Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 361 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nikołaj i Bibigul - Dmitrij Aleksandrowicz Strelnikoff

Nikołaj Mienszykow, zamożny rosyjski biznesmen w wieku średnim, rozdarty między Moskwą i Paryżem, otrzymuje osobliwy prezent urodzinowy: list od dawno zmarłego przodka z informacją o czekającym na niego skarbie. Wyrusza do Ałmaty w Kazachstanie – miasta swojego dzieciństwa. Podróż okazuje się twardą konfrontacją z rzeczywistością: zmienili się ludzie, obce stały się miejsca, trudno odnaleźć nawet grób dziadków, a rodzinnej kamienicy broni przed rozbiórką wariatka. Duma dawnego kolonizatora miesza się w Nikołaju z rozgoryczeniem i poczuciem wszechogarniającej straty. A to dopiero początek wyprawy śladami przodków. W pechowych dla siebie okolicznościach spotyka Bibigul – młodą kobietę, która proponuje mu niebezpieczną grę... W Nikołaju i Bibigul pierwszorzędna intryga przygodowa sąsiaduje z celnymi obserwacjami reportażowymi i opisami egzotycznego kraju. Strelnikoff, autor bestsellerowego Ruskiego miesiąca, tym razem walczy ze stereotypem Rosjanina i Kazacha, wprowadzając czytelnika w postkolonialną rzeczywistość pogranicza Europy i Azji.

Opinie o ebooku Nikołaj i Bibigul - Dmitrij Aleksandrowicz Strelnikoff

Fragment ebooka Nikołaj i Bibigul - Dmitrij Aleksandrowicz Strelnikoff

Dmitrij Strelnikoff(ur. 1969) – rosyjski poeta i prozaik, piszący po polsku i po rosyjsku, biolog, dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny. W Polsce wydał dotychczas tom wierszyHomo mirabilis(2004), zbiór opowiadańNocne życie aniołów(2007) oraz znakomicie przyjętą powieśćRuski miesiąc(W.A.B. 2008). Jest także autoremWielkiej encyklopedii zwierząt,która ukazywała się w latach 2006-2007, oraz współautorem ilustrowanej książki o dobrym jedzeniuUgryźćświat(2008). Strona internetowa: www.strelnikoff.strona.pl

DMITRIJ STRELNIKOFF

NIKOŁAJ i BIBIGUL

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2009

Wydanie I 

Warszawa 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Cytat

W półmroku półgwiazdy 

Zapaliły się na półniebiosach. 

Nękani półstrachem 

Półludzie, niczym gwoździe, 

Zastygli na ugiętych nogach.

Moskwa, 1992

Aby narysować ptaka, najpierw trzeba narysować klatkę.

Jacques Prevert

Część pierwsza

1

Tego nie dało się cofnąć. Niczego już nie można było cofnąć. Nad głową Nikołaja kotłowało się ciężkie, trzykolorowe jesienne niebo i unosiły się targane porywami wiatru mewy. Szybko sunące strzępiaste chmury co chwilę zasłaniały podwójny biały ślad po samolocie pasażerskim – dwie białe równoległe linie, dwie drogi, które nigdy się nie spotkają, nie nałożą, nie skrzyżują. Patrząc na nie, Nikołaj uśmiechał się obłędnie i w cichości ducha przytakiwał swoim myślom, upatrując w tych liniach potwierdzenia słuszności swojej decyzji. Wszystko było jasne: komu w drogę, temu czas. Przed swoim ostatnim krokiem nie czuł strachu ani najmniejszej tremy. Był opanowany i szczęśliwy – rezygnacja z życia oznaczała dla niego uzdrowienie, była jedyną możliwością połączenia w całość jego rozpłatanego na pół świata.

– Już czas – powiedział niezbyt głośno, ale wyraźnie i stanowczo, i zaczął wspinać się na żelazne elementy konstrukcyjne Paryskiej Damy.

O tej porze na wieży Eiffla było niewielu turystów i prawie nikt nie zauważył, jak młody mężczyzna pokonuje zabezpieczenia i wdrapuje się na krawędź potężnej metalowej belki. Widok paryskiego Pola Marsowego wywołał w pamięci Nikołaja obrazy petersburskiego parku i placu o tej samej nazwie. Ten epizod mężczyzna również uznał za dobry znak; tak, dobrze wybrał miejsce na swój ostatni popis. Gdy już miał zamiar skoczyć, ze zdumieniem zauważył, że nie jest sam. Kroczył ku niemu jakiś uśmiechnięty jegomość. Nieznajomy szedł szybko, pewnie stąpając nad przepaścią i wymachując zwiniętą w rulonik gazetą.

– To co? Lecimy? – zapytał wesoło Nikołaja, biorąc go za łokieć. I nie czekając na odpowiedź, dał susa w dół i pociągnął samobójcę za sobą.

W powietrzu mężczyźni się rozdzielili. Nikołaj spadał sam. Fakt, że z górnej części klepsydry jego życia wysypują się ostatnie ziarenka piasku, zajmował go o wiele mniej niż pytanie, dlaczego spada plecami w dół. Chciał widzieć zbliżającą się ziemię, pragnął ze spokojem spojrzeć śmierci w oczy, tymczasem widział tylko trójkolorowe niebo i szybujące po nim mewy. O dziwo, nie przesuwało mu się przed oczami, klatka po klatce, całe jego życie. Widział tylko jeden kadr: niebo i mewy.

– Dlaczego? – krzyknął zdezorientowany. – Dlaczego?!

Wtedy nieznajomy jegomość podleciał i mocno chwycił go za rękę…

– Wszystko w porządku? – z ładnym, ale oficjalnym uśmiechem na zadbanej twarzy spytała Nikołaja stewardesa, podając mu zestaw obiadowy.

– Tak. Dziękuję – odpowiedział cicho, będąc wciąż pod wrażeniem chwili upadku. – Zasnąłem – dodał, zbierając myśli. – Nic nie przegapiłem? Nikt nas nie porwał?

– Niech pan tak nie żartuje! – oburzyła się, nadal z uśmiechem na ustach, stewardesa.

– To dobrze. – Nikołaj zerknął na zegarek. – Śpieszę się, mam sprawę do załatwienia, nie chciałbym się spóźnić.

Samolot kazachskich linii lotniczych, jedna z kilkunastu maszyn kazachsko-brytyjskiej flotylli, półtorej godziny wcześniej wystartował z międzynarodowego portu lotniczego Moskwa-Szeremietiewo i już pokonał blisko połowę drogi do stolicy Siedmiorzecza, Ałmaty, rodzinnego miasta Nikołaja, największego i najważniejszego w Kazachstanie. W dole rozpościerały się niezmierzone, bezludne obszary, których melodia, płynąca z nieogarnionych głębin, rozbudzała w duszy Nikołaja jeszcze większą nostalgię niż podróż do ziemi ojczystej.

Jak mogliśmy to wszystko stracić?, powtarzał niczym mantrę, pytanie, które od kilkunastu lat nie dawało mu spokoju. Jak mogliśmy to wszystko stracić? Oddać tyle ziemi tym…? Nikołaj popatrzył na Kazachów i Kirgizów, pasażerów i członków załogi. Tym… Jak mogliśmy to wszystko im oddać? Za darmo!

– Oglądała paniBorata?– zapytał, gdy stewardesa podeszła do niego, aby zabrać tacę i pojemniki po obiedzie.

– Ten film jest w Kazachstanie zakazany, proszę pana. – Uśmiechnęła się powściągliwie.

– Ale oglądała pani? – dopytywał się.

– Jeśli coś jest zakazane, to nie można tego robić, nie sądzi pan? – Stewardesa lekko zmrużyła oczy, jakby próbując zajrzeć Nikołajowi do serca i dowiedzieć się, o co mu chodzi. Pytania przystojnego, ubranego w markowy garnitur Rosjanina z modnym zegarkiem na ręku wzbudziły jej ciekawość, ale były też niepokojące. Dlaczego pyta mnie oBorata?,zachodziła w głowę. Może to prowokacja?

– Zakazane jest publiczne wyświetlanie, tak samo jak w Rosji – powiedział Nikołaj. – Ale można obejrzeć film na DVD, prywatnie. Film jest głupi, ale ma swoją mocną stronę: typowi mieszkańcy zachodniej części Europy oraz Ameryki Północnej, cechujący się kompletnym brakiem wiedzy na temat Azji i świata w ogóle, dowiedzieli się, że istnieje coś takiego jak państwo Kazachstan, które żeby było ciekawiej, jest dziewiątym co do wielkości państwem świata. Dla porównania: Francja jest na miejscu czterdziestym, a Wielka Brytania siedemdziesiątym szóstym, łącznie ze wszystkimi koloniami oczywiście. Jak się pani żyje w dziewiątym co do wielkości kraju? – ironizował. – W wielkim kraju, o którym nikt nie wie?

