Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Nim nadejdzie mróz ebook

Henning Mankell

4.33333333333333 (3)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nim nadejdzie mróz - Henning Mankell

Misterna historia kryminalna, opowiedziana z perspektywy kobiety, groźny fanatyzm religijny, w tle informacje z Nowego Jorku po ataku na WTC...

Mija lato 2001 roku, Linda, córka Kurta Wallandera, ukończyła szkołę policyjną i wkrótce rozpocznie pracę w komisariacie w Ystad. Po powrocie do rodzinnego miasta zatrzymuje się u swego autorytarnego ojca, traktującego ją jak nastolatkę. Linda odnawia znajomość z przyjaciółkami szkolnymi, Zebrą i Anną. Policja dostaje anonimowe zgłoszenie o płonących na jeziorze łabędziach, a kilka dni później o spalonym cielaku. Niedługo potem Birgitta Medberg, badająca stare, zapomniane ścieżki w Skanii, nie wraca do swego domu. Okazuje się, że została brutalnie zamordowana.

Anna wyznaje Lindzie, że widziała w Malmö... swojego ojca. A przecież ten zniknął z jej życia wiele lat temu! Linda, umówiona z Anną, nie zastaje jej w domu i pełna podejrzeń rozpoczyna poszukiwania. Kurt Wallander, prowadzący śledztwo w sprawie morderstwa, ani myśli słuchać jej teorii dotyczącej zniknięcia Anny.

 

Powieść Mankella, w której pojawiają się także bohaterowie z Powrotu nauczyciela tańca, to międzynarodowy bestseller. Został przełożony na kilkanaście języków, m.in. duński, norweski, fiński, litewski, niemiecki, rosyjski, angielski, francuski, niderlandzki, włoski, hiszpański, kataloński, turecki, japoński i chiński.

 

Mankell znalazł sprytne rozwiązanie problemu zbliżającej się emerytury Kurta Wallandera: jego zbuntowana córka, postać drugoplanowa do tej pory, zostanie funkcjonariuszką ystadzkiej policji.

Joan Smith, „The Guardian"

 

Fascynująca fabuła, trudno oderwać się od tej powieści.

„Swedish Book Review"

 

Oryginalność Mankella polega na tym, że pokazuje on z jednej strony żmudną i zbiurokratyzowaną pracę policji, z drugiej zaś przerażającą przemoc, która wybucha zupełnie niespodziewanie i jest nie do pojęcia.

Michael Shmith, theage.com.au

Opinie o ebooku Nim nadejdzie mróz - Henning Mankell

Cytaty z ebooka Nim nadejdzie mróz - Henning Mankell

zajęciem, jakim jest zarabianie pieniędzy. Pewnie już wtedy zaczął planować zniknięcie. Chociaż powinnam to raczej nazywać ucieczką. Nie uciekał ani przede mną, ani przed Anną, ale przed sobą samym. Wydawało mu się, że można uciec od rozczarowania. Kto wie, może mu się udało. Nigdy się już tego nie dowiem. Pewnego dnia po prostu zniknął. To było dla mnie wielkie zaskoczenie, niczego nie przeczuwałam. Dopiero potem zaczęło do mnie docierać,

Fragment ebooka Nim nadejdzie mróz - Henning Mankell

HEN­NING

MAN­KELL

NIM NA­DEJ­DZIE MRÓZ

prze­ło­ży­ła Ewa Woj­cie­chow­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: In­nan Fro­sten

Co­py­ri­ght © by Hen­ning Man­kell, 2002

Pu­bli­shed by agre­ement with Le­opard För­lag, Stoc­kholm and Le­on­hardt & Høier Li­te­ra­ry Agen­cy A/S, Co­pen­ha­gen.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B.

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2012

Prolog

Jo­ne­stown, li­sto­pad 1978

My­śli ko­tło­wa­ły mu się w gło­wie jak chmu­ra roz­ża­rzo­nych igieł. Ból był nie do wy­trzy­ma­nia. De­spe­rac­ko usi­ło­wał upo­rząd­ko­wać my­śli, chcąc w ten spo­sób od­zy­skać spo­kój. Co naj­bar­dziej go drę­czy­ło? Nie mu­siał za­sta­na­wiać się nad od­po­wie­dzią. Do­brze ją znał. To był strach. Pa­nicz­ny lęk, że Jim spu­ści psy i każe im go wy­tro­pić, jak­by był dzi­ką zwie­rzy­ną. Choć wła­ści­wie do­kład­nie tak się w tej chwi­li czuł. Naj­bar­dziej bał się psów Jima. Przez całą dłu­gą noc z 18 na 19 li­sto­pa­da, kie­dy nie miał już sił dłu­żej biec i skrył się pod zbu­twia­łym pniem po­wa­lo­ne­go drze­wa, zda­wa­ło mu się, że sły­szy zbli­ża­ją­ce się be­stie.

Jim nig­dy ni­ko­mu nie da­ru­je, po­my­ślał. Czło­wiek, za któ­rym kie­dyś zde­cy­do­wa­łem się po­dą­żyć, gdyż zda­wał się od stóp do głów prze­peł­nio­ny bez­gra­nicz­ną mi­ło­ścią do Boga, oka­zał się kimś zu­peł­nie in­nym. Nie­po­strze­że­nie zmie­nił się we wła­sny cień lub też stał się wcie­lo­nym dia­błem, przed któ­rym za­wsze tak gor­li­wie prze­strze­gał. Na­raz stał się nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu de­mo­nem, któ­ry od­wo­dzi nas od po­słu­szeń­stwa Bogu. To, co kie­dyś bra­łem za mi­łość, oka­za­ło się nie­na­wi­ścią w naj­czyst­szej po­sta­ci. Po­wi­nie­nem był wcze­śniej to do­strzec, w koń­cu w za­cho­wa­niu Jima co­raz czę­ściej da­wa­ło się wy­chwy­cić nie­po­ko­ją­ce sy­gna­ły. Niby prze­ka­zy­wał nam praw­dę, lecz nie od razu, prze­my­cał ją ni­czym ja­kiś pod­stęp, stop­nio­we ob­ja­wie­nie. Jed­nak ani ja, ani nikt inny nie miał od­wa­gi usły­szeć tego, co do­cho­dzi­ło do na­szych uszu, tego, co Jim ukry­wał mię­dzy sło­wa­mi. Sam je­stem so­bie wi­nien, bo nie chcia­łem zro­zu­mieć. Kie­dy gro­ma­dził nas na swo­ich ka­za­niach lub wy­sy­łał do każ­de­go z nas wia­do­mo­ści, mó­wił nie tyl­ko o tym, że mamy być przy­go­to­wa­ni na na­dej­ście Sądu Osta­tecz­ne­go. Da­wał nam wy­raź­nie do zro­zu­mie­nia, że w każ­dej chwi­li win­ni­śmy być go­to­wi na śmierć.

Prze­rwał roz­my­śla­nia i wy­tę­żył słuch w ciem­no­ści. Czyż­by z od­da­li do­bie­ga­ło szcze­ka­nie psów? Naj­wy­raź­niej za­cie­kłe zwie­rzę­ta uja­da­ły w jego gło­wie, strach po­wo­do­wał, że wciąż je gdzieś sły­szał. Sko­ło­wa­ny, po­grą­żo­ny w pa­ni­ce umysł znów pchnął jego my­śli ku wy­da­rze­niom z Jo­ne­stown. Sta­rał się to ogar­nąć, zro­zu­mieć. Jim był ich prze­wod­ni­kiem, przy­wód­cą, pa­ste­rzem. Po­dą­ża­jąc za nim, do­tar­li w to miej­sce aż z Ka­li­for­nii, po tym jak lo­kal­ne wła­dze i me­dia urzą­dzi­ły im pie­kło, któ­re­go już nie mo­gli wy­trzy­mać. To wła­śnie tu, w Gu­ja­nie, mie­li speł­nić ma­rze­nie o wol­nym ży­ciu w bli­sko­ści z Bo­giem i na­tu­rą. I rze­czy­wi­ście, na po­cząt­ku wszyst­ko było tak, jak prze­po­wie­dział Jim. Zgod­nie uzna­li, że od­na­leź­li utra­co­ny raj. Po­tem jed­nak coś się zmie­ni­ło. Być może nie mo­gli urze­czy­wist­nić swo­ich wiel­kich snów w Gu­ja­nie? Może byli tu za­gro­że­ni tak samo jak w Ka­li­for­nii? Naj­wy­raź­niej, by móc żyć w Bogu i zbu­do­wać przy­stań, któ­rą so­bie obie­ca­li, mu­sie­li nie tyl­ko opu­ścić kraj, ale i do­cze­sny świat. „Wi­dzia­łem to w mo­ich my­ślach – po­wie­dział pew­ne­go dnia Jim. – Tym ra­zem dane mi było zaj­rzeć dużo głę­biej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Zbli­ża się Dzień Sądu. Je­śli mamy nie dać się wcią­gnąć w wir po­twor­no­ści, być może bę­dzie­my mu­sie­li umrzeć. Tyl­ko śmierć nas wy­zwo­li”.

Mie­li po­peł­nić zbio­ro­we sa­mo­bój­stwo. Pew­ne­go dnia Jim sta­nął na pla­cu mo­dlitw i oznaj­mił im swo­ją de­cy­zję, uspo­ka­ja­jąc, że w jego sło­wach nie ma nic prze­ra­ża­ją­ce­go. W pierw­szej ko­lej­no­ści ro­dzi­ce mie­li po­dać dzie­ciom roz­pusz­czo­ny w wo­dzie cy­ja­nek, któ­ry Jim prze­cho­wy­wał w du­żych pla­sti­ko­wych po­jem­ni­kach, pod klu­czem, na ty­łach swo­je­go domu. Na­stęp­nie za­ży­li­by tru­ci­znę do­ro­śli, a je­śli w de­cy­du­ją­cym mo­men­cie ktoś by się za­wa­hał i stra­cił wia­rę, z po­mo­cą miał przyjść sam Jim lub je­den z jego po­moc­ni­ków. Za­opa­trzy­li się w broń, na wy­pa­dek gdy­by tru­ci­zna się skoń­czy­ła. Jim oso­bi­ście miał do­pil­no­wać, by wszy­scy opu­ści­li ten świat, za­nim on przy­sta­wi broń do swo­jej skro­ni.

Męż­czy­zna le­żał pod pniem, cięż­ko dy­sząc w tro­pi­kal­nym upa­le. Wciąż na­słu­chi­wał, czy z od­da­li nie do­bie­ga szcze­ka­nie psów. Ogrom­nych, czer­wo­no­okich po­two­rów, któ­rych wszy­scy tak bar­dzo się bali. Jim oznaj­mił kie­dyś, że sko­ro zde­cy­do­wa­li się na ży­cie w jego zgro­ma­dze­niu, na dłu­gą wę­drów­kę z Ka­li­for­nii i prze­pro­wadz­kę te od­lud­ne te­re­ny, nie mie­li in­ne­go wyj­ścia jak tyl­ko da­lej po­dą­żać dro­gą, któ­rą wy­zna­czył im Bóg. A kon­kret­nie tą, któ­rą Jim War­ren Jo­nes uznał za naj­od­po­wied­niej­szą.

Wte­dy jego sło­wa do­da­wa­ły nam otu­chy, roz­my­ślał. Nikt tak jak Jim nie po­tra­fił spra­wić, że sło­wa „śmierć”, „sa­mo­bój­stwo”, „cy­ja­nek” i „broń”, za­miast bu­dzić prze­ra­że­nie, brzmia­ły pięk­nie i skła­nia­ły do głę­bo­kiej re­flek­sji.

Do­pa­dły go dresz­cze. Jim cho­dził wko­ło i wi­dział wszyst­kich za­bi­tych, po­my­ślał. Zo­rien­tu­je się, że mnie nie ma i spu­ści psy. Za­drżał na myśl o tym, co może go spo­tkać. Wszyst­kich za­bi­tych. Z oczu po­cie­kły mu łzy. Do­pie­ro w tej chwi­li na­praw­dę zro­zu­miał, co tam się wy­da­rzy­ło. Ma­ria i mała, one rów­nież zgi­nę­ły. Nie chciał w to uwie­rzyć. Szep­ta­li z Ma­rią po no­cach, oba­wia­li się, że ten dzień kie­dyś na­dej­dzie. Wy­glą­da­ło na to, że Jim tra­ci ro­zum. Nie był już tym, któ­ry kie­dyś po­rwał ich obiet­ni­cą zba­wie­nia. Za­pew­niał, że je­śli przy­łą­czą się do utwo­rzo­nej przez nie­go Świą­ty­ni Ludu, ich ży­cie zy­ska sens. Kie­dyś żar­li­we sło­wa Jima były dla nich praw­dzi­wą otu­chą. Za­pew­niał, że je­dy­ną dro­gą do szczę­ścia jest za­tra­ce­nie się w Bogu, w Chry­stu­sie, wia­ra w to, co ich cze­ka, gdy ziem­skie ży­cie do­bie­gnie koń­ca. Te sło­wa szyb­ko stra­ci­ły moc. Ma­ria pierw­sza po­wie­dzia­ła na głos: „Spoj­rze­nie Jima sta­ło się roz­bie­ga­ne. On wca­le już na nas nie pa­trzy. Spo­glą­da gdzieś obok, a jego oczy są zim­ne, zu­peł­nie jak­by prze­stał nam do­brze ży­czyć”.

Szep­ta­li no­ca­mi, za­sta­na­wia­jąc się, czy nie uciec. Jed­nak każ­de­go na­stęp­ne­go po­ran­ka do­cho­dzi­li do wnio­sku, że nie mogą po­rzu­cić ży­cia, któ­re sami so­bie wy­bra­li. Jim z pew­no­ścią wkrót­ce znów bę­dzie taki jak kie­dyś. Praw­do­po­dob­nie prze­cho­dzi kry­zys, któ­ry nie­ba­wem po­ko­na. W koń­cu był naj­sil­niej­szy z nich wszyst­kich. Gdy­by nie on, nie ży­li­by w miej­scu mimo wszyst­ko przy­po­mi­na­ją­cym raj.

Męż­czy­zna prze­rwał roz­my­śla­nia, od­ga­nia­jąc owa­da, któ­ry na­tręt­nie kle­ił się do jego spo­co­nej twa­rzy. Dżun­gla była go­rą­ca, bu­cha­ła parą, in­sek­ty przy­peł­za­ły ze wszyst­kich stron. Ja­kaś ga­łąź do­ty­ka­ła jego nogi. Po­de­rwał się, my­śląc, że to wąż. W Gu­ja­nie było wie­le ga­tun­ków ja­do­wi­tych węży. Za­le­d­wie w cią­gu ostat­nich trzech mie­się­cy trzy oso­by z ko­lo­nii zo­sta­ły uką­szo­ne przez gady. Jed­nej z nich po­tęż­nie spu­chła noga, któ­ra po­tem sta­ła się nie­bie­sko­czar­na, i w koń­cu pę­kła skó­ra, a z rany wy­pły­nę­ła cuch­ną­ca ciecz. Inna uką­szo­na oso­ba, pew­na ko­bie­ta z Ar­kan­sas, umar­ła. Po­cho­wa­li ją na ma­łym cmen­ta­rzu przy ko­lo­nii, a Jim pod­czas po­grze­bu wy­gło­sił jed­no ze swo­ich wspa­nia­łych ka­zań, przy­po­mi­na­ją­ce te, z któ­ry­mi kie­dyś przy­był do San Fran­ci­sco wraz ze swym ko­ścio­łem, Świą­ty­nią Ludu, i szyb­ko zy­skał ogrom­ną po­pu­lar­ność jako pło­mien­ny ka­zno­dzie­ja.

