Nigdy więcej - Anna Bellon - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

Kuba po zakończeniu burzliwego związku nie myślał, że kiedyś poczuje coś więcej do jakiejkolwiek dziewczyny. Rany były zbyt głębokie i wciąż świeże, szczególnie gdy Blanka cały czas pozostawała gdzieś w pobliżu. Aż do momentu, kiedy na pewnej domówce poznaje Igę, która oprócz tego, że z miejsca go fascynuje, przynosi ze sobą długo szukany spokój.
Jednak gdy między tą dwójką zaczyna rodzić się uczucie, wraca dawna miłość.

Czy związek Kuby z Igą ma szanse przetrwać?
Czasem o pierwszej miłości wolałoby się zapomnieć…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 290

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wypowiedział to tak nagle, tak dorzecznie i dosadnie,

Żem aż drgnął, lecz myślę zaraz: Jedno słowo tylko zna,

Widać jego pan poprzedni, bólem zdjęty, błędny, biedny,

Sforą plag prześladowany, wciąż powtarzał tylko to –

Lotnych plag ścigany sforą mówił w kółko tylko to: –

„Nigdy więcej! Nevermore”

Edgar Allan Poe Kruk

(tłum. Jolanta Kozak)

Rozdział 1

Kuba

Zakołysałem butelką piwa i odchyliłem głowę na oparciu kanapy. Nie wiedziałem, co sobie myślałem, gdy zgodziłem się przyjść z moim współlokatorem Szymonem na parapetówkę jego kumpeli ze studiów. Lidka niedawno zamieszkała z dwiema koleżankami w nowym mieszkaniu na Sadach Żoliborskich. Ze słów Szymka wywnioskowałem, że ma być to nasiadówa w wąskim gronie, ale na moje oko pojawiło się ze dwadzieścia osób i podobno brakowało jeszcze jednej z gospodyń. W zasadzie nie znałem tu nikogo poza Lidką i Szymonem.

Z głośników niepozornie małej wieży leciał jeden z kawałków Sin Shake Sin, którego tytułu za nic nie mogłem sobie przypomnieć. Ponad umiarkowanie głośną muzyką usłyszałem dzwonek do drzwi, a Lidka, stojąca niedaleko z Szymonem, czym prędzej popędziła je otworzyć. Nie miałem nic lepszego do roboty, więc powiodłem za nią wzrokiem, aż zniknęła w przedpokoju i chwilę później wróciła z niezbyt wysoką brunetką. Tamta policzki miała zarumienione od mrozu i gorączkowo opowiadała coś Lidce, rozglądając się wokół. Długie kruczoczarne włosy odznaczały się na tle bordowego swetra, a długość nóg podkreślały ciemne rurki. Z daleka dostrzegłem też jej wyjątkowo jasne oczy, choć nie byłem w stanie sprecyzować ich koloru. Zdecydowanie była ładna, choć nie w jakiś zjawiskowy sposób. Po prostu ładna.

– To Iga – odezwał się Szymon i odwróciłem głowę w jego stronę.

– Kto? – zapytałem, a on wskazał w stronę dziewczyny towarzyszącej Lidce.

– Współlokatorka Lidki – dodał.

Przytaknąłem obojętnie i upiłem łyk piwa. Obok pojawił się jeden z kumpli Szymona i ten przedstawił mi go jako Łukasza. Chwilę pogadaliśmy, studiował z Szymonem. Ja, co prawda, byłem na elektronice, i to na innej uczelni, ale tematy mieliśmy podobne, więc dałem się wciągnąć w rozmowę. O cierpieniach mojego współlokatora na mechanice wiedziałem aż nadto. W końcu opróżniłem butelkę i wymknąłem się do kuchni. Przez moment się wahałem, czy sięgnąć po wodę czy po kolejne piwo. Zawsze obiecywałem sobie, że skończę na jednym, i nawet szczerze w to wierzyłem, ale dotychczas nigdy mi się to nie udało. Miałem jednak tylko dwa dni na ogarnięcie stu stron notatek na kolokwium i obawiałem się, że na kacu niczego się nie nauczę, bo skoro wypiję drugie piwo, to potem trzecie, czwarte… Krzywiąc się z niezadowoleniem, sięgnąłem po wodę i nalałem trochę do plastikowego kubka. W liceum zdecydowanie inaczej wyobrażałem sobie swoje imprezy studenckie, ale czasem wygrywał rozsądek, a ja cholernie chciałem mieć to zaliczenie z głowy i zapomnieć na jakiś czas o zbliżającym się kolokwium.

– Słaba głowa? – rozległ się za mną melodyjny, dziewczęcy głos i obejrzałem się za siebie. W progu stała Iga, która przyglądała mi się z niepewnym uśmiechem.

– Chciałbym – westchnąłem i stanąłem przodem do niej. – W poniedziałek mam do zaliczenia kobyłę, a nauka na kacu jakoś mi nie wychodzi.

Pokiwała głową ze zrozumieniem i wyjęła butelkę piwa ze skrzynki. Otworzyła ją i upiła łyk, po czym się skrzywiła.

– Ciepłe, fuj – mruknęła. – W zasadzie nie wiem, czego się spodziewałam – dodała głośniej. – Studiujesz z Lidką?

Zaprzeczyłem z lekkim uśmiechem.

– Nie, mieszkam z jej kolegą z grupy. Studiuję elektronikę na polibudzie – odpowiedziałem.

– Czyli inżynierka? – upewniła się, a ja przytaknąłem. Iga spojrzała na mnie z ukosa, przyglądała mi się ze śmiesznie zmarszczonym nosem. – Tobie się nie dziwię, ale Lidki nie rozumiem do tej pory.

Chwilę obracałem plastikowy kubek w dłoniach, zanim go odstawiłem na bok i oparłem się wygodnie o blat.

– Długo się znacie? – zapytałem.

Odsunęła pasmo włosów za ucho i przestąpiła z nogi na nogę. Z bliska jej oczy wydawały się mieszanką niebieskiego z szarym. Iga przyciągała wzrok bardziej detalami w swoim wyglądzie niż całością, ale nie zmieniłem zdania: była ładna.

