Niki i Tesla. Bunt armii robotów - „Science Bob” Pflugfelder, Steve Hockensmith - ebook
Opis

Kiedy w miasteczku Half Moon Bay wybucha plaga włamań, jedenastoletni detektywi Nick i Tesla postanawiają schwytać sprawców. Aby tego dokonać, będą musieli opracować mnóstwo nowych gadżetów i wynalazków! W poświęconej robotom kontynuacji powieści ,,Niki i Tesla ,,W Laboratorium pod napięciem" niezwykłe rodzeństwo wybuduje cztery różne drozdy z przedmiotów, które można znaleźć w domu. Także i Ty będziesz mógł je zrobić, drogi Czytelniku, gdyż na niezbędne plany i instrukcje natkniesz się podczas lektury tej książki. Przekonaj się, czy Niki i Tesla zdołają złapać przestępcę i powstrzymać jego armię robotów, zanim będzie za późno!  

„Science Bob” Pflugfelder uczy w szkole podstawowej w Newton w stanie Massachusetts. Steve Hockensmith pisze powieści w Alamedzie w stanie Kalifornia. Żaden z nich nie zginął podczas pisania tej książki!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 143

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Niki i Tesla. Bunt armii robotów

„Science Bob” Pflugfelder, Steve Hockensmith

Tłumaczenie: Michał Zacharzewski

Original title: Nick and Tesla’s Robot Army Rampage

Text Copyright © 2014 by Quirk Productions, Inc. Illustrations by Scott Garrett All rights reserved.

First published in English by Quirk Books, Philadelphia, Pennsylvania. This Book was negotiated through Livia Stoia, Livia Stoia Agency.

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo RM, 2017 All rights reserved.

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 [email protected] www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-7773-647-0 ISBN 978-83-7773-808-5 (ePub) ISBN 978-83-7773-809-2 (mobi) ISBN 978-83-7773-810-8 (pdf)

Redaktor prowadzący: Agnieszka Trzebska-CwalinaRedakcja: Anita RejchKorekta: Składnica LiterackaNadzór graficzny: Grażyna JęrzejecOpracowanie graficzne okładki wg oryginału: Maciej JędrzejecIlustracje: Scott GarrettEdytor wersji elektronicznej: Tomasz ZajbtOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected]

Rozdział 1

Rozdział 2

Chodzący robot z resztek peceta do zbudowania w domu

Częściowo niewidzialny robot z butelki do zbudowania w domu

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Zastępczy fruwający Roboaniołek

Wzornik śmigła do zastępczego fruwającego Roboaniołka

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Zastępczy fruwający Roboaniołek

Rozdział 11

Rozdział 12

Zaimprowizowany robotyczny miotacz wody

Rozdział 13

Rozdział 14

UWAGA!

Pro­jek­ty opi­sa­ne na stro­nach Niki i Te­sla kon­stru­ują wy­ko­rzy­stu­ją elek­trycz­ność, sub­stan­cje tok­sycz­ne i ła­two­pal­ne, znaj­du­ją­ce się cza­sa­mi pod ci­śnie­niem, a tak­że ostre na­rzę­dzia. Za­nim przy­stą­pisz do za­ba­wy, po­proś ko­goś do­ro­słe­go o do­kład­ne prze­stu­dio­wa­nie in­struk­cji. Nie­kie­dy mu­sisz po­pro­sić o po­moc ko­goś do­ro­słe­go tak­że pod­czas przy­go­to­wy­wa­nia opi­sa­nych eks­pe­ry­men­tów.

Choć wie­rzy­my, że są one bez­piecz­ne i przy­ja­zne dla ro­dzi­ny, ostrze­ga­my, że wy­pad­ki cho­dzą po lu­dziach. Ni­ko­mu nie mo­że­my za­gwa­ran­to­wać bez­pie­czeń­stwa. Dla­te­go wła­śnie au­to­rzy i wy­daw­cy nie po­no­szą od­po­wie­dzial­no­ści za ja­kie­kol­wiek szko­dy wy­ni­ka­ją­ce z wy­ko­rzy­sty­wa­nia, wła­ści­we­go czy nie­wła­ści­we­go, in­for­ma­cji za­war­tych w tej książ­ce. Pa­mię­taj, że ist­nie­nie szcze­gó­ło­wych in­struk­cji nie zwal­nia cię z ko­rzy­sta­nia z ro­zu­mu!

