Wydawca: Amber Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Nigdy więcej nie zdradzisz ebook

Sarah Flint  

4.07142857142857 (14)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 427 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nigdy więcej nie zdradzisz - Sarah Flint

On obserwuje, czeka i liczy… swoje przerażające trofea.


Każdy trzyma zanurzony w formaldehydzie, żeby zapobiec rozkładowi.
Każdy oznacza jedną ofiarę. Torturowaną i zabitą, z sercem wydartym z piersi i zastąpionym symbolem jej zdrady.
A on co tydzień zasiada i w samotności napawa się widokiem swoich trofeów.
Wszyscy byli winni. A teraz kolejni będą musieli zapłacić…
Kto lub co łączy ofiary?


Charlotte „Charlie” Stafford, młoda, ambitna detektyw londyńskiej policji, prowadzi dochodzenie w sprawie okrutnych morderstw. Nie ma żadnych poszlak. Żadnych związków pomiędzy ofiarami. Jest tylko pewność, że wkrótce zbrodniarz zabije znowu. I że śledztwo Charlie znalazło się w ślepym zaułku, który może stać się śmiertelną pułapką dla niej samej…

Opinie o ebooku Nigdy więcej nie zdradzisz - Sarah Flint

Fragment ebooka Nigdy więcej nie zdradzisz - Sarah Flint

Redaktor prowadzący

Małgorzata Cebo-Foniok

Redakcja stylistyczna

Barbara Nowak

Korekta

Halina Lisińska

Alicja Jedynak

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Lia Koltyrina/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Trophy Taker

Copyright © Sarah Flint (née Sarah Fox), 2017.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6536-0

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Wszystkim, z

Prolog

32 lata temu

Panna młoda wyglądała pięknie tego dnia. „Promiennie” – tak mówili ci, którzy patrzyli, jak sunie powoli główną nawą, u ramienia swojego dumnego ojca. Kościół był pełen ludzi; wszyscy wyciągali szyje, żeby choć w przelocie zobaczyć jej suknię, jej uśmiech, wyraz twarzy pana młodego, kiedy odwrócił się na spotkanie jej bezgranicznej miłości.

Jego oczy przesunęły się po nich szybko, w oczekiwaniu na tę chwilę, tę sekundę czystej rozkoszy. Przepełniała go nienawiść. To właśnie w tej chwili pojął, że ostatecznie przegrał. W tym właśnie ułamku sekundy znowu mógł się przekonać, że to on zawsze jest pomijany.

Nabożeństwo się zaczęło. Chciał krzyknąć, że jego miłość jest przeszkodą do zawarcia tego małżeństwa, ale milczał. Słuchał słów przysięgi i żałował, że nie jemu jest składana. Dopóki nas śmierć nie rozłączy.

Odwróciła się do swojego świeżo poślubionego męża i pocałowali się; ich usta przypieczętowały jego los. Czuł, jak wzbiera w nim gniew. Patrzył, rozwścieczony, jak stoją objęci, o wiele za długo. Teraz jej usta przypieczętowały jej własny los.

Czuł, jak dziko bije mu serce, kiedy wreszcie oderwali się od siebie i uśmiechnęli, patrząc sobie w oczy, błogo nieświadomi jego wściekłości. Odwrócili się i ruszyli przed siebie, trzymając się za ręce, tacy szczęśliwi, tacy pełni życia, mijając radosnych ludzi z obu stron nawy, do drzwi, i dalej, w słoneczną jasność tego dnia.

Wbił w nią wzrok, kiedy wychodziła, w długie, jasne włosy, spływające kaskadą na jej plecy. Jego serce uspokoiło się, odrętwiało nawet. Wyszeptał niemal niedosłyszalnie:

– Wydarłaś mi serce, Susan. Pewnego dnia ja wydrę ci twoje.

Rozdział 1

Październik 2016

Wiatr szarpał wierzchołkami drzew, miotając dziko gałęziami, kiedy powoli podjeżdżał na tyły cmentarza. Zatrzymał się, dłonią w rękawiczce opuścił szybę i odetchnął zapachem spadających liści. Wirowały w powietrzu i zbierały się na skraju pociemniałej drogi. Pachniały wilgocią, stęchlizną, ziemią; ulegały rozkładowi, jak wszystko wokół nich.

Przeszedł na tył samochodu i wyjął torbę z narzędziami; potem dźwignął ciało z plastikowej płachty, zarzucił je sobie na ramiona i ruszył przed siebie mocno wydeptaną ścieżką. Była cięższa niż przypuszczał, niemal jak trup.

Staroświecka latarnia oświetlała mu drogę, metalowa osłona żarówki grzechotała nieprzyjemnie, światło migotało i tańczyło na wietrze. Po lewej niebieskie pluszowe misie siedziały rzędem wzdłuż krawędzi malutkiego grobu, słowa na nagrobku jasno wyrażały ból po stracie tak małego dziecka. Wiatr przewrócił kilka zabawek i wazonów z kolorowymi kwiatami, których zawartość wysypała się na płytę nagrobną. Zauważył to i miał ochotę grób uporządkować. To dziecko nikomu nie zrobiło nic złego. Nie zasłużyło na śmierć, w przeciwieństwie do niej.

Wiało coraz mocniej. Gałęzie drzew biły o wysokie nagrobki, zza kępy wiązów wybiegł chyłkiem lis i zatrzymał się na moment, wietrząc – tak jak on chwilę przedtem. Cięte kwiaty i inne nagrobne skarby ofiarowane ukochanym zmarłym toczyły się ścieżkami, przemieszane i ciśnięte w końcu razem na sterty w kątach cmentarza. Wiatr zagłuszy każdy dźwięk. To dobrze.

Szedł dalej, z trudem niosąc nieprzytomną kobietę. Był już prawie na miejscu. Część cmentarza, do której zmierzał, ze wszystkich stron osłaniał wysoki żywopłot; zgiełk miasta tutaj nie docierał. Mur graniczny tłumił wszelkie odgłosy, strzegł przed spojrzeniami. Miejsce było idealnie ustronne. Pozwoli mu spędzić z nią trochę czasu; czasu, jakiego nigdy dotąd nie miał, jakiego zawsze pragnął. Poczuł, jak jej ciało lekko drgnęło; może odzyskiwała przytomność.

Księżyc był niemal w pełni, jego jasną tarczę od czasu do czasu przesłaniały gnane wiatrem chmury. Ścieżka prowadziła w górę niewielkiego zbocza, do wybranego wcześniej miejsca. Odwrócił się, by sprawdzić, czy ktoś za nim nie idzie, i stał chwilę, podziwiając ciemne sylwetki charakterystycznych londyńskich budowli, bardzo stosowne tło dla dramatu, który ma się tu wkrótce rozegrać. Nikogo oprócz ich dwojga. Jeszcze krok przez dziurę w żywopłocie… i już był na miejscu.

Zsunął ją z ramion i położył na gładkiej poziomej płycie nagrobnej. Oczy miała zamknięte, jakby spała, ale jej mięśnie drgały bezwiednie. Nie do końca wyszła jeszcze z uśpienia. Szybko związał jej nadgarstki i nogi w kostkach, zakneblował usta i czekał, czy się znowu poruszy. Nie poruszyła się.