– Dobrze się żyje – szybko odparła stewardesa oficjalnym tonem. – I wcale tak nie jest, że o Kazachstanie nikt nie wie.

– Oooo, jasne. Jest wielu ludzi, którzy wiedzą i pamiętają o Kazachstanie – odparł, uśmiechając się sardonicznie. – Nigdy pani nie tęskni za naszym wspólnym domem, takim, jaki był do niedawna?

– Nie wiem – zmieszała się stewardesa. – Przepraszam, muszę już iść.

– A więc podrywanie stewardes cały czas jest w modzie? – zapytał, a raczej stwierdził, kobiecy głos za plecami Nikołaja, gdy zakłopotana dziewczyna odeszła.

Nikołaj zajrzał między fotelami za siebie i spotkał się spojrzeniem z sąsiadką, pasażerką, na którą nie zwrócił wcześniej uwagi. Przyjrzał jej się uważnie.

Wygląda jak Śakti w postaci ponętnej Umy, pomyślał.

– Podsłuchuje pani? – zapytał, próbując nie patrzeć na jej wydatny, kształtny, jak u hinduskich bogiń, biust. – To też nadal jest modne?

– Owszem! – odparła z uśmiechem, unosząc brwi.

– A pani? Nigdy pani nie tęskni za naszym byłym wspólnym domem?

– Nie myślę o tym. Myślenie nie zmienia faktów. Po prostu szukam swojej drogi – odpowiedziała nieco onieśmielona wyzywającym spojrzeniem czarnych oczu swojego rozmówcy.

Niezła, pomyślał Nikołaj.

Nachalny przystojniak, pomyślała kobieta. Wygląda jak 007, ostry cukiereczek.

Uma nie była rasy żółtej. Miała wielkie, okrągłe oczy i należała prawdopodobnie do jakiegoś plemienia tadżyckiego, spokrewnionego z Afgańczykami, Pakistańczykami i Indusami. Jakby na granicy między rasą żółtą a białą.

– Mam wrażenie, że ocenia pan wzrokiem moją fizyczność, to z nudów czy odruch zawodowca? – zapytała.

– Oj – odparł wesoło Nikołaj. – Zdaje się, ktoś tu jest bojownikiem ruchu na literę f, przepraszam za najście, już się odwracam. Oczy z dala od wolnego Wietnamu!

– Nie jestem feministką, choć podzielam wiele poglądów takich kobiet.

Nikołaj znowu popatrzył za siebie między fotelami.

– Czyli pani raczej nie zechce założyć kwefu i wtopić się w bezosobowy tłum kobiet, jak w ortodoksyjnych społeczeństwach muzułmańskich?

– Nie… Choć…

– A jednak! – Roześmiał się. – Gotowa jest pani cofnąć się do czasów średniowiecza w imię rzekomego odrodzenia wartości narodowych. Tak myślałem. Pani też dobrze się mieszka w kraju reklamowanym przez Borata?

Uma popatrzyła na Nikołaja z wyrzutem, zaskoczona tyradą przystojniaka.

– Borat wcale nie reklamuje Kazachstanu – odparła.

– A więc widziała pani! Oglądała pani zakazany film. Szczerze gratuluję. Nic za to pani nie grozi?

Kobieta, lekko zmieszana, a raczej niezadowolona z tego, że dała się wciągnąć w idiotyczną rozmowę, podniosła się z fotela.

– Przepraszam, muszę wyjść.

– Wyjść? Chce pani stąd wyjść? Będzie jakiś przystanek? Niestety, nie mogę pani towarzyszyć, muszę lecieć dalej. Przykro mi.

Nie odpowiadając na kolejną zaczepkę, Uma udała się w kierunku toalety.

Chyba jest pijany, pomyślała. Choć nie słyszałam, by zamawiał alkohol…

Idź, Umo, idź, kontynuował w myślach Nikołaj, patrząc przez okno na daleką ziemię. Cały świat podziwiał nasz wspólny kraj. Twój kraj i mój kraj. Kraj naszego dzieciństwa. Czym się możesz pochwalić teraz, Umo? Nową stolicą? Tym kiczowatym wesołym miasteczkiem na dzikim stepie? Samolot, którym latasz, w połowie należy do Anglików. Byli pechowi kolonizatorzy Azji, tak samo pechowi jak my, wracają, by wyprać wam flaki w zamian za swoje paciorki i lustereczka. Nikt o was nie wie. Elity angielskie nie mają pojęcia, kim jesteście i że w ogóle istniejecie. Zmienił to głupi Borat. Zrobił to za was…

Wracając, Uma zatrzymała się na moment przy Nikołaju.

– Kasyna u nas też od niedawna są zakazane, więc jeśli lubi pan pograć, to nic z tego, nie można. Grywa pan?

Nikołaj przecząco pokręcił głową.

Uma zmierzyła go wzrokiem.

– Szkoda! – rzuciła i wróciła na swoje miejsce. – Stewardesy… Wszystkim się podobają! Nawet Abramowicz ożenił się ze stewardesą. Co w nich takiego, że faceci głupieją na ich widok?

Podrywa mnie, pomyślał z satysfakcją Nikołaj.

Resztę podróży przespał. Jego sen był ciężki i nierówny. Śnił mu się odtwórca roli Borata, Sasza Baron Cohen, który szczerzył pod swoimi koszmarnymi wąsami wielkie zęby i śmiał się, powtarzając w kółko: „Jestem młodszy od ciebie, a już załatwiłem Kazachstan! Mam go na widelcu. Teraz jest nasz, brytyjski! Bu-cha-cha!”

Airbus linii Air Astana wylądował na płycie lotniska w Ałmaty. Mijając Umę, Nikołaj niepostrzeżenie włożył do kieszeni jej lekkiego płaszczyka złożoną kartkę ze swoim numerem telefonu i słowami: „Zadzwoń. Borat”. Spodobała mu się. Niech wie, że lubi grać.

Jest w niej coś… – pomyślał, idąc w dół po stopniach trapu. Choć raczej się nie odezwie, nagadałem głupot, powinienem nabrać większego dystansu do tych spraw.

O dystans jednak nie było łatwo: już na lotnisku poczuł się nieswojo: niby wciąż w domu, jak kiedyś, a jednak w obcym kraju. Nie wiedział, jak się zachować, jak tutejszy czy gość? To uczucie było nieznośne. Mieszały się w nim poczucia obrazy i winy, z których rodził się niesmak. To była obraza na Kazachów, że z taką łatwością, jak gdyby nigdy nic, odeszli, odgrodzili się, wyparli byłych przekonań, zdradzili wspólny dom. A wina za to, że Rosjanie przez tyle lat nie zdołali uczciwie przekonać ich do siebie. Przecież nikt dobrowolnie nie opuszcza swojego domu.

Do hotelu pojechał taksówką. Ze smutkiem obserwował z prawej i lewej strony zakurzonej drogi zrujnowane przedmieście. Od dawna nieremontowane domy wyglądały okropnie. Między nimi gnieździły się potworne półgliniane budowle ściągających do miasta ludzi z aułów1, których nawet sami Kazachowie, ci bardziej wykształceni i uważający się za lepszych, nazywają mambietami2. Miasto, które przez ponad sto lat rozkwitało niczym zaczarowany ogród, teraz umierało.

Gdy zobaczył, jak kilku Kazachów zarzyna tuż przy ulicy barana, wziął głęboki oddech.

– To już koniec, nie ma do czego wracać. Nawet pamięcią… – stwierdził z rezygnacją.

– Słucham? – odezwał się taksówkarz. Rosjanin.

– Nic, do siebie mówię. Przed tym, jak zawiezie mnie pan do hotelu, proszę przejechać ulicą Pokoju.

– Ulica Pokoju teraz nazywa się Żełtoksan. Dawno pan tu nie był? – Taksówkarz przyglądał się uważnie pasażerowi, patrząc we wsteczne lusterko.

– Dawno. Proszę pamiętać, przed hotelem jedziemy na ulicę Pokoju.

– Nie ma sprawy.

Ulica Pokoju, na której kiedyś mieszkał Nikołaj, nie wzbudziła w nim większych emocji. Myślał, że ta chwila będzie bardziej wzruszająca. Tymczasem, kiedy zobaczył swój dawny dom, pierwsze, co mu przyszło do głowy, to to, że jest nieładny. Wręcz brzydki. Nie taki, jakim go pamiętał. Na podwórku zobaczył samych Kazachów: kilka osób dorosłych oraz półnagie, bose dzieci. Wiele drzew w okolicy, głównie wielkich starych dębów, zniknęło. Zostały ścięte, by nie zasłaniały reklam i wybudowanego niedaleko banku.

