Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 306 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nikczemne historie - Monika Piątkowska

Współczesna Warszawa. W życie czworga młodych ludzi wdziera się miłość, która zabiera więcej, niż daje. Kończy się wieloletnia przyjaźń, pojawia depresja, nieufność i zagubienie. Jeden z bohaterów pogrąża się w cudzych losach, aby się w nich przejrzeć i zrozumieć, kim jest naprawdę. Widzi Paryż oczami rosyjskiego emigranta, który przymierza różne życiorysy, wszystkie równie prawdopodobne i przerażające. Jest warszawskim buchalterem, który zdefraudował stosunkowo niewielką kwotę, by poczuć smak zbrodni. Poznaje skrzętnie skrywaną tajemnicę niemieckiego pisarza i intrygę jego francuskiego biografa. Czuje palący ból rany, którą Jurgen Klabs otrzymał od króla wiedeńskiego półświatka. Nikczemne historie to książka świetnie skonstruowana, napisana z reporterskim wyczuciem i literacką swadą. Jedna opowieść pociąga za sobą drugą. Każda mówi o nikczemności w innym rytmie i osadzą ją w innych realiach. Każda otwiera na mgnienie oka cudze piekło, które równie dobrze mogło być nasze.

Opinie o ebooku Nikczemne historie - Monika Piątkowska

Fragment ebooka Nikczemne historie - Monika Piątkowska

Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2009

Wydanie I 

Warszawa 2009

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Bezimienna

1

Posłuchaj tego: jest 17 sierpnia 1901 roku, Kraków dusi się w upale, kto może, ucieka z miasta na wieś, a w kamienicy numer trzynaście przy ulicy Sławkowskiej dochodzi do buntu. Dzień wcześniej fragment elewacji, jakiś element balkonu czy gzymsu, oberwał się i o mały włos nie zabił jednego z lokatorów. To zdarzenie oburza wszystkich, ponieważ od miesięcy sugerowali właścicielowi, że dom wymaga remontu, a gdy na dodatek okazuje się, że kamienicznik nie chce osobiście obejrzeć szkody, wybucha prawdziwa rewolucja – po dwóch rozgorączkowanych godzinach lokatorzy postanawiają nie płacić czynszu, dopóki budynek nie zostanie naprawiony, i wysyłają ultimatum do właściciela. Ten zjawia się następnego dnia, staje naprzeciw tłumu, nie po to jednak, by słuchać skarg. Mówi (zapewne słusznie), że lokatorzy sami są sobie winni, bo poza dwoma rodzinami nikt nie płaci czynszu na czas, że ci z trzeciego piętra nielegalnie podnajmują pokoje, studenci z parteru dewastują klatkę schodową, a dzieciaki z sutereny wybijają szyby w bramie. Ma ze sobą jakiś kajet, gdzie przewiny mieszkańców są zapisane, a precyzja informacji – wszystkie te daty, nazwiska, sumy – sugeruje, że kamienicznik trzyma w budynku informatora. Wtedy temperatura spotkania nieco opada, sąsiedzi patrzą po sobie, nikt się nie spodziewał takiej wolty, a gdy cisza staje się aż gęsta, kamienicznik dorzuca, i w zdaniu tym pobrzmiewa groźba, że dwupokojowy lokal na parterze stał wolny raptem miesiąc; wynajął go już, i to za sumę dwukrotnie wyższą od poprzedniej, a nowy lokator wprowadzi się lada dzień.

I tak się dzieje: Augusta Beilin, która rankiem 21 sierpnia 1901 roku sprowadza się do kamienicy, oczywiście nie wie, jakie wrażenie robi swoim przybyciem, nie przychodzi jej do głowy, że gra w przedstawieniu, i to rolę czarnego charakteru, że jest dla sąsiadów swoistym memento. Jej świat to brama, kosze z porcelanową zastawą, meble wyładowane na trotuar, tragarze, nierówne kafle na podłodze korytarza i nadciągająca nad miasto burza. Zabawna jest ludzka pamięć; kiedy dziesięć lat później (już po morderstwie) policjanci próbowali ustalić, co tego pierwszego dnia Augusta Beilin mówiła i w jakim była nastroju, nikt nie dał satysfakcjonującej odpowiedzi, natomiast wszyscy, którzy jej przybycie widzieli, zapamiętali kapę na łóżko (zieloną w róże, przeszytą srebrną nitką), ciemne mięsiste obrusy, lustro do jadalni (duże, w złotej ramie, drogie), wreszcie intrygujące porcelanowe bibeloty, te kotki, amorki, pastereczki i dużą alabastrową figurkę kobiety z dzieckiem, która stała potem w przedpokoju i którą Augusta Beilin bezcześciła, wieszając na niej swoje wdowie czepki. Ciekawe, prawda?

W dniu przeprowadzki Augusta Beilin ma pięćdziesiąt dziewięć lat, nosi czarną suknię, spod której widać schodzone trzewiki, jej włosy okrywa czepek, ale krzepka figura i energiczne ruchy sugerują, że nie ciuła jeszcze pieniędzy na grobowiec. Przeciwnie: pokrzykuje na tragarzy, na okoliczne dzieciaki, w jednej chwili jest na ulicy i w mieszkaniu; nie sposób wprost wyobrazić sobie bardziej energicznej kobiety, a jednak tamtego dnia w świadomości sąsiadów powstaje obraz skromnej wdowy, kogoś, kogo łatwo można polubić i łatwo zapomnieć – nieszczęśnicy, którą kamienicznik oszukał wysokim czynszem, biednej staruszki.

Potem jednak sprawy się komplikują. Jakiś miesiąc później Augusta Beilin odmawia podpisania petycji do właściciela w sprawie remontu dachu, a sąsiadowi, który przyszedł z tą prośbą, oświadcza, że nie zamierza mieszać się w żadne spory, zwłaszcza dotyczące dachu, gdy sama mieszka na parterze. Następnego roku, wiosną, wywołuje już prawdziwy skandal: oskarża robotnika mieszkającego w suterenie, że ukradł kapę, którą wietrzyła w kuchennym oknie, i nie słucha sąsiadów, gdy ręczą za uczciwość robotnika. Nieszczęsny człowiek spędza godziny w policyjnym areszcie, a gdy okazuje się, że kapę ukradła banda złodziei, grasująca tego dnia i na sąsiednich podwórkach, Augusta Beilin cały gniew przelewa na stróża – uznawszy, że nie dopełnił obowiązków, nakazuje mu, by zwrócił koszta narzuty.

