Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Tom 1: Miłość ebook

Jonas Gardell

4.66666666666667 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 278 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Tom 1: Miłość - Jonas Gardell

Pierwszy tom bestsellerowej trylogii Jonasa Gardella określanej w Szwecji mianem gejowskiej Love Story, wielka powieść o epidemii AIDS porównywana do Aniołów w Ameryce Tony'ego Kushnera.

Doskonały portret Szwecji lat 80. oraz przejmujący opis początków walki o równouprawnienie osób LGBT.

Pochodzący z małej miejscowości Rasmus przyjeżdża do Sztokholmu pod pretekstem rozpoczęcia studiów, ale w rzeczywistości chce odkryć swoją seksualność. Jego zastępczą rodziną w wielkim mieście staje się barwna grupa homoseksualnych przyjaciół. Któregoś dnia Rasmus spotyka Benjamina, pochodzącego z ortodoksyjnie religijnej rodziny świadków Jehowy. Tymczasem do Szwecji dociera epidemia AIDS...

Serial na podstawie trylogii zebrał doskonałe recenzje w Szwecji i w Wielkiej Brytanii oraz zdobył nagrodę publiczności na festiwalu Series Mania w Paryżu (pokonał Grę o tron i House of Cards).

Wielkie dzieło - Jan Guillou

To pieśń żałobna, przypomnienie, rozrachunek, zadośćuczynienie, wyznanie miłości, a także ważny przyczynek do dokumentacji naszej historii, w tej książce jest wszystko - „Svenska Dagbladet”

Czuję, że Gardell wpisał się w historię współczesnej literatury szwedzkiej - Jens Liljestrand, „Dagens Nyheter”

Jonas Gardell – szwedzki pisarz, scenarzysta i komik. Żyje w związku z pisarzem Markiem Levengoodem, z którym ma dwójkę dzieci przez matkę surogatkę.

Opinie o ebooku Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Tom 1: Miłość - Jonas Gardell

Fragment ebooka Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Tom 1: Miłość - Jonas Gardell

Jo­nas Gar­dell

NIG­DY NIE OCIE­RAJ ŁEZ BEZ RĘKA­WI­CZEK

1. Miłość

Przekład: Ka­ta­rzy­na Tu­by­le­wicz

Wy­da­no z po­mocą fi­nan­sową Swe­dish Arts Co­un­cil

Tytuł ory­gi­nału: Tor­ka al­drig tårar utan hand­skar. 1. Kärle­ken

Co­py­ri­ght © Jo­nas Gar­dell 2012

Wy­da­no po raz pierw­szy przez Nor­stedts, Szwe­cja, 2012

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ka­ta­rzy­na Tu­by­le­wicz, MMXIV

Opu­bli­ko­wa­no za zgodą Nor­stedts Agen­cy

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Sierp­nio­wy dzień minął bez jed­nej chmu­ry na nie­bie, ale przez za­mknięte okna izo­lat­ki lato nie prze­do­sta­je się do środ­ka.

Wy­chu­dzo­ny mężczy­zna w łóżku jest bar­dzo zmie­nio­ny przez za­awan­so­wa­ne­go mięsaka Ka­po­sie­go. Zo­stało mu już tyl­ko kil­ka dni życia.

Za­zwy­czaj no­wotwór ten do­ty­ka star­szych mężczyzn w ob­sza­rze ba­se­nu Mo­rza Śródziem­ne­go, a prze­bieg cho­ro­by jest tak po­wol­ny, że cier­piący na nią zdążają umrzeć z in­nych przy­czyn, od pew­ne­go cza­su jed­nak od­no­to­wu­je się licz­ne przy­pad­ki, zwłasz­cza w USA, kie­dy rak sta­je się o wie­le bar­dziej agre­syw­ny.

Ra­mio­na, głowa i szy­ja mężczy­zny w łóżku po­kry­te są wiel­ki­mi brązo­wy­mi pla­ma­mi, cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dla tego no­wo­two­ru.

Ma kosz­mar­ne odleżyny na poślad­kach i w dol­nej par­tii pleców. Rany za­bez­pie­czo­no pianką po­li­ure­ta­nową, żeby skóra nie ob­cie­rała się w ze­tknięciu z ma­te­ra­cem, ale nie­wie­le to po­ma­ga.

Jest tak chu­dy, że nie­mal prze­zro­czy­sty. Wy­mi­ze­ro­wa­ny z po­wo­du ciągłych bie­gu­nek. Na­wet własne je­li­ta już z sie­bie wy­cisnął.

Mężczy­zna jest sam.

Nikt nig­dy go nie od­wie­dza.

Od ja­kie­goś cza­su już na­wet nie mówi, po­padł w apa­tię, wal­czy bez słów.