Rozdział1

Niki pra­co­wał w la­bo­ra­to­rium w piw­ni­cy. Przy­go­to­wy­wał wul­kan z octu i pły­nu do my­cia na­czyń.

Te­sla w tym sa­mym la­bo­ra­to­rium kon­stru­owa­ła ra­kie­tę z octu i prosz­ku do pie­cze­nia.

Wu­jek Newt też był w la­bo­ra­to­rium. Uwi­jał się z od­ku­rza­czem za­si­la­nym kom­po­stem, a zbu­do­wa­nym z dmu­cha­wy do li­ści i tor­by gni­ją­cych ba­na­nów. I to wła­śnie od­ku­rzacz eks­plo­do­wał jako pierw­szy.

Na szczę­ście Ba­na­no­Vac 8000 naj­pierw za­czął sy­czeć i się to­pić, dzię­ki cze­mu jego wy­na­laz­ca zdo­łał za­wo­łać:

– A niech to! Zno­wu to samo!

Ro­dzeń­stwo już wie­dzia­ło, co to ozna­cza. Od razu po­rzu­ci­ło zlew­ki, pro­bów­ki oraz szczyp­ce i po­pę­dzi­ło w stro­nę roz­kle­ko­ta­nych scho­dów. Szyb­ko tam nie do­tar­ło, bo sła­bo oświe­tlo­na piw­ni­ca była za­pcha­na sta­ry­mi kom­pu­te­ra­mi, usmo­lo­ny­mi na­rzę­dzia­mi oraz po­rzu­co­ny­mi wy­na­laz­ka­mi (tu de­sko­rol­ka z na­pę­dem ra­kie­to­wym, tam au­to­mat do sprze­da­ży pi­łe­czek ze zło­tą ryb­ką w środ­ku), wresz­cie usta­wio­ny­mi wzdłuż ścia­ny ta­jem­ni­czy­mi urzą­dze­nia­mi, któ­re szu­mia­ły, trzę­sły się i co ja­kiś czas wy­da­wa­ły z sie­bie gło­śne ping! Nie­któ­re ga­dże­ty były ze­psu­te. Wszyst­kie po­kry­wa­ła sa­dza.

– Szyb­ciej, wuj­ku! – za­wo­łał Niki, wspi­na­jąc się z sio­strą po scho­dach.

Męż­czy­zna na­le­żał bo­wiem do tych lu­dzi, któ­rym trze­ba było przy­po­mi­nać o uciecz­ce na­wet w ob­li­czu mo­gą­ce­go eks­plo­do­wać od­ku­rza­cza.

– Nic nie ro­zu­miem – stwier­dził i jak­by od nie­chce­nia pod­niósł się zza za­gra­co­ne­go sto­łu, żeby ru­szyć za dzie­cia­ka­mi. – Prze­cież tym ra­zem pro­por­cja tle­nu do me­ta­nu była ide­al­na.

– To samo twier­dzi­łeś po­przed­nio – przy­po­mnia­ła mu Te­sla.

– Wiem. Wte­dy też była ide­al­na!

Ro­dzeń­stwo wdra­pa­ło się na górę i od­wró­ci­ło, żeby spraw­dzić, czy męż­czy­zna na pew­no za nimi po­dą­ża.

– Mógł­byś się tro­chę po­spie­szyć? – za­py­tał znie­cier­pli­wio­ny Niki.

Wu­jek mach­nął na nie­go.

– Daj spo­kój, mam jesz­cze pięć se­kund na uciecz­kę. Może na­wet sześć. No… te­raz już czte­ry.

Dzie­cia­ki wy­co­fa­ły się do kuch­ni. Po chwi­li do­łą­czył do nich sam wy­na­laz­ca, za­cho­wu­jąc cał­ko­wi­ty spo­kój.

– Dwie – po­wie­dział. – Jed­ną.

Niki, Te­sla i wu­jek Newt przez chwi­lę sta­li bez ru­chu, wpa­tru­jąc się w drzwi pro­wa­dzą­ce do piw­ni­cy. W koń­cu roz­le­gło się gło­śne bu­uum!, aż dom za­drżał w po­sa­dach.

