał na niego wściekle. Wilcox oznajmił, że będzie w Hotel de la Playa za dwadzieścia minut.

– Chciałbym, żebyś poznał moją przyjaciółkę, markizę de Valverde – powiedział. – Jest wspaniała i także ciebie zaprasza na kolację. – Protesty Dyara uciął krótko: – Żadnych wieczorowych strojów. Boże, nie! Nie tutaj! Zabiorę cię.

– Ale, Jack, posłuchaj...

– Do zobaczenia.

Dyar poszedł do pokoju poirytowany, że nie dano mu szansy przyjąć albo odrzucić zaproszenia. Zastanawiał się, czy zyskałby w oczach Wilcoxa, gdyby pokazał swoją samodzielność i się wymówił. Najwidoczniej jednak wcale nie miał takiego zamiaru, gdyż w pokoju natychmiast zerwał z siebie ubranie, wziął prysznic, przez cały czas pogwizdując, otworzył walizki, ogolił się, na ile się dało przy jednej świecy, i włożył najlepszy strój. Kiedy skończył, zdmuchnął świecę i zbiegł na dół, żeby poczekać przy głównym wyjściu.

2

Daisy de Valverde siedziała przy toaletce, a jej twarz lśniła w świetle sześciu punktowych reflektorków, rzucających promienie pod różnymi kątami. Jeśli będzie usatysfakcjonowana swym wyglądem w bezlitosnym blasku tych lamp, może się później nie bać żadnej innej iluminacji. Villa Hesperides zawsze miała elektryczność, nawet teraz, gdy w mieście była ona tylko przez dwie godziny co drugi wieczór. Luis zadbał o to, kiedy stawiali dom; przewidział, że mogą być kłopoty z dostawą energii. Jeden z uroków strefy międzynarodowej stanowiło to, że można było mieć, czego się zapragnęło, jeśli tylko się zapłaciło. Nawet i robić, co się chciało: nie było ludzi nieprzekupnych, jedynym problemem okazywała się cena.

Na zewnątrz dął wiatr, co w cyprysach brzmiało jak katarakta. Z oddali dobiegał odgłos fal rozbijających się o skały. Na czerni szyb z odblaskami pokoju mieszały się inne światła, małe, dalekie punkciki: po drugiej stronie cieśniny Hiszpania, Tarifa i przylądek Camarinal.

Zawsze lubiła, kiedy z wizytą przychodzili Amerykanie, bo z nimi czuła się swobodnie. Mogła pić to, co chciała, a oni jej towarzyszyli, podczas gdy z Anglikami jedna whisky ciągnęła się godzinę, nie mówiąc już o Francuzach, którzy chcieli martini z kropelką dżinu, czy Hiszpanach z tym ich sherry. „Amerykanie to naród przyszłości – mówiła swoim rześkim głosem. – Wypijmy za nich. Niech chwała im będzie za ich gadżety, duże i małe. Chwała niech będzie Frigidaire, Tampaxowi i Coca-Cola Company. Tak, kochanie, nawet Coca-Cola”. (Powszechnie przyznawano, że wygląd Maroka zmienił się wraz z nastaniem coca-coli i jej reklam). Markiz nie podzielał jej zachwytu Amerykanami, co nie przeszkadzało jej zapraszać ich, kiedy tylko miała ochotę; prowadziła dom tak, jak to jej odpowiadało.