Nie­raz płacze. Nikt nie wie, czy z bólu, czy z roz­pa­czy.

W ogołoco­nym po­ko­ju, w którym nig­dy nie otwie­ra się okien i który ma tyl­ko jed­no wyjście, przez śluzę pro­sto na dzie­dzi­niec, dwie ko­bie­ty w mil­cze­niu wy­ko­nują ru­ty­no­we czyn­ności. Krążą wokół ciała w łóżku jak księża posługujący przy ołta­rzu.

Młody mężczy­zna w łóżku wpa­tru­je się w su­fit. Poci się i płacze, ale nic nie mówi.

Ko­bie­ty to star­sza pielęgniar­ka i młoda stażyst­ka. Star­sza od wie­lu lat pra­cu­je w szpi­ta­lu zakaźnym Ro­slag­stull. Młod­sza jest tu od nie­daw­na. Obie mają ręka­wicz­ki ochron­ne, ma­secz­ki i żółte far­tu­chy.

Zmie­niły opa­tru­nek na jed­nej z ran odleżyno­wych i stażyst­ka zdjęła na chwilę brud­ne ręka­wicz­ki, pew­nie żeby po­pra­wić przeście­radło lub coś ta­kie­go.

Na­gle po­chy­la się nad młodym mężczyzną w łóżku i po­spiesz­nie ocie­ra wierz­chem dłoni jego łzy.

Robi to im­pul­syw­nie, w przypływie em­pa­tii i współczu­cia.

Oczy star­szej sio­stry zwężają się z dez­apro­batą.

Cho­ry opusz­cza po­wie­ki. Wciąż płacze.

Po wypełnie­niu swo­ich obo­wiązków ko­bie­ty wy­chodzą bez słowa z po­ko­ju.

– Mam na­dzieję, że porządnie od­ka­zisz ręce!

Do­pie­ro co przeszły przez śluzę między drzwia­mi – każdy pokój jest od­izo­lo­wa­ny dwoj­giem drzwi, które nig­dy nie mogą być otwar­te jed­no­cześnie – stoją te­raz na dzie­dzińcu przed pa­wi­lo­nem z izo­lat­ka­mi.

Star­sza z pielęgnia­rek nie może się po­wstrzy­mać i szorst­ko sztor­cu­je stażystkę. Młod­sza wy­da­je się nie ro­zu­mieć. Star­sza wyjaśnia z iry­tacją:

– Jeśli już mu­sisz się zaj­mo­wać ocie­ra­niem łez, rób to w ręka­wicz­kach ochron­nych!

– Ale on był taki smut­ny! – Nie­doświad­czo­na dziew­czy­na nie umie ukryć żalu.

Star­sza pielęgniar­ka pry­cha.

– Znasz do­brze reguły. Za każdym ra­zem, kie­dy wcho­dzi­my do pa­cjentów, choćby tyl­ko po to, by po­pra­wić przeście­radło lub spy­tać, czy chcą pić, prze­strze­ga­my na­szej ru­ty­ny, sta­ran­nie my­je­my ręce, wkłada­my ręka­wicz­ki, ma­seczkę i żółty far­tuch. Nie ma wyjątków. Pro­ce­du­ry szpi­tal­ne są za­wsze, w każdej chwi­li, ważniej­sze od ludz­kich od­ruchów. Zro­zu­mia­no?

– Ale… – próbuje pro­te­sto­wać młod­sza, jed­nak tam­ta nie daje jej skończyć.

– Te­raz już wiesz. Nig­dy nie ocie­raj łez bez ręka­wi­czek!

Kręci głową.

Po­tem od­cho­dzi.

*

To opo­wieść o pew­nym cza­sie i o pew­nym miej­scu.

To, o czym mówi ta hi­sto­ria, wy­da­rzyło się na­prawdę.

Ro­ze­grało się tu, w tym mieście, w tych dziel­ni­cach, wśród lu­dzi, którzy wiodą tu swo­je życie. W miej­skich par­kach, w ogródkach re­stau­ra­cji, w ba­rach, sau­nach, ki­nach por­no, szpi­ta­lach, kościołach i na cmen­ta­rzach. Wszyst­ko wy­da­rzyło się na uli­cach i w do­mach tego mia­sta, wśród jego miesz­kańców.

To, o czym mówi ta hi­sto­ria, działo się jed­no­cześnie w wie­lu in­nych miej­scach, o tym jed­nak mogą opo­wie­dzieć inni.

To, o czym mówi ta hi­sto­ria, roz­gry­wa się także dziś, dzie­je się przez cały czas, ale nie jest częścią tej opo­wieści, cho­ciaż sięga ona aż do teraźniej­szości.

Opo­wie­dzieć to swe­go ro­dza­ju obo­wiązek.

To sposób na to, by uczcić, opłakać i za­pa­miętać.

