Niszcz, powiedziała - Piotr Rogoża - ebook

33 osoby właśnie czytają

Opis

Niech arteriami popłynie krew!

Zaginięcie byłej dziewczyny, która najwidoczniej prowadziła podwójne życie, zapowiada początek koszmaru Szymona, trzydziestoletniego copywritera. Nagle piętrzą się dziwne przypadki, a nowi pracodawcy zdają się skrywać wiele sekretów. Szymon zdaje sobie sprawę, że uczestniczy w upiornej grze, gdy hasło reklamowe, którego jest autorem, zostaje wykorzystane przez terrorystów odpowiedzialnych za śmierć kilkunastu osób w warszawskim metrze. Od tego, czy w porę zrozumie zasady tej rozgrywki, zależy los… no właśnie: kogo? Całego miasta?

Obłęd gęstnieje, granica między rzeczywistością a spreparowaną kreacją szybko się zaciera. Razem z niespodziewaną sojuszniczką Szymon staje do walki z niesprecyzowanym wrogiem, którego istnienia nawet nie jest pewien. Czy uda się zatrzymać kołowrót kłamstw i podejrzeń? Kto tak naprawdę jest ofiarą, kto wrogiem, a kto przyjacielem? Ślady prowadzą w warszawską noc i rozmywają się w jesiennej szarudze. Życie zaczyna przypominać fikcję reklamy…

Niszcz, powiedziała to wciągający thriller, a jednocześnie portret środowiska, w którym handluje się tym, co bezcenne – ideami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawca ADAM PLUSZKA
Redaktorka prowadząca AGNIESZKA RADTKE
Redakcja ITA TUROWICZ
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Ilustracja na okładce © Magda Wolna
Łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © by Piotr Rogoża 2019 by arrangement with Agencja Literacka Syndykat Autorów Copyright © for this edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66335-14-1
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Into that darkness

into that darkness

in the hovels and gutters

her face to the storm

Death in June, She Said Destroy

PROLOG

Być może znasz już moją twarz. Wkrótce poznasz całą historię, ale nie spodziewałbym się prawdy.

Internet przetrawi informacje na mój temat i wyrzyga setki artykułów, komentarzy i statusów na Facebooku. Pojawią się rozmaite interpretacje i wątpliwości, oczywiście nie zabraknie też kpin, ale to już nie mój problem. W pewien sposób przecież zwyciężyłem.

Podchodzę do okna, otwieram szeroko. Dwunaste piętro, Warszawa rozlewa się morzem świateł. Przesuwam wzrok wzdłuż poszarpanej linii dachów, wytyczającej granicę między miastem a nocnym niebem. Widać tylko najjaśniejsze gwiazdy, reszta ginie w toksycznej poświacie, za to księżyc wydaje się dziś bliski jak nigdy.

Chce mi się śmiać. Tak naprawdę od dawna zdawałem sobie sprawę, że zbliża się koniec, ale nie chciałem w to uwierzyć. Nadal nie potrafię uwierzyć, że to już. Ta noc nie ma w sobie nic realnego.

Wychylam się głęboko za okno, wiatr całuje mnie w policzki. Nie wytrzymuję i śmieję się głośno, choć bardziej na miejscu byłyby łzy. A Warszawa śpi niespokojnie, Warszawa drży, jakby wszystko przeczuwała. Może już śni o wielkim ogniu, burzy płomieni, przed którymi nie ma ucieczki. Cały świat zajmie się pożarem, nic nie będzie takie jak do tej pory. Ten ogień już się tli.

Dziwi mnie, że nie czuję strachu. Pewnie ze zmęczenia. Bałem się wcześniej, teraz nie, jakby nie było już we mnie miejsca. Idę do kuchni, wyjmuję z lodówki butelkę wódki. Trochę jeszcze zostało, niezbyt dużo, ale zawsze. Noc była długa. Leję do szklanki.

Wasze zdrowie, przyjaciele. Wypijam na raz, krzywię się. Zimno spływa przełykiem, tego mi było trzeba. Dolewam jeszcze, do końca. Szkoda, że to już wszystko.

Patrzę na swoje odbicie w oknie. Nie mam twarzy, tylko zdjęcie, które pozna cała Polska. Jestem płaski i półprzezroczysty. Nie mam nazwiska. Składam się wyłącznie ze słów, które napisałem. Ze słów, które zostaną o mnie napisane. Składam się z kłamstw, nic na to nie poradzę.

Pozostaje czekać. Siadam na podłodze naprzeciw drzwi wejściowych, spokojnie dopijam wódkę. Wasze zdrowie.

Czekam na was.

Czekam, aż nadejdzie Światło.

I

CZARNY ANIOŁEK

1

Zachowaj choć trochę godności.

Powtarzam to sobie w myślach i na głos. Słowa tracą sens, stają się tylko dźwiękami. Wszystko traci sens.

Ewelina powinna przyjechać już dawno. Oczywiście spóźnia się specjalnie, na pewno sprawia jej to satysfakcję. Doskonale zdaje sobie sprawę, że czekam i że nie jest mi łatwo. To bardzo w jej stylu, chce do samego końca czuć, że rozdaje karty. Wyobrażam sobie, jak wyjmuje telefon, upewnia się, że jest spóźniona już dwadzieścia minut, odnajduje wzrokiem moje okno i powolutku zapala papierosa.

Powinienem napisać jej esemesa: „Od teraz co minutę wyrzucam na ulicę losowo wybrany przedmiot, więc rozsądnie byłoby jednak ruszyć dupę, chyba że wolisz zbierać graty z chodnika :)”. Powinienem wystawić kartony na klatkę schodową, zamknąć mieszkanie i pojechać gdzieś, choćby do Wiki. Powinienem wylać butelkę domestosa na jej ubrania. Oczywiście nic takiego nie zrobię.

Na pewno ucieszyłaby się, czując ode mnie alkohol, więc choć o niczym na świecie nie marzę tak mocno jak o otwarciu piwa, to jednak popijam herbatę. Denerwuję się na siebie, bo w ten sposób znowu przyjmuję jej warunki. Ciągle gram w tę grę na jej zasadach, nawet teraz nie potrafię przejąć w końcu kontroli.

Zastanawiam się, co jej powiedzieć. Powinnaś się cieszyć, bo ktoś inny na moim miejscu rozegrałby to zupełnie inaczej, a ja naprawdę byłem za dobry. Jesteś skończoną kretynką i mam szczerą nadzieję, że kiedyś to do ciebie dotrze. Nic się nie zmieniło i wciąż czekam, kiedy mi oddasz pieniądze. Powinnaś sobie to wszystko przemyśleć, dziewczyno, i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Cokolwiek bym powiedział, pokiwa tylko głową. Nie słuchała mnie nigdy, teraz nie posłucha tym bardziej.