– Trochę ponad trzy lata – odpowiedziała i przytknęła butelkę do ust. Przełknęła piwo i oblizała usta, patrząc bardziej gdzieś w bok niż na mnie. – Byłyśmy razem w kole filmowym w liceum. Niby tylko przez rok, ale jakoś tak wyszło, że nadal się przyjaźnimy. – Wzruszyła ramionami i poprawiła opadający sweter. – Tak przy okazji, to jestem Iga. – Wyciągnęła rękę w moją stronę.

– Kuba. – Uścisnąłem krótko jej drobną dłoń. – Więc, Iga, co studiujesz?

Posłała mi niepewne spojrzenie i odchrząknęła, obejmując palcami butelkę.

– Zarządzanie – powiedziała cicho, uciekając wzrokiem.

– Coś z nim nie tak? – zapytałem ostrożnie.

– W zasadzie… Nie wiem? – westchnęła. – Co można powiedzieć dwóch miesiącach studiowania?

– Nie za wiele – przyznałem, bo przypomniałem sobie moje pierwsze tygodnie na uczelni. Głównie polegało to na kolejnych zderzeniach ze ścianą. – Jeszcze masz czas na rozpoznanie wroga.

– Rozpoznanie wroga… – powtórzyła za mną wolno. – Podoba mi się. – Uśmiechnęła się promiennie. – Masz jeszcze jakieś dobre rady dla zagubionego pierwszaka?

Upiłem trochę wody z kubka, żałując, że jednak nie wziąłem sobie jeszcze jednego piwa. Flirtowanie na trzeźwo było bardziej stresujące. Rozsądne decyzje bywały czasem nieco bolesne.

– Jak przetrwasz pierwszy semestr, to resztę studiów też. A tak poważnie, to nie ma co świrować – zapewniłem ją. – Będzie ci przeszkadzać, jeśli pójdę zapalić na balkon?

Potrząsnęła głową.

– Tylko wezmę płaszcz – odparła, dając mi tym samym do zrozumienia, że wyjdzie razem ze mną.

Sam też poszedłem po kurtkę, bo oprócz tego, że na dworze zdążyło się zrobić cholernie zimno, właśnie tam miałem schowane fajki.

– To niezdrowe – odezwała się Iga, otulona płaszczem, gdy już staliśmy na balkonie. Była połowa listopada i wieczór należał do tych już bardziej zimowych. Wczoraj spadł pierwszy śnieg i choć zdążył stopnieć, zostawił po sobie szczypiący chłód.

– Niezdrowy jest też smog, a jednak wychodzisz z domu – odparowałem, przewracając oczami.

– Dobra, masz mnie – zgodziła się. – Ale fajki są gorsze.

Roześmiałem się i spojrzałem na nią, opierając się o barierkę. Zza przymkniętych drzwi balkonowych dochodził ciężki, powolny bit. Nie było jeszcze dziesiątej.

– Zamierzasz się ze mną licytować?

– Cóż… Aktualnie nie mam lepszego zajęcia – przyznała szczerze i zastukała bezdźwięcznie palcami o metalowy pręt. Paznokcie, pomalowane na czarno, miała krótko obcięte. – Nie znam nawet połowy ludzi, którzy przyszli – westchnęła.

– Zaprosiłaś kogoś ze swoich znajomych? – zapytałem i zaciągnąłem się głęboko. Paskudny nałóg, ale nie miałem wystarczająco dużo silnej woli, żeby rzucić fajki raz, a dobrze. Na szczęście to jedyny nałóg, którego nie zdołałem się pozbyć. Wypuściłem z ust obłok dymu i wróciłem wzrokiem do Igi, która zaczęła skubać luźną nitkę przy rękawie.

– Jedną koleżankę, ale nie mogła przyjść – odpowiedziała. – Z większością z tych dziewczyn nie mam o czym gadać. Chyba po prostu źle trafiłam. – Wymusiła uśmiech i spuściła oczy.

– Zgrane grupy już na samym początku to raczej wyjątek niż reguła. Jeszcze masz czas się w niej odnaleźć – pocieszyłem ją.

– Może masz rację… – westchnęła.

– Może mam – przyznałem, trącając ją lekko w ramię.

Zachichotała i wsparła łokcie na barierce koło mnie. Wiał silny wiatr, a ciemne włosy zatańczyły wokół twarzy Igi. Jej policzki na powrót zaróżowiły się od zimna. Oblizała mimowolnie spękane wargi, patrząc przed siebie.

– Wiem, że to poniekąd też moja impreza, ale co ty na to, żeby się stąd urwać? – zapytała, przetrzymując włosy w garści i zerkając na mnie spod rzęs.

Nie spodziewałem się tego typu propozycji, ale w zasadzie moje jedyne zainteresowanie pozostaniem tutaj mieściło się na tę chwilę w osobie Igi. Szymon świetnie się sobą zajmował i nie potrzebował skrzydłowego, gdy był w swoim gronie znajomych. To ja byłem tutaj obcy, z dziewczyną, która czuła się równie obco. Zarwana noc była też o wiele łatwiejsza do odespania od kaca. Ten drugi za bardzo bolał.

Tym sposobem wylądowaliśmy w McDonald’s na Nowym Świecie. Było już grubo po dziesiątej i ponieważ był piątek, większość lokalu wypełniali głodni imprezowicze przed wyprawą do jednego z wielu pobliskich klubów.

– Ta dwójka udaje przyjaciół przed znajomymi, ale jestem niemal całkiem pewna, że przed końcem imprezy będą sobie wsadzać języki do gardeł. – Iga kiwnęła w stronę stolika obok nas, który obsiadła grupka osób mniej więcej w naszym wieku, i zanurzyła frytkę w ketchupie przed wrzuceniem jej do ust.

– Skąd wiesz? – zapytałem i wgryzłem się w swojego już drugiego hamburgera.

– Koleś położył jej rękę na tyłku przed chwilą. Potem się od siebie odsunęli – odpowiedziała Iga, wzruszając ramionami.