– Wi­dzi­cie? Mia­łem mnó­stwo cza­su!

Z piw­ni­cy za­czął wy­do­by­wać się dym. Śmier­dział jak sto przy­pa­lo­nych ba­be­czek ba­na­no­wych wy­ło­żo­nych na słoń­ce na miej­skim wy­sy­pi­sku śmie­ci.

– Fu­uuu! – jęk­nął męż­czy­zna, krzy­wiąc się i marsz­cząc nos. – Cuch­nie go­rzej niż za­zwy­czaj. Wy­cho­dzi­my!

Po­pro­wa­dził dzie­cia­ki na po­dwór­ko za do­mem. Tyl­ne drzwi zo­sta­wił otwar­te, żeby dym ulot­nił się, za­miast za­gnieź­dzić w domu na sta­łe. Na­wet Eu­re­ka, jego bez­wło­sa kot­ka, do­łą­czy­ła do nich. Przy­cup­nę­ła na gan­ku i za­czę­ła zli­zy­wać po­piół ze swo­je­go po­marsz­czo­ne­go, ły­se­go tył­ka.

Był let­ni, sło­necz­ny dzień. Je­den z są­sia­dów, pan Jo­nes, przy­ja­zny star­szy męż­czy­zna, któ­re­go wu­jek z nie­zna­nych po­wo­dów za­wsze na­zy­wał pa­nem Blac­kwel­lem, ko­sił wła­śnie traw­nik.

Na­gle wy­łą­czył ko­siar­kę i skie­ro­wał w stro­nę ro­dzeń­stwa oku­la­ry o szkłach ni­czym den­ka bu­te­lek.

– Mam za­dzwo­nić po straż po­żar­ną? – za­py­tał tro­chę za­nie­po­ko­jo­ny.

– Nie, dzię­ku­je­my, pa­nie Blac­kwell – od­po­wie­dział wu­jek. – To bo­ga­ta w me­tan pul­pa ba­na­no­wa we­szła w re­ak­cję z tle­nem. Wy­two­rzy­ła mnó­stwo dwu­tlen­ku wę­gla oraz parę wod­ną.

– Aha – stwier­dził pan Jo­nes, uśmiech­nął się i po­ki­wał gło­wą, naj­wy­raź­niej nie ro­zu­mie­jąc ani sło­wa. – Za­tem wszyst­ko w po­rząd­ku.

– Pro­szę nie przej­mo­wać się dy­mem. Po­wi­nien ulot­nić się w cią­gu go­dzi­ny.

– Go­dzi­ny? – za­py­tał ktoś.

Od­wró­ci­li się. Ich są­siad­ka, Ju­lie Cas­ser­ly, in­ten­syw­nie wpa­try­wa­ła się w ro­dzeń­stwo. Przy­kuc­nię­ta na gan­ku swo­je­go domu sa­dzi­ła nowe be­go­nie na grząd­ce, któ­rą (po­dob­no) dwa ty­go­dnie wcze­śniej znisz­czy­ła sa­mo­ko­szą­ca ko­siar­ka do tra­wy wuj­ka New­ta.

Po chwi­li me­lo­dra­ma­tycz­nie za­ka­sła­ła i wska­za­ła ry­dlem cuch­ną­cy dym wy­do­by­wa­ją­cy się zza drzwi domu wuj­ka New­ta.

– Chy­ba nie ocze­ku­je­cie, że wy­trzy­mam ten smród przez go­dzi­nę?

– Oczy­wi­ście, że nie, Ju­lie – od­parł wu­jek. – Za­wsze prze­cież mo­żesz za­mknąć się w swo­im domu.

Ko­bie­ta po­de­rwa­ła się na rów­ne nogi i… zro­bi­ła do­kład­nie to, co za­su­ge­ro­wał. Jed­nak w spo­so­bie, w któ­ry się żach­nę­ła i chrząk­nę­ła, było coś, co jed­no­znacz­nie su­ge­ro­wa­ło, że nie ucie­ka je­dy­nie przed dy­mem.

– Jak są­dzi­cie, do kogo za­dzwo­ni? – za­py­ta­ła Te­sla. – Na po­li­cję czy do stra­ży po­żar­nej?

– I tu, i tam – od­po­wie­dział Niki. – Oraz praw­do­po­dob­nie do Pen­ta­go­nu i Bia­łe­go Domu.

