Nina Baksik i jej zwariowane 13 - Patrycja Koza - ebook
Opis

Pierwszy dzień w szkole nie jest łatwy. Każdy chce przecież pokazać się od jak najlepszej strony. Zaimponować zarówno rówieśnikom, jak i nauczycielom. Nina Baksik rozpoczyna gimnazjum z głową pełną wątpliwości. Czy zostanie zaakceptowana? Czy znajdzie przyjaciół? I czy poradzi sobie ze szkolnymi obowiązkami? To historia przedstawiona z perspektywy zwyczajnej, zwariowanej nastolatki, która w lekki, zabawny sposób opisuje swój świat. Opowiada o swojej rodzinie, nieznośnych kolegach, przyjaźniach i pierwszych miłościach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 142

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

TAK się martwiłam pierwszym dniem w nowej szkole. Od zakończenia podstawówki minęły już dwa miesiące, ten etap został daleko za mną, spisany i zamknięty na kartach historii. Czas teraz na odpowiedzialne decyzje i poważne sprawy. W końcu gimnazjum to tylko trzy lata i zaraz trzeba będzie wybierać szkołę średnią oraz – co najgorsze – jakiś zawód, by mieć szansę na świetlaną przyszłość. Tylko ja nie wiem jeszcze, co chcę i jak chcę, a już czuję nóż na gardle. Ciągle ktoś pyta, którą szkołę i jaki zawód wybrałam. Najchętniej to każdy już chciałby znać mojego przyszłego męża, średnią miesięczną pensję i wiedzieć, jak sobie w życiu poradzę. Jeszcze tego nie wiem, ale moim najbliższym celem jest zaaklimatyzowanie się w nowej klasie.

Dużo osób mówiło mi, że w nowej szkole najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Jak na początku, przez miesiąc czy dwa, będę grzeczna i spróbuję być aktywna na lekcjach, to potem nauczyciele przychylniej spojrzą na moje gorsze dni. To dobra rada, więc chyba się zmobilizuję i będę jej trzymać. W końcu miesiąc mogę być grzeczna, żeby potem móc szaleć. Już od dwóch tygodni planowałam, jakie ubranie włożę i jak się uczeszę. Wiadomo, pierwszego dobrego wrażenia w nowej szkole nie wywiera się tylko na nauczycielach. Spośród kilku propozycji fryzur w starym numerze „13-latki” wybrałam tę najlepszą. Chciałam pokazać, że znam się na modzie i jestem wyluzowana. Odwalę sobie jakieś szalone uczesanie i mogę dzięki temu szybko przypodobać się nowym kolegom i koleżankom. Nie szata zdobi człowieka, ale jakby ubrać się oryginalnie (na tatuaż mama nigdy się nie zgodzi, więc muszę wymyślić coś innego), to bombowe pierwsze wrażenie murowane! Potargane dżinsy, które sama przerobiłam za pomocą żyletki w te wakacje, niestety odpadają (tak, znowu mama). Tatuaże i zniszczone ubranie zostawiłam (marzy mi się czarna gwiazdka na nadgarstku!) i postanowiłam chociaż odważnie się uczesać. Czym innym można się wykazać, gdy obowiązuje strój apelowy? Dobrze, że w mojej przyszłej szkole nie ma tych durnych mundurków, bo wtedy to już szarość i nuda na maksa, a raz czy dwa w roku można (niestety trzeba) ubrać się elegancko. OK, koszula i spódnica – przeżyję, ale chcąc się wyróżnić, postanowiłam, że fryzura nie będzie nudna. Tak się niewesoło utarło, że blondynki są głupie, więc odwrócę przy okazji uwagę od mojego koloru włosów przez fantazyjne, pojechane i szałowe upięcie. Przed snem wyobrażałam sobie na milion sposobów jutrzejszy dzień…