Wszyscy kiedyś zostaną ścięci. Na każdego przyjdzie czas, pomyślał, ostatecznie zdając sobie sprawę, że niepotrzebnie szuka spotkania ze swoim dzieciństwem.

– Dokąd teraz? – odezwał się taksówkarz.

– Teraz do hotelu poproszę.

– Się robi!

Ciekawe, kto mieszka w naszym mieszkaniu?, myślał Nikołaj. Patrząc na otaczających go Kazachów, wyobraził ich sobie w swoim pokoju, na swoim balkonie, w swojej łazience, w kuchni…

Zatrzymał się w hotelu „Kazachstan”, niegdyś wizytówce rosyjskiej Azji Środkowej, obecnie zabytku z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.

Cztery gwiazdki, może być, pomyślał. Cena za pokój jednoosobowy 125 dolarów, mogłoby być taniej. Żaden z niego cud.

Widok z okien wieżowca wybudowanego na ziemi, która regularnie się trzęsie, i to mocno, nadal był wspaniały. Potężne góry ubrane w lasy, szmaragdowe łąki i połyskujące śniegiem szczyty nie zmieniły się. Stanowiły część dzieciństwa i były ziemią Nikołaja, zawsze kojarzące mu się z nieskończenie szczęśliwą ojczyzną. Patrząc na góry, wspominał pikniki nad rwącymi potokami, czasy radosnych odkryć, wspólne wyprawy z rodzicami i dziadkami. Kiedyś w górach można było spotkać tylko Europejczyków. Kazachowie, poza nielicznymi mieszkańcami miast, rodzącą się zeuropeizowaną inteligencją, nie piknikowali i nie uprawiali wspinaczki. Tylko ich pasterze wędrowali latem krętymi ścieżkami w poszukiwaniu soczystych górskich łąk, na których przez kilka miesięcy wypasali stada wygłodniałych po zimie owiec. Kazachów i Kirgizów spotkać można było wówczas głównie na bazarze, gdzie sprzedawali mięso, owoce i warzywa.

Taksówkarz czekał na dole. Nikołaj miał do załatwienia pilną sprawę. Zjeżdżając w dół z dwudziestego szóstego piętra, przeczytał ulotkę reklamową. Dowiedział się z niej, że hotel jest już w prywatnych rękach, kupił go jakiś Kazach nuworysz.

Oczyma wyobraźni już widział pałac tego bogacza wybudowany w miejscu sadu owocowego lub w pięknym górskim uroczysku: ogromna brama, której strzegą kamienne lwy, przed wejściem mosiężne pantery, na dachu marmurowe orły, a na wysokim na pięć metrów ogrodzeniu świeżo zaprojektowany herb z inicjałami właściciela. W domu tego najprawdopodobniej byłego dygnitarza partii, a obecnie biznesmena, roi się od obrazów w złotych ramach. Na płótnach szerokości trzech, pięciu metrów nagie piękności spoglądające powłóczyście z lamparcich skór, rzuconych z rozkoszną niedbałością na podłogę, łoże, trawnik czy brzeg morza. A w najbardziej reprezentacyjnym miejscu portret rodzinny, dynastia: on w mundurze Napoleona na koniu, ona w szatach Katarzyny II na tronie cesarzowej. Pałac wznoszono przez kilkanaście miesięcy, a kiedy budowa dobiegła końca, biznesmen zapłacił swoim robotnikom, wieśniakom z podmiejskich aułów, połowę tego, co obiecał.

Więcej nie mam, bierzcie i cieszcie się, że w ogóle coś dostaliście! Tak zapewne się wytłumaczył. I wzięli, i cieszyli się.

Jak szybko u nas powstają fortuny!, zamyślił się Nikołaj. Zaiste, kraina cudotwórców! Ciekawe, czy ten pan ma w swoim domu sztućce. A może, tak jak jego dziadek, je rękoma? Tradycyjnie wycierając dłonie w brodę, która wygląda niczym szczotka do czyszczenia zlewu. I pomyśleć tylko: jego dziadek, pastuch egzystujący w układzie feudalno-klanowym, koczował ze swoimi owcami na dzikim stepie, a wnuczek kapitalista, syn ojca komunisty, kupuje za gotówkę wizytówkę stolicy dziewiątego co do wielkości państwa świata. Trzy pokolenia, trzy ustroje społeczno-polityczno-ekonomiczne!

Z ulotki dowiedział się też, że w hotelu są basen i sauna.

Znakomicie, pomyślał. Przed podróżą dobrze będzie zrelaksować się i odświeżyć. O świcie zamierzał wyjechać z Ałmaty.

– Na ulicę Kozacką – powiedział, wsiadając do taksówki.

– Nie ma już Kozackiej – odpowiedział kierowca z nutą nostalgii. – Teraz nazywa się Potanina. Kazachowie nie znoszą wszystkiego, co się kojarzy ze środkowoazjatyckim kozactwem. Po Kozakach pozostały tylko domy, w których obecnie mieszkają głównie… No, ci z aułów. Ludzie wyjeżdżający stąd po dziewięćdziesiątym pierwszym sprzedawali je za bezcen.

– A kto to jest Potanin? – z przekąsem zapytał Nikołaj. Postanowił przeegzaminować swojego rozmówcę z wiedzy historycznej.

– Nie wiem! Nie mam pojęcia – przyznał się taksówkarz.

– No właśnie, nie wie pan. Niedobrze!

– A pan wie?

– Grigorij Nikołajewicz Potanin, syn oficera Syberyjskiego Wojska Kozackiego, wybitny geograf, etnograf, podróżnik, biolog, Honorowy Obywatel Syberii, twórca teorii politycznej i ekonomicznej autonomii syberyjskiej.

Zapamiętywanie liczb, dat, nazw i nazwisk zawsze przychodziło Nikołajowi łatwo. Ta zdolność wyróżniała go wśród rówieśników już w przedszkolu. W dziesięciolatce, którą ukończył ze złotym medalem, jego talent urósł do rangi legendy. Przez pewien okres uczniowie ze starszych klas dokuczali Nikołajowi, zmuszając go do zapamiętywania liczb i wyrazów napisanych na kartce. Przepytywali go potem, celowo wprowadzając w błąd, zamieniając kartki. Na szczęście nie trwało to długo. Pewnego razu nie wytrzymał i zaatakował swoich dręczycieli pięściami. Wtedy okazało się, że potrafi się bić.

– Doprawdy? – szczerze zdziwił się taksówkarz. – Czyli Potanin to Kozak?

– Owszem. W składzie ósmego pułku kozackiego Potanin zakładał miasto, w którym teraz się znajdujemy: Ałmaty. A właściwie Wierny, jak się wówczas nazywało. Prace naukowe Grigorija Potanina były wydawane w Rosji i Anglii. Został pochowany w Tomsku. O ile dobrze pamiętam, umarł w 1920 roku.

To „o ile dobrze pamiętam” było zwykłym popisem. Doskonale wszystko pamiętał. Nikołaj Mienszykow był pasjonatem historii, którą traktował, między innymi ze względu na swoje pochodzenie, z powagą i szacunkiem.

Przed podróżą do Siedmiorzecza przez kilka dni studiował historię tego regionu. Ponieważ miał niewiele czasu oraz towarzyszyła mu koleżanka, która ciągle go rozpraszała, zdążył poczytać tylko o Kozakach Siedmiorzecza, nowej stolicy Kazachstanu, Astanie, i trochę o współczesnym rozwoju języka kazachskiego.

– Na ulicę Kozacką – powtórzył Nikołaj.

– Się robi – w głosie kierowcy dało się wyczuć uznanie. – Dużo pan wie.

– Dużo. Ale proszę mi wierzyć, szczęścia to nie daje.

– A co według pana daje szczęcie?

– Nic, proszę pana. Nic nie daje szczęścia. Jak mawiali starożytni: cokolwiek zrobisz, będziesz żałował. I tak właśnie jest. Szczęśliwe mogą się czuć tylko rośliny, organizmy niemające ani rozumu, ani dumy, ani uczuć.

Wypowiedź pasażera skłoniła taksówkarza do milczenia. Postanowił o nic już nie wypytywać. Do końca kursu nie odezwał się ani słowem.

Na ulicy Potanina Nikołaj miał spotkanie z zawodowym kierowcą, właścicielem nowej japońskiej terenówki, z którym rano zamierzał opuścić miasto. Dotychczas rozmawiał z nim tylko przez telefon. Znalazł jego firmę przez internet i dzwonił do niego kilka razy z Moskwy. Teraz chciał omówić szczegóły ich dalekiej podróży. Gdy wszystko zostało ustalone, zapłacił zaliczkę i wrócił taksówką do hotelu. Zamierzał już wjechać windą na swoje dwudzieste szóste piętro, kiedy przypomniał sobie o kolejce linowej na wzgórze Wierigina Gora. Choć wiele zmieniło się w mieście od czasów jego dzieciństwa, stacja popularnej kolejki nadal znajdowała się tuż przy hotelu „Kazachstan”. Zapragnął wjechać nią na taras widokowy, na którym nie był od lat.