Patrzę na rozstawione w przedpokoju kartony. Myślałem, że jej rzeczy uzbiera się więcej. Trochę ciuchów, torebki, buty, dosłownie kilka książek, kosmetyki, ale głównie rzeczy z kuchni: tani ekspres do kawy, zastawa stołowa, plastikowe naczynia, kubki. Akcesoria do zabawy w dom. Zatrzymuję na dłużej wzrok na zestawie foremek do pieczenia.

Lubisz, jak w domu pachnie świeżym ciastem?

Nie, wolę, jak rozsyłasz nagie zdjęcia jakimś fiutom.

Chyba nawet nie zdążyła użyć tych foremek. Nie podejrzewam, żeby w ogóle miała taki zamiar.

Idę do pokoju, siadam w fotelu. Zastanawiam się, czy odczuję brak tych wszystkich przedmiotów. Rozglądam się, przesuwam spojrzeniem po półkach, na których zwolniło się miejsce. Mieszkanie rzeczywiście już teraz wydaje się wybrakowane, zubożałe, niekompletne. Myślę o siostrze Eweliny, Gośce, którą naprawdę polubiłem. Młoda była u nas jeszcze dwa tygodnie temu. Obiecała, że zachowamy kontakt, ale wiadomo, jak jest. Jej na pewno będzie mi brakować.

Odkąd stało się jasne, że sprawy zaszły za daleko, regularnie wyobrażałem sobie chwilę, w której drzwi ostatecznie zamkną się za Eweliną jak okładka nietrafionej książki. W wyobraźni czułem żal, że po raz kolejny zabrnąłem w ślepy zaułek, czułem ulgę albo radość, czasem złość. Na pewno zawsze coś czułem.

Teraz nic nie czuję. Nawet złość na siebie zaraz przechodzi. Przecież nie muszę nikomu niczego udowadniać.

Wstaję więc po piwo i dokładnie w tym momencie stłumiony pisk domofonu informuje, że ktoś wszedł na klatkę. Nareszcie. Zamiast do kuchni, wracam do przedpokoju. Otwieram drzwi, czekam dłuższą chwilę, aż winda wjedzie na dwunaste piętro.

Nadciąga z dwoma kolesiami, rozpoznaję jednego. Miesiąc temu zrobiła u nas imprezę dla znajomych z pracy, on przyszedł jako pierwszy i pomagał przyszykować stół. Sympatyczny przygłup, takie wyrośnięte dziecko. Nie mogę sobie przypomnieć, jak ma na imię. Drugiego, rudego z cwaniakowatą gębą, nie kojarzę w ogóle.

– Cześć – mówi Ewelina. Widzę, że jest zmęczona.

– Cześć – odpowiadam.

Rzuca mi szybkie spojrzenie. Wchodzi do środka, towarzysze idą za nią. Podają mi bez słowa ręce, uroczy dureń nawet się uśmiecha. Czyżbym na twarzy rudego dostrzegał pogardę? Nawzajem, palancie.

– Dzięki, że to pozbierałeś – mówi Ewelina.

Kiwam głową. Spodziewałem się, że będzie drobiazgowo przeglądać swoje śmieci, ale chyba nie ma na to siły. Nie wierzę, że może dokądkolwiek się śpieszyć.

– Najpierw te najcięższe, zaniesiemy do samochodu – mówi przygłup. – Weźmiemy jedno na drugie, to nie trzeba będzie dwa razy łazić.

Jakoś im się udaje. Matoł łapie się za dwa kartony naraz, trzyma je przed sobą, zasłaniają mu widok. Cwaniak chwyta trzecie pudło, Ewelina bierze ostatnie, najlżejsze, to z kuchennym badziewiem. Wychodzi pierwsza.

– Cześć – mówi.

– Cześć – odpowiadam.

Zastanawiam się, czy wprowadzi się właśnie do tego rudego chujka. Pewnie tak, pewnie to dla niego pozowała wypięta pod prysznicem. Nie mam pojęcia, kim on jest. Widzę jego plecy, gdy bez słowa wychodzi za Eweliną. Jest niższy ode mnie, niewiele wyższy od niej.

Czuję przypływ szczerej sympatii dla przygłupa, który rusza jako ostatni, taszcząc trzy czwarte jej dobytku. Naprawdę nic nie widzi zza kartonów. Przytrzymuję mu drzwi.

– To na razie, Szymon – sapie.

– No, trzymaj się – odpowiadam.

Zamykam za nimi. Słyszę jeszcze, jak przygłup klnie na klatce, chyba nie trafił w drzwi do windy. Nareszcie sięgam do lodówki po upragnione piwo.

A więc to już. Szybko i sprawnie, cała operacja zajęła im może dwie minuty. Ewelina zniknęła z mojego życia i mogę zacząć udawać, że nigdy się w nim nie pojawiła. Zły cień opuścił bajkową dolinę. Ding-dong! wiedźma nie żyje.

Zanim otworzę puszkę, przykładam ją na chwilę do czoła, cieszę się tym chłodem. Czuję, że lekko drżą mi ręce. Wypiłbym to piwo duszkiem. Jedno, drugie, trzecie i potem czwarte. Ale nie zrobię tego.

– Zachowaj choć trochę godności – mówię do siebie.

Powtarzam jeszcze raz, szeptem.

2

Wika świdruje mnie wzrokiem skupionym jak laser, jeszcze moment i przetnie na pół. Dawno się nie widzieliśmy i trochę już zapomniałem, na czym to polega: ona nie mruga. Jest jak drapieżny kot, który hipnotyzuje ofiarę, zanim skoczy jej do gardła. Nie potrafię wytrzymać tego spojrzenia, zaglądam do butelki, jakbym spodziewał się dostrzec na dnie coś więcej niż tylko resztkę piwa. Siedzimy w Chwili na Żelaznej, w pubie, który swego czasu był dla nas drugim domem.

– A więc gra skończona – mówi Wika. – Ostatecznie zamknąłeś rozdział pod tytułem Ewelina.

– Dokładnie tak.

– I nie będziesz próbował do niej wrócić?

Podnoszę wzrok.

– Nie jestem idiotą.

– A jeśli to ona spróbuje? Wracasz do domu, a tu laska leży zwinięta w kłębek na wycieraczce i skamle, że popełniła błąd. Bardzo, ale to bardzo cię kocha i prosi o wybaczenie, tylko wpuść ją z powrotem.

– Zadzwoniłbym po policję.

Wika kiwa głową. Widzi, że jestem pewny swoich słów.

Jej nie sposób oszukać, to ludzki wariograf, wyczuje najdrobniejsze niedopowiedzenie, natychmiast zauważy milisekundę zawahania. Powinna pracować w jakichś tajnych służbach, rozpracowywać obce agentury, pasowałaby idealnie, blady cyborg z dredami spiętymi w kitkę. Przez te wielkie jasne oczy i trójkątną twarz wygląda jak zjawa, ale to pozory. Biada temu, kto się na nie nabierze. Wika od trzynastego roku życia ćwiczy karate tradycyjne, jest wykuta z żelaza. Na studiach pokonała w siłowaniu na rękę wszystkich chłopaków z naszej grupy.

– Sucz z niej nieprzeciętna – mówi. – Zabiłabym ją za to, jak cię potraktowała. Współczuję bardzo.

– Dzięki.

Lekko przechyla głowę.

– Strasznie mało mówisz, Szymon. Krótkie, proste zdania. Jak nie ty.

Uśmiecham się.

– Bo nie bardzo wiem, co powiedzieć.

Wika zamyśla się. Wiązka lasera właśnie przebija mi głowę i wypala dziurę w ścianie.

– Tak naprawdę to wydaje mi się, że historia twoja i Eweliny jest, nie gniewaj się, w pewien sposób dość typowa – mówi. – Oczywiście, pomijając wątek tych fotek, bo to jednak z jej strony arcykurewstwo. Podziwiam twoje opanowanie, tak swoją drogą, bo gdybym to ja dowiedziała się, że ktoś wywinął mi coś takiego, to przysięgam, żyłby może jeszcze przez minutę.

Wyobrażam sobie Wikę stojącą z nożem nad drgającym ciałem niewiernego partnera. Choćby mordowała w amoku, w najwścieklejszym afekcie, to w ciągu sekundy po wbiciu ostrza w serce ofiary zdążyłaby opracować dwa solidne alibi. Zanim ciało runęłoby na podłogę, miałaby już gotowy plan, jak się go pozbyć. Nigdy nie dałaby się złapać.

Mówi dalej:

– To jest chyba osobny gatunek lasek, takie modliszki. Mój brat też kiedyś na taką trafił, poznałeś go chyba, nie?

– Chyba tak – kojarzę niejasno. – Jacek, prawda?

– No, Jacek. A tamta szmata to Monika, nieważne zresztą. W każdym razie scenariusz wyglądał bardzo podobnie, wielka miłość, ale tylko do momentu, gdy się do niego wprowadziła.

– Skąd się znali?

– Chodzili razem do liceum u nas w Żyrardowie, byli w równoległych klasach. No i niby już wtedy się w nim kochała, ale jakoś przypomniała sobie, dopiero jak znalazła go w necie, na Naszej Klasie jeszcze, bo to dobrych dziesięć lat temu było, i zobaczyła, że całkiem nieźle sobie w życiu radzi. W przeciwieństwie do niej. Gładko poszło, Gadu-Gadu, telefony, spotkania na weekend. Jakieś długi jej jeszcze pomagał spłacać, nie pamiętam dokładnie. W każdym razie, gdy już uwiła sobie u niego gniazdko i trochę obrosła w stolicy w piórka, zaraz pofrunęła w długą. Bo znalazła kogoś, kto radził sobie jeszcze lepiej od Jacka.

– Faktycznie można dostrzec podobieństwa.

– Akurat wtedy się okazało, że istnieje jeszcze na świecie sprawiedliwość, bo Moniczka jakoś zaraz potem zaciążyła. A jej nowy gach szybko pokapował się, z kim ma do czynienia, i bez większych rozterek wykopał ją z domu. Po narodzinach dzieciaka zażądał testów na ojcostwo i niespodzianka, okazało się, że to nie jego. Chyba w ogóle nie udało się ustalić, kto gówniarza zmajstrował, bo Moniczka cały czas szukała po klubach lepszych kandydatów na męża i sama już nie wiedziała, kogo właściwie pozywać o alimenty. Jacek był gotowy zapłacić w razie potrzeby za testy, gdyby i do niego przyszła, ale miała chociaż tyle przyzwoitości, żeby dać mu już spokój.

Dopijam piwo. Wika mówi dalej:

– Więc, koniec końców, Jacek wyszedł na tym najlepiej. Pobolało, jasne, musiało, bo jednak zawróciła mu mocno w głowie. Ale mogło być gorzej. Mógł w tym szambie całkiem utonąć. Ty też mogłeś, a nie utonąłeś.

– No, to prawda. Mogłem stracić dużo więcej.

– A, jest jeszcze epilog. Laska razem z nie wiadomo czyim synusiem zwinęła się z powrotem do Żyrardowa i o ile wiem, gnije tam do dzisiaj. Synuś dostał od losu chromosom gratis, chyba za grzechy matki, więc już całkiem jest wesoło.

– Dżizas... – Kręcę głową.

Wika wstaje i idzie do baru po następne dwa piwa. Jej dredy sięgają już prawie do pośladków; zastanawiam się, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni. Na pewno nie zdarzyło się to, odkąd zamieszkała u mnie Ewelina, a więc od prawie pięciu miesięcy. Mimo to czuję się w jej towarzystwie bardzo swobodnie. Gdybym miał nazwać kogoś przyjacielem, to chyba już tylko ją. Odkąd zamieszkałem sam, to właśnie Wice powierzam zapasowy komplet kluczy, na wypadek gdybym swoje zgubił. Najpierw do kawalerki na Hożej, teraz do dziupli na Granicznej. Gdybym nie miał dokąd pójść, poszedłbym do Wiki.

Wraca, uśmiecha się, choć ktoś, kto jej nie zna, zobaczyłby raczej skrzywienie ust. Podaje mi butelkę, sama przelewa sobie piwo do szklanki.

– Na pohybel wszystkim szmatom.

– Na pohybel.

Upijamy po kilka łyków. To dobry moment, żeby zmienić temat.

– A powiedz, jak u ciebie z robotą? – pytam. – Znalazłaś już coś?

– Już nawet nie szukam, mam stałego klienta. Finansowo wychodzę na pewno nie gorzej, a odpada kiblowanie w biurze.

– Wciąż marketing?

– Powiedzmy. To nie agencja, tylko duży fundusz, właściwie cała grupa kapitałowa, siedzą głównie w nieruchomościach, ale nie tylko, w branży medycznej też na przykład, produkują jakiś sprzęt ambulatoryjny. W każdym razie jest co robić, pracy dla grafika nie brakuje. A u ciebie jak? Mieliście w agencji jakieś zawirowanie, dobrze pamiętam? Zmieniło się coś?

– No, tyle że wtedy nas bujało, a teraz idziemy prosto na dno. Firma się zwija, zostajemy tylko do końca miesiąca.

– No, to nieźle się w czasie z Eweliną zbiegło.

– Nie no... – Macham ręką. – Od dawna było wiadomo, że tak to się skończy. Trochę szkoda, bo naprawdę lubiłem tych ludzi. Ale nie ma dramatu, wszyscy się zdążyli oswoić, nagrać sobie inne roboty.

– Ty też masz już coś?

– Rozesłałem CV, pewnie niedługo zaczną dzwonić. Trochę kasy odłożyłem, nie pali mi się mocno pod dupskiem. Jakoś to będzie, coś się znajdzie.

Znów patrzy mi prosto w oczy.

– Trochę cię podziwiam, Szymon – mówi. – Jak by tego nie nazywać, właśnie ci się życie sypie, a ty sprawiasz wrażenie, jakby w ogóle cię to nie ruszało.

– To właśnie słowo klucz: wrażenie. – Uśmiecham się. – Jestem tym wszystkim cholernie zmęczony po prostu, sporo nerwów straciłem. Tłumaczę sobie, że życie nie kończy się na związkach i pracy. A mała przerwa chyba dobrze mi zrobi.

– Zdrowe podejście, w pełni popieram. Praca znajdzie się sama, za dobry jesteś, żeby rynek pozwolił ci przepaść. Zobaczysz, zaraz zaczną spływać oferty. A lasek poznasz jeszcze wiele, młody z ciebie facet, całkiem przystojny i niegłupi.

– No już.

– Po prostu następną dziewczynę musisz mi przedstawić do oceny, ja się znam na ludziach.

Śmieję się.

– Serio mówię. – Wika z udawaną powagą kręci głową. – A jak coś, deal z pierwszego roku ciągle aktualny.

Na początku studiów umówiliśmy się, że jeśli do czterdziestki oboje pozostaniemy sami, weźmiemy ślub, żeby rodziny nie marudziły. Wtedy brzmiało to abstrakcyjnie, nie wiem, co bardziej – czterdziestka czy życie singla.

– Gramy w scrabble? – pytam.

– A mało ci życiowych porażek? Nie ma, że się zlituję, wiesz o tym?

– Zobaczymy.

Pudełka z grami leżą na regale przy ścianie. Sięgam po scrabble. Chyba nigdy jeszcze nie wygrałem z Wiką i nie mam złudzeń, że uda się właśnie dziś. Za to nie wyjdziemy stąd wcześnie, jestem tego pewien. Cieszę się, że ją znam.

3

Siedziba agencji Cremè de la Creation mieści się w wynajętym domku przy Racławickiej. Wchodzę spóźniony o dobre pół godziny, a i tak jestem pierwszy w pokoju. Wyglądam chyba niewiele lepiej, niż się czuję, ale nie ma to najmniejszego znaczenia. Mógłbym przyjechać w zarzyganych spodniach i swetrze nałożonym tył na przód, naprawdę nikogo to już nie obchodzi. Siadam przy biurku, odpalam komputer. Przez dobry moment nie mogę przypomnieć sobie hasła.

Zanim Windows wybudza się na dobre, w drzwiach staje Dawid.

– Siemasz, Sajmon – rzuca. Wchodzi, nonszalancko siada na biurku Doroty. Przez moment lustruje mnie wzrokiem, uśmiecha się lekko, ale nie komentuje. Drapie się po brodzie. – Masz chwilę?

– Aha.

Odchrząkuje.

– Słuchaj, bez lania wody. Ustaliliśmy z Łukaszem, że już definitywnie zwijamy żagle. Nie ma sensu utrzymywać biura, nie ma sensu, żebyście tu przyjeżdżali. Większość załogi od tego tygodnia idzie na urlop, wykorzystać zaległe dni. Wszyscy się zgodzili, żeby nie było, nikogo do niczego nie zmuszamy. No, a do ciebie miałbym prośbę.

– Aha?

– Zostały nam dwa aktywne projekty. Tak się złożyło, że akurat te dwa, nad którymi pracujesz. Mamy jeszcze do dowiezienia ostatnie kreacje. Zostaniesz do końca?

Uśmiecham się.

– A mam jakąś alternatywę?

– No masz, masz, możesz powiedzieć, że pierdolisz, i wybrać zaległe dni urlopowe, tak jak się umawialiśmy na początku. Ale bardzo by mi zależało, żebyś jednak te swoje tematy dociągnął. Wypłacimy ci ekwiwalent za niewykorzystany urlop.

– Nie no, pewnie. – Szybko kalkuluję, że w tym roku nie wykorzystałem nawet połowy przysługujących mi wolnych dni. Wprawdzie formalnie prowadzę własną działalność, jak połowa pracowników Cremè de la Creation, ale byliśmy umówieni, że urlopy rozliczamy tak, jakbyśmy pracowali na etacie. A Dawid zawsze uważał umowy za świętość.

– Tyle że, jak mówię, zamykamy biuro. Więc super by było, gdybyś do końca miesiąca popracował z domu. Oszczędzisz czas na dojazdy, chociaż tyle z tego będziesz miał. To samo zaproponuję Dorocie i Markowi, cały wasz zespół chciałbym mieć do samego końca pod bronią. Spoko?

– Spoko.

– No i jeszcze jedno. Sajmon?

– No?

– Ostatnią wypłatę wyślemy w dwóch ratach. Połowa jak zawsze, przed dziesiątym, druga do końca miesiąca. A ekwiwalent za urlop już w przyszłym, musimy to dopiero wyliczyć z księgową. Może tak być?

– Spoko.

Średnio uśmiecha mi się siedzenie całymi dniami w pustelni na dwunastym piętrze, ale rozumiem, że Dawid chce oszczędzić chociaż na prądzie i wodzie. Agencja przez ostatnie miesiące chwiała się jak celnie trafiony bokser, jeszcze jakimś cudem trzymała się lin, teraz z hukiem pada na twarz.

– To zabierz sobie kompa do domu. Oddasz, jak wystawisz ostatnią fakturę, umówimy się jakoś w listopadzie. Zrób sobie na spokojnie, co ci zostało, chyba nie ma tego bardzo dużo, nie?

– Nie ma – przyznaję.

Dawid spogląda przez okno na Racławicką. Na skrzyżowaniu z Wołoską znowu zgasła sygnalizacja świetlna: kierowcy trąbią na siebie, ktoś wysiadł z samochodu i wymachuje rękami, chyba zdążyło dojść do stłuczki.

– Szukasz już czegoś? – pyta.

– Powolutku.

– Polecę cię wszędzie, gdzie tylko będę mógł. Najlepsze referencje ci wystawię, jestem pewien, że Łukasz też. Naprawdę, gdybyś wiedział, jak mi jest zajebiście przykro, że tak to się wszystko kończy... To, że muszę zwolnić ludzi takich jak ty czy Dorota, to chyba moja największa zawodowa porażka.

– Spokojnie, Dawid, przecież wiem, że to nie twoja wina. Biznes to biznes, bywa różnie.

– Raz nadwozie, raz podwozie. Wiadomo.

Śmiejemy się. To tekst posta na Facebooka, który kiedyś wymyśliłem dla dużego dealera samochodowego. Osiągnęliśmy wtedy tak absurdalnie wysoki zasięg, że któryś z magazynów branżowych zrobił z tego case study. Wcześniej klient odrzucił kilka znacznie lepszych, naszym zdaniem, pomysłów. Ten napisałem zdenerwowany na kolanie, byle coś wysłać, bo garowałem już trzecią godzinę i naprawdę chciałem iść wreszcie do domu.

– A ty? Masz jakieś plany?

– Całe życie nic nie miałem, tylko plany. – Dawid macha ręką. – Przede wszystkim to muszę ogarnąć burdel, jakiego narobił Łukasz. A potem nie wiem jeszcze, ale chyba zmienię branżę. Muszę sobie przypomnieć, jak wygląda prawdziwy świat.

Milczymy przez chwilę. Wreszcie Dawid mówi:

– To jak chcesz, możesz lecieć, Sajmon, nie trzymam cię tu. Odpocznij sobie, przyda się, nie? – Uśmiecha się porozumiewawczo. – A skoro już mowa o piciu, zrobimy jeszcze na pożegnanie ostatnie piwko firmowe w następny piątek, co?

– Jasne.

Wyłączam kompa, ale akurat przychodzi Dorota, account managerka z mojego zespołu, więc rozmawiamy przez chwilę we troje. Dziewczyna zgadza się od razu na pracę zdalną do końca października. Marek i Monika zjawią się dopiero po dziesiątej, decydujemy, że nie ma sensu na nich czekać. Pijemy kawę z ekspresu, ziarna zostało akurat na trzy filiżanki. Więcej Dawid już nie kupi. Śmiejemy się, że bardziej symbolicznie być nie mogło.

Wychodzimy z Dorotą, zostawiając szefa samego. Zamykam za nami drzwi i czuję się, jakbym pieczętował wejście do grobowca. Sporo dobrych chwil tu spędziłem, poznałem kapitalnych ludzi. Widocznie naprawdę nastał czas zamykania kolejnych rozdziałów.

Deszcz zacina w twarz, jest zimno, a kac trawi do kości.

4

Pada przez kilka kolejnych dni. Takie właśnie te dni są – ściekają jak krople deszczu po szybie, nic po nich nie zostaje. Staram się wstawać rano i narzucać sobie rygor pracy, ale naprawdę nie mam dużo do zrobienia. Nudne, powtarzalne taski, którymi właściwie nie powinienem się zajmować, ale gdy firma zaczęła zaciskać pasa, musieliśmy pożegnać juniorów. Wymyślam więc czerstwe żarty na facebookowy fanpage płatków śniadaniowych i piszę skrypty reklam pre-roll na YouTube’a dla producenta gotowych mieszanek przypraw. To ostatni klienci, którzy z nami zostali. Podczas pracy angażuję połowę mózgu, tak naprawdę mógłbym zająć się w tym czasie czymś zupełnie innym – gdybym tylko miał pomysł czym.

Pod koniec dnia wysyłam zwyczajowy raport Dawidowi, pewien, że nawet do niego nie zajrzy. Zastanawiam się, czy nasze ostatnie projekty w ogóle zostaną zrealizowane. Nie żeby mi to robiło jakąkolwiek różnicę.

Zwykle koło południa mam już wolne, najpóźniej o czternastej. Gdybym tylko trochę się zmusił, napisałbym wszystko w dwa dni i miał wolne już dokumentnie. Ale wcale nie chcę. Taśmowa produkcja bzdur mimo wszystko nadaje jakiś kształt tym dziwnym dniom.

Otwieram plik z moim CV. Rzeczywiście wygląda nie najgorzej. Trzy agencje reklamowe, może nie największe, ale o całkiem przyzwoitej renomie. W pierwszej zaczynałem jeszcze na studiach i zaliczyłem mocne wejście: nominacje do kilku nagród, dwa wyróżnienia. Jeden z branżowych portali napisał o mnie wtedy całkiem na poważnie jako o „złotym dziecku warszawskiego copywritingu”. Potem gdzieś ta kariera wyhamowała, ale i tak nie wyglądała źle. Miałem wiele pozytywnych referencji i bardzo sensownych klientów w portfolio. Nie powinienem mieć problemu ze znalezieniem nowej pracy. A przecież w ostatnich latach robiłem też na boku kilka mniejszych projektów, może właśnie nastał czas, żeby podzwonić, przypomnieć się, podziergać jeszcze coś na freelansie, byle nie ruszać oszczędności. Albo może przeciwnie, uderzyć właśnie do największych sieciówek, sprzedać duszę diabłu w korpo, ale już za konkretniejsze pieniądze.

Tymczasem dłubię teksty do postów o płatkach.

JAKI STAN UMYSŁU WYWOŁA MISKA PEŁNA NASZEGO PRZYSMAKU?

NAJWYŻSZĄ ŚNIADOMOŚĆ!

Z każdym kolejnym śniadaniowym sucharem wygładza mi się jedna fałda w mózgu. Czasem wciąż łapię się na niedowierzaniu, jakim cudem jako cywilizacja doszliśmy do momentu, w którym poważne firmy decydują się przelewać agencjom reklamowym pieniądze za prowadzenie kampanii w mediach społecznościowych. Stoimy nad krawędzią otchłani. Copywriting, wytłumacz pokoleniu dziadków, na czym polega ta praca. Tego typu zawodami musieli parać się mieszkańcy Atlantydy.

Mózg natychmiast łapie trop, taka inspiracja nie może się zmarnować: wymarła cywilizacja – antyk – dzieła sztuki.

CO ZDOBI ŚCIANY ŚNIADANIOWEGO PAŁACU?

PŁATKORZEŹBY!

Dopijam kawę, otwieram okno. Wychylam się, zimny deszcz kapie na głowę. Tlenu.

Oczywiście, kiedyś wyobrażałem sobie inaczej próg czwartej dekady życia. Miało być ładne mieszkanie, urocza żona i wierny pies. Jest wynajęta dziupla na dwunastym piętrze i włosy Eweliny w pralce. Miała być błyskotliwa kariera. Są płatki i mieszanki przypraw. Sorry, młody. Nie twoja wina, co mogłeś wiedzieć o życiu?

Kończę na dziś robotę i zastanawiam się, co zrobić z resztą dnia. Zaczynam od przejrzenia branżowych grup na fejsie i wysłaniu kilku CV w odpowiedzi na ogłoszenia o pracę.

Przez większość tego roku mieliśmy w agencji spore obłożenie i marzyłem wówczas o paru dniach wolnego, o czasie tylko dla siebie, żeby ponadrabiać zaległości w lekturach i serialach. Okazuje się, że nie bardzo wiem, co się robi z tyloma wolnymi godzinami. Zwykle po pracy byłem na tyle zmęczony, że po prostu zajmowałem się jakimiś bzdurami, gadałem z Eweliną, o ile nie miała akurat popołudniowej zmiany. Załatwiłem jej przez kumpla pracę w dużym call center, nic specjalnego, śmiech nie zarobek, ale mogła zacząć od ręki, zaraz po przeprowadzce do Warszawy, a bardzo jej na tym zależało.

Może w ogóle nie chodziła tam na popołudnia. Może to też było kłamstwem.

Właśnie tak, kłamstwa i wymysły. Słowa, które odkleiły się od sensu i lecą sobie z wiatrem. Słowa, które padają tylko dlatego, że odbiorca chce je usłyszeć. Uśmiecham się. Właśnie takie słowa słyszałem z ust dziewczyny, gdy mówiła, że mnie kocha. Właśnie takimi słowami zarabiam na życie.

5

Wyglądam z okna samotni na rozmiękłą w mżawce Warszawę i zastanawiam się, czy moja nieumiejętność skupienia uwagi to cecha pokoleniowa czy jednak temat dla neurologa.

Znów dość wcześnie odrobiłem pańszczyznę, już ostatecznie kończąc pracę dla Dawida, i oto stanąłem naprzeciw najpoważniejszego z problemów: co zrobić z resztą tego dnia, pięknego jak biegunka. Żadna z czekających od dawna na swoją kolej książek nie przykuwa do siebie na dłużej niż kwadrans, nie chce mi się zaczynać nowej gry na konsoli, a filmy są przerażająco długie.

Siadam więc z powrotem do komputera. Otworzyłem chyba ze trzydzieści zakładek w przeglądarce, przeskakuję między nimi, zamykam i otwieram nowe. Czytam artykuł do połowy, przełączam się na stronę banku, żeby kompulsywnie sprawdzić stan konta, sprawdzam pocztę, odświeżam Facebooka.

Nie mam pojęcia, co bym zrobił, gdyby nagle szlag trafił internet. Odwracam się, patrzę na router mrugający zielonym światełkiem, uśmiecham się do niego – przyjacielu, gdyby nie ty, chyba siedziałbym i patrzył w ścianę.

Newsy na gazeta.pl nie napawają optymizmem. Wystarczy prześlizgnąć się wzrokiem po tytułach. W Niemczech służbom udało się udaremnić zamach terrorystyczny, za to kilkadziesiąt osób zginęło w kolejnej eksplozji samochodu pułapki w Kabulu. Rosjanie ogłosili kolejne wielkie ćwiczenia wojskowe, a w Jaworznie lekarz przyjmował pacjentów, mając we krwi niemal trzy promile. We Francji policja znów stłumiła burdy z udziałem imigrantów.

Przewijam dalej, do informacji lokalnych z Warszawy. Tu newsem numer jeden jest zaginięcie młodej kobiety. Ze zdjęcia spogląda wielkimi oczami nieśmiało uśmiechnięta istotka. Klikam. Jola Kaczmarek, dwadzieścia osiem lat, nauczycielka angielskiego w jednym z mokotowskich liceów. Pochodzi z Białegostoku, w stolicy wynajmowała mieszkanie razem z młodszą siostrą. Ostatni raz widziana we wtorek, gdy późnym wieczorem wracała od koleżanki. Jej telefon milczy, znajomi nic nie wiedzą.

Przyglądam się zdjęciu. Ładna dziewczyna. Jeśli się szybko nie odnajdzie, czeka nas kolejny medialny spektakl rozpisany na sto aktów. Znów będzie śledztwo dziennikarskie, relacje ze spotkań z jasnowidzami, oratorskie popisy prywatnych detektywów. Twarz reprodukowana wszędzie. Szczegółowa analiza życiorysu. Biedna Jola, kimkolwiek jest. Oby się odnalazła.

Na Messengerze Dorota pyta, czy przyjdę dzisiaj na pożegnalne firmowe piwo. Pewnie, że przyjdę.

Rozmawiamy chwilę. Ona też zrobiła już wszystko, co miała zrobić dla Dawida. Martwi się, że może być problem z ostatnią wypłatą. Uspokajam ją, bo cokolwiek by o nich mówić, chłopaki zawsze były wobec nas bardzo w porządku. Uśmiechnięte emotikonki zioną pustką z oczu.

Ewelina nie cierpiała emotikonek. Uważała je za infantylne i głupie. Rozmawiając z nią, a były momenty, jeszcze zanim przeniosła się do Warszawy, że gadaliśmy ze sobą przez większość doby, niemal całkiem oduczyłem się ich używać. Teraz więc stawiam żółte uśmiechy na końcu zdania dobitnie niczym pieczęć, z mściwą satysfakcją.

Ciekawe, co u niej. Pewnie rozłożyła już bambetle u tego rudego gnojka i czuje się jak u siebie. Ze mną było identycznie – ani się obejrzałem, a przejęła kontrolę nad mieszkaniem, rozlała się po nim, skolonizowała, niepostrzeżenie wprowadziła swoje zasady. Miała do tego naturalny dar, a ja nie protestowałem, zachłyśnięty szczęściem idiota, przekonany, że oto z nieba spłynął anioł, który przemieni mieszkanko na dwunastym piętrze w coś, co można nazwać domem. Mój czarny aniołek. Zmieniłem dla niej przyzwyczajenia. Zacząłem jadać obiad dopiero po powrocie z pracy, wcześniej kładłem się spać. Odkształcałem się, deformowałem, byłem miękki jak wosk. Ciekawe, czy z rudym pójdzie jej równie łatwo.

Czuję, że zaczynam się denerwować. Kompletnie bez sensu. Wstaję, znowu podchodzę do okna. Warszawa tętni życiem. Spojrzenie na panoramę miasta przywraca perspektywę – takich historii jak moja rozgrywają się tu codziennie setki. Tak jak mówiła Wika: to bardzo typowe historie.

Zastanawiam się jeszcze, czy Ewelina pamięta o pieniądzach, które jej pożyczyłem. Kwota nie jest bardzo wysoka, chodzi o nieco ponad tysiąc złotych – ale ostatecznie to mój tysiąc. Mógłbym kupić sobie gry na Playstation, pojechać bez sensu na weekend do Amsterdamu, kupić trzy gramy kokainy i whisky do popicia albo nie wiem, zaprosić dwie dziwki naraz. Cokolwiek. Postanawiam, że dam jej czas do początku listopada. Teraz i tak nie odebrałaby telefonu.

Wracam do rozmowy na Messengerze. Dorota ucieka, korzystając z laby, umówiła się na mieście na obiad. Zobaczymy się wieczorem.

Mam wielką ochotę napić się z nimi tego piwa. Dociera do mnie, że od trzech dni w ogóle nie wychodziłem z mieszkania.

6

Modna warszawska młodzież, władcy piątkowej nocy. Kolorowe motyle, które obsiadły jeden ze świecących klubów w Śródmieściu, w każdej sekundzie gotowe zapozować do stylowej fotki na Instagramie.

To z pewnością nie my. Ekipa z agencji Cremè de la Creation siedzi przy zsuniętych stołach w pubie Fortyfikacja na ciemnych rubieżach Mokotowa i przepija wódkę piwem.

Chyba wszyscy, którzy mieli przyjść, już są. Brakuje Łukasza, drugiego z ojców założycieli firmy, ale akurat jego nikt się nie spodziewał.

– Za wszystkie deadline’y, które stawały nam na drodze! – wznosi toast Dawid. – Daliśmy im radę!

Pokornie wznosimy szklanki i kieliszki. Na razie piję piwo, to jeszcze nie czas na wódkę.