W pa­mię­ci męż­czy­zny tkwi­ło pew­ne wspo­mnie­nie, sil­niej­sze niż co­kol­wiek, co go do­tąd spo­tka­ło. Pew­ne­go dnia był tak wy­cień­czo­ny przez al­ko­hol, nar­ko­ty­ki i wy­rzu­ty su­mie­nia po­wo­do­wa­ne świa­do­mo­ścią, że opu­ścił có­recz­kę, że nie chciał już dłu­żej żyć. Uznał, że wła­śnie tego dnia po­wi­nien umrzeć, rzu­cić się pod cię­ża­rów­kę lub po­ciąg, a kie­dy bę­dzie już po wszyst­kim, z pew­no­ścią nikt nig­dy za nim nie za­tę­sk­ni. To wła­śnie pod­czas ostat­nie­go spa­ce­ru po mie­ście, kie­dy za­mie­rzał po­że­gnać się z ludź­mi, któ­rym i tak było obo­jęt­ne, czy żyje, przy­pad­kiem na­tknął się na sie­dzi­bę Świą­ty­ni Ludu. „To był znak od Boga – po­wie­dział mu póź­niej Jim. – Bóg cię zo­ba­czył i uznał, że zo­sta­niesz jed­nym z wy­bra­nych, jed­nym z tych, któ­rzy do­stą­pią ła­ski ży­cia w bli­sko­ści z Pa­nem”. Nig­dy póź­niej nie umiał od­po­wie­dzieć so­bie na py­ta­nie, dla­cze­go wszedł do tego bu­dyn­ku przy­po­mi­na­ją­ce­go ko­ściół, jaka siła go tam za­cią­gnę­ła. Na­wet w chwi­li, gdy wszyst­ko się skoń­czy­ło i ukry­wał się pod zbu­twia­łym drze­wem, cze­ka­jąc, aż psy Jima go w koń­cu od­naj­dą i roz­szar­pią na strzę­py.

Miał świa­do­mość, że po­wi­nien ru­szyć się z miej­sca, kon­ty­nu­ować uciecz­kę, lecz ja­kaś jego część nie chcia­ła opu­ścić kry­jów­ki. Poza tym nie mógł prze­cież zo­sta­wić Ma­rii i dziew­czyn­ki. Raz już po­rzu­cił swo­je ży­cie i wła­sne dziec­ko. Nie mógł po­zwo­lić, by znów tak się sta­ło.

Co się wła­ści­wie wy­da­rzy­ło? Sta­rał się upo­rząd­ko­wać my­śli. Ran­kiem tego dnia wszy­scy wcze­śnie wsta­li, jak za­wsze. Ze­bra­li się na pla­cu mo­dli­twy przed do­mem Jima i cze­ka­li. Jed­nak drzwi po­zo­sta­ły za­mknię­te, jak to zresz­tą zda­rza­ło się dość czę­sto ostat­ni­mi cza­sy. Po­mo­dli­li się więc sami, dzie­wię­ciu­set dwu­na­stu do­ro­słych i trzy­sta dwa­dzie­ścio­ro dzie­ci, a po­tem ro­ze­szli się i za­ję­li co­dzien­ną pra­cą. Nie miał­by szans prze­żyć, gdy­by z sa­me­go rana nie wy­brał się wraz z dwo­ma in­ny­mi męż­czy­zna­mi na po­szu­ki­wa­nie za­gi­nio­nych krów. Kie­dy że­gnał się z Ma­rią i dziec­kiem, nie miał po­ję­cia, co nie­ba­wem wy­da­rzy się w ko­lo­nii. Do­pie­ro gdy zna­leź­li się po dru­giej stro­nie wą­wo­zu sta­no­wią­ce­go gra­ni­cę ko­lo­nii z la­sem desz­czo­wym, do­tar­ło do nie­go, że sta­ło się ja­kieś nie­szczę­ście.

Na od­głos wy­strza­łów sta­nę­li jak wry­ci. Zda­wa­ło im się, że sły­szą też ja­kieś krzy­ki, choć trud­no było wy­chwy­cić po­je­dyn­cze dźwię­ki wśród świer­go­tu pta­ków. Spoj­rze­li na sie­bie, po czym pu­ści­li się bie­giem w stro­nę ko­lo­nii. Po chwi­li męż­czy­zna od­dzie­lił się od to­wa­rzy­szy, nie ma­jąc pew­no­ści, czy tam­ci, za­miast le­cieć z po­wro­tem, nie za­czę­li ucie­kać. Wy­biegł spo­mię­dzy drzew, wdra­pał się na ogro­dze­nie oka­la­ją­ce upra­wy Świą­ty­ni Ludu i ze­sko­czył po dru­giej stro­nie. W ko­lo­nii pa­no­wa­ła ab­so­lut­na ci­sza. Nikt nie zbie­rał owo­ców, wo­kół nie było ży­wej du­szy. Ru­szył w stro­nę naj­bliż­szych do­mów i wkrót­ce zro­zu­miał, że sta­ło się coś po­twor­ne­go. Jim w koń­cu wy­szedł z domu. Wresz­cie otwo­rzył drzwi, lecz za­miast spoj­rzeć na lu­dzi z mi­ło­ścią, wbił w nich spoj­rze­nie ki­pią­ce nie­na­wi­ścią.

Męż­czy­zna po­czuł, że ła­pie go skurcz, więc ostroż­nie zmie­nił po­zy­cję. Nie prze­sta­wał na­słu­chi­wać, w każ­dej chwi­li spo­dzie­wa­jąc się ata­ku psów. Jed­nak wszyst­kim, co sły­szał, było cy­ka­nie świersz­czy i ci­chy ło­pot skrzy­deł noc­nych pta­ków prze­la­tu­ją­cych nad gło­wą. Co ta­kie­go zo­ba­czył w ko­lo­nii? Bie­gnąc przez opu­sto­sza­łe pola, uczy­nił do­kład­nie to, co za­wsze do­ra­dzał im Jim. Je­dy­ną moż­li­wo­ścią, by czło­wiek do­stą­pił ła­ski Pana, było po­wie­rze­nie Mu ca­łe­go swo­je­go ży­cia. Tak wła­śnie zro­bił. Mo­dląc się żar­li­wie, od­dał swo­je ży­cie w ręce Boga. „Pa­nie spraw, by Ma­ria i dziew­czyn­ka były całe i zdro­we, co­kol­wiek się tu wy­da­rzy­ło”. Lecz Bóg go nie wy­słu­chał. Męż­czy­zna pa­mię­tał, że w tam­tej chwi­li, po­wo­do­wa­ny de­spe­ra­cją po­my­ślał, że być może to wła­śnie Pan prze­mó­wił do nich po­przez Jima, że to On roz­pę­tał strze­la­ni­nę, któ­rą usły­sze­li z dru­giej stro­ny wą­wo­zu.

Bie­gnąc przez Jo­ne­stown, przez chwi­lę miał wra­że­nie, że za­raz uj­rzy Boga i pa­sto­ra Ji­ma­War­re­na Jo­ne­sa sto­ją­cych na­prze­ciw­ko sie­bie, by od­dać ostat­nie dwa strza­ły. Boga tam jed­nak nie zo­ba­czył. Był tyl­ko Jim Jo­nes, a jego za­mknię­te w klat­kach psy uja­da­ły jak osza­la­łe. Wszę­dzie wo­kół le­ża­ły cia­ła za­bi­tych męż­czyzn, ko­biet i dzie­ci. Wy­glą­da­ły zu­peł­nie tak, jak­by po­wa­li­ła je na zie­mię ja­kaś osza­la­ła pięść, któ­ra ude­rzy­ła pro­sto z nie­ba. Jim Jo­nes zaś i jego naj­bliż­si współ­pra­cow­ni­cy, sze­ściu bra­ci, któ­rzy za­wsze mu to­wa­rzy­szy­li, jako po­moc­ni­cy i ochro­nia­rze, cho­dzi­li po­śród le­żą­cych i do­bi­ja­li dzie­ci czoł­ga­ją­ce się w stro­nę mar­twych ro­dzi­ców. Bie­gał mię­dzy zwło­ka­mi, w pa­ni­ce szu­ka­jąc ciał Ma­rii i dziew­czyn­ki. Nie mógł ich nig­dzie zna­leźć.

To wła­śnie wte­dy, kie­dy za­czął wo­łać Ma­rię, zo­ba­czył go Jim. Od­wró­ciw­szy się, uj­rzał, że pa­stor wy­mie­rzył w nie­go broń. Sta­li w od­le­gło­ści dwu­dzie­stu me­trów, dzie­li­ły ich tru­py le­żą­ce na bru­nat­nej zie­mi. Zgi­nę­li wszy­scy, zna­jo­mi i przy­ja­cie­le, ich cia­ła były po­wy­krę­ca­ne przed­śmiert­ny­mi drgaw­ka­mi. Jim ob­jął kol­bę pi­sto­le­tu obie­ma dłoń­mi i na­ci­snął spust. Chy­bił. Za­nim zdą­żył od­dać dru­gi strzał, męż­czy­zna rzu­cił się do uciecz­ki. Sły­szał śmi­ga­ją­ce za sobą kule, ale ja­kimś cu­dem żad­na go nie tra­fi­ła. Z od­da­li do­bie­gły go prze­kleń­stwa roz­wście­czo­ne­go Jima. Pę­dził, aż wo­kół zro­bi­ło się ciem­no. Do­pie­ro wte­dy za­trzy­mał się i wczoł­gał pod zwa­lo­ny pień. Nie miał po­ję­cia, czy ma­sa­krę prze­żył ktoś jesz­cze. Gdzie jest Ma­ria i dziew­czyn­ka?, my­ślał. Dla­cze­go tyl­ko mnie uda­ło się prze­żyć? Czy czło­wiek może ujść cało w dniu Sądu Osta­tecz­ne­go? Ni­cze­go nie poj­mo­wał. Miał jed­nak pew­ność, że to, cze­go wła­śnie do­świad­czył, nie było snem.

W koń­cu nad­szedł świt. Upał buch­nął nad drze­wa­mi jak go­rą­ca para. Wów­czas męż­czy­zna zro­zu­miał, że Jim nie spu­ści psów. Ostroż­nie wy­szedł spod pnia, po­trzą­snął zdrę­twia­ły­mi no­ga­mi i ru­szył przed sie­bie. Zmie­rzał pro­sto do ko­lo­nii. Był śmier­tel­nie zmę­czo­ny, do­ku­czał mu głód i po­twor­ne pra­gnie­nie. Za­ta­czał się. Wo­kół pa­no­wa­ła zu­peł­na ci­sza. Psy też nie żyją, po­my­ślał. Jim za­po­wie­dział, że nikt nie oca­le­je. Na­wet psy. Męż­czy­zna prze­szedł przez ogro­dze­nie i za­czął biec. Już po chwi­li na­tknął się na le­żą­ce na zie­mi cia­ła, naj­wy­raź­niej tych, któ­rzy pró­bo­wa­li ucie­kać. Strze­lo­no im w ple­cy.

Prze­bie­gł­szy jesz­cze ka­wa­łek, na­gle się za­trzy­mał. U jego stóp le­ża­ło twa­rzą do zie­mi cia­ło męż­czy­zny. Po­wo­li się schy­lił i ostroż­nie, na drżą­cych no­gach, ob­ró­cił je na ple­cy. Jim zo­ba­czył twarz. W jego spoj­rze­niu nie było już nie­na­wi­ści. Znów pa­trzy mi pro­sto w oczy, po­my­ślał. Na­wet nie mru­ga, przy­szła mu do gło­wy bez­sen­sow­na myśl. Mar­twi nie mru­ga­ją. Po­czuł na­głą chęć, żeby ude­rzyć Jima, kop­nąć go w twarz. Nie zro­bił tego. Był ostat­nim ży­ją­cym po­śród se­tek za­bi­tych. Za­czął szu­kać da­lej i cho­dził tak dłu­go, aż zna­lazł cia­ła Ma­rii i dziew­czyn­ki.

Wi­dać było, że Ma­ria pró­bo­wa­ła ucie­kać. Upa­dła na twarz, gdy tra­fił ją w ple­cy śmier­tel­ny strzał. Dziew­czyn­kę trzy­ma­ła na rę­kach. Męż­czy­zna kuc­nął przy zwło­kach, pła­kał. Te­raz nie ma już nic, po­my­ślał. Jim za­mie­nił raj w pie­kło.

Zo­stał przy ich cia­łach dłu­go, nad oko­li­cą za­czął krą­żyć he­li­kop­ter. Wów­czas wstał i od­szedł. Przy­po­mniał so­bie, co po­wie­dział kie­dyś Jim, jesz­cze za do­brych cza­sów, za­raz po przy­by­ciu do Gu­ja­ny. „Praw­dę o czło­wie­ku da się po­znać za po­mo­cą wę­chu, wzro­ku i słu­chu. W czło­wie­ku czai się dia­beł, ale on za­wsze śmier­dzi siar­ką. Kie­dy po­czu­jesz za­pach siar­ki, pod­nieś krzyż”.

Nie wie­dział, co go cze­ka. Oba­wiał się każ­de­go na­stęp­ne­go dnia. Nie miał po­ję­cia, jak wy­peł­nić wiel­ką pust­kę, jaka po­zo­sta­ła po Bogu i Ji­mie Jo­ne­sie.

Część IWęgorzowe ciemności

1

Tuż po dzie­wią­tej wie­czo­rem 21 sierp­nia 2001 roku ze­rwał się wiatr. Fale zmarsz­czy­ły ta­flę je­zio­ra Ma­re­bo, le­żą­ce­go w ko­tli­nie, u po­łu­dnio­we­go zbo­cza wzgó­rza Ro­me­le. Męż­czy­zna sto­ją­cy w cie­niu przy pla­ży uniósł dłoń, by spraw­dzić, z któ­rej stro­ny wie­je. Po chwi­li stwier­dził z za­do­wo­le­niem, że tego dnia jest sprzy­ja­ją­cy wiatr z po­łu­dnia. Do­szedł do wnio­sku, że wy­brał od­po­wied­nie miej­sce, by zwa­bić zwie­rzę­ta, któ­re miał za­miar zło­żyć w ofie­rze.

Usiadł na du­żym ka­mie­niu, roz­ście­liw­szy na nim gru­by swe­ter. Nie chciał zmar­z­nąć. Księ­życ był w ostat­niej kwa­drze, a otu­la­ją­ca nie­bo war­stwa chmur była tak gę­sta, że nie prze­pusz­cza­ła żad­ne­go świa­tła. Wę­go­rzo­we ciem­no­ści, po­my­ślał. Tak na­zy­wał taką noc mój szwedz­ki ko­le­ga, z któ­rym ba­wi­łem się w dzie­ciń­stwie. W sierp­nio­wych ciem­no­ściach za­czy­na­ją wę­dro­wać wę­go­rze. To wła­śnie wte­dy naj­ła­twiej dają się zła­pać w sie­ci. Wpa­da­ją w pu­łap­kę.