Wtedy to opinia o niej ugruntowuje się na dobre: odtąd nazywana jest skąpą, wyniosłą, odpychającą, staje się też tematem plotek i obiektem sąsiedzkiej obserwacji. Rozprawia się i o tym, że nie trzyma służącej, i o tym, że nigdzie nie bywa i nikt jej nie odwiedza; kiedy okazuje się, że jej mąż był pułkownikiem i zmarł na atak serca, ten i ów żartuje, że Augusta Beilin jest gorsza niż wojna. Omówione zostaje także jej nagłe pojawienie się w kamienicy: sąsiadów zastanawia, dlaczego po śmierci pułkownika Augusta porzuciła dawne życie (i mieszkanie w Rzeszowie), by przenieść się do obcego jej Krakowa. Dlaczego wybrała miasto, w którym nikt jej nie zna, czyżby od kogoś lub czegoś uciekła? Wreszcie Augusta Beilin staje się tak nielubiana, że nawet w większym gronie nazywa się ją staruchą, a dzieci z okolicy, gdy idzie na targ, krzyczą za nią „wiedźma!”

Paradoks: to właśnie dzieciaki, których tak nie lubiła, zaalarmowały świat o jej krzywdzie. Oto mija dziesięć lat, jest 12 maja 1911 roku, a na drzwiach wejściowych mieszkania Augusty Beilin pojawia się nieduża kartka z napisem „Wyjechałam na kilka dni”. Nie da się jej zerwać, bo kartkę umieszczono od wewnętrznej strony, wciskając między szklaną taflę, coś w rodzaju okna w drzwiach, a sztywne płótno, które Augusta zawiesiła przeciw światu i ciekawskim. Córki dozorczyni, które pierwsze dostrzegają kartkę, są zaintrygowane: w kamienicy nikt nie zna charakteru pisma Augusty Beilin, ale wydaje się niemożliwe, by to ona skreśliła te słowa. Dlaczego? Bo pismo choć eleganckie, ma w sobie jakiś frywolny rys, tak może pisać ktoś młody, dobry, również wesoły, ktoś, kto ma czas na niepotrzebne zawijaski, a ktoś taki nijak nie może być Augustą Beilin. Tak myślą dziewczynki i dlatego pukają do Augusty, narażając się na jej krzyki, próbują przeniknąć wzrokiem gęste płótno na drzwiach, podsłuchują, wreszcie, następnego dnia, któraś wynosi na podwórze krzesło i wspina się po nim do kuchennego okna: Augusta Beilin leży na podłodze, z rozrzuconymi rękami, we wdowiej sukni, w której zjawiła się przed dziesięciu laty, i w tych samych trzewikach. Wszędzie jest krew, na podłodze, na okaflowanym piecu i na ścianie. Twarzy nie widać, niemal połowę ciała przykrywa skrwawiona pierzyna. Potem dziewczynki, jedna po drugiej, wdrapują się na krzesło i przyglądają trupowi: po raz pierwszy patrzą na Augustę Beilin, a ona ich nie ruga.

Policjanci, którzy godzinę później pojawili się w kamienicy, uznali sprawę za tak oczywistą, że jeszcze tego samego dnia, po pobieżnym przepytaniu sąsiadów, sporządzili scenariusz zdarzenia: oto złodziej włamuje się do pułkownikowej i przekonany, że ta długo nie wróci z zakupów, kręci się po mieszkaniu. Augusta Beilin niespodziewanie jednak wraca, jest południe, słońce rozświetla biało-czarne kafle na klatce schodowej, u szczytu schodów pojawia się sąsiad z pierwszego piętra, pozdrawia Augustę, ale ona mu nie odpowiada: idzie prosto do siebie. Włamywacz słyszy klucz w zamku, ucieka do kuchni, wciska się w szczelinę między piecem a framugą drzwi, w ręce trzyma już pogrzebacz, który znalazł przy węglu – Augusta Beilin pada po pierwszym ciosie, zakupy z kosza rozsypują się po drewnianej podłodze, kosz wpada pod okno. Potem morderca ucieka frontowymi drzwiami, ale wcześniej znajduje na konsolce w przedpokoju kartkę ze zdaniem „Wyjechałam na kilka dni”. Zdanie to napisała Augusta Beilin, morderca wpada na pomysł, by je wykorzystać – przyczepia kartkę do drzwi i ucieka, przekonany, że zyskał kilka godzin albo kilka dni.

Tak brzmiała pierwsza hipoteza na temat przyczyny śmierci Augusty Beilin, a jej następstwem było aresztowanie dozorcy, śledczy wyobrazili sobie bowiem, że tylko ktoś znający rozkład dnia pułkownikowej, włamałby się do niej w porze, w której zwyczajowo robiła zakupy – kimś takim mógł być sąsiad, najprawdopodobniej niezamożny, dozorca doskonale pasował do tej roli. Potem jednak sprawy gmatwają się; jeden z policjantów, jakiś Friedlmann, czy Fridelmann, zwraca uwagę na fakt, że ciało nakryto pierzyną, gest ten dowodzi delikatności i przerażenia, a to nie są cechy pospolitego zbrodniarza. Ten sam policjant, w odrębnej notatce, przypomina też, że z mieszkania Augusty Beilin właściwie nic nie zginęło; nie sugeruje rozwiązania, ale intencja obu zapisków jest jasna: człowiek, który czekał na Augustę Beilin w kuchni, nie przyszedł jej okraść, lecz ją zabić. Szkoda, że to nie ów Friedlmann zdobył dowód na potwierdzenie swoich tez: przeznaczenie ofiarowało go innemu policjantowi, nic nieznaczącemu statyście, który przeglądając akta, przypadkiem obrócił kartę z drzwi. Na jej rewersie była odręczna notatka mordercy, zapisana ołówkiem, bardzo niestarannym, rozdygotanym pismem, która brzmiała: „Zabiłam z powodów osobistych”.

A więc mordercą była kobieta.

A więc nie ktoś obcy, lecz Auguście Beilin znany.

A więc Augusta Beilin miała jakieś inne utajone życie.

Można sobie wyobrazić, co się działo, gdy policjanci, zbierając próbki pisma, zmusili wszystkich lokatorów kamienicy do napisania zdania „Zabiłam z powodów osobistych”. Nagle wszyscy ci, którzy naprawdę Augusty Beilin nie znosili, może nawet życzyli jej śmierci, zostali zmuszeni do tak jawnej i okrutnej deklaracji; prawda, że to zabawne? Oczywiście poza zamieszaniem nic więcej z eksperymentu nie wynikło; śledztwo ślimaczyło się jeszcze trzy miesiące, a potem sprawę zamknięto. Kobiety, która zamordowała pułkownikową, nie odnaleziono. Bo też kogo należało szukać? Nie miała twarzy, wieku, nieznane było jej wykształcenie, pochodzenie społeczne, upodobania, jedyne, co ją określało, to zbrodnia. Zniknęła równie cicho, jak się pojawiła, i gdyby nie śmierć Augusty Beilin, można by pomyśleć, że nigdy nie istniała. Nazwałem ją Bezimienną.