– Dobra. – Odłożyłem ostatnie kilka kęsów do tekturowego opakowania i wskazałem po skosie na przeciwny kąt boksu. – Ten koleś najpewniej zdradza swoją dziewczynę z tą laską, która siedzi obok niego.

– A ten wniosek wysunąłeś z…?

– Notorycznie sprawdza telefon i rozgląda się, jakby ktoś zaraz miał go przyłapać na gorącym uczynku – wyjaśniłem.

Iga parsknęła śmiechem i oblizała palce z soli. Jadła w odwrotnej kolejności niż ja – najpierw hamburgery, potem frytki. Wyprostowała się na kanapie i poprawiła podwinięte rękawy swetra. Wzięła jedną z serwetek i zaczęła ją składać. Starannie, ale bez skupiania na niej swojej pełnej uwagi. Po kolejnych ruchach rozpoznałem, że robiła origami. Palcami wygładzała kolejne krawędzie, aż… W zasadzie nie wiem, co to miało być.

– To miał być łabędź – wyjaśniła Iga, widząc moją konsternację, i odłożyła swoje nie do końca udane dzieło na bok. – Tylko te serwetki się do tego nie nadają.

Przez moment myślami cofnąłem się kilka lat wstecz. Podobne okoliczności, tylko… inna dziewczyna. Potrzebowałem chwili, żeby otrząsnąć się ze wspomnień.

– Masz jeszcze jakieś ukryte talenty? – W żółtym świetle jarzeniówek ostre rysy twarzy Igi nabrały miękkości, a ich surowość zniknęła niemal w ogóle, gdy jej usta drgnęły w uśmiechu.

– Lubię rysować. Ale to nic specjalnego. Chyba też nawet nie talent – stwierdziła i sięgnęła po kolejną frytkę. – A co z tobą? Jakie ty masz ukryte talenty?

Chciałbym mieć czym jej zaimponować, ale w zasadzie nic takiego nawet nie przychodziło mi do głowy. Pierwsze wyjścia z nowo poznaną dziewczyną zawsze były nieco krępujące, ale pierwszy raz zdarzyło mi się, żeby nastąpiło to jeszcze tego samego wieczoru, gdy się spotkaliśmy. Chyba że chodziło o jednonocną przygodę. Gdybym się jednak dzisiaj z nią przespał, prawdopodobnie więcej bym jej już nie zobaczył. Nawet nie próbowałem się łudzić. W Idze było jednak coś ciepłego, co mnie przyciągało. Coś, czego nie chciałem mieć wyłącznie na chwilę.

– Nic, co przebiłoby rysowanie – odpowiedziałem, a Iga zmierzyła mnie wzrokiem.

– Próbujesz mnie poderwać, łechtając moje ego? – W jej głosie zabrzmiały cyniczne nuty, ale niebieskoszare oczy zdradzały rozbawienie.

– Z małą poprawką, że to robię, a nie tylko próbuję.

Iga tylko parsknęła śmiechem i potrząsnęła głową, a pojedyncze kosmyki włosów opadły jej na twarz. Założyła je za uszy i oparła brodę na złączonych dłoniach. Przyglądała mi się z przekrzywioną głową.

– Twoja pewność siebie nie do końca mnie przekonuje – stwierdziła po dłuższej chwili milczenia. – Nie do twarzy ci też z arogancją. Ale w sumie dawno się tak dobrze nie bawiłam, objadając fastfoodem.

– W takim razie chyba powinniśmy to kiedyś powtórzyć.

Iga przez moment walczyła z uśmiechem, ale w końcu się poddała.

– Okej, niech będzie. Kiedy?

– W poniedziałek? – zaproponowałem.

– Ale tylko jeśli zdasz kolokwium – zastrzegła.

Rozdział 2

Iga

Zerknęłam na telefon po raz piąty, odkąd zaczęłam jeść płatki na śniadanie, i właśnie dokopałam się do mleka pod całą górą nesquików. Dochodziła jedenasta, a wciąż siedziałam w piżamie i nie miałam ochoty ruszać się z kanapy. Gdy Kuba odprowadził mnie do domu, impreza dobiegła końca i sprzątałyśmy we trzy przez godzinę, zanim w ogóle mogłyśmy położyć się spać. Padłyśmy bez życia i zmartwychwstałyśmy dzisiaj rano. Lidka i Agata na dodatek zdychały z powodu kaca. Mnie ta rozrywka na szczęście tym razem ominęła.

– Przestań non stop sprawdzać, czy do ciebie napisał – odezwała się Lidka, gdy usiadła koło mnie z talerzem z jajecznicą. Najlepsze śniadanie na kaca. – Mamy dwudziesty pierwszy wiek, laska. A wiesz co to oznacza? – zapytała, trącając mnie łokciem. Blond włosy spięła w niedbały kok na czubku głowy, a pojedyncze kosmyki opadały na jej twarz, zaczerwienioną po prysznicu. W dużych, niebieskich oczach przyjaciółki dostrzegłam rozbawione iskierki.

– Co takiego? – mruknęłam i wsunęłam do ust kolejną łyżkę z płatkami. – Oświeć mnie – dodałam, przełykając.

– Że jak tak bardzo się niecierpliwisz, to możesz napisać do niego pierwsza! – Lidka powiedziała to takim tonem, jakby właśnie oznajmiła, że zna lekarstwo na raka.

– Ale… – zaczęłam niepewnie.

– Żadne ale – przerwała mi stanowczo. – No dawaj, napisz do niego.

Westchnęłam ciężko i z żalem zauważyłam, że właśnie skończyły mi się płatki. Szlag…

– Nie chcę wyjść na desperatkę. – Skrzywiłam się, zerkając na Lidkę.

– Po pierwsze: nie wyjdziesz na desperatkę, a po drugie: i tak jesteście wstępnie umówieni. Więc co ci szkodzi? – Wzruszyła ramionami. – A Kuba to naprawdę spoko koleś. Na dodatek przystojny.