Pełznąca po lince obła kabina jak zwykle wywołała w wyobraźni Nikołaja skojarzenie z tłustym pająkiem wspinającym się po nitce pajęczyny. Prosto do nieba. Wierigi to okowy, łańcuchy, konstrukcje z kutego żelaza i miedzi, czasem ikony w ciężkich miedzianych ramach, które niegdyś nosili na sobie mnisi, by umartwiać się i okiełznać cielesne żywioły, by uwolnić, uszlachetnić, otworzyć na oścież swoje dusze. Wierigi mogły ważyć nawet kilkadziesiąt kilogramów.

Skąd ta nazwa?, zastanowił się po raz pierwszy w życiu. O jakie „wierigi” tu chodzi? Wierigi sensu stricte? A może nazwa pochodzi od nazwiska? Był sobie raz pan Wierigin…

Na tarasie widokowym, położonym u stóp wieży telewizyjnej, spędził około pół godziny. Ze względu na wyjątkowo czyste powietrze miasto tego dnia było widoczne jak na dłoni. Nie mógł powstrzymać wzruszenia: prawie trzydzieści lat temu, gdy wyjeżdżał z rodzicami na stałe do Moskwy, właśnie z tego miejsca żegnał się ze swoim miastem. Teraz, gdy po długiej nieobecności wrócił do niego, znalazł się w innym, obcym kraju. Miał zagraniczny paszport. Nie rozpoznawał nazw ulic. W jego byłym mieszkaniu osiedlił się koczownik, ociec półnagich, bosych dzieci, całe dnie wałęsających się po podwórku. W miejscu urokliwych parterowych domów wyrosły meczety, brzydkie bloki z ochroną i bryły zagranicznych banków. Słynne sady wycięto i zaroiło się od luksusowych willi nowobogackich stróżów nowego prawa i porządku. Myśląc o tym, że nic, a tym bardziej emocje, nie powinno mu przeszkadzać w spełnieniu ważnego zadania, Nikołaj kupił bilet powrotny i wrócił do hotelu. Zjeżdżając kolejką, nie mógł się pozbyć uczucia, że ciągnie za sobą całą górę, jakby przykutą łańcuchami do jego serca.

Docierając do hotelu, przypomniał sobie jeszcze o czymś. Widział kiedyś w Moskwie wielką reklamę pierwszej, kazachskiej superprodukcji, filmuKewneHdmep,czyliKoczownik.Nie obejrzał go wówczas.

Chyba najbardziej będzie smakował właśnie tu?, pomyślał.

Zawołał taksówkę i zapytał kierowcę, gdzie może kupić film. Taksówkarz, młody uśmiechnięty od ucha do ucha Kazach, słuchający kazachskiego disco, zawiózł go na ulicę Gogola pod sklep „Meloman”. Nikołaj kupił film i wrócił do samochodu. Zanim ruszyli, postanowił upewnić się, że w opakowaniu znajduje się odpowiednia płyta. Dobrze zrobił; ku jego zaskoczeniu ładne opakowanie okazało się puste. Wrócił natychmiast do sklepu, by zareklamować towar. Sprzedawczyni, młoda kobieta o słowiańskich rysach i jaskrawym makijażu, nie przyjęła reklamacji. Stwierdziła, że „skoro pan wyszedł ze sklepu z zapakowaną płytą, a teraz wrócił z pustym opakowaniem, to skąd można mieć pewność, że rzeczywiście było puste?” Nikołaj przyznał jej rację i poprosił o nową płytę. Otworzył opakowanie w obecności sprzedawczyni; tym razem dysk był na miejscu.

W hotelu, po skromnej, szybkiej kolacji i prysznicu, poczuł się zmęczony. Postanowił zrezygnować z sauny i basenu.

Zaliczę je potem, pomyślał. Po powrocie z pustyni basen i sauna z pewnością będą dla mnie o wiele większą atrakcją niż teraz. Ba, będą o wiele większą atrakcją, niż są w rzeczywistości. Mam nadzieję, że będę miał co świętować.

Wyjął z plecaka komputer i uruchomił odtwarzanie. „Każdy wojownik, każdy naród, każda miłość powinni mieć swoją ojczyznę”, przeczytał na okładce.

– Jasne – powiedział do siebie. – Bardzo głębokie. Zwłaszcza w moim wypadku.

Niezwykła historia powstania filmuKemnendinepśmieszyła Nikołaja i dobrze wpisywała się w jego opinię na temat Republiki Kazachstanu. Na zamówienie rządu film stworzyli Rosjanie, Amerykanie i Kazachowie. Ale nie tylko oni. Łącznie w produkcji wzięli udział przedstawiciele dwudziestu pięciu krajów. Pierwszy reżyser, Czech Ivan Passer, nie zdołał sfinalizować pracy nad filmem, nie wszystko wyszło tak, jak życzyli to sobie kazachscy decydenci. Więc do pracy przystąpił Sergiusz Bodrow senior, Rosjanin. WKoczownikazainwestowano 34-40 milionów dolarów. Nikt nie wie, ile dokładnie. Po wielkiej akcji promocyjnej film na całym świecie, głównie w Rosji i Stanach Zjednoczonych, zarobił niecałe 3 miliony.

– Największy kazachski projekt od czasów udziału w budowie mauzoleum Tamerlana w 1403 roku. Zobaczmy – powiedział z humorem Nikołaj.

Leżąc w łóżku, patrzył, jak na monitorze wykonawcy głównych ról, Amerykanie europejskiego i azjatyckiego pochodzenia oraz Meksykanie, grają Kazachów z czasów średniowiecza. Ładne, a niekiedy bardzo ładne zdjęcia i kostiumy nie były w stanie uratować filmu.Koczownikrozśmieszał grą aktorów i słabością scenariusza. Ciągle się uśmiechając, Nikołaj zasnął w połowie. Nieudolna ekranizacja żywota dzielnego Abłaj-chana straciła jednego widza.

Spał źle. Najpierw męczył go uciążliwy sen: zaniedbane, cuchnące akwarium z głodnymi, wychudzonymi, ledwie żywymi oraz zdechłymi rybami. Po rybich truchłach pełzały obrzydliwe ślimaki. Czuł się odpowiedzialny za śmierć ryb, ale nie miał siły niczego zmienić. A potem było trzęsienie ziemi. Prawdziwe. O trzeciej nad ranem zatrzęsły się góry i miasto.

Do cholery!, myślał z przerażeniem, biegnąc w piżamie z dwudziestego szóstego piętra w dół po schodach ewakuacyjnych. Do jasnej cholery! Pierwszego dnia trzęsienie ziemi! Brakowało tylko, żeby ten zabytkowy hotel jakiegoś parweniusza mnie tu pogrzebał! O nie, tylko nie to!

Na szczęście druga fala wstrząsów była słabsza od pierwszej, ledwie zauważalna. Trzeciej, jeśli w ogóle była, nikt nie odczuł. Po chwili paniki goście hotelowi wrócili do swoich pokoi.

Nikołaj nie zasnął już. Usiadł na łóżku i zastanawiał się, co może wróżyć jego wyprawie i zadaniu, które miał do spełnienia, niedobry zbieg okoliczności.

– Zły znak – powtarzał. – Zły znak!

O szóstej trzydzieści, zgodnie z umową, był na dole i czekał z plecakiem przed wejściem do hotelu. Ale nikt nie przyjechał. Zdenerwowany zadzwonił, telefon nie odpowiadał, numer był ciągle zajęty. Po dwudziestu minutach kierowca oddzwonił. Powiedział, że trzęsienie ziemi uszkodziło linie energetyczne w górach i że znajomi z firmy zajmującej się naprawami bardzo go prosili o pomoc. Oczywiście, nie mógł im odmówić w tej sytuacji i będzie przez cały dzień ich woził.

– Czy to oznacza, że jedziemy jutro? – zapytał Nikołaj.

– Tak. Jeśli znowu nie zatrzęsie, to wyjedziemy – powiedział kierowca i Nikołaj poczuł, jak tamten uśmiecha się szczerze i spokojnie.

Będzie dobrze. Wszystko się uda. Nic nie zatrzęsie, pomyślał.

– Jutro będę czekał tak jak dziś: o szóstej trzydzieści rano przed hotelem.

– Jasna sprawa – odparł kierowca. – Do widzenia panu.

– Do zobaczenia. Jutro – uściślił Nikołaj.

Co mam dziś robić?, myślał, wracając na dwudzieste szóste piętro.

W pokoju długo siedział na łóżku i patrzył na swój starannie spakowany plecak.

