Nigdy nie pozwolę ci odejść - Marta W. Staniszewska - ebook
Opis


Nigdy nie pozwolę ci odejść” Marty W. Staniszewskiej to druga część gorąco przyjętego erotyka „Nigdy cię nie zapomniałam”. Przesycona pikantnymi scenami, jeszcze bardziej namiętna i smakowita, pełna czułości historia dwojga kochanków, których miłość przetrwała ponad czasem i ludzką zazdrością.

W poprzednim tomie pożegnaliśmy bohaterów w dzień ich zaręczyn. Dziś pochłonięci codziennością narzeczeni szykują się do ślubu i z trudem starają się pogodzić z zaborczym uczuciem. Aleks dopina kolejne kontrakty, a Sophie kończy przygotowania do otwarcia drugiego salonu urody. Zapominają, że szczęście nigdy nie trwa długo, a życie nie jest jak wycięte z pięknej baśni o Kopciuszku i rzadko ma pozytywne zakończenie. Dotąd przyczajona w cieniu przeszłość powraca, aby wystawić ich uczucie na ciężką próbę. Jest coś o czym nie wiedzą i jest ktoś kto szykuje zemstę. Czy porwani przez wir wymagającej codzienności i intensywnych przygotowań do ślubu będą w stanie dostrzec czyhające na nich zagrożenie? Czy powracające duchy przeszłości zmącą idylliczny obraz i nie pozwolą im dotrwać do happy endu?

Przesycona miłością i pożądaniem powieść o sile uczucia i niekończącej się walce o własne szczęście, przeplatana pikantnymi scenami, które rozpalą najzimniejsze serca i poruszą nieczułe dusze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marta W. Staniszewska
NIGDY NIE POZWOLĘ CI ODEJŚĆ

!!!Wersja Demonstracyjna!!!

Marta W. Staniszewska „Nigdy nie pozwolę ci odejść”

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2015 Copyright © by Marta W. Staniszewska, 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok

Projekt okładki: Marta W. Staniszewska

Zdjęcie okładki © Fotolia-fotorince

Korekta: Katarzyna Olszewska

ISBN: 978-83-7900-424-9

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-500 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl

Prolog

Thor zmrużył oczy, gdy ostry promień zachodzącego słońca sięgnął jego twarzy. Wolno, lecz pewnie, wkroczył za Lokim na rozległy, pełen zieleni taras, rozciągający się szeroką połacią ponad poniższymi kondygnacjami pałacu.

– Czy jesteś gotów stanąć przy mnie, gdy przyjdzie pora i  wróg zapuka do bram Asgardu? – zaczął bez pardonu.

– Jesteś moim bratem, Thorze. Historia wskaże nam odpowiednią drogę – odrzekł Loki, odwracając się plecami do Thora i  spoglądając z balkonu w  dół na bezgraniczny dziedziniec u  progu Walhalli1. Zmarszczył brwi na widok połyskujących mieczy, świszczących przy głowach wojowników. – Bitwa wygrana, a  szala zwycięstwa jest po stronie Asgardu.

– To prawda, lecz mam spore wątpliwości, czy cała wojna była zwycięska.

– Jormungand nie żyje. Czy to nie najlepszy dowód zwycięstwa?

Thor jedynie zamyślił się, gnając wzburzonym umysłem na idylliczne trawy równiny Idawall2.

– Nie wydaje mi się, aby twoja troska była słuszna, bracie – dodał Loki, próbując odwieść Thora z  kłopotliwej drogi, którą podążyły jego myśli.

– Niechaj twoje słowa okażą się prawdą – rzekł Thor i  dołączył do balustrady obok Lokiego, kładąc dłoń na jego ramieniu. Omiótł wzrokiem podległe im wojska szkolące fechtunek tuż u  jego stóp. – Mam przeczucie, że ta wojna jeszcze się nie skończyła. Nie możemy zaznać spokoju.

Loki zacisnął dłonie w  pięści, łykając słowa, które nasuwały mu się do ust. Żadne nie były tymi, których mógł użyć, by nie zdradzić rzeczywistych zamiarów i  myśli.

