Wydawca: Amber Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 382 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ninja 1000 lat wojowników cienia - John Man

Ninja. Dziś są mitycznymi postaciami z komiksów, filmów i gier komputerowych. Ale kiedyś byli rzeczywistym, średniowiecznym odpowiednikiem służb specjalnych: szpiegami, sabotażystami, skrytobójcami. W swojej tajemniczości, sekretnych działaniach i silnej woli przetrwania stanowili całkowite przeciwieństwo samurajów – z ich ostentacją i autodestrukcją.

Czy umieli latać? Stawać się niewidzialni? Oczywiście, że nie. Ale ich zdumiewające umiejętności sprawiały, że towarzyszyła im magiczna aura. W rezultacie artyści zafascynowani sztukami walki i pisarze stworzyli z nich różne postacie i fantastyczne istoty, od Jamesa Bonda po Żółwie Ninja.

W tej książce John Man wyrusza na poszukiwanie prawdy. Wyjaśnia podłoże atmosfery tajemniczości, jaka otaczała – i otacza do dziś – wojowników cienia, i obala głęboko zakorzenione mity. Śledząc historię ninja, prowadzi nas od ich początków przed tysiącem lat, przez epokę rozkwitu w czasach wojen domowych, po zniknięcie z areny dziejów, kiedy Japonia została zjednoczona, zapanował pokój i ninja stali się niepotrzebni. To jednak nie był koniec ich etosu, który ponownie ożył w latach II wojny światowej. Droga ninja przetrwała w osobie „ostatniego ninja", Hiroo Onody, który przez trzydzieści lat po wojnie ukrywał się w filipińskiej dżungli…

 

Fascynująca opowieść historyczna przeplata się ze średniowiecznymi japońskimi kronikami, wspomnieniami autora z podróży i rozmowami z napotykanymi podczas niej ludźmi.

 

Od feudalnej Japonii po Hollywood XXI wieku opisuje rzeczywistość - ludzi, miejsca i wydarzenia - leżącą u podstaw jednej z najpopularniejszych legend świata.

Opinie o ebooku Ninja 1000 lat wojowników cienia - John Man

Fragment ebooka Ninja 1000 lat wojowników cienia - John Man

Redakcja stylistyczna

Barbara Nowak

Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lachowska

Okładka

Projekt graficzny: R.Shailer/TW

Ilustracja: © Iain Masterton/Alamy

Kaligrafia: Sakiko Takada

Tytuł oryginału

Ninja

Copyright © John Man, 2012

First published as Ninja by Transworld Publishers,a division of The Random House Group Limited.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4925-4

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

UWAGA NA TEMAT TRANSKRYPCJI

Z wyjątkiem nazw i słów, które przyjęły się w języku polskim (np. Tokio, Kioto, szogun), japoński został zromanizowany zgodnie ze „zmodyfikowanym” systemem Hepburna, w którym makron nad ō i ū oznacza długie samogłoski.

WSTĘPDUCHY WOJOWNIKÓW CIENIA

Gdy poznasz szczegóły i układ zamku lub obozu,wszystko, co musisz uczynić, to wrócić jak najszybciejz tymi informacjami.

Instruktażowy poemat dla ninja

Właściciel restauracji, dobrze po siedemdziesiątce, ale dziarski, jakby był o połowę młodszy, opowiadał o swoich przodkach ninja. Stanowcze spojrzenie zza wielkich okularów, głośny śmiech, potok słów – krew ninja pozwoliła panu Uedzie zachować młodość i werwę.

– Ale skąd pan to wszystko wie? – spytałem, bo ninja słynęli z tego, że zostawili po sobie niewiele zapisów.

– Od rodziny. Moja babka pochodziła z Momochi.

Słynne nazwisko, znamienity ród, jeden z kilkuset, które dzieliły między sobą te porośnięte lasami góry i doliny o stromych zboczach.

– Opowiadała mi o przeszłości, kiedy pomagałem jej w gospodarstwie i kiedy wyjeżdżaliśmy na wakacje.

To właśnie od niej, ze wspomnień z dzieciństwa o jej dziadkach – jego pradziadkach – dowiedział się o rodach ninja z Iga, o tym, jak wspólnie tworzyli wczesną formę demokracji, zachowując niezależność od chciwych władzy wielmożów. Czy ludzie tam, skąd ja pochodzę, wiedzą o tym? Nie, odparłem. To byłaby dla nich nowość, ponieważ dla większości ludzi ninja to postacie z komiksów.

Miał o wiele więcej do opowiedzenia, ale brakowało mi czasu, dlatego przerwałem mu, spoglądając na zegarek i zadając obcesowe pytanie. Coś jeszcze? Liczyłem na jakąś wskazówkę, którą mógłbym wykorzystać w wolnym czasie, ale zupełnie nie byłem przygotowany na to, co nastąpiło.

– Chciałbym panu pokazać, co odziedziczyłem po mojej babce.

Jak mogłem odmówić, by nie okazać się nieuprzejmym? Poprowadził mnie między stolikami, odsunął na bok pudła i odsłonił wąskie drzwi prowadzące na poddasze, ponieważ, jak większość wiejskich zabudowań w nawiedzanym przez trzęsienia ziemi kraju, restauracja była parterowym budynkiem z poddaszem służącym jako magazyn.

– Proszę uważać – powiedział, przechodząc ostrożnie ponad leżącą na podłodze matą. – To pułapka na szczury. Bardzo lepka. Jeśli pan na niej stanie, nie odklei się pan.

Wąskie schody wznosiły się stromo i nikły w mroku. Szedłem za panem Uedą, nieco zdenerwowany opóźnieniem, i zastanawiałem się, jak się taktownie wycofać. Już na górze pochylił się, by nie uderzyć głową w niski sufit, i ruszył czymś zbyt wąskim, by to nazwać korytarzem, na strych zastawiony, jak mi się wydawało, krawieckimi manekinami. Dopiero gdy po kilku sekundach moje oczy przywykły do półmroku, zdałem sobie sprawę, na co patrzę – na zbroje ninja.

Było ich 10, zawieszonych na prostych drewnianych krzyżakach ustawionych wzdłuż stosów pustych kartonowych pudeł. W niczym nie przypominały teatralnych zbroi, w jakich lubowali się samuraje – z segmentowymi pancerzami, krzykliwymi maskami i wymyślnymi hełmami. Te były surowe, ciemne, podobne do średniowiecznych płaszczy z kapturami, wyglądały jak duchy wojowników cienia. Kiedy podszedłem bliżej, okazały się kolczugami, niewątpliwie wykonanymi z maleńkich metalowych kółeczek. Z odległości metra wyglądały bardziej jak materiał niż metal, jak twardsze wersje czarnych wieśniaczych ubiorów, dziś uważanych za tradycyjne kostiumy ninja.

Na dole Ueda zabawiał mnie rodzinnymi wspomnieniami, które mogły być niczym więcej jak folklorem. Tu, na górze, zobaczyłem coś prawdziwego, mającego bezpośredni związek z dawnymi wiekami, z czasami, kiedy ninja byli zwykłymi rolnikami, dopóki nie zostali wezwani do walki, nie za jakiegoś wielmożę, lecz we własnej obronie, za swoje rodziny i wioski, przeciwko armiom, którym można było się przeciwstawić tylko w sekretnych, nocnych operacjach, ponieważ wdanie się z nimi w otwarte starcie równałoby się samobójstwu.