Piotr skończył mówić, a ja siedziałem na krześle, nieporuszony, wpatrzony w noże, które trzymał w dłoniach, noże skierowane teraz we mnie. Rozmawialiśmy w jego kuchni: gdy przyszedłem, Piotr szykował sobie kolację; powiedział, że dopiero co wrócił z Krakowa i umiera z głodu, ale gdy zaczął mówić, zapomniał o jedzeniu, wodzie (to ja wyłączyłem czajnik) i nożach, które przez cały ten czas ściskał. Słuchałem historii Augusty Beilin wpatrzony w ich zdumiewający taniec: gdy Piotr opowiadał o wizycie w Archiwum Akt Dawnych, o tym, jak czekał na teczkę, noże kołysały się, dwie łódki na spokojnym morzu; gdy mówił o pustej sali archiwum i mięsistych kartach akt (starał się uzmysłowić mi, co to za uczucie dotknąć przeszłości, wziąć w palce kartkę z drzwi Augusty Beilin), noże jak dłonie ślepca rozrywały ciemność.

Każde pojawienie się w opowieści Augusty Beilin podkreślały oryginalnym staccato – wyglądało to tak, jakby nadziewały epizod i przyszpilały do nieistniejącej ściany, słowa „zabiłam z powodów osobistych” dopowiedział gest bezradności, (noże odmalowały w powietrzu kształt kielicha), a gdy padło „nazwałem ją Bezimienną”, ostrza zbiegły się ku sobie i skierowały wprost w moje oczy.

Patrzyłem na nie i czekałem na dalszy ciąg – Piotr spostrzegł mój wzrok, spojrzał na mnie, potem na noże, na swój kuchenny fartuch, zaśmiał się; powiedział, że wygląda jak rzeźnik. Potem uwolnił dłonie, włączył czajnik, zaczął myć pomidory i dodał, że oczywiście policjanci pomylili się w sprawie kartki, bo oba zdania, to o wyjeździe i to o powodach osobistych, napisała kobieta, która zabiła Augustę Beilin. Widziałem jedynie jego plecy pochylone nad zlewem, gdy mówił:

– Różnica w charakterze pisma wzięła się stąd, że zdanie „Wyjechałam na kilka dni” napisała przed morderstwem. Napisała je z premedytacją, by zmylić przyszłość, ale w jakimś sensie nie łączyła go z planowanym morderstwem, tak jakby była to jedynie zabawa w kaligrafię – ta niewinność ujawniła się w kształcie liter, pozostały delikatne i kobiece, lekkie w swej intencji, jakby rzeczywiście zdanie było życzliwą informacją. Dopisek po drugiej stronie zrobiła już po zbrodni, nie mogąc uwierzyć, że to się stało naprawdę, i kiedy otworzyło się piekło: wszędzie była krew, Augusta w kuchni dogorywała, charcząc, a ona była już zbrodniarką. To dlatego zdanie jest koślawe, a litery brzydkie, gwałtowne i rozciągnięte.

Potem dodał, że przynajmniej w sprawie motywu policjanci wykazali się roztropnością, bo kiedy ujawniono dopisek na kartce, szukali, można tak powiedzieć, ofiar Augusty Beilin, kogoś skrzywdzonego przez nią, kto chciałby się na niej zemścić.

– Dlaczego uważasz, że motywem była zemsta? – spytałem. – Słowa „z powodów osobistych” wcale nie wskazują jednoznacznie na krzywdę. Zakładasz, że ta kobieta chciała usprawiedliwić się przed światem. Wyjawić mu, że to ona jest ofiarą, a zbrodnia, którą na niej popełniono, to gorsze piekło niż ta, która się właśnie zdarzyła na ulicy Sławkowskiej. Ale przecież motywem osobistym może być też dobroć albo miłość. Mogła Augustę Beilin kochać.

Rozmowa, którą dziś relacjonuję, toczyła się w lipcu 1998 roku, w warszawskim mieszkaniu Piotra (dostał od rodziców kawalerkę na ostatnim piętrze kamienicy, niedaleko placu Zamkowego). Mieliśmy po dwadzieścia osiem lat, przyjaźniliśmy się od dziesięciu, i aż do tego spotkania wszystkie moje dyskusje z Piotrem wyglądały tak samo: gdy tylko padało słowo „intencje”, on natychmiast twierdził, że w słowie tym zawarte jest określenie „podłe”. „Nie ma – powtarzał – dobrych intencji”. Potem powoływał się na swoje dziennikarskie doświadczenie: od pięciu lat pracował jako reporter w stołecznej gazecie i uważał się za eksperta od ludzkich spraw. Mówił (lubił mówić), że poznał już chyba wszystkie niegodziwe występki ludzkie, a praca reportera nie polega na pisaniu artykułów, ale na odzieraniu z iluzji, najpierw siebie, a potem czytelników. Mawiał: „Szlachetność jest cechą kamieni, a nie ludzi”, a każda próba dyskusji kończyła się tym samym – przypominał historię, którą wcześniej opisał (oczywiście dobierał ją tendencyjnie) i na tym przykładzie udowadniał swoje racje. Naturalnie ta szermierka słowna nie miała nic wspólnego z samym Piotrem: był tak samo naiwny i ufny w szczęście jak każdy głupek, któremu się wydaje, że starość i kłopoty to cudze przeznaczenie. Tamtego wieczoru, kiedy rozmawialiśmy o morderczyni Augusty Beilin, byłem przekonany, że znów zagra starą sztuczką, ale on zadziwił mnie. Powiedział:

– Wiem, jak było, bo to czułem. Kiedy wziąłem do ręki kartkę z drzwi, po prostu to poczułem. Tę kobietę, Bezimienną. Nienawidziła pułkownikowej. Nienawidziła jej niemal fizycznie i to ją… wypełniało. Jakbyś w środku miał coś zimnego. Trzeba… nie wiem… nikt przecież nie doznaje tylko jednego uczucia. One się zmieniają. Można jednocześnie nie lubić kogoś i kochać własne dziecko, można jednocześnie tęsknić, złościć się, podziwiać. A ona tylko nienawidziła. Czułem to.

Nic nie powiedziałem. Patrzyłem na niego – stał na tle kuchennych szafek, z absurdalnym pomidorem w garści, w dżinsach, w trampkach; na czole wciąż miał bliznę, pamiątkę po tym, jak na obozie studenckim upiliśmy się i poszliśmy nocą szukać jagód w lesie. Z kieszeni jego spodni wystawała zapalniczka.

Patrzyłem na niego.

Kiedy wybrzmiała cisza, Piotr, innym już tonem, powiedział, że zachował się jak dureń, bo wziął do archiwum dyktafon, a nawet go włączył. Po co włączać dyktafon w ciszy, gdy słychać jedynie szelest kartek? Ma to oczywiście, dodał, pewien metafizyczny wydźwięk i scenę taką można by wyzyskać w jakimś artykule, ale obiektywnie rzecz biorąc, to głupota. Zgodziłem się z nim.