– Gdy przyjdzie moment – zaczął – wszystko stanie się jasne i  ziemia pod stopami naszego wroga zaczerwieni się od jego krwi.

Thor spojrzał na Lokiego pełen niepokoju. Byłby co najmniej niefrasobliwy, gdyby tak nie myślał. Wiedział zbyt dużo o  swoim bracie, zbyt wiele wskazywało przeciw niemu, ale zwlekał z  działaniem. Stale żywił nadzieję, że się myli. Miał przecież sen, marę, jak jedno bliźniacze drzewo chyli się ku innemu drzewu, jak wplata gałęzie w  jego gałęzie. Jakby podawały sobie dłonie na znak pojednania. A może one wcale nie chciały się pojednać... Za dużo było znaków, by zahamować zwątpienie. Odetchnął głęboko, zanim zebrał pojedyncze słowa w  zdanie.

– Obyśmy wtedy stali po tej samej stronie, bracie.

Rozdział I

– Nienawidzę poranka w  dzień po Bożym Narodzeniu – jęknęłam, rozbudzona z  całkiem przyjemnego snu, oparta policzkiem o  twardą pierś Aleksa, rytmicznie unoszącą się w  spokojnym, niezaburzonym niczym oddechu. – To tak, jakby budzić się z  bajki i  wracać do rzeczywistości – mruknęłam niezadowolona.

Pokój wypełniał słaby blask grudniowego przedświtui tak dobrze mi znany zapach jaśminu… i  jego skóry. Mieszankę tych aromatów w  naturalny sposób kojarzyłam z niedającą się opisać słowami przyjemnością, a  moje ciało natychmiast odpowiadało w oczywisty sposób, ożywając rozgorączkowanym rumieńcem.

Moja nienawiść do dnia po Bożym Narodzeniu była odwrotnie proporcjonalna do uczucia, jakim darzyłam mężczyznę leżącego obok mnie. Pode mną. Mój Boski Thor. Był dla mnie wszystkim i znacznie więcej, wszystkim czego mogłam w  życiu zapragnąć. Każdy dzień z  nim był niczym wyjęty z  jakiejś nierealnej baśni, która w  przeciwieństwie do świąt nie kończyła się nigdy. I  wciąż nie mogłam uwierzyć, że jest tu ze mną. Nasza droga do tej konkretnej chwili była tak pogmatwana, że z  łatwością nadawałaby się na scenariusz filmowy. Począwszy od letniej nocy sprzed pięciu lat, gdy straciłam z  nim dziewictwo, choć „straciłam” to nieodpowiednie słowo na to doświadczenie. Bliżej mu było do podarunku niż straty. Dał mi wtedy najtrwalsze wspomnienie najcudowniejszej nocy w  moim krótkim życiu. Wspomnienie tak intensywne, że wryło się w  moją pamięć i  serce na tyle dobitnie, aby po nagłym rozstaniu i  kilkuletniej rozłące powrócić ze zdwojoną siłą i  zamknąć moją duszę i  ciało tylko dla niego. Był więcej niż spełnieniem marzeń i  kochał mnie równie mocno, jak ja jego, co okazywał na każdym możliwym kroku. Zwłaszcza po tym, jak pięć miesięcy temu w  naszym życiu zjawił się szaleniec z  przeszłości i omal nie doprowadził do tragedii, porywając mnie, żeby zwabić do siebie i  zabić Aleksa, w pragnieniu zemsty za wyimaginowane krzywdy. Na to wspomnienie wzdrygnęłam się mimowolnie, a  mój Thor objął mnie mocniej swoim silnym ramieniem, w  które tak bardzo uwielbiałam się wtulać, pomimo że mięśnie je oplatające były twarde niczym stal. Za każdym razem Aleks wyczuwał moją potrzebę właśnie takiego niemego wsparcia. Ja także w  jakiś niewytłumaczalny sposób umiałam odgadnąć jego myśli i  gdy była taka potrzeba, odwdzięczałam się identycznym gestem.