Wydawało mu się, że czuje, jak pulsują pod nim głębokie nerwy gór. Niczym wijące się chaotycznie macki ośmiornic, nieprzewidywalne, gotowe w każdej chwili wydostać się na zewnątrz i przylgnąć do serca, by wstrzyknąć do niego energię lub w mgnieniu oka wyssać z niego życie. Góry nie dawały mu spokoju. Góry krzyczały. I w końcu Nikołaj zrozumiał, co powinien zrobić. Zamówił taksówkę i opuścił hotel.

Pojechał na cmentarz. Zamierzał udać się tam po powrocie, ale w nowej sytuacji postanowił, że musi to zrobić teraz. To nawet jest logiczne, myślał po drodze. To logiczne, że pojadę na cmentarz przed podróżą. Przecież muszę się przywitać z dziadkami i powiedzieć, że znowu tu jestem.

Taksówkarz, młody, małomówny Kazach, bezskutecznie szukał bramy głównej nekropolii. Najwidoczniej nie pochodził z Ałmaty. W końcu zatrzymał się i zapytał o drogę przechodnia. Mówili między sobą po kazachsku. Nikołajowi wydało się, że przechodzień wie niewiele więcej niż taksówkarz. Pojechali dalej. Po chwili w wysokim betonowym murze pojawiły się otwarte metalowe wrota. Wjechali przez nie, ale szybko się zorientowali, że znajdują się na bocznej i raczej nieprzystosowanej do ruchu samochodowego alei. Cmentarz był bardzo zaniedbany. Cały zarośnięty południowymi drzewami i krzewami. Pomniki na grobach chyliły się na wszystkie strony, a ogrodzenia były zardzewiałe i niekiedy poprzewracane. Wśród roślinności wystawały sterty krzyży nagrobnych oraz cokołów z gwiazdą, nagrobków, które niegdyś ustawiano na mogiłach uczestników drugiej wojny światowej. Bez wątpienia stare groby zostały zrównane z ziemią, a w ich miejscu zakładano nowe. Wycofali się z powrotem na ulicę i szukali dalej. Wreszcie znaleźli.

Każąc taksówkarzowi czekać, Nikołaj wysiadł z samochodu i rozejrzał się dokoła. Zupełnie nie poznawał tego miejsca. Zobaczył dwie stare kwiaciarki i podszedł do nich. Ich kwiaty czuły zapach przemijania i same były jego zapachem. Staruszki, niebieskookie i srebrnogłowe, patrzyły na Nikołaja z zaciekawieniem i tym rodzajem zazdrości, który może zrozumieć tylko ten, kto kiedyś wsiadł do ostatniej szalupy ratunkowej i odpływając, patrzył w oczy tym, którzy się w niej nie zmieścili. Był dla nich ukochanym wnukiem z nieosiągalnego, nieznanego, lepszego świata. Tacy jak on, ludzie z ostatniej szalupy, stanowili dla starych Rosjanek nić łączącą ich kończące się życie z przeszłością i przyszłością. Byli świadectwem tego, że miało ono sens, że nie zostało zmarnowane na nieudaną kolonizację Siedmiorzecza, edukację tuziemców i pracę na chwałę sekretarzy Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Widok Nikołaja przywracał staruszkom wiarę w trwałość kultury, której są częścią, był oddechem świeżego powietrza w coraz bardziej obcym mieście, w atmosferze przemijania i utraconych nadziei. Zmarszczki na twarzach kwiaciarek stanowiły labirynty tak samo niepowtarzalne jak linie papilarne. Przypominały tysiące ślepych uliczek, setki korytarzy przebytych w poszukiwaniu szczęścia i odpowiedzi na pytanie „jak uniknąć samotności?”

Z labiryntów tych jednak nie ma wyjścia, tak samo jak nie ma na świecie szczęścia i ratunku przed samotnością, pomyślał Nikołaj.

– Nie mamy ładnych kwiatów, proszę pana – powiedziała jedna ze staruszek. – Upał, wie pan, ugotowały się… Pan z daleka? Czy tutejszy?

– Tutejszy. I z daleka. – Nikołaj wyjął z kieszeni portfel. – Biorę wszystkie.

Kupił od nich wszystkie kwiaty. Gdy odszedł i skręcił w cmentarną alejkę, wyrzucił je do kosza. Całe naręcze.

Moje miasto miastem umarłych kwiatów, pomyślał. Dziadek na pewno się tego nie spodziewał.

Brnąc wąskimi alejkami nekropolii wyglądającej jak las, szukał swej przeszłości. Wędrował labiryntem równie skomplikowanym jak sieć zmarszczek na twarzach kwiaciarek. Nie mógł opanować emocji, po policzkach płynęły mu łzy, szybko wysychające w suchym i gorącym powietrzu. Opuszczony słowiański cmentarz był świadectwem kataklizmu, który nawiedził kraj, i stanowił rezultat zderzenia statku z lodowcem. Był jak zarośnięty glonami wrak, wrastający w ciemne dno, na którym połyskiwały gdzieniegdzie obrączki i pierścionki tych, którzy nie zmieścili się w ostatniej szalupie. Luksusowe kabiny statku zapełniły się mętną wodą, pełną małży i chimer. Nikołaj widział też zadbane groby, których stan świadczył o tym, że agonia trwa – część rozbitków nadal żyje w swoich kabinach, starają się oszczędzać tlen, którego lada moment zabraknie, ale nie zaniedbują swoich obowiązków. Dbają o higienę, próbują naprawiać silniki i wypompowują wodę spod pokładu. Niektórzy z nich mają w sekretnych sejfach akwalungi, będące ich zabezpieczeniem na czarną godzinę. Gdy taki akwalung zostaje wyjęty z sejfu, na cmentarzu trawą i drzewami zarasta kolejna kwatera.

Po godzinnym błądzeniu wąwozami, tunelami i ścieżkami Nikołaj, zmęczony, rozczarowany i zły, zrozumiał, że nie znajdzie grobów swojego dziadka i babci. Zdał sobie sprawę, że nie ma kogo poprosić o pomoc. Przecież nie będzie rozmawiał z Kazachem, który przykucnął przy bramie i pluł bez przerwy, śliną lub łuskami słonecznika. Nie sprawdził niczego przed przyjazdem, nawet o tym nie pomyślał. Sądził, że znajdzie groby dziadków bez trudu. Stał bezradny w tym cmentarnym lesie, labiryncie, i rozmawiał z rodzicami swojego ojca.

Przepraszam, babciu, przepraszam, dziadku, nie mogę znaleźć waszych grobów. Wielokrotnie przychodziłem do miejsca, gdzie powinny być, ale nie widzę znajomych nagrobków z waszymi fotografiami. Bardzo mi przykro, tak wiele mam wam do powiedzenia! Znowu jestem w naszym mieście. Nie poznalibyście go. Dziś w nocy było trzęsienie ziemi, ale nikomu nic się nie stało. Wszystkie budynki są całe. Nawet hotel, w którym się zatrzymałem. Przyleciałem wczoraj z Moskwy. Jej też byście nie poznali. Jest coraz większa, ładniejsza i ciekawsza. U mnie wszystko w porządku: mam dom i dobrą pracę. Nie jestem żonaty. Za wcześnie. – Nikołaj się uśmiechnął. – Ty, dziadku, ożeniłeś się w wieku czterdziestu lat. Ja też się nie śpieszę, twoja szkoła. Nasza krew. Nie jesteśmy od pośpiechu. Nie działamy chaotycznie. Ród nasz ma tysiąc lat, nie musimy się śpieszyć. Macie pozdrowienia od moich rodziców… Śpijcie spokojnie.

Ocierając łzy, ruszył powoli w kierunku bramy. Rozglądał się dokoła. Nikt go nie widział oprócz małych szarych ptaszków o błyszczących smutnych oczach.

Z cmentarza chciał wracać prosto do hotelu, ale po drodze zmienił zdanie. Kazał się zawieźć na ulicę Karakolską.

Taksówkarz zmarszczył czoło i odparł, że nie zna takiej ulicy.

– Jasne – powiedział Nikołaj. – Rzeczywiście, zapomniałem, że mamy z tym problem… Po rewolucji nazywała się ulicą Baribajewa. Nie wiem, czy po dziewięćdziesiątym pierwszym zmieniła nazwę. Może nie? Komuch Baribajew to przecież nie jakiś tam Ludwik Pasteur, mogli go zostawić.

– Tak, znam ulicę Baribajewa – ucieszył się kierowca. – Znam ją, wiem, gdzie mamy jechać.

– Super, zatem cała naprzód.