Tamtego wieczoru spędziłem u Piotra kilka godzin. Po jego zaskakującym wystąpieniu na temat odczuwania cudzej nienawiści rozmawialiśmy już o zwykłych rzeczach. Zapytałem, czy z historii Augusty Beilin powstanie jakiś artykuł, odparł, że jeszcze nie wie, potem długo opowiadał o pobycie w Krakowie; po wizycie w Archiwum Akt Dawnych pojechał do Podgórza obejrzeć gmach swojego liceum (stał tam dobry kwadrans wpatrzony w zamknięte okna), a potem wrócił do śródmieścia. Naprzeciwko kamienicy, w której kiedyś mieszkał z rodzicami, otworzono kawiarenkę dla turystów – usiadł w ogródku, zamówił kawę i długo wpatrywał się w bramę. Nic nie poczuł, jakby to było obce miejsce. Odparłem, że ja podobnie odbieram Poznań, on też nie jest mój, bo nie mam tam przyjaciół.

– Dom jest tam, gdzie są bliscy ci ludzie – powiedziałem. – Mój jest już w Warszawie, twój też.

Około godziny dwudziestej pożegnałem się. Już na klatce schodowej Piotr zatrzymał mnie nagle i powiedział w twarz:

– Nie musisz się już bać.

– Jasne – odparłem.

Tylko ja, on i jeszcze dwie osoby w całym mieście wiedziały, co tak naprawdę do siebie mówimy. Na tym polega przyjaźń. Na wspólnej tajemnicy.

2

O tej części historii niełatwo mi opowiadać; każdy chce, by jego przeszłość dawała mu schronienie, by wracając do siebie sprzed lat, znajdował jedynie rzeczy dobre, piękne albo naiwne, żeby nie bolało – Piotr, Adam i ja poznaliśmy się w październiku 1989 roku na uniwersyteckim korytarzu, czekając z całą grupą na pierwszy wykład. Potem często się spieraliśmy, kto kogo najpierw zagadnął, jak zmontowaliśmy paczkę i kto miał brzydszy sweter (zapewne wszyscy mieliśmy brzydkie, tamtego roku nie było w Polsce ani jednego ładnego swetra), ale prawda jest taka, że nie połączyła nas żadna metafizyka, lecz okoliczności: wszyscy trzej studiowaliśmy dziennikarstwo, byliśmy przyjezdni, każdy z nas na swój sposób czuł się zagubiony i razem zazdrościliśmy warszawiakom, że nie muszą mieszkać w akademiku – nim minął rok, wszędzie chodziliśmy razem.

Z całej naszej trójki najbardziej przebojowy był Piotr: to on znalazł poddasze na Powiślu, gdzie przetrwaliśmy studia, on organizował wyjazdy, dziewczyny, praktyki, bilety na koncerty i wszystko to, co składa się na studenckie życie. Jemu zawdzięczam każdą przygodę i każde pijaństwo tamtych lat, a Adamowi, że nie stoczyłem się w wódkę, że ukończyłem studia i nie zamarzłem gdzieś na Woli, nieprzytomny i nieszczęśliwie zakochany. O Adamie mówiliśmy, że to ten typ człowieka, który leżąc przywiązany do torów naprzeciw pędzącego pociągu, mówi: „Spokojnie, rozważmy wszystkie możliwości”. Nasze późniejsze wybory życiowe potwierdziły to, co o sobie wiedzieliśmy: Piotr został dziennikarzem, Adam wybrał reklamę (a wrodzony spokój pozwalał mu przetrwać branżowe stresy), a ja, najbardziej chyba wycofany i nieśmiały, uzupełniłem edukację i zacząłem pracować w banku.

Naturalnie studenckie lata nie były wyłącznie idyllą, trafiały się kłótnie, nigdy jednak nie przydarzyło się nic, co poważnie zagrażałoby naszej przyjaźni, a po historii z Merfą byliśmy już pewni (umieliśmy to nawet wyartykułować), że nic nas nie poróżni.

Merfa. Pojawiła się w naszym życiu jesienią 1993 roku, weszła na salę wykładową z torbą przewieszoną przez ramię, rozejrzała się, i wszystko inne przestało istnieć. Przypuszczam, że nie tylko my tak zareagowaliśmy, myślę, że nasze koleżanki ze studiów również stały się jej boleśnie świadome; są kobiety, których uroda ma ponadludzki wymiar, są chodzącym i żywym kanonem piękna, Merfa była jedną z nich. Łączyła w sobie niewinność i drapieżność; podczas gdy inne dziewczyny z roku dopiero szukały siebie (w nietwarzowych bluzkach i nieudanych fryzurach), ona już była całością: wyglądała jak kobieta, mówiła jak kobieta i była kobietą. Zgoda, tak przedstawiona Merfa przypomina bardziej boginię niż istotę z krwi i kości, ale nie ma lepszych słów, by ją opisać – może jeszcze to: w gruncie rzeczy nieważne było, jak wygląda, ale jakie wrażenie po sobie zostawia, jak gasi świat.

Merfa dołączyła do naszego roku w październiku, a już trzy miesiące później ona i Piotr byli parą – podczas gdy inni jedynie na nią patrzyli, on po prostu podszedł i ją zagarnął. Ich miłość łatwo mogła rozsadzić przyjaźń naszej trójki – byliśmy, Adam i ja, świadkami ich czułości i bliskości, słyszeliśmy ich nocą z pokoju Piotra widzieliśmy uda Merfy, gdy w koszuli Piotra, filmowo przemykała do łazienki.

Kiedy powiedziałem, że Merfa była już kobietą, nie miałem na myśli jedynie jej wyglądu, chodziło mi też o jej duszę, o rozbudzony instynkt, który pozwala kobietom utrzymać przy sobie mężczyznę, pozwala dostrzec to, co jeszcze się nie zdarzyło, i który sprawił, że Merfa zamiast zagarnąć Piotra dla siebie, sama dołączyła do naszej paczki. W ten sposób Piotr nigdy nie stanął przed wyborem, Merfa czy przyjaciele, a my, Adam i ja, mogliśmy z lekkim sercem i bez plamy na honorze przyjąć naszą męską porażkę. Tak, Merfa pozwoliła nam zapomnieć o swojej urodzie, więcej nawet, sama ją przy nas odrzuciła i podeptała, zdegradowała się na naszych oczach, byśmy to, co z niej zostało, mogli zwyczajnie i po ludzku polubić. I tak się stało – aż do końca studiów, do ostatnich egzaminów stanowiliśmy coś na kształt rodziny. Merfa sprowadziła się do naszego mieszkania na Powiślu (mieli z Piotrem jeden pokój dla siebie, w drugim byłem ja i Adam), przejęła dyżury w kuchni, dopisała się do grafiku sprzątania, a jej autorskim pomysłem była kronika. Do tej wielkiej, grubej księgi trafiały nasze pijackie zdjęcia w dziwacznych pozach, złote myśli bełkotane po nieprzespanych nocach i miłosne listy Adama. Po egzaminie magisterskim Piotra, gdy butelkami wznosiliśmy toasty, Merfa powiedziała: „Ciekawe, do którego z was podobne będzie dziecko, które urodzę Piotrowi” – ale w tym zamierzonym paradoksie nie było nic złowrogiego, przeciwnie, to, co obcy wziąłby może za okrutną kokieterię, dla nas, z Piotrem na czele, było zarówno hymnem na cześć przyjaźni, jak i miłosnym wyznaniem.