Męż­czy­zna na­słu­chi­wał w sku­pie­niu. Po chwi­li jego wy­czu­lo­ny słuch wy­ła­pał do­bie­ga­ją­cy z od­da­li po­mruk sil­ni­ka sa­mo­cho­du ja­dą­ce­go dro­gą. Poza tym wo­kół pa­no­wa­ła kom­plet­na ci­sza. Pod­niósł z zie­mi la­tar­kę i za­czął mu­skać po­wierzch­nię je­zio­ra stru­mie­niem świa­tła. Wkrót­ce do­strzegł, że za­czę­ły nad­pły­wać. Na tle ciem­nej wody zo­ba­czył dwie po­wo­li ro­sną­ce pla­my. Po kil­ku chwi­lach spo­dzie­wał się uj­rzeć ich jesz­cze wię­cej.

Wy­łą­czył la­tar­kę i sta­rał się od­gad­nąć, któ­ra jest go­dzi­na, wy­tę­ża­jąc umysł, któ­ry uda­ło mu się ujarz­mić i wy­szko­lić do roli swe­go od­da­ne­go współ­pra­cow­ni­ka. Trzy mi­nu­ty po dzie­sią­tej, oce­nił w my­ślach, po czym pod­niósł rękę i spoj­rzał na ze­ga­rek. Wska­zów­ki świe­ci­ły w ciem­no­ści. Nie po­my­lił się. Ja­sne, że się nie po­my­lił. Za pół go­dzi­ny wszyst­ko mia­ło być już go­to­we, nie bę­dzie mu­siał dłu­żej cze­kać. Na­uczył się, że nie tyl­ko lu­dzie dążą do punk­tu­al­no­ści. Moż­na jej było na­uczyć rów­nież zwie­rzę­ta. Przy­go­to­wa­nie tego, co mia­ło na­stą­pić wie­czo­rem, za­ję­ło mu trzy mie­sią­ce. Stwo­rze­nia, któ­re za­mie­rzał zło­żyć w ofie­rze, przy­zwy­cza­jał do swo­jej obec­no­ści po­wo­li i me­to­dycz­nie. Stał się ich przy­ja­cie­lem.

To był wła­śnie jego naj­więk­szy dar. Po­tra­fił na­wią­zać przy­jaźń z każ­dym. Nie tyl­ko z ludź­mi, ale i ze zwie­rzę­ta­mi. Grał rolę przy­ja­cie­la, choć nikt nie miał po­ję­cia, co tak na­praw­dę my­śli. Znów za­pa­lił la­tar­kę. Ja­sne pla­my były licz­niej­sze i więk­sze, zbli­ża­ły się do pla­ży. Wkrót­ce nie bę­dzie już mu­siał cze­kać. Skie­ro­wał stru­mień świa­tła na pia­sek, oświe­tla­jąc dwie pusz­ki z ben­zy­ną w sprayu i roz­sy­pa­ne ka­wał­ki chle­ba. Po chwi­li wy­łą­czył la­tar­kę i cze­kał.

Gdy na­de­szła pora, przy­stą­pił do dzia­ła­nia, spo­koj­nie i me­to­dycz­nie, do­kład­nie tak, jak to wcze­śniej za­pla­no­wał. Ła­bę­dzie wy­szły na pla­żę i za­czę­ły zja­dać okru­chy, zu­peł­nie nie za­uwa­ża­jąc obec­no­ści czło­wie­ka. Być może wie­dzia­ły, że tam jest, ale przy­wy­kły do nie­go i uzna­ły, że im nie za­gra­ża. Męż­czy­zna znów zga­sił la­tar­kę. Nie po­trze­bo­wał już świa­tła, za­ło­żył oku­la­ry z nok­to­wi­zo­rem. Pta­ków było sześć, trzy pary. Dwa z nich usia­dły, a po­zo­sta­łe spo­koj­nie czy­ści­ły so­bie pió­ra lub szu­ka­ły okru­chów na pia­sku.

W koń­cu nad­szedł czas na dzia­ła­nie. Męż­czy­zna wstał, wziął pusz­ki z ben­zy­ną i ostroż­nie spry­skał mgieł­ką pa­li­wa każ­de­go pta­ka. Za­nim ucie­kły, zdo­łał wy­rzu­cić opróż­nio­ną pusz­kę i pod­pa­lić stru­mień ben­zy­ny z dru­gie­go po­jem­ni­ka. Pió­ra ła­bę­dzi za­pło­nę­ły na­tych­miast. Zwie­rzę­ta w pa­ni­ce rzu­ci­ły się do uciecz­ki, de­spe­rac­ko ude­rza­jąc skrzy­dła­mi nad po­wierzch­nią je­zio­ra. Wy­glą­da­ły jak ogni­ste kule. Męż­czy­zna od­pro­wa­dził je wzro­kiem, sta­ra­jąc się za­cho­wać w pa­mię­ci ob­raz i pisk od­da­la­ją­cych się, pło­ną­cych pta­ków, za­nim runą do wody, któ­ra z sy­kiem zga­si pło­mie­nie. Brzmią zu­peł­nie jak ze­psu­te trąb­ki, po­my­ślał. Tak wła­śnie za­pa­mię­tam ich ostat­ni krzyk.

Wszyst­ko od­by­ło się bar­dzo szyb­ko. Pod­pa­lił ła­bę­dzie w nie­ca­łą mi­nu­tę, za­raz po­tem pta­ki rzu­ci­ły się do uciecz­ki, chwi­lę ło­po­ta­ły pło­ną­cy­mi skrzy­dła­mi nad ta­flą je­zio­ra, po czym wo­kół znów zro­bi­ło się ciem­no. Męż­czy­zna był za­do­wo­lo­ny. Wszyst­ko po­szło zgod­nie z pla­nem. Chciał, żeby ten wie­czór wy­glą­dał do­kład­nie tak; miał być nie­śmia­łym po­cząt­kiem.

Wrzu­cił pusz­ki po ben­zy­nie do wody, zwi­nął swe­ter i spa­ko­wał go do ple­ca­ka. Na ko­niec po­świe­cił wo­kół la­tar­ką, żeby spraw­dzić, czy cze­goś nie za­po­mniał. Upew­niw­szy się, że nie zo­sta­wił żad­nych śla­dów, wy­jął z kie­sze­ni te­le­fon. Ku­pił go parę dni wcze­śniej w Ko­pen­ha­dze, chcąc mieć pew­ność, że nie do­pro­wa­dzi do nie­go ża­den trop. Wy­stu­kał nu­mer i cze­kał.

Kie­dy wresz­cie ktoś ode­brał, męż­czy­zna po­pro­sił o po­łą­cze­nie z po­li­cją. Roz­mo­wa była krót­ka. Roz­łą­czyw­szy się, ci­snął te­le­fon do wody, za­ło­żył ple­cak i znik­nął w ciem­no­ści.

Tym­cza­sem wiatr za­czął wiać w kie­run­ku za­chod­nim i sta­wał się co­raz bar­dziej po­ry­wi­sty.

2

Był ko­niec sierp­nia. Lin­da Ca­ro­li­ne Wal­lan­der za­sta­na­wia­ła się, czy ma jesz­cze ja­kieś ce­chy upodob­nia­ją­ce ją do ojca, któ­rych nie jest świa­do­ma, choć wkrót­ce skoń­czy trzy­dzie­ści lat i po­win­na już do­brze wie­dzieć, kim jest. Pró­bo­wa­ła go o to py­tać, cza­sem na­wet sta­ra­ła się siłą wy­do­być z nie­go od­po­wiedź, on jed­nak od­po­wia­dał wy­mi­ja­ją­co i wma­wiał jej, że jest naj­bar­dziej po­dob­na do jego wła­sne­go ojca. „Roz­mo­wa o po­do­bień­stwach”, jak Lin­da zwy­kła ją na­zy­wać, nie­rzad­ko koń­czy­ła się sprzecz­ką, a cza­sem na­wet ostrą kłót­nią. Jed­nak awan­tu­ry ga­sły rów­nie szyb­ko, jak wy­bu­cha­ły, a o więk­szo­ści z nich Lin­da pręd­ko za­po­mi­na­ła. Na do­da­tek spo­strze­gła, że oj­ciec rów­nież do nich nie wra­cał.

Nie­mniej po­śród wszyst­kich kłót­ni, ja­kie od­by­li tego lata, była jed­na, o któ­rej nie mo­gła za­po­mnieć. Za­czę­ło się od dro­bia­zgu. Lin­da po­czu­ła się na­gle tak, jak­by za­czę­ła od­kry­wać daw­no wy­par­te z pa­mię­ci wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa i z cza­sów, kie­dy była na­sto­lat­ką. Pew­ne­go lip­co­we­go dnia przy­je­cha­ła do Ystad ze Sztok­hol­mu i nie­mal od razu po­sprze­cza­ła się z oj­cem o jed­no ta­kie wspo­mnie­nie. Kie­dyś, kie­dy była małą dziew­czyn­ką, wy­bra­li się na wy­ciecz­kę na Born­holm. Byli we tro­je: oj­ciec, mat­ka Lin­dy, Mona, i ona sama, wów­czas sze­ścio- lub sied­mio­let­nia. Po­wo­dem kłót­ni był idio­tycz­ny szcze­gół, czy tam­te­go dnia wia­ło, czy nie. Za­czę­li roz­ma­wiać o wy­ciecz­ce w cza­sie ko­la­cji, sie­dząc na lek­kim wie­trze na wą­skim bal­ko­nie. Oj­ciec twier­dził, że pod­czas tam­tej wy­pra­wy Lin­da cier­pia­ła na cho­ro­bę mor­ską i zwy­mio­to­wa­ła mu na kurt­kę. Ona na­to­miast pa­mię­ta­ła coś in­ne­go. Błę­kit­ne, bez­chmur­ne nie­bo i gład­ką ta­flę wody. Wy­ciecz­ki nie mo­gły im się po­my­lić, po­nie­waż od­by­li wspól­nie tyl­ko jed­ną wy­pra­wę na Born­holm. Mona nie prze­pa­da­ła za mor­ski­mi po­dró­ża­mi i oj­ciec Lin­dy do­kład­nie za­pa­mię­tał swo­je zdzi­wie­nie, kie­dy zde­cy­do­wa­ła się im to­wa­rzy­szyć.

Tam­te­go wie­czo­ru, po ab­sur­dal­nej kłót­ni, któ­ra i tak do ni­cze­go nie do­pro­wa­dzi­ła, Lin­da nie mo­gła za­snąć. Za po­nad dwa ty­go­dnie mia­ła za­cząć pra­cę jako aspi­rant w ko­men­dzie po­li­cji w Ystad. Od­by­ła szko­le­nie w Sztok­hol­mie i chęt­nie za­czę­ła­by pra­co­wać od razu. Wcze­śniej spę­dza­ła lato, snu­jąc się bez­czyn­nie tu i tam, oj­ciec zaś nie mógł do­trzy­mać jej to­wa­rzy­stwa, po­nie­waż wy­ko­rzy­stał już więk­szość wol­ne­go w maju. Wio­sną my­ślał, że kupi dom, i za­pla­no­wał urlop na maj, żeby się prze­pro­wa­dzić. Chciał za­miesz­kać w Svar­te, na po­łu­dnie od dro­gi kra­jo­wej, tuż nad sa­mym mo­rzem, jed­nak w ostat­niej chwi­li, kie­dy zo­sta­ła już wpła­co­na za­licz­ka, wła­ści­ciel­ka domu, sa­mot­na eme­ry­to­wa­na na­uczy­ciel­ka, do­szła do wnio­sku, że nie może od­dać swo­ich uko­cha­nych krza­ków róż i ro­do­den­dro­nów w ręce męż­czy­zny mó­wią­ce­go tyl­ko o tym, gdzie po­sta­wi budę dla psa, któ­re­go do­pie­ro so­bie kupi. Ze­rwa­ła umo­wę, i choć po­śred­nik na­ma­wiał ojca Lin­dy, by się na to nie go­dził albo przy­najm­niej za­żą­dał od­szko­do­wa­nia, on już zdą­żył w my­ślach po­że­gnać się z do­mem, w któ­rym nie dane mu było za­miesz­kać.

Przez resz­tę urlo­pu, przy nie­sprzy­ja­ją­cej wietrz­nej i desz­czo­wej au­rze, pró­bo­wał zna­leźć inny dom. Każ­dy ko­lej­ny oka­zy­wał się jed­nak albo za dro­gi, albo nie był taki, o ja­kim ma­rzył przez wie­le lat, miesz­ka­jąc przy Ma­ria­ga­tan w Ystad. W koń­cu od­pu­ścił i za­czął się za­sta­na­wiać, czy kie­dy­kol­wiek wy­pro­wa­dzi się z mia­sta. Lin­da tym­cza­sem koń­czy­ła ostat­nie kur­sy w szko­le po­li­cyj­nej. Oj­ciec wy­brał się do niej na week­end i ja­dąc z po­wro­tem, prze­wiózł część rze­czy, któ­re za­mie­rza­ła za­brać do domu. We wrze­śniu mia­ła do­stać miesz­ka­nie, a do tego cza­su chcia­ła za­trzy­mać się u nie­go, w swo­im daw­nym po­ko­ju.

Kie­dy wró­ci­ła do Ystad, na­tych­miast za­czę­li so­bie dzia­łać na ner­wy. Lin­da mia­ła do ojca pre­ten­sje, bo uwa­ża­ła, że mógł­by po­cią­gnąć za kil­ka sznur­ków i za­ła­twić jej wcze­śniej­sze przy­ję­cie do pra­cy. Raz na­wet roz­ma­wiał o tym ze swo­ją sze­fo­wą, Lisą Hol­gers­son, ale ona nie była w sta­nie mu po­móc. Mło­dzi aspi­ran­ci byli rzecz ja­sna bar­dzo po­trzeb­ni, po­li­cja jak za­wsze po­trze­bo­wa­ła rąk do pra­cy, bra­ko­wa­ło jed­nak do­dat­ko­wych pie­nię­dzy na wy­na­gro­dze­nia. Lin­da nie mo­gła więc roz­po­cząć służ­by wcze­śniej niż 10 wrze­śnia, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo by się przy­da­ła.

Spę­dza­jąc lato w ro­dzin­nym mie­ście, od­świe­ży­ła dwie przy­jaź­nie, któ­re za­nie­dba­ła, gdy prze­sta­ła być na­sto­lat­ką. Pew­ne­go dnia przy­pad­kiem spo­tka­ła na ryn­ku Zebę, a ra­czej „Ze­brę”, bo tak ją wszy­scy na­zy­wa­li w szko­le. Lin­da w pierw­szej chwi­li jej nie po­zna­ła. Daw­na przy­ja­ciół­ka prze­far­bo­wa­ła czar­ne wło­sy na rudo i na do­da­tek ścię­ła je bar­dzo krót­ko. Zeba była z po­cho­dze­nia Iran­ką i cho­dzi­ła z Lin­dą do tej sa­mej kla­sy. Z cza­sem ich dro­gi się ro­ze­szły. Tam­te­go lip­co­we­go dnia, gdy przy­pad­kiem na sie­bie wpa­dły, Zeba pcha­ła przed sobą dzie­cię­cy wó­zek. Po­szły na kawę.