Pochylił się i odgarnął piękne, sięgające ramion włosy. Były miękkie, niemal jedwabiste, ale krótsze niż wtedy, kiedy się poznali, kiedy się w niej zakochał. Przesunął wzrokiem w dół dekoltu bluzki do piersi, bladych w tym słabym świetle, i poczuł zapach perfum, kwiatowy, delikatny, bez wątpienia wybrany dla niej przez męża. Odetchnął nim głębiej, by podrażnić zmysły, by znów doświadczyć porywu starej zazdrości i poczucia krzywdy.

Rozbudził już w sobie gniew; teraz schylił się i otworzył torbę. Narzędzia były gotowe, sterylne, naostrzone. Wyciągnął sztylet, nóż myśliwski i nożyce do kości. Kładł je kolejno na płycie nagrobnej. Nie mógł powstrzymać uśmiechu. Zasłużyła na to, co zaraz się stanie. Na każdą sekundę bólu, na każdą chwilę, na świadomość, że mogłoby być zupełnie inaczej.

Silny poryw wiatru złamał niewielką gałąź, która upadła tuż obok niej. Poruszyła się lekko, otworzyła oczy i zamrugała, choć światło było słabe. Wydawała się zdezorientowana, marszczyła brwi, usiłując zrozumieć, co się dzieje. Odwróciła ku niemu głowę i wpatrzyła się w jego twarz, jakby rozpoznawała rysy, ale ciągle nie pojmowała, skąd się tu wzięła. Ale czy go istotnie rozpoznała? Nie wiedział, miał jednak nadzieję, że tak, bo tylko wtedy mogłaby w pełni zdać sobie sprawę z tego, co się zaraz wydarzy.

Chciała się wyprostować, ale więzy krępowały jej ruchy i ciągle jeszcze nie odzyskała panowania nad członkami. Przewróciła się na bok, ale rzucił się na nią natychmiast, jego silne, muskularne ciało z łatwością przyszpiliło ją z powrotem do płyty. Próbowała walczyć, ale był to daremny trud. Usiadł na niej okrakiem, czując, jak narasta w nim podniecenie. Pragnął jej. Zawsze tak było i zawsze będzie, ale ona dokonała wyboru, a skoro on nie może jej mieć, nikt inny też nie będzie jej miał.

Widział teraz jej strach, prawdziwy, intensywny. Oczy pełne przerażenia, płonące jak piekielne ognie. Wziął ją za rękę, przesunął palcami wzdłuż jej palców i między nimi. Czuł miękkość skóry i widział, jak zadbany i pięknie pomalowany jest każdy z paznokci. Jej dłonie zadrżały pod jego dotykiem. Z podniecenia czy ze strachu? Nie wiedział. Dotarł do palca serdecznego i natychmiast zauważył złotą obrączkę, symbol jej przynależności do innego. Ten widok zmroził jego serce. Decyzja została podjęta.

Podniósł nożyce do kości, wsunął grzeszny palec między rozwarte ostrza i z całej siły zacisnął je znowu. Palec spadł na płytę, z rany tryskała krew. Jej usta poruszyły się, jakby w szoku chciała je otworzyć i zamknąć, ale knebel stłumił dźwięk. Nie spodziewała się tego. Zasłużyła na ten ból, ale on zawsze ją kochał i nie potrafił być zbyt okrutny.

Przesunął się do tyłu, przyciskając jej biodra do kamienia, i rozchylił poły żakietu. Rozciął cienki sweterek myśliwskim nożem, ostrożnie rozpiął guziki bluzki i przesunął ostrzem między miseczkami stanika. Z szacunkiem odsunął na boki koronkowy materiał i po raz pierwszy spojrzał na jej piersi; nagie ciało, blade i zachęcające. Jej skóra była aksamitna w dotyku, świeża, słodko pachnąca, delikatna pod jego wargami. Ale całe ciało zesztywniało, gdy je dotykał, uciekało przed nim. Znieruchomiał, pożądanie natychmiast go opuściło. Nie chciała go, ani teraz, ani wtedy. Właśnie straciła ostatnią szansę.

Zamknął wpatrzone w jej ciało oczy. Nigdy nie posiądzie jej w pełni, nie tak, jak by chciał, skoro ona nie odwzajemnia jego uczuć. Czekał tak długo w nadziei, że odpowie, teraz jednak przypieczętowała swój los.

Odwrócił się i podniósł sztylet, przesuwając go powoli na linii jej wzroku. Wodziła oczami za sztyletem jak zahipnotyzowana, kiedy poruszał nim ponad jej głową i szyją, a potem znowu powoli opuścił go, aż znalazł się nad jej sercem.

Przytknął ostrze do skóry; wgłębienie wznosiło się i opadało w rytmie uderzeń jej serca. Jej oczy błagały o litość, knebel tłumił głos, rzucała głową z boku na bok, najwyraźniej szukając jakiejś drogi ucieczki. Nie było żadnej.

Nadszedł czas jej śmierci. Nie obchodził go jej strach. Zasłużyła sobie na wszystko, co ją spotkało, za swoją zdradę. Pochylił się do przodu i oparł pierś na rękojeści sztyletu, tak by ostrze przebiło skórę. Krew trysnęła z ranki, zbierając się wokół nacięcia. Uniósł się nieco, podniecony widokiem krwi. Zaczęła się miotać, strach przed śmiercią napędzał ostatnie, rozpaczliwe ruchy, ale było już za późno. Dużo, dużo za późno. Jej oczy były równie wymowne jak wiele lat temu, tyle że teraz nie było w nich miłości, tylko zgroza.

Rzucił okiem na przygotowane narzędzia, odwrócił się do niej, przez chwilę beznamiętnie na nią patrzył, a potem znowu naparł ręką na sztylet i wbił ostrze prosto w jej serce.

Rozdział 2

Detektyw Charlie Stafford z satysfakcją przejrzała nakaz aresztowania. Oskarżenie o ciężkie uszkodzenie ciała i rozbój to świetny wynik, zwłaszcza po pełnych czterech miesiącach ciężkiej pracy, którą włożyła w tę sprawę. Cieszyło ją zwłaszcza, że prokuratura przystała na jej wniosek, by sprawę uznać za przestępstwo na tle rasowym. Niełatwo było udowodnić takie przestępstwo, ale udowodnienie go pociągało za sobą wyższy wyrok, i to właśnie jej jednostka – lokalna Jednostka Wspierania Społeczności – prowadziła w tej sprawie dochodzenie.

Jednostka, którą dowodził inspektor Geoffrey Hunter, czyli po prostu Hunter, zajmowała się doniesieniami o przemocy domowej, o przestępstwach na tle rasowym i wyznaniowym, orientacji seksualnej czy niepełnosprawności. Najczęściej mieli do czynienia z przypadkami przemocy domowej, ale w kilku ostatnich latach coraz więcej ofiar tak zwanych przestępstw z nienawiści znajdowało w sobie dość sił, by dochodzić sprawiedliwości. Wiele tabu zostało obalonych, ofiary nabierały odwagi. Z tego powodu jednostka Charlie miała coraz więcej pracy – przybywało spraw, które były też coraz bardziej zróżnicowane – a pracowitość, wytrwałość i ciężka praca Charlie zostały zauważone przez kierownictwo w Lambeth. Po ostatnim sukcesie związanym z serią wyjątkowo niepokojących morderstw członkowie Jednostki Wspierania Społeczności, a zwłaszcza Charlie, zyskali tak dobrą reputację, że kierowano ich, czasami wszystkich naraz, do pomocy zespołom dochodzeniowo-śledczym zajmującym się morderstwami. Ale nie było łatwo.