Pan Jo­nes uru­cho­mił ko­siar­kę.

– Mógł­bym ją zmo­dy­fi­ko­wać, żeby sama pie­lę­gno­wa­ła za pana traw­ni­ki, pa­nie Blac­kwell! – za­wo­łał wu­jek.

Star­szy męż­czy­zna mach­nął ręką i wró­cił do ko­sze­nia tra­wy. Naj­wy­raź­niej do­brze wie­dział, co ozna­cza do­pusz­cze­nie wy­na­laz­cy do sprzę­tu ogro­do­we­go.

– No cóż… – wes­tchnął wu­jek Newt. – Chy­ba na­de­szła pora na włosz­czy­znę!

– Co? – Prze­stra­szy­ło się ro­dzeń­stwo.

Wu­jek wcią­gnął w płu­ca odro­bi­nę cuch­ną­ce­go po­wie­trza.

– Nie wiem jak wy, ale ja na­bra­łem ocho­ty na kur­cza­ko­we ve­su­vio Ra­nal­lie­go.

Dzie­cia­ki spoj­rza­ły na nie­go za­sko­czo­ne. Żad­ne z nich nie wie­dzia­ło, co to jest kur­cza­ko­we ve­su­vio. Każ­de ko­ja­rzy­ło na­to­miast piz­zę z Kuch­ni Wło­skiej Ra­nal­lie­go. Była wy­śmie­ni­ta!

– Idzie­my – za­de­cy­do­wa­ła Te­sla.

Była nie­dzie­la, dzie­sią­ta rano – pora, o któ­rej więk­szość lu­dzi uni­ka­ła wło­skie­go żar­cia. Je­śli jed­nak ro­dzeń­stwo w cią­gu pierw­szych dwóch ty­go­dni po­by­tu u wuj­ka na­uczy­ło się o nim cze­goś no­we­go, to wła­śnie tego, że nie był on więk­szo­ścią lu­dzi.

– Cu­dow­nie! – za­wo­łał i kla­pą la­bo­ra­to­ryj­ne­go ki­tla ni­czym ma­ską za­sło­nił so­bie usta. – Wlej­cie do baku ga­lon ole­ju, a ja sko­czę po elek­trycz­ny śli­niak. Chcę go prze­te­sto­wać.

Ru­szył w stro­nę drzwi, zza któ­rych wciąż wy­do­sta­wał się dym. Te­sla zła­pa­ła go za pra­wą rękę, a Niki za lewą.

– Chy­ba na ra­zie nie po­wi­nie­neś tam wra­cać. Le­piej po­cze­kać do cza­su, aż w środ­ku da się co­kol­wiek zo­ba­czyć – po­wie­dzia­ła dziew­czyn­ka.

– I, no wiesz… od­dy­chać – do­dał jej brat.

Kie­dy męż­czy­zna się za­sta­na­wiał, ro­dzeń­stwo ob­ser­wo­wa­ło go z nie­po­ko­jem. Oba­wia­ło się nie tyl­ko tego, że się udu­si w swo­im domu. Stra­chem na­pa­wa­ła ich rów­nież per­spek­ty­wa za­bra­nia elek­trycz­ne­go śli­nia­ka do re­stau­ra­cji. Urzą­dze­nie mia­ło uczyć dzie­ci es­te­tycz­ne­go je­dze­nia i ra­zić je prą­dem za każ­dym ra­zem, gdy lą­do­wał na nim choć­by okru­szek.

Wu­jek jadł nie­chluj­nie, a słu­cha­nie, jak co chwi­la po­krzy­ku­je, ra­żo­ny prą­dem, nie na­le­ża­ło do przy­jem­nych.

– W po­rząd­ku. Po­ra­dzi­my so­bie bez śli­nia­ka – stwier­dził w koń­cu i spoj­rzał na kota. – Ty zo­sta­jesz! – do­dał.

Eu­re­ka skoń­czy­ła ob­li­zy­wać swój ty­łek i po­wlo­kła się w stro­nę be­go­nii za­sa­dzo­nych przez są­siad­kę. Praw­do­po­dob­nie za­sta­na­wia­ła się, czy je zjeść, czy zo­sta­wić przy nich odro­bi­nę na­wo­zu.

