Wydawca: Świat Książki Kategoria: Styl życia Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 360 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka No i na co ci te góry - Anna Lichota

"Gdyby nie góry, moje odczuwanie życia nie miałoby takiej głębi i barw, nie byłabym wolna, aby tworzyć, kochać i iść na całość. W książce znajdziecie historię mojej przemiany".

Autorka wyjechała z Polski do Londynu w 1996 roku z jedną torbą. Od tego czasu była w 67 krajach, pracowała na wyższych szczeblach zarządzania, zdobyła Koronę Ziemi, wsparła budowę Szkoły Pokoju w Nepalu, zarządzała organizacjami charytatywnymi i napisała książkę. Obecnie jest coachem i mówcą inspiracyjnym, przygotowuje się do Maratonu Piasków  - najtrudniejszego biegu na świecie.

Jesteś wyjątkowa. Jako osoba, która zna Cię dobrze, jestem pełen podziwu dla Twojej odwagi i determinacji oraz subtelnego sposobu, w jaki opowiadasz o swoich osiągnięciach.

Richard, naczelny dyrektor Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego

Opinie o ebooku No i na co ci te góry - Anna Lichota

Fragment ebooka No i na co ci te góry - Anna Lichota

WydawcaDaria Kielan

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaKatarzyna Duran, Joanna Mika-Orządała

FotoedytorZuzanna Szamocka

KorektaEwa Grabowska, Marzenna Kłos

ZdjęciaArchiwum autorki

Copyright © by Anna Lichota, 2015 Copyright © by Świat Książki Sp. z o.o., 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie MAGiK

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o., Sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-172-5

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Dedykuję tę książkę życiu – w podziękowaniu za porywające możliwości, jakie mi stworzyło, za ludzi, których poznałam, za wszystkie nauki, które zachowam na zawsze, i za to, że pokazywało mi właściwą drogę, choć kiedy zbaczałam z obranej ścieżki, bywało to bolesne.

PROLOG

Narodzona w górach

Schodząc ze szczytu Everestu, uświadamiam sobie, że przez ostatnie osiemnaście i pół godziny morderczej wspinaczki na wysokości powyżej 8000 metrów ani razu nie odpoczywałam, nic nie jadłam i nie siusiałam. Na szczęście mam jeszcze kilka batonów energetycznych i pół litra wody. Wokół mnie szaleje zamieć. Wirujące chmury przeplatają się z tumanami śniegu. Widoczność spada do pięciu metrów. Pragnę jak najszybciej dotrzeć do obozu czwartego, choć wiem, że ważniejsze jest bezpieczeństwo niż szybkość. Nie lekceważę zagrożenia. Straciłam widzenie peryferyjne. Między łopatkami czuję obezwładniający ból. Pieką mnie policzki, na których żerują bakterie. Płaczę, gdy zalewają mnie nagłe fale bólu. Zdejmuję gogle, bo łzy przymarzają do plastiku, i nic nie widzę. Zimny wiatr przynosi nieco ukojenia, a może to przeszywające twarz igiełki lodu nie pozwalają na utratę przytomności. Mija czas. W którymś momencie dociera do mnie, że straciłam słuch, węch i smak. Jakby nagle wyłączyły się wszystkie zmysły. Wchodzę w stan podwyższonej świadomości, w pełni jednak zdaję sobie sprawę z tego, co robią moje ręce i nogi.

Marzę jedynie o zaszyciu się w śpiworze i odpoczynku. Wymyślam drobne sztuczki, aby oszukać ból. Schodzę jak automat, pokonując linę za liną, ufna w sprzęt i przygotowanie. Swój zespół straciłam z oczu na Balkonie, po ostatniej rozmowie z Pembą (towarzyszącym mi Szerpą). Został, żeby pomóc innym dotrzeć do obozu.

Prowadzi mnie intuicja, która w przeciwieństwie do ciała funkcjonuje bez zarzutu. Zero wahania, zero myślenia. Dokładnie wiem, co robić, jak się zabezpieczyć, jak stawiać kroki, aby się nie zaplątać we własne spodnie, jak się zsuwać po zboczu, by złapać kolejną poręczówkę poniżej skobla, jak wyminąć wspinaczy, którzy z pomocą innych schodzą wolniej niż ja. Bez cienia lęku patrzę w ziejącą pode mną otchłań, która w razie nieopatrznego ruchu może mnie pochłonąć w oka mgnieniu. Nie czuję strachu. Stan umysłu, w którym się znajduję, otwiera możliwości, o jakich nie miałam pojęcia. Eksperymentuję z rękawicami, karabinkiem, liną i ciałem, którego każdej komórce bezgranicznie ufam. Czerpię energię z otoczenia. Oddycham wiatrem i chmurami. I nieustannie schodzę krok za krokiem. Bez wytchnienia. Nie zatrzymam się, póki nie dotrę do obozu.

W połowie drogi zdaję sobie sprawę, że się uśmiecham. Na ułamek sekundy się zatrzymuję. Jestem zupełnie sama. Widzę na zmianę to obóz, to pędzące wokół mnie chmury. Czuję się spełniona. Sam na sam z naturą. Nagle przestaję być istotą żyjącą w oderwaniu od otaczającego świata. Staję się śniegiem, mrozem, powietrzem i skałą. Jestem drobną cząsteczką wszechświata. Zrzucam ciężar własnego ja. Jestem wolna. Uświadamiam sobie, że to dzięki górom, dzięki przyrodzie, moje postrzeganie świata osiągnęło zupełnie inny wymiar. Z każdym zdobytym szczytem moje doświadczanie życia się zmieniało. Ten nowy rodzaj percepcji sprawił, że zawsze potrafię znaleźć siły do nowych wyzwań oraz przyjąć pełną odpowiedzialność za swoje myśli, słowa i czyny. Nauczyłam się nie zgrywać bohaterki. Każdy dzień witam z pokorą, otwarta na przyjęcie tego, co życie ma mi do zaoferowania.