Obecna sprawa dawała się zaklasyfikować jako usiłowanie morderstwa – uwzględniwszy fakt, że ofiara jednak przeżyła. Charlie traktowała ją niemal jak osobistą krucjatę, tak bardzo zależało jej, by sprawcę wsadzić do więzienia. Stała obok podejrzanego i słuchała odczytywanego na głos aktu oskarżenia.

– W piątek, 17 czerwca 2016 roku, przy Estreham Road, SW16, dopuścił się pan bezprawnego, brutalnego ataku na pana Mosesa Sinklera. Napad ten został uznany za przestępstwo na tle rasowym zgodnie z artykułem 28 ustawy o przestępczości z 1998 roku. Ma pan prawo zachować milczenie, ale zaszkodzi pańskiej obronie, jeśli zatai pan teraz coś, co później wyjawi w sądzie. Wszystko, co pan powie, może posłużyć jako materiał dowodowy.

Cornell Miller pociągnął nosem, wytarł go wierzchem dłoni i spojrzał w stronę zegara, wyraźnie demonstrując, że odczytywany właśnie tekst niewiele go obchodzi. Miał trzydzieści osiem lat, ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i krzepkie ciało o wspaniałej muskulaturze, bo odsiadując swój ostatni wyrok, dużo ćwiczył w więziennej siłowni. Podciągnął do góry T-shirt, odsłonił brzuch, twardy jak skała, z wyrzeźbionymi mięśniami, i podrapał się leniwie po jasnych włoskach, z rzadka porastających skórę, puszczając przy tym oko do Charlie. Zignorowała go i skupiła na słowach odczytywanych przez sierżanta z aresztu.

– Jest pan także oskarżony o obrabowanie 17 czerwca 2016 roku pana Mosesa Sinklera przy Estreham Road, SW16, co stanowi pogwałcenie artykułu 8 ustawy o kradzieży z 1968 roku.

Nie miał nic do powiedzenia, jak zawsze, dopóki jego adwokat nie wystąpi o kaucję. Tym razem jednak nawet wniosek adwokata brzmiał żałośnie słabo. Cornell Miller nie wyjdzie z paki przez dobrych kilka lat, już ona, Charlie, się o to postara. Był kanalią. Rasistowską kanalią, bez cienia wątpliwości, i ludzi, zwłaszcza tych pochodzących z Afryki i Azji, powinno się przed nim chronić

Sprawę początkowo przydzielono jej zespołowi, ponieważ występował w niej element rasizmu. Szef Charlie, Hunter, polecił jej przeprowadzić dochodzenie, a dzisiejszy wieczór stanowił ukoronowanie pracy, jaką w to włożyła. Odkąd poznała szczegóły, właściwie o niczym innym nie myślała.

Zaatakował o piątej piętnaście, rano, kiedy na ulicach nie było nikogo, kto mógłby usłyszeć krzyki jego ofiary – żadnego świadka niczym nieusprawiedliwionego, wyjątkowego okrucieństwa, z jakim potraktował spokojnego, pracowitego Jamajczyka, tuż przed emeryturą. Moses Sinkler przez wiele lat był trenerem, uczył dzieciaki grać w piłkę nożną. Szedł właśnie do miejscowego bankomatu, żeby wyjąć z niego dwadzieścia funtów i dać żonie na zakupy. Wtedy właśnie dostrzegł go Cornell Miller. Był na haju po mieszance kokainy i kraku, który właśnie mu się kończył. Potrzebował kasy, żeby zdobyć trochę heroiny, zanim pójdzie do łóżka. Wiedział, że inaczej nie zaśnie – nie spał od wielu dni.

Miejsce wybrał dobrze. Było idealne na taki szybki napad. Cicha boczna ulica, z bankomatem przy tylnym wejściu na stację kolejową, ciągle jeszcze pustą, bo pierwszy pociąg odjeżdżał dopiero o wpół do szóstej. Czekał, aż stary Jamajczyk wyciągnie pieniądze. Czekał, obserwował i miał nadzieję, że będzie ich sporo. Ostatni raz zaciągnął się papierosem, przydeptał niedopałek i ruszył za Mosesem na drugą stronę ulicy. Tropił go jak drapieżnik, aż w końcu zaatakował.

Ale to charakter tego ataku naprawdę poruszył Charlie. Mosesa wystarczyło nastraszyć, nic więcej. Nie był wojownikiem. Miał siedemdziesiąt dwa lata i był za stary na bójki. Zrobiłby wszystko, co by mu kazano, oddałby pieniądze, skapitulował przed znacznie potężniejszym, silniejszym przeciwnikiem. Ale Cornell Miller właściwie nie powiedział ani słowa, mówił jego nóż, tnący twarz Mosesa, jego szyję, ramiona i plecy raz za razem, a stary człowiek krzyczał z bólu.

Jedyne słowa, jakie wypowiedział Miller do Mosesa, zanim wyrwał mu z dłoni dwudziestofuntowy banknot, były groźbą.

– Powiedz glinom i jesteś martwy, czarnuchu. Ty i twoje zasrane czarne bękarty.

Potem oddalił się nonszalancko, zostawiając ofiarę prawie nieprzytomną, leżącą w coraz większej kałuży krwi. Gdyby nie przypadkowy przechodzień, który mimo wczesnej pory wybrał się na spacer z psem i usłyszał krzyk, Moses Sinkler najprawdopodobniej wykrwawiłby się na śmierć. Letnia bluza, choć z niezbyt grubego materiału, powstrzymała ostrze noża przed dotarciem do głębiej położonych arterii, co spowodowałoby utratę jeszcze większej ilości krwi. Po założeniu mu dziewięćdziesięciu ośmiu szwów, kilka tygodni później Moses wyszedł ze szpitala, ale był człowiekiem złamanym. Jego ciało zostało pozszywane, jednak w psychice pozostała śmiertelna rana. Utracił poczucie bezpieczeństwa. Nie wrócił już do pracy i niemal nie wychodził z domu w obawie przed ponownym spotkaniem z napastnikiem.

Charlie znienawidziła człowieka, który wyrządził Mosesowi taką krzywdę, jeszcze zanim odkryła, kto to jest. Czyste zło, jakim była ta przesadna, niepotrzebna przemoc, napełniło ją odrazą. Postanowiła za wszelką cenę zdemaskować sprawcę. Wiele razy odwiedzała Mosesa, widziała, jak z trudem wracał do zdrowia fizycznego – i żałowała, że nie potrafi uleczyć też jego psychiki.