Rano pierwszego dnia w nowej szkole ubrałam się na galowo, a mama pomogła mi zrobić planowaną fryzurę: dwa kucyki upięte wysoko, poprzepinane gumkami. Trochę przypominały dwa kije bambusowe wystające z głowy. Ha, niech to będzie symbol mojego luzactwa i dystansu do siebie. Przyciągnę tym uwagę nowych znajomych z klasy. Niech wiedzą, jaka jestem super. Z tym całym wybieraniem przyszłego zawodu (i potencjalnej pracy) nie musiałam długo czekać, bo pierwsze rozczarowanie spotkało mnie już na apelu. Staliśmy całym stadem, upchnięci i wystraszeni na boisku sportowym obok sali gimnastycznej. Spoglądałam ukradkiem na inne pierwszaki i niestety… żadna dziewczyna nie miała takich abstrakcji na głowie jak ja. No, może i miały jakieś pierwszaki, ale chyba były z podstawówki, nie gimnazjum! Boże, czy to już tak poważny etap, że nikt nie wiąże dwóch kucyków? Przecież są fajne. Większość dziewczyn miała albo rozpuszczone włosy, albo skromnie upięte. Do tego – nie mogłam uwierzyć – dwie miały już pasemka, a inne pomalowane oczy. Pomalowane oczy! Do szkoły! Nie chodzi mi o to, że nigdy się nie malowałam… Ale w życiu bym się tak nie wyrwała do publicznego miejsca, nawet jakby mama jakimś cudem nie zauważyła u mnie makijażu. Oczywiście zdarzało mi się już co nieco eksperymentować. Nawet przed wakacjami kupiłam sobie niebieskie cienie do oczu za całe dwanaście złotych w sklepie Andżela przy placu Kościelnym. Ponoć niebieski pasuje blondynkom. Planowałam malować się nimi w wakacje codziennie, ale w sumie użyłam ich tylko dwa razy, i to bardziej dla picu, kiedy z kuzynką Dorotą przebierałyśmy się w stare kiecki babci. To jeden z pomysłów na spędzenie kolejnego wolnego dnia. Rewia mody, strojenie się i malowanie. Wtedy pierwszy raz użyłam nowych cieni do powiek. Babcia ma szafę pełną starych łachów i zamiast się ich pozbyć (starsi ludzie mają jakiś wielki sentyment do starych szmat), pozwala nam się nimi trochę pobawić, kiedy przyjeżdżamy na wakacje lub ferie, ale sama nic z nimi już nie robi. Zaprosiłyśmy do naszej zabawy sąsiada babci. Młodszy od nas Bartek był jurorem w naszej zabawie, a my odgrywałyśmy role modelek. Oceniał, która ma – w zależności od rundy – strój bardziej elegancki (remis, bo obie włożyłyśmy tę samą marynarkę) lub nowoczesny (Dorota użyła do tej konkurencji klosza z babcinej lampy), lub bardziej sexy (wyszła w majtkach i koszulce, dzięki czemu wygrała). Kolejny raz zwyciężył sąsiad, bo znudziło mu się bycie jurorem i sam włożył jakąś spódnicę babci. To był dopiero wielki finał, wygrał we wszystkich kategoriach! Wyglądał szałowo i wtedy użyłam cieni po raz kolejny – tym razem na jego powiekach. Cudowne zwieńczenie jego kreacji. Byłyśmy z Dorotą zachwycone. Akurat wtedy babcia wróciła do domu wcześniej niż zwykle i na wejściu prawie odleciała, widząc przed sobą takiego modela. Stanęła w drzwiach jak wryta, upuściła torby z zakupami i wybałuszyła oczy. Po chwili zapytała tylko:

– Co ma znaczyć ta maskarada?

Spojrzałyśmy szybko z Dorotą na siebie, potem znów na sąsiada. Między babcią a sąsiadem trwała niezręczna cisza i obserwowałyśmy z kuzynką, jak coraz większa powierzchnia jego twarzy purpurowieje. W końcu nie wytrzymałyśmy i zaczęłyśmy się śmiać. Wytłumaczyłyśmy babci, że to nasz modowy eksperyment i obiekt został zmuszony do uczestniczenia w doświadczeniu. Babcia też się z nami pośmiała, ale sąsiad potem nie przychodził do nas cały tydzień… Chłopaki to się nie znają na zabawie.