Na Karakolskiej Nikołaj szukał dobrze sobie znanej kamienicy. Najpierw nie poznał jej i gdy dojechali do końca ulicy, kazał taksówkarzowi zawrócić. Znalazłszy dom, zatrzymali się. Wahał się, nie wiedział, czy ma wysiąść, czy lepiej popatrzeć z samochodu. Nie lubił tego miejsca, lecz ono zawsze przyciągało go niczym magnes.

Kamienica na Karakolskiej należała kiedyś do jego rodziny. Dom ten zbudował prapradziadek Nikołaja, który przybył do Siedmiorzecza w czasach tak zwanej Wielkiej Gry, trwającej prawie sto lat walki o wpływy w Azji Środkowej między Anglią a Rosją. Anglicy doprowadzili wówczas do destabilizacji w Afganistanie, a Rosjanie, biorąc pod swoją opiekę słabszych, zwalczali silniejszych w swojej potężnej ekspansji na południe. Mocarstwa pokłóciły się również o Tybet. Na widok panoszących się Anglików ówczesny dalajlama zastanawiał się nad ucieczką do Buriacji, dziś serca buddyzmu w Rosji.

Prapradziadek Nikołaja był jednym z założycieli miasta Wierny, kolejnego przyczółka na południowych rubieżach Imperium. Dowodził kozackimi oddziałami i wziął udział w niejednej bitwie z Kokandczykami.

Po pierwszym silniejszym trzęsieniu ziemi, podczas którego na szczęście nikt z rodziny nie ucierpiał, kamienica została przebudowana. Tu, w tym domu, teraz zaniedbanym i nie do poznania, przyszli na świat pradziadek i dziadek Nikołaja. W 1917, już po śmierci prapradziadka, z Petersburga nadeszły złe wieści. Ale nie wszyscy mieszkańcy Wiernego zaniepokoili się. Okazało się wówczas, że są wśród nich tacy, którzy powitali wieść o bolszewickim przewrocie brawami i okrzykami radości. To byli przede wszystkim ludzie należący do zakonspirowanych grup rewolucyjnych. Wyczuwając nadchodzące zmiany, miejscowi komuniści wyszli z ukrycia i otwarcie cieszyli się, dając do zrozumienia wszystkim innym, żeby lepiej nie zadzierali nosa, bo władza w Wiernym wkrótce się zmieni. I rok później w pałacu generała-gubernatora tłum rozwścieczonych gołodupców ustanowił władzę radziecką. Dwa lata potem Lwa, pradziadka Nikołaja, kuratora oświaty, rozstrzelano w piwnicy jego domu. Być może z rozkazu Frunzego, który właśnie tutaj, w Wiernym, po raz pierwszy zetknął się z rewolucjonistami oraz ich konspiracyjną robotą, i postanowił poświęcić się idei bolszewizmu. Zrobił wkrótce karierę i został mianowany szefem turkiestańskiej armii robotniczo-chłopskiej.

Bydlęta, myślał Nikołaj. Mieli czelność narzekać na carat! Przed rewolucją Frunzego skazano za zabójstwo, ale nie stracono. Dostał dziesięć lat więzienia, z czego odsiedział tylko siedem. A potem, jak już dorwał się do władzy, jego żołnierze rozstrzeliwali arystokratów, nawet kobiety i dzieci… Czemu go wówczas ktoś nie kropnął? Czemu nie aresztowano tego paranoika Uljanowa-Lenina? Fatalny w skutkach błąd.

Po egzekucji głowy rodziny komisarze ograbili dom z kosztowności, zabrali wszystko, co miało w ich mniemaniu jakąś wartość, i dali domownikom jeden dzień na opuszczenie kamienicy. Została ona znacjonalizowana, zamieszkali w niej robotnicy i chłopi, a później zrobiono w niej komisariat. Teraz wyglądała na opuszczoną i zapewne czekała na wyburzenie. Nikołaj przypuszczał, że mogli ją zamieszkiwać bezdomni.

Prababcię i jej dzieci uratowała siostra jej matki, ciocia Klaudia, która przygarnęła przerażoną, pozbawioną z dnia na dzień środków do życia rodzinę, w tym Arseniusza, dziadka Nikołaja, najmłodszego z rodzeństwa. Ale na tym nie skończyły się ich kłopoty. Dziadek oraz jego siostra Sofia i brat Paweł mieli duże problemy w szkole, a później na studiach. Ciągle im wypominano, że są dziećmi burżuja, wroga robotników i chłopów. Dzieci robotnicze obsypywały ich wyzwiskami i przy każdej nadarzającej się okazji donosiły na Mienszykowów. Na szczęście nauczyciele na ogół byli ludźmi starej daty i stawali w obronie nękanych sierot. Ale byli i tacy pedagodzy, którzy grozili i powtarzali: „To będzie dla ciebie nauczka! Lekcja dobrego wychowania. Bo wy tam, w swoich pałacach, życia nie znaliście, krwiopijcy. Żyliście naszym kosztem. Ale przerobimy was, przekujemy. A jeśli będziecie sprzeciwiać się, rozgnieciemy was jak wszy! Zrozumiano?!” Starych nauczycieli było coraz mniej, znikali z dnia na dzień, a na ich miejsce przychodzili młodzi, jurni prostacy, którzy wymagali od uczniów tylko jednego: wielbienia rewolucji, wodzów i sportu. „Człowiek radziecki powinien mieć muskuły!”, mawiali, spoglądając pożądliwie na córki robotników, ubrane w kuse kostiumy sportowe.

Dunajewowie, Kazachowie, którzy służyli w domu Mienszykowów jeszcze w wieku XIX, po bolszewickim przewrocie pozostali lojalni wobec swoich chlebodawców. Nie opuścili ich i przenieśli się do domu ciotki prababci. Nikołaj miał okazję poznać ich dzieci u starszego brata dziadka, Pawła. Wciąż przychodzili pomagać mu w sprawach domowych, aż do ostatnich dni jego życia. Nazwisko „Dunajew” nadał służącym prapradziadek. Gdy zatrudniał rodzinę koczowników, nie mieli jeszcze nazwisk.

Ze względu na swoje pochodzenie dzieci carskiego kuratora oświaty nie mogły w sowieckim Wiernym znaleźć pracy odpowiedniej do wykształcenia. Paweł przez dłuższy czas był portierem w hotelu, a dorabiał, strojąc fortepiany i pianina. Sofia pracowała jako sprzedawczyni w sklepie spożywczym. Gdy wybuchła wojna, przypomniano sobie o jej medycznym wykształceniu. Pojechała na front i nigdy już nie wróciła. Dziadek Arseniusz przez lata pracował w stolarni. Zarówno on, jak i jego brat byli na wojnie. Ale wrócili. W czasach odwilży, po śmierci Stalina, udało im się znaleźć lepszą pracę. Paweł do końca swoich dni był księgowym, a Arseniusz wyjechał do Bałchaszu i uczył w liceum wieczorowym. W Ałmaty takiej pracy by nie dostał.

Nikołaj siedział w taksówce i dumał o tym, co wiedział na temat swoich przodków z Ałmaty. Dom na ulicy Baribajewa przerażał go i onieśmielał. Świadomość tragedii, która wydarzyła się tam niecałe dziewięćdziesiąt lat temu, wrogo nastrajała go do całego miasta i jego mieszkańców. Pomyślał, że jeśli wyjdzie i dotknie tych ścian, wołanie jego duszy o pomstę i sprawiedliwość stanie się nie do zniesienia.

Dziadek pewnie sądził, że kiedyś oddadzą im ich dom, myślał, patrząc na zapuszczoną kamienicę. Potem po cichu liczył na to mój ojciec. Czekał na lepsze czasy. Teraz to pytanie zadaję ja: kiedy oddacie nam to, co nasze?! Zresztą, co teraz można zrobić. To już nawet nie jest Rosja. W ZSRR na zwrot mienia nie było żadnych szans, a co dopiero teraz… Po co ja tu w ogóle przyjechałem?

To było całkiem trzeźwe pytanie.

– Co robimy? Jedzie pan gdzieś dalej? – odezwał się zniecierpliwiony taksówkarz. – Długo będziemy tu stali?

Nikołaj popatrzył na niego niechętnie. Co ty wiesz o czekaniu? Co ty o tym możesz wiedzieć, Dunajew? Zabrałeś mi mój dom i moją ziemię.

Nagle rozległo się pukanie w szybę. Nikołaj zobaczył kobietę w długiej kolorowej sukni, stojącą na chodniku. Znowu zapukała.

– O co chodzi? – Taksówkarz wysunął głowę przez okno.

– Kogo tu pan przywiózł? – zapytała niegrzecznie kobieta.

– A co to panią obchodzi? – odrzekł taksówkarz i splunął na chodnik.

– Jeżdżą tu różni, przyglądają się mojemu domowi, a on nie jest na sprzedaż. Powtarzam po raz kolejny, zrozumiano? – Kobieta pochyliła się i spojrzała w oczy Nikołajowi.

Jej pociągłą twarz o słowiańskich rysach okalały długie, proste, mocne włosy z pasmami siwizny. Mogła mieć z pięćdziesiąt lat. Było w niej coś niepokojącego. Zwłaszcza w jej oczach. Kryło się w nich coś nieprzeniknionego, nieludzkiego. Sprawiały wrażenie niewidzących i przeszywających zarazem. Nikołaj przez sekundę poczuł się bardzo niepewnie, zapominając nawet, że od kobiety dzielą go zamknięte drzwi. Niepojęte uczucie zniknęło dopiero wtedy, gdy kobieta wyprostowała się i odeszła od samochodu.

– O jakim domu ona mówi?

– Skąd mam wiedzieć? – burknął taksówkarz i zerknął we wsteczne lusterko, szukając oczu pasażera, ten jednak już wysiadał z taksówki.

– Jaki dom nie jest na sprzedaż? – krzyknął Nikołaj do kobiety w kolorowej sukni.

Natychmiast zatrzymała się.

– Ten – gniewnie wskazała palcem na kamienicę dziadków Nikołaja.

– To pani dom?

– Tak. Co pan za jeden? Mówię, że nie jest na sprzedaż, więc nie jest! – Kobieta powoli ruszyła w kierunku Nikołaja. – Niech już pan stąd jedzie, nigdy się nie zgodzę.

– Od kiedy to jest pani dom? – zapytał z zaciekawieniem Nikołaj.

Zmierzyła go wzrokiem.

– Od zawsze – powiedziała oschle.

– Od zawsze – nie tracąc opanowania, powtórzył Nikołaj i spojrzał na kamienicę. – Nie jest w najlepszym stanie. Jeśli ktoś chce kupić tę ruinę, powinna pani ją sprzedać. Mogę doradzić, znam się na tym.

– Pan doradca? Masz pan jakieś nazwisko?

– Mienszykow. Nikołaj Mienszykow. Radzę sprzedać ten dom, ponieważ…

Nienaturalnie potrząsając głową, kobieta gwałtownie podeszła do Nikołaja na wyciągnięcie ręki, mierząc go ciężkim wzrokiem, i wrzasnęła:

– Żadnych „ponieważ”, mój dom nie jest na sprzedaż, nie rozumiesz, idioto? Nie jest!

Nikołajowi wydało się, że od jej krzyku zgasło słońce. Znalazł się nagle w absolutnych ciemnościach i przestał cokolwiek widzieć. Rozejrzał się bezradnie i ogarnęło go przerażenie. Gdy znowu zobaczył światło i odetchnął z ulgą, kobiety już nie było. Jej oddalająca się sylwetka zniknęła za rogiem. Po chwili poczuł na sobie spojrzenia mieszkańców pobliskich posesji. W niektórych oknach poruszyły się firanki.

– Kim jest ta kobieta? – zapytał, wsiadając roztrzęsiony do samochodu.

– Niby skąd mam wiedzieć? – Taksówkarz z niezadowoleniem spojrzał na swojego dziwnego pasażera. – Myśli pan, że znam wszystkich w mieście? Zwłaszcza wszystkich wariatów. Jedziemy gdzieś?

Nikołajowi odechciało się wracać do hotelu. Zapragnął być wśród ludzi. Kazał się zawieźć do parku, w którym niegdyś często spacerował z dziadkami i rodzicami. Gdy dojechali, poprosił taksówkarza, by czekał na niego, a sam udał się na przechadzkę. Dostarczająca nowych bodźców jazda zatłoczonymi ulicami miasta uśpiła jego niepokoje wywołane upiorami przeszłości. Ciężkie wspomnienia ustępowały miejsca lekkim, kolorowym myślom oraz świeżym wrażeniom. Uwagę Nikołaja zwróciły nowe budynki – wielkie, prostokątno-nowoczesne i bezduszne: beton, stal, szkło. Ale nie mógł nie zauważyć też licznych kwietników, nowego oryginalnego marmurowego pałacu obok rezydencji prezydenta oraz jak zawsze pięknych i różnorodnych fontann.

Jego myśli na temat zmian zachodzących w Ałmaty zniknęły, gdy zobaczył kilka, co najmniej pięć, procesji ślubnych, ruszających od długaśnych luksusowych limuzyn w kierunku znajdującej się w parku cerkwi.

Bezwiednie podążył śladem jednej z nich. W pewnym momencie podszedł do niego młody pijany Kazach, jeden z gości weselnych, i wygarnął coś czupurnie po kazachsku, wybałuszając oczy i śmiejąc mu się prosto w twarz. Najwyraźniej powiedział coś niemiłego, ale Nikołaj nie dał się sprowokować, zignorował pana zaczepialskiego i wszedł do cerkwi.

Katedra Wniebowstąpienia – wielka świątynia prawosławna, perła architektury Republiki Kazachstanu. Miała już ponad sto lat. Zbudowana z drewna, wysoka na około sześćdziesiąt metrów, powstała w 1906 roku. Zastąpiła ceglany Sobór Turkiestański, który uległ doszczętnemu zniszczeniu podczas silnego trzęsienia ziemi w roku 1887. Architekt Andriej Pawłowicz Zenkow, syn pierwszego w dziejach miasta burmistrza, absolwent petersburskiej Akademii Inżynierskiej, tak zaprojektował nową katedrę, że bez szwanku wyszła ona z kolejnego potężnego trzęsienia ziemi, w roku 1911. Tylko metalowe krzyże na kopułach powyginały się od silnych drgań; konstrukcja nie ucierpiała ani trochę. Ze względu na swoją niezwykłość i piękno świątynia została uznana za jeden ze stu Wielkich Cudów Świata. Jurij Dąbrowski, Żyd, Polak, Rosjanin i Rom, rodowity moskwiczanin, pisarz rosyjski zamęczony na śmierć przez siepaczy reżimu radzieckiego, będąc w Ałmaty na zesłaniu, zachwycił się tą cerkwią. Powiedział, że właśnie tak powinny wyglądać budowle mające za tło niebotyczne zaśnieżone szczyty gór Tienszan – mają być wytworne i mocarne. „Jest to wybitnie południowy kościół, wszystko w nim zostało zaplanowane tak, aby uwzględnić tutejsze światło i słońce”, stwierdził kiedyś. Z pewnością miał rację.

Nikołajowi cerkiew kojarzyła się przede wszystkim z zimą, a nie z historią architektury sakralnej w południowych rejonach Rosji. W zimie, w okresie świąt noworocznych, przy soborze pojawiała się wielka choinka, wysoki i zgrabny świerk tienszański, oraz lodowisko uatrakcyjnione przez nowoczesny głośnik, z którego dostojnie płynęła melodyjna muzyka. Najwspanialej prezentowały się w tamtej scenerii walce. Ile siniaków zostało nabitych na tym lodzie! Ile złamano nadgarstków i serc. Ile potencjalnych par umówiło się tam na randkę, a potem całowało zziębniętymi ustami. To tutaj tętniło zimowe życie młodzieżowe radzieckiego Siedmiorzecza. W tym miejscu Nikołaj po raz pierwszy zobaczył Swietę, swoją wielką miłość. Spotkał ją zaledwie kilka razy, ale wspomnienie o niej nadal żyło w jego sercu.

Gdy stanął na potężnej płycie kamiennej, stanowiącej fundament soboru, który szerokim łukiem ominęło pęknięcie spowodowane trzęsieniem ziemi, w tym magicznym miejscu przypomniał sobie wszystko, jakby to było dopiero wczoraj.

Odremontowana katedra wprawiła Nikołaja w dobry nastrój. Przez kilkanaście minut zwiedzał cerkiew i przyglądał się malowidłom ilustrującym dzieje chrześcijaństwa. Równocześnie trwała ceremonia koronacji młodej pary – dobrodusznego i wzruszonego Kazacha oraz Słowianki, przysadzistej blondynki. Przy ikonach i świecznikach trwała powolna, nieustająca zmiana warty staruszek ubranych w kolorowe sukienki i białe chusty. Niczym siłacze obwieszeni żelazem i betonem, dźwigały ciężar przeżytych lat. Każdy ruch dowodził, że stare kobiety przegrywają.

Wychodząc z cerkwi, stanął w miejscu, gdzie niegdyś stawiano choinkę do samego nieba. Zamknął oczy i spróbował przywołać przeszłość: ostry mróz, skrzypiący śnieg, walc Swiridowa, chrzęst ciętego stalą lodu, kolorowe światełka na drzewach, Swieta, gwiazdy i całe życie, które dopiero się zaczyna – słodka niewiadoma i płonne nadzieje, skrywane żądze i namiętności – wszystko dopiero się zaczynało!

Gdzie ona teraz jest, Swieta… Co u niej słychać? Rozejrzał się dokoła. Istnieje prawdopodobieństwo, że nadal mieszka w tym mieście, a może nawet jest w tej chwili tutaj. Może siedzi gdzieś na ławeczce z dwójką dzieci, pochłaniających szybko czekoladowe lody. Jakie są jej dzieci? Czy ich ojcem jest któryś z tutejszych koczowników? Nikołaj usiadł na ławce w pobliżu dwóch starszych panów. Tak, istnieje duże prawdopodobieństwo, że straciłem również Swietę. Zabrano mi ziemię, dorobek i sławę moich przodków oraz dziewczynę, która mogła zostać matką moich dzieci…

Zaraz, Swieta matką moich dzieci?! O czym ja w ogóle myślę!

– Właśnie tak! – powiedział jeden starszy pan do drugiego. Siedzieli na tyle blisko, że Nikołaj wyraźnie słyszał, o czym rozmawiają. – To już kolejny list! Syn wysyła zdjęcia: wnuków moich i takie tam, z domu i ogrodu. I wszystko znika. Jak ta poczta działa, na co oni sobie pozwalają! Strach pomyśleć: żyjemy w XXI wieku, proszę pana, a ja się czuję, jakby świat dokoła zupełnie mnie wykluczał.

– No właśnie – zgodził się jego kolega. – Ale ja opowiem panu jeszcze ciekawszą historię. Mówi pan, że giną panu listy od syna. Gdzie on mieszka?

– W Berlinie, proszę pana.

– No właśnie, a moje córki mieszkają w Wołogdzie – kontynuował. – W zeszłym roku jak zawsze wysłały nam, rodzicom swoim, kartki noworoczne i obie dotarły. Ale proszę sobie wyobrazić, że przyszły bez kopert! Na kartkach nie było naszego adresu, bo zostały wysłane w kopertach. Więc jak doszły? To jest pytanie!

– Nie ma w tym nic dziwnego – odparł pierwszy starszy pan. – To jasne jak słońce! Listonosze otwierają listy nadchodzące z zagranicy, bo myślą, że dzieciaki przysyłają swoim starym pieniądze! Gdy znajdują samą kartkę, wrzucają ją do skrzynki adresata, by się nie skarżył potem, że nie dochodzą do niego listy. To, że w ten sposób sami się zdradzają jako złodzieje, wcale ich nie onieśmiela. Już trzeci list od mojego syna, ze zdjęciami, do mnie nie dotarł. Pójdę, wie pan, na pocztę i będę tę sprawę wyjaśniać. Nie puszczę tego płazem.

– Zapomniałem opowiedzieć taką rzecz, proszę pana – powiedział staruszek, którego syn mieszkał w Berlinie. – Przyjechały do mnie niedawno wnuki, chłopcy, piętnaście i dziewiętnaście lat. Proszę sobie wyobrazić, jadą autobusem miejskim w góry, do Medeo. A w pewnym momencie zwraca się do nich młody Kazach, ich rówieśnik: „Jesteście Rosjanami?”, chłopcy odpowiadają: „Tak, jesteśmy. O co chodzi?”, a ten im mówi: „W takim razie nie macie wstępu w nasze góry, wynoście się do swojej Rosji!” Wyobraża pan sobie? Nie wiedzieli, co powiedzieć, tym bardziej że mieszkają w Niemczech. A jak następnego dnia wyszli wieczorem na spacer, to napadła na nich cała banda i telefony komórkowe im zabrali, wyobraża sobie pan? Jak tak dalej pójdzie, zaczną palić książki. Tołstoj? Rosjanin? Do ognia! Dostojewski? Rosjanin? Do ognia…

Słuchając mimowolnie tej rozmowy, Nikołaj czuł, jak wzbiera w nim smutek. W pierwszej chwili chciał wyrazić swoją solidarność ze staruszkami, ale zaraz pojął, że nie stać go na to. Był jak rozbitek. Co z tego, że posiada nieruchomości w Moskwie i Paryżu. Jego serce pozostało tu, w grodzie dzieciństwa, a on sam był przyczyną swojej słabości. Najchętniej by zniszczył to całe Siedmiorzecze, byle na nie więcej nie patrzeć.

– Czytał już pan dzisiejsze gazety? – zapytał drugi starszy pan swojego kolegę.

– Nie, jeszcze nie. Oczy mnie bolą. Zawsze rano, gdy wstaję, bolą mnie oczy.

– Znowu piszą o tych domach na Baribajewa, proszę pana. Słysząc nazwę ulicy, którą przed chwilą odwiedził, Nikołaj cały zamienił się w słuch. – Rozpisują się na temat tej kobiety, która sprzeciwia się wyburzeniu jednej z kamienic. Dom na pewno wyburzą, to tylko kwestia czasu. Owa kobieta to podobno znana wróżka Larysa Wołkowa, która kiedyś tam mieszkała. Twierdzi, że w tym domu nadal jest jej syn.

– Co znaczy „nadal jest jej syn”? – zdziwił się pierwszy straszy pan.

– I to jest najciekawsze w tej historii. – Staruszek poprawił okulary w grubej oprawce i wskazał palcem na artykuł w gazecie, którą trzymał na kolanach. – Syn obywatelki Wołkowej, jej jedyne dziecko, kilkanaście lat temu utonął na kaskadach w Małej Ałma-Atince. A teraz ta kobieta twierdzi, że on nie zginął, nie utonął, tylko wszedł do tego domu na Baribajewa i nadal gdzieś tam jest. Zagroziła, że jeśli ktoś będzie próbował wyburzyć tę kamienicę, rzuci na niego straszną klątwę. Piszą, że ta Wołkowa rzeczywiście posiada nadprzyrodzone moce, wielu ludzi miało okazję o tym się prze konać.

Przecież on mówi o kobiecie, którą spotkałem!, Nikołajowi aż zakręciło się w głowie. To na pewno była ona. Wariatka, bez dwu zdań.

– Niebywałe! – kontynuował drugi starszy pan. – Takie rzeczy w naszym mieście!

– Pan w to wierzy? – zapytał jego rozmówca. – Tyle bzdur w dzisiejszych gazetach, aż przykro czytać!

– No nie wiem – zastanawiał się drugi starszy pan. – Po raz kolejny natknąłem się na informację o domach do wyburzenia na Baribajewa i Larysie Wołkowej.

Dalsza rozmowa emerytów dotyczyła już tylko schorzeń i dolegliwości obu staruszków. Gdyby Nikołaj podsłuchiwał ich dłużej, dowiedziałby się o stanie służby zdrowia, nazwiskach lekarzy i opłatach za prywatne usługi medyczne w Ałmaty.

Przepowiadając sobie, co usłyszał, a właściwie zastanawiając się, co o tym wszystkim myśleć, Nikołaj szedł w cieniu starych drzew w stronę pomnika Bohaterów Obrony Moskwy. Pod ogromnymi rzeźbami, które przedstawiały idących do ataku żołnierzy, był napis: „Wielka jest Rosja, ale nie ma gdzie się cofać, za nami Moskwa!”

Przed pomnikiem, w stosownej od niego odległości, kołysał się tulipan Wiecznego Ognia. Jego płatki wirowały, odrywały się, leciały do góry i znikały. Przeistaczały się w gorące, falujące powietrze, w którym unosił się wszechobecny południowy pył.

Postanowił wracać do hotelu – upał stawał się nie do zniesienia, nawet w parku. Idąc do swojej taksówki, myślał o tym, że w Moskwie nie zdawał sobie sprawy z tego, jaka smutna będzie jego wyprawa. Że tyle będzie go kosztować. Gdy wsiadał do samochodu, popatrzył na park. Zobaczył Kazachów w dresach, siedzących w kucki na głównej alei, krzyczących i spluwających przed siebie.

W hotelu, gdy wziął prysznic, znowu sprawdził, czy zapakował do plecaka wszystko, co należało zabrać. Czy latarki są sprawne, a telefon i GPS naładowane. Potem leżał w łóżku i marzył o tym, żeby czas zaczął płynąć szybciej. Zmęczyło go to i postanowił jeszcze raz obejrzećKoczownika.Ale myślami był daleko od tego miejsca – hotelu „Kazachstan” i miasta Ałmaty – oraz filmu. Przypomniał sobie jezioro Bałchasz, dom dziadka Arseniusza, który ponad pół wieku temu schował gdzieś w łazience swojego skromnego mieszkania mapę: kartkę, na której zostało dokładnie wskazane miejsce ukrycia skarbu. Nikołaj dowiedział się o wszystkim przeszło rok temu.

Skończyłeś dziś trzydzieści pięć lat, synku – powiedziała matka i wręczyła mu prezent: kolejny jedwabny krawat, jak zawsze zbyt jaskrawy.

– Dziękuję, mamo.