Miała szwajcarskiego lokaja i włoskiego kelnera, ale kiedy przychodzili Amerykanie, do stołu pozwalała podawać staremu Alemu, gdyż miał wspaniały strój mauretański. Nie był zbyt sprawny, sądziła jednak, że sam widok znaczy więcej od lepszej obsługi, którą zagwarantowaliby obaj Europejczycy. Problem polegał na tym, że i lokaj, i kelner tak serdecznie nie znosili tego rozwiązania, że jeśli nie zjawiła się w kuchni w ostatnim momencie i nie powtórzyła swoich poleceń, zawsze znaleźli jakiś pretekst, by nie dać usługiwać Alemu; kiedy więc unosiła wzrok znad talerza, oczekując, iż zobaczy lśniące brokaty i złocisty pas z pałacu sułtana Mulaja Hafida, okazywało się, że ma przed sobą surowy, czarny uniform Hugona albo Maria. Mieli beznamiętne twarze, nigdy nie dowiadywała się, co im się stało. Czegoś takiego mogła się spodziewać i dzisiaj, chyba że zaraz zejdzie na dół i powie, że do stołu ma podawać Ali. Wstała, naciągnęła na lewy przegub ciężką bransoletkę i wyszła na malutki korytarz, który łączył jej pokój z resztą domu. Ktoś zostawił otwarte okno na końcu górnego holu i powiew zdmuchnął kilka świec ustawionych przed wielkim gobelinem, który wisiał na ścianie. Do pasji doprowadzał ją ten anachronizm, że ma elektryczność w pomieszczeniach, w których wiszą gobeliny. Nacisnęła dzwonek i poczekała, aż bez tchu w piersiach nadbiegnie pokojówka; wyprostowanym palcem pokazała okno i świece, z naganą w głosie powiedziała Mire i zeszła po schodach. W tej samej chwili na zewnątrz odezwał się silnik. Zbiegła po reszcie stopni, praktycznie przemknęła przez dolny hol, a kiedy wynurzyła się z kuchni, Hugo odbierał już od gości okrycia. Dostojnym krokiem podeszła do obu mężczyzn.

– Kochany Jacku, jak cudownie, że znowu zajrzałeś. I to w taką podłą pogodę.

– Wspaniale, że zaprosiłaś nas obu. Daisy, mister Dyar. Markiza de Valverde.

– Jakże mi miło pana poznać, panie Dyar. W gabinecie mamy chyba rozpalony kominek, pewna nie jestem, ale chodźmy zobaczyć. Przemókł pan? – Pomacała rękaw Dyara. – Nie? To dobrze. No, dalej, Jack, będziesz barmanem. Przyrządź mi najostrzejszego drinka, jakiego potrafisz.

Usiedli przed osmalonymi polanami. Daisy kazała Wilcoxowi zrobić sidecara[3]; już po pierwszym łyku Dyar uświadomił sobie, jaki jest głodny. Ukradkiem spojrzał na zegarek – za dwadzieścia dziesiąta. Przyglądając się Daisy, uznał, że jest najbardziej niedorzeczną kobietą, jaką kiedykolwiek spotkał, ale dom zrobił na nim duże wrażenie. Wszedł Hugo. „Pora na kolację”, pomyślał Dyar, ale chodziło o telefon do madame markizy.

– Nalej mi jeszcze jednego, kochanie, a wezmę ze sobą na pocieszenie – powiedziała do Wilcoxa.

Kiedy wyszła, ten obrócił się do Dyara.

– Wspaniała dziewczyna – powiedział, kręcąc głową.

– Tak – zgodził się bez przekonania Dyar i dorzucił: – Czy ona nie traktuje cię trochę nazbyt poufale?

Wilcox wydawał się oburzony; ściszył głos.

– Co ty wygadujesz, stary! Mieszka tutaj razem z mężem. Natomiast to wielka przyjemność z nią przebywać. A ty co sobie wyobrażałeś? – Wszedł Mario, aby dołożyć drewna do kominka, co przerwało im rozmowę. – Posłuchaj tego wiatru – powiedział Wilcox, siadając z drinkiem w fotelu.

Dyar był zdziwiony jego widoczną irytacją. „Robi się drażliwy na starość”, pomyślał i rozejrzał się po przestronnym pokoju. Mario wyszedł, Wilcox nachylił się i powiedział głosem ciągle ściszonym:

– Daisy i Luis są teraz właściwie moimi najlepszymi przyjaciółmi.