A co do wymalowanych dziewczyn z pierwszego dnia w nowej szkole… Cały apel zerkałam ukradkiem na inne koleżanki i zaczynało mi być coraz bardziej głupio. Pasemka, pomalowane oczy, a ja z bambusami na głowie. W starszych klasach żadna dziewczyna nie miała więcej niż jednego kucyka, dziwnych warkoczy czy innych upięć. Zauważyłam tylko jedną grubszą dziewczynę, z klasy A, w podobnych kucykach do moich. Niestety, nie złapałam kontaktu wzrokowego, ale spróbowałam zapamiętać jej twarz (bo może warto poznać takiego odmieńca jak ja) i postanowiłam kiedyś zaczepić ją na korytarzu. Niewiele zapamiętałam z gadki dyrektorki, myślałam bez przerwy, że się wygłupiłam z tymi palmami na głowie. Z tego co do mnie dotarło, to dyrektorka witała wszystkich serdecznie, a potem straszyła nowymi wyzwaniami, przygotowaniami do egzaminu, od którego zależy nasza przyszłość, mówiła, jak konieczna jest nauka codziennie we własnym zakresie w domu (codziennie?!) i o jakichś innych sprawach organizacyjnych, ale przy tym wyłączyłam się już całkowicie. Tu serdeczne witanie, a zaraz już milion obowiązków i wymagań. Co to ma być? Apel w stylu przesłuchań dobry – zły glina? Myślałam sobie tylko: „Niech to się skończy”. Dwóch kumpli, którzy chodzili ze mną do podstawówki, znalazło sposób na przypodobanie się nowym kolegom. Zaczęli mnie co chwilę ciągnąć to za jeden, to za drugi kucyk. Ciekawe, czy wobec koleżanek, których jeszcze nie poznali, też by się odważyli na takie zaczepki? Pewnie nie. Po pierwsze – ze wstydu, po drugie – żadna nie miała takich dziadowskich kucyków. Za każdym razem, gdy się odwracałam, obaj stali już w bezpiecznej odległości ode mnie, z kamienną twarzą. Super. Nie miałam chęci na takie żarty. Po setnej zaczepce odwróciłam się wściekła i warknęłam:

– Walcie się, debile!

Koledzy z podstawówki tylko się zaśmiali usatysfakcjonowani moją utratą cierpliwości, ale nowi spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Ekstra, dziękuję wam. Jakbym sama swoją fryzurą nie odmłodziła się o jakieś pięć lat (Boże! Pięć lat!), to w dodatku przez ich durne zaczepki wychodzę na jakąś arogancką, chamską sztywniarę, z którą nie warto się zadawać. Pewnie już potraktowali to jako moje przywitanie. Jejku, a to na pewno są jacyś fajni goście, nie takie buraki jak tamci dwaj… I w ten sposób straciłam szansę na dobre pierwsze wrażenie.