Jęknęłam, odkładając miskę na stolik, i zasłoniłam twarz dłońmi. Poczułam, jak Lidka odciąga moje ręce, i pozwoliłam jej na to, jednak jeszcze chwilę trzymałam zamknięte oczy, zanim zerknęłam na nią z ukosa.

– Jeszcze tydzień temu twierdziłaś, że życie singielki jest najlepsze – przypomniałam jej, na co w odpowiedzi posłała mi niezadowolony grymas.

– To było tydzień temu. I wciąż uważam, że to najlepsza opcja dla mnie na ten moment. Co nie znaczy, że dla ciebie też. A masz w opcji spoko kolesia, który na dodatek wydaje się tobą zainteresowany. Co ci szkodzi? – Lidka nie ustępowała i wiedziałam, że tego nie zrobi. Zbyt dobrze ją znałam. W zasadzie po tych kilku latach przyjaźni czasem jej za to nie znosiłam. Z nas dwóch to ona była bardziej postrzelona i na swoje nieszczęście zbyt często dawałam się jej przekonać do wszystkich tych rzeczy, których nie zrobiłabym sama z siebie.

– Jesteś najgorszym głosem nierozsądku, jaki mogłam sobie znaleźć. – Posłałam jej znaczące spojrzenie.

– I właśnie dlatego się przyjaźnimy – zaśmiała się i podała mi mój telefon. – A teraz słuchaj uważnie i pisz…

Kuba

Brnąłem przez kolejne strony notatek i miałem wrażenie, że zaraz dostanę świra. Uczenie się z tego bez żadnych zagadnień było koszmarne. Posiłkowałem się PDF-em od kumpla z roku wyżej, ale oczywiście wykładowca musiał pozmieniać niektóre rzeczy i właśnie w takiej formie wymagał znajomości zagadnień. Robiłem więc kolejne notatki z notatek i starałem się jakoś to uporządkować. Uczyłem się od rana, a za oknem zdążyło się zrobić ciemno. Zerknąłem na zegarek, dochodziła siódma. Nie przerobiłem nawet połowy materiału, który sobie na dzisiaj zaplanowałem, bo myślami cały czas wracałem do wczorajszego wieczoru spędzonego z Igą. Niecierpliwiłem się też na myśl o poniedziałku i sprawdzałem telefon częściej niż zwykle. Upływ czasu obrazował jednak bałagan na moim łóżku i szafce. Wokół siebie zdążyłem zgromadzić kilka pustych kubków, dwa talerze po kanapkach i zmiętą paczkę chipsów. Na szczęście w zamrażalniku znalazłem jeszcze resztkę pierogów od mamy i to był dzisiaj mój jedyny normalny posiłek.

Drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie i odbiły od stopera. Podniosłem głowę znad notatek i zobaczyłem w progu Szymona z pudełkiem pizzy w jednej ręce i zero-siódemką Jima Beama w drugiej. Potrząsnął butelką z cwanym uśmieszkiem.

– Koniec tego pierdolenia na dziś. Jim czeka! – zawołał.

– A z czym jest pizza? – zapytałem podejrzliwie. Gdy ostatni raz Szymon zamawiał pizzę, były na niej jalepeño i sos Luizjana. Przy jedzeniu leciały mi łzy, tak bardzo wypalało mordę.

– Spokojnie, tym razem to zwykłe pepperoni – roześmiał się. – Pepperoni i burbon. I Netflix. Wchodzisz w to?

Spojrzałem jeszcze raz na pobojowisko na moim łóżku. Zdecydowanie już tym rzygałem na dziś i robiło mi się słabo na samą myśl, że jutro czekał mnie ciąg dalszy. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać ewentualnej powtórki, choć rzadko ktoś zaliczał to kolokwium za pierwszym razem. Jeśli to zdam, to najprawdopodobniej na zupełnym fuksie, bo nie było mowy o wykuciu na blachę takiej ilości materiału. Na pewno nie w dwa dni. A wcześniej mi się nie chciało, chociaż byłem jedną z niewielu osób na roku, które starały się o stypendium.

– Dobra, ale jak włączysz coś DC, to… – zacząłem, wzdrygając się na samo wspomnienie swojej ostatniej wyprawy do kina na film DC Comics. Batman vs. Superman to była kompletna porażka i od tej pory ufałem tylko Marvelowi. Szymek pod tym względem miał zupełnie spaczony gust i usilnie próbowałem go naprostować.

– Okej, okej… – westchnął. – Zbieraj dupę, bo pizza stygnie.

Ostatecznie padło na Strażników Galaktyki. Głupawe, ale to miało być śmieszne, a nie odmienić moje życie, więc pasowało idealnie. No i muzyka lat osiemdziesiątych zawsze się nadawała.

Dopiero gdy otworzyłem pudełko z pizzą, poczułem, jak bardzo byłem głodny, i zdążyłem zjeść pierwszy kawałek, a Szymon ledwie docierał do połowy swojego. Sięgnąłem po szklankę z burbonem i skrzywiłem się po pierwszym łyku, zanim poczułem słodki smak coli. Odkąd zacząłem studia, rzadko piłem coś mocniejszego niż piwo. Głównie dlatego, że sobie nie ufałem w tej kwestii. Zbyt łatwo potrafiłem się zapomnieć.

Wyjąłem telefon z kieszeni dresów i przez moment myślałem nad napisaniem do Igi. Kilka wiadomości wymieniliśmy rano, ale ona była zajęta doprowadzaniem mieszkania do pełnego porządku, a ja siedziałem z nosem w notatkach. Dwa razy przejrzałem naszą dzisiejsza wymianę esemesów, zanim wyłączyłem konwersację i odpaliłem fejsa. Odruchowo chciałem przesunąć dalej, ale na samej górze wyskoczyło mi zdjęcie Blanki. Siedziała w jakiejś słabo oświetlonej knajpie, przed nią na stoliku stał drink, a ciemne oczy skierowała prosto w obiektyw. Tym razem jej włosy miały odcień intensywnego, jasnego różu. Zaplotła je w niedbały warkocz, który przerzuciła przez ramię. Pomalowane na czerwono usta zastygły gdzieś pomiędzy uśmiechem a niezadowolonym grymasem. Moją uwagę przyciągnęło jednak coś innego. Srebrny wisiorek na szyi Blanki z niedużym piórkiem, który dostała ode mnie na osiemnaste urodziny. Nadal go nosiła.