W holu rozległy się głosy. Daisy pojawiła się ze schludnym, ciemnowłosym mężczyzną, którego wygląd sugerował, że dolegają mu wrzody żołądka.

Wilcox zerwał się z okrzykiem:

– Luis!

Dyar został przedstawiony i cała czwórka usiadła, Daisy kolo Dyara, który pomyślał: „To na pewno nie potrwa długo. Już dziesiąta”. Jego żołądek był jedną wielką pieczarą.

Znowu nalano drinki. Wilcox i markiz wdali się w rozmowę na temat operacji miejscowego bankiera, który popadł w kłopoty i wyjechał do Lizbony, ponoć aby więcej nie wrócić. Dyar udawał zainteresowanie.

– Przepraszam, nie dosłyszałem – rzucił, kiedy Daisy coś do niego powiedziała.

– Pytałam, jak panu się podoba nasza strefa międzynarodowa.

– Cóż, właściwie jeszcze nic nie widziałem. Jeśli jednak sądzić po tym... – z uznaniem przesunął wzrokiem po pokoju – ...wydaje się bardzo interesująca.

Uśmiechnął się z zadowoleniem.

W jej głosie pobrzmiewały delikatne macierzyńskie tony.

– No, oczywiście! Przyjechał pan dopiero dzisiaj, prawda? Mój drogi, ile jeszcze cię tu czeka! Nawet sam pan nie wie. Ale będzie pan zachwycony, obiecuję panu. To, oczywiście, dom wariatów. Kompletny, najzupełniejszy dom wariatów. I mam tylko nadzieję, że Bóg tego nie zmieni.

– Lubi pani to miejsce?

Zaczynał już odczuwać drinki.

– Uwielbiam. – Nachyliła się ku niemu. – Wielbię i błogosławię.

Starannie odstawił swoją szklaneczką na stół, koło shakera.

Wszedł Hugo i oznajmił kolację.

– Jack! Jeszcze jedna pełna kolejka. – Wyciągnęła naczynie i otrzymała to, co chciała. – Potworze, nie chodziło mi o to, abyś mnie lał do pełna, ale wszystkim.

Powstała i poprowadziła mężczyzn do jadalni, gdzie Mario właśnie otwierał butelkę szampana.

„Chyba się upiję”, pomyślał Dyar, nagle przerażony, że przez jakieś faux pas przy stole ściągnie na siebie uwagę.

Zaczął się posiłek, który kusząco obiecywał, że się nie skończy. W ścianę naprzeciwko Dyara był wbudowany ciemno obrzeżony prostokąt. Akwarium. Wbudowane weń lampki oświetlały kamienie, muszle i splątane wodorosty. Zauważył, że wpatruje się w nie podczas jedzenia. Daisy paplała bez ustanku. Kiedy urwała na chwilę, powiedział:

– Nie widzę tam żadnych ryb.

– Mątwy – oznajmił markiz. – Trzymamy tylko mątwy. – Widząc niezrozumienie na twarzy Dyara, wyjaśnił: – Trochę podobne do ośmiornic. O, widzi pan, tam jest jedna w lewym rogu, przywarła do skały.

Pokazał Dyarowi, który dopiero teraz rozpoznał ramiona.

– Są przyjemniejsze od złotych rybek – powiedziała markiza, ale takim tonem, jakby gardziła mątwami.

Jeszcze nigdy nie spotkał nikogo podobnego; wydawało się, że nie angażuje się w nic z tego, co mówi czy robi. Zupełnie jakby grała w zawiłą grę, której reguły sama ustalała.

Podczas jedzenia sałaty gdzieś na tyłach domu dało się słyszeć jakieś zamieszanie: stłumione kobiece głosy, pospieszne kroki. Daisy odłożyła widelec i popatrzyła po trzech mężczyznach.