Po studiach nasze życie rozdarło się na trzy: Adam zamieszkał z dziewczyną, którą poznał w pracy, ja wynająłem samotny pokój, a Piotr i Merfa urządzali się w kawalerce na Starówce. Ale choć mijały miesiące, nie mogliśmy się do tej wymuszonej separacji przyzwyczaić: było tak, jakbyśmy gromadzili doświadczenia, każdy z osobna, tylko po to, by móc je, niczym łup, rzucić na wspólny stół; wciąż żywiliśmy się sobą nawzajem. Tamtego wieczoru, był to grudzień 1997 roku, kiedy siedziałem w kuchni Piotra, w dymie jego papierosów, z butelką wódki jak nóż wbitą w stół, nie mogłem uwierzyć, że wszystkie te wspólne lata były jedynie drogą prowadzącą do tej właśnie chwili: gdy Piotr tępym, obcym głosem mówi, że Merfa właśnie się wyprowadziła, że jest pewna nowego uczucia i nie może się przed nim bronić; że kocha Adama.

Patrzyłem na Piotra, on na mnie i nie było już nic do powiedzenia.

Następnego dnia Merfa potwierdziła słowa Piotra: usłyszeliśmy, że stojąc ze spakowaną walizką, płakała, a Piotr nie. Siedzieliśmy w mieszkaniu Adama skrępowani i sztywni; troje przyjaciół, którzy nie mogą odnaleźć się w nowych rolach – oni zakochani, ale daleko od siebie, Adam na kanapie, Merfa na jakimś fotelu, ja na wprost nich, niczym inkwizytor. Na stole między nami nie było nic; pytanie „czy ktoś ma ochotę na kawę albo herbatę” zabrzmiało jak kwestia z horroru, nawet „kocham go”, które Merfa wypowiedziała, patrząc na Adama, wypadło żałośnie. Dla nas brzmiało przecież jak „zabiłam Piotra”.

Co mogłem usłyszeć? Kiedy cisza zrobiła się nieznośna, Merfa powtórzyła, że nie mogła inaczej. Powiedziała, że miłość wygasła, Piotr także już jej nie kocha, żyli w kłamstwie, które ona przerwała. Walczyli przez rok, ona i Adam odganiali od siebie uczucie, rok ich miłości, ten najpiękniejszy, oddali Piotrowi i lękowi o niego.

– Przez rok Piotr był całym naszym światem – powiedziała. – Wszystko, co robiliśmy, robiliśmy dla Piotra i z myślą o nim. Spotykaliśmy się i mówiliśmy o Piotrze, uciekaliśmy od siebie do Piotra. Żyliśmy Piotrem i dla Piotra.

Wiem, że w ten sposób Merfa błagała mnie o litość.

Wieczór ciągnął się aż po świt. Adam milczał, Merfa mówiła, ja patrzyłem na nią – Piotr, którego z nami nie było, wypełniał sobą cały pokój. Nikt z nas nie wiedział, jak i kogo prosić o przebaczenie. Nad ranem, kiedy Merfa zasnęła, wyszedłem. W domu na sekretarce znalazłem wiadomość od Piotra. Bełkotał, nie udało mi się nic zrozumieć, byłem przekonany, że się upił. Drzwi do jego mieszkania zastałem zamknięte, otworzyłem je zapasowym kluczem (w czasie reporterskich delegacji przyjaciela karmiłem jego kota) i zobaczyłem, że Piotr siedzi na podłodze wpatrzony w ścianę, całkiem trzeźwy i zupełnie nieprzytomny.

Nie lubię wracać do tego wspomnienia, nie lubię szukać słów, by je opisać, powiem tylko, że wziąłem urlop i zamieszkałem z Piotrem. Codziennie rano zmuszałem go do zjedzenia kromki chleba, a wieczorem do umycia zębów. Wsadzałem mu na kolana kota, mówiłem do niego, nawet gdy patrzył w ścianę, oglądałem z nim zdjęcia, zabierałem go na spacer, kazałem brać kąpiel i pilnowałem w tej kąpieli. Wsadzałem go do samochodu i wiozłem do kina. Kiedy zapominał, mówiłem mu, że tu jestem, czasem wykrzykiwałem to zdanie do jego ucha. Gdy zasypiał, dzwoniłem do Merfy. Szeptałem do słuchawki, że będzie dobrze, a ona błagała, żebym zadzwonił następnego dnia.

Tak minął miesiąc. Skończył mi się urlop i wziąłem zwolnienie lekarskie. Nie wiem, jak fachowo określić stan Piotra, laik powiedziałby, że odkleił się od siebie, uciekł, powędrował gdzieś, gdzie było mu dobrze i skąd nie chciał wrócić.

Nie sądzę, aby to moje wysiłki przywróciły go światu, przypuszczam, a nawet jestem pewny, że sam tak zdecydował: tak czy inaczej, pewnego dnia zobaczyłem jego przytomne oczy, zobaczyłem, że widzi mnie i kota i że rozpoznaje siebie; tamtego dnia po raz pierwszy zostawiłem go samego i pojechałem do swojego mieszkania. Było zakurzone i obce, chodziłem i dotykałem mebli, by przypomnieć sobie, że kiedyś tu mieszkałem i że było w moim życiu coś przed chorobą Piotra.

Tak więc po miesiącu Piotr oprzytomniał, ja jednak nie od razu uwierzyłem w jego ozdrowienie. Po powrocie do pracy jeszcze przez tydzień mieszkałem u niego, przez kolejny bywałem codziennie. Spotykałem się też z Merfą i rozmawialiśmy o Piotrze. Umawialiśmy się sami, bez Adama i trochę w tajemnicy, czasem ona przychodziła po pracy do mnie, parę razy poszliśmy na spacer. Kiedy odwiedzałem ją w mieszkaniu, nie mówiłem o Piotrze, tak jak u Piotra nie mówiłem o Merfie i Adamie. Nigdy jeszcze nasze milczenie nie było tak naładowane słowami jak wtedy.

Tymczasem Piotr dochodził do siebie. Choroba nie pozostawiła w nim bardzo widocznych śladów, ktoś, kto go poznał słabo, niczego by się nie domyślił. Ja jednak widziałem, że stał się jakby wolniejszy, że dziwnie skupia się na banalnych czynnościach, że kiedy parzy herbatę, robi to tak, jakby chciał tę czynność zapamiętać albo się nią zachwycić; któregoś razu widziałem, jak przyglądał się swojej dłoni, wodził po jej wnętrzu palcem i ranił ją paznokciem. Zmieniło się też jego nastawienie do pracy – zanim Merfa odeszła, dziennikarstwo było jego pasją i sposobem na życie, traktował je nie jak pracę, ale jak przyspieszony kurs dorastania, nigdy nie zmęczył go mozół zbierania materiałów ani długie wyjazdy, po chorobie zaś oklapł i stracił zapał. Nic go nie ciekawiło, żalił mi się podczas wielogodzinnych rozmów telefonicznych, że cudze doświadczenia są mu wstrętne, a każda sprawa wydaje się banalna. Kiedy jednak w czerwcu, pół roku po chorobie, oznajmił, że jedzie do Krakowa, by odkopać sprawę morderstwa Augusty Beilin, zaniepokoiłem się. Zbrodnia, krew, groza, wszystko to wydawało mi się dla niego za trudne, przez chwilę pomyślałem nawet, że to nagłe zainteresowanie zbrodnią oznacza nawrót choroby i zapowiada katastrofę, ale potem odrzuciłem tę myśl. Powiedziałem Merfie, że Augusta Beilin jest raczej pretekstem do podróży, a Piotr jedzie do Krakowa, by porozmawiać sam ze sobą.

– Tam żyją jego wspomnienia. Pewnie chce się odbudować, wrócić do siebie z czasów, gdy nie znał ciebie. I to jest dobre. Dobre, bo gdy poczuje siłę, zapyta o was i wtedy wszyscy razem znów się spotkamy.

– Kiedy o nim myślę, współczuję mu – odpowiedziała Merfa. – Nawet kocham go, tak, kocham, bardziej niż przez te ostatnie miesiące, kiedy jeszcze byliśmy razem. Ale czasem, w taki dzień jak dzisiaj, czuję nienawiść. Nienawidzę go za to, że nie pozwala mi odejść, i brzydzę się sobą za to uczucie. Rozumiesz mnie?

Rozumiałem. Dwa dni później Piotr wyruszył do Krakowa do Augusty Beilin, a ja wieczorem przyszedłem do jego mieszkania: nakarmiłem kota, zrobiłem sobie herbatę w jego kuchni, usiadłem przy jego sosnowym stole i czekałem; o dwudziestej przyszła Merfa. Widziałem z okna, jak szła: w sukience, nierealna, obca dla wszystkich, smutna. Była to jej pierwsza wizyta u Piotra od rozstania. Chodziła po pokoju jak po muzeum, brała do ręki książki, które kiedyś czytała pod lampą w rogu, i przykucnęła nad plamą tuszu na parkiecie, którą kiedyś przez nieuwagę zrobiła – dotknęła jej palcem.

Dzień po powrocie Piotra (dzień po tym, jak opowiadał mi o Bezimiennej i jej nienawiści) Adam i Merfa przyjechali do mnie. Kiedy Adam wyszedł na balkon zapalić papierosa, Merfa spytała, czy Piotr odnalazł w Krakowie siebie.

– Tak – odparłem. – Znalazł tam to, czego szukał.

3

Chociaż wydawało się, że historia Augusty Beilin będzie jedynie epizodem w życiu Piotra, mostem między jego przeszłością a nowym życiem (bez Merfy), stało się inaczej. Od jego wizyty w Krakowie widywaliśmy się rzadziej, trochę z mojej winy, bo chciałem nadgonić zaległości w pracy, a trochę z winy Piotra: rzadziej dzwonił, a raz czy dwa nie przyszedł, choć byliśmy umówieni. Nie zirytowałem się, nawet się ucieszyłem, że Piotr już mnie nie potrzebuje, że ma jakieś sprawy (może kobietę) i wreszcie wróciła mu chęć do życia. Dziwaczne było jednak to, że gdy się już spotykaliśmy, Piotr potrafił mówić tylko o jednym – o Bezimiennej.

Tak właśnie, to nie Augusta Beilin opanowała jego umysł, lecz kobieta, której nie było, a o której on potrafił mówić całe kwadranse. Za pierwszym razem, zaraz po powrocie Piotra z Krakowa, Augusta Beilin zajmowała sobą połowę opowieści i wydawało mi się, że jeśli Piotr rzeczywiście opisze historię morderstwa, to ona będzie centralną postacią. Wszak to jej drugie życie doprowadziło do katastrofy i to ona była największą tajemnicą: co takiego zrobiła, kim była naprawdę, komu wyrządziła krzywdę, że doszło aż do morderstwa? Bezimienna odegrała jedynie rolę statysty, to dzięki niej drugie życie Augusty Beilin zostało obnażone. Tymczasem jednak w wywodach Piotra postać Augusty Beilin coraz bardziej się kurczyła. Wreszcie doszło do tego, że babrząc się w zbrodni przy ulicy Sławkowskiej, wymienił jej imię tylko raz.

– Nie mam pojęcia, jak Bezimienna weszła do mieszkania – powiedział. – Jeszcze trochę, a uwierzę, że Augusta Beilin popełniła samobójstwo, bijąc się pogrzebaczem po głowie, a w agonii nakryła się pierzyną.

Wówczas zrozumiałem, że w życiu Piotra dzieje się coś dziwnego, że pustkę po Merfie, kobiecie z krwi i kości, zajęła zjawa, kobieta nie dość, że od dawna martwa, to na dodatek morderczyni. Postanowiłem mu to powiedzieć, chciałem też wymówić imię Merfy i zestawić je z Bezimienną, by mu pokazać, że odrzuca i przemilcza żywego człowieka, a uczucia i myśli oddaje komuś, kogo nawet nie można opisać. Już otwierałem usta, gdy dotarło do mnie, że Bezimienna wcale nie jest nieokreślona. Piotr mówił przecież (przypomniałem sobie), że była młoda i szczupła, że nosiła ciemne suknie i miała wąskie dłonie, że przyjechała do Krakowa pociągiem i była oszołomiona miastem. Nagle ujrzałem Bezimienną jego oczami, i przestraszyłem się.

Piotr był inteligentny, kiedy wreszcie wypomniałem mu historię Augusty Beilin (powiedziałem, że to dziwne, że tak się w niej grzebie), odparł, że nie ma w tym nic złego, przeciwnie, cieszy się, że wreszcie wróciła mu reporterska wena.

– Kiedyś byłeś zdania, że za mało pracuję – powiedział. – Zachęcałeś mnie, żebym na nowo odkrył zawód. A teraz znowu wyrzucasz mi, że się za bardzo angażuję.

Któregoś razu znalazłem u Piotra szczegółowo rozrysowany rozkład mieszkania Augusty Beilin, i coś w rodzaju portretu morderczyni; narysował ją na kartce, ołówkiem i z profilu. Innego dnia widziałem go studiującego plan Krakowa – ustalał drogę Bezimiennej z dworca do kamienicy na Sławkowskiej. Takich epizodów było dużo, można się zastanowić dlaczego tak się tym przejmowałem i dlaczego nie machnąłem na to wszystko ręką. Ja sam mam jedno wytłumaczenie: czułem się odpowiedzialny za Piotra i byłem do owej odpowiedzialności przymuszony – Merfa prosiła mnie, bym wytrwał.

– Nikt poza tobą nie może mu pomóc. Zrób to dla nas – mówiła. – Dla mnie.