Telefon zawibrował mi w ręce i na pasku powiadomień zobaczyłem imię Igi. Wahałem się tylko chwilę, a potem zrobiłem najbardziej szczeniacką rzecz, jaką mogłem zrobić: wszedłem na profil Blanki i usunąłem ją ze znajomych.

Nie byłem święty, ale gdy szedłem na studia, dostałem od rodziców spory kredyt zaufania. Nie mogłem tego zepsuć, a nie ufałem sam sobie przy Blance.

– Błagam, Kuba, daj sobie spokój z tą laską… – westchnął Szymon, wskazując na ekran mojego telefonu. Wciąż miałem otwarty profil Blanki.

– Właśnie sobie daję spokój i dojrzale wyrzuciłem ją ze znajomych – odpowiedziałem i parsknąłem śmiechem. To brzmiało absurdalnie. Ale takie właśnie mieliśmy czasy. Koniec znajomości oznaczał wyrzucenie kogoś z fejsa.

– Sądzisz, że to coś zmieni? – zapytał, przyglądając mi się uważnie. Szymon był dobrym kumplem. Przede wszystkim lojalnym. Wiedział wystarczająco dużo, żeby wykształcić w sobie niechęć do Blanki. Jako jeden z niewielu aż za dobrze zdążył mnie poznać. A Blanka była nierozerwalną częścią tego, kim teraz byłem, choć z przyjemnością bym wymazał każdy najmniejszy fragment, który mi o niej przypominał. Trudno jest jednak zapomnieć pierwszą miłość, która przypominała bardziej obłęd niż tylko uczucie. Blanka była moją największą słabością.

– Raczej nie – przyznałem niechętnie. – Takie dziewczyny jak ona tak po prostu nie odchodzą.

Pokiwał głową w zamyśleniu i upił łyk ze szklanki. Milczał dłuższą chwilę, zanim odstawił drinka z powrotem na stolik i oparł łokcie na udach.

– Może tak, może nie… – powiedział w końcu, ale już na niego nie patrzyłem. Uwagę skupiłem z powrotem na ekranie telefonu.

Iga:Jak idzie nauka? :)

Ja: Zmierza w kierunku burgerów w poniedziałek ;)

Iga:I tak trzymać :D

– Lidka wspominała, że umówiłeś się z Igą… – zaczął Szymon po chwili. W zasadzie spodziewałem się, że podejmie ten temat, i byłbym zaskoczony, gdyby tego nie zrobił. Nie do końca ogarniałem jego relację z Lidką, ale oni sami chyba jej nie ogarniali. Nawet nie próbowałem w to wnikać, choć widziałem, że Szymon dostawał szewskiej pasji, ile razy Lidka wyszła na randkę z innym facetem. Nie żebym był ekspertem od związków, ale…

– No i? – Zablokowałem telefon i odłożyłem go na stolik.

– To fajna dziewczyna. Nie spieprz tego już na samym starcie.

Odetchnąłem głęboko i sięgnąłem po swojego drinka. Szymon jako jeden z niewielu aż za dobrze wiedział, jak bardzo pojebana była moja relacja z Blanką. Dlatego też zdecydowanie bardziej wolałem korzystać z okazji do czegoś zupełnie niezobowiązującego. Jako barmanowi w pubie takim jak Exodus okazja trafiała się całkiem często. Tym razem nie chodziło jednak o rozładowanie napięcia. Iga była jedną z tych dziewczyn, którym warto było poświęcić więcej czasu.

Rozdział 3

Iga

Był poniedziałek. Właśnie wychodziłam z bufetu z kubkiem kawy, gdy poczułam wibracje w kieszeni spodni. Pchnęłam drzwi na korytarz i wyjęłam telefon wolną ręką. Zobaczyłam imię Kuby przy powiadomieniu o nowej wiadomości.

– Iga, idziesz? – zapytała Edyta, patrząc na mnie wyczekująco. Zostało nam niewiele czasu do ostatniego wykładu na dziś, a nasz profesor od mikroekonomii wyjątkowo nie lubił spóźnień.

– Idę, idę – odpowiedziałam, nie podnosząc na nią wzroku.

Kuba: Hej! Co powiesz na fastfooda, żeby uczcić moje zdane kolokwium? :D

Ja: Czyli nie było tak źle? Gratulacje :D Kończę o 16.30. Możemy się spotkać jakieś dziesięć minut później na Metro Służew. Może być?

Kuba: Widzimy się za półtorej godziny ;)

Ja: :)

Z Kubą przez weekend wymieniliśmy ledwo kilka esemesów, bo się uczył, a ja nie chciałam mu przeszkadzać. Po spędzeniu z nim piątkowego wieczoru myślałam jednak o nim dużo częściej, niż chciałabym to głośno przyznać. Było w nim coś, co mnie intrygowało. Moje doświadczenie z facetami ograniczało się jednak do absolutnego minimum i gdzieś w głębi duszy towarzyszył mi lęk, który narzucał ostrożność. W piątek zachowałam się nieco lekkomyślnie, wyciągając Kubę z parapetówki, i to z własnej. Przez ostatnie dwa dni aż nadto to wszystko roztrząsałam i nawet Lidka w tym temacie niewiele pomogła, choć znała go dłużej niż ja. Według niej był w porządku i najchętniej od razu by nas ze sobą wyswatała. Wiedziałam, że miała dobre intencje, ale nieco mnie to przerażało. Nawet nie próbowałam rozmawiać o tym z mamą, gdy wczoraj gadałam z nią przez telefon. Posiadanie psychoterapeuty za rodzica nauczyło mnie jednego – mówić jej tylko to, o czym powinna wiedzieć.

Na aulę weszłyśmy z Edzią jako jedne z ostatnich i zajęłyśmy ostatnie wolne miejsca z tyłu. Mimo usilnych starań przez większość wykładu raczej odpływałam myślami do spotkania z Kubą. Gdy więc Malwina zapytała mnie o notatki z ćwiczeń, potrzebowałam chwili na rozbudzenie się, żeby móc jej odpowiedzieć.

– Prześlę ci skany, okej? Po wykładzie trochę się… śpieszę. – Im wskazówka dochodziła bliżej pełnej godziny, tym bardziej się niecierpliwiłam. Spontaniczne wyjścia, takie jak to w piątek, były dużo mniej stresujące.

Malwina zrobiła lekko zaskoczoną minę, ale pokiwała głową. Byłyśmy w dwóch różnych grupach na ćwiczeniach i jej wypadały zawsze po moich. Skoro na każdych zajęciach prowadzący robił wejściówkę z omawianego tematu, też bym wzięła od siebie notatki.

Gdy tylko profesor ogłosił koniec wykładu, wrzuciłam swoje rzeczy byle jak do torby, krótkim „cześć” pożegnałam koleżanki i pobiegłam do szatni po kurtkę. Ubrałam się w pośpiechu i owijając się jeszcze szalikiem, wyszłam z wydziału. Ruszyłam w stronę metra. Trwały godziny szczytu, co wiązało się z dużym ruchem, a od skrzyżowania roznosiło się trąbienie. To jedno było zupełnie niezmienne, bez względu na porę roku, choć do tempa Warszawy wciąż się przyzwyczajałam.

Wysoką postać Kuby dostrzegłam już z daleka i ze zdenerwowania wcisnęłam ręce do kieszeni płaszcza, bo nie wiedziałam, gdzie indziej je podziać. Zauważył mnie niedługo później i posłał mi szeroki uśmiech. Miałam wystarczająco dużo czasu na zlustrowanie go wzrokiem i dzisiaj podobał mi się chyba jeszcze bardziej niż w piątek. Ciemne włosy miał zwichrzone wiatrem i wyglądały, jakby co chwila je przeczesywał. Nogawki czarnych jeansów z przetarciami niedbale wepchnął do cholewek skórzanych butów za kostkę, a dwurzędowa, rozpięta kurtka podkreślała jego szerokie barki. Szalik nierówno zwisał mu z szyi, jakby ubierał się z pośpiechu, a granatowy sweter z jednej strony zwinął się na wysokości bioder. Wyglądał… seksownie.

Przełknęłam ślinę i zmusiłam się do uśmiechu, starając się utrzymać miarowe tempo. Rano długo zastanawiałam się, w co powinnam się ubrać, skoro spodziewałam się spotkania z Kubą. Ostatecznie jednak było zbyt zimno na strojenie się, a ja należałam do okropnych zmarzluchów. Na kompromis poszłam tylko z butami, bo akurat botki na masywnym obcasie nie dość, że prezentowały się nieco lepiej od motocyklówek, to jeszcze były tak samo ciepłe. Spodnie i gruby sweter musiały zostać. Najważniejsza lekcja, jakiej nauczyła mnie moja mama, to ta, że żaden facet nie jest wart odmrażania sobie tyłka.

– Cześć – odezwał się pierwszy i pocałował mnie w policzek.

– Hej – odpowiedziałam, podnosząc wzrok na jego twarz. Przewyższał mnie o głowę. I dobry Boże, pachniał obłędnie. To był typ perfum, dla którego dziewczyna kradnie bluzę swojemu facetowi.

– Jesteś głodna?

– Umieram z głodu – wetchnęłam, a na samą myśl o jedzeniu ślina napłynęła mi do ust. – Od rana jadę na kanapkach.

– Obrazisz się, jeśli zabiorę cię na coś innego niż fastfood? – Uniósł pytająco brwi i uśmiechnął się rozbrajająco.

– Ani trochę – zaśmiałam się i pozwoliłam mu chwycić się pod ramię. Sądziłam, że zaprowadzi mnie do metra, ale zamiast tego ruszyliśmy przed siebie, aż w końcu skręciliśmy w jakąś mniejszą uliczkę. Nigdy tu nie byłam i z trzysta metrów temu zdążyłam zupełnie stracić orientację w terenie. W końcu stanęliśmy przed jakąś knajpą. Neonowy szyld w zawiłej czcionce krzyczał „Exodus”. Kuba pchnął drzwi i gestem zaprosił mnie do środka.

Z głośników sączył się głos Jeffa Buckleya. Całe wnętrze urządzono w odcieniach bordo i brązu, a ciężkie, dębowe stoliki przypominały klimat średniowiecznej tawerny. Przydymione światło sprawiało, że wszystko wyglądało bardzo przytulnie. Brakowało tylko kominka i rzeczywiście, jeden znajdował się po drugiej stronie sali, ale chyba bardziej służył ozdobie. Całą przeciwległą ścianę, ku mojemu zaskoczeniu, zajmowała scena i kiedy się rozejrzałam, zobaczyłam plakaty reklamujące muzykę na żywo. Pub zdecydowanie miał swój klimat.

Chłopak stojący za barem uniósł rękę w geście powitania i zawołał Kubę po imieniu. Gdy pochylił głowę, przydługie, piaskowe włosy opadły mu na ciepłe, brązowe oczy. Machinalnie odgarnął kosmyki do tyłu, gdy Kuba prowadził nas w jego stronę.

– Kubuś, mogłeś mnie uprzedzić, że przyprowadzisz damę, to założyłbym moją wyjściową koszulkę! – zażartował chłopak, zerkając to na mnie, to na Kubę.

– Mogłem cię uprzedzić, ale tylko po to, żebyś chociaż raz zachowywał się przyzwoicie – odparował Kuba i stuknął się z nim pięścią. – Iga, to jest Artur.

Artur wyciągnął do mnie rękę i ją uścisnęłam. Uśmiechnął się szeroko, puścił moją dłoń i posłał Kubie porozumiewawcze spojrzenie. Wyglądał na nieco starszego od Kuby, ale trudno mi było orzec. Miał nieco nietypową urodę.