Na stronach tej książki opowiadam, jak wspinałam się na Koronę Ziemi, jak przygotowywałam się do zdobycia każdego z jej szczytów. Opowiadam o swoich obawach, rodzinnych problemach, rozstaniach, chłopakach, którzy towarzyszyli mi w tej przygodzie, i o samotności. Piszę o śmiechu i łzach, również o bólu i nękających mnie chorobach. Pod wpływem tych przeżyć rozpoczęła się we mnie i nadal się dokonuje przemiana, której początkowo nie byłam świadoma, a która nie ma nic wspólnego ze zmianami fizycznymi. Cieszę się, że dane mi było tego zaznać. Pierwsze lekcje były jak bolesny policzek, jak wielkie olśnienie. Z czasem stawały się mniej oczywiste, bardziej subtelne. Kolejne lekcje nadal w sobie odkrywam i jestem pewna, że będzie tak przez całe życie.

Mam nadzieję, że Czytelników zaciekawi i pokrzepi ta opowieść. Kupując tę książkę, jednocześnie pomożesz dzieciom w Nepalu, bo wesprzesz moje starania o poprawę ich edukacji i poziomu życia. Serdecznie dziękuję wszystkim przyszłym darczyńcom.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Spacerkiem po parku

styczeń 2006 Afryka, Kilimandżaro – 5895 m n.p.m.

Zdobycie Kilimandżaro to zaledwie przedsmak, a może i pierwszy krok na długiej drodze do zdobycia Korony Ziemi. To moja pierwsza wysoka góra, a wyprawę na nią traktuję jak próbę sił, więc przygotowuję się do niej naprawdę poważnie. Mieszkam w Rosji, gdzie w GE Money Banku pracuję w dziale bankowości detalicznej jako dyrektor do spraw sprzedaży. Dzięki Bogu, Moskwa jest już na wskroś kapitalistycznym miastem, w którym życie toczy się dwadzieścia cztery godziny na dobę, a z siłowni można korzystać od szóstej do dwudziestej trzeciej. Mam osobistego trenera, który w luksusowym ośrodku z filtrowanym powietrzem pomaga mi poprawiać formę. W Moskwie można o drugiej w nocy kupić lekki sprzęt sportowy, a dwie godziny później skorzystać z masażu.

Trenuję już szósty miesiąc, na Kilimandżaro planuję wejść ze swoim chłopakiem Nigelem, który mieszka w Wielkiej Brytanii. Ku mojemu rozczarowaniu, Nigel musi zrezygnować z podróży z powodów rodzinnych. Początkowo próbuję się do niego dostosować i przesunąć datę wyprawy, ale w końcu postanawiam wyruszyć sama podczas rosyjskiego Nowego Roku, tak jak planowałam od ponad osiemnastu miesięcy.

Nie będzie zatem radosnej wyprawy z ukochanym ani noworocznego odpoczynku w romantycznym zakątku na Zanzibarze po jej zakończeniu. Wkrótce po Bożym Narodzeniu wsiadam do samolotu lecącego do Afryki, a wraz ze mną dziewięć obcych mi osób – członków mojej grupy.

Większość drogi przesypiam. Budzę się dopiero podczas lądowania pod palącym słońcem Afryki. Obiecałam Nigelowi, że utrwalę każdą chwilę tej podróży w pamiętniku, który mi podarował. Posłusznie opisuję swoje wrażenia i emocje, rozmowy w grupie, posiłki, wędrówkę, namioty, toalety, słowem – wszystko.

Zostajemy przewiezieni do hotelu w Moshi w Tanzanii. Większość dnia spędzam przy (pustym) basenie. Pokój dzielę z Irlandką Clare. Ta podróżniczka w wieku mojej mamy okazuje się wspaniałym kompanem. W naszej grupie są ludzie z całej Wielkiej Brytanii, w tym kilku londyńczyków. Dla większości z nas obecna wyprawa to wyzwanie życia. Przy kolacji rozmawiamy o tym, co nas popchnęło do tej podróży. Mówię, że kocham góry i że jeśli tutaj dobrze mi pójdzie, przymierzam się do wejścia na Elbrus i Aconcaguę. Pierwsze trzy szczyty Korony Ziemi leżą w zasięgu moich możliwości, ale zdobycie wszystkich obecnie jest dla mnie nieosiągalne. Przed tą wyprawą uprawiałam już trekking w Nepalu i Europie na stosunkowo dużej wysokości, i wiem, że w górskich warunkach czuję się dobrze, zwłaszcza powyżej 4500 metrów n.p.m. Wspaniały świat gór i możliwość poznawania zamieszkujących go ludów dodają mi sił. Tam ładuję akumulatory i doznaję autentycznej przyjemności. Aktywność fizyczna każdego rodzaju, a szczególnie forsowne wspinaczki górskie, pozwalają mi poznać czystą radość bycia człowiekiem pozbawionym ego.

Doświadczenia wspinacza stoją w całkowitej sprzeczności z moim londyńskim życiem: pracą w banku inwestycyjnym, przebywaniem wśród ludzi, którzy uważają się za panów wszechświata, za współczesnych superbohaterów uzbrojonych w BlackBerry i porsche. W tak zwanym cywilizowanym świecie jesteśmy bombardowani doniesieniami o wydarzeniach z życia celebrytów, które wydają się ważniejsze niż prawdziwe życie. Ekrany telewizorów i stronice gazet wypełnia informacyjny chłam, na którym koncentruje się uwaga opinii publicznej. Kiedy dzięki determinacji i swoim umiejętnościom wchodzę wraz z innymi na szczyt, gdy zmagam się z przeciwnościami terenu i fizyczną słabością, cały ten sztuczny świat i moje ego schodzą na daleki plan, a każdy z nas jest po prostu człowiekiem.