Po apelu wylądowaliśmy w klasie. Grupa była wystraszona i zestresowana. Nasza wychowawczyni przedstawiła się, a potem sprawdziła obecność i przy każdej odczytanej osobie prosiła, by powiedziała, skąd pochodzi i takie tam inne bzdury. Oczywiście dla mnie wystąpienie na forum nowej klasy było bardzo stresujące. W dodatku wszyscy będą mieć szansę przyjrzeć się mojej fryzurze i skojarzyć ją na zawsze z moją twarzą i nazwiskiem. Każdy, gdy padła jego kolej, wstawał szybko i równie szybko (i cicho) przedstawiał się, mówił, skąd pochodzi, i ewentualnie wspominał o swoim hobby. Szło szybko, nudno i sztywno. Chciałam, żeby moja kolej też minęła czym prędzej. Albo żeby o mnie zapomnieli, pominęli mnie niechcący w kolejce. Albo żeby ktoś uruchomił alarm przeciwpożarowy i kazano nam się ewakuować… W końcu któryś chłopak wspomniał o piłce nożnej, jakiejś ulubionej drużynie i rozkręcił tym innych. Następny gorąco popierał ten sam klub i sam grał gdzieś tam, i miał autograf kogoś tam (nie interesują mnie autografy jakichś półgłówków). Jak się okazało, kibicował dobrze, bo spotkał się z aprobatą męskiej części klasy. Pani wychowawczyni była więc zadowolona, że ludzie zaczęli rozmawiać ze sobą nie tylko urywanymi zdaniami. Boże, czemu ja nie mogę przyszpanować jakimś klubem piłkarskim? To dociera do wszystkich i każdy od razu cię lubi, bo kibicujecie tej samej drużynie. Tylko dla mnie cały ten system klubów piłkarskich, lig takich i siakich to totalna abstrakcja. Niemożliwie nudna abstrakcja. Jednak ze zrozumieniem luzackiego stylu bycia i barwnej osobowości przedstawionej symbolicznie za pomocą niecodziennych, jak pisało w „13-latce”, szałowych upięć włosów jest trochę gorzej wśród tłumu kibiców i wśród przeciętnych nastolatków. Gdy tak sobie analizowałam tę sytuację i żałowałam, że nie znam się lepiej na sporcie, kolejny chłopak wspominał o piłce nożnej. Rozległy się śmiechy i atmosfera zaczęła się rozluźniać. Potem była kolej jednej z tych dwóch dziewczyn, które miały pasemka na włosach.

– O! – Szturchnęłam kumpelę z ławki, moją kochaną Kropkę, z którą przyjaźnimy się już od trzech lat (to cudowne, że poszłyśmy razem do tego samego gimnazjum!). – Ciekawe, co ta nam powie…

Kropka uśmiechnęła się do mnie i skupiła uwagę na „pasemkowej”.

Dziewczyna wstała, poprawiła sobie spódniczkę. Szepty ucichły, a wszyscy chłopcy uważnie na nią patrzyli. Kurde, jak ona wygląda, już taka… dorodna. No, to jest szpan jak się patrzy, tyle że w moim mniemaniu bardzo wioskowy. Włożyła pod białą bluzkę różowy stanik, który trochę prześwitywał. Na pewno nie jest to taka malutka miseczka jak moja, tzn. zerowa. Jakie to niesprawiedliwe, czemu niektórzy dojrzewają szybciej? Czemu za mną się tak nie oglądają wszyscy chłopcy? Muszę wierzyć, że za to rozwijam się szybciej intelektualnie. Laska znowu się poprawiła, tym razem pogładziła swoje włosy (a może chce, żeby każdy dobrze zauważył, że ona już farbuje włosy, że ma pasemka, wow!). Zaczynam powoli odczuwać niechęć do tej laski, aż wreszcie się odzywa:

– Cześć. Jestem Gosia. Mieszkam w Golodzicach. Moim hobby są muzyka klubowa i dyskoteki. Interesuję się też modą i kosmetykami.

Wszyscy wciągają głęboko powietrze. Co do cholery? Niby gdzie i jak w wieku trzynastu lat mogą interesować ją dyskoteki? I jak kosmetyki mogą być hobby, ja się pytam? Już po sekundzie pani wychowawczyni zapytała, gdzie Gosia chodzi na dyskoteki. No to słuchamy.

– Interesuje mnie Diskoplex – odpowiada, ale ja nie mam pojęcia, o co chodzi.

– Ale to chyba miejsce, do którego chodzą pełnoletnie osoby? – zapytała nauczycielka.

– Mój brat ma siedemnaście lat i był tam już kilka razy. Marzę, żeby się tam wybrać, mają ekstrasale z różną muzyką, oglądałam je nawet na zdjęciach. – Widać dziewczyna w temacie.

– Aha, a czy poza tą dyskoteką inne też cię interesują? Byłaś na jakiejś? – Wychowawczyni zadaje pytanie, na które wszyscy chcemy znać odpowiedź.

– Oczywiście, wszystkie mnie interesują – mówiąc to, Gosia znowu poprawia włosy. – Byłam w te wakacje pierwszy raz na dyskotece pod gołym niebem na festynie w Zamionce i na zabawie w remizie strażackiej.