– Jest coś, czego nie lubisz w burgerach? – zapytał Kuba, a ja potrząsnęłam głową. – Dawaj dwie trójki i… kawę? – Spojrzał na mnie pytająco i przytaknęłam. Kawy nigdy w nadmiarze.

– Się robi – odparł Artur i zniknął na zapleczu.

Ku mojemu zdziwieniu, w pubie, mimo początku tygodnia, było sporo ludzi. Zajęliśmy więc z Kubą jeden z niewielu wolnych stolików obok nieczynnego kominka.

– Nie miałam pojęcia o tym miejscu, a przechodzę tędy niemal codziennie – zaczęłam, gdy zdjęliśmy już kurtki i usiedliśmy naprzeciw siebie. – Jak je odkryłeś?

– Pracuję tu – odpowiedział, patrząc na mnie nieco niepewnym wzrokiem. – Ale zabrałem cię tu tylko dlatego, że te burgery serio są zajebiste.

– Okej, wierzę na słowo.

W ciepłym, żółtym świetle zielone oczy Kuby nabrały głębi. Nie był typem sztampowego przystojniaka. Owszem, przyjemnie się na niego patrzyło, ale nie wyglądał jak żywcem wyjęty z okładki Men’s Health. Gdy się uśmiechał, w lewym policzku pojawiał się jeden z tych uroczych, zupełnie zniewalających dołeczków. Jak teraz.

Przez moment po prostu patrzyliśmy na siebie w ciszy, aż spuściłam oczy dokładnie w momencie, kiedy Artur przyniósł naszą kawę. To, że milczeliśmy, nie było szczególnie krępujące. Co innego wzrok Kuby, który zdawał się przewiercać mnie na wylot, jakby próbował znaleźć odpowiedzi na wszystkie swoje pytania w samej mojej twarzy. Nie wiedziałam jednak, jak mogły one brzmieć, gdyby je zadał.

Kuba

Szykując się do wyjazdu do Warszawy na studia, miałem poczucie, jakbym właśnie miał się wprowadzić do zupełnie innego świata. Z pierwszej wizyty w stolicy zapamiętałem trzy rzeczy: dźwięk nadjeżdżającego metra, dzwonienie tramwajów i pęd. Ciągły pęd i zwał, jakby czas miał się zaraz zatrzymać i wszyscy chcieli przed tym uciec. Wtedy to wszystko wydawało się poza mną. I dzisiaj czułem się podobnie, wysiadając z metra na Służewiu. To uczucie nie opuszczało mnie nawet teraz, gdy w ciepłym, żółtym świetle patrzyłem na Igę. Był nim spokój. Obecność tej dziewczyny mnie wyciszała, a jednocześnie wywoływała rodzaj ekscytacji. Chciałem ją poznać i dowiedzieć się o niej jak najwięcej, gdy błądziła oczami, próbując uciec przed moim wzrokiem. Podziękowała cicho, gdy Artur przyniósł nasze burgery, a kumpel spojrzał na mnie wymownie. Doskonale wiedziałem, że obserwował nas zza baru. Powoli zaczynałem żałować, że zabrałem ją właśnie tutaj, ale nie aż tak bardzo, żeby chcieć stąd teraz wyjść. I nie kłamałem, te burgery naprawdę były zajebiste.

– Nie mam pojęcia, jak się za to zabrać, żeby zaraz nie być cała w sosie – przyznała Iga, trzymając burgera przed sobą i oglądając go z każdej strony.

– Dałbym ci jakąś dobrą radę, ale mnie się jeszcze nie udało zjeść i się nie ubrudzić – zaśmiałem się i wgryzłem się w swoją porcję. Jak na potwierdzenie moich słów, sos pociekł mi po palcach, co pokazałem Idze. Na moment zacisnęła usta, jakby niepewna, co zrobić, ale w końcu poszła w moje ślady i zaczęła jeść. Musztarda wyciekła jej na talerz, ale chyba tego nie zauważyła, bo przymknęła oczy i jęknęła. Zaschło mi w gardle na ten dźwięk.

– Dobra, miałeś rację, to jest zajebiste – odezwała się między jednym a drugim kęsem. – Do dzisiaj miałam wrażenie, że coś mnie omija w życiu.

– Najlepsze burgery w całej Warszawie?

Spojrzała na mnie i się zawahała. Odłożyła burgera ostrożnie na talerz i wytarła palce w serwetkę.

– Normalnie takich rzeczy nie robię – westchnęła.

– Takich? To znaczy? – Zmarszczyłem brwi. Nic z tego nie rozumiałem.

– Normalnie nie wyciągam faceta z własnej domówki do fastfooda, żeby wyjść z nim kilka dni później na najlepszego burgera, jakiego kiedykolwiek jadłam – przyznała, nie kryjąc rozbawienia.

– Normalnie nie daję się wyciągnąć dziewczynie z domówki na fastfooda, żeby dwa dni później przyprowadzić ją do pracy – odpowiedziałem, nie spuszczając z niej wzroku. Na jej twarzy wykwitły rumieńce i zmarszczyła piegowaty nos, mrużąc oczy, po czym potrząsnęła głową i wróciła do jedzenia.

Iga

Przy Kubie straciłam poczucie czasu. Zanim się obejrzałam, dochodziła dwudziesta, a ja, zamiast myśleć o powrocie do domu, piłam kolejną butelkę regionalnego piwa wybranego przez Kubę i zagryzałam je nachosami z salsą. Wypiliśmy wystarczająco dużo, żeby przerzucać się pytaniami. Dowiedziałam się więc, że jest uczulony na fasolę, choć uwielbia meksykańską kuchnię, a na jego pogrzebie powinni puścić kawałek Kings Of Leon, bo to najlepszy zespół świata – według Kuby.

– Najzabawniejszy film ostatnich pięciu lat? – zapytałam, patrząc na chłopaka wyczekująco.