Z czasem pojawiało się coraz więcej poszlak: DNA Cornella Millera na znalezionym nieopodal niedopałku papierosa, nagranie z ulicznej kamery, pokazujące, w jakim szedł kierunku, dane z telefonu wskazujące miejsce jego pobytu, nawet kurtka z plamą krwi Mosesa Sinklera na rękawie, znaleziona w domu Millera podczas aresztowania. Bez wątpienia był o właściwym czasie we właściwym miejscu, brakowało jednak twardego dowodu, że to rzeczywiście on, co dość frustrowało Charlie. Moses był tak przerażony podczas identyfikacji, że nie zdołał wyłuskać Millera spośród innych mężczyzn, mimo że oddzielało go od nich weneckie lustro. W ogóle było to dla niego tak ciężkie przeżycie, że z trudem udało się go namówić, żeby choć spróbował. Gdy nadeszła chwila wyboru podejrzanego spośród kilku mężczyzn, ze strachu nie zdołał spojrzeć w twarz żadnemu ze stojących przed nim ludzi. Nie mógł na nich patrzeć, nie mógł więc zidentyfikować swojego oprawcy.

Cornell Miller roześmiał się, gdy mu powiedziano, że nie został rozpoznany. Ale nie był głupi i wiedział, że wiele poszlak wskazuje na niego. Przyznał, że był w okolicy. Tłumaczył, że wracał właśnie do siebie po nocy spędzonej poza domem i zobaczył człowieka leżącego w kałuży krwi. Podszedł, by udzielić mu pomocy, ale szybko uświadomił sobie, że to poważna sprawa, a on ma kryminalną przeszłość, więc spanikował i uciekł, żeby ludzie nie pomyśleli, że to on. Ale to był on. Każdy uśmiech, każda mina, każde słowo i gest utwierdzały Charlie w przekonaniu, że to on. Miała szósty zmysł, którym wyczuwała czyjąś winę lub niewinność, i ten szósty zmysł pracował na najwyższych obrotach.

Obserwując teraz Millera w areszcie, Charlie nie miała cienia wątpliwości, że jest winny. Liczyła tylko na to, że kiedy sprawa trafi do sądu, dwanaścioro przysięgłych też posłucha głosu intuicji, uwzględni materiał dowodowy i również uzna go winnym. Cornell Miller, człowiek bez krztyny współczucia czy wyrzutów sumienia, omal nie zamordował człowieka dla dwudziestu funtów. Charlie pragnęła sprawiedliwości dla Mosesa, a to oznaczało dla Millera dożywocie.

Szła za nim i patrzyła na jego plecy, kiedy kołysząc się na boki, wracał do swojej celi. Nie wyjdzie za kaucją, zostanie w areszcie aż do jutrzejszego poranka. Rano pojedzie na rozprawę.

– Do zobaczenia w sądzie – powiedział i podniósł rękę do czoła, salutując szyderczo, po czym rzucił się na materac.

– Już nie mogę się doczekać… tak jak wyroku. – Cofnęła się, chwyciła grube metalowe drzwi celi i zatrzasnęła je z większą siłą niż zwykle, tak że głośny metaliczny szczęk odbił się echem od ścian korytarza. – Lepiej, żebyś przyzwyczaił się do tego dźwięku. Będziesz go słuchał przez wiele lat.

Już prawie skończył. Spojrzał na swoje dzieło, zadowolony z krwawego widowiska. Trochę to trwało, ale cieszyła go każda chwila. Z każdą kolejną ofiarą nabierał wprawy, coraz bardziej podziwiał zawiłości ludzkiego ciała. Na początku zawsze zachwycała go precyzja natury, każda warstwa odsłaniała coś więcej; kończył pracę z satysfakcją. Odpowiadała mu. Był człowiekiem wielu emocji, potrzeb, miłości i pasji. Zedrzyj jedną, a pokaże się następna. Zedrzyj je wszystkie, a zostanie tylko skorupa, pustka, której niczym się nie zapełni.

Starannie pochował narzędzia do torby i schylił się, by zabrać pamiątki leżące z boku w plastikowej reklamówce. Ona była kimś szczególnym i chciał czegoś, co by mu o niej przypominało, no, ale zawsze tego chciał. Uwielbiał patrzeć na swoje trofea, widzieć, jak stopniowo dojrzewają, wspominać każdą z ofiar i powód, dla którego została wybrana. Teraz były już chłodne w dotyku i to mu się nie podobało. Ruszył w stronę swojego samochodu, czując przez plastikowe rękawiczki, które wciąż miał na rękach, zimną zawartość reklamówki.

Z każdym krokiem przypominał sobie obietnicę, złożoną samemu sobie, wiele lat temu, kiedy od niego odeszła.

Otworzył reklamówkę, wyjął większą ze swoich pamiątek i odrzucił od siebie. Jego zostało odrzucone – nadeszła chwila, by zrobić to samo z tym, które należało do niej.

Charlie nie mogła spać tej nocy. Wszędzie wokół wyły syreny, błyskały niebieskie światła, na niemal pustych ulicach z piskiem skręcały opony. Coś się stało. Nie wiedziała co, ale czuła rozedrganie lodowatego powietrza. Ktoś, gdzieś, wydawał ostatnie tchnienie i nie była to spokojna śmierć. Jej intuicja znowu włączyła się do gry.

Gdy wreszcie dotarła do swojego małego, wynajmowanego mieszkanka w Clapham, w południowej części Londynu, koszmary zaczynały już przybierać konkretny kształt. Mosesa Sinklera pochłaniała ciemność, jego ciało wiło się z bólu, krew tryskała na asfalt. Cornell Miller stał nad nim, opierając się o ścianę, z ust zwisał mu papieros. Śmiał się i pluł na swoją ofiarę.

Praca, którą teraz wykonywała, zawsze szła za nią do domu, jak obłąkany prześladowca, zdeterminowany, by wyszarpnąć kawałek jej ciała. Ofiary ze spraw nowych i starych mieszały się ze sobą. Obrazy ciał wystających z ziemi, dzieci, matek. Krew wsiąkająca w dywany, drogi, trawniki; zbierająca się w kałuże, zawsze tak samo. Ofiary takie jak Moses Sinkler, Richard Hubbard, Helena McPherson i Greg Liegh-Matthews zlewały się w jedną, krążąc w wirze ciemnej wody, coraz szybciej, poza zasięgiem jej rąk. Sprawca zawsze stał i patrzył ze śmiechem, aż wszystkie stawały się jedną masą rozpaczliwie machających ramion, łapiących się siebie nawzajem, ust z trudem chwytających oddech, ciał próbujących wydostać się na powierzchnię, miotających się dziko i rozpryskujących wodę, aż wyczerpanie wreszcie ściągało je w dół, w mrok. W końcu zawsze przed oczami pojawiał się Jamie, jej młodszy brat, zawsze na odległość ramienia. Był tak blisko, a jednak nie mógł dosięgnąć palców jej wyciągniętej ręki. Jego palce próbowały uchwycić się wody, z nosa i ust ulatywały bąbelki powietrza, kiedy wołał ją po imieniu. I tak raz za razem, w kółko, aż wszystko nieruchomiało i zapadała cisza, a on unosił się w wodzie, twarzą do dołu, z zamkniętymi oczami i bezwładnymi kończynami.

Miała wrażenie, że jest gorzej, kiedy kładzie się do łóżka, jakby wygoda oznaczała zapomnienie. Ona nie mogła zapomnieć ani na chwilę, i nie miała prawa do przebaczenia. Włączyła nocną lampkę, wzięła iPoda i wyszukała w „ulubionych” playlistę. Czasami światło i dźwięki pomagały jej usnąć, czasami nic nie pomagało. Teraz miała w pracy dostęp do psychologa, ponieważ stykała się z traumatycznymi sprawami, ale nie miała odwagi pójść do niego. W wieku dwudziestu dziewięciu lat, po dziewięciu latach służby, widziała już więcej potworności i ludzkiego bólu niż większość ludzi zobaczy w ciągu całego życia. Bała się, że gdyby zaczęła o tym mówić, nigdy by nie przestała. Lepiej było milczeć i zamykać każdy koszmar w oddzielnej przegródce. Są rzeczy, których lepiej nie ruszać. Radziła sobie z regularnie nawiedzającymi ją koszmarami nocnymi, gdyby jednak zaczęły przenikać do jej życia na jawie, miałaby poważny problem.

Zdarła kołdrę z łóżka i opadła na wielki brązowo-beżowy worek sako, który zajmował cały kąt pokoju. Zabierała go wszędzie, dokądkolwiek się przeprowadzała. Większość ludzi uznałaby worek za zbyt duży, żeby go trzymać w domu, był jednak w sam raz dla niej i dla Jamie’ego, kiedy u niej nocował. Jak wielka brązowa sofa w domu jej mamy, był częścią dawnego życia, taką, która musi pozostać na zawsze, spoiwem, trzymającym w kupie jej poczucie bezpieczeństwa.

Ustawiła na iPodzie „wybór losowy” i wcisnęła „start”. Każde słowo każdej z tych piosenek miała odciśnięte w pamięci, ale wolała nie wiedzieć, jaka będzie następna, bo lubiła element zaskoczenia.

When the Going Gets Tough, the Tough Get Going zabrzmiało w słuchawkach, tak czysto, jak wtedy, kiedy pierwszy raz słuchała tego z bratem, w czasie poszukiwań. W połowie lat dziewięćdziesiątych. Po jego śmierci stało się niemal jej hymnem. To ta piosenka sprawiła, że postanowiła wstąpić do policji. Pozwoliła jej iść naprzód, wtedy gdy pragnęła tylko zamienić się z nim miejscami. Pozwoliła walczyć o ludzi takich jak Moses Sinkler. Dzień, w którym Charlie przestanie dochodzić sprawiedliwości dla ofiar przestępstw, będzie dniem, w którym odda swoją policyjną odznakę.

Zamknęła oczy, ale ciągle męczył ją niepokój. Może to ten chwiejny krok Cornella Millera albo to, co zrobił. Może syreny zwiastujące kolejną ofiarę. Tego była pewna. Zaledwie za kilka godzin wróci na służbę. Czuła, jak ciemność przechodzi ze smolistej czerni w jaśniejszą szarość; było cieplej niż wcześniej. Muzyka uspokajała ją. Był z nią Jamie, nie była już sama. Zapadła w płytki sen, wiedząc, że tej nocy nie odpocznie jak należy; nocne koszmary krążyły tej nocy za blisko.

Cokolwiek się teraz działo, będzie czekało na nią rano.

Rozdział 3

Cornell Miller leżał w czystej białej pościeli. Miał zamknięte oczy. Zachichotał w duchu. Łatwiej chyba nie mogło pójść?

Część pierwsza dobiegła końca. Wystarczyło zaczekać do wczesnego ranka, kiedy policjanci są zmęczeni, podrzeć T-shirt na pasy, dość mocno owinąć je sobie wokół szyi, wstrzymać oddech i leżeć bez ruchu na podłodze celi. Strażnik nie może wiedzieć, od jak dawna tak leżysz – trzydzieści sekund czy trzydzieści minut. Panika zapewnia ci szybki przejazd do szpitala, na wszelki wypadek. A kiedy szpital okazuje się szpitalem Kings College, miejscowym szpitalem, do którego przyjmowano cię przez całe życie, cóż, to już po prostu bonus.

Leżał teraz za parawanami, na razie całkowicie zadowolony z leczenia. Niedługo nadejdzie czas na część drugą. Nie może tu ciągle leżeć. Środek, który podał mu lekarz, powoli przestawał działać. Potrzebował już czegoś mocniejszego. Wykręcił ręce w kajdankach i poczuł, jak twardy metal wrzyna się w miękką skórę nadgarstków. Odemknął powieki i zerknął w stronę dwójki policyjnych strażników. Kobieta, starsza, była chuda, miała zapadnięte policzki i cierpki wyraz twarzy. Wyglądałaby całkiem naturalnie w jego normalnym otoczeniu, wciśnięta w róg brudnej kanapy w jakiejś melinie. Spoglądała na niego wzrokiem, który mówił, że wie, co się święci, widziała już takie gierki nie raz. Na nią będzie musiał uważać.

Po drugiej stronie siedział człowiek góra, potężny mężczyzna z grubym karkiem i ogoloną głową, pełną blizn. Rękawy miał podwinięte tak wysoko, jak się dało; koszula z trudem mieściła wielkie bicepsy. Spod rękawów wystawało kilka tatuaży w ciemnych kolorach. Jego łatwo było zaszufladkować: z pewnością więcej ma mięśni niż rozumu; bardziej neandertalczyk niż myśliciel. Umysłowo wydawał się równie ociężały jak fizycznie. Na pewno sądzi, że sam jego widok zniechęca do jakiejkolwiek próby ucieczki. Tacy ludzie zawsze za późno orientują się, co się święci, i jeszcze później zaczynają działać.

Zamknął znowu oczy i jęknął głośno.

Człowiek góra wstał, jakby ten dźwięk kazał mu się zainteresować sytuacją. Zajrzał za parawan i gestem wezwał pielęgniarkę.

– Kiedy ktoś go obejrzy, żebyśmy mogli wracać?

Głos miał donośny i szorstki. Pielęgniarka odpowiedziała podobnym tonem.

– Ktoś go obejrzy, kiedy przyjdzie jego kolej.

Odwróciła się, jakby chciała odejść, ale w tej samej chwili pojawił się lekarz w białym kitlu. Na szyi miał stetoskop, a na twarzy wyraz zniecierpliwienia. Z pewnością dostał już kilka punktów karnych i lubił traktować policję tak, jak wydawało mu się, że sam został potraktowany. Zawsze kazał im czekać, dla zasady; ale człowiek góra był szczególnie nielubianym przez niego typem policjanta, więc chciał, żeby jak najszybciej zniknął. Zbyt ociężały i tępy, by mieć własne zdanie. Tacy zawsze rozdają mandaty bez cienia współczucia dla kierowcy.

Miller znowu głośno jęknął. Obaj spojrzeli w jego stronę, a lekarz z rozmachem odsunął zasłonę i wszedł za parawan. Wszystko szło zgodnie z planem. Jęknął głośniej i poruszył rękami w kajdankach. Lekarz pochylił się nad nim, podniósł jego dłonie do góry i przyjrzał się czerwonym odciskom wokół nadgarstków.

– Proszę to zdjąć, żebym mógł przeprowadzić badanie.

Policjantka zaprotestowała. Nie chciała się na to zgodzić. Ale jej wysoki głos brzmiał płaczliwie i lekarz bez trudu ją pokonał.

– Powiedziałem, proszę to zdjąć albo idę dalej. Mam mnóstwo pacjentów.

Miller z trudem powstrzymał uśmiech. Facet odwalał właśnie całą robotę za niego. Podniósł ręce i patrzył z radością, jak człowiek góra zdejmuje kajdanki. W końcu kto próbowałby uciec, mając tak imponującego strażnika?