– Aha – kwituje krótko nauczycielka, dziękuje jej i czyta nazwisko kolejnej osoby.

Na tym kończy się wypowiedź Gosi o sobie, czas na następnego biedaka. Teraz to przy niej już każdy wypadnie licho. Część osób w klasie patrzy na dziewczynę z podziwem. Jak ona mogła być na tej dyskotece? Jezu, kogo ona ma za rodziców? Może by zakumplowali się z moimi i zarazili ich tym swobodnym podejściem do wychowywania dzieci? Bo mnie by mama w życiu nie puściła na nocną imprezę. Chyba że rodzinną i pod warunkiem, że siedziałabym na niej przy stole do 22, nie dłużej. I oczywiście nigdy, gdy następnego dnia jest szkoła!

Lista szła dalej i już kilka innych osób zdążyło się przedstawić i krótko opowiedzieć o sobie. Zauważyłam, że pani nie czytała nas w kolejności alfabetycznej, bo pewnie byłabym jedną z pierwszych osób. Z zamyślenia wyrwało mnie wypowiedziane przez nauczycielkę moje imię i nazwisko.

– Nina Baksik.

– Eee… – Wstawałam powoli i właśnie wszystko, co ułożyłam sobie w głowie w trakcie wypowiedzi innych uczniów, zniknęło jak za dotknięciem magicznej różdżki.

– No więc nazywam się Nina Baksik – spróbowałam zacząć spokojnie.

– Jak ten kicuś z bajki – rzucił Piotrek, niby szeptem, ale tak, żeby każdy w klasie usłyszał. Ten sam, który z drugim kolegą na apelu ciągnął mnie za włosy. Wstrętny, chudy, pryszczaty cham. Zarumieniłam się i nie wiedziałam, co dalej mówić.

Nauczycielka spytała, gdzie mieszkam.

– W Młynkowie, na osiedlu Leśnym – odpowiedziałam.

– A jakie masz hobby, Nino? – pomagała mi pytaniami nauczycielka.

– Ona się pasjonuje fryzjerstwem, prze pani – znowu ten złośliwy głos. Wszyscy zaczęli chichotać. Widziałam, jak Gosia spogląda na Piotrka zachwycona jego daremnym żarcikiem.

– Naprawdę? W sumie to widać, że chyba lubisz ciekawe fryzury.

Jeśli to miał być komplement, to ani trochę udany. Chichoty zmieniły się już w otwarte salwy śmiechu, a ja stałam jak kołek, czując, jak od rumieńca zaczynają mnie już piec uszy. Po dłuższej chwili odzyskałam głos i rzuciłam jednym tchem:

– Nie, raczej nie. Interesuje mnie biologia i sport. Lubię spędzać czas ze znajomymi i słuchać muzyki. – Natychmiast siadłam z powrotem do ławki i zamknęłam oczy. Nauczycielka chyba dała mi spokój. Lista poszła dalej. OK, Nina, wdech i wydech. Kropka już mnie szturcha i na pocieszenie rzuca parę wyzwisk pod adresem Piotrka. Czas ze znajomymi? No tak, uwielbiam, ale w sumie to spotykam się tylko z Kropką albo z moim sąsiadem Wojtkiem. Nie mam żadnego grona znajomych i jeśli miałam szansę dziś ich zdobyć, tak jak pewnie wyszło to Gośce, to niestety nie zdobędę nic więcej niż status zdziwaczałej fryzjerki o durnym (może powinnam powiedzieć „bajecznym”) nazwisku Baksik. Cudownie.

Wróciłam do domu i pierwsze, co zrobiłam, to ściągnęłam z włosów gumki. Rzuciłam je z niezadowoleniem w kąt pokoju. Zaraz zjem obiad, a potem spotkam się z Kropką.