Trwałem więc przy Piotrze, milczałem o Merfie, milczałem o Adamie, rozmawiałem z nim o Bezimiennej, nawet o tym, gdzie umarła i czy można odnaleźć jej grób, ale nic nie mogłem zrobić, gdy oświadczył, że jedzie do Krakowa osobiście obejrzeć kamienicę Augusty Beilin i sprawdzić swoje hipotezy.

– Jest dorosły, w pełni władz umysłowych – powiedziałem Merfie jeszcze tego samego dnia. – Może robić, co chce.

To, co nastąpiło potem, sprowadzę do niepodważalnych faktów. Piotr pojechał do Krakowa tego samego tygodnia, w piątek, a kiedy nie wrócił w niedzielę (miał jechać na dwa dni), zacząłem się niepokoić. W poniedziałek jakiś redaktor nagrał się na automatyczną sekretarkę, zrozumiałem wówczas, że jego przełożeni nic o wyjeździe nie wiedzą. We wtorek, cztery dni po zniknięciu Piotra, gotów byłem dzwonić na policję. W środę znalazłem na swojej sekretarce wiadomość od niego. Mówił nieskładnie i niezrozumiale. Wydawało mi się, że powiedział „chcę wrócić”, Merfa, która również odsłuchała wiadomość, wychwyciła słowo „ciotka”; przypomniała mi, że Piotr rzeczywiście miał w Krakowie ciotkę, nawet wspólnie kiedyś ją odwiedzili, pamiętała adres.

W piątek, tydzień po zniknięciu przyjaciela, pojechałem do Krakowa: ciotka potwierdziła, że Piotr mieszka u niej od kilku dni i że przyjechał zbierać materiały do artykułu, on sam pojawił się około godziny osiemnastej. Zachowywał się dziwacznie: nie zaskoczyła go moja obecność, ale nie pamiętał, że do mnie dzwonił. Bez słowa spakował rzeczy i wsiadł do mojego samochodu. Całą drogę do Warszawy milczał: wyglądał na zmęczonego, a jego ubranie było wybrudzone i nieświeże. Kiedy wszedł do mieszkania (być może na widok swojskich, bezpiecznych przedmiotów), jakby się ocknął. Kazałem mu się umyć, a potem dałem herbaty. Wtedy zaczął mówić.

Powiedział, że kamienica Augusty Beilin wciąż stoi, a żółtą fasadę zdobią balkony – te na pierwszym piętrze są bogato zdobione, te na drugim skromniejsze. Zachowały się też biało-czarne kafle na klatce schodowej i oryginalna brama. Również mieszkanie Augusty Beilin pozostało nienaruszone, jedynie drzwi wejściowe nie mają szyb, a te kuchenne, od podwórza, zamurowano. Powiedział, że na sąsiedniej ulicy jest stylizowany na stary, okrągły kiosk – pierwszego dnia, gdy już się nasycił widokiem kamienicy, poszedł tam kupić papierosy i opowiedział kioskarzowi o Auguście Beilin. Ucieszył się, gdy mężczyzna odparł, że zna sprawę, nawet swego czasu badał ją, i że mieszka w tej samej kamienicy co pułkownikowa, tyle że na trzecim piętrze. Ucieszył się jeszcze bardziej, gdy kioskarz zaproponował, by Piotr wpadł do niego wieczorem na rozmowę, ale już widok kioskarza witającego go na progu mieszkania, w ramie drzwi i na ciemnym tle nieoświetlonego korytarza, nieco ostudził jego entuzjazm.

Gdy rozmawiali na ulicy, kioskarz był jedynie głosem: Piotr wysłuchawszy harmonijnej melodii zdań, pomyślał, że rozmawia z kimś, kto tylko przez zrządzenie losu w tak marny sposób zarabia na życie. Wyobraził sobie mężczyznę o siwych włosach i pobrużdżonym czole, kogoś, kto pasowałby do mieszczańskiego salonu czy gabinetu emerytowanego nauczyciela. Tymczasem stał przed nim niski, bezbarwny człeczyna, w kapciach, flanelowych spodniach i w kamizelce emeryta, z resztką włosów dziwacznie sczesanych na bok. Pokój, do którego Piotra wprowadził, dopełnił tylko obrazu: był to skansen, prawdziwe muzeum lat siedemdziesiątych, z wciąż krzykliwymi makatkami na ścianach, tak doskonale zachowane, że można by doń kierować turystów, gdyby nie brud i lepki kurz, który pokrywał każdy mebel. Chociaż przez otwarte drzwi w głębi widać było jakieś inne pomieszczenie z oknem, to właśnie ten przechodni pokój stanowił centrum mieszkania: stały tu duży stół, wersalka, telewizor, szafa, deska do prasowania, na krzesłach leżały stosy ubrań, a w kątach gazety.

Rozmowa na początku nie kleiła się. Kioskarz przyniósł herbatę, zaprosił Piotra do stołu, ale ani słowem nie wspomniał o Auguście Beilin. Urywanymi, nieskładnymi zdaniami zaczął mówić o sobie, że lubi historię, że dużo czyta, głównie biografie i wspomnienia, bo wtedy czuje, jakby sam przeżył życie bohaterów. Potem wymienił kilka tytułów, a gdy okazało się, że żadnego z nich Piotr nie zna, zaczął mówić o miasteczku Kirkwall w Wielkiej Brytanii: w październiku 1939 roku niemiecki okręt podwodny wdarł się do portu nieopodal Kirkwall i zatopił stojący na kotwicy brytyjski pancernik „Royal Oak”. Było tak, jakby się przechadzali po owym miasteczku, kioskarz odmalował je z niepokojącymi detalami, ulica po ulicy, a potem nagle powołał do życia jakiegoś Wehringa czy Welinga, niemieckiego szpiega, który udając zegarmistrza, spędził w miasteczku pięć długich lat i który jesienią 1939 roku miał naprowadzić niemiecki okręt podwodny na pancernik. Jeszcze w czasie wojny i niedługo po niej fakt istnienia szpiega zdawał się niepodważalny: biografia tego człowieka obrosła faktami i hipotezami, jego nazwisko, niemiecki stopień wojskowy, dobre maniery, biegłość w naprawianiu zegarków stały się własnością świata. Potem jednak zwątpiono w niego, opowieść uznano za mit, a tragedię pancernika za wynik przypadku i ludzkiego błędu. W tym momencie kioskarz nagle podniósł głos.