Położyłam dłoń na pięknie rozbudowanym bicepsie, a  moją uwagę przyciągnął odblask z mieniącego się wszystkimi kolorami tęczy, olbrzymiego kamienia na obrączce z  białego złota. Nie wiem jak inne narzeczone, ale ja patrząc na swój pierścionek zaręczynowy byłam przekonana, że piękniejszego Aleks nie byłby mi w  stanie dać, nieważne jak bardzo by się starał. Z  pietyzmem pogładziłam wyraźnie zarysowane pagórki jego brzucha. Ideał to mało powiedziane. Mężczyzna pozujący do rzeźby Dawida, Michała Anioła, mógłby się nieco zawstydzić lub nieźle wkurzyć, gdyby spotkał Aleksa przypadkiem na swojej drodze, spacerując po ulicach Rzymu. Zwłaszcza, gdyby porównał swoje proporcjonalne, ale wątłe ciało z  jego – potężnym, umięśnionym, generującym dreszcz podniecenia, a  u  niektórych także niepokoju.

Choć całość obrazu była boleśnie seksowna, mnie szczególnie jedna część tego ciała niezmiennie przyprawiała o  drżenie. Ta część aktualnie pod wpływem moich dłoni, błądzących po jego opalonej, ciepłej skórze, uniosła się oczekująco i  tężała z każdą sekundą mocniej pod materiałem szarej, jedwabnej pościeli.

– Jeśli chcesz mogę w  ekspresowym tempie zmienić twój nastrój, Rybko – wychrypiał nienaturalnie nisko swoim barytonem, ożywiając żar rozkoszy w  moim permanentnie pazernym jego obecności wnętrzu.

W mgnieniu oka był już na mnie, biorąc w posiadanie moje usta tak, jak to lubiłam najbardziej. Zachłannie, niespokojnie, jakbym miała mu tego zabronić lub odebrać. Nie miałam zamiaru tego robić. Przyłączyłam się do niego, okrążając jego język swoim i  pieszcząc go z  lubością, wolno, drobiazgowo. Kochałam jego smak. Każda część Aleksa smakowała inaczej, lecz równie dobrze, a  każdy ze smaków przywoływał najróżniejsze, najczęściej nieprzyzwoite retrospekcje, ponaglając moje podbrzusze do entuzjastycznych pląsów i przygotowując na znane i  uwielbiane działanie.

– Prezesie Kent, jest pan jak zwykle niezaspokojony.

– To tylko i  wyłącznie twoja zasługa, przyszła pani Kent.

 – Sophie Kent – zacytowałam z uśmiechem, ale szybko zdjął mi go z  moich ust, gdy odrzucił nakrycie i  zsunął się w  dół mojego ciała, przejmując władzę nad sterczącymi w  jego stronę już stwardniałymi sutkami.

– Boże, jak ja kocham twoje cycki – westchnął przeciągle i  zassał brodawkę, muskając ją rytmicznie ciepłym, szorstkim koniuszkiem języka. Drugą pieścił, przesuwając pomiędzy palcami i podszczypując lekko, na granicy bólu i  uniesienia, aż wygięłam ciało w narastającym napięciu. Ten rodzaj pieszczoty rozpalał we mnie ogień, który ugasić mógł tylko jeden podłużny, stężały już na skałę i gotowy kształt. Przeniósł się ustami na południe mojego ciała, przemieszczając się niespiesznymi, adorującymi każdy skrawek mojej skóry pocałunkami. To był jeden z miliona trzystu sposobów, w  jaki okazywał mi swoją miłość i uwielbienie, i  jak cała reszta ten należał do moich ulubionych sposobów.

Dotarł wargami do złączenia moich ud i zatrzymał się tuż ponad wrażliwym punktem. Zakołysałam biodrami w  zachęcie, a  usta Aleksa nie dały się długo namawiać. Zatańczył językiem na pulsującej pożądaniem łechtaczce, po czym wciągnął w  usta miękkie, napuchnięte płatki, wraz z  rozgrzanym do czerwoności splotem. Zawyłam bliżej nieokreślonym dźwiękiem podobnym do jęku lub warknięcia, balansując na skraju światów. Wiedziałam, że za moment zrzuci mnie wprost na zielone pola Asgardu i  ta świadomość tylko mocniej popchnęła mnie i ponagliła do kroku przez grań, i  lotu w  dół z tego urwiska.