Ze­bra skoń­czy­ła kurs bar­mań­ski, ale po­tem za­szła w cią­żę z Mar­ku­sem, któ­ry był daw­nym zna­jo­mym Lin­dy. Pa­mię­ta­ła, że chło­pak uwiel­biał eg­zo­tycz­ne owo­ce i już w wie­ku dzie­więt­na­stu lat za­ło­żył przy po­łu­dnio­wym wjeź­dzie do Ystad szkół­kę ogrod­ni­czą. Jego zwią­zek z Ze­brą po ja­kimś cza­sie się roz­padł, mie­li jed­nak syna.

Roz­ma­wia­ły dłu­go, aż mały za­czął tak gło­śno pła­kać, że mu­sia­ły wyjść na uli­cę. Po tym przy­pad­ko­wym spo­tka­niu obie­ca­ły so­bie po­zo­stać w kon­tak­cie, Lin­da za­uwa­ży­ła, że sta­ła się mniej nie­cier­pli­wa w po­rów­na­niu z cza­sa­mi, gdy zna­ła świat wy­łącz­nie z per­spek­ty­wy nie­wiel­kie­go mia­stecz­ka.

Kie­dy wra­ca­ła do domu na Ma­ria­ga­tan, na­gle za­czął pa­dać deszcz. Schro­ni­ła się w skle­pie z ubra­nia­mi i cze­ka­jąc, aż przej­dzie ule­wa, szu­ka­ła w książ­ce te­le­fo­nicz­nej nu­me­ru te­le­fo­nu do Anny We­stin. Coś w niej drgnę­ło, gdy wresz­cie go zna­la­zła. Nie kon­tak­to­wa­ła się z Anną od nie­mal dzie­się­ciu lat. Ich wiel­ka przy­jaźń zo­sta­ła bru­tal­nie prze­rwa­na, gdy ma­jąc po sie­dem­na­ście lat, za­ko­cha­ły się w tym sa­mym chło­pa­ku. Kie­dy jed­nej i dru­giej prze­szło, bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ły od­no­wić zna­jo­mość. W koń­cu uzna­ły, że wszyst­ko się mię­dzy nimi skoń­czy­ło, i prze­sta­ły się ze sobą kon­tak­to­wać. Przez ostat­nie lata Lin­da pra­wie wca­le nie my­śla­ła o An­nie. Jed­nak spo­tka­nie z Ze­brą obu­dzi­ło w niej daw­ne wspo­mnie­nia i Lin­da ucie­szy­ła się, wi­dząc, że Anna wciąż miesz­ka w Ystad, i to bli­sko Ma­ria­ga­tan, tuż przy po­łu­dnio­wo-wschod­nim wy­jeź­dzie z mia­sta.

Za­dzwo­ni­ła do Anny tego sa­me­go wie­czo­ru i spo­tka­ły się kil­ka dni póź­niej. Po­tem wi­dy­wa­ły się parę razy w ty­go­dniu, cza­sem na­wet we trzy, choć naj­czę­ściej tyl­ko Lin­da z Anną, któ­ra miesz­ka­ła sama i utrzy­my­wa­ła się z uni­wer­sy­tec­kie­go sty­pen­dium. Pla­no­wa­ła zo­stać le­kar­ką, choć pie­nią­dze le­d­wie wy­star­cza­ły jej na opła­ce­nie stu­diów.

Po kil­ku spo­tka­niach Lin­da do­szła do wnio­sku, że Anna, o ile to w ogó­le moż­li­we, sta­ła się jesz­cze bar­dziej nie­śmia­ła niż za szkol­nych cza­sów. Oj­ciec po­rzu­cił ją i jej mat­kę, kie­dy Anna mia­ła pięć lub sześć lat. Po­tem już nig­dy się z nimi nie kon­tak­to­wał. Te­raz mat­ka Anny prze­nio­sła się na wieś, w po­bli­żu Löde­rup, nie­da­le­ko miej­sca, w któ­rym miesz­kał dzia­dek Lin­dy. On spę­dził na wsi dłu­gie lata, ma­lu­jąc wciąż te same ob­ra­zy.

Anna wy­da­wa­ła się za­do­wo­lo­na, że przy­ja­ciół­ka ode­zwa­ła się do niej po la­tach i za­mie­rza­ła znów za­miesz­kać w Ystad. Lin­da zaś moc­no czu­ła, że po­win­na z nią po­stę­po­wać nie­zwy­kle ostroż­nie. Anna mia­ła w so­bie ja­kąś kru­chość, zda­wa­ło się, że bar­dzo ła­two ją spło­szyć. Lin­da wie­dzia­ła, że nie może się do niej zbyt­nio zbli­żyć. Tak czy in­a­czej, spo­tka­nia z Ze­brą, jej syn­kiem i Anną po­mo­gły Lin­dzie prze­trwać cią­gną­ce się w nie­skoń­czo­ność lato. Cze­ka­ła, aż wresz­cie bę­dzie mo­gła pójść na ko­men­dę, sta­wić się u pani Lund­berg, gru­bej ma­ga­zy­nier­ki, po­kwi­to­wać od­biór mun­du­ru i resz­ty wy­po­sa­że­nia.

Przez całe lato oj­ciec pra­co­wał nie­mal bez prze­rwy. Nie­ste­ty śledz­two w spra­wie se­rii bru­tal­nych na­pa­dów na ban­ki oraz urzę­dy pocz­to­we w Ystad i oko­li­cach ni­cze­go nie wy­ka­za­ło. Co ja­kiś czas Lin­da sły­sza­ła od nie­go re­la­cje o kra­dzie­żach środ­ków wy­bu­cho­wych. Ak­cje te ob­li­czo­ne były na dużą ska­lę i wy­glą­da­ły na do­brze za­pla­no­wa­ną ope­ra­cję. Kie­dy oj­ciec za­sy­piał, Lin­da prze­glą­da­ła jego no­tat­nik oraz akta, któ­re czę­sto przy­no­sił do domu. Jed­nak za każ­dym ra­zem, gdy pró­bo­wa­ła się cze­goś od nie­go do­wie­dzieć, od­po­wia­dał wy­mi­ja­ją­co. Nie pra­co­wa­ła jesz­cze w po­li­cji. Mu­sia­ła za­cze­kać z py­ta­nia­mi do wrze­śnia.

Lato po­wo­li do­bie­ga­ło koń­ca. Pew­ne­go sierp­nio­we­go dnia oj­ciec wró­cił do domu wcze­snym po­po­łu­dniem i za­ko­mu­ni­ko­wał, że za­dzwo­nił do nie­go po­śred­nik. Miał do za­ofe­ro­wa­nia dom, któ­ry jak twier­dził, z pew­no­ścią mu się spodo­ba. Nie­ru­cho­mość znaj­do­wa­ła się nie­opo­dal wy­brze­ża Moss­by, nad zbo­czem wpa­da­ją­cym do mo­rza. Za­py­tał, czy Lin­da wy­bie­rze się tam z nim, żeby obej­rzeć dom. Zgo­dziw­szy się, za­dzwo­ni­ła do Ze­bry i prze­ło­ży­ła za­pla­no­wa­ne na ten dzień spo­tka­nie. Wsia­dła do na­le­żą­ce­go do ojca peu­ge­ota i po­je­cha­li na za­chód. Po­po­łu­dniem mo­rze było zu­peł­nie sza­re, za­po­wia­da­ło zbli­ża­ją­cą się je­sień.

3

Dom był pu­sty i pod­upa­dły. Wiatr zrzu­cił kil­ka da­chó­wek, a jed­na z ry­nien obe­rwa­ła się do po­ło­wy. Bu­dy­nek stał na nie­wiel­kim wzgó­rzu, skąd roz­po­ście­rał się wi­dok na mo­rze. We­dług Lin­dy miej­sce spra­wia­ło nie­przy­ja­zne wra­że­nie. To z pew­no­ścią nie jest dom, w któ­rym mój oj­ciec od­naj­dzie spo­kój, po­my­śla­ła. Tu­taj tym bar­dziej do­pad­ną go za­tru­wa­ją­ce mu ży­cie de­mo­ny. Od razu za­czę­ła się za­sta­na­wiać, co naj­bar­dziej mu do­ku­cza­ło. Sta­ra­ła się usze­re­go­wać w my­ślach jego ciem­ne stro­ny, na pierw­szym miej­scu umie­ści­ła sa­mot­ność, po­tem sta­le ro­sną­cą nad­wa­gę i nie­do­łęż­nie­ją­ce cia­ło. W koń­cu po­rzu­ci­ła te roz­my­śla­nia i przyj­rza­ła się ojcu, któ­ry cho­dził po domu, za­glą­da­jąc we wszyst­kie za­ka­mar­ki. Wiatr szu­miał ci­cho, jak­by z na­my­słem, w ko­ro­nach wy­so­kich bu­ków ro­sną­cych wo­kół domu. W od­da­li roz­cią­ga­ło się mo­rze. Zmru­żyw­szy oczy, Lin­da do­strze­gła nie­wiel­ki sta­tek. Kurt Wal­lan­der za­trzy­mał się i po­pa­trzył na cór­kę.

– Je­steś do mnie po­dob­na, kie­dy mru­żysz oczy w ten spo­sób.

– Tyl­ko wte­dy?

Obe­szli dom do­ko­ła. Z tyłu na­tknę­li się na szcząt­ki prze­gni­łej skó­rza­nej ka­na­py. Spo­śród sprę­żyn wy­sko­czył na­gle nor­nik i uciekł w pa­ni­ce, cho­wa­jąc się w tra­wie. Kurt ro­zej­rzał się, krę­cąc gło­wą.

– Dla­cze­go wła­ści­wie chcę prze­pro­wa­dzić się na wieś?

– Chcesz, że­bym za­da­ła ci ta­kie py­ta­nie? Do­brze. Dla­cze­go chcesz się prze­pro­wa­dzić na wieś?

– Za­wsze ma­rzy­łem o tym, żeby zbu­dziw­szy się rano, móc wyjść przed dom i wy­si­kać się na tra­wę.

Lin­da spoj­rza­ła na nie­go z roz­ba­wie­niem.

– Tyl­ko dla­te­go?

– A czy moż­na mieć lep­szy po­wód? Je­dzie­my?

– Ro­zej­rzyj­my się jesz­cze tro­chę.

Tym ra­zem Lin­da obej­rza­ła dom z więk­szą uwa­gą, zu­peł­nie jak­by to ona mia­ła za­miar go ku­pić, a to­wa­rzy­szą­cy jej oj­ciec wy­stę­po­wał w roli po­śred­ni­ka. Wę­szy­ła wo­kół jak czuj­ny zwierz.

– Ile kosz­tu­je ten dom? – za­py­ta­ła.

– Czte­ry­sta ty­się­cy ko­ron.

Po­trzą­snę­ła gło­wą zdzi­wio­na.

– Mó­wię po­waż­nie – od­parł oj­ciec.

– Masz tyle pie­nię­dzy?

– Nie, ale mój bank obie­cał przy­jąć mnie z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi. Je­stem wia­ry­god­nym klien­tem, po­li­cjan­tem, któ­ry do­brze się spra­wo­wał przez całe ży­cie. Wła­ści­wie tro­chę mi smut­no, że nie­zbyt mi się po­do­ba to miej­sce. Opusz­czo­ny dom spra­wia rów­nie przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie, co sa­mot­ny czło­wiek.

Po chwi­li wsie­dli do sa­mo­cho­du i od­je­cha­li. Na­gle Lin­da wbi­ła wzrok w dro­go­wskaz, któ­ry mie­li przed sobą. „Wy­brze­że Moss­by”. Oj­ciec spoj­rzał na nią ką­tem oka.

– Chcesz, że­bym skrę­cił? – za­py­tał.

– Tak, je­śli mamy czas.

Na par­kin­gu przy pla­ży sta­ła jed­na przy­cze­pa kem­pin­go­wa. Kiosk był za­mknię­ty. Przed przy­cze­pą na pla­sti­ko­wych krze­słach sie­dzie­li ko­bie­ta i męż­czy­zna, roz­ma­wia­li ze sobą po nie­miec­ku. Mię­dzy nimi stał stół. Gra­li w kar­ty, obo­je w wiel­kim sku­pie­niu. Lin­da i Kurt skie­ro­wa­li się w dół, na pla­żę.

To wła­śnie w tym miej­scu przed pa­ro­ma laty Lin­da oznaj­mi­ła ojcu, jaką pod­ję­ła de­cy­zję. Nie za­mie­rza­ła już zo­stać ta­pi­ce­rem, wy­glą­da­ło na to, że po­że­gna­ła się rów­nież z ma­rze­niem o ak­tor­stwie. Poza tym wła­śnie mi­nął w jej ży­ciu okres nie­spo­koj­nych po­dró­ży po świe­cie. Upły­nę­ło już spo­ro cza­su, od­kąd roz­sta­ła się z pew­nym chło­pa­kiem z Ke­nii, stu­den­tem me­dy­cy­ny w Lund i jej naj­więk­szą mi­ło­ścią, a wspo­mnie­nie o nim za­czy­na­ło po­wo­li bled­nąć. Chło­pak wró­cił do domu, a Lin­da zo­sta­ła w Szwe­cji. Przez pe­wien czas pró­bo­wa­ła zna­leźć ja­kiś po­mysł na sie­bie, ob­ser­wu­jąc mat­kę, Monę. Do­strze­gła w niej jed­nak ko­goś, kto wszyst­ko za­czy­na i robi tyl­ko do po­ło­wy. Mona za­wsze chcia­ła mieć dwo­je dzie­ci, lecz uro­dzi­ła jed­no. My­śla­ła też, że Kurt Wal­lan­der po­zo­sta­nie jej naj­więk­szą mi­ło­ścią do koń­ca ży­cia, a roz­wio­dła się z nim i za­miesz­ka­ła w Mal­mö, gdzie pro­wa­dzi­ła spo­koj­ne ży­cie z dru­gim mę­żem, by­łym gol­fi­stą na eme­ry­tu­rze.

Po tym wszyst­kim Lin­da za­czę­ła in­ten­syw­nie przy­glą­dać się ojcu, ko­mi­sa­rzo­wi kry­mi­nal­ne­mu, któ­ry za­wsze za­po­mi­nał ode­brać ją z lot­ni­ska, kie­dy wra­ca­ła do domu. Nada­ła mu na­wet spe­cjal­ne prze­zwi­sko: Ten-któ­ry-wciąż-za­po­mi­na-że-ist­nie­ję. Choć nig­dy nie miał dla niej cza­su, w pew­nej chwi­li spo­strze­gła, że mimo wszyst­ko to wła­śnie on jest naj­bliż­szą jej oso­bą. Zwłasz­cza od­kąd zmarł jego oj­ciec. Po­czu­ła się wów­czas tak, jak­by od­wró­ci­ła lor­net­kę i za­czę­ła się przy­glą­dać ojcu z miej­sca, któ­re wciąż było bli­sko, ale nie za bli­sko. Pew­ne­go dnia, za­raz po prze­bu­dze­niu, na­gle do­szła do wnio­sku, że chce być taka jak on. Po­sta­no­wi­ła zo­stać po­li­cjant­ką. Przez rok nic mu o tym nie po­wie­dzia­ła, po­dzie­li­ła się swo­imi pla­na­mi je­dy­nie z ów­cze­snym chło­pa­kiem, ale upew­niw­szy się w koń­cu, że tego wła­śnie chce, ze­rwa­ła tam­tą zna­jo­mość, po­je­cha­ła do Ska­nii, za­bra­ła ojca na tę pla­żę i o wszyst­kim mu opo­wie­dzia­ła. Do­sko­na­le pa­mię­ta jego zdzi­wie­nie. Po­pro­sił ją o mi­nu­tę na oswo­je­nie się z tym, co wła­śnie usły­szał i wy­ro­bie­nie so­bie na ten te­mat opi­nii. Wte­dy na­gle do­pa­dły ją wąt­pli­wo­ści. Są­dzi­ła, że oj­ciec ucie­szy się z jej de­cy­zji. Za­pa­mię­ta­ła, że w tam­tej chwi­li, kie­dy na mo­ment od­wró­cił się do niej ple­ca­mi, żeby się za­sta­no­wić, a ona pa­trzy­ła, jak wiatr roz­wie­ra i szar­pie jego rzad­kie wło­sy, była pew­na, że ich spo­tka­nie za­koń­czy się kłót­nią. Gdy się jed­nak od­wró­cił i spoj­rzał na nią z uśmie­chem, wie­dzia­ła, że pod­ję­ła słusz­ną de­cy­zję.