To wal­ka pamięci z za­po­mnie­niem.

*

Nie­wiel­ki do­mek nie ma w so­bie nic szczególne­go, ale stoi na wy­so­kiej, stro­mej ska­le, która po­chy­la się nad sa­mym mo­rzem. Widać z nie­go, jak z gniaz­da, wodę.

Mama otrzy­mała ten dom w spad­ku, rze­czy­wiście bar­dziej przy­po­mi­na pta­sie gniaz­do niż let­nią daczę. Kie­dy był bu­do­wa­ny, zde­cy­do­wa­no, że nie będzie stał równo­le­gle do wody, tyl­ko sko­sem do za­to­ki, dzięki cze­mu z we­ran­dy roz­ta­cza się wspa­niały wi­dok na mo­rze i za­cho­dy słońca, a jed­no­cześ­nie jest się chro­nio­nym przed wia­trem, jeśli nie wie­je pro­sto z północy.

– Na­sza własna strażnica! – ma w zwy­cza­ju żar­to­wać oj­ciec. Wszy­scy robią wte­dy za­do­wo­lo­ne miny, bo to prze­cież praw­da.

To jest ich strażnica.

W mieście jest u nich cia­sno i ciem­no, ale tu­taj mają nad­miar nie­mal nie­rze­czy­wi­ste­go światła, a wi­dok roz­ta­cza się tak da­le­ko, jak sięga wzrok.

Przy­po­mi­na to różnicę pomiędzy świa­tem cie­nia, w którym żyje dzi­siaj ludz­kość i który ska­za­ny jest na zagładę, a świa­tem no­we­go porządku, stru­mie­niem światła, które za­pew­ni bli­skość Je­ho­wy, świa­tem, na którego na­dejście cze­kają.

Za jakiś czas, wspo­mi­nając dzie­ciństwo, Ben­ja­min będzie naj­pierw wi­dział ich let­ni dom. Mo­rze, światło – nie­mal nie­re­al­ne – we­randę, wąskie, roz­chy­bo­ta­ne schod­ki pro­wadzące na po­most i plażę; w ten sposób wy­obraża so­bie wiecz­ność.

Jest wio­sen­ny wieczór. Wrzask mew. Słońce świe­ci w dole nad za­toką i ra­zem z nie­bem i mo­rzem od­bi­ja się we wszyst­kich oknach we­ran­dy.

Zima na­resz­cie zo­stała po­ko­na­na.

Już jej nie ma. Tak jak nie będzie mo­rza, kie­dy Je­ho­wa usta­no­wi już swo­je króle­stwo: „I wi­działem nowe nie­bo i nową zie­mię; al­bo­wiem pierw­sze nie­bo i pierw­sza zie­mia prze­minęły, i mo­rza już nie ma”1.

W ciągu dnia byli na dwo­rze i łowi­li śle­dzie. Te­raz mat­ka stoi przy ku­chen­ce i smaży z nich fi­le­ty ob­to­czo­ne w bułce tar­tej. Ben­ja­min tur­la się do­okoła ze swoją młodszą siostrą, Mar­ga­retą. Przez całą zimę cze­ka­li, żeby przy­je­chać do let­nie­go domu, i na­resz­cie tu są.

Dom po­wo­li ożywa. Kie­dy w so­bot­nie przed­południe otwo­rzy­li drzwi i we­szli do środ­ka, było tak, jak­by przez całą zimę czas stał tu w miej­scu, jak­by ze­gar się za­trzy­mał.

W środ­ku było dusz­no i trochę wil­got­no. Na zie­mi Ben­ja­min zna­lazł za­baw­ki: trzy zie­lo­ne pla­sti­ko­we żołnie­rzy­ki i mały sa­mo­cho­dzik. W kącie leżała za­my­kająca oczy lal­ka Mar­ga­re­ty. Naj­wy­raźniej zeszłej je­sie­ni opuścili dom, za­nim z siostrą skończy­li za­bawę.

Na sto­le leżał rozłożony dzien­nik „Da­gens Ny­he­ter” z datą 7 paździer­ni­ka 1969. Rok temu. Ben­ja­min prze­sy­la­bi­zo­wał tytuł. W zeszłym roku tego nie po­tra­fił. Na­uczył się przez zimę.

W ciągu week­en­du do­ko­na­li otwar­cia domu na nowy se­zon, po­sprzątali, wy­wie­trzy­li i po­wle­kli świeżą pościel. Ben­ja­min i Mar­ga­re­ta głównie bie­ga­li w koło, ska­ka­li i ba­wi­li się. Jak zna­ro­wio­ne cie­la­ki, po­wta­rza za­wsze ze śmie­chem oj­ciec.