Całe moje ciało stworzone było, aby odbierać jego bodźce, by chłonąć to, co mi daje. Jego za to stwórca wykreował dla tylko mojej przyjemności i udręki innych kobiet. Wiem, co mówię. Nieraz widziałam, jak tęsknym wzrokiem błądziły po jego boskim ciele, jak pożerały spojrzeniem jędrne pośladki, jak gładziły w  myślach pełne usta swoimi ustami.

Ale ON był tylko mój.

Wsunął palec po wilgotnej ścieżce, docierając nim do punktu wewnątrz i  pocierając sprawnie. Nerwem wzdłuż kręgosłupa przegalopowało mi stado potężnych, rozwibrowanych dreszczy, a  moje serce chyba na moment zapomniało o kolejnym uderzeniu. Aleks znał moje ciało zbyt dobrze. Niepokojąco, niesamowicie, nieziemsko dobrze. Zupełnie jakby nocami patrzył na mnie, gdy śpię i uczył się go na pamięć. Dołączył drugi palec i  ponaglił pieszczotę, dodając do całości nieprawdopodobnie doskonałych doznań język, który teraz eksplorowałzarumienioną, uwrażliwioną łechtaczkę z  olbrzymią biegłością. Oddech przyspieszył mi nienaturalnie i pogłębił się tak, że czułam niemalże nadmiar otumaniającego tlenu, w  akompaniamencie ekstatycznego pocierania języka i  penetrujących mnie dłoni mojego osobistego boga, ale tego nigdy nie było w nadmiarze.

Światło chyba przygasło, pokój zawirował. Gdy zacisnęłam się na jego palcach, nie umiałam powstrzymać jęku namiętności, który brzmiał jak coś na kształt jego imienia. Zamruczał z zadowoleniem, a  pomruk ten zawibrował na jego wargach, przedłużając odczucie wirowania.

– Ubóstwiam twój smak o  poranku. – Uśmiechnął się z  wyraźną satysfakcją i  bez ostrzeżenia, jakbym ważyła tyle, co powietrze, obrócił moje wciąż drżące w  spazmach przyjemności ciało tak, że teraz piersiami dotykałam rozgrzanego od ciepła mojej skóry materiału pościeli. Udami znalazł się na zewnątrz moich, złączonych ze sobą. Dłonią uniósł mi biodra, wyginając moją pupę w wygodny dla siebie sposób i  równie bezceremonialnie, ale niby opieszale, jakby ciesząc się każdym zdobytym centymetrem, posiadł mój mokry poprzednim orgazmem tunel, wsuwając się we mnie głęboko, aż poczułam jego ciężkie jądra na pośladkach.

– Zawsze taka wilgotna i  chętna. Dokładnie jak lubię – warknął jak rozochocony tygrys, zagłębiając się raz po raz delikatnie w mój mokry środek i  wyślizgując z  niego morderczo wolno.

Czułam jak jego szeroki, gorący fiut rozciąga mnie i drażni wewnątrz, przezornie przygotowując na więcej, by nie zrobić mi krzywdy swoim rozmiarem. Doświadczenie pokazało nam, że pasowaliśmy do siebie idealnie, ale tylko wtedy, gdy ja byłam całkiem rozluźniona i gotowa. Kiedy czasem, opętani amokiem łaknienia rzucaliśmy się na siebie, potrafił sprawić mi ból. Nie znosił tego, ale ja nie miałam mu za złe, że nie umie pohamować swojej żądzy, do której doprowadza go moje ciało.

– Dla ciebie, Bestio, jestem tylko twoja – wyjęczałam oczywistą odpowiedź pomiędzy precyzyjnymi pchnięciami, które czułam w głębi aż w  podbrzuszu. Tylko w  tej pozycji jego członek pieścił mnie w  ten sposób. Idealnie dopasowywał swoje ciało w  zagłębienia mojego i  drażnił potężną koroną ten jeden właściwy punkt w  moim środku. Jakby każdy jego ruch rozniecał iskrę palącą mnie od środka żywym, ekstatycznym ogniem. Żar ten docierał swoimi jęzorami w  najodleglejsze peryferie mojego ciała. Czułam je po same opuszki palców. Wszechobecne, zniewalające, ściskające za szyję odczucie rozbuchanych pokładów seksualnej energii, którą za chwilę miał wyzwolić w  jednym z finalnych, dokładnych posunięć.