– Do newt­mo­bi­lu! – za­wo­łał męż­czy­zna.

Newt­mo­bil był po­obi­ja­nym zie­lo­no-brą­zo­wym gra­tem, któ­ry wu­jek zło­żył z uszko­dzo­ne­go vo­lvo, woj­sko­we­go je­epa z de­mo­bi­lu oraz ło­dzi. Wła­śnie nie­spiesz­nie pyr­ko­tał uli­cą, a Niki ob­ser­wo­wał, czy nie go­nią ich psy. Die­slow­ski sil­nik spa­lał bo­wiem zu­ży­ty olej spo­żyw­czy, któ­ry do­star­cza­ły lo­kal­ne bary szyb­kiej ob­słu­gi, z re­gu­ły wdzięcz­ne, że ktoś chciał wziąć od nich sma­że­ni­nę, za wy­wóz któ­rej mu­sia­ły­by za­pła­cić. W efek­cie spa­li­ny wy­do­sta­ją­ce się z tłu­mi­ka pach­nia­ły bar­dziej jak chrup­kie fryt­ki niż kla­sycz­ny tle­nek wę­gla. Dla­te­go wi­dok pę­dzą­cych za sa­mo­cho­dem ob­śli­nio­ne­go owczar­ka col­lie, spa­nie­la czy chi­hu­ahuy ze smy­czą cią­gną­cą się po zie­mi nie był dla ro­dzeń­stwa ni­czym wy­jąt­ko­wym.

Dziś Niki nie na­mie­rzył psów, choć zde­ter­mi­no­wa­na wie­wiór­ka do­trzy­my­wa­ła im kro­ku przez dość dłu­gi czas. Zo­sta­ła jed­nak z tyłu i wró­ci­ła do zbie­ra­nia orze­chów, za­nim wóz do­tarł do ru­chli­wej dro­gi sta­no­wej cią­gną­cej się wzdłuż wy­brze­ża Pa­cy­fi­ku, łą­czą­cej osie­dle wuj­ka New­ta z cen­trum mia­stecz­ka Half Moon Bay. I do­brze, że za­ję­ła się orze­cha­mi, bo Niki bał się, że bę­dzie mu­siał wy­siąść z auta i prze­go­nić gry­zo­nia, za­nim ten na do­bre przy­ssie się do rury wy­de­cho­wej i da się po­wieźć ku śmier­ci.

Ta­kie wła­śnie pro­ble­my mia­ło się wte­dy, gdy miesz­ka­ło się w Ka­li­for­nii z New­to­nem Ga­li­le­uszem Hol­tem, po­wszech­nie zna­nym jako wu­jek Newt. W ro­dzin­nej Wir­gi­nii ja­kimś dziw­nym tra­fem pro­ble­my omi­ja­ły chłop­ca (a przy­naj­mniej tak mu się te­raz wy­da­wa­ło). Nie­ste­ty jego ro­dzi­ce byli na­ukow­ca­mi i pra­co­wa­li dla rzą­du. Pew­ne­go dnia oświad­czy­li, że wy­jeż­dża­ją do Uz­be­ki­sta­nu ba­dać iry­ga­cję soi. To dla­te­go ro­dzeń­stwo zo­sta­ło ze­sła­ne na całe lato do eks­cen­trycz­ne­go męż­czy­zny, któ­re­go pra­wie nie zna­ło.

Niki ni­g­dy nie lu­bił soi. Te­raz wręcz jej nie­na­wi­dził.

„Z miesz­ka­nia z sza­lo­nym na­ukow­cem pły­nie jed­nak pew­na ko­rzyść”, po­wta­rzał so­bie. Za­rów­no on, jak i jego sio­stra sami uwa­ża­li się za sza­lo­nych na­ukow­ców i dla­te­go szyb­ko do­ce­ni­li la­bo­ra­to­rium wuj­ka. Nie po­tra­fi­li jed­nak za­po­mnieć o przy­ja­cio­łach, z któ­ry­mi roz­sta­li się na wie­le ty­go­dni. Wciąż też tę­sk­ni­li za do­mem i ro­dzi­ca­mi, któ­rzy wy­je­cha­li do od­le­głe­go kra­ju naj­wy­raź­niej po­zba­wio­ne­go łącz­no­ści te­le­fo­nicz­nej.