Pozwolił lekarzowi obejrzeć ślady wokół szyi i nadgarstków, zmierzyć ciśnienie krwi i puls. Odpowiedział na kilka pytań. Było jasne, że lekarz jest po jego stronie. Dwóch na dwoje – równy rozkład sił. Już prawie kończył.

Lekarz cofnął się i zaczął coś pisać, robiąc miejsce dla człowieka góry, który przecisnął się obok niego i stanął koło łóżka. Po drugiej stronie została tylko chuda strażniczka. Zobaczył, jak sięgnęła ręką do czapki. Rozszyfrowała go, ale to nie miało znaczenia, liczyła się tylko jej postura. Zwalisty policjant pochylił się teraz nad nim, chwycił jego bliższą rękę i założył na nią metalową obręcz. Miller wstrzymał oddech. To był dobry moment. Poczuł, jak człowiek góra odprężył się trochę, w końcu jedno z metalowych kółek kajdanków było już na miejscu. Podniósł drugą rękę, jakby chciał ułatwić policjantowi założenie drugiego, ale kiedy ten już miał za nią chwycić, Miller złapał metalowe kółka wolną ręką i podniósł je wysoko ponad dłonie człowieka góry. Policjant zaklął i rzucił się do przodu, ale Miller był szybszy.

Zeskoczył z łóżka, zamachnął się obiema rękami i uderzył kajdankami w zwróconą ku górze twarz policjantki. Zatoczyła się do tyłu i chwyciła za nos; na pościel trysnęła krew, policyjna czapka spadła na podłogę. Kobieta była bystrzejsza od swojego kolegi, ale nie dość szybka.

Odepchnął ją na bok i teraz miał już wolną drogę. Człowiek góra był uwięziony za lekarzem, który odskoczył, żeby policjanta przepuścić, ale tępak był zdecydowanie zbyt powolny. A on już pędził, przez izbę przyjęć i poczekalnię, do wyjścia. Wszyscy na niego patrzyli, ale nikt nie próbował przeszkodzić. Jak zawsze.

Dobrze znał drogę. Słyszał, jak człowiek góra krzyczy do radia, wzywając posiłki, ale tracił tylko czas. Zanim ktokolwiek się pojawi, on zniknie w labiryncie okolicznych uliczek i betonowych podwórek, bez trudu kryjąc się przed policjantami i ich psami.

Wypadł przez drzwi w nocny mrok. Minęła czwarta nad ranem, zimne powietrze uderzyło go w twarz. Oddech miał szybki i płytki, ale nie potrzebował teraz dużo tlenu; wystarczała adrenalina, był na prawdziwym haju i nic, nikt, nie byłby go w stanie zatrzymać. Biegł tak długo, aż odgłosy pościgu umilkły w oddali. Udało mu się, nie zamierzał tam wracać, bez względu na to, co myślała sobie ta pieprzona Stafford. Zresztą i tak najpierw musiałaby go złapać.

Przypomniał sobie ich ostatnią rozmowę. Głupia suka. On nigdy nie przyzna się do winy. Nigdy. Po co miałby to robić, skoro wystarczy najmniejsze potknięcie ze strony prokuratury, żeby wyjść na wolność? Może najpierw powinien dorwać tego śmierdzącego czarnucha, który na niego doniósł, Mosesa Sinklera. Przyciśnie go trochę, postraszy i stary na pewno wycofa zeznania. Może powinien był go wykończyć, kiedy miał okazję.

Zwolnił, zbliżając się do krótkiego ciągu sklepików. Pośrodku był sklep z używaną odzieżą, a przed nim stało kilka wypchanych worków. Szybko rozdarł jeden; były w nim męskie ubrania. Miał szczęście. Wybrał kilka rzeczy: prawie nowy T-shirt, czarny wełniany sweter, całkiem fajną, grubą kurtkę z kapturem obszytym futrem, trochę podniszczoną i z kilkoma przetarciami, ale mniejsza o to, skoro była za darmo. Z jednego nadgarstka ciągle zwisały mu kajdanki. Jako broń mogłyby się przydać, ale ktoś mógł je zauważyć. Naciągnął na nie rękaw kurtki. Jeden z kumpli przetnie je później nożycami do metalu. Widział nieraz, jak to się robi.

Ruszył przed siebie, rozglądając się dookoła za policją. Dojrzał za jednym ze sklepów wąskie przejście. Wślizgnął się tam w chwili, kiedy na ulicę wjechał wóz policyjny. Nie zauważyli go, a poza tym i tak by go nie rozpoznali w tej nowej kurtce z kapturem. Ale nie chciał ryzykować.

Usiadł na niskim murku z tyłu jednego ze sklepów i w myślach ułożył listę potrzebnych rzeczy. Przede wszystkim – pieniądze, musi zdobyć trochę kasy na towar. Potrzebował kraka i hery, szybko. Zaczynały go chwytać skurcze.

Pogrzebał w kuble na śmieci i znalazł pustą butelkę po piwie Red Stripe. Chwycił ją za szyjkę i uderzył w ceglany murek, a potem podniósł do góry w słabym świetle ulicznej latarni. Ostre krawędzie szkła, zwilżone resztkami piwa, zalśniły złowieszczo. Lubił ten widok.

Niebo nad horyzontem zaczynało się przejaśniać, słaby blask nabierał powoli mocy, sięgał coraz wyżej. To był jego ulubiony czas na ulicach miasta.

Znowu podniósł do góry stłuczoną butelkę, czuł, jak rośnie mu poziom adrenaliny. Lubił też Red Stripe’a; to była jego wizytówka.

Teraz wystarczyło już tylko poszukać nowej ofiary.

Rozdział 4

Jak mógł uciec, do diabła? – Charlie nie mogła tego pojąć. – Tyle czasu, tyle mojej pracy, żeby doprowadzić do oskarżenia. Cholera, to nie do wiary.

Tej nocy, gdy zrezygnowała z próby zaśnięcia, w końcu wstała, włożyła stare adidasy i postanowiła pobiegać. Dwadzieścia minut później, po ostatnim sprincie, w którym nadwyrężyła lekko prawą nogę, rozciągała łydki przy stojaku na rowery pod komisariatem w Lambeth i wtedy usłyszała, że Miller uciekł strażnikom z nocnej zmiany.

Wbiegła na schody, przeskakując po dwa stopnie naraz, wpadła do swojego biura i teraz, tuż po siódmej rano, stała w nim w stroju do joggingu, z kroplami potu na skroniach i ściekającymi po plecach.

Na razie w biurze była tylko Bet, którą jej własny zegar biologiczny budził codziennie o zupełnie nieludzkiej porze, bez względu na to, czy akurat chciała wstawać, czy nie. Zazwyczaj przychodziła do pracy pierwsza, a zajęciem, jakiego sama się podjęła, było przygotowywanie pierwszych gorących napojów i czytanie, co się wydarzyło od ostatniej służby, tak, żeby przekazać te informacje każdemu, kto przychodził później.

Bet wskazała listę obecności nocnej zmiany, podświetloną na ekranie komputera, i raport o wszystkich wydarzeniach ubiegłej nocy. Charlie osunęła się na krzesło przed komputerem i wpatrzyła w ekran, masując nadwyrężoną nogę. Nie była to przyjemna lektura. Czytała opis wydarzeń i potrząsnęła głową, gdy doszła do zdjęcia kajdanków.