– Tylko moja! – podkreślił, tłocząc wciąż w bosko doskonałym rytmie.

W jego tonie dominowało silne przekonanie, ale i ostrzeżenie. Uwielbiałam go takiego. Takiego go chciałam.

Pochylił się do moich pleców, przylegając do nich nagim, wilgotnym od potu torsem. Skórą wyczuwałam każdy, nawet najmniejszy mięsień pracujący zajadle na jego brzuchu, gdy posuwał mnie od tyłu z pasją wiecznie nieusatysfakcjonowanego zwierzęcia. Czule wargami skubał i  muskał mój kark i  szyję, a kolejne pocałunki ryły w  moim sercu tatuaż z jego imieniem, przypieczętowywały poczucie całkowitego oddania. Czułam jak jego oddech płonie jego podnieceniem i  przyspiesza we wzbierającej w  nim ekstazie. Należałam do niego, a  on należał do mnie. Choć wiedzieliśmy o tym oboje, zazdrość i  zaborczość niczym obusieczny miecz nieraz mąciły nasz związek i  wystawiały go na trudne próby. Jednak w tej jednej chwili byliśmy nierozłączalną jednością.

W miarowych uderzeniach naparł na mnie biodrami, zachęcając moje ciało do odpowiedzi. Moja cipka zapulsowała na jego męskości, pochłaniając go głębiej, żądna spełnienia. On za to stwardniał i  wydłużył się mocniej gotowy, by dołączyć do mnie w  równoczesnym uniesieniu. Dłoń podtrzymująca mnie zsunęła się nieco niżej i pomasowała umiejętnie po rozpulchnionych wargach. Jego naprężony członek zadrżał we mnie, a  silne mięśnie całego jego ciała spięły się niemal unosząc mnie w  powietrze i  w  tej samej chwili wydobywając z  mojego wnętrza gromadzące się napięcie, uwalniając je w  przeciągłym okrzyku, który usłyszałam jakby przez mgłę, choć wydostawał się wprost z  moich ust. Fala obezwładniającej rozkoszy przetoczyła się przez całe moje ciało. Zalał mnie, wypełniając sobą nawet najmniejszą fałdkę, oddając wszystko z pierwotnym rykiem.

Zmęczeni i  spoceni opadliśmy na siebie. Opuścił mój środek, pozostawiając za sobą miłe uczucie na równi spełnienia i  wiecznego niedosytu. Tylko w  jego ramionach czułam tę przedziwną kombinację. Po każdym razie chciałam więcej, dalej, mocniej. I  za każdym razem dostawałam to, czego oczekiwałam.

– Kocham cię – szepnęłam, zdolna tylko do tego i  czująca tylko to druzgocące moją świadomość uczucie.

– Oddycham tobą – odrzekł, a  wibracja jego dźwięczniejszego od barytonu głosu rozeszła się rezonansem po każdej żyjącej dzięki niemu i  dla niego, tkance.

Przygnieciona cudownie najukochańszym, prawie stukilowym ciałem ledwo widzącym wzrokiem wyjrzałam przez sięgające podłogi, wielkie okno pentahausu na ostatnim piętrze Nielson Industries. Miejscu dla mnie symbolicznym, gdzie kilka miesięcy temu kochaliśmy się po raz pierwszy po ponownym spotkaniu. Miejscu, gdzie przypomniał mi wyjątkowo dosadnie, dlaczego za nim tęskniłam przez tyle lat i dlaczego pokochałam go od pierwszego wspólnego oddechu. Leżałam ukryta przed złem tego świata w  jego olbrzymich ramionach i  nie było czasu ani przestrzeni, gdzie byłoby mi teraz lepiej i  bezpieczniej.

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok