Nina - Nina Majewska-Brown - ebook
Opis

Nina to czwarta część – po Wakacjach, Zwyczajnym dniu i Jak się nie zakochać – historii kobiety, którą mogłaby być każda z nas.

Wydaje się, że Nina po ciężkich przejściach wreszcie osiągnęła życiową równowagę. Ale przewrotne życie jak zwykle ma dla niej w zanadrzu różne, niekoniecznie miłe niespodzianki. Tym razem na jej barki spadają choroba nielubianej teściowej i problemy z nowym partnerem oraz jego wszędobylskimi rodzicami.

Czy uda jej się zaprosić Olafa do wspólnego życia? Czy pokona własne zastrzeżenia co do nowego związku? Nina przekona się, jak trudno tworzyć nową relację, mając dzieci oraz bagaż trudnych doświadczeń i lęków, do którego życie co rusz dokłada kolejne kilogramy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 386

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tej autorki polecamy również: Wakacje Zwyczajny dzień Jak się nie zakochać Grzech Notes kuchenny

Tę książkę dedykuję Tobie, droga Czytelniczko

1

ierzyć się nie chce, ile człowiek ma narządów, które można przebadać i zdiagnozować, choć mam wrażenie, że moja teściowa posiada ich zwielokrotnioną liczbę. Oczywiście nim zabierze się do nich lekarz, pobolewają ją, niepokoją albo zwyczajnie są i należy sprawdzić, czy aby na pewno działają. Ostatnio na tapecie mamy plamkę żółtą, parodontozę, potencjalne problemy z sercem i skórą. Bezradna w obliczu tych dolegliwości służba zdrowia zdiagnozowała alergię, zwyrodnienie kręgosłupa i początki depresji, do których pani Aleksandra oczywiście się nie przyznaje.

Wydzwania do mnie z każdym niepokojącym objawem i zwyczajną potrzebą wygadania się. Zaczęłam się nawet zastanawiać nad zmianą numeru telefonu. Przy okazji wyszło na jaw, że jej grono nie jest najlepszym powiernikiem dla jej bólu, bo samo cierpi na różne schorzenia, a w dodatku od roku znalazły się w nim trzy implanty bioder, dwa zawały i jedna amputacja palca cukrzycowego. Problemy teściowej wypadają przy tym blado.

– Nie dziwota, że mam problemy z sercem po tym wszystkim, co mi zafundowaliście.

– Ja niczego mamie nie fundowałam.

Boże, dlaczego mówię do niej „mamo”? Odbiło mi? Od czasu rozstania z mężem kobieta upatrzyła mnie sobie, traktując jak mosiężną rurę ściekową, którą można spuścić wszelkie troski, także te zdrowotne, lęki i złość na Roberta oraz jego nową partnerkę, Barbarę. A ja jak ostatnia kretynka dałam się wciągnąć w ten proces.

– Nie. Zupełnie. Czy ty naprawdę nie widzisz, że gdyby nie twój pomysł z sanatorium, nic by się nie wydarzyło?

Starsza pani nie dostrzega absurdu całej sytuacji. Teść przecież nie zostawił jej z powodu ich wielkiej miłości, pełnej zrozumienia i tolerancji, tylko dlatego, że wyjechał na trzytygodniowy wypoczynek. Raczej urok własny teściowej, zanikający z każdym miesiącem ich wieloletniego pożycia, a w zasadzie jego brak, sprawił, że pulchna, pogodna Basia przykuła jego uwagę i na stare lata odzyskał radość życia. Słyszałam to tyle razy, że nauczyłam się milczeć, więc tylko czekam, co będzie dalej, choć spodziewam się, co nastąpi.

– Dziś mam test Amslera, wiesz, w tej klinice na Wielkiej.

Oczywiście, że w klinice na Wielkiej. W przypadku teściowej nie ma opcji, by coś było przeciętne, małe i swojskie. Wszystko musi być nieprzeciętne. Wyjątkowe. I z wielką metką, nawet adres skądinąd rzeczywiście znanej kliniki.

– Tak?

– A tak przy okazji: skoro jadę badać oczy, to mogę mieć problem z dotarciem potem do domu i pomyślałam, że może mnie odbierzesz.

Taa, jeszcze tego brakowało, żebym rzuciła wszystko i gnała na złamanie karku, by wozić nieżyczliwe mi babsko po lekarzach.

– Niestety to niemożliwe. Zaraz wychodzę do pracy, a po drodze muszę zawieźć dzieci do przedszkola.

Słyszę głośne sapnięcie w słuchawkę i zalewa mnie wodospad pomysłów i pretensji.

– Jak to? A ten twój nowy chłopak nie może ich podrzucić?

– Nie, nie może.

Po co się jej tłumaczę…?

– Gdzie ty go w ogóle znalazłaś? Zupełnie nie rozumiem, co w nim widzisz. No, oczywiście, przystojny jest, może nie tak jak Wojtek, ale światła przy nim gasić nie musisz, jednak jego podejście wcale mi się nie podoba. Jak można być takim samolubem? Czy on naprawdę nie rozumie, że masz pewne zobowiązania? Ci dzisiejsi mężczyźni! Ale czego się spodziewać po kimś z takiej rodziny… Phi, matka na kasie w markecie pracuje, też coś. A jego ojciec? Mechanik. Trzymajcie mnie, ludzie.

Klik.

Rozłączam się. Nie wiem, czy pani Aleksandra zarejestrowała, że mnie nie ma, ale nie mam wątpliwości, że nadal trajkocze. W miarę rozmowy z nią coraz mocniej rozbijałam plastry schabu na kotlety, aż w końcu mięso przestało wyglądać seksownie. Zła na siebie, że daję sobą manipulować starej kobiecie, ze zdwojoną zawziętością roztrzepuję jajka w niebieskiej miseczce odziedziczonej po babci. Rozchlapuję je po całym blacie i na myśl o tym, że za chwilę będę musiała sprzątnąć cały ten bajzel, robi mi się słabo.

Tłuszcz skwierczy na patelni, a ja mam ręce oklejone tartą bułką, gdy ponownie dzwoni telefon. Nie patrząc na wyświetlacz, usiłuję łokciem wcisnąć zieloną ikonkę, ale osiągam tylko tyle, że aparat spada na umazane jajkiem kafelki. Cholera, nawet nie zauważyłam, że białko malowniczo spłynęło po blacie i zasiedliło kapeć oraz podłogę.

Kuchnia wygląda, jakby gotowała w niej Klara, a nie odpowiedzialna matka. Nie wiem, dlaczego funkcjonuję na coraz krótszym loncie emocji, ale czuję, jak nerwy napinają się do granic i jestem bliska eksplozji. Chce mi się płakać i chyba nie mam siły na kolejny dzień burzliwych przeżyć.

Podobno miłość uskrzydla, dzięki niej odkrywamy smaki i aromaty życia, o których zapomnieliśmy, nastraja nas pozytywnie i sprawia, że mamy ochotę fruwać. Niewątpliwie prawie mam odlot. Czuję się jak balon, z którego ktoś nagle wypuścił powietrze i wystrzelił w niekontrolowany lot pod sufit. W uszach aż świszczy ze strachu i niepokoju. Ania na dobre się wyprowadziła, a Olo, zdaje się, na dobre się wprowadził. Pomijam banalną dodatkową szczoteczkę w kubku w łazience, bardziej paraliżuje mnie świadomość, że w moim domu pojawiły się czyjeś oczekiwania i zasady.

– Mamo, co na obiad?

Klara, radosna jak wiatrówka na myśl o śrucie, podskakuje na jednej nodze, co rusz potrącając deskę do krojenia, na której piętrzą się obierki po ziemniakach i skorupki jajek. Jedna z nich spada i dołącza do rozlanego jajka. Tłuszcz się spalił i teraz ponuro dymi w kierunku niewłączonego okapu.

– No, to co na obiad?

– Przestań skakać! Czy ty nie możesz ustać pięciu minut?

– Mogę, ale wolę skakać. To co z obiadem? Robisz kotleciki?

– Tak, usiłuję…

– Pomóc ci?

Mam ochotę przytaknąć i pognać na piętro do łóżka, wsadzić głowę pod poduszkę i nie wychylać się, dopóki Antoś nie skończy osiemnastu lat. Ale zdobywam się jedynie na słaby uśmiech i oświadczam:

– Nie, schabowe są na jutro, dziś McDonald.

– Naprawdę?! Juhu, super! To jedziemy?

– Za chwilę, włóż buty.

Wylewam spalony tłuszcz do zlewu, wycieram podłogę papierowym ręcznikiem i w zasadzie, zostawiając za sobą całe to pobojowisko, jestem gotowa do wyjścia.

Wyprowadzam powoli samochód, uważając, by nie przytrzeć zderzaka o słupki bramy, i wyjeżdżam na ulicę. Mała trajkocze, a ja znowu, wcale jej nie słuchając, przytakuję. Ćwiczenie czyni mistrza i doskonale wiem, kiedy jest pora na ach i dlaczego. Po piętnastu minutach docieramy na autopilocie do McDrive’a. Zapełniam samochód torbami z frytkami, mcchickenami i nuggetsami, a przede wszystkim zapachem, który będę wietrzyła do końca tygodnia.

Klara jest taka szczęśliwa, że nie rozumiem, po co szarpałam się ze schabowymi, ekologicznymi ziemniakami i bałaganem, który krok w krok podąża za moim gotowaniem.

Mimo że obiecywałam sobie przejście na dietę, moje kubki smakowe zwariowały na widok żółtego neonu, a ślinianki napompowały taką ilość śliny, że nie mogłam się oprzeć, i teraz, stojąc na poboczu, pochłaniam wieśmaca. Boże, jakie to dobre. Kalorie rozpychają się we mnie i fundują cudowne poczucie zaspokojenia. Jest mi tak dobrze, że mogłabym przysnąć. Ale oczywiście kolejne przystanki – żłobek i przedszkole – czekają wraz z pasażerami, których muszę zgarnąć do domu.

– Mamo, a wiesz, że nasi sąsiedzi będą mieć hodowlę piesków?

– Jakich piesków?

Z niepokojem obserwuję ekscytację Klary, gdy mówi o szczeniętach… dobermanów. Już jeden wiecznie ujadający czarny diabeł w sąsiednim ogrodzie wystarczy, a co dopiero armia posikujących gdzie popadnie psich klonów.

– Tych ślicznych. U pani za płotem.

– Koszmar.

– Dlaczego? Przecież one są takie śliczne.

– Zwłaszcza gdy ujadają i ma się wrażenie, że zaraz nas zagryzą.

– A babcia mówiła, że do zwierząt trzeba mieć podejście, może ty go nie masz.

– Obawiam się, że w przypadku tego konkretnego psa to nie ma znaczenia.

– A babcia mówi, że najważniejsze to się nie bać, bo zwierzęta to czują.

Znając teściową, podejrzewam, że lata temu zwietrzyła, że się jej boję, bo do niedawna jeździła po mnie jak po łysej kobyle. Teraz najwyraźniej sama krwawi, skoro wygłasza takie złote myśli.

– Pewnie ma rację, ale cokolwiek byś czuła, nigdy, przenigdy nie zbliżaj się do tych psów.

– Dlaczego?

– Bo mogą cię ugryźć.

– A babcia mówiła…

– Klara, babcia nie zna Rocky’ego i nie wie, jaki potrafi być groźny, więc proszę, żebyś mnie posłuchała.

– No dobrze, ale babcia mówi, że ty wolisz koty i dlatego nienawidzisz psów.

Mam ochotę rzucić się teściowej do gardła za jej głupie teorie, ale że nie ma jej obok, przełykam głośno ślinę i przez zaciśnięte zęby cedzę:

– Babcia nie ma pojęcia, co lubię, a czego nie.

– A skąd wiesz?

– Bo nigdy mnie nie zapytała.

– Ona mówi, że po tobie to widać.

Wszystko we mnie pulsuje, a postanowienie, że muszę porozmawiać z panią Aleksandrą, niczym tam-tam wali mi w skroniach.

– Spójrz na mnie. – Mała wpatruje się w moje odbicie w lusterku wstecznym i najwyraźniej analizuje moją twarz, jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu. – I co widzisz? Wolę kawę z mlekiem czy czarną?

Zdumiona przygląda mi się, jakbym zapytała o gęstość zaludnienia Grenlandii, i rzuca:

– A skąd mam wiedzieć?

– Przecież babcia mówi, że to widać.

– Ty nic nie rozumiesz.