– Cholerni lekarze. Jeśli nie ma zagrożenia życia, nie powinni mieć prawa dyktowania nam, czy używać kajdanków, czy nie. To my jesteśmy odpowiedzialni za więźniów, nawet w szpitalu. Uparli się, żeby je zdjąć, i przez to Miller zwiał i co gorsza, ma już kolejną ofiarę na sumieniu. – Spojrzała na dane w raporcie. – Co z Annie?

Bet podeszła sztywno do czajnika, uciskając ręką nasadę pleców. Jakiś czas temu poślizgnęła się na schodach i stłukła kość ogonową, przybrała też przez to trochę na wadze, bo mniej się ruszała. Zaczynała powoli odczuwać swoje pięćdziesiąt kilka lat, a jako że zbliżało się święto Halloween, zauważyła niedawno, że jej zawsze przypominająca jabłko figura przybiera teraz kształt dyni.

– Biedactwo, ma złamaną kość policzkową i mocno podbite oko, ale będzie żyła. Przeklina siebie za to, że nie zareagowała dość szybko, kiedy zrozumiała, że facet się do czegoś szykuje. Ale… z tego, co słyszałam, Annie nie jest jedyną ofiarą. Jakąś godzinę temu mundurowi dostali wezwanie do napadu, niedaleko szpitala Kings College. Czarnoskóra kobieta dostała po twarzy „tulipanem”, poza tym były rasistowskie obelgi, wyrwana torebka. Rysopis i sposób działania sprawcy pasuje do Millera. Kobieta jest teraz w tym szpitalu.

– Ożeż, kurwa mać! – Charlie wstała gwałtownie od stołu. – I będzie ich więcej. On ma wszystko gdzieś, bo teraz, kiedy został oskarżony, wie, że i tak pójdzie siedzieć. Nie ma nic do stracenia. – Poczuła strużkę potu spływającą po karku i otarła ją ze złością. – Wezmę prysznic, póki jest jeszcze wcześnie, Bet, a potem zadzwonię do Mosesa i powiem mu, że Miller dał nogę. Miejmy nadzieję, że po tym ostatnim ataku dowiemy się czegoś więcej. Jeśli Hunter będzie zainteresowany, może zechce wysłać mnie do szpitala. Zobaczę tę ostatnią ofiarę.

Wzięła kubek z kawą, który Bet podała jej niemal jak gałązkę oliwną, i uśmiechnęła się ponuro.

– Nie ma to jak zderzyć się z rzeczywistością w poniedziałkowy ranek.

Piętnaście minut później Charlie wróciła spod prysznica. Z włosów ściekała jej woda za kołnierz pospiesznie narzuconej, szytej na miarę czarnej koszuli. Teraz koszula była niestety ciut ciaśniejsza niż kiedyś – efekt macierzyńskich zapędów Bet, a także Meg, rodzonej matki Charlie. Zalogowała się do swojego komputera i przeczytała szczegółowy opis ostatniego ataku. Nosił wszelkie znamiona kolejnego brutalnego rabunku dokonanego przez Cornella Millera.

Potem wpisała nazwisko Millera do Krajowej Bazy Policyjnej. Wyskoczyło natychmiast – na szczęście nie było zbyt wielu Cornellów Millerów ani na liście, ani jej zdaniem, na ulicach. Nie figurował tam, póki co, jako poszukiwany. Będzie musiała zająć się tym od razu, na wypadek gdyby został zatrzymany. Miała nadzieję, że teraz wypatrują go już wszyscy policjanci w Lambeth. W końcu, pominąwszy Mosesa i dwie ostatnie ofiary, zaatakował też ich kolegów z pracy.

Rejestr występków Millera był długi. W ciągu trzydziestu ośmiu lat życia zdążył być zatrzymany i aresztowany prawie trzydzieści razy. Zaczął wcześnie, bo jeszcze zanim skończył dziesięć lat – wiek wyznaczający granicę odpowiedzialności. Nie zawracała sobie głowy czytaniem o wszystkich wyrokach skazujących. Znała je już na pamięć, bo przygotowywała dokumenty potrzebne do postawienia go w stan oskarżenia. Już wtedy lista była przygnębiająca, teraz doszło do niej kilka kolejnych rozbojów. Przykre, że system sprawiedliwości poczynał sobie z nim tak łagodnie. Faceta należało zamknąć dla bezpieczeństwa ogółu.

Przejrzała rejestr i wydrukowała listę poprzednich adresów zamieszkania Millera i jego wspólników. Większość miała zapewne wartość historyczną, ale mogły dać jej jakieś wyobrażenie o tym, jakie tereny zna on dobrze i dokąd może się teraz wybrać; gdzie może znaleźć schronienie u starych kumpli i sąsiadów. Później sprawdziła zapis ostatniego śledztwa i zauważyła dwa kolejne miejsca, w których go widziano albo został zatrzymany lub aresztowany. Zwróciła też uwagę na wszelkie wzmianki o dilerach narkotyków albo ich innych klientach, u których mógł się teraz zadekować. Pewnie nie zarejestruje się jako bezrobotny, bo wie, że policja będzie go szukała przede wszystkim przez urzędy pracy. Gdyby jednak pieniądze wpływały na jego konto bankowe, być może skorzysta z bankomatów w pobliżu swojego miejsca pobytu. Charlie postanowiła skontaktować się później z urzędem pracy i poznać szczegóły konta Millera. Jeśli jednak miał trochę oleju w głowie, wyciągnie wnioski ze swojej przeszłości, jak ona.

Ciągle jeszcze segregowała informacje, kiedy do biura weszli razem Paul i Naz. Charlie odwróciła się do nich i nie mogła powstrzymać uśmiechu, widząc, jak Paul z rozmachem otwiera drzwi, kłania się w pas i szerokim gestem zaprasza Naz do środka. Naz wkroczyła do pokoju niczym królowa.

– Nie wyciągaj pochopnych wniosków! – zawołał natychmiast Paul i uśmiechnął się do Charlie. – Jesteśmy tylko parą przyjaciół, prawda, Naz?

Naz uniosła brwi.

– Cóż, tak, jeśli wreszcie zrozumiałeś, że kobiety są płcią najdoskonalszą fizycznie, najwrażliwszą emocjonalnie i najinteligentniejszą. – Zdjęła kurtkę, mimowolnie ukazując nieco więcej dekoltu niż zwykle. Zaśmiała się i poprawiła bluzkę.

Paul zrobił teatralnie przerażoną minę i odwrócił się.

– Nie, dzięki, będę trzymał się mężczyzn. – Podszedł do czajnika i dotknął go, a potem szybko cofnął palce. – Parzy!

Wszyscy się roześmiali. Sabira, ostatnia z ich zespołu, weszła właśnie i przyłączyła się do ogólnej wesołości, choć nie miała pojęcia, co ją wywołało.