– Chyba wiem, co się stało. Jak zwykle, ulewa i mrówki. – Obróciła się do Dyera. – Każdego roku nadchodzą milionami, te najdrobniejsze. Jak je pan po raz pierwszy zobaczy na ścianie, pomyśli pan: „Ale wielka szczelina!”. Ale kiedy spojrzy pan z bliska, dostrzeże pan linę, naprawdę. Mocno trzymają się siebie, całymi milionami. To przerażające! – Wstała. – Proszę mi wybaczyć. Muszę zobaczyć, co tam się dzieje.

– Czy mógłbym w czymś pomóc? – spytał Dyar, czym wywołał krótkie, karcące spojrzenie Wilcoxa.

Uśmiechnęła się.

– Nie, kochanie. Jedz, proszę, sałatę.

Daisy nie było jakieś dziesięć minut; wróciła ze śmiechem.

– Ach, te uroki życia w Maroku! – powiedziała rozbawiona.

– Znowu mrówki? – spytał markiz.

– Tak. Tym razem w pokoju krawcowej. Onegdaj to była spiżarnia, więc wtedy było o wiele gorzej. Nieźle musieli się uwijać. – Zjadła kilka kęsów sałaty i twarz jej spoważniała. – Obawiam się, że stary Tambang już długo nie pobędzie na tym świecie. Widać to po nim. Moim zdaniem pogarsza się mu.

Markiz pokiwał głową.

– Trzeba zwiększyć dawkę penicyliny.

Daisy spojrzała na Dyara.

– Stary kot syjamski, którego usiłuję ratować. Jest bardzo chory. Pójdziemy go obejrzeć po kolacji. Luis nawet nie chce się do niego zbliżyć. Nienawidzi kotów. Z panem na pewno jest inaczej, prawda, panie Dyar?

– Tak, lubię wszystkie zwierzęta. – Obrócił głowę i popatrzył na mątwy. Pierwsza się nie poruszyła, ale pojawiła się druga, która wolno przesuwała się po dnie akwarium. Przywiodła mu na myśl coś unoszącego się w słoju z formaldehydem: żołądek, a może trzustkę. Na ten widok zrobiło mu się odrobinę niedobrze, ale mógł to być efekt mieszaniny sidecara i szampana.

– Więc pomoże mi pan przy nim? – upewniła się Daisy.

– Z najwyższą przyjemnością.

– Sam nie wiesz, na co się skazujesz! – nieprzyjemnie zaśmiał się Wilcox.

– Nie wygaduj bzdur! – obruszyła się Daisy. – Włoży grube rękawice. Nawet Tambang nie jest w stanie przez nie udrapać.

– E tam, nie jest w stanie. A poza tym ma jeszcze zęby, nieprawdaż?

– W tej sytuacji – odezwał się markiz – to Jacka poprosimy o pomoc.

– Nie – stanowczo sprzeciwiła się Daisy. – Pójdzie ze mną pan Dyar. Ktoś chce skosztować owoców? Proponuję, żebyśmy teraz przeszli na kawę. Brandy napijemy się potem, jak już wrócimy na dół.

Podniosła się od stołu.

– Będzie ci potrzebna – zapewnił Wilcox.

W gabinecie odgłosy burzy były silniejsze.

Daisy wypiła kawę na stojąco, zapaliła papierosa i podeszła do drzwi.

– Luis, powiedz Mariowi, żeby dołożył do ognia, bo zacznie się kopcić. Już nawet zaczęło. Idziemy na górę, panie Dyar?

Poprowadziła go schodami. Przy każdym kandelabrze jej satynowa sukienka połyskiwała.

Ze stolika na górze schodów wzięła dwie pary grubych rękawic i jedną podała Dyarowi.

– Tak naprawdę nie będą potrzebne, ale ostrożność nie zawadzi.