Kropka to najlepszy człowiek w moim życiu. Rozumie mnie jak nikt inny. Widzimy się prawie codziennie i śmiejemy z byle powodu. Gadamy bez przerwy i możemy tak przez wiele, wiele godzin. Jest średniego wzrostu, trochę nieśmiałą brunetką. Odkąd się przyjaźnimy, miała już jakieś sto tysięcy innych ksywek niż Kropka, np. Kokocha, Leszczu, Pablo, Glonojad (to jej się nie spodobało), Killer (gdy zabiła wszystkie komary w pokoju), Bakłażan Stateczny, Kapucha (jak nie chciała jeść u mnie kiszonej kapusty), ale Kropka utrzymuje się najdłużej i jest nieodwołalna. Tak naprawdę ma na imię Natalia, ale nigdy nie zwracam się do niej w ten sposób i ona sama raczej tego nie lubi. Jest najlepszą dziewczyną pod słońcem. Sympatyczna, uparta, trochę skryta (dla tych, którzy jej dobrze nie znają), ale równie szalona jak ja, a kiedy jesteśmy razem, to już jeden wielki zawał mózgu. Durne teksty i powiedzonka są na porządku dziennym. Poza jej ogromnym poczuciem humoru i szaleństwem trzeba podkreślić, że dobrze się uczy. Niejednokrotnie pomaga mi przy trudnych zadaniach domowych i na sprawdzianach. Mówię jej wszystko, jest moim powiernikiem i wiem, że naprawdę można jej zaufać. Cenię ją za to, że choć innym może się wydawać nieśmiała, przede mną nie boi się otworzyć. No i fajnie się ubiera!

Jak tylko Kropka wpadła, zaraz zrobiło mi się lżej i zapomniałam o niewypale z fryzurą. Obgadałyśmy naprędce pół klasy: co, kto, jak, skąd. Przyjaciółka zauważyła, że byłam trochę nie w sosie, ale jak usłyszała, że chodzi tylko (tylko?!) o moją fryzurę, niby nieudaną, zaraz skwitowała:

– Oni nie rozumieją twojego przekazu i przebojowości. Miałaś fajny pomysł i wyczesaną, dosłownie, fryzurę. Zresztą tylko Piotrek się śmiał, ale wiesz, jakie on ma kiepskie poczucie humoru. Jest beznadziejny, nie przejmuj się, zobaczysz, że inni na pewno cię polubią!

Po spotkaniu z nią odzyskałam nadzieję i resztki poczucia własnej wartości. Uf, może jak pierwszy dzień był dla mnie zły, to teraz będzie tylko lepiej?

Pierwszy miesiąc w nowej szkole był spokojny. Udało mi się wytrzymać w postanowieniu robienia dobrego wrażenia na nauczycielach. Chyba nawet dobrze mi szło, bo nie dostałam jeszcze żadnej pały ani uwagi. Klasa była nieśmiała. Na początku, prócz kilku chłopaków, nikt nie chciał się wyrywać i robić wokół siebie zamieszania. Zaczęły się pierwsze lekcje fizyki, biologii, chemii i wiedzy o społeczeństwie. Dużo tego. Wszystko nowe, nieznane. Musiałam poświęcać dużo energii na powtórki lekcji w domu, bo choć na przykład podczas chemii wszystko wydawało się proste, to kiedy tylko wychodziłam z klasy, cały materiał mieszał się i stawał się momentalnie niejasny. Podobnie z biologią – przyroda zawsze mnie interesowała, lubię naturę, ptaszki, drzewa i tak dalej, ale jak zaczęliśmy uczyć się budowy mikroskopu, to czułam, jakby to był co najmniej rosyjski czołg, a nie mały mikroskop. Kiedy zebrało się kilka takich przedmiotów, to czułam się, jakby ten sam czołg mnie rozjechał. Spotykałyśmy się z Kropką popołudniami i powtarzałyśmy materiał. Zawsze znajdowałyśmy jednak jeszcze czas na żarciki i obgadanie spraw towarzyskich. Nie wiadomo, co ważniejsze – nowe przedmioty czy nowi znajomi! Starałyśmy się poświęcić trochę czasu i temu, i temu.

W październiku i listopadzie z niektórych osób zaczęły wychodzić ukryte