Bet odsunęła Paula i wcisnęła włącznik czajnika, żeby zrobić dla wszystkich coś gorącego do picia. Charlie poczuła, jak jej wcześniejsza irytacja trochę słabnie. Był poniedziałkowy ranek. Nienawidziła poniedziałków – poniedziałków i śród – ale przynajmniej mieli przed sobą cały tydzień, żeby wsadzić Millera z powrotem za kratki. Zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby się do tego przyczynić. Byli dobrym zespołem i czuli się bliżsi sobie teraz niż kiedykolwiek przedtem. Niedawna odrażająca zdrada, jakiej się wobec nich dopuszczono, gdy pracowali nad ostatnią sprawą, związała ich ze sobą jeszcze mocniej. Najtrudniej było Naz, która została oszukana na całej linii, ale wszyscy już się pozbierali i patrzyli ufnie w przyszłość. Gdyby Charlie kiedykolwiek musiała upuścić z siebie nieco pary, by rozładować grozę i frustrację, jakich oni wszyscy doświadczali w pracy, zrobiłaby to przy nich, a nie w gabinecie policyjnego psychologa.

Teraz przywołała gestem Naz. Ta dziewczyna była idealną towarzyszką podczas wizyty w szpitalu u ostatniej ofiary Millera, ponieważ w przeszłości sama stała się celem rasistowskiego ataku. Czarnoskóra, zadziorna i dumna, potrafiła wznieść się ponad swoje pochodzenie imigrantki w drugim pokoleniu. Matkę i babkę uważała za bohaterki, nie tylko dlatego, że wytrwały w pełnym rasistowskich uprzedzeń Londynie, kiedy w nim zamieszkały, ale także dlatego, że nauczyły ją cenić pracę i rodzinę. Dwaj mali synkowie Naz byli całym jej życiem, choć czasami potrzebowała wyjść z domu i spotkać się z ludźmi, by przerwać monotonię samotnego macierzyństwa. Wtedy do akcji włączały się jej matka i babka. Naz miała serce na dłoni, ale nie bała się wymóc na innych liczenia się z nią, zwłaszcza jeśli pojawiał się choćby cień podejrzenia o rasizm.

Charlie podziwiała jej siłę i nieustępliwość, choć nie mogła wręcz uwierzyć, że taka dyskryminacja ciągle jeszcze jest spotykana. Przez lata, mimo napływu imigrantów wszelkich narodowości do Lambeth, liczba rasistowskich ataków nie wzrastała. Jednak kiedy Charlie dołączyła do jednostki, przestępstw na tle rasistowskim zaczęło przybywać. Tam, gdzie wcześniej ludzie żyli w harmonii, słyszano teraz rasistowską retorykę, okazywano gniew i niechęć, spotęgowane przez sukcesy Partii Niepodległości i Brexit. Znalazło to odzwierciedlenie w statystykach – liczba zgłaszanych ataków rasistowskich gwałtownie wzrosła. Bóg jeden wie, ilu takich ataków nigdy nie zgłoszono. Wszyscy byli przekonani, że to, o czym wiedzą, to tylko czubek góry lodowej.

– Cornell Miller uciekł wczoraj w nocy ze szpitala, kilka godzin po tym, jak został oskarżony o ciężkie uszkodzenie ciała i obrabowanie Mosesa.

Naz szeroko otworzyła usta. Wszyscy wiedzieli, jak ciężko Charlie pracowała nad tą sprawą.

Charlie podniosła ręce, żeby ją powstrzymać, i ciągnęła:

– Wiem. Nie musisz nic mówić. To, kurwa, nie do wiary. W trakcie ucieczki silnie uderzył w głowę Annie Mitchell, dziewczynę z drugiej zmiany, i niemal pewne, że zaraz potem obrabował i ciężko pobił czarną kobietę w średnim wieku, Marcię, która szła rano do pracy. Jest ciągle w szpitalu Kings College, gdzie zakładają jej szwy na twarzy. Sprawca, odpowiadający rysopisowi Millera, pociął ją rozbitą butelką. Liczba szwów, jakie trzeba założyć, idzie w dziesiątki. Do końca życia na jej twarzy pozostaną blizny. Chcę wstąpić do niej do szpitala, kiedy już ją pozszywają, i mam nadzieję, że mi będziesz towarzyszyć.

W tym momencie drzwi otworzyły się gwałtownie i do biura wkroczył Hunter.

– Przykro mi, Charlie. Właśnie usłyszałem, co zrobił Miller. Na pewno chciałabyś zbadać ten ostatni napad, ale do szpitala pojadą zamiast ciebie Naz i Sabira. Znaleziono ciało, dostałem wezwanie i chcę, żebyś ze mną pojechała. Zaraz będą tam ludzie z wydziału zabójstw, ale poprosili mnie, żebym wybrał się tam od razu, może się na coś przydam.

Te słowa natychmiast obudziły ciekawość Charlie. Bardzo chciała zajmować się dalej sprawą Millera, ale kto odmówiłby współpracy przy dochodzeniu w sprawie podejrzanej śmierci i tym wszystkim, co się z nią wiąże? Mogła bez obaw zostawić śledztwo w rękach Naz i Sabiry. Jak tylko wróci, włączy się znowu w pościg za Millerem.

– Masz pięć minut, żeby zabrać swoje rzeczy, i ruszamy. Ciało znalazł ktoś, kto biegał wczesnym rankiem w okolicy. Teraz są tam mundurowi, zamykają miejsce zbrodni, ale chcę się tam szybko dostać i monitorować śledztwo. – Zmierzył ją wzrokiem. – No, nieźle tym razem, Charlie, dla odmiany, ale masz ciągle mokre włosy.

– Nie szkodzi. – Zdążyła się już przyzwyczaić do takich komentarzy na temat swojego wyglądu. Dzisiaj i tak było lepiej niż zwykle. Przeczesała włosy palcami, ciągle wilgotne i oklapłe.

Zaczekała, aż Hunter zniknie za drzwiami swojego biura, i spojrzała w okno, żeby sprawdzić, jaka jest pogoda. Nadal zimno. Szybko wybrała szarą, wełnianą czapkę z wielokolorowej kolekcji, która zajmowała szafkę obok jej biurka. Naciągnęła ją na mokre włosy tak, że zakryła całą głowę, chwyciła kluczyki od samochodu i zarzuciła na ramiona plecak ze sprzętem potrzebnym na miejscu zbrodni, długopisami i notatnikami.

Naz i Sabira już zabierały się za sprawę Millera. Wyjaśniła Naz, czego się zdążyła dowiedzieć, i przeprosiła za to, że zostawia wszystko na jej głowie. Naz nie miała nic przeciwko temu. Tak jak reszta zespołu. Wszyscy wiedzieli, że Charlie jest młoda, nie ma rodziny ani innych zobowiązań, ma za to wiele entuzjazmu, więc Hunter wybrał ją, żeby z nim pracowała. Paul i Sabira wiedli bogate życie towarzyskie, a pozostali musieli poświęcać czas poza pracą swoim rodzinom. Jeśli tylko mieli wybór, wszyscy woleli pracować w wyznaczonych godzinach, chyba że pojawiło się coś ważnego. Hunter nigdy się nie zmieni. Był pracoholikiem, a Charlie zdecydowanie szła w jego ślady. Nikomu to nie przeszkadzało.

Bet rzuciła okiem na wełnianą czapkę.

– Wątpię, czy szef nadal będzie uważał, że nieźle wyglądasz z tym czymś na głowie, ale miejmy nadzieję, że nie będzie miał czasu narzekać.

Charlie z uśmiechem wzruszyła ramionami.

– Cóż, przynajmniej nie będzie się musiał martwić, że się przeziębię.