We­szli na pla­żę i sta­nę­li nad wodą. Lin­da czub­kiem buta dłu­ba­ła w śla­dzie po­zo­sta­wio­nym na pia­sku przez koń­ską pod­ko­wę. Kurt Wal­lan­der spo­koj­nie przy­glą­dał się me­wie chwiej­nie utrzy­mu­ją­cej się na wie­trze, tuż nad ich gło­wa­mi.

– I co te­raz o tym my­ślisz? – za­py­ta­ła.

– O czym? O domu?

– O tym, że nie­dłu­go sta­nę przed tobą w mun­du­rze.

– Trud­no mi to so­bie wy­obra­zić, ale chy­ba będę tro­chę zły.

– Zły? – zdzi­wi­ła się Lin­da.

– Dla­te­go, że wiem, jak bę­dziesz się w nim czu­ła. Nie­trud­no jest wło­żyć mun­dur, ale pu­blicz­ne po­ka­za­nie się w nim to coś in­ne­go. Na­gle zda­jesz so­bie spra­wę, że wszy­scy cię wi­dzą. Sta­jesz się po­li­cjan­tem, któ­ry cho­dząc po uli­cach, musi w każ­dej chwi­li być przy­go­to­wa­ny na to, żeby roz­dzie­lić bi­ją­cych się lu­dzi. Po pro­stu wiem, co cię cze­ka.

– Nie boję się.

– Nie mam na my­śli stra­chu. Sta­ram się ci po­wie­dzieć, że od mo­men­tu, w któ­rym zo­sta­niesz po­li­cjant­ką i za­ło­żysz mun­dur, już za­wsze bę­dziesz go mia­ła na so­bie.

Lin­da czu­ła, że oj­ciec ma ra­cję.

– Jak my­ślisz, po­ra­dzę so­bie? – spy­ta­ła.

– Po­ra­dzi­łaś so­bie w szko­le, po­ra­dzisz so­bie i tu. Sama de­cy­du­jesz o tym, czy idzie ci do­brze, czy źle.

Po­wo­li prze­cha­dza­li się po pla­ży. Lin­da oznaj­mi­ła ojcu, że za parę dni bę­dzie mu­sia­ła na krót­ko po­je­chać do Sztok­hol­mu. Lu­dzie z jej roku po­sta­no­wi­li zor­ga­ni­zo­wać uro­czy­sty bal na ko­niec stu­diów, by po raz ostat­ni miło spę­dzić czas, za­nim wszy­scy roz­ja­dą się po kra­ju.

– My nie mie­li­śmy żad­ne­go balu – po­wie­dział Kurt. – Wła­ści­wie trud­no po­wie­dzieć, że zdo­by­łem ja­kie­kol­wiek wy­kształ­ce­nie, za­nim za­czą­łem służ­bę. Do dziś nie mogę so­bie przy­po­mnieć, ja­kim wte­dy te­stom pod­da­wa­no lu­dzi ma­ją­cych pra­co­wać w po­li­cji, je­śli w ogó­le były ja­kie­kol­wiek te­sty. Chy­ba po pro­stu cho­dzi­ło o siłę. No, może jesz­cze o to, żeby nie być kom­plet­nym idio­tą. Do­brze pa­mię­tam, że w dniu, w któ­rym do­sta­łem mun­dur, po­szli­śmy na piwo. Nie pi­li­śmy go na uli­cy rzecz ja­sna, ale w domu u ko­le­gi, przy Södra För­stads­ga­tan w Mal­mö.

Kurt Wal­lan­der po­krę­cił gło­wą. Lin­da nie umia­ła od­gad­nąć, czy to wspo­mnie­nie go bawi, czy ra­czej mę­czy.

– Wte­dy jesz­cze miesz­ka­łem w domu. My­śla­łem, że oj­ciec mnie za­bi­je, kie­dy po­ka­za­łem mu się w mun­du­rze.

– Dla­cze­go tak się zło­ścił, że zo­sta­łeś po­li­cjan­tem?

– Zro­zu­mia­łem to do­pie­ro, kie­dy zmarł. Do­tar­ło do mnie, że mnie oszu­kał.

Lin­da za­trzy­ma­ła się, za­sko­czo­na.

– Oszu­kał? – za­py­ta­ła.

Oj­ciec spoj­rzał na nią z uśmie­chem.

– Tak na­praw­dę był z tego za­do­wo­lo­ny. Ale za­miast mi to po pro­stu po­wie­dzieć, dla za­ba­wy trzy­mał mnie w nie­pew­no­ści. Świet­nie mu się to uda­ło, jak wiesz.

– Jak to? Chy­ba nie mó­wisz po­waż­nie.

– Nikt nie znał go le­piej niż ja. Do­brze wiem, że mam ra­cję. Z ojca był ka­wał dra­nia, wspa­nia­łe­go dra­nia. Był je­dy­nym oj­cem-dra­niem, ja­kie­go mia­łem.

Ru­szy­li w stro­nę sa­mo­cho­du. Chmu­ry tro­chę się roz­rze­dzi­ły, a kie­dy za­świe­ci­ło słoń­ce, od razu zro­bi­ło się cie­plej. Gdy prze­cho­dzi­li obok dwoj­ga Niem­ców, tu­ry­ści na­wet nie pod­nie­śli wzro­ku znad kart. Pod­szedł­szy do auta, Kurt spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Spie­szysz się do domu? – za­py­tał.

– Spiesz­no mi tyl­ko, żeby wresz­cie za­cząć pra­co­wać. Dla­cze­go o to py­tasz?

– Mu­szę jesz­cze coś spraw­dzić. Opo­wiem ci po dro­dze.

Wy­je­cha­li na szo­sę do Trel­le­bor­ga, po czym skrę­ci­li z niej przy zjeź­dzie do zam­ku Char­lot­ten­lund.

– Wła­ści­wie to nie jest spra­wa, któ­rą się zaj­mu­ję, ale sko­ro je­stem w po­bli­żu, mogę coś spraw­dzić.

– Co ta­kie­go? – spy­ta­ła Lin­da.

– Oko­li­ce je­zio­ra Ma­re­bo.

Dro­ga była wą­ska i wy­bo­ista. Kurt opo­wia­dał rów­nie wol­no, jak je­chał. Lin­da za­sta­na­wia­ła się, czy oj­ciec pi­sze tak samo sła­be ra­por­ty, jak re­fe­ru­je zda­rze­nie, z po­wo­du któ­re­go po­sta­no­wił prze­dłu­żyć wy­ciecz­kę.

Wszyst­ko, co jej opo­wie­dział, brzmia­ło dość pro­sto. Wie­czo­rem, dwa dni temu, dy­żur­ny w Ystad ode­brał zgło­sze­nie. Na po­li­cję za­dzwo­nił męż­czy­zna, któ­ry nie chciał po­dać na­zwi­ska ani po­wie­dzieć, skąd dzwo­ni. Mó­wiąc w ja­kimś nie­okre­ślo­nym dia­lek­cie, oznaj­mił, że nad je­zio­rem Ma­re­bo wi­dzia­no pło­ną­ce ła­bę­dzie. Do­kład­niej­szych in­for­ma­cji męż­czy­zna nie miał lub nie chciał prze­ka­zać. Kie­dy dy­żur­ny za­czął za­da­wać mu py­ta­nia, roz­łą­czył się. Dru­gi raz nie za­dzwo­nił. Roz­mo­wę na­gra­no i za­pro­to­ko­ło­wa­no, ale nikt się tym póź­niej nie za­jął, bo aku­rat w ten wie­czór wszy­scy mie­li mnó­stwo ro­bo­ty przy spra­wie bru­tal­ne­go na­pa­du w Svar­te i dwóch wła­mań w cen­trum Ystad. W koń­cu uzna­no, że ktoś mu­siał mieć przy­wi­dze­nia lub był to po pro­stu głu­pi żart. Je­dy­nie Kurt Wal­lan­der, kie­dy usły­szał tę hi­sto­rię od Mar­tins­so­na, stwier­dził, że brzmi ona na tyle nie­praw­do­po­dob­nie, że na­praw­dę mo­gła się wy­da­rzyć.

– Pło­ną­ce ła­bę­dzie? – zdzi­wi­ła się Lin­da. – Kto mógł­by zro­bić coś po­dob­ne­go?

– Sa­dy­sta. Drę­czy­ciel zwie­rząt.

– I ty w to wie­rzysz?

Kurt za­par­ko­wał sa­mo­chód na po­bo­czu, przy głów­nej dro­dze. Od­po­wie­dział na py­ta­nie do­pie­ro wte­dy, gdy prze­szli przez jezd­nię i skrę­ci­li w ścież­kę wio­dą­cą nad je­zio­ro.

– Ni­cze­go nie na­uczy­li cię w szko­le? Po­li­cjan­ci nie mają w coś wie­rzyć. Oni chcą wie­dzieć. I są za­ra­zem przy­go­to­wa­ni na to, że ab­so­lut­nie wszyst­ko może się wy­da­rzyć. Nie wy­łą­cza­jąc te­le­fo­nów z in­for­ma­cją, że gdzieś pło­ną ła­bę­dzie. Bo po­tem oka­zu­je się, że to praw­da.

Lin­da nie za­da­wa­ła mu wię­cej py­tań. Skrę­ci­li na par­king i szli da­lej, w dół zbo­cza. Trzy­ma­ła się tuż za oj­cem, my­śląc, że ma już na so­bie mun­dur, choć wciąż jesz­cze był nie­wi­dzial­ny.

Obe­szli je­zio­ro, ale nig­dzie nie na­tknę­li się na mar­twe ła­bę­dzie. Żad­ne z nich nie zo­rien­to­wa­ło się, że ktoś ich ob­ser­wu­je, śle­dząc przez lor­net­kę każ­dy krok.

4

Parę dni póź­niej, pew­ne­go po­god­ne­go po­ran­ka, Lin­da po­le­cia­ła do Sztok­hol­mu. Ze­bra po­mo­gła jej uszyć suk­nię na bal, ja­sno­nie­bie­ską, z głę­bo­kim de­kol­tem z przo­du i na ple­cach. Zna­jo­mi z roku Lin­dy wy­na­ję­li sta­ry lo­kal ta­necz­ny przy Horns­ga­tan. Sta­wi­li się wszy­scy, na­wet ko­le­ga, któ­re­mu nada­li prze­zwi­sko Syn Mar­no­traw­ny. Wśród sześć­dzie­się­ciu ośmiu stu­den­tów zna­lazł się na­wet ten zmu­szo­ny do odej­ścia z po­wo­du pro­ble­mów al­ko­ho­lo­wych. Nie po­tra­fił ani ich ukryć, ani so­bie z nimi po­ra­dzić. Nie wia­do­mo, kto na nie­go do­niósł w szko­le. Wszy­scy więc za­war­li nie­pi­sa­ną umo­wę, że ra­zem bio­rą za to od­po­wie­dzial­ność. Lin­da uzna­ła go za złe­go du­cha ca­łe­go roku. Po­tem za­wsze już krą­żył gdzieś w je­sien­nych ciem­no­ściach, nie tra­cąc na­dziei, że znów zo­sta­nie przy­ję­ty do ich krę­gu.

Tam­te­go wie­czo­ru, kie­dy wszy­scy ze­bra­li się po raz ostat­ni w to­wa­rzy­stwie swo­ich na­uczy­cie­li, Lin­da wy­pi­ła zde­cy­do­wa­nie za dużo wina. Upi­ja­nie się nie było jej obce, za­zwy­czaj jed­nak wie­dzia­ła, kie­dy po­win­na prze­stać. Tym ra­zem sta­ło się in­a­czej, być może z po­wo­du na­ra­sta­ją­ce­go znie­cier­pli­wie­nia. Po balu spo­tka­ła wie­lu zna­jo­mych, któ­rzy już roz­po­czę­li pra­cę. Jej naj­lep­szy ko­le­ga ze stu­diów, Ma­tias Ols­son, zde­cy­do­wał się nie wra­cać do domu, do Sund­svall, tyl­ko za­trud­nił się w wy­dzia­le pre­wen­cji w Nor­r­köping. Zdą­żył się już na­wet wy­róż­nić, roz­pra­wia­jąc się z prze­tre­no­wa­nym na si­łow­ni sza­leń­cem, któ­ry wpadł w fu­rię, bę­dąc pod wpły­wem ste­ry­dów ana­bo­licz­nych. Lin­da na­le­ża­ła do mniej­szo­ści, któ­ra wciąż cze­ka­ła.

To­wa­rzy­stwo do­brze się ba­wi­ło, pra­wie wszy­scy tań­czy­li, a suk­nia uszy­ta przez Ze­brę otrzy­ma­ła mnó­stwo po­chwał. Ktoś wy­gło­sił prze­mo­wę, ktoś od­śpie­wał zło­śli­wą pio­sen­kę o na­uczy­cie­lach i wie­czór mógł­by na­le­żeć do na­praw­dę uda­nych, gdy­by ku­cha­rze nie mie­li u sie­bie te­le­wi­zo­ra.

W ostat­nim ser­wi­sie in­for­ma­cyj­nym po­da­no, że w oko­li­cach En­köping zo­stał za­strze­lo­ny na uli­cy po­li­cjant. Ta szo­ku­ją­ca wia­do­mość szyb­ko ro­ze­szła się mię­dzy pod­pi­ty­mi stu­den­ta­mi i na­uczy­cie­la­mi. Wy­łą­czo­no mu­zy­kę, przy­nie­sio­no z kuch­ni te­le­wi­zor. Lin­da po­czu­ła się tak, jak­by do­sta­ła kop­nia­ka w brzuch. Na­gle za­ba­wa się skoń­czy­ła. W swo­ich od­święt­nych stro­jach wszy­scy sie­dzie­li nie­ru­cho­mo w bla­dym świe­tle i pa­trzy­li na zdję­cia za­bi­te­go na służ­bie męż­czy­zny. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by pod­da­no go bru­tal­nej eg­ze­ku­cji. Kie­dy wraz z ko­le­gą z pa­tro­lu pró­bo­wał za­trzy­mać skra­dzio­ny sa­mo­chód, wy­sko­czy­ło dwóch męż­czyzn z bro­nią au­to­ma­tycz­ną. Strze­la­li, by za­bić, nie od­da­jąc żad­ne­go strza­łu ostrze­gaw­cze­go. Bal zo­stał prze­rwa­ny, rze­czy­wi­stość dała o so­bie gwał­tow­nie znać.