Ściany małego pokoju były obwieszone starymi francuskimi drukami z podobiznami tropikalnych ptaków. Na antycznym łóżku z porwanym baldachimem leżał stary kot syjamski. Przy jego głowie spoczywała emaliowana miska z kawałkami surowej wątroby, ale kot ze znużeniem patrzył w innym kierunku. Cuchnęło tu jak w zoo.

– Boże, ale zaduch! – zawołała Daisy. – Ale nie można otworzyć okna.

Burza na zewnątrz szalała. Dom od czasu do czasu drżał. Jakaś gałąź nieustannie stukała w okno niczym osoba prosząca, by ją wpuścić. Kot nie zwracał uwagi na Daisy, która odpiłowała czubek ampułki, napełniła strzykawkę i długo obmacywała jego zad w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca.

– Dostaje cztery różne zastrzyki, ale pierwsze dwa mogę zrobić za jednym razem. Teraz proszę stanąć nad nim i być gotowym, aby przygnieść mu kark, ale zrobić to tylko wtedy, kiedy będzie trzeba. Proszę go też gładzić pod brodą.

Stary kot miał matową sierść, oczy wielkie i puste. Kiedy igła mignęła nad jego łbem, Dyar sądził, że w ślepiach pojawił się niepokój czy nawet strach, więc zaczął drapać zwierzę między uszami i w podgardle. Ale kiedy igła wbiła się, najpierw ostrożnie, a potem stanowczo, kot ani drgnął.

– No to jeszcze dwa – oznajmiła Daisy.

Dyar podziwiał sprawność jej ruchów; żaden weterynarz nie dałby sobie lepiej rady. Powiedział to na głos, a ona prychnęła:

– Jedynymi porządnymi weterynarzami są amatorzy. Zawodowcowi nie dałabym go tknąć.

Rozszedł się bardzo silny zapach.

– To eter? – upewnił się Dyar, który nagle poczuł się niezdrów.

– Tak, do sterylizacji. – Daisy znowu napełniła strzykawkę. – Teraz już musi pan go przytrzymać. – Zaryczał wiatr; wydawało się, że gałąź wybije szybę. – To piecze i może poczuć.

Dyar zerknął w okno; zobaczył swoje rozmyte odbicie na tle nocnej czerni. Obawiał się, że może zwymiotować, jeśli jeszcze raz zobaczy igłę wbijającą się w futro. Dopiero kiedy Daisy odstąpiła od łóżka, ośmielił się spuścić wzrok. Kocie ślepia były półprzymknięte. Nachylił się; zwierzę mruczało.

– Biedaczysko – powiedziała Daisy. – Teraz ostatni, ale z tym pójdzie już łatwo. Tambang, kotku, a co to takiego?

– Mruczy – odrzekł Dyar, mając nadzieję, że gospodyni nie patrzy mu w twarz. Miał lodowate usta i wiedział, że musi być strasznie blady.

– Widzi pan, jak to dobrze, że to pana wzięłam? Lubi pana. Jack jakoś go denerwuje.

Spojrzała na Dyara; miał wrażenie, że zatrzymuje na nim wzrok, ale nic nie powiedziała.

„Tylko tego jeszcze brakuje, żeby mi tu zemdlał – pomyślała. – Nieszczęśnik mało wie o życiu”.

Niemniej jednak bardzo się starał.

– Nie wydaje się, żeby kot czuł cokolwiek – powiedział.

– Nie. Obawiam się, że długo już nie pożyje.

– Ale mruczy.

– Zechce pan go przytrzymać? To już ostatni.

Chciał mówić coś, wyrwać się z oszołomienia, oderwać myśl od tego, co działo się na łóżku obok niego, nic jednak nie przychodziło mu do głowy, więc milczał. Kot lekko się poruszył. Daisy wyprostowała się i w tym samym momencie rozległ się trzask i ciężki łoskot gdzieś na zewnątrz, w ciemności. Popatrzyli na siebie. Odłożyła strzykawkę na stół i powiedziała:

– Wiem, co to było. Jeden z naszych eukaliptusów. Co za wieczór!