Dzień pierwszy

Pakujemy się do dżipa i o szóstej rano ruszamy w drogę. Wybieramy szlak Rongai, najmniej uczęszczaną trasę na szczyt Kilimandżaro. Jest najdłuższa, daje zatem więcej czasu na aklimatyzację i tym samym większą szansę na zdobycie góry. Meldujemy się przy bramie Parku Narodowego Kilimandżaro.

Nasze bagaże zostają rozdzielone między tragarzy – żaden nie może nieść więcej niż dwadzieścia kilogramów. Dzisiejsza trasa jest łatwa. Trzygodzinny spacer lekko krętą ścieżką. W pierwszym obozie tragarze i personel pomocniczy stawiają nam namioty, pompują materace i nakrywają do stołu w namiocie jadalnym. Na podwieczorek dostajemy świeżo uprażoną kukurydzę. To ci dopiero! Iście królewska uczta. Na tym etapie wyprawy rozmowy między członkami zespołu są jeszcze dość powierzchowne. Z tragarzami również, bo ich zasób angielskich słów jest ograniczony. Posłusznie uczę się piosenki Hakuna matata („Nie martw się”). Tak, tej z Króla Lwa.

W namiocie przebieram się do kolacji. Jesteśmy zachwyceni: mamy prawdziwe stoły nakryte obrusem, krzesła i metalowe sztućce. Tak jest aż do obozu Kibo. Tego wieczoru kolacja jest wystrzałowa. Składa się aż z trzech dań: pysznej zupy, ryżu z odrobiną mięsa (ja akurat go unikam, bo jestem wegetarianką) i musu czekoladowego – na deser. Jestem tu bez „bratniej duszy”, a że na początku więzi w grupie tworzą się z trudem, zaczynam odczuwać samotność i w myślach złorzeczę Nigelowi za jego nieobecność.

Dzień drugi

Dokładnie za piętnaście szósta z zewnątrz dobiega ciche nawoływanie budzącego nas tragarza:

– Wakey, wakey, washy, washy („Budzi, budzi, myju, myju”).

Przynosi Clare i mnie dwie miski wody, abyśmy mogły umyć sobie twarz. Jestem w górach i mogę rano umyć twarz wodą i mydłem? Wspaniale! Po śniadaniu godnym pięciogwiazdkowego hotelu dostajemy suchy prowiant i zaczyna się drugi dzień wędrówki. Znów wspinamy się łagodnym zboczem, tylko tym razem potrwa to osiem godzin. Obiad podano na przykrytym obrusem stole ustawionym koło jaskini. Krzeseł też nie zabrakło. Co za uczta!

Po południu spacerem dochodzimy do naszego drugiego obozu, z którego po raz pierwszy widzimy stożek Kilimandżaro. Jest piękny, odległy i bardzo wysoki. Na tle bezchmurnego nieba bajecznie mieni się odcieniami czerwieni. Z podziwem patrzę na górę i otaczającą przyrodę. Czuję, że jeśli nie okażę pokory, może mnie w jakiś sposób ukarać. Przed wyjazdem z Moshi kupiłam kilimandżarski kapelusz, którego z szacunku dla najwyższego na świecie wolno stojącego wulkanu nie zakładam nazwą do przodu, dopóki nie wejdę na szczyt. I nie nazywam góry: „Kili”, zanim nie zejdę bezpiecznie z jej wierzchołka.

Przed pójściem spać poznaję pozostałych ludzi, którzy wybrali tę samą trasę: pracowników londyńskiego City, parę nowożeńców z Republiki Południowej Afryki w podróży poślubnej i Brazylijczyka Tasso, który za sześć miesięcy będzie się ze mną wspinał na Elbrus. Rozmowy o błahych sprawach toczą się wartko, a my tymczasem wzajemnie się oceniamy i szufladkujemy.

Strasznie brakuje mi Nigela i naszych rozmów. Od co najmniej dwunastu miesięcy codziennie rozmawialiśmy przez telefon. W namiocie gawędzimy z Clare. Ona ma zdrowy dystans do wielu spraw. Opowiada mi o sobie. Jest po trzech małżeństwach. Kiedy dwójka jej dzieci dorosła, została sama i wreszcie spełnia swoje marzenia. Mówi mi, żebym po prostu w pełni cieszyła się pobytem tutaj i chwilą obecną. Nieporozumienie z chłopakiem... albo wszystko samo się ułoży, albo nie. Po prostu bądź tu i teraz.

Łatwo powiedzieć! Rozmawiając z nią, zdaję sobie sprawę, że dotychczas podświadomie unikałam bliskości innych kobiet. W dzieciństwie nawalczyłam się z siostrą i matką, które zawsze próbowały zrobić ze mnie kogoś innego niż ja sama. Stąd ten dystans i podejrzliwość.

Za to ojciec jest bardzo prostolinijny i po prostu akceptuje mnie taką, jaka jestem. Nasze stosunki są łatwiejsze. Po rozmowie z Clare stwierdzam, że z powodu braku kobiet w moim bliskim otoczeniu umyka mi coś ważnego. Postaram się to zmienić.

Dzień trzeci

Wspinamy się poli, poli. To jedno z pierwszych tanzańskich wyrażeń, jakiego uczymy się od przewodników, a znaczy: „powoli, powoli”.