Nic nie mogłoby mi dobitniej uświadomić czegoś, czego właściwie nie domyślałem się aż do tej chwili – że mam kontakt z tradycją, która jest bardzo japońska, ale i całkowicie odmienna od bardziej oczywistej i lepiej udokumentowanej tradycji samurajskiej. Próbując poznać prawdę o ninja, musiałbym przeniknąć spowijający ich historię mrok i potrzebowałbym przy tym nie tylko pomocy, ale i sporo szczęścia, aby cokolwiek dostrzec.

Zanim zacząłem pracę nad tą książką, sądziłem, że będę zajmował się głównie komiksowymi żółwiami, niewidzialnością, lataniem i podobnymi bzdurami. Myliłem się. Ninja, będący przez wieki tajnymi agentami działającymi na rzecz swoich społeczności i pracodawców, wykazywali niezwykłe umiejętności – wśród nich nadzwyczajną zdolność inspirowania mitów – lecz nie było w nich nic magicznego. Jeśli ninja opanowali kiedykolwiek sztukę niewidzialności (tak brzmi podtytuł co najmniej jednej książki na ich temat), udało im się to, ponieważ byli mistrzami maskowania się, przebierania i ukrywania.

Tymczasem zetknąłem się ze skomplikowanym tematem, ściśle związanym z rzeczywistymi wydarzeniami, prawdziwymi ludźmi i pełnym uroku, mało znanym przybyszom z zewnątrz regionem ze stromymi, lesistymi wzgórzami, ukrytymi dolinami, górskimi strumieniami i mozaiką ryżowych poletek. Tutaj, na obszarze znanym niegdyś jako prowincje Iga i Kōga (a obecnie leżącym częściowo na terenie prefektur Shiga i Mie), ninja od stuleci byli częścią codziennego życia. I są do dzisiaj, ponieważ stanowią główną atrakcję turystyczną. Poznałem nieco ich sposób życia – ninjutsu – który miał więcej wspólnego ze sztuką przetrwania niż ze sztukami walki. I dowiedziałem się czegoś o mistycznych tradycjach, jakie ninja dzielili z tymi, którzy starali się zdobyć moc, podejmując w świętych górach rygorystyczny trening ciała i umysłu. Jak się okazuje, prawdziwi ninja byli nie tylko mistrzami egzotycznych sztuk walki, ale także ludźmi poszukującymi „prawidłowego nastawienia umysłu” w swojej działalności jako szpiedzy, najemnicy, policjanci i żołnierze.

Co tam się stało? Co takiego sprzyjało na ziemiach Iga i Kōga, a także w czasach późnego średniowiecza, krzewieniu się sposobu życia ninja? W latach siedemdziesiątych XX wieku biolog ewolucyjny Richard Dawkins wyraził pogląd, iż idee powstają i rozprzestrzeniają się w taki sam sposób jak geny. Nazwał intelektualny odpowiednik genu „memem”. Możliwe, że ninjutsu powstał jako „mem” recesywny w starożytnych Chinach i Japonii, i wyewoluował w dominujący, ponieważ okazał się użyteczny dla swoich gospodarzy, po czym rozprzestrzenił się na sąsiednie tereny dzięki nosicielom, którymi w tym przypadku byli najemnicy. Wiele jednak pozostało do wyjaśnienia. Dlaczego właśnie tam? Dlaczego wtedy? Dlaczego ostatecznie ninjutsu przestał być tak skuteczny?

Może najbardziej zaskakujące było dla mnie odkrycie, że ninja istnieli w Japonii 700 lat wcześniej, nim pojawiło się słowo „ninja”, i pozostali ważnym wątkiem w japońskiej historii długo po tym, jak prawdziwi ninja niemal całkowicie stracili znaczenie po zjednoczeniu państwa w XVII wieku. Co ciekawe, etos ninja wypłynął ponownie na powierzchnię w czasie II wojny światowej jako całkowite przeciwieństwo dominującego nurtu japońskiego militaryzmu. Ci ninja (chociaż nie określano ich tą nazwą) byli nie tylko nie mniej lojalni wobec cesarza niż pozostali jego poddani, ale także przepojeni duchem wielkoduszności, kreatywności i internacjonalizmu, będących przeciwieństwem arogancji i ksenofobii, cechujących japońskie siły zbrojne aż do ich klęski w 1945 roku.

Było kilku „ostatnich ninja”. Prawdę mówiąc, ninjutsu znalazł swój ostatni i najbardziej niezwykły wyraz w dziejach życia Hiroo Onody, żołnierza, który wytrwał 30 lat w kryjówce na Filipinach. W swojej woli przetrwania, w technikach, jakie stosował, a także w swoim humanizmie, Hiroo – który w chwili gdy piszę te słowa, jest wciąż krzepkim dziewięćdziesięciolatkiem – był pod wieloma względami prawdziwym ostatnim ninja.

1. POCZĄTKI

Wierz niezachwianie w to, że zwyciężysz, zawsze,kiedy wyruszasz z misją ninja, a będziesz mógł zwyciężyć, nawet jeśli wydaje się to mało realne.

Instruktażowy poemat dla ninja

Japońscy wojownicy cienia zyskali sławę w konkretnym okresie, w latach 1400–1600, w konkretnym regionie i w konkretnych okolicznościach. Ale nie pojawili się na scenie od razu w pełni ukształtowani. Szukając ich korzeni, trzeba się przenieść daleko w czasie i przestrzeni, do Chin, w epokę o niemal 800 lat wcześniejszą.

Na początku VII wieku cesarze dynastii Tang władali wielkim imperium i wielką cywilizacją. Japończycy, nietrwale zjednoczeni pod władzą własnych ambitnych cesarzy, pragnęli poznać sekrety Chińczyków. Dworscy urzędnicy, studenci, nauczyciele, mnisi i artyści, odwiedzający Chiny, byli pod ich wielkim wrażeniem i wracali z „nową wiedzą”, która obejmowała wszystkie zasadnicze elementy chińskiej cywilizacji – konfucjanizm, medycynę, tekstylia, tkactwo, farbiarstwo, pięciostrunową lutnię, maski, gry planszowe i biblioteki dotyczące religii, historii, filozofii i literatury, wszystko po chińsku.

Tym, co między innymi Chińczycy dobrze znali, była wojna. Przez wieki wojna dzieliła ich naród, ale to właśnie wojna – i ostatecznie podbój – przyniosła im w 221 roku p.n.e. pokój i jedność. Wiedza militarna Chin została podsumowana około 100 lat wcześniej (może trochę dawniej – tego nikt dokładnie nie wie) przez wielkiego teoretyka wojskowości Sun Zi (lub Sun Tzu w starej ortografii Wade’a-Gilesa). Jego dzieło Sztuka wojny już wtedy należało do klasyki. Sun Zi był profesjonalistą w każdym calu. Określił pięć podstaw – politykę, pogodę, teren, dowodzenie i zarządzanie – po czym przeszedł do analizy takich szczegółów jak zabawianie posłów i wydatki na lakę i klej. Nie interesowała go chwała; chodziło mu o osiągnięcie szybkiego i całkowitego zwycięstwa, ponieważ, jak stwierdził, „Żaden kraj nigdy nie skorzystał na przedłużającej się wojnie”. Tylko szybkie zwycięstwo pozwala uniknąć dalszej wojny. Dzisiejsi dowódcy studiują jego dzieło. Politycy je ignorują – ze szkodą dla siebie. George Bush mógłby się dwa razy zastanowić, zanim rozpoczął inwazję na Irak, a przynajmniej zanim się pochwalił „wykonaniem misji”, gdyby wziął pod uwagę jeden z aforyzmów Sun Zi: „Osiągnięcie zwycięstwa jest łatwe; utrzymanie jego owoców – trudne”. Nauki Sun Zi są jasne: nie zaczynaj walki, jeśli nie jesteś pewien zwycięstwa; nie podejmuj ryzyka; lepiej jest zastraszyć przeciwnika, niż walczyć. Ale jeśli już musisz walczyć, postępuj zgodnie z moją radą! Poznaj zasady dowodzenia, logistykę, manewry, teren, a zwłaszcza – to zostawił na sam koniec – użyj podstępu.

To właśnie jest rozdział, który będzie nas interesował, a tak brzmią kluczowe słowa:

Strategia wojny polega na wprowadzaniu w błąd. Jeśli zatem jesteś zdolny, udawaj mało zdolnego. Gdy podrywasz swoje wojska do działania, udawaj bierność. Jeśli twój cel jest bliski, zachowuj się tak, jakby był odległy. A gdy jest odległy, udawaj, że jest bliski. Zwabiaj przeciwnika pozornymi zyskami. Wywołuj i wykorzystaj chaos w jego szeregach. Jeśli siły przeciwnika są znaczne, przygotuj się na starcie. Jeśli jest on bardzo silny, unikaj go. Atakuj, gdy jest nieprzygotowany. Idź tam, gdzie się ciebie nie spodziewa.

Tylko w ten sposób możesz osiągnąć to, co najważniejsze – szybkie zwycięstwo. Ze wszystkich broni istotnych dla szybkiego zwycięstwa najważniejsza jest informacja. „Mądrzy władcy i przebiegli dowódcy pokonują przeciwników (...), ponieważ z wyprzedzeniem zdobywają wiedzę o wrogu. Takiej wiedzy nie uzyskuje się od duchów ani bogów, ani na podstawie wniosków wypływających z różnych zjawisk, nie z obserwacji Nieba, ale od ludzi, ponieważ jest to wiedza o rzeczywistej sytuacji nieprzyjaciela”. Ci ludzie to szpiedzy.

Istnieje pięć typów szpiegów, mówi Sun Zi: miejscowy, wewnętrzny, podwójny, stracony oraz żywy. Mówiąc krótko, są to nasi ludzie z lokalnego terenu, ludzie wroga, zatrudnieni przez nas szpiedzy nieprzyjaciela, tacy, których można poświęcić, oraz szpiedzy jak ninja, którzy potrafią przeniknąć linie przeciwnika, wykonać swoje zadanie i wrócić. Wszyscy są niezbędni do osiągnięcia zwycięstwa. Nic nie może być bliższe dowódcy niż szpiedzy. Dla szpiegów nie ma zbyt szczodrego wynagrodzenia. Nie ma bardziej tajnych spraw niż operacje szpiegowskie. Kto nie jest mądry, roztropny, ludzki i sprawiedliwy, po prostu nie może zatrudniać szpiegów, a „ten, kto nie jest wnikliwy i bystry, nie potrafi dostrzec treści w raportach wywiadowczych. Wnikliwość i jeszcze raz wnikliwość!”, jeśli bowiem misja szpiegowska wyjdzie na jaw przedwcześnie, szpieg i wszyscy, którym udzielał informacji, muszą zginąć.

Gdy król Zheng z Qin, Pierwszy Cesarz, był w połowie drogi do zjednoczenia ziem, które w 221 roku p.n.e. stały się zalążkiem współczesnych Chin, zdarzyło się dokładnie to, co miał na myśli Sun Zi. Pierwszy Cesarz, błyskotliwy, ambitny i absolutnie bezwzględny, był celem kilku zamachów. Podobnie jak wiele dzisiejszych głów państw, zadbał o to, by stale mieć ochronę. Szczególnie narażony na niebezpieczeństwo był w czasie podróży, o czym wiemy ze znalezisk archeologicznych dokonanych w pobliżu jego grobowca niedaleko Xian, a także w pobliżu największego skarbu tego grobowca – kilku tysięcy naturalnej wielkości żołnierzy, tworzących Terakotową Armię.

W 1980 roku archeolodzy pracujący przy zachodnim krańcu grobowca Pierwszego Cesarza natrafili na wykop podzielony na pięć sekcji; w jednej z nich znaleźli szczątki obitego drewnem pojemnika, zmiażdżonego przez ciężar ziemi. Wewnątrz znajdowało się coś, co stało się klejnotem koronnym Terakotowej Armii: dwa czterokonne, dwukołowe powozy z brązu, połowy naturalnej wielkości, wraz z końmi i woźnicami. Powozy również były zgniecione, lecz po ośmiu latach pracy przywrócono im dawną świetność, łącznie ze wszystkimi elementami uprzęży i ruchomymi chorągiewkami na osiach.

Jeden z rydwanów należał do eskorty, z woźnicą stojącym na platformie pod parasolem. Drugi to powóz cesarski. Składa się z przedniej części dla woźnicy i tylnej, zamkniętej, dla cesarza, z dachem wykonanym z jedwabiu lub skóry impregnowanej tłuszczem. W oknach umieszczono siatki przeciwko komarom – wszystko, oczywiście, odwzorowane w brązie – a boczne okna wyposażono w żaluzje, które pozwalały cesarzowi wyglądać na zewnątrz, zaczerpnąć powietrza i wydawać rozkazy, a równocześnie osłaniały jego czcigodną osobę przed wzrokiem postronnych.

Lecz cesarski rydwan nie jest czołgiem. Aby łatwo się nim jeździło, musiał być stosunkowo lekki, a zatem nie zapewniał wystarczającej ochrony przed ciężkimi strzałami i mieczami, jakich mogli używać zamachowcy. Rozwiązaniem tego problemu, o czym doskonale wiedział Sun Zi, było oszustwo, czyli dokładnie taki sam podstęp, jaki często stosują dzisiejsze głowy państw: pozorny cel. Cesarz podróżował w jednym z kilku identycznych powozów. Co najmniej jeden zamach nie powiódł się, ponieważ napastnik zaatakował niewłaściwy powóz. Możliwe, że jeszcze cztery powozy czekają na odkrycie, wykonane specjalnie po to, by ewentualny zamachowiec miał tylko jedną szansę na pięć zaatakowania właściwego celu.

Dlatego aby dopaść cesarza, konwencjonalne sposoby były bezużyteczne. Tutaj potrzebny był ninja.

W jednym z najbardziej znanych wydarzeń z dziejów Chin, często przedstawianym w filmach i programach telewizyjnych (chyba najpełniej w filmie Cesarz i zabójca Chena Kaigego z 1999 roku), wziął udział ktoś, kogo można porównać z ninja. Znamy to wydarzenie z relacji, którą zostawił wielki historyk chiński Sima Qian, spisanej 100 lat później, ale (jak sam historyk zapewnia) opartej na zeznaniach naocznych świadków i pasjonującej jak filmowy scenariusz.

Książę Dan jest prawowitym następcą obalonego władcy sąsiadującego z Qin państwa Yan. Dan żyje w strachu przed Zhengiem, ponieważ przebywał niegdyś jako zakładnik na dworze Qin, gdzie był tak źle traktowany, że w końcu uciekł. Generał Qin, Fan Yuqi, zdradził swego pana i znalazł się pod opieką księcia Dana. Ochrona jest mu jak najbardziej potrzebna, ponieważ Zheng wyznaczył za jego głowę nagrodę w postaci całego miasta i 250 kilogramów złota. Wojska Qin gromadzą się na granicy Yan i jedynym sposobem zatrzymania błyskawicznego marszu Zhenga po władzę jest znalezienie zamachowca, który by go zabił. Do tego zadania wybrano młodego awanturnika imieniem Jing Ke. Był to wyjątkowo opanowany człowiek obdarzony nieprzeciętną inteligencją, który lubił „czytać książki i ćwiczyć walkę na miecze” – krótko mówiąc, esencja prawdziwego ninja. Jing Ke nie zwykł wdawać się w kłótnie; jeśli został obrażony, po prostu odchodził. Był też zbyt mądry, by od razu się zgodzić, jednak mianowanie ministrem i przyznanie rezydencji przekonało go do zmiany zdania.

Wiedząc, że bez dobrego pretekstu nie uda mu się zbliżyć do Zhenga, zwrócił się do generała renegata, Fana, z niezwykłą propozycją: jeśli będzie miał głowę Fana, uda się do Zhenga z propozycją kapitulacji państwa Yan, przynosząc głowę zdrajcy na znak dobrej woli. Będzie miał też ze sobą mapę terytoriów Yan; głowa i mapa zapewnią mu dostęp do władcy. W zwiniętej mapie zamierzał ukryć zatruty sztylet, którym dźgnie Zhenga. Generał uważa, że to znakomity pomysł: „Dniem i nocą zgrzytam zębami i zjadam własne serce, próbując obmyślić jakiś plan. Teraz ty pokazałeś mi drogę!” To powiedziawszy, poderżnął sobie gardło.

Głowa i mapa rzeczywiście zapewniły Jing Ke i jego pomocnikowi wejście na dwór i audiencję u króla. Wtedy jednak pomocnik doznał załamania nerwowego i Jing Ke musiał dalej działać sam. Obserwowany przez tłum dworzan, Jing Ke rozwinął mapę, schwycił sztylet, przytrzymał króla za rękaw i uderzył. Król jednak odskoczył, wyrwał rękaw i cios Jinga chybił celu. Zheng uciekał ścigany przez zamachowca, zaś nieuzbrojeni dworzanie patrzyli w osłupieniu, jak ich pan i władca biega wokół filaru, bezskutecznie próbując wyplątać z fałd szaty długi, ceremonialny miecz. Jeden z lekarzy wykazał się przytomnością umysłu i uderzył Jinga Ke torbą z lekarstwami, co dało szansę królowi na odparcie ataku.

NINJA: ZNACZENIE SŁOWA

Ludzi z Zachodu często dziwi, że słowo ninja bywa czasami zapisywane jako shinobi. Jak to możliwe, że dwa słowa tak odmienne w zapisie łacińskim są tym samym po japońsku? Oto wyjaśnienie.

Od VII wieku Japończycy przejmowali elementy chińskiej kultury jako podstawę własnej kultury. Przejęli też chińskie znaki pisma, mimo iż oba języki nie mają ze sobą nic wspólnego. To zaadaptowane pismo – kanji – jest używane w połączeniu z dwoma innymi systemami pisma, które są sylabiczne. Oba sylabiczne pisma czyta się stosunkowo łatwo, lecz w praktyce są one niezbyt użyteczne bez znajomości kilkuset znaków kanji. To prawdziwe wyzwanie, a dla nie-Japończyków, szczerze mówiąc, koszmar.

Znakikanji mają dwie wymowy: niby-chińską, uważaną za bardziej „uczoną”, a tym samym bardziej poważaną, i czysto japońską. Na przykład słowo „góra” jest zapisywane po chińsku i wymawianeshān (kreska nad a [ā] oznacza równy ton głosu, w odróżnieniu od tonu wznoszącego się [á], opadającego [à] i wznosząco-opadającego [ă]). W japońskiej wersji chińskiego słowo to przybiera postać san. Ale właściwe japońskie słowo „góra” brzmi yama. Japończycy używają obu, alesan uchodzi za bardziej eleganckie, dlatego najsłynniejsza w Japonii góra jest nazywana Fuji-san, a nie Fuji-yama, jak mówią cudzoziemcy. Jeden znak, dwie zupełnie inne wymowy.

Ten sam system odnosi się do znaków i słów zwykle transkrybowanych w angielskim i innych językach jako „ninja”. W chińskim znaki rěn zhě znaczą „ten, kto wytrzymuje lub ukrywa”. Japończycy używają tych samych znaków. Lecz w japońskiej wymowie słowa te przybrały brzmienie nin sha, co jest zwykle transkrybowanej jako ninja. W mówionym japońskim termin „ten, kto wytrzymuje lub ukrywa” brzmi shinobi mono („wytrzymująca lub ukrywająca osoba”) i zwykle jest skracany do shinobi. W słowie „ninja” część „nin” składa się z dwóch elementów: „ostrza” () umieszczonego nad „sercem” (), w szerszym sensie oznaczającym inteligencję, duszę, życie. Tradycyjnie te dwa znaki wskazują na ukryte znaczenie. Być może chodzi o to, że ninja to ktoś, nad kim wisi ostrze miecza, i jest gotów zakończyć własne życie, jeśli coś pójdzie nie tak; ale być może to ktoś, kto wie, jak uczynić z własnej inteligencji broń ostrą jak miecz.

Jeszcze do niedawna Japończycy używali obu określeń wymiennie, ponieważ są zapisywane tymi samymi znakami i znaczą to samo, choć niby-chińska wersja uchodziła za bardziej wyszukaną. Ponieważ pierwsze kontakty między Japończykami i cudzoziemcami odbywały się na wysokim poziomie hierarchii społecznej, określenie „ninja” zyskało większą popularność zarówno w japońskim, jak i w obcych językach.

Gdy Jing Ke dopadł go znowu, królowi udało się dobyć miecza i zranić napastnika w nogę. Jing Ke rzucił zatrutym sztyletem, lecz nie trafił i upadł, a wtedy król uderzył, raniąc go ponownie. Jing Ke zrozumiał, że poniósł klęskę. Oparł się o filar, po czym się osunął na posadzkę, na przemian śmiejąc się histerycznie i przeklinając króla. Wówczas tłum dworzan rzucił się, by go dobić.

Czy można nazwać Jinga Ke poprzednikiem ninja? Raczej nie. Co prawda uzyskał dostęp do cesarza, stosując podstęp, ale plan wymagał, by działał jawnie i był gotów zginąć. Ninja działali potajemnie i starali się przeżyć. Nauka płynąca z tej historii jest taka, że władcy powinni być ostrożniejsi, a tajni agenci muszą się dobrze przygotować do swojego zadania. Nie można być ninja tylko połowicznie.

Japończycy poznali ten incydent, podobnie jak większość spisanej historii Chin, przez swoich ambasadorów. Uczeni słyszeli o Pierwszym Cesarzu i znali pięć klasycznych dzieł, wśród nich Sztukę wojny Sun Zi, w Japonii zwaną Shonshi, jak po japońsku wymawiano imię Sun Zi. Teoretycznie więc wiedzieli o tym, że Sun Zi podziwiał mroczne sztuki podstępu i szpiegostwa. Poza tym wielu bogatych Chińczyków uciekło ze wstrząsanego wojną kraju we wczesnym średniowieczu (X–XII wiek) i podróżowało przez Japonię na dwór cesarski. Niektórzy osiedlili się po drodze i zapoznawali swoich japońskich gospodarzy z chińską kulturą, w tym z technikami potajemnej walki. Słynny ród Takeda, który zyskał na znaczeniu w XVI wieku, posiadał co najmniej sześć klasycznych chińskich dzieł, wśród nich Sun Zi, Konfucjusza i Simy Qiana (który opowiedział historię Jinga Ke), co dowodzi, że podstawy ninjutsu, sztuki niewidzialności, wywodzą się z Chin.

Ale koncepcja podstępu miała też solidne japońskie korzenie, czego dowodzą dwie historie. Są one zawarte w najstarszej zachowanej japońskiej kronice, Kojiki, czyli księdze dawnych wydarzeń. Kojiki jest jednym z dwóch dzieł napisanych dla cesarza Temmu, który w 682 roku n.e. rozkazał swoim książętom i wielmożom „utrwalić na piśmie kronikę cesarzy, a także bardzo dawnych spraw”. Przedstawiona na dworze trzydzieści lat później, Kojiki stanowi amalgamat spisanych i przekazywanych ustnie opowieści, które miały wyjaśniać pochodzenie narodu japońskiego od początków nieba i ziemi, „kiedy ląd był młody i przypominał unoszący się na wodzie olej, i dryfował jak meduza”. Z trójki bóstw powstały wyspy japońskie i osiem milionów innych bóstw, wśród nich Amaterasu, bogini słońca i protoplastka rodziny cesarskiej. W mieszance mitów, pieśni, legend, pseudohistorii i historii 149 krótkich rozdziałów opisuje, jak w ciągu 1200 lat 34 cesarzy narzucało swą wolę rywalizującym klanom jako zesłany przez bogów japoński ród panujący.

Dwie historie mówią o młodym herosie zwanym Małym Żarnowcem, później znanym jako książę Bitny z Yamato, który wiązał jeszcze swe włosy nad czołem jak nastolatek. Był on (podobno) młodszym synem dwunastego cesarza, Keikō z Yamato, w II wieku n.e. jednej z pięciu prowincji centralnego Honsiu, serca już niemal zjednoczonego narodu1.

Sztuczki księcia z Yamato

Cesarz Keikō poleca starszemu ze swoich dwóch synów, którego imię brzmi Duży Żarnowiec, by sprowadził mu dwie piękne siostry jako żony. Tymczasem Duży Żarnowiec sam żeni się z siostrami. Następnie, zawstydzony, unika porannych i wieczornych posiłków z ojcem.

Cesarz poleca młodszemu synowi, Młodszemu Żarnowcowi, sprowadzić brata.

Pięć dni później Duży Żarnowiec wciąż się nie pojawił.

– „Czemuż to twój brat tak długo się nie pokazuje? – pyta cesarz. – Czyżbyś go jeszcze jak należy nie pouczył?

I odpowiedział syn na to:

– Należycie się tym zająłem…

Zapytał go znowu władca:

– Jak się tym zająłeś?

Dał mu na to syn odpowiedź:

– Gdy świtaniem brat wszedł do ustępu, zaczekałem nań, schwyciłem, a potem zacisnąłem ramiona i pogruchotałem mu kości. Wyrwawszy mu wreszcie ręce i nogi, zawinąłem wszystko w słomianą plecionkę i rzuciłem gdzieś na uboczu w krzaki”.

Cesarz uznał, że brutalne postępowanie Małego Żarnowca było dość surową karą za unikanie posiłków.

„Natenczas rzekł dostojny władca przerażony bezwzględnością i dziką postawą swego syna:

– Na zachodzie są dwaj bitni wodzowie Kumaso [w języku japońskim Kumaso-takeru]”.

Słowo kumaso oznacza mieszkańców południowej części niepokornej wyspy Kiusiu, zaś takeru znaczy „bitny". Gdyby to była baśń angielska, dwaj tubylcy byliby ogrami, a Mały Żarnowiec – japońskim Jasiem od łodygi fasoli. W każdym razie cesarz mówi dalej:

– „…niepokorni i przewrotni. Zniszcz przeto tych ludzi”.

Zanim Mały Żarnowiec wyruszył w drogę, jego ciotka, która w innych wersjach tej opowieści jest kapłanką bogini słońca, dała mu dwie części swej garderoby, odpowiednie dla kobiety: „zwierzchni ubiór i spódnicę”. Dlaczego? Ponieważ wkrótce miały się okazać bardzo ważne, a książę musiał w jakiś sposób je zdobyć. Uzbrojony w mały miecz, który ukrył w zanadrzu, rusza w drogę.

Gdy dociera do celu, znajduje obu braci ogrów w nowo wybudowanej ziemiance, ponieważ w dawnych czasach tubylcy mieszkali w domach zagłębionych w ziemi. Jest dużo zamieszania, gdyż ogry szykują się do wydania uczty z okazji ukończenia budowy. Mały Żarnowiec czeka, krążąc dookoła, aż do dnia uczty. Wtedy przebiera się za kogoś innego. Podobnie postępowali ninja. Jak młoda dziewczyna zczesuje na dół swe związane dotąd włosy, wkłada szaty ciotki, ukrywa miecz i, wmieszawszy się między kobiety, wchodzi do wnętrza ziemianki.

Dwa ogry, spojrzawszy na to ucieleśnienie piękna, rozkazują „dziewczynie", by usiadła między nimi.

Gdy uczta trwa w najlepsze, Mały Żarnowiec dobywa miecza, chwyta starszego ogra za kołnierz i przeszywa mu mieczem pierś.

Młodszy na ten widok ucieka przerażony, zaś Mały Żarnowiec rusza za nim w pogoń. U podnóża schodków prowadzących do wyjścia z ziemianki książę dopada swą ofiarę, łapie za kabat i wbija tamtemu miecz w zadek.

– „Nie wyciągaj jeszcze miecza z rany – powiada ogr. – Mam ci coś do powiedzenia”.

W tym momencie, jak we śnie, akcja zamiera i ogr, który właśnie zauważył, że „dziewczyna" wcale nie jest dziewczyną, pyta:

– „Kim jesteś, Wasza Dostojność?”

Mały Żarnowiec wdaje się w długie wyjaśnianie swojego pochodzenia, mówiąc o ojcu cesarzu.

– „Doszły na dwór słuchy, że wy, dwaj bitni wodzowie Kumaso, jesteście nieposłuszni i przewrotni, toteż wysłano mnie tu, nakazując was zgładzić".

Wówczas ogr, wciąż nie przejmując się mieczem tkwiącym w jego zadku, zauważa uprzejmie:

– „Chyba, zaiste, tak to będzie, jak słyszę! Tu, na zachodzie, nie ma nikogo, kto by był bitniejszy i silniejszy od nas dwu. Tymczasem w wielkiej krainie Yamato jest mąż bitniejszy od nas obu. Dlatego też chciałbym cię obdarzyć ze czcią imieniem. Odtąd po wsze czasy będą cię sławić i zwać Bitnym Synem Yamato!”

Dopiero wtedy Mały Żarnowiec, teraz już Yamato-takeru – Bitny z Yamato – zabija swoją tak długo cierpiącą ofiarę, „rozrąbując jak dojrzałą dynię".

W następnym rozdziale Bitny z Yamato przybywa do Izumo na południowym zachodzie Honsiu, zamierzając zabić tamtejszego władcę, Bitnego z Izumo. Aby tego dokonać, stosuje dwa podstępy. Najpierw udaje przyjaciela Bitnego z Izumo, a następnie sporządza drewnianą imitację miecza.

Obaj „przyjaciele" idą nad rzekę, aby się wykąpać.

Bitny z Yamato wychodzi z wody pierwszy i proponuje ( jak przyjaciel przyjacielowi):

– „Zamieńmy się mieczami!”

Bitny z Izumo się zgadza i przypasuje sobie do boku drewniany miecz.

W tym momencie Bitny z Yamato pozywa go do walki, lecz oczywiście Bitny z Izumo niewiele może zdziałać drewnianym mieczem i łatwo pada ofiarą Bitnego z Yamato, który wysławia swoje niezbyt sportowe zwycięstwo pieśnią:

„Bitny z Izumo

ma długi miecz u boku

jak liść morszczynu,

lecz – o zgrozo! – bez głowni,

choć oplecion pnączami…”

Po wizycie u właściciela restauracji i obejrzeniu jego kolekcji uzbrojenia ninja wyruszyliśmy – ja i moja miejscowa przewodniczka Noriko – na południe wyspy małym, trzęsącym się pociągiem jadącym do Akame, aby zobaczyć urocze miejsce znane jako Czterdzieści Osiem Wodospadów. Szliśmy brukowaną dróżką w górę wąwozu, wzdłuż rzeki napotykającej w swym biegu skały i pnie drzew powalonych kilka dni wcześniej przez tajfun. Przed nami i za nami kroczyli dostojnie wiekowi Japończycy. Mieli turystyczne buty, plecaki i kurtki z licznymi kieszeniami – to byli ludzie solidnie przygotowani do wyprawy, damy osłaniały się parasolkami przed promieniami słońca przesączającymi się przez korony wysokich drzew. Chciałem zobaczyć wodospady, ponieważ góry, z których spływały, były niegdyś ulubionym miejscem ascetów praktykujących shugendō, starożytną japońską religię ludową. Ich niezliczone pokolenia przybywały tu przez ponad tysiąc lat; byli wśród nich również wojowniczy rolnicy, z czasem znani jako ninja, którzy pragnęli poznać wiedzę i umiejętności dające „ascetom z gór” – yamabushi – ich moc. Dlatego właśnie zainteresowała mnie ta niezwykła tradycja2.

Przybywali tu z dwóch powodów. Po pierwsze, góry mają szczególne znaczenie w japońskiej myśli religijnej. W dawnej Japonii egzystencja zależała od ryżu, rosnącego na mozaice poletek, do których stworzenia i uprawiania potrzebne było doświadczenie i ciężka praca. Uprawa ryżu wymagała od mężczyzn i kobiet ciągłej kontroli. Pola ryżowe leżały na płaskim terenie. Woda na pola musiała łagodnie wpływać i wypływać z nich w odpowiednich porach. Góry stanowią całkowite przeciwieństwo równin. W Japonii są strome i porośnięte lasami (a nie skaliste jak na przykład Alpy). Żyły w nich dzikie i niebezpieczne stworzenia, takie jak niedźwiedzie, węże i nadnaturalne istoty zwane tengu, o czerwonych twarzach, długich nosach i pokrytych łuskami przedramionach. Góry były niecywilizowanymi, dziewiczymi obszarami, dokąd dusze udają się po śmierci i gdzie mieszkają niezliczone bóstwa. Z gór pochodziła życiodajna woda, duchy wywołujące choroby oraz lecznicze zioła, które pozwalają panować nad duchami i leczyć choroby. Krótko mówiąc, góry to miejsca pełne mocy. Zwykli ludzie w kontakcie ze światem duchów mogli jedynie okazywać uległość, wyrażać wdzięczność, lęk lub skruchę wobec istot przybywających z gór i wracających tam.

Ale mogłeś też być mniej uległym i kornym, a bardziej aktywnym. Właśnie dzięki takiej postawie rozwinęło się coś, co pierwsi ninja nazwali „poprawnym umysłem”. Wojownicy cienia bowiem – przynajmniej w zasadzie – przedstawiali sobą coś więcej niż tylko tradycyjnie pojmowanych wojowników, co bardzo starał się podkreślić jeden z moich przewodników. Toshinobu Watanabe, zdumiewająco sprawny siedemdziesięcioparolatek z Kōka (lub Kōga, jak bywa zapisywana nazwa tego miasta), będącego niegdyś bazą ninja, pojawi się jeszcze kilkakrotnie w tej książce, służąc nam swoją wiedzą, tu zaś wprowadza nas w tajniki stanu umysłu, jakiego osiągnięcie było ideałem ninja.

– Wy, ludzie Zachodu, często wyobrażacie sobie ninja jako czających się w mroku zamachowców, którzy umieją tylko zabijać. Niesłusznie! W źródłach pisanych, w każdym z nich, już na samym początku podkreśla się, że niezbędny jest poprawny umysł.

– Co to znaczy?

– Nie czyń zła! Ninja wierzyli w pokój. Gromadzili informacje, żeby za wszelką cenę uniknąć wojny. Byli oddani idei, która nakazywała im zabijać tylko wtedy, kiedy to niezbędne, i starać się przeżyć. Ćwiczyli sztuki walki wyłącznie dla samoobrony. Oczywiście, nie wszyscy ninja byli tacy. Właśnie dlatego źródła podkreślają konieczność „poprawnego umysłu”. Ale większość z nich starała się tak właśnie postępować.

Ktoś, kto chce wykształcić w sobie „poprawny umysł”, kto pragnie kontrolować własne życie, innych ludzi, wydarzenia i świat duchów, udaje się w góry, znajduje mistrza i poddaje się surowym fizycznym, psychicznym i duchowym rytuałom. To właśnie była i jest do dzisiaj praktyka znana jako shugendō, droga górskiej ascezy. Ktoś taki odwiedzał święte miejsca, gaje, odsłonięte skały, stare drzewa, wodospady, strumienie. Pościł, oczyszczał się, siedząc pod wodospadem, wzmacniał ciało wyczerpującymi ćwiczeniami, poznawał duchy gór, a ponieważ duchom mogła się nie podobać obecność obcych na ich terytorium, uczył się, jak sobie zjednywać ich przychylność. Dopiero po przejściu tej drogi adept stawał się yamabushi, ascetą z gór. Co więcej, dostawał od swojego mistrza certyfikat poświadczający, że nie jest oszustem.

– A było mnóstwo oszustów – powiedział jeden z moich informatorów, Tullio Lobetti, włoski ekspert od shugendō z londyńskiej School of Oriental and African Studies. Jest on absolwentem jednego z najsłynniejszych japońskich ośrodków szkoleniowych, na górze Haguro w prefekturze Yamagata, a tym samym jednym z nielicznychyamabushi z Zachodu („chociaż dostałem tylko najniższy stopniem certyfikat”). – Jak jeszcze mógłbym udowodnić, że nie jestem oszustem? Dokonując nadludzkich czynów, na przykład pokazując, że mogę stać w kotle z wrzącą wodą. Wrzącą, naprawdę! – dodał, ujrzawszy moją zdziwioną minę.

– Naprawdę to widziałeś?

– Tak. Wody było niedużo, ale wrzała.

– Wiesz, jak to się robi?

– Znam rytuały, ale nie mechanizm. Nie pytałem. To nie jest coś, o czym oni chętnie rozmawiają. Poza tym chodzenie po mieczach.

– To też widziałeś?

– Robiłem. Każdy to potrafi. Wystarczy tylko znać odpowiednią technikę. Wszystko to jest potrzebne, żeby dowieść swoich kwalifikacji i stać się członkiem grupy.

Zaawansowany adept może zostać kapłanem. To w pewnym sensie odpowiednik magisterium lub doktoratu. A w każdym razie zdobywa kwalifikacje techniczne i zawodowe – wiedzę i możliwość leczenia chorób, wypędzania złych duchów i odprawiania różnych rytuałów niezbędnych zwykłym ludziom, takich jak obrzędy pogrzebowe czy przygotowanie terenu pod budowę nowego domu. Taki człowiek jest szanowany, a ludzie płacą za jego usługi.

Korzyści płynące ze szkolenia shugendō dla ninja są dość oczywiste. Tłumaczy to Miyake Hitoshi, pionier studiów nad shugendō:

Spośród działań shugenja, czyliyamabushi, w okresach Kamakura i Muromachi (1185–1573) szczególnie godne uwagi były te, które prowadzono w czasie wojny – odprawianie magiczno-religijnych rytuałów, szpiegowanie, przenoszenie wiadomości, praktykowanie sztuk walki. Shugenja, którzy znali górskie szlaki, a dzięki swoim podróżom poznali warunki panujące w całym kraju, mieli odpowiednie kwalifikacje, by podejmować się takich zadań. Przed bitwą błogosławili konie, broń i zbroje oraz modlili się o klęskę wroga. Ich interwencja była potrzebna, kiedy obóz został zdobyty lub był oblegany... Istniały też istotne powiązania między shugenja a mistrzami ninja z Kōga (prowincja Omi), Iga i Negoro. Shugenja byli tak biegli w niezauważalnym pojawianiu się i znikaniu, że porównywano ich z legendarnymi górskimi stworzeniami zwanymi tengu, podobno mieszkającymi w tych samych górach, w których shugenja mieli swoje ośrodki3.

Zapytałem Tullio o szkolenia. To, co mi powiedział, można tak podsumować:

W Japonii ciało i umysł nie są osobnymi bytami. Na Zachodzie często mawiamy, że nieważne, jaki jesteś na zewnątrz, bo liczy się wnętrze, umysł. W Japonii to nie jest prawdą. To, jaki jesteś na zewnątrz, pasuje do twojego wnętrza. Jeśli jesteś wysoki, silny, piękny i bogaty, wewnątrz jesteś taki sam. Jeśli jesteś słaby, przygarbiony i chory, taki sam jesteś wewnątrz. Chcesz się udoskonalić wewnętrznie? Cóż, możesz to osiągnąć, pracując nad swoim ciałem. W myśl tej idei cokolwiek robisz, powinno to wymagać fizycznego wysiłku. Kiedy wędrujesz od jednego świętego miejsca do drugiego, jest to rodzaj pielgrzymki, lecz wyjątkowo trudnej. Czeka cię przejście 20 lub 25 kilometrów dziennie w górach, po skałach, gdzie często nie ma żadnych ścieżek. Czasem trzeba się spuścić na linie, żeby oddać cześć świętemu źródłu lub skale. Nie chodzi tu o zadawanie sobie dojmującego bólu dla samego bólu, lecz o dokonanie czegoś trudnego, a im jest to trudniejsze, tym większa nagroda. Jeśli więc wędrujesz w zimie, tym lepiej. Widzisz, mamy w sobie energię, której nie wykorzystujemy. Gdy usiądziesz pod wodospadem przy dziesięciu stopniach mrozu, poczujesz falę gorąca. Właśnie w taki sposób zareaguje twoje ciało, jeśli nie umrzesz.

Istnieje cały wszechświat tradycyjnej wiedzy – religijnej, filozoficznej, literackiej – którą można wykorzystać w zaawansowanym shugendō, i encyklopedia magicznych gestów, które można opanować, a następnie wykonywać pod osłoną ubrania. Weźmy na przykład czytanie tekstów, zapisanych głównie w kanji. Ale istnieje też sekretny sposób ich odczytywania, ze specjalną wymową shugendō, która ma o wiele większą moc. Są też sanskryckie mantry. Na przykład Sutra Serca (tu zaczął cichym, rytmicznym głosem recytować: Ya-te-ya-te-para-ya-te-parasan4) mówi: „Teraz nauczę cię największego ze wszystkich zaklęć, zaklęcia, które przezwycięża wszelkie namiętności, zaklęcia, które głosi »Forma jest pustką, pustka jest formą, nie ma ucha, nie ma oka, nie ma nosa...«” Ostatecznie te ezoteryczne praktyki sprowadzają się do odradzania się na coraz wyższych poziomach, aż zostaniesz buddą, osiągniesz oświecenie i wkroczysz w nirwanę.

Cóż, czymś takim żaden ninja z pewnością nie byłby zainteresowany. Jak mogłoby mu to pomóc w szpiegowaniu, walce i przetrwaniu? Lecz jedno nie ulega wątpliwości – jeśli jako wojownik przejdziesz choćby część tego szkolenia, wzmocni ono twoje ciało i umysł. Tullio wie dlaczego, ponieważ przez nie przeszedł. „Całkowicie odrywasz się od codziennego życia. Jesteś tak wyczerpany, że przestajesz myśleć. Nie pamiętasz, skąd pochodzisz. Właśnie w tym momencie możesz zacząć odbudowywać samego siebie w zupełnie inny sposób”. Tullio posłużył się analogią do pracy komputera: „To doświadczenie cię resetuje. Przyjaciel, który wstąpił do brytyjskiej elitarnej jednostki Special Air Service (SAS), powiedział mi, że szkolenie SAS ma ten sam skutek. Po jego przejściu jesteś odnowiony, skupiony, gotów do bitwy”.

Dlaczego jako przyszły yamabushi lub wojownik cienia miałbyś wybrać właśnie tę, a nie inną górę? Ponieważ otacza ją długa tradycja świętości, tradycja potwierdzona przez ustną historię (lub w rzadkich przypadkach tekst pisany) przekazywaną z mistrza na mistrza, od czasów, kiedy góra została „otwarta” przez pierwszego adepta, który na nią przybył i wyznaczył święte miejsca. Im dawniej nastąpiło otwarcie i im wybitniejszy był adept, tym lepiej. Najwybitniejszym ze wszystkich był na wpół mityczny założyciel shugendō z VIII wieku, En no Ozunu, znany też jako En no Gyōja, En Asceta.