– To proste – odpowiedział i sięgnął do miski z nachosami. – Deadpool. Najgorszy film o superbohaterach?

– Albo Liga Samobójców, albo Superman vs. Batman. Oba traumatyczne – westchnęłam. – Serial, który obejrzałeś w całości?

Kuba posłał mi niepewne spojrzenie i westchnął.

– Merlin. Całe trzy razy.

Zmarszczyłam brwi, próbując skojarzyć, ale nie, byłam całkiem pewna, że tego nie oglądałam, a pierwsze miesiące studiów spędziłam głównie na Netflixie.

– Nigdy tego nie oglądałam – przyznałam.

Kuba pokiwał głową i upił łyk piwa, zanim oparł łokcie na stole i nachylił się w moją stronę.

– Co robisz w piątek?

Rozdział 4

Iga

– Chcę wiedzieć wszystko! – zaatakowała mnie od progu Lidka, gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania.

– Dasz mi się chociaż rozebrać? – zaśmiałam się i zaczęłam odwijać szalik. Na dworze zdążyło się zrobić strasznie zimno i zupełnie skostniały mi palce. Na dodatek zaczął sypać śnieg, od którego miałam teraz całe mokre włosy. Z Kubą byliśmy cali oblepieni już po dojściu do metra, ale uparł się odprowadzić mnie pod sam blok. Przypomniał mi jeszcze na odchodne, że widzimy się w piątek. Jednocześnie byłam podekscytowana i zestresowana. Znaliśmy się tylko kilka dni i nie przywykłam do takiego tempa.

– No, dobra… – mruknęła moja współlokatorka. – Wstawię wodę na herbatę.

Dołączyłam do Lidki dopiero po przebraniu się w coś suchego i ciepłego. Nadal jednak było mi cholernie zimno i ucieszył mnie widok herbaty czekającej na mnie na stole, nawet jeśli oznaczało to odpowiadanie na serię pytań przyjaciółki. Tak czy inaczej, byłam na nią skazana.

– Nie torturuj mnie dłużej… – ponagliła mnie i podwędziła ciastko z naszej puszki „na czarną godzinę”.

Przewróciłam oczami, ale zrelacjonowałam jej przebieg spotkania z Kubą, pomijając kilka szczegółów. Zwykle to Lidka opowiadała mi o swoich randkach. Głównie dlatego, że chodziła na nie dużo częściej niż ja. I rzadziej kończyły się na jednym spotkaniu, więc też miała co opowiadać.

Z Lidką znałyśmy się od liceum. Odkąd obie dołączyłyśmy do klubu filmowego w tym samym czasie, zaprzyjaźniłyśmy się. Przywykłam więc do jej wszelkich dziwactw przez te kilka lat. Lidka na studiach stała się jednak bardziej bezpośrednia i śmiała, a do tego się nadal przyzwyczajałam. Choć nie ukrywam, że cieszyła mnie u niej ta zmiana. Odżyła.

– I co? To tyle? – Wyglądała na nieco zawiedzioną, gdy skończyłam.

– Tyle. – Wzruszyłam ramionami, rozbawiona jej miną. Zmrużyła niebieskie oczy i poprawiła niesforną blond grzywkę, po czym sięgnęła po kolejne ciastko.

– Chyba sama muszę pójść na jakąś randkę, bo twoje życie miłosne mnie nie satysfakcjonuje – stwierdziła, krzywiąc się. – Naprawdę będziecie razem oglądać serial na Netflixie?

– Taki jest plan – przytaknęłam i zerknęłam do kubka. Herbaty zostało mi już tylko trochę na dnie.

– Czekaj, a to nie jest jak z randką w kinie? – zapytała i nadgryzła ciastko. – W sensie, że idziesz albo do kina, albo na film?

– Lidka… – westchnęłam, gotowa się poddać i zwiać do swojego pokoju.

– No co? Ja tylko myślę na głos… Więc idziesz na serial czy do Kuby?

– Może dwa w jednym? – zasugerowałam, a Lidka wepchnęła do ust resztę ciastka. Wytarła okruszki z ust i zamknęła naszą awaryjną puszkę. Odstawiła ją na miejsce i obróciła się w moją stronę, z dłońmi opartymi na biodrach.

–Dobra, niech ci będzie – odpowiedziała. – W zasadzie nie wiem, czy w tym wydaniu ta teoria w ogóle ma sens…

Roześmiałam się w głos i dopiłam herbatę, która mi została.

– Przemyśl to, a ja idę się ogarnąć do spania – oznajmiłam, po czym wstawiłam kubek do zmywarki i ruszyłam w stronę swojego pokoju, zostawiając Lidkę samą z jej rozkminą. Choć świetnie bawiłam się z Kubą, wciąż musiałam wstać jutro na zajęcia.

Wyjęłam z szafy piżamę i poszłam od razu pod prysznic. Dopiero to ostatecznie mnie rozgrzało i gdy wysuszyłam włosy, odpuściłam sobie szykowanie ciuchów na jutro. Podłączyłam telefon do ładowarki i zobaczyłam jedną nieodebraną wiadomość.

Kuba: Dobranoc :)

Uśmiechnęłam się na widok tej krótkiej wiadomości i czym prędzej odpisałam, zwlekając chwilę z wyjściem z okna rozmowy. W końcu ustawiłam budzik, zgasiłam światło i wsunęłam się pod zimną pościel.

Śnił mi się śnieg.

Kuba

– Kuba! – usłyszałem za sobą wołanie i odwróciłem się gwałtownie, poprawiając plecak na ramieniu.

– Co? – westchnąłem, bo spotkałem wzrok Pawła, kumpla z roku. Mieliśmy zajęcia od ósmej, dochodziła trzynasta, a ja miałem już serdecznie dość na dziś po przyjebanej wejściówce na dzień dobry. Na dodatek umierałem z głodu i właśnie planowałem się zerwać z wykładu, żeby iść coś zjeść, zanim padnę trupem.

– Myślimy z chłopakami o jakimś piwie po zajęciach – zapytał. – Idziesz?

Potrząsnąłem głową.