Dawid siedzi przy krótkim boku stołu, jak na szefa przystało. Jest starszy ode mnie o niemal dekadę, niedawno przekroczył czterdziestkę. Widać po nim zmęczenie ostatnimi tygodniami, schudł, trochę jakby zapadł się w sobie. Wiem, ile nerwów kosztowała go historia z Łukaszem; słyszałem, jak darli się na siebie jeszcze w poprzedni poniedziałek. Kumplowali się od liceum, agencję założyli zaraz po studiach. Wielkie plany, równie wielkie marzenia. Ich dzieciaki chodziły do jednego przedszkola, nawet na urlopy z rodzinami jeździli razem. A teraz poszli na noże, będą się sądzić, bardzo brzydko się ta bajka kończy.

Kolejny zwyczajny dramat, jeszcze jedna typowa historia.

Upijam duży łyk. Obok Dorota zamaszyście stawia kieliszek na stole.

– I jak tam, Sajmon? – Trąca mnie w ramię. – Jak się żyje?

– Wiadomo. Siłą rozpędu.

– Nie wyszło z tą laską?

Widzi, że jestem zdziwiony: nie przypominam sobie, żebym rozmawiał z nią o Ewelinie. Dorota śmieje się.

– Lajkowałeś wszystko, co wrzucała na fejsa. A teraz nie masz jej nawet w znajomych.

Kręcę głową.

– Głowaczewska, stalkerko!

– Spaczenie zawodowe. Zaczynałam jako moderatorka.

Śmiejemy się oboje. Piwo smakuje jak niebo.

– Ano, nie wyszło.

– Nie chcesz o tym mówić.

– Jeśli nie muszę.

– Spokojnie, piwo, drugie, potem wódeczka i wszystkiego się dowiem.

Zawsze wydawało mi się, że trochę się Dorocie podobam. Nigdy nie wyraziła tego wprost, wszystko rozgrywało się na poziomie półsłówek i uśmiechów o pół stopnia cieplejszych, niż wymaga kurtuazja. Niewykluczone, że wiele sobie tylko dopowiadam. Nigdy nie umiałem w porę rozpoznać flirtu.

– Dowiesz się, dowiesz.

Spoglądam na nią, akurat zapatrzyła się na coś przy barze. Niebrzydka dziewczyna. Dwadzieścia pięć lat, ciemne blond włosy, twarz może odrobinę za grubo ciosana, ale za to śliczne, pełne usta. Gdy się uśmiecha, nie sposób zachować powagi; serca miękły nawet najtwardszym negocjatorom podczas dogadywania szczegółów w umowach z klientami. Nie mogę się nadziwić, że za tym uśmiechem nie podąża sznur ślepo wpatrzonych adoratorów. Sam jednak bym chyba nie podążył. Postanawiam wrócić do tego rozważania za jakiś czas.

Tymczasem Dawid narzuca tempo.

– Za wszystkie fuck-upy, które na nas spadały, ale nigdy nie przygniotły!

Dolewam wódki Dorocie, wychyla na raz. Ja kończę piwo.

Zaczynają się kombatanckie wspominki. Kto się z kim upił, kto z kim przespał. Bohaterowie większości opowieści nie siedzą dziś z nami przy stole. Rotacja w Cremè de la Creation była zawsze spora, z moimi czterema latami stażu w firmie należę do elitarnego grona weteranów. Ludzie, którzy zaczynali pracę z Dawidem i Łukaszem na samym początku, w czasach, gdy reklama w internecie była jeszcze ziemią dziewiczą, od lat piastują wysokie stanowiska w domach mediowych i dużych międzynarodowych sieciówkach. W branży panuje przeświadczenie, że chłopcy przespali najlepszy moment na sprzedaż firmy jakiemuś dużemu graczowi. Otrzymywali propozycje, ponoć nawet bardzo atrakcyjne, ale woleli pozostać niezależni, no i konsekwencja nie mogła okazać się inna – przeliczyli się, przegrali, właśnie bezceremonialnie wykopano ich z rynku.

Wracam od baru ze świeżym piwem akurat na kolejny toast, tym razem za wszystkie przegrane przetargi, które nie okazały się porażkami, tylko nauką. Dawid pije, jakby płonął w nim ogień, który ugasić może tylko wódka. Wściekle wlewa w siebie kolejkę, ociera usta.

– Sajmon, nie pij tyle piwa – mówi do mnie. – Brzuch ci urośnie. Wóda. Z szefem się nie napijesz?

Wzdycham. Przysiadam się obok niego. Nagle ma dla mnie kieliszek, nie wiem skąd, nalewa nam obydwu.

– Żeby się poukładało wszystko.

Wódka pali w gardle. Popijam piwem i dociera do mnie, jak bardzo potrzebowałem wyjść do ludzi, których lubię, posiedzieć z nimi i pogadać o niczym. Staje się jasne i oczywiste, że urżniemy się tu jak jeszcze nigdy.

Dawid chce od razu nalać kolejną pięćdziesiątkę, ale protestuję, więc niechętnie odstawia butelkę. Rzuca mi się w oczy, że na palcu nie ma obrączki. Kojarzę fakty – od dawna zdarzało mu się zniknąć z firmy na pół dnia albo zamknąć się na całe godziny z telefonem w salce konferencyjnej.

Widocznie trochę za długo patrzę mu na dłoń, zauważa to.

– Tak jest. – Uśmiecha się smutno. – Zgasł na palcu pierścień wieczny. Sprawa już na wokandzie. Jak to mówią, gdy się już w życiu pierdoli, to po całości.

Czuję nagły przypływ empatii. Jednak jestem już pijany bardziej, niż sądziłem. Biorę flaszkę i rozlewam nam do kieliszków. Pijemy, Dawid wychyla czwartą kolejkę w ciągu jakichś dziesięciu minut.

Nieproszony zaczynam opowiadać o Ewelinie. On opowiada o swojej żonie Alicji, o powolnej erozji ich małżeństwa, o tym, jak niespodziewanie poczuł, że łączy ich już tylko wzajemna niechęć i pretensje.

Mijają kwadranse. Nasze obficie podlewane wódką opowieści splątują się ze sobą jak łodygi pokracznych roślin, właściwie nie musimy się już nawzajem słuchać, snujemy na dwa głosy uniwersalną przypowieść o złej kobiecie. Rozumiemy się jak nikt, jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Polewamy kolejkę. I następną. I znowu. Nie wiadomo kiedy przysiada się Dorota, nie zwracamy na nią większej uwagi, zajęci opowiadaniem sobie własnych krzywd. Słowa wypadają z ust jak klocki w tetrisie, coraz szybciej, coraz trudniej je do siebie dopasować. Polewamy kolejkę. I następną. I znowu.

* * *

Wreszcie świat jest stroboskopem, rozpada się na pojedyncze kadry. Chryste, jak to możliwe? Otworzyliśmy trzecią flaszkę.

Dorota kręci głową. Nagle okazuje się, że czynnie uczestniczy w rozmowie. Ciekawe, od jak dawna.

– Tyle to chyba nie chciałam wiedzieć – mówi.

Śmiejemy się we troje. Patrzę na Dorotę, tak jak postanowiłem wcześniej. Teraz jest najpiękniejsza na świecie, choć kontury ma nieostre. Waham się, czy wypada zaprosić ją do mnie. Chcę o to zapytać, ale widzę, że wyjmuje telefon. Własny głos dobiega z dziwnej oddali.

– Co robisz?

Pokazuje Dawida, który właśnie zasnął przy stole. Dochodzi trzecia w nocy. Muszę wyjść do toalety, nie jest łatwo, śmieję się sam z siebie, jak bardzo się upiłem. Gdy wracam, Dorota prowadzi słaniającego się na nogach Dawida do wyjścia.

– Odstawię go do domu, nie może w takim stanie wyjść sam. Siedź, Sajmon. Zamówię ci ubera.

Kręcę głową, nie chcę pomocy. Jakoś sobie poradzę.

7

Leżę na łóżku w ubraniu. Włączone światło kłuje w oczy, deszcz bębni głośno o uchylone okno. Nabieram do płuc powietrza i powolutku wypuszczam. Czuję w ustach paskudny posmak, do tego okropnie zdrętwiała mi ręka. Zbieram się w sobie i wstaję, omal nie upadam. Chryste, jeszcze jestem pijany.

Muszę się dobrze skupić, żeby sobie przypomnieć, jak dostałem się do mieszkania. Ostatecznie to chyba accountka Monika zamówiła mi taksówkę, na pewno próbowałem zrobić to sam, ale bezskutecznie. Sięgam po telefon, leży na szafce przy łóżku. Ostatnie połączenie wykonywałem przed czwartą. ECO Taxi. Z niepokojem przeglądam listę wybieranych numerów – na szczęście nie próbowałem dzwonić do Eweliny. Nie wysłałem też nikomu esemesów, nie pisałem na Messengerze, nie robiłem żadnych durnych zdjęć.

Przez godzinę doprowadzam się do porządku. Piję wodę, łykam magnez, jem jajecznicę. Żołądek pulsuje bólem, jakbym wczoraj zamiast piwa i wódki wlewał w siebie wrzącą lawę.

Otwieram laptopa, wchodzę na Facebooka. Widzę, że zostałem otagowany na kilku zdjęciach – jak się okazuje, niewyraźnych i zbyt ciemnych. Wczorajsza nasiadówa Cremè de la Creation wygląda jak spotkanie klubu dyskusyjnego, do którego przyjmowani są wyłącznie ludzie nudni i nieciekawi. Fotorelacja z konwersacji prowadzonych w różnym stadium upojenia, najmniej efektowne obrazki w historii mediów społecznościowych. Kurtuazyjnie lajkuję je wszystkie.

Jakby zwabiona moją aktywnością, zaraz odzywa się Dorota.

Jak tam, głowa na swoim miejscu? :)

Bywało lepiej.

No tak. Wczoraj z Dawidem naprawdę popłynęliście, ty to jeszcze, ale szefo zalał się naprawdę do odcięcia.

Tak było.

Na koniec bałam się, czy nic mu się nie stało. Bełkotał już nie jak pijany, tylko jak człowiek po wylewie. Odstawiłam go pod same drzwi, ledwo dałam radę.

Przechodzi trudny czas.

Oj tak. Ty dotarłeś bezpiecznie do domu?

Dzięki, jakoś się udało.

Przez chwilę się waham, ale jednak pytam:

Straszne głupoty wczoraj gadałem?

Emotikonka szczerzy się w radosnym uśmiechu. Po niej pojawia się wiadomość:

No, nasłuchałam się trochę o tej Ewelinie, ale nie narzekam, sama chciałam. Straszna z niej suka. Za to jej siostra musi być super. Gośka, nie?

No, Gośka. Przepraszam.

Spoko, Sajmon, widać, że musiałeś się wygadać.

Nie bardzo pamiętam, co dokładnie mówiłem. No ale co mogłem mówić? Przez chwilę milczymy oboje, wreszcie Dorota zmienia temat.

Kojarzysz newsy o tej zaginionej dziewczynie, Joli Kaczmarek?

Wysyła mi link do artykułu, który czytałem wczoraj.

Kojarzę.

To starsza siostra mojej koleżanki z roku, Beaty. Mieszkały razem od niedawna. Jola dopiero co się rozwiodła, zaczynała życie od nowa.

Masakra.

Beata wariuje, ich rodzice wariują.

Nie dziwię się.

Z ciekawości szukam jej na Facebooku. Znalezienie tej konkretnej Joli Kaczmarek chwilę zajmuje, ale udaje się, rozpoznaję od razu – to jej zdjęcie profilowe wykorzystano w artykule. Profil jest zamknięty, mogę zobaczyć tylko podobne do siebie profilówki i kilka zdjęć w tle: czarno-białych, pseudoartystycznych kadrów. Zdjęcie, które zna już pewnie cała Polska, zostało zamieszczone w lipcu i zebrało osiemdziesiąt dwa lajki.

Mam nadzieję, że odnajdzie się cała i zdrowa.

Jej facebookowy profil nazywa się yolandi.kaczka. Ciekawe, czy ma też konto na Instagramie. Szukam użytkownika o takiej nazwie – i bingo, okazuje się, że yolandi.kaczka prowadzi także insta. Tu dla odmiany profil jest otwarty. Założyła go rok temu, doczekała się niecałej setki followersów, opublikowała sześćdziesiąt zdjęć. Selfie, zdjęcia jedzenia, miejska architektura, standardowa instagramowa zupa, przyprawiona najbardziej oczywistymi hasztagami. Konto, jakich na Instagramie tysiące. Patrzę na ostatnie opublikowane zdjęcie. Jola uśmiecha się melancholijnie do swojego iPhone’a na tle okna, za oknem pada deszcz, filtr oblewa kadr ciepłą sepią. Podpis – Like tears in rain, hasztagi: #jesień, #autumn, #październik, #october, #warszawa, #warsaw, #polishgirl. Opublikowała je tydzień temu, a więc tuż przed zaginięciem.

A jeśli jednak nie odnajdzie się żywa, jeśli jej zwłoki zostaną wyłowione wiosną z Wisły? Pozostaną zdjęcia na Instagramie, zbiór chwil oprawionych w ramki banalnych tagów.

Właśnie tak, dziewczyno. Właśnie tak. Wszystkie te chwile znikną w czasie jak łzy na deszczu.

Dorota znika z Messengera. Sprawdzam pocztę. Na LinkedIn od wczoraj czeka zaproszenie od Anny Zofii Karwińskiej z firmy Regnum Lucidum. Akceptuję w ciemno. Loguję się na portal – jak się okazuje, Karwińska wysłała mi tam również bezpośrednią wiadomość.