To kluczowa postać w shugendō, ponieważ był wszędzie, a przynajmniej tak głoszą niezliczone tradycyjne przekazy. „Jest czymś w rodzaju dżokera”, jak to ujął Tullio Lobetti. „Jeśli wydajesz certyfikaty wykwalifikowanym yamabushi, musisz uprawomocnić swoją praktykę. Jak? Przez imponującą opowieść o początkach, a nie ma bardziej imponującego założyciela niż En no Gyōja. Właśnie dlatego był wszędzie. Cóż, oczywiście nie mógł być we wszystkich tych miejscach, chociaż w opowieściach biega i przeskakuje z jednego w drugie. To nieistotne. Istotna jest potęga przekazu”.

A więc kto otworzył Czterdzieści Osiem Wodospadów? Jakże? Oczywiście En no Gyōja.

Tak więc przyszli ninja przyłączyli się do shugenja (jak nazywa się tych, którzy praktykują shugendō) i innych uzdrowicieli, wojowników oraz kapłanów. Przybyli tutaj, by ćwiczyć na górskich ścieżkach – wyznaczali szlaki, biegali po nich i wspinali się, poddając się próbom wytrzymałości, ale także starali się osiągnąć czystość umysłu w nadziei zdobycia mocy magicznych, umiejętności medycznych i długowieczności.

I nie działo się to jedynie tutaj ani tylko w tamtych czasach; nie dotyczyło też jednej sekty ani religii. Japońska religia stanowi wyjątkową mieszaninę buddyzmu, sprowadzonego z Korei i Chin, z rdzennymi praktykami shinto wraz z ich wiarą w równoległy wszechświat duchów – kami – które należy czcić, przebłagiwać i zabiegać o ich przychylność, aby móc skorzystać z ich mocy. (Mieszanina ta zawiera również ślady taoizmu i konfucjanizmu. W japońskiej kulturze różne składniki religijne połączyły się niczym w kuchennym blenderze). Buddyzm i shintoizm zaczęto postrzegać jako dwa osobne zjawiska dopiero w XVIII wieku, kiedy uczeni zainteresowali się wyodrębnieniem (domniemanych) oryginalnych, rdzennie japońskich tradycji. Choć formalnie zostały rozdzielone w XIX wieku, do dziś ze sobą współistnieją. Shintoistyczne bramy prowadzą do buddyjskich świątyń, a w buddyjskich świątyniach można zobaczyć shintoistyczne amulety. Shugendō, tyleż buddyjskie, co shintoistyczne, istnieje i ma się znakomicie, praktykowane przez wiele grup w całej Japonii, o czym mogła mnie zapewnić moja przewodniczka Noriko, ponieważ jako konsultantka filmów i kanałów telewizyjnych poznała wiele terenów ćwiczebnych, odwiedziła więcej świątyń i sanktuariów, niż przypuszczałem, że może istnieć, i poznała niezliczonych kapłanów, adeptów sztuk walki i ekspertów od spraw związanych z ninja.

– Mój dziadek praktykował shugendō. Umarł, bo siedział pod wodospadem.

– Co takiego?

– To się często zdarza. – Jej głos zabrzmiał naprawdę beztrosko.

– Ale co się stało?

– Nie wiem. To się wydarzyło na długo przed moim urodzeniem. Miał czterdzieści pięć lat, a mój ojciec pięć.

– Ale... – zawahałem się. – Utopił się? Przeziębił?

– No cóż, to było w grudniu. – Sprawiała wrażenie zdziwionej tym, że jestem zaskoczony. – To trening religijny. Jeśli nie wierzysz w religię, nie rób tego. Musi być trudno, więc nic dziwnego, że to było w zimie. Jeśli wejdziesz pod wodospad latem, to nie jest trening, tylko przyjemność.

Działo się to pół wieku temu, ale te tradycje nadal pozostają silne. Moi gospodarze w Kōka zabrali mnie na festiwal ognia shugendō; na otwartej przestrzeni w górach kapłan w zielonym płaszczu i 20 akolitów w dość podeszłym wieku oddawali cześć duchom góry. Góra ta, Iwao, zasługiwała na szacunek ze względu na swoją szczególną historię. Była jedną z trzech, na których w IX wieku założyciel buddyjskiej sekty tendai, Saichō, zbudował świątynie i trenował. Wśród około dwóch tuzinów pełnych szacunku widzów widziałem pięć ubranych na biało dam, które później podały lekki poczęstunek. Było dużo monotonnych, rytmicznych recytacji przerywanych dźwiękiem dwóch konch, w które dęto niczym w rogi. Dawno temu grałem na trąbce, więc po ceremonii spróbowałem wydobyć dźwięk z konchy. Miała prosty ustnik, a wydawany przez nią dźwięk przypominał coś pośredniego między głosem rogu myśliwskiego a donośnym jednotonowym puszczeniem wiatrów. Bardzo się starając, można było dźwięk konchy na krótko podnieść mniej więcej o oktawę. Wszyscy nosili tradycyjne stroje – białe koszule, luźne białe szerokie spodnie, białe obuwie z dużym palcem oddzielonym od pozostałych, białe peleryny i rodzaj szelek z dwoma czerwonymi pomponami na plecach. Pośrodku otwartej przestrzeni znajdował się stos ofiarny z gałęzi zielonego cedru. Po dłuższych recytacjach i dęciu w konchy jeden z wiernych wziął łuk i strzałę, po czym przygotował się do strzału. Przez moment wyobrażałem sobie skrzypnięcie i brzęk cięciwy oraz strzałę lecącą ponad szczyty drzew, ale to był rytualny łuk i nieprawdziwa strzała, która spadła na ziemię po kilku metrach. Nieważne, spełniła swoje symboliczne zadanie, które polegało na przełamaniu mocy złych duchów. Kilka rytualnych uderzeń rytualną siekierą oczyściło święte miejsce z niewidzialnych drzew.

Potem, mimo mego sceptycyzmu, ceremonia zaczęła mnie wciągać. Kapłan rzucił na stos kilka kawałków drewna i papieru z jakimiś napisami. Później dowiedziałem się, że były to listy do boga, które musiały zostać spalone.

– To bardzo, bardzo dziwne – powiedział mi kapłan – ale jeśli wyrazisz życzenie, to ono często się spełnia.

Od świec zapalono długie, podobne do mioteł knoty, które zostały następnie przyłożone do stosu. Dym najpierw snuł się po ziemi niczym ciekły tlen w widowiskach scenicznych, a po chwili gałęzie zajęły się trzaskającym ogniem, roztaczając niczym kadzidło żywiczny zapach. Spowiły nas kłęby dymu, zamieniając uczestników ceremonii w duchy i niemal zupełnie zasłaniając strzelistą katedrę drzew – wszystko przy wtórze hipnotycznego, regularnego rytmu recytacji. Ma ka han ya ha la mi ta... Później dowiedziałem się, że była to japońska wersja sanskryckiej Sutry Serca.