– Mówią, że go nie było – krzyknął. – Że nie był kapitanem niemieckiej marynarki, że żadne z nazwisk, które mu przypisano, nie było prawdziwe! A najgorszy jest czas. Czas jest przeciw nam, bo każe wątpić, że wciąż jesteśmy tym, kim byliśmy. Z samym sobą wiązała go jedynie cienka linia szyfrowanych wiadomości. Jego noce były czarne, a dni za długie, jego krzyk był cichy. Codzienność miasteczka budziła w nim przerażenie, ale najgorsze było to, że czasem zapominał, kim jest naprawdę, i sądził, że przynależy do Kirkwall. Wydawało mu się wtedy, że urodził się zegarmistrzem, i podobał mu się spokój takiego życia, zapominał, dlaczego nienawidzi Anglików i dlaczego ta nienawiść ma być święta. Raz się zakochał, i to go przeraziło, bo zakochał się w nieprawdziwej kobiecie, on, także nieprawdziwy. Ale ból, który jej zadał, był realny. Pewnego dnia wreszcie zrozumiał, że nie ma już życia poza Kirkwall, cokolwiek się wydarzy, nic już nie będzie takie, jak było, nic nie będzie jego. Ten niemiecki u-boot naprawdę działał na własną rękę, jego dowódca nie dostał wiadomości Wehringa, bo ten dwa miesiące wcześniej zniknął. Nikt w dowództwie nie wiedział, co się z nim stało, podejrzewali, że dopadł go brytyjski wywiad, ale prawda spoczywała w wodzie. Woda zatrzasnęła się nad nim. Nie czułem strachu, tylko zdziwienie, że woda w porcie jest taka ciepła, zrobiło mi się gorąco, opadałem na dno w ciemności, oddech się urwał i skończyło się.

Kioskarz przerwał, a Piotr czekał na dalszy ciąg: dlaczego woda była ciepła, czy Wehring odezwał się do dowództwa, gdzie spędził wojnę – nagle pojął, że oczekuje odpowiedzi, których udzielić mógłby tylko Wehring, jakby uwierzył, że naprawdę to z nim rozmawia. Wtedy zadzwonił telefon w przedpokoju. Kioskarz wyszedł, a Piotr złapał za dyktafon, żeby odsłuchać opowieść, ale nic się nie nagrało, zapomniał go włączyć. Kiedy kioskarz wrócił, powiedział, że musi pilnie wyjść. Pożegnał Piotra zdawkowo.

Całą noc Piotr myślał o tym, co się wydarzyło. Czy dał się ponieść fantazji pod wpływem daru wymowy kioskarza i dlatego zdawało mu się, że jest w środku historii i rozmawia z Wehringiem? Następnego dnia niewyspany i ledwie żywy pobiegł do kiosku. Chciał umówić się na kolejne spotkanie, ale kioskarz ociągał się z zaproszeniem. Poprosił Piotra o legitymację dziennikarską i twierdził, że nic nie wie o Auguście Beilin. Jakby poprzedniego dnia wcale ze sobą nie rozmawiali. Wieczorem Piotr poszedł do mieszkania kioskarza, ale go nie zastał. Spróbował następnego dnia i znów drzwi były zamknięte, kolejnego wydawało mu się, że gospodarz jest w domu, ale nie chce otworzyć. Powiedział mi, że się pogubił i sam już nie wiedział, czego chce od mężczyzny z kiosku, czy porozmawiać o Bezimiennej, czy o zapomnianym szpiegu, czy o czymś jeszcze innym, jednak wydawało mu się, że od tego zależy jego życie.

Tu przerwał. Kiedy poszedł do łazienki, wyjąłem z jego torby dyktafon i odtworzyłem nagranie. Trzaski, gwar uliczny, kroki i głos Piotra. Mówił: „wydaje resztę”, potem „sprawdzić co to za kobieta”, „w oknie pali się światło”, „idzie do sklepu, ma siatkę”. Zrozumiałem wówczas, że nie powiedział mi prawdy – nie próbował spotkać się z mężczyzną, ale z jakichś sobie tylko znanych powodów śledził go.

Nie wiem, jak opisać szaleństwo tego wieczoru: w pokoju byliśmy tylko ja i Piotr, a zdawało się, że stoimy na tłumnym placu, że jest z nami Merfa i Bezimienna, że jest Adam, niemiecki szpieg, kioskarz, ciotka Piotra, Augusta Beilin, Piotr, który zapadł się w sobie po odejściu Merfy, ja opiekujący się nim i ja oglądający z Merfą telewizję.

W pewnym momencie Piotr zapytał, czy jest wariatem. Odparłem, że nie. Potem zapytał, czy rozumiem coś z tego, co się zdarzyło. Powiedziałem, że jeśli chodzi o fakty, nie zdarzyło się nic.

Mój głos był nieskończenie cierpliwy, gdy interpretowałem mu tamto wydarzenie. Powiedziałem, że spotkał samotnego człowieka, który zapewne rzadko ma okazję do rozmowy, a jeszcze rzadziej bywa wysłuchany. Naturalnie człowiek ów nic nie wiedział o Auguście Beilin, dopuścił się kłamstwa, żeby chociaż w ten jeden wieczór mieć komu zrobić herbatę. Potem próbował jakoś załatać ciszę i dlatego zaczął mówić o szpiegu, o którym zapewne gdzieś przeczytał. Dotąd takie historie opowiadał sobie, wpatrzony w okno albo w ścianę: gubił się w nich i zatracał, by uciec od samotności, czasem mieszało mu się, czy jest narratorem czy bohaterem, stąd ta zadziwiająca wolta, dlatego nagle zaczął mówić o Wehringu w pierwszej osobie. Naraz usłyszał sam siebie i przestraszył się. Telefon był pretekstem, żeby zakończyć spotkanie, bał się, że wróci temat Augusty Beilin, o której nic nie wiedział, bał się, że będzie musiał przyjąć do wiadomości to, co było jedyną prawdą tego wieczoru: że jest samotnym szaleńcem.

– Gdyby nie twoja tęsknota za Merfą, twoja choroba, sam byś to dostrzegł – powiedziałem. – Nie ma w tym zdarzeniu nic nadzwyczajnego: pewnego wieczoru w Krakowie spotkało się przypadkiem dwóch mężczyzn, jeden porzucony przez kobietę, a drugi samotny. Tylko tyle.

– Tak – powiedział wówczas Piotr. – Mogło tak być.

Rozmawialiśmy jeszcze długo: po raz pierwszy o Merfie i pustce, jaką zostawiła, o pogubieniu Piotra, o Auguście Beilin i szaleństwie Bezimiennej, o Adamie, którego jedyną winą jest to, że pokochał, i o naszej przyjaźni. Słuchałem, jak Piotr wreszcie mówi, że musi odrzucić fikcję i zmierzyć się z tym, co się naprawdę w jego życiu wydarzyło; że zbierze siły i spotkamy się całą czwórką, że stanie przed Adamem i Merfą. Tak go zostawiłem.

Zaczynało świtać. Miasto budziło się, w oknach zapalały się już światła, zgrzytały tramwaje, słyszałem kroki spieszących gdzieś ludzi, ale na ulicy byłem sam.

4

O czym myślałem?

Podobnie jak Piotr – o tym, co przydarzyło się nam   n a p r a w d ę.

Piotr oszukał mnie co do faktów i intencji. Nie powtórzył mi całej rozmowy i skłamał, mówiąc, że to kioskarz ją przerwał. Nie było żadnego telefonu, to Piotr przestraszył się i uciekł, ale żeby zrozumieć, czego się bał, trzeba wiedzieć, jaką zbrodnię popełnił – ja wiem.

Oto