Nie roz­ma­wia­li z nimi od roz­sta­nia dwa ty­go­dnie temu.

Ja­kiś nie­wy­raź­ny, ró­żo­wa­wy kształt mi­gnął przed ocza­mi Ni­kie­go.

– Za­dzwoń po po­go­to­wie. Za­padł w śpiącz­kę – usły­szał głos sio­stry.

Za­mru­gał i sku­pił wzrok. Nie­wy­raź­ne sta­ło się wy­raź­ne.

Te­sla ma­cha­ła dło­nią tuż przed jego twa­rzą.

Wciąż nie­przy­tom­nie pa­trzył za sie­bie, choć daw­no już za­par­ko­wa­li przed Kuch­nią Wło­ską Ra­nal­lie­go.

– Hall­lo­ooo! – za­wo­ła­ła dziew­czyn­ka. – Jest ktoś w domu?

– Nie – od­po­wie­dział Niki. – Nie je­stem w domu, choć bar­dzo bym chciał.

Sio­stra cof­nę­ła rękę i po­sła­ła mu spoj­rze­nie peł­ne zro­zu­mie­nia. Za­wsze po­tra­fi­ła ro­bić do­brą minę do złej gry. W ogó­le była od­waż­niej­sza. Jed­nak Niki wie­dział, że mar­twi się o ro­dzi­ców tak samo jak on.

– Spójrz na dru­gą stro­nę me­da­lu – stwier­dzi­ła. – Na śnia­da­nie zje­my piz­zę!

Chło­piec za­czął gra­mo­lić się z sa­mo­cho­du.

– Masz ra­cję, dru­ga stro­na me­da­lu wca­le nie jest taka zła.

Oka­za­ło się, że nie­ste­ty była zła.

Ra­nal­li nie otwo­rzył jesz­cze lo­ka­lu. Na piz­zę i kur­cza­ko­we ve­su­vio mu­sie­li za­cze­kać go­dzi­nę.

– No cóż… I tak jest za wcze­śnie na wy­żer­kę – za­uwa­ży­ła Te­sla.

– Ni­g­dy nie jest za wcze­śnie na wy­żer­kę – mruk­nął Niki.

Wu­jek nie­czę­sto pro­po­no­wał im coś, co nie po­cho­dzi­ło z pusz­ki bądź pu­deł­ka, a chło­piec miał już dość kon­ser­wo­wa­nej wo­ło­wi­ny z ma­ka­ro­nem oraz ko­lo­ro­wych chru­pek śnia­da­nio­wych. Dla­te­go ze smut­kiem wpa­try­wał się w ta­blicz­kę z na­pi­sem ZA­MKNIĘ­TE, wi­szą­cą za szkla­ny­mi drzwia­mi re­stau­ra­cji.

Na­gle za szy­bą coś się po­ru­szy­ło.

– Hej! – za­wo­łał Niki i zmru­żył oczy. – Co to jest?

Po­zo­sta­li do­sko­czy­li do nie­go i zaj­rze­li do środ­ka.

– Czy to… – za­czął Niki.

– Tak, to chy­ba to – wtrą­cił wu­jek.

– No nie­eeee! – jęk­nę­ło jed­no­cze­śnie ro­dzeń­stwo.

Do­oko­ła lady, na któ­rej sta­ła kasa, cho­dził nie­wiel­ki, srebr­ny obiekt.

Ro­bot.

Ma­szy­na skie­ro­wa­ła w ich stro­nę swo­je czer­wo­ne, świe­cą­ce oczy i przez chwi­lę im się przy­glą­da­ła.

Rozdział2

Niki i Tesla konstruują

Chodzący robot z resztek peceta do zbudowania w domu

Niki i Tesla konstruują

Częściowo niewidzialny robot z butelki do zbudowania w domu

Rozdział3

Rozdział4

Rozdział5

Niki i Tesla konstruują(i Silas też)

Roborobak domowej produkcji

Rozdział6

Rozdział7

Rozdział8

Rozdział9

Rozdział10

Niki i Tesla konstruują

Zastępczy fruwający Roboaniołek

Wzornik śmigła do zastępczego fruwającego Roboaniołka

Rozdział11

Rozdział12

Niki i Tesla konstruują

Zaimprowizowany robotyczny miotacz wody

Rozdział13

Rozdział14