Zamknęli drzwi i zeszli na dół. W gabinecie nie było nikogo.

– Przypuszczam, że wyszli, aby popatrzyć. W takim razie my przejdźmy do biblioteki. Tamten kominek lepiej ciągnie; ten za bardzo dymi.

Biblioteka była mała i przytulna; ogień trzaskał w palenisku. Daisy nacisnęła guzik w ścianie i usiedli na dywanie. Popatrzyła na niego w zamyśleniu.

– Jack mówił mi, że ma pan przyjechać, ale jakoś wydawało mi się, że do tego nie dojdzie.

– Dlaczego?

Czuł się odrobinę lepiej.

– Och, wie pan. Takie sprawy z różnych przyczyn nie dochodzą do skutku. Wspaniały pomysł, ale potem brak zapału. A poza tym, rzecz jasna, zupełnie nie rozumiem, do czego miałaby się Jackowi przydać nowa osoba w tym małym biurze.

– Chce pani powiedzieć, że wcale mu tak dobrze nie idzie? – Starał się, żeby jego głos brzmiał spokojnie.

Położyła mu rękę na ramieniu i roześmiała się serdecznie, a potem ściszonym głosem, jakby ujawniała jakiś dość wstydliwy sekret, powiedziała:

– Mój drogi, jeśli sądzisz, że on tam zarabia chociażby na jedzenie, to się grubo mylisz.

Przypatrywała mu się aż nazbyt uważnie, najwyraźniej chcąc sprawdzić, jaki efekt wywołają jej słowa. Nie zareagował. Poczuł gorąco w całym ciele, ale nic nie powiedział. Wszedł Hugo z tacą, na której stały butelki, szklaneczki i kieliszki. Oboje wzięli po brandy, po czym kamerdyner postawił tacę obok łokcia Dyara i wyszedł.

Ciągle się w niego wpatrywała.

– Rozumiem, ostatnio nie układa się dobrze – powiedział, chociaż wiedział, że ona oczekuje pytania: „No to jak on sobie radzi?”.

– Nie tylko ostatnio. W ogóle się nie układało.

– Przykro mi to słyszeć.

– Niesłusznie; lepiej, żeby pan wiedział, jak sprawy stoją. Gdyby mu się dobrze powodziło, przypuszczam, że nie posyłałby po pana. Zrobił już wszystko, co potrafił. Moim zdaniem to on bardziej pana potrzebuje.

Dyar zrobił zdziwioną minę.

– Muszę wyznać, że tego już nie rozumiem.

Daisy wydawała się zadowolona.

– Tanger, Tanger – powiedziała. – Już niedługo wszystko zrozumiesz, mój miły.

Usłyszeli głosy w holu.

– Przypuszczam, że będzie pan potrzebował wielu dobrych książek do czytania – powiedziała. – Proszę się nie krępować i pożyczać stąd, co tylko pana zainteresuje. Jest co prawda znacznie lepsza od angielskiej objazdowa biblioteka prowadzona przez American Legation, ale na każdą nowość trzeba czekać całe wieki.

– Ja nie czytam tak dużo – wyznał Dyar.

– Mój drogi, a co zamierzasz porabiać całymi dniami? Będziesz znudzony do szpiku kości.

– Ale przecież Jack...

– Na to bym nie liczyła. Sądzę, że będzie pan sam od rana do wieczora.

Głosy ucichły.

– Musieli pójść do kuchni – uznała.

Wyjął paczkę papierosów i wyciągnął do Daisy.

– Nie, dziękuję, wolę swoje. Mówię szczerze, nie mam pojęcia, co będzie pan robił przez cały boży dzień.

Poszukała w torebce i wyjęła złote pudełko.

– Będę miał pracę – odrzekł i przytknął zapałkę do końca jej papierosa, zanim zdążyła użyć zapalniczki.

Zaśmiała się krótko, wypuściła smużkę dymu i chwyciła jego dłoń, ciągle z zapałką między palcami.

– Niech no się przyjrzę tej ręce – powiedziała i znowu zaciągnęła się papierosem. Roześmiał się i sztywno wyprostował palce. – Luźniej – poleciła, przysuwając rękę bliżej twarzy. – Praca! – prychnęła. – Nie znajduję tutaj żadnych jej śladów, drogi panie Dyar!

Poczuł się urażony.

– W takim razie ręka kłamie. Pracowałem, od kiedy pamiętam.

– O, na przykład wystając w banku, ale to taka łatwa praca, że nie zostawia śladów. – Przyglądała się uważnie, naciskając palcem różne miejsca jego dłoni. – Nie, nie widzę żadnych jej śladów. Zresztą, mówiąc szczerze, nie widzę też żadnych innych śladów. Jeszcze nigdy nie spotkałam tak pustej ręki. To okropne.

Spojrzała na niego. Zaśmiał się.

– Naprawdę zaskoczona?

– Nie aż tak bardzo. Dostatecznie długo mieszkałam w Ameryce, aby obejrzeć naprawdę wiele amerykańskich dłoni. Muszę jednak przyznać, że pańska jest najgorsza.

Udał znaczne oburzenie, wyrywając rękę i pytając podniesionym głosem:

– Jak to: najgorsza?

Przypatrywała mu się zatroskanymi oczyma.

– Chodzi mi o to, że ma pan puste życie – odparła. – Żadnego wzorca, żadnego układu, nic nie wskazuje panu żadnego celu. Większość ludzi nie potrafi sobie poradzić bez jakiegoś projektu. Chwytają się go automatycznie, bo taką mają naturę. To ich ratuje, hamuje, bo sami nie daliby rady. Ale pana nie czeka taki ratunek.

– Wyjątkowy przypadek. Czy tak?

– Poniekąd. – Przez chwilę szukała czegoś w jego twarzy. – Dziwne – mruknęła.

Ta pustka sprawiała jej przyjemność. Zupełnie jakby był nagi, nie bezbronny, ale po prostu bez ubrania, gotów do działania. Wydało jej się to atrakcyjne; taki powinien być mężczyzna. Aż ją zdziwiło, że coś takiego pomyślała.

– Co jest takie dziwne? – nastawał. – Że jestem wyjątkowy?

Widział, że mówi szczerze, a ponieważ pochlebiało mu, iż zaskarbił jej uwagę, gotów był nawet się pospierać, byle wszystko przedłużyć.

– Tak.

– Nigdy nie wierzyłem w żadną astrologię ani wróżenie z ręki – powiedział. – Niewiarygodne. – Nic nie mówiła, więc ciągnął: – Zostawmy na chwilę dłonie w spokoju i porozmawiajmy o personaliach. – Czuł, jak brandy go rozgrzewa. – Więc sądzi pani, że każde ludzkie życie jest inne i ma swój, jak pani to nazwała, wzorzec?

– Tak, oczywiście.

– Ale to przecież niemożliwe! – zawołał. – Nierozumne. Niech pani spojrzy wokół siebie. Żadna masowa produkcja nie da się porównać z tą, która wytwarza ludzi: ten sam model, rok po roku, stulecie po stuleciu, wszyscy do siebie podobni, jedna i ta sama osoba. – Wiedział, że mówi głosem odrobinę nazbyt podniesionym. – Można powiedzieć, że jest na świecie tylko jedna osoba i my wszyscy nią jesteśmy.

Chwilę milczała, a potem rzuciła:

– Bzdury.

Jego słowa spowodowały w niej niejasny gniew. Zastanawiała się, czy to aby nie dlatego, że ośmielił się ujawnić, co myśli, ale uznała, że jednak nie.

– Powiedz mi, mój miły – powiedziała pojednawczym tonem – czego właściwie chcesz od życia?

– To trudne pytanie – odrzekł powoli, gdyż zdjęła mu wiatr z żagli. – Chyba chciałbym czuć, że coś z niego mam.

Poruszyła się niecierpliwie.

– To przecież nic nie znaczy.

– Chyba chcę odczuwać, że żyję. To wszystko.

– Wielki Boże! Nalej no mi jeszcze brandy.

Porzucili ten temat i zajęli się burzą oraz pogodą w ogólności. Pomyślał, że powinien był powiedzieć cokolwiek z rzeczy, które same się narzucały: pieniądze, szczęście, zdrowie, a nie mówić to, co naprawdę myśli. Jako akompaniament pojawił się obraz pokoju w Hotel de la Playa z poplamioną narzutą na łóżku i gulgoczącym zlewem.

„Nic nie ma, niczego nie chce, jest nikim”, myślała Daisy. Czuła, że powinno być jej go żal, ale jakoś nie wzbudzał w niej współczucia, gdyż osobliwa lekka arogancja neutralizowała wszystkie inne uczucia. Wreszcie znaleźli Luisa i Wilcoxa rozmawiających w gabinecie.

– Który eukaliptus? – spytała Daisy. – Wiem, że jeden się złamał.

Markiz zmarszczył brwi.

– Ten wielki przy bramie, ale nie całe drzewo, tylko jedna gałąź, ta zwisająca nad drogą. Więc na razie jest nieprzejezdna.

– Dlaczego zawsze spadają na drogę? – zapytała z irytacją Daisy.

– Nie wiem – odparł Wilcox. – Ale to rzeczywiście denerwujące. I jak ja się teraz stąd wydostanę?

Zaśmiała się wesoło.

– Ty i pan Dyar zostaniecie tutaj na noc – oznajmiła, wyraźnie wypowiadając nazwisko – a rano wezwiecie taksówkę. Czyż to nie proste?

– Nie ma mowy – odparł poirytowany Wilcox.

– Zapewniam cię, że przy takiej pogodzie żadna taksówka nie przyjedzie teraz. A na piechotę to osiem kilometrów. – Na to nie miał już żadnej odpowiedzi. – Na takie nieoczekiwane sytuacje jest tu wiele miejsca. A teraz przestań zrzędzić i zrób mi whisky z wodą sodową.

Odwróciła się rozpromieniona do Dyara.

Obsłużywszy ją, Wilcox krótko spytał:

– A dla ciebie, Dyar? To samo?

Dyar zerknął na niego spod oka i zobaczył, że jest rozeźlony.

– Tak, proszę.

Wilcox podał Dyarowi drinka, nie spoglądając na niego.

„To proste – pomyślał ten. – Boi się, że wejdę z nią w zbyt dobrą komitywę”.

Zaczęli rozmawiać o domu.

– Musi pan zajrzeć tutaj kiedyś za dnia – powiedziała Daisy – i zobaczyć ogródek różany. Jest najpiękniejszy ze wszystkich.

– Ale tak naprawdę musisz zobaczyć szklaną sypialnię – dodał Wilcox i ziewnął w kierunku sufitu. – A może już widziałeś?

Markiz nie potrafił powstrzymać się od śmiechu.

– Nie, nie widział. – Daisy wstała i wzięła Dyara za rękę. – Chodźmy, teraz pan zobaczy. Akurat nadarza się okazja, bo Jack i Luis będą omawiać bankructwa tego tygodnia.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

3 Klasyczny koktajl, którego recepturę przypisuje się paryskiemu hotelowi Ritz, składający się z koniaku, likieru pomarańczowego i soku z cytryny.

Księga druga   SUROWE MIĘSO I RÓŻE

Księga trzecia   CZAS POTWORÓW

Księga czwarta   INNY RODZAJ CISZY