Obrażona wsadza nos w szarą torbę z McDonalda i chudymi paluszkami wydłubuje dwie długie frytki, z których na siedzenie opada solny pył. Mam tylko nadzieję, że nie wytrze tłustych rąk w tapicerkę. Włączam radio, które zaczyna ryczeć reklamą jakiejś sieci oferującej największe i najlepsze telewizory w cenach bez podatku VAT, za to w atrakcyjnych ratach zero procent. Przełączam na inną stację, gdzie, o zgrozo, wrzeszczy ten sam głos, z tą różnicą, że proponuje mi zakup pralki. Klikam, przełączając się z Trójki na Radio Zet, wbijam się w RMF FM, omijam Radio Classic i wreszcie moje ucho pieści rzewna melodia, która jednak bynajmniej nie jest wstępem do rockowej ballady, lecz zaproszeniem do odmówienia kolejnej dziesiątki różańca. Mam dosyć. Wyłączam radio i w ciszy, brnąc przez coraz gęściejsze korki, przebijamy się do przedszkola.

Marysia każdego ranka płacze, że musi do niego iść, i jeszcze głośniej zawodzi, gdy ma je opuścić i wrócić do domu. Tak jest i dzisiaj. Siedzi naburmuszona w piaskownicy i ignoruje moje prośby.

– Spieszymy się, Klara czeka w samochodzie, chodź wreszcie.

– A nie możesz odebrać mnie później?

– Nie, musimy jechać do domu.

– Ale Kasia i Julka jeszcze nie poszły i chciałam lepić z nimi zamek.

– Kochanie, nie teraz, ale możemy zaprosić je do nas do domu.

– Dzisiaj?

– Zadzwonię do ich mam i się umówimy, OK?

– No dobra.

Niechętnie zmienia przedszkolne tenisówki na niebieskie sandały i z niezadowoleniem spogląda na Antka, którego właśnie odebrałam ze żłobka. Z perspektywy swoich czterech lat czuje wyższość nad roześmianym maluchem, któremu prawdopodobnie jest obojętne, czy pobawi się ulubionym drewnianym pieskiem w domu czy tutaj. Samochód eksploduje zapachem frytek, na które dzieci reagują entuzjastycznie, mimo że dopiero co zjadły obiad. Napychają buzie przetworzonymi ziemniakami, a Antek ciamka chrupki kukurydziane. Zajęte jedzeniem na szczęście nic nie mówią, pozwalając mi zatopić się w myślach. Boże, jak ja tęsknię za ciszą i chwilami tylko dla siebie.

Docieramy do domu. Brama jest otwarta, na podjeździe stoi z otwartymi drzwiami i bagażnikiem samochód Olafa. Na trawniku suszą się zlane wodą ze szlaucha gumowe wycieraczki, a foteliki dzieci, oparte o płot, noszą ślady ssawki odkurzacza. Radio dudni, zagłuszając niemrawy silnik mojego nowego kärschera. Olo szamocze się w środku auta, klnąc pod nosem na zalegające wszędzie okruchy ciastek i czipsów. Myślę, że sporo kosztuje go dewastowanie jego nowego samochodu przez moje dzieci, które co prawda starają się nie bałaganić, ale siłą rzeczy znaczą teren okruchami i zostawiają wszędzie zabawki.

Pierwszy raz widzę go tak wkurzonego, jednak gdy tylko nasze oczy się spotykają, uśmiecha się radośnie, a ja zastanawiam się, jaki jest naprawdę.

– O, już jesteście.

– Cześć.

– Fajnie, głodny jestem.

Mam ochotę wcisnąć mu do ręki resztki z McDonalda, ale nie robię tego. Za to zostawiam pod jego opieką dzieciaki i zrezygnowana człapię do kuchni. Wyjmuję z lodówki przerobiony na carpaccio schab. Kuchnia jest wyczyszczona i błyszczy, nie ma śladów mojej wcześniejszej walki. W pierwszej chwili tego nie zauważam, znowu brudząc jajkami niebieską miseczkę. Po raz pierwszy od kilku miesięcy, gdy Olo został na noc, czuję się we własnym domu skrępowana. Nie wiem, czy słusznie odczuwam wstyd, że zostałam zdemaskowana i wcale nie jestem taka porządna, jak staram się wyglądać.

Miałam nadzieję na wolne popołudnie, a tymczasem jak zawsze muszę przygotowywać obiad. Fast food mnie nie uratował.

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

Text copyright © by Nina Majewska-Brown 2017

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017

Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Agnieszka Horzowska

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Piotr Majewski

Fotografie na okładce © goodmoments / Adobe Stock © creativefamily / Adobe Stock © Giorgio Pulcini / Adobe Stock © zhu difeng / Adobe Stock © Yeko Photo Studio / Adobe Stock © pon301229 / Adobe Stock © Monika 3 Steps Ahead / Adobe Stock

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego:Nina, wyd. I, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-829-8

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com