Póź­ną nocą, kie­dy wszy­scy już się po­że­gna­li i Lin­da była w dro­dze do ciot­ki Kry­sty­ny, u któ­rej mia­ła no­co­wać, za­trzy­ma­ła się na Ma­ria­tor­get i za­dzwo­ni­ła do ojca. Była trze­cia nad ra­nem. Usły­sza­ła w słu­chaw­ce jego za­spa­ny głos. Ze­zło­ści­ło ją to. Nie po­wi­nien spać, kie­dy za­mor­do­wa­li jego ko­le­gę, po­my­śla­ła. Po­wie­dzia­ła mu o tym.

– Czy będę spał, czy nie, i tak ni­cze­go to nie zmie­ni – od­parł. – Gdzie je­steś?

– W dro­dze do Kry­sty­ny.

– Już skoń­czy­li­ście za­ba­wę? Któ­ra jest w ogó­le go­dzi­na?

– Trze­cia. Prze­rwa­li­śmy im­pre­zę, kie­dy po­da­li to w wia­do­mo­ściach.

Usły­sza­ła w słu­chaw­ce cięż­ki od­dech ojca, jak­by nie zde­cy­do­wał, czy wciąż śpi, czy już się obu­dził.

– Co tam sły­chać w tle?

– Ruch na uli­cy. Szu­kam tak­sów­ki.

– Czy ktoś jest z tobą?

– Nie.

– Nie po­win­naś włó­czyć się sama nocą po Sztok­hol­mie!

– Dam so­bie radę. Nie je­stem już dziec­kiem. Prze­pra­szam, że cię obu­dzi­łam.

Ze zło­ścią wy­łą­czy­ła te­le­fon. Za czę­sto tak się dzie­je, po­my­śla­ła. Ja wpa­dam w szał, a on na­wet nie za­uwa­ża, że mnie wku­rza.

Przy­wo­ław­szy tak­sów­kę, po­je­cha­ła do domu przy Gär­det, gdzie Kry­sty­na miesz­ka­ła z mę­żem i na­sto­let­nim sy­nem. Cze­ka­ła na nią roz­ło­żo­na ka­na­pa w sa­lo­nie. Do po­ko­ju wpa­da­ło świa­tło ulicz­nej la­tar­ni. Lin­da się­gnę­ła po sto­ją­ce na pół­ce zdję­cie. Był na nim jej oj­ciec, mat­ka i ona sama. Fo­to­gra­fię zro­bio­no wie­le lat temu. Lin­da mia­ła wte­dy czter­na­ście lat i do­brze pa­mię­ta­ła ten dzień. To była so­bo­ta albo nie­dzie­la. Po­je­cha­li w od­wie­dzi­ny do dziad­ka, do Löde­rup. Oj­ciec wy­grał apa­rat w ja­kimś kon­kur­sie w pra­cy i kie­dy wła­śnie miał zro­bić zdję­cie, dzia­dek na­gle się roz­my­ślił, od­mó­wił po­zo­wa­nia i za­mknął się w pra­cow­ni ze swo­imi ob­ra­za­mi. Oj­ciec się ze­zło­ścił, Mo­nie też po­psuł się hu­mor. Lin­da po­szła za dziad­kiem i pró­bo­wa­ła go na­mó­wić, żeby zro­bił so­bie z nimi to zdję­cie.

– Nie będę po­zo­wał do zdjęć, na któ­rych lu­dzie ma­ją­cy lada dzień się roz­stać, sto­ją obok sie­bie i głup­ko­wa­to się szcze­rzą – za­ko­mu­ni­ko­wał.

Do­brze za­pa­mię­ta­ła, jak jego sło­wa ją wte­dy zra­ni­ły. Cho­ciaż po­win­na zda­wać so­bie spra­wę, jak bez­dusz­ny po­tra­fił być dzia­dek, po­czu­ła się tak, jak­by ktoś wy­mie­rzył jej po­li­czek. Ze­bra­ła się jed­nak w so­bie i za­py­ta­ła go, czy to praw­da, czy on wie coś wię­cej niż ona.

– Nie bę­dzie le­piej, je­śli uznasz, że wo­lisz być śle­pa – od­parł oschle. – Idź już. Zrób so­bie z nimi to zdję­cie. Może się mylę.

Sie­dząc na po­ście­lo­nej ka­na­pie, roz­my­śla­ła o tym, że dzia­dek pra­wie za­wsze się my­lił. Jed­nak tam­te­go dnia do­brze wie­dział, o czym mówi. Osta­tecz­nie od­mó­wił po­zo­wa­nia do wspól­ne­go zdję­cia, któ­re w koń­cu zro­bi­li so­bie we tro­je, usta­wia­jąc w apa­ra­cie sa­mo­wy­zwa­lacz. Przez cały na­stęp­ny rok, ostat­ni, któ­ry ro­dzi­ce spę­dzi­li ra­zem, na­pię­cie mię­dzy nimi na­ra­sta­ło.

To wła­śnie wte­dy Lin­da dwu­krot­nie pró­bo­wa­ła po­peł­nić sa­mo­bój­stwo. Za pierw­szym ra­zem kie­dy pod­cię­ła so­bie żyły, zna­lazł ją oj­ciec. Nig­dy nie za­po­mnia­ła stra­chu, jaki ma­lo­wał się na jego twa­rzy. Ale le­ka­rze mu­sie­li mu chy­ba po­wie­dzieć, że w ten spo­sób Lin­da nie wy­rzą­dzi­ła­by so­bie żad­nej krzyw­dy. Ro­dzi­ce nie ro­bi­li jej po­tem wy­rzu­tów, nie usły­sza­ła od nich żad­ne­go przy­kre­go sło­wa. Ich żal ob­ja­wiał się ra­czej w spoj­rze­niach i wy­mow­nym mil­cze­niu. Pró­ba sa­mo­bój­cza Lin­dy wy­wo­ła­ła na­to­miast po­tęż­ną kłót­nię mię­dzy oboj­giem, po któ­rej Mona spa­ko­wa­ła swo­je rze­czy i opu­ści­ła miesz­ka­nie.

Po ja­kimś cza­sie Lin­da uzna­ła za dziw­ne, że wów­czas nie czu­ła się win­na roz­wo­du ro­dzi­ców. Wręcz prze­ciw­nie, na prze­kór wszyst­kie­mu my­śla­ła, że wy­świad­cza im przy­słu­gę, przy­czy­nia­jąc się do roz­pa­du mał­żeń­stwa, któ­re od lat było już mar­twe. Czę­sto za­ska­ki­wa­ła ją myśl, że ani razu z cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla niej płyt­kie­go snu nie wy­rwa­ły jej wię­cej żad­ne od­gło­sy z sy­pial­ni, świad­czą­ce o tym, że ro­dzi­ce upra­wia­ją seks. W koń­cu uzna­ła, że wbi­ła mię­dzy nich klin, któ­ry z cza­sem po­zwo­lił im się od sie­bie uwol­nić.

O dru­giej pró­bie sa­mo­bój­czej oj­ciec na­wet nie wie­dział. Była to naj­więk­sza ta­jem­ni­ca, jaką Lin­da przed nim skry­wa­ła. Cza­sem zda­wa­ło jej się, że jed­nak uda­ło mu się w ja­kiś spo­sób o tym do­wie­dzieć, ale już po chwi­li do­cho­dzi­ła do wnio­sku, że w jego świa­do­mo­ści, cór­ka tyl­ko raz pró­bo­wa­ła się za­bić. Tym­cza­sem ten dru­gi raz mógł skoń­czyć się tra­gicz­nie. Na­wet po wie­lu la­tach Lin­da mia­ła te chwi­le przed ocza­mi.

Była wów­czas szes­na­sto­lat­ką i pew­ne­go dnia po­je­cha­ła do mat­ki do Mal­mö. Dla Lin­dy roz­po­czął się wte­dy czas wiel­kich po­ra­żek, tak wiel­kich, ja­kie prze­ży­wa się tyl­ko bę­dąc na­sto­lat­kiem. Nie zno­si­ła sie­bie, z obrzy­dze­niem od­wra­ca­ła wzrok od lu­stra, a rów­no­cze­śnie ko­cha­ła swo­je od­bi­cie. Była prze­ko­na­na, że z jej cia­łem jest wszyst­ko nie tak. De­pre­sja za­kra­dła się po ci­chu, tak nie­zau­wa­żal­nie, że ob­ja­wy cho­ro­by były trud­ne do roz­po­zna­nia. Po­tem na­gle zro­bi­ło się za póź­no i zwąt­pie­nie do­pa­dło ją z całą siłą, wprost pro­por­cjo­nal­ną do bra­ku zro­zu­mie­nia, jaki oka­zy­wa­ła jej mat­ka. Tym, co naj­bar­dziej Lin­dę wów­czas za­bo­la­ło, była od­mo­wa Mony, kie­dy za­py­ta­ła, czy może za­miesz­kać z nią w Mal­mö. Nie na­rze­ka­ła na miesz­ka­nie z oj­cem, po pro­stu chcia­ła się wy­rwać do więk­sze­go mia­sta. Mat­ka oka­za­ła obo­jęt­ność.

Lin­da wy­szła wte­dy z jej miesz­ka­nia roz­wście­czo­na. Była wcze­sna wio­sna, na ra­ba­tach i traw­ni­kach le­żał jesz­cze śnieg, a od stro­ny cie­śni­ny Sund wiał przej­mu­ją­cy, zim­ny wiatr. Za­czę­ła snuć się po uli­cach, aż wresz­cie ru­szy­ła wzdłuż Re­ge­ments­ga­tan i zna­la­zła się przy sa­mym wy­jeź­dzie z Ystad. Gdzieś po dro­dze mu­sia­ła za­błą­dzić, po­nie­waż mia­ła ten sam zwy­czaj co oj­ciec, idąc, pa­trzy­ła pod nogi, przez co już wie­lo­krot­nie zda­rza­ło jej się wpaść na la­tar­nię lub za­par­ko­wa­ny sa­mo­chód. W koń­cu zna­la­zła się na wia­duk­cie nad au­to­stra­dą. Nie ma­jąc wła­ści­wie po­ję­cia dla­cze­go, wdra­pa­ła się na ba­rier­kę i sta­nę­ła na niej, z tru­dem ła­piąc rów­no­wa­gę na wie­trze. Pa­trzy­ła, jak w dole pę­dzą sa­mo­cho­dy, prze­ci­na­jąc ciem­ność stru­mie­nia­mi świa­teł. Nie wie, jak dłu­go tam sta­ła. Czu­ła się wów­czas tak, jak­by czy­ni­ła ja­kieś ostat­nie przy­go­to­wa­nie. Nie bała się ani nie było jej żal sa­mej sie­bie. Cze­ka­ła tyl­ko na to, aż prze­moż­ne zmę­cze­nie i ziąb ze­pchną ją w wiel­ką ciem­ną pust­kę.

Na­gle zo­rien­to­wa­ła się, że ktoś za nią stoi. A może obok, nie po­tra­fi­ła tego oce­nić. Usły­sza­ła czyjś szept. Po chwi­li zo­ba­czy­ła mło­dą ko­bie­tę o dzie­cin­nej twa­rzy, nie­wie­le star­szą od niej. Nie­zna­jo­ma mia­ła na so­bie mun­dur, była po­li­cjant­ką. Nie­co da­lej na mo­ście sta­ły dwa ra­dio­wo­zy mi­go­czą­ce nie­bie­ski­mi świa­tła­mi. Do Lin­dy po­de­szła jed­nak tyl­ko ko­bie­ta o twa­rzy dziec­ka. W od­da­li Lin­da do­strze­gła cie­nie ja­kichś lu­dzi, lecz wi­docz­nie to na mło­dą po­li­cjant­kę spa­dła cała od­po­wie­dzial­ność za spro­wa­dze­nie z ba­rier­ki nie­do­szłej sa­mo­bój­czy­ni. Prze­ma­wia­ła do niej spo­koj­nym to­nem, po­wie­dzia­ła, że ma na imię An­ni­ka, i pro­si je­dy­nie o to, żeby Lin­da ze­szła na zie­mię, bo skok w dół nie jest roz­wią­za­niem żad­ne­go pro­ble­mu. Lin­da w pierw­szej chwi­li od­mó­wi­ła, czu­ła, że musi bro­nić swo­jej de­cy­zji. Skąd niby ta An­ni­ka mia­ła wie­dzieć, od cze­go ona chce się uwol­nić? Po­li­cjant­ka jed­nak nie pod­da­ła się, nie stra­ci­ła cier­pli­wo­ści, wy­glą­da­ła wręcz na oso­bę, któ­ra nig­dy się nie de­ner­wu­je. Kie­dy w koń­cu Lin­da ze­szła z ba­rier­ki i za­czę­ła szlo­chać, An­ni­ka przy­tu­li­ła ją i pła­ka­ła ra­zem z nią. Lin­da po­wie­dzia­ła, że jej oj­ciec jest po­li­cjan­tem i nig­dy nie może się o tym do­wie­dzieć. Mat­ka też nie, ale przede wszyst­kim on nie może o tym usły­szeć. Po­li­cjant­ka obie­ca­ła, że nie za­wia­do­mi ro­dzi­ców. Po tym zda­rze­niu Lin­da wie­lo­krot­nie mia­ła ocho­tę skon­tak­to­wać się z An­ni­ką. Już bra­ła do ręki te­le­fon, żeby za­dzwo­nić na po­ste­ru­nek w Mal­mö, nig­dy jed­nak tego nie zro­bi­ła.

Od­sta­wi­ła fo­to­gra­fię na pół­kę, chwi­lę po­my­śla­ła o za­strze­lo­nym po­li­cjan­cie, po czym po­ło­ży­ła się wresz­cie spać. Z uli­cy do­bie­ga­ły od­gło­sy ja­kiejś kłót­ni. Przy­szło jej na myśl, że wkrót­ce bę­dzie mu­sia­ła sta­wać mię­dzy awan­tu­ru­ją­cy­mi się ludź­mi, roz­dzie­lać ich, uspo­ka­jać. Czy tego wła­śnie chcia­ła? Nie mia­ła pew­no­ści, zwłasz­cza tej nocy, kie­dy tak nie­spo­dzie­wa­nie w jej świat wdar­ła się przy­kra rze­czy­wi­stość z in­for­ma­cją o za­mor­do­wa­nym gdzieś w oko­li­cach En­köping po­li­cjan­cie.

Nie mo­gła spać, nie zmru­ży­ła oka pra­wie do sa­me­go rana. W koń­cu z łóż­ka wy­go­ni­ła ją ciot­ka, któ­ra śpie­szy­ła się do pra­cy. Kry­sty­na była ab­so­lut­nym prze­ci­wień­stwem swe­go bra­ta. Wy­so­ka, szczu­pła, mia­ła po­cią­głą twarz i mó­wi­ła nie­co pi­skli­wym gło­sem, z któ­re­go oj­ciec Lin­dy bar­dzo czę­sto żar­to­wał. Lin­da lu­bi­ła ciot­kę. Była w niej ja­kaś pro­sto­ta, nic się przy niej nie­po­trzeb­nie nie kom­pli­ko­wa­ło. Rów­nież to od­róż­nia­ło ją od Kur­ta, któ­ry wszę­dzie wo­kół wi­dział nie­roz­wią­zy­wal­ne pro­ble­my, za­rów­no w ży­ciu pry­wat­nym, jak i za­wo­do­wym, z tą róż­ni­cą, że na te dru­gie rzu­cał się z ener­gią szar­żu­ją­ce­go niedź­wie­dzia.

Tuż przed dzie­wią­tą rano Lin­da po­je­cha­ła na lot­ni­sko Ar­lan­da, li­cząc na to, że może zła­pie ja­kiś sa­mo­lot do Mal­mö. Pierw­sze stro­ny ga­zet peł­ne były wia­do­mo­ści o za­bi­tym funk­cjo­na­riu­szu. Uda­ło jej się ku­pić bi­let na lot o dwu­na­stej, a kie­dy wy­lą­do­wa­ła na lot­ni­sku Stu­rup, za­dzwo­ni­ła do ojca z proś­bą, żeby ją stam­tąd ode­brał.

– Do­brze się ba­wi­łaś? – za­py­tał na po­wi­ta­nie.

– A jak my­ślisz? – od­par­ła.

– Skąd mam wie­dzieć? Nie było mnie tam.

– Prze­cież dzwo­ni­łam do cie­bie w nocy, nie pa­mię­tasz?

– Pew­nie, że pa­mię­tam. By­łaś nie­mi­ła.

– By­łam zmę­czo­na i zła. Za­strze­lo­no po­li­cjan­ta, więc prze­rwa­li­śmy im­pre­zę. Po czymś ta­kim nie moż­na być w do­brym na­stro­ju.

Oj­ciec po­ki­wał gło­wą w mil­cze­niu. Pod­wiózł ją na Ma­ria­ga­tan.

– Jak tam spra­wa tego sa­dy­sty?

W pierw­szej chwi­li nie zro­zu­miał, o co Lin­da pyta.

– Tego drę­czy­cie­la zwie­rząt. Od pło­ną­cych ła­bę­dzi – wy­ja­śni­ła.

– Wy­glą­da na to, że ten ktoś, dzwo­niąc na ko­mi­sa­riat, po pro­stu pró­bo­wał zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Wo­kół je­zio­ra miesz­ka spo­ro lu­dzi, więc je­śli to praw­da, mu­sie­li­by coś za­uwa­żyć.

Kurt Wal­lan­der po­je­chał z po­wro­tem na ko­men­dę, Lin­da zaś, wszedł­szy do miesz­ka­nia, za­sta­ła przy te­le­fo­nie wia­do­mość. Ze­szłe­go wie­czo­ru dzwo­ni­ła Anna. Od­dzwoń, to pil­ne, prze­ka­za­ła. Oj­ciec na­ba­zgrał też parę słów z boku, ale nie zdo­ła­ła ich od­czy­tać. Od razu po­sta­no­wi­ła do nie­go za­dzwo­nić.

– Dla­cze­go mi nie po­wie­dzia­łeś, że dzwo­ni­ła Anna?

– Za­po­mnia­łem.

– Co tu jest na­pi­sa­ne? Obok tej wia­do­mo­ści?

– Za­no­to­wa­łem, że Anna była zde­ner­wo­wa­na.

– Co masz na my­śli?

– To, co po­wie­dzia­łem. Spra­wia­ła wra­że­nie zde­ner­wo­wa­nej. Naj­le­piej od razu do niej za­dzwoń.

Roz­łą­czyw­szy się, Lin­da wy­stu­ka­ła nu­mer przy­ja­ciół­ki. Naj­pierw było za­ję­te, po­tem nikt nie od­bie­rał. Pró­bo­wa­ła do­dzwo­nić się póź­niej, też bez­sku­tecz­nie. Po siód­mej, po ko­la­cji z oj­cem, wło­ży­ła kurt­kę i po­szła do domu Anny. Gdy tyl­ko zo­ba­czy­ła przy­ja­ciół­kę w drzwiach, od razu zro­zu­mia­ła, co miał na my­śli oj­ciec. Anna wy­glą­da­ła in­a­czej, była zmie­nio­na na twa­rzy. W jej oczach wi­dać było nie­po­kój. Wcią­gnę­ła Lin­dę do środ­ka i za­mknę­ła drzwi.

Wy­glą­da­ło to tak, jak­by chcia­ła jak naj­szyb­ciej zo­sta­wić cały świat za nimi.

5

Lin­dę na­gle ude­rzy­ło to, że Anna wy­glą­da jak jej mat­ka Hen­riet­ta. Szczu­pła, wręcz chu­da ko­bie­ta o ner­wo­wych ru­chach. Lin­da za­wsze się tro­chę o nią bała, nie mo­gąc po­zbyć się upo­rczy­wej my­śli, że mat­ka Anny jest kru­chą wazą, któ­ra może się stłuc w każ­dej chwi­li, kie­dy ktoś za gło­śno coś po­wie lub wy­ko­na ja­kiś gwał­tow­ny ruch. Ci­sza i spo­kój zda­wa­ły się naj­waż­niej­sze w jej ży­ciu.

Lin­da do­brze za­pa­mię­ta­ła swo­ją pierw­szą wi­zy­tę u Anny. Mia­ła wów­czas osiem lub dzie­więć lat, Anna cho­dzi­ła do rów­no­le­głej kla­sy, lecz żad­na z nich nig­dy nie umia­ła po­wie­dzieć, co je do sie­bie zbli­ży­ło. Coś nas do sie­bie przy­cią­gnę­ło, my­śla­ła Lin­da. Lu­dzie za­rzu­ca­ją na sie­bie na­wza­jem nie­wi­dzial­ne las­so. Tak wła­śnie było ze mną i z Anną. By­ły­śmy nie­roz­łącz­ne aż do dnia, w któ­rym sta­nął mię­dzy nami tam­ten chło­pak.

Oj­ciec Anny ist­niał tyl­ko na paru wy­bla­kłych fo­to­gra­fiach, ale i tak ani jed­na nie sta­ła na kre­den­sie lub na pół­ce. Hen­riet­ta za­tar­ła wszel­kie śla­dy po mężu, jak­by chcia­ła dać cór­ce do zro­zu­mie­nia, że oj­ciec nig­dy nie wró­ci. Od­szedł i żad­na z nich już go nie zo­ba­czy. Anna prze­cho­wy­wa­ła parę jego zdjęć na sa­mym dnie szu­fla­dy z bie­li­zną. Lin­da uj­rza­ła na nich męż­czy­znę z dłu­gi­mi wło­sa­mi, w oku­la­rach i o spoj­rze­niu da­ją­cym wy­raź­nie do zro­zu­mie­nia, że sfo­to­gra­fo­wa­no go bez jego zgo­dy. Anna po­ka­za­ła jej te fo­to­gra­fie w naj­więk­szej ta­jem­ni­cy. Kie­dy zo­sta­ły przy­ja­ciół­ka­mi, ojca nie było już od dwóch lat. Anna zaś pro­wa­dzi­ła ci­chą woj­nę z mat­ką, opróż­nia­ją­cą miesz­ka­nie ze wszyst­kich ko­ja­rzą­cych się z nim rze­czy. Gdy kie­dyś Hen­riet­ta spa­ko­wa­ła jego ostat­nie ubra­nia do wor­ka i po­sta­wi­ła w piw­ni­cy obok śmie­ci, Anna ze­szła w nocy na dół i za­bra­ła parę bu­tów oraz ko­szu­lę. Ukry­ła zdo­bycz pod łóż­kiem. Dla Lin­dy nie­obec­ny oj­ciec Anny był swe­go ro­dza­ju przy­go­dą. Ży­czy­ła so­bie w du­chu, by sta­ło się na od­wrót, żeby to jej cią­gle skłó­ce­ni ro­dzi­ce pew­ne­go dnia roz­pły­nę­li się w po­wie­trzu jak smu­ga dymu.

Usia­dły na ka­na­pie. Anna opar­ła się ple­ca­mi o po­dusz­kę, tak że jej twarz zna­la­zła się w pół­cie­niu.

– Jak się udał bal? – za­py­ta­ła.

– W pew­nym mo­men­cie do tań­ca przy­łą­czył się mar­twy po­li­cjant i wte­dy za­koń­czy­li­śmy za­ba­wę. Ale suk­nia była na­praw­dę pięk­na.

Do­brze to znam, po­my­śla­ła Lin­da. Anna nig­dy nie prze­cho­dzi od razu do rze­czy. Je­śli ma coś waż­ne­go do po­wie­dze­nia, musi to tro­chę po­trwać.

– A co u two­jej mamy? – spy­ta­ła Lin­da.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku. – Anna wzru­szy­ła ra­mio­na­mi w re­ak­cji na wła­sne sło­wa. – W po­rząd­ku. Dla­cze­go mó­wię, że wszyst­ko u niej w po­rząd­ku? Czu­je się go­rzej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. W cią­gu ostat­nich dwóch lat na­pi­sa­ła re­qu­iem o swo­im ży­ciu. Bez­i­mien­na msza, tak je na­zy­wa. Już dwu­krot­nie wrzu­ca­ła par­ty­tu­rę do ko­min­ka i jak do­tąd za każ­dym ra­zem uda­wa­ło się jej w ostat­niej chwi­li wy­cią­gnąć ją z pło­mie­ni. Po­czu­cie wła­snej war­to­ści ma tak samo ni­skie, jak ktoś, komu zo­stał w ustach ostat­ni ząb.

– Jak brzmi jej mu­zy­ka?

– Nie­wie­le z tego sły­sza­łam. Raz pró­bo­wa­ła mi coś przed­sta­wić, pod­śpie­wu­jąc pod no­sem. To była jed­na z tych nie­licz­nych chwil, kie­dy uda­je jej się uwie­rzyć, że to, co robi, ma ja­kąś war­tość. Nie zdo­ła­łam wy­ło­wić z tego żad­nej me­lo­dii. Za­sta­na­wiam się cza­sem, czy w ogó­le może ist­nieć mu­zy­ka nie­zło­żo­na z me­lo­dii. Jej utwo­ry brzmią jak krzyk, kie­dy ich słu­chasz masz wra­że­nie, że ktoś cię kłu­je albo bije. Nie są­dzę, aby kie­dy­kol­wiek chcia­no tego słu­chać, choć rów­no­cze­śnie ją po­dzi­wiam, że się nie pod­da­je. Dwu­krot­nie pró­bo­wa­łam ją na­mó­wić, żeby za­ję­ła się w ży­ciu czymś in­nym, prze­cież nie skoń­czy­ła jesz­cze na­wet pięć­dzie­siąt­ki. Za każ­dym ra­zem na­pa­da­ła na mnie, krzy­cza­ła, szar­pa­ła się, dra­pa­ła i plu­ła. My­śla­łam wte­dy, że moja mat­ka naj­pew­niej nie­dłu­go zwa­riu­je.

Anna za­mil­kła, jak­by na­gle się wy­stra­szy­ła, że po­wie­dzia­ła zbyt wie­le. Lin­da cze­ka­ła na ciąg dal­szy. Przy­po­mnia­ło jej się, że tam­te­go dnia, kie­dy od­kry­ły, że obie ko­cha­ją się w tym sa­mym chło­pa­ku, też sie­dzia­ły ra­zem na ka­na­pie i żad­na nie chcia­ła ode­zwać się pierw­sza. W ci­szy kon­tem­plo­wa­ły prze­ra­ża­ją­cą myśl, że ich przy­jaźń zo­sta­ła wy­sta­wio­na na cięż­ką pró­bę. Wów­czas mil­cze­nie trwa­ło cały wie­czór, aż do póź­na w nocy. Były w miesz­ka­niu przy Ma­ria­ga­tan, mat­ka Lin­dy już się wy­pro­wa­dzi­ła, a oj­ciec krą­żył gdzieś po le­sie w oko­li­cach Ka­de­sjö, szu­ka­jąc sza­leń­ca, któ­ry na­padł na tak­sów­ka­rza. Lin­da pa­mię­ta­ła na­wet, że Anna pach­nia­ła wte­dy wa­ni­lią. Czy ist­nie­ją per­fu­my o za­pa­chu wa­ni­lii?, za­sta­no­wi­ła się. Albo ja­kieś my­dło? Nie za­py­ta­ła o to tam­te­go wie­czo­ru i nie za­mie­rza­ła wspo­mi­nać o tym w tej chwi­li.

Anna usia­dła pro­sto i jej twarz wy­ło­ni­ła się z pół­cie­nia.

– Czy kie­dy­kol­wiek mia­łaś wra­że­nie, że tra­cisz ro­zum? – za­py­ta­ła.

– Pra­wie co­dzien­nie je mam.

Anna po­krę­ci­ła gło­wą, wy­raź­nie po­iry­to­wa­na.

– Nie żar­tu­ję. Py­tam po­waż­nie.

Lin­da na­tych­miast spo­waż­nia­ła.

– Prze­cież wiesz, że tak.

– Pod­cię­łaś so­bie żyły, no i we­szłaś na tę ba­rier­kę. Ale to były ob­ja­wy roz­pa­czy. To nie to samo. Każ­dy cza­sem czu­je, że ży­cie stra­ci­ło sens, i chy­ba każ­dy musi to prze­żyć. To nie­mal jak krok w do­ro­słość, ini­cja­cja. Je­śli się choć raz nie wrzesz­cza­ło tak w opę­ta­niu w stro­nę wzbu­rzo­ne­go mo­rza, do księ­ży­ca lub na ro­dzi­ców, nie moż­na do­ro­snąć. Księż­nicz­ka i ksią­żę Bez­tro­scy to prze­klę­te isto­ty, któ­rym wstrzyk­nię­to ja­kiś śro­dek odu­rza­ją­cy pro­sto w du­szę. My, któ­rzy ży­je­my, mu­si­my wie­dzieć co to roz­pacz.

Lin­da za­zdro­ści­ła przy­ja­ciół­ce umie­jęt­no­ści do­bie­ra­nia słów. Myśl i ję­zyk. Je­śli chcia­ła­bym mó­wić tak pięk­nie jak ona, naj­pierw mu­sia­ła­bym so­bie wszyst­ko na­pi­sać na kart­ce.

– Nig­dy się nie ba­łam, że zwa­riu­ję – od­par­ła.

Anna wsta­ła, po­de­szła do okna i po chwi­li znów wró­ci­ła na ka­na­pę. Z cza­sem wszy­scy upo­dab­nia­my się do ro­dzi­ców, po­my­śla­ła Lin­da. Tak samo prze­cież ro­bi­ła jej mat­ka, kie­dy chcia­ła opa­no­wać zde­ner­wo­wa­nie. Wsta­wa­ła, pod­cho­dzi­ła do okna i wra­ca­ła na miej­sce. Mój oj­ciec spla­ta ręce na pier­si i moc­no je za­ci­ska, a Mona po­cie­ra nos. Co w ta­kich sy­tu­acjach ro­bi­ła moja bab­cia? Umar­ła, kie­dy by­łam mała, i pra­wie wca­le jej nie pa­mię­tam. A dzia­dek? On nie za­ci­skał pię­ści ani nie pod­cho­dził do okna. Ma­chał na wszyst­ko ręką i wra­cał do ma­lo­wa­nia tych swo­ich kosz­mar­nych ob­ra­zów.