Nie czuję fizycznego zmęczenia i przeważnie idę na czele grupy. Równiny w dole oddalają się. Kilimandżaro jest samotną górą, więc z każdego miejsca widać wsie leżące u jej podnóża. Im wyżej wchodzimy, tym rzadsza staje się roślinność, a ja odkrywam, że przestrzeń i krajobraz są ekscytujące i wyzwalające. Próbuję nawiązać kontakt z otoczeniem, z przyrodą. Czasem przyklękam, by dotknąć kwiatu lub liści o ciekawym kształcie. Najważniejsze, że mamy słońce. Każdego dnia jego okrągłe, żółte, uśmiechnięte oblicze budzi nas, a potem mówi nam dobranoc. Przypomina znaczek „Be happy” i tak się właśnie czuję – szczęśliwa. Dzięki temu otoczeniu zyskuję świeże spojrzenie na swoje moskiewskie życie i codzienną harówkę. Zaczynam wierzyć, że mogę osiągnąć wszystko, o czym zamarzę. Idę, całymi godzinami nie zamieniając z nikim słowa. Wyciszam umysł i próbuję wsłuchać się w siebie. Rytmiczny odgłos własnych kroków wprawia mnie w swego rodzaju trans.

Zatrzymujemy się na obiad, który znów jest ucztą. Po południu zaczynam wędrówkę wraz z grupą, ale po krótkim czasie zostawiam wszystkich w tyle i kolejny raz jestem sama ze sobą. Podziwiam naturalne piękno surowych okolic wulkanu: drobne źdźbła trawy, maleńkie kwiatki i stwardniałą od wieków lawę w różnych odcieniach czerwieni, szarości, czerni, bieli i brązu. Zdumiewające, jak brak cywilizacji sprawia, że świat staje się piękniejszy.

Moje myśli zwracają się ku matce. Odczuwam głęboko zakorzenione poczucie winy z powodu mojego wyjazdu z Polski wiele lat temu. Matka podsyca i potęguje to poczucie za każdym razem, kiedy rozmawiamy. Rzuca przykładami synów i córek, którzy regularnie odwiedzają rodziców i na różne sposoby okazują im miłość i wdzięczność, podczas gdy ja tylko od czasu do czasu dzwonię i przyjeżdżam raz w roku. Nie wiem, co z tym począć. To oczywiste, że ją kocham, ale nie tęsknię za domem i nie odczuwam potrzeby szczegółowego opowiadania rodzinie o swoim życiu.

W górach trzymamy się naturalnego rytmu dnia i nocy, aby maksymalnie wydłużyć dzienną aktywność. Zagaduję mijających mnie tragarzy. Nauczyłam się kilku słów w ich języku, więc mogę sobie uciąć z nimi małą pogawędkę. Ci ludzie są bardzo biedni. Niektórzy idą w klapkach i bez odpowiedniego przy panującej tu pogodzie ubrania, a mimo to na ich twarzach gości szeroki uśmiech. W czasie rozmowy patrzą prosto w oczy i pracują z pełnym oddaniem. Jakże inaczej jest w Londynie, gdzie prowadzi się błahe rozmowy, a zdobycie przyjaciół zabiera wiele czasu. W metrze ludzie unikają kontaktu wzrokowego i sprytnie chowają się za gazetą lub książką. Mają zmęczone twarze. Rzadko pojawiający się na nich uśmiech znika, gdy tylko się odwrócą. Myślę, że jesteśmy odpowiedzialni za utrwalony wyraz swojej twarzy, że twarz najpełniej pokazuje, kim naprawdę jesteśmy i co tak naprawdę czujemy.

Po dotarciu do leżącego na wysokości około 4200 metrów n.p.m. obozu przez dwie godziny wspinamy się – w ramach aklimatyzacji – na kilka skał. Dotykam głazu i czuję jego chłód – to mnie uspokaja. Znika rozdrażnienie spowodowane nieobecnością Nigela. Cieszę się, że tu jestem. Wraz ze świeżym powietrzem wdycham nowo odkrytą wolność. Siadamy na wzgórzu i przez dwadzieścia minut rozmawiamy o jutrzejszym ataku szczytowym. Ludzie są zdeterminowani – chcą zdobyć szczyt i co najważniejsze zrobić sobie zdjęcia. Niektórzy są w świetnej formie, ale wysokość wyrównuje wszystkim szanse. Jesteśmy zmęczeni i nie możemy się doczekać jutrzejszego dnia. Dotarcie do szczytu dla mnie też jest ważne, ale tylko jako pierwszy etap ewentualnej długiej podróży.

Dzisiaj kolacja smakuje mi inaczej. Jakby w czasie kontemplacji towarzyszącej wędrówce wyostrzył się mój zmysł smaku. Czuję, że spożywany pokarm daje mi więcej energii i jest bardziej pożywny niż wczoraj, jem wolniej, dłużej żuję. Jutro przed nami długie przejście przełęczą i uprzedzono nas, abyśmy byli przygotowani na silne wiatry. Opatulona stoję przed namiotem. Jest ciemno, ale wszystko wokół rysuje się całkiem wyraźnie. Przyglądam się chmurom, które wdzięcznie spowijają górę. Powyżej ogromny księżyc, otoczony tysiącami gwiazd. Powietrze jest czyste jak kryształ. Przy widoczności rzędu kilku kilometrów dokładnie widać leżące u stóp wulkanu wioski. Płonące ogniska zdają się być odbiciem gwiazd przeglądających się w zwierciadle Ziemi. Poczułam nowy rodzaj więzi z przyrodą. Przepełnia mnie uczucie ciepła i szczęścia.

Dzień czwarty

Przemierzając przełęcz, widzimy w oddali obóz, w którym spędzimy najbliższą noc. To nas motywuje – wydaje się łudząco bliski, lecz dojście do niego przez jałowy płaskowyż zabiera nam osiem żmudnych godzin. Widoczny przed nami stożek góry sprawia wrażenie jeszcze bardziej jałowego. Słyszę, jak członkowie mojej grupy zaczynają narzekać na trudy i niewygody tej podróży. Jednych nękają wymioty, spowodowane chorobą wysokościową, inni przeklinają górę. Żony i dziewczyny z pretensją krzyczą na swoich partnerów, że je tu przywlekli. Niektórzy mają poparzone wnętrze jamy ustnej i wargi, prawdopodobnie z powodu zbytniej gadatliwości albo po prostu wskutek chodzenia z otwartymi ustami i oddychania przez usta zamiast przez nos. Część osób ma nawet pęcherze na podniebieniu. Nie odzywam się, bo jak dotąd wyprawa jest dla mnie czystą przyjemnością.

W końcu docieramy do obozu Kibo i cieszymy się na widok prawdziwych toalet z cegły i licznych namiotów. Ostatnie 100 metrów stromego podejścia wyczerpało mnie, bo chcąc jak najszybciej dotrzeć do namiotu i odpocząć, nie szłam poli, poli. Odczuwam teraz wpływ wysokości – jakby spowijał mnie bawełniany kokon, który sprawia, że każdy ruch przychodzi z trudem. Szczyt znajduje się 1000 metrów nad nami. Jemy bardzo wczesną kolację. Na deser podano gaszącego pragnienie arbuza, którego jeden z tragarzy wniósł tu na górę. Przed nocną próbą zdobycia szczytu pakujemy suchy prowiant i wodę. Rozkoszuję się „prawdziwą” toaletą, a potem, aby poczuć się jeszcze lepiej, urządzam sobie „kąpiel”, zużywając cały zapas wilgotnych chusteczek higienicznych.

Dzień piąty

O dwudziestej drugiej przewodnicy budzą nas parującą miską owsianki i mnóstwem herbaty. Czuję się świetnie, ale jest zimno i wieje silny wiatr. Nie widzę gwiazd. Chyba jesteśmy pogrążeni w chmurze. Nasza grupa szykuje się do drogi. Stajemy w rządku u stóp ostatniego odcinka trasy mierzącego 1000 metrów. Główny przewodnik poucza mnie, żebym nie szła za szybko. Ustawia mnie na czele grupy, tuż za sobą. Gdy bardzo powoli wspinamy się zygzakiem po pokrytym piargami stożku, widzimy lampki czołowe rozciągniętych wężowato grup idących przed i za nami. Tempo jest dla mnie zbyt wolne i szybko robi mi się bardzo zimno. Przewodnik zauważa, że dygoczę, więc na każdym postoju przytula mnie i masuje na rozgrzewkę. Idziemy jak małe roboty R2-D2 z Gwiezdnych wojen. Piętnaście kroków, skręt w lewo. Piętnaście kroków, skręt w prawo. Piętnaście kroków, skręt w lewo. Piętnaście kroków, skręt w prawo. Ten taniec kroków i skrętów znów wprowadza mnie w trans. Czuję, jakby mi w głowie hulał wiatr i z każdym podmuchem porywał cząstkę mojej przeszłości, by rozproszyć ją w ciemnej przestrzeni. Po kolejnym skręcie czuję się coraz bardziej sobą, oczyszczona z pokładów winy, uczuciowego uzależnienia i emocjonalnych pęt.

Wzdłuż szlaku mijamy wymiotujących ludzi. Jednego z nich, przypominającego zombie, prowadzą dwaj tragarze. Nie rozmawiamy zbyt wiele, oszczędzając energię dla nóg. W pewnym momencie wyłączam czołówkę i posuwam się w ciemnej ciszy. Po przebyciu dwóch trzecich drogi zatrzymujemy się przed pasmem głazów, żeby złapać oddech. Sięgam po baton energetyczny. Nagle czuję dziwne ciepło płynące po udzie i w popłochu uzmysławiam sobie, że właśnie przedwcześnie dostałam okres. Powiadamiam o tym przewodnika, po czym w całkowitej ciemności i dyskretnej odległości od reszty doprowadzam się do porządku. Na wysokości 5500 metrów n.p.m. nie jest to proste, ale udaje mi się, bo wzięłam ze sobą co trzeba. Później obmywam się dużą ilością preparatu do dezynfekcji rąk i łykam większą dawkę środków przeciwbólowych, aby zapobiec skurczom.

Zespół jest gotowy do drogi na szczyt. Rozdzielamy się, bo głazów nie można pokonać, idąc w rządku. Każdy wybiera najlepszą dla siebie strategię. Czas się zatrzymuje. Nie mam pojęcia, jak długo trwa wejście ani która jest godzina. Nie odczuwam zmęczenia, mimo że tej nocy spałam tylko trzy godziny. Czuję podekscytowanie tym, że tu jestem, i że z każdym ruchem, z każdym krokiem zbliżam się do celu. Chłód kamieni ponownie ucisza niepokój, jaki wzbudzała we mnie myśl o szczycie. Teraz wiem, że mogę tam dotrzeć. To tylko kwestia powolnego i cierpliwego posuwania się do przodu. Lubię zapach, jaki wydzielają odwracane kamienie i tę odrobinę wilgoci, jaką daje chmura, w której kroczymy. Wprawdzie potęguje ona zimno, ale teraz poruszam się własnym tempem. Dzięki temu jest mi ciepło.

Docieramy do punktu Gilmana, gdzie zazwyczaj wielu turystów rezygnuje. Od szczytu dzielą nas dwie godziny, ale niektórzy czują się naprawdę źle i są wyczerpani. Zdaję sobie sprawę z tego, jak łatwo przyszłoby tym, których nęka straszliwy ból głowy albo nudności, zrobić w tył zwrot i wrócić do wygód obozu. Ale ja nie mam wątpliwości, że chcę iść dalej. Siedzimy i pijemy gorącą herbatę. Nie możemy obejrzeć olśniewającego widoku wschodzącego słońca, bo otaczają nas chmury. Jest jeszcze zimno i prawie ciemno. Wyjmuję niebiańsko gorzką czekoladę z miętą, którą zabrałam na chwile słabości. Delektuję się każdym kęsem i czuję, jak mózg wydziela endorfiny, a moja motywacja wzrasta.

Główny przewodnik pyta wzrokiem: „Jesteś gotowa?”.

„Oczywiście”.

Dostaję własnego przewodnika i ruszamy.

– Jesteś bardzo silna – stwierdza mój towarzysz. – Rzadko się zdarza, żeby biały człowiek szedł tak szybko wzdłuż krateru szczytowego.

Przyjmuję komplement, ale nie staję się przez to zbyt pewna siebie – jeszcze nie dotarłam na szczyt. Zaczyna padać śnieg i grunt robi się trochę śliski. Idę ostrożnie i cieszę się, że mam kijki trekkingowe, które pomagają mi utrzymać równowagę. Naprzeciw dostrzegam zbliżające się trzy sylwetki splecione w dziwnym uścisku. To japoński turysta, którego sprowadzają dwaj tragarze. Chyba jest nieprzytomny. Mój przewodnik zamienia z nimi kilka słów i podążamy dalej.

Przejście wzdłuż krateru szczytowego jest zwodniczo łagodne. Stale pojawia się szczyt za szczytem, ale to ciągle nie jest ten ostatni. To frustrujące. Cierpliwość zostaje nagrodzona, kiedy w końcu, dwadzieścia metrów przed sobą, widzę wyłaniającą się ze śniegu i chmury drewnianą tablicę. Przewodnik i ja uśmiechamy się do siebie. Podaję mu aparat, robi mi zdjęcie... i wtedy zrywa się film! Mam w kieszeni drugą rolkę, więc pośpiesznie przewijam film i wkładam następny, a tymczasem oboje marzniemy na kość. Błyskawicznie pstryka kilka zdjęć i szybkim krokiem zaczynamy schodzić. Nawet nie mam czasu, żeby pomyśleć, że naprawdę zdołałam wejść na tę górę. Z jakiegoś powodu ścieżki reszty zespołu nie krzyżują się z naszą drogą powrotną, ale przy punkcie Gilmana spotykam inne znajome grupy i mojego nowego brazylijskiego przyjaciela. Mówię im, że dadzą radę, że muszą tylko iść przed siebie. Mgła zaczyna się podnosić, a to im pomoże.

Przewodnik pozwala mi schodzić po pasmie głazów na własną rękę, a sam wraca, żeby pomóc innym. Świetnie! Z każdym krokiem, a teraz prawie biegnę, jest mi cieplej. Widzę obóz i myślę o kubku ciepłej herbaty i drzemce, jaką sobie utnę, czekając na pozostałych. Zejście zajmuje mi mniej niż dwie godziny. Wchodzę do namiotu kuchennego, gdzie witają mnie uśmiechnięte twarze kucharzy. Traktują mnie jak polską księżniczkę i raczą świeżo uprażonymi orzeszkami ziemnymi i mnóstwem picia. Do każdej ręki biorę po dwie kanapki i idę do namiotu, by się zdrzemnąć. Co za błogość!

Nie wiem, jak długo spałam, ale po przebudzeniu czuję się świetnie. Zaczyna do mnie docierać, że bezpiecznie wróciłam ze szczytu i wpadam w euforię. Wychodzę z namiotu, z radości skaczę i piszczę. Inni już wrócili i zdążyli coś przekąsić. Pakujemy się, bo dziś mamy zejść jeszcze niżej. Czuję się lekko. W drodze do ostatniego obozu podskakuję sobie przy każdym kroku jak Fizia Pończoszanka. Jestem zachwycona.

Zanim opuściliśmy obóz Kibo, dociera do nas pogłoska o tragicznym wypadku. Dwa dni później dowiadujemy się, że po drugiej stronie szczytu zginęli pod lawiną kamieni amerykański turysta i dwaj miejscowi przewodnicy. Wszyscy wspinacze ze Stanów chcą natychmiast po dotarciu do telefonu powiadomić bliskich, że nic im się nie stało.

Jestem pewna, że moja mama usłyszała tę nowinę i będzie wszystkich wokół zadręczać, aby sprawdzili w internecie, czy zginęli jacyś Polacy.

Wieczór w obozie jest bardzo krótki. Po tym długim dniu wszyscy padają z nóg, więc tylko jemy kolację i idziemy spać. Jutro jest ostatni dzień wędrówki, a droga poprowadzi przez las.

Dzień szósty

Budzimy się i znów świeci fantastyczne słońce. Z radości kręci mi się w głowie, gdyż dopiero teraz w pełni do mnie dociera, że zrobiłam pierwszy krok w swojej długiej podróży. Po śniadaniu czeka nas rytuał wręczania tragarzom napiwków. Obowiązują tu ścisłe zasady dotyczące ilości pieniędzy, jaką otrzymuje każdy z nich: kucharz, podkuchenny, tragarz, młodszy tragarz, starszy tragarz, główny tragarz i przewodnicy. Lista jest długa. Na pokrycie wynagrodzenia tragarzy przypada po około 150 dolarów na uczestnika. Najpierw myślę, że to dużo, ale zaraz przypominam sobie o arbuzie, o swoim osobistym przewodniku i gratulacjach po powrocie. Przynajmniej wiem, że te pieniądze trafią bezpośrednio do ludzi, którzy stoją przede mną, i pomogą im w ich trudnym życiu. Pośrodku obozowego placu zostawiamy też niepotrzebne ubrania, aby później tragarze mogli je sobie wziąć. Zaczynam biec do bazy. Z uśmiechem przemierzam las.

Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla Nigela? Albo kogoś innego, kto dzieliłby moje szczęście? W tej chwili nie ma nikogo takiego. Ach, więc mogę być szczęśliwa, spełniona i naładowana energią tylko dla samej siebie! Czuję się wyzwolona. Jestem sama, ale już nie samotna. Jest fantastycznie. Panuję nad własnymi uczuciami.

Podczas uroczystej kolacji dostajemy certyfikaty. Kilka osób z mojej grupy upija się do utraty przytomności i ślubuje, że już nigdy nie będzie się wspinać.

* * *

Euforia trwa krótko i opada, gdy przybywam do Zanzibaru. Krążę wokół basenu tak długo, że z gorąca pieką mnie stopy. Znów nienawidzę Nigela za to, że go tu nie ma. Zmęczona padam na leżak. Czuję się bardzo samotna. Oto jestem w romantycznym kurorcie, gdzie pary trzymają się za ręce i się do siebie wdzięczą, a ja jestem sama. Postanawiam zakończyć ten związek. Powiem o tym Nigelowi pod koniec stycznia. Ale co robić teraz? Nie lubię wakacji na plaży, a przecież utknęłam tu na cztery długie dni. Jestem zmęczona, więc idę na masaż, zjadam dobry obiad i kładę się do łóżka. Jutro też jest dzień.

Nazajutrz postanawiam przyjmować pełną odpowiedzialność za każdą swoją decyzję, działanie i stan umysłu. Zdecydowałam wspiąć się na Kili sama, więc czyniąc to, zrobiłam pierwszy krok ku emocjonalnej niezależności. Muszę być konsekwentna.

* * *

Po powrocie do domu zauważam, że wprawdzie przyjaciele są zainteresowani moją relacją i zdjęciami z wyprawy, ale nikt, z wyjątkiem Nigela, nie docieka istoty tak przecież widocznego stanu moich uczuć. Jestem rozczarowana, że nikogo nie udało mi się zainteresować wyższym poziomem świadomości, którego doświadczam. Jakbym się narodziła na nowo. Kiedy przychodzimy na świat, nie wiemy, że jesteśmy odrębnymi istotami, żyjącymi niezależnie od swoich matek. Jak dziecko, które zaczyna wskazywać na siebie palcem i nazywać się własnym imieniem, czuję, że na Kilimandżaro ponownie poznałam swoje imię. Stoję o własnych siłach.

Ta podróż wyzwala we mnie poczucie samoświadomości i emocjonalnej niezależności. Dopiero po czterech latach zdołałam to w pełni pojąć i stać się na tyle świadoma, aby nie dać sobą manipulować i nie zmuszać się do uczuć, jakich nie chcę przeżywać. W znacznie większym stopniu czuję się panią własnego ciała, umysłu i emocji. To uczucie mnie wyzwala.

Rozdział 2

To wcale nie jest takie proste

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 3

I harówka może dać wiele radości!

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ DRUGA

Poprzeczka idzie w górę

Rozdział 4

Punkt zwrotny

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 5

Między młotem a kowadłem

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 6

Warto było czekać

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Kilimandżaro. Uśmiechnięta od ucha do ucha ściskam certyfi kat i myślę: Ach te góry wysokie, to nie takie znowu trudne...

Na szczycie Kilimandżaro. Temperatura minus 10, straszna chmura – nic nie widać i pada śnieg. Dostałam po głowie od natury za ignorancję.

Kilimandżaro. Widok szczytu z tzw. siodła. Tak niby blisko, a przejście zajęło nam dobre 7 godzin.

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ TRZECIA

Rozdział 7

Po moim trupie!

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 8

„Wieczór panieński”

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 9

Radość zawierzania istnieniu

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

POSŁOWIE

Nie chodzi o dawanie

Zejście z Mount Everestu i powrót do pełni sił zajęły mi osiem miesięcy. Moje ciało było w strzępach. Przez wiele tygodni poranne wstawanie sprawiało mi ból. Nie buntowałam się, bo uznałam, że to niewielka cena za wewnętrzną wiedzę, jaką posiadłam.

Na lotnisku w Polsce mama osłupiała na mój widok i powiedziała: „O mój Boże, wyglądasz tak normalnie”. Godzinami nie odrywała ode mnie wzroku, jakby ujrzała mnie po raz pierwszy w życiu. Koledzy w pracy zgotowali mi huczne przyjęcie. Zewsząd napływały gratulacje od przyjaciół i znajomych. Pragnę wszystkim serdecznie podziękować za słowa wsparcia i uznania, jakie otrzymałam w trakcie wyprawy i po jej zakończeniu. Pomimo że zerwaliśmy ze Steve’em dziewięć miesięcy po moim powrocie, mam poczucie długu wobec niego za wsparcie, jakie mi okazał podczas przygotowań i samej wyprawy. Ku mojemu zdziwieniu do tej pory nie otworzyłam kartki zatytułowanej: „Na najcięższe dni” – nie wiem, kiedy ją otworzę, może nigdy, a może podczas kolejnej wyprawy.

Jednak moja misja jeszcze nie dobiegła końca. Niemal rok po powrocie z Dachu Świata znów się pakuję. Wracam do Nepalu, aby wziąć udział w uroczystym otwarciu Szkoły Pokoju. Szkołę tę dedykuję Wandzie Rutkiewicz i Jerzemu Kukuczce. Jestem przejęta, gdyż oto nagle zostanę „zastępczą” matką 226 dzieci, a nawet nie władam ich językiem.

Nie przegapiłam żadnej możliwości pozyskania środków na tę szkołę i nie ustaję w tych staraniach. Do tej pory zebrałam czterdzieści tysięcy dolarów i całą sumę przeznaczyłam na budowę szkoły. Całkowity koszt realizacji tego projektu wyniósł osiemdziesiąt tysięcy dolarów. Brakującą sumę wyłożyły organizacja Epic Change i Fundacja Clintona. Ta pierwsza szkoła została otwarta 28 kwietnia 2011 roku. Ma ich być w sumie trzynaście[13]. Będę wdzięczna za każde wsparcie, jakie zdołam uzyskać. Czytelniku, też możesz pomóc, kupując tę książkę lub polecając ją przyjaciołom i bibliotekom. Trzydzieści procent zysku z jej sprzedaży przeznaczam na szkoły. Możesz również przeznaczyć 1% podatku na Fundację Korony Ziemi lub wpłacić pieniądze bezpośrednio na konto złotówkowe: Bank Handlowy w Warszawie, 87 1030 0019 0109 8530 0035 5614. Wszystkie wpłacone środki są przekazywane bezpośrednio do Nepalu.

Początkowo sądziłam, że dobroczynność sprowadza się do „dawania”, że moja rola będzie polegać na przekonywaniu ludzi, aby dzielili się tym, co mają. Teraz wiem, że satysfakcja z samego dawania jest wartością wyczerpywalną i z czasem zanika. Natomiast osobisty wkład w rzeczy, które umożliwiają innym transformację i świadomość uczestnictwa w czymś ważnym (zmieniającym życie innym) pozostaje w człowieku na zawsze. Podobnie jak widok 226 rozradowanych twarzyczek w wieku od pięciu do szesnastu lat w szkole, która za chwilę zostanie otwarta, i świadomość nieograniczonych możliwości, jakie się dzięki temu przed nimi rysują. Za to uczestnictwo pragnę Państwu gorąco podziękować!

13  Druga szkoła dla 80 dzieci została wyremontowana w wiosce Lincho w 2013 roku (przyp. aut.).

Vinson. Obóz bazowy pod Masywem Vinsona. Na całym kontynencie jest około 500 osób.

Vinson. Zabawy na śniegu (po paru szampanach) w oczekiwaniu na samolot powrotny.

Vinson. Wyruszamy z obozu bazowego, każdy ma plecak i sanie, które ważą więcej niż każdy z nas.

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

O AUTORCE

Ania Lichota wyjechała ze Szczecina w 1996 roku z jedną torbą autobusem na pomagisterskie studia do Londyńskiej Szkoły Ekonomii i Nauk Społeczno-Politycznych. Przed wyjazdem do Londynu ukończyła studia magisterskie – zarządzanie i marketing na Uniwersytecie Szczecińskim. Następnie edukację wzbogaciła o MBA i doktorat z przywództwa międzynarodowego w systemie kształcenia na odległość przy amerykańskim uniwersytecie Rushmore.

Złapała bakcyla podróży po przejechaniu z chłopakiem pięciu tysięcy kilometrów po Francji na osiemnaste urodziny i otrzymaniu od bliskich przyjaciół w 1994 roku albumu o stu miejscach na świecie wartych zobaczenia. Pasja poznawania innych kultur zawiodła ją do sześćdziesięciu siedmiu krajów na wszystkich kontynentach.

W życiu zawodowym specjalizowała się w znajomości rynków rozwijających się i usługach finansowych, zarządzaniu zmianą w organizacji, usprawnianiu procesów metodami Six Sigma i Lean oraz transformacji organizacyjnej. Pracowała w Polsce, Estonii, Rosji, Niemczech, Rumunii, we Włoszech, Francji, w Czechach, Holandii, Stanach Zjednoczonych, Meksyku, Korei Południowej, na Tajwanie, w Hongkongu, Singapurze i Wielkiej Brytanii; obecnie mieszka na stałe w Londynie.

Po latach wspinaczek w wysokich górach i długodystansowych eskapadach rowerowych, a także dzięki udanej karierze korporacyjnej przeszła przemianę i teraz jest coachem najwyższego szczebla zarządzania pod egidą firmy InsideOut®, inspiracyjnym mówcą, prowadzi warsztaty i szkolenia z maestrii przywództwa, rozwoju osobowego i mindfulness.

Równolegle z karierą zawodową i wspinaczką wysokogórską rozwijała działalność charytatywną. Była członkinią zarządu The Attlee Foundation i All Bar None, współpracowała z londyńskim oddziałem UNICEF-u, Sarswati Foundation w Nepalu, ma swoją fundację wspierającą budowę szkół w Nepalu, przez trzy lata była prezesem Stowarzyszenia Polskich Psychologów w Londynie. W Polsce przez lata wspomagała rodzinne przedszkole w Trójmieście i szkołę podstawową w Borczu.

Unikatowy styl przywództwa i działalność charytatywna przysporzyły jej wiele międzynarodowych nagród, między innymi nagrodę prezesa GE Commercial Finance, nominacje do tytułu Kobiety Roku polskiej prasy w Londynie i „Twojego Stylu” w Warszawie oraz nagrodę prezesa UBS Banku Inwestycyjnego.

Ania Lichota regularnie wypowiada się w mediach angielskich i polskich.