– Wy­da­je mi się, że wczo­raj wi­dzia­łam na uli­cy w Mal­mö mo­je­go ojca – oznaj­mi­ła Anna nie­spo­dzie­wa­nie.

Lin­da zmarsz­czy­ła czo­ło, cze­ka­jąc na wy­ja­śnie­nie, przy­ja­ciół­ka jed­nak mil­cza­ła.

– Wy­da­je ci się, że wi­dzia­łaś na uli­cy w Mal­mö two­je­go ojca? – za­py­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem.

– Tak.

Lin­da za­sta­no­wi­ła się chwi­lę.

– Ale prze­cież nig­dy go nie wi­dzia­łaś. To zna­czy wi­dzia­łaś, ale by­łaś wte­dy tak mała, że nie mo­głaś go za­pa­mię­tać.

– Za­po­mi­nasz, że mam jego zdję­cia.

Lin­da szyb­ko po­li­czy­ła coś w gło­wie.

– Znik­nął dwa­dzie­ścia pięć lat temu – po­wie­dzia­ła.

– Dwa­dzie­ścia czte­ry – po­pra­wi­ła ją Anna.

– No do­brze, dwa­dzie­ścia czte­ry. Jak wy­glą­da czło­wiek po dwu­dzie­stu czte­rech la­tach? Nie wia­do­mo. Moż­na tyl­ko przy­pusz­czać, że cał­kiem in­a­czej.

– Ale to był on. Mama opo­wie­dzia­ła mi kie­dyś o jego spoj­rze­niu. Je­stem pew­na, że to jego wi­dzia­łam. To mu­siał być on.

– Nie wie­dzia­łam na­wet, że wczo­raj by­łaś w Mal­mö. Są­dzi­łam, że kie­dy cię tu nie ma, je­steś w Lund, na uczel­ni, czy gdzie tam się uczysz.

Anna spoj­rza­ła na Lin­dę uważ­nie.

– Nie wie­rzysz mi – po­wie­dzia­ła.

– Ty sama so­bie nie wie­rzysz.

– Męż­czy­zna, któ­re­go wi­dzia­łam na uli­cy, jest moim oj­cem – po­wtó­rzy­ła, sa­do­wiąc się na ka­na­pie. – Masz ra­cję. Po­win­nam być w Lund, ale kie­dy do­tar­łam do Mal­mö i mia­łam się prze­siąść, oka­za­ło się, że po­ciąg ma ja­kąś awa­rię, a na­stęp­ny bę­dzie do­pie­ro za dwie go­dzi­ny. By­łam zła, bo nie zno­szę cze­kać. Po­szłam więc do mia­sta i snu­łam się po uli­cach bez celu. Chcia­łam tyl­ko, żeby mi­nął już ten okrop­ny pu­sty czas. We­szłam do ja­kie­goś skle­pu i ku­pi­łam raj­sto­py, któ­rych wca­le nie po­trze­bo­wa­łam. Przed ho­te­lem S:t Jör­gen ze­mdla­ła ja­kaś ko­bie­ta i upa­dła na chod­nik. Nie po­de­szłam bli­sko, bo czu­ję się bar­dzo nie­swo­jo, kie­dy ko­muś ob­ce­mu na­gle coś złe­go się dzie­je. Ko­bie­cie pod­wi­nę­ła się spód­ni­ca i wku­rzy­ło mnie to, że nikt jej nie po­pra­wił ubra­nia. By­łam pew­na, że ona nie żyje. Lu­dzie sta­li do­ko­ła niej i pa­trzy­li, jak­by była ja­kimś mar­twym, wy­rzu­co­nym na pla­żę zwie­rzę­ciem. Ode­szłam stam­tąd i ru­szy­łam w stro­nę cen­trum han­dlo­we­go Trian­geln. Jest tam taki ho­tel ze szkla­ną win­dą. We­szłam do środ­ka, żeby wje­chać na ostat­nie pię­tro. Za­wsze to ro­bię, kie­dy tam je­stem, lu­bię wzno­sić się w górę jak w szkla­nej bań­ce. Tym ra­zem jed­nak mi się nie uda­ło, bo wpro­wa­dzo­no ja­kąś zmia­nę i te­raz win­dę moż­na uru­cho­mić tyl­ko za po­mo­cą klu­cza do po­ko­ju. To była na­praw­dę nie­mi­ła nie­spo­dzian­ka, po­czu­łam się tak, jak­by mi ktoś ode­brał za­baw­kę. Usia­dłam więc w fo­te­lu przy oknie z za­mia­rem po­zo­sta­nia tam, aż przyj­dzie pora, by wró­cić na dwo­rzec.

To wła­śnie wte­dy go za­uwa­ży­łam. Stał na chod­ni­ku, na dwo­rze ze­rwał się tak moc­ny wiatr, że po­dmu­chy wpra­wia­ły szy­bę w drga­nia. Spoj­rza­łam na ze­wnątrz i on tam był. Pa­trzył na mnie. Wpa­try­wa­li­śmy się w sie­bie ja­kieś pięć se­kund, po­tem on spu­ścił wzrok i od­szedł. By­łam tak wstrzą­śnię­ta, że w pierw­szej chwi­li nie wpa­dłam na to, by za nim pójść. Nie od razu też uwie­rzy­łam, że to wła­śnie jego wi­dzia­łam. Uzna­łam to za przy­wi­dze­nie albo coś w ro­dza­ju déjà vu, uczu­cie, kie­dy na­gle roz­po­zna­je­my ko­goś zna­jo­me­go w mi­ja­nym na uli­cy, zu­peł­nie ob­cym czło­wie­ku. Gdy w koń­cu wy­bie­głam na uli­cę, oczy­wi­ście nig­dzie go już nie było. Po­sta­no­wi­łam wró­cić na dwo­rzec, lecz po dro­dze roz­glą­da­łam się za nim po uli­cach, wę­szy­łam jak dzi­ki zwierz. Nig­dzie go nie spo­tka­łam. By­łam tak pod­eks­cy­to­wa­na, że wca­le nie wsia­dłam do po­cią­gu, tyl­ko jesz­cze raz po­szłam do cen­trum i wszę­dzie szu­ka­łam. Choć nie uda­ło mi się go od­na­leźć, je­stem pew­na, że to był on. Na chod­ni­ku przed tam­tym ho­te­lem stał mój oj­ciec. Był star­szy niż na fo­to­gra­fii, ale po­czu­łam się tak, jak­by na dnie szu­fla­dy uda­ło mi się od­na­leźć wię­cej zdjęć, któ­rych nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łam. To na pew­no był on. Mama kie­dyś opi­sa­ła mi jego spoj­rze­nie, po­wie­dzia­ła, że miał zwy­czaj zer­kać w górę, w nie­bo, za­nim na co­kol­wiek po­pa­trzył. Do­kład­nie coś ta­kie­go wi­dzia­łam przez ho­te­lo­we okno. Nie miał tak dłu­gich wło­sów, jak na zdję­ciach, i inne oku­la­ry, bez tych gru­bych pla­sti­ko­wych opra­wek, nie­mal same szkła. To był on. Je­stem tego pew­na. Za­dzwo­ni­łam do cie­bie, bo mu­sia­łam o tym z kimś po­roz­ma­wiać, żeby nie zwa­rio­wać. To był mój oj­ciec. Na do­da­tek nie tyl­ko ja go roz­po­zna­łam, to on pierw­szy mnie za­uwa­żył i za­trzy­mał się. Sta­nął, bo też mnie roz­po­znał.

Lin­da zro­zu­mia­ła, że Anna na­praw­dę wie­rzy w to, że na uli­cy w Mal­mö wi­dzia­ła swo­je­go ojca. Pró­bo­wa­ła przy­po­mnieć so­bie za­ję­cia, ja­kie mia­ła ja­kiś czas temu na uczel­ni. Do­ty­czy­ły przy­wi­dzeń świad­ków zda­rzeń. Po­my­śla­ła o tym, cze­go na­uczy­ła się na te­mat ry­so­pi­sów, oraz o ćwi­cze­niach, ja­kie wy­ko­ny­wa­li na kom­pu­te­rach. Każ­dy z nich miał za za­da­nie stwo­rzyć wi­ze­ru­nek sa­me­go sie­bie star­sze­go o dwa­dzie­ścia lat. Prze­ko­na­ła się wów­czas, że w mia­rę upły­wu cza­su co­raz bar­dziej upo­dab­nia się do ojca, może na­wet do dziad­ka. Nie­ubła­ga­nie po­dą­ża­my śla­dem ro­dzi­ców i dziad­ków, do­szła do wnio­sku tam­te­go dnia. Na na­szych twa­rzach wi­dać śla­dy wszyst­kich przod­ków. Je­śli bę­dąc dziec­kiem, jest się po­dob­nym do mat­ki, być może na sta­rość skoń­czy się z twa­rzą ojca. A je­że­li w po­de­szłym wie­ku czło­wiek nie roz­po­zna­je swo­jej twa­rzy, za­pew­ne do gło­su do­szły ce­chy daw­no za­po­mnia­nych przod­ków. Trud­no jej było uwie­rzyć, że Anna na­praw­dę spo­tka­ła swo­je­go ojca. Jemu zaś z pew­no­ścią by­ło­by nie­ła­two roz­po­znać cór­kę w do­ro­słej ko­bie­cie. Ostat­ni raz wi­dział ją prze­cież, kie­dy była małą dziew­czyn­ką. Chy­ba że przez cały ten czas śle­dził z ukry­cia jej do­ra­sta­nie, to­wa­rzy­szył jej jak cień, a ona nic o tym nie wie­dzia­ła.

Lin­da szyb­ko prze­bie­gła w my­ślach wszyst­kie zna­ne jej fak­ty na te­mat ta­jem­ni­cze­go Ery­ka We­sti­na. Kie­dy Anna przy­szła na świat, jej ro­dzi­ce byli jesz­cze bar­dzo mło­dzi. Obo­je wy­cho­wa­li się w wiel­kich mia­stach, lecz po­tem dali się po­rwać fali nio­są­cej mło­dych lu­dzi do pro­eko­lo­gicz­nych ko­mun, po­wsta­ją­cych w ma­łych skań­skich mia­stecz­kach i wsiach. Lin­da za­pa­mię­ta­ła, że oj­ciec Anny miał opi­nię „zło­tej rącz­ki” i pew­ne­go dnia za­jął się wy­twa­rza­niem ory­gi­nal­nych, zdro­wych dla stóp san­da­łów. Rów­no­cze­śnie mia­ła świa­do­mość, że mat­ka Anny czę­sto opi­sy­wa­ła go jako nie­od­po­wie­dzial­ne­go lek­ko­du­cha, pa­lą­ce­go ha­szysz wiecz­ne­go chłop­ca, któ­ry pa­syw­ność uczy­nił swo­im spo­so­bem na ży­cie i nie miał po­ję­cia, co ozna­cza od­po­wie­dzial­ność za dziec­ko. Ale dla­cze­go od­szedł? Nie zo­sta­wił żad­ne­go li­stu i nic też nie za­po­wia­da­ło jego na­głe­go znik­nię­cia. Po­li­cja szu­ka­ła go ja­kiś czas, nie na­tra­fi­ła jed­nak na ża­den ślad świad­czą­cy o tym, by padł ofia­rą zbrod­ni.

Eryk We­stin mu­siał do­brze za­pla­no­wać swo­ją uciecz­kę. Wraz z nim znik­nął jego pasz­port i wszyst­kie zgro­ma­dzo­ne przez nie­go pie­nią­dze. Nie mo­gło ich być wie­le, w koń­cu mie­li skrom­ne do­cho­dy. Więk­szość zdo­był, sprze­da­jąc sa­mo­chód, któ­ry wła­ści­wie był sa­mo­cho­dem mat­ki Anny, bo to ona za­ro­bi­ła na nie­go, bio­rąc noc­ne dy­żu­ry w szpi­ta­lu. Pew­ne­go dnia Eryk We­stin po pro­stu znik­nął. Po­nie­waż wcze­śniej już się zda­rza­ło, że prze­pa­dał na tro­chę, mat­ka Anny od­cze­ka­ła dwa ty­go­dnie, za­nim po­wia­do­mi­ła po­li­cję o jego znik­nię­ciu.

Lin­da za­pa­mię­ta­ła, że jej oj­ciec w ja­kiś spo­sób uczest­ni­czył w po­szu­ki­wa­niach We­sti­na. Po­nie­waż jed­nak śledz­two wy­ka­za­ło, że z jego znik­nię­ciem nie wią­że się żad­ne prze­stęp­stwo, spra­wę umo­rzo­no. Poza tym nic go nie ob­cią­ża­ło, nie był o nic oskar­żo­ny, nie miał do od­by­cia żad­nej kary. Nic też nie wska­zy­wa­ło na to, by stra­cił ro­zum. Parę mie­się­cy przed znik­nię­ciem prze­cho­dził szcze­gó­ło­we ba­da­nia, z któ­rych wy­ni­ka­ło, że był zdrów jak ryba, z wy­jąt­kiem nie­znacz­nej ane­mii.

Lin­da zna­ła sta­ty­sty­ki, wie­dzia­ła więc, że więk­szość po­szu­ki­wa­nych osób po ja­kimś cza­sie się od­naj­du­je. Znacz­na licz­ba tych, któ­rzy nig­dy nie wra­ca­ją do domu, oka­zu­je się sa­mo­bój­ca­mi, resz­ta zaś ukry­wa się świa­do­mie. Za­le­d­wie nie­wiel­ki od­se­tek za­gi­nio­nych pada ofia­rą ja­kiejś zbrod­ni. To ci, któ­rych po­cho­wa­no w nie­zna­nym miej­scu lub uto­pio­no w rze­ce albo je­zio­rze, z no­ga­mi spę­ta­ny­mi łań­cu­chem.

– Roz­ma­wia­łaś już o tym z mat­ką? – za­py­ta­ła Lin­da.

– Jesz­cze nie.

– Dla­cze­go?

– Nie wiem. Chy­ba wciąż je­stem w szo­ku.

– Może po pro­stu w głę­bi du­cha czu­jesz, że to jed­nak nie mógł być on.

Anna spoj­rza­ła na Lin­dę z wy­rzu­tem.

– Je­stem pew­na, że to on. Je­śli to nie był mój oj­ciec, w moim mó­zgu mu­sia­ło dojść do ja­kie­goś spię­cia. To dla­te­go za­py­ta­łam cię, czy kie­dyś mia­łaś wra­że­nie, że za­raz zwa­riu­jesz.

– Ale po co miał­by te­raz wra­cać? Po dwu­dzie­stu czte­rech la­tach? Dla­cze­go się tam za­trzy­mał i wpa­try­wał się w cie­bie przez okno? Skąd wie­dział, że tam je­steś?

– Nie mam po­ję­cia.

Anna znów wsta­ła z ka­na­py, po­de­szła do okna i za mo­ment wró­ci­ła.

– Cza­sem my­ślę, że może on nig­dy tak na­praw­dę nie znik­nął. Może po pro­stu wo­lał być nie­wi­dzial­ny.

– Ale dla­cze­go?