Pod­czas gdy mat­ka przy­go­to­wu­je posiłek, oj­ciec myje okna na we­ran­dzie. Nie prze­szka­dza mu, że Ben­ja­min i Mar­ga­re­ta bie­gają do­okoła.

Kie­dy Mar­ga­re­ta wspi­na się na ba­lu­stradę we­ran­dy, oj­ciec nie prze­ry­wa pra­cy, na­wet na nią nie spogląda, tyl­ko upo­mi­na, nie­mal mi­mo­cho­dem.

– Mar­ga­re­to – mówi – nie wspi­naj się na ba­lu­stradę. Możesz spaść.

– Ale ja nie spadnę.

– Tego nie wiesz.

Oj­ciec kon­ty­nu­uje my­cie okien, jest głęboko sku­pio­ny. Ko­cha taką pracę.

Czyścić. Zmy­wać pla­my. Przy­wra­cać porządek.

Jak wte­dy, gdy fala zmy­wa z pia­sku dzie­cięce zam­ki i od­ci­ski stóp, zo­sta­wiając plażę po­now­nie gładką i piękną. W jakiś sposób po­pra­wioną.

Ben­ja­min prze­ry­wa za­bawę i prze­chy­la się przez ba­lu­stradę, pa­trzy w dół na stromą skałę, która scho­dzi do mo­rza. Można od tego do­stać za­wro­tu głowy.

Mat­ka wy­cho­dzi z ta­le­rza­mi, sztućcami i szklan­ka­mi, za­czy­na na­kry­wać do stołu.

– Czy jak ktoś stąd spad­nie, to umrze? – pyta Ben­ja­min.

Znaj­dują się tak wy­so­ko. Spaść byłoby grze­chem.

Kto tak spa­da, rzu­ca wy­zwa­nie Bogu.

– Chcę to zo­ba­czyć!

Jego młod­sza sio­stra też wy­chy­la się z miej­sca, gdzie wspi­nała się po ba­lu­stra­dzie. Ona też chce po­pa­trzeć w prze­paść, tak samo jak star­szy brat. Ben­ja­min prze­chy­la się jesz­cze trochę bar­dziej nad ba­lu­stradą. Mar­ga­re­ta śmie­je się i naśla­du­je go.

Świe­ci słońce. Krzyczą mewy.

Mat­ka układa przy każdym ta­le­rzu nóż i wi­de­lec.

Sta­ran­nie. Me­to­dycz­nie. Na­kry­wając, nuci.

Ben­ja­min czu­je, jak na­pi­nają mu się mięśnie, a ciało szy­ku­je się do sko­ku. Ba­lan­su­je na ba­lu­stra­dzie, aż nie­mal tra­ci równo­wagę, czu­je łasko­ta­nie w brzu­chu. W dole znaj­du­je się głębia.

Mar­ga­re­ta śmie­je się i wspi­na odro­binę wyżej, a po­tem jak­by jesz­cze trochę się prze­chy­la i wte­dy na­gle dzie­je się coś złego – Mar­ga­re­ta pusz­cza ba­lu­stradę i za­czy­na le­cieć przed sie­bie i w dół, naj­pierw po­wo­li, po­tem co­raz szyb­ciej.

W tej sa­mej se­kun­dzie oj­ciec od­ry­wa się gwałtow­nie od my­cia okien i łapie córkę, która na­wet nie zdążyła się wy­stra­szyć. Trzy­mając dziew­czynkę w ra­mio­nach, zdej­mu­je ją z ba­lu­stra­dy, za­nim doj­dzie do wy­pad­ku, i tym sa­mym co wcześniej, spo­koj­nym i zde­cy­do­wa­nym głosem od­po­wia­da na py­ta­nie syna.

– Myślę, Ben­ja­mi­nie, że nie będzie­my tego spraw­dzać.

Nic więcej. Ko­niec dys­ku­sji.

– No, w każdym ra­zie śledź jest już go­to­wy – ogłasza mat­ka i wcho­dzi do domu, żeby przy­nieść je­dze­nie.

Ro­dzi­na sia­da przy sto­le na we­ran­dzie. Oj­ciec roz­po­czy­na mo­dlitwę, po­tem jedzą smażone­go śle­dzia z purée ziem­nia­cza­nym. Dzie­ci pałaszują rybę rękami.

Mat­ka lubi, jeśli obiad, ten czas, kie­dy są ra­zem, wypełnia się roz­mową, dla­te­go za­ga­ja:

– W każdym ra­zie mamy piękną po­godę.

Nie jest to py­ta­nie, więc nie do­sta­je od­po­wie­dzi. To ra­czej przykład, o czym można mówić, kie­dy je się wspólny posiłek. Miłe zda­nie.

– Możemy się po­tem wykąpać? – pyta z pełnymi usta­mi Ben­ja­min.

– Ben­ja­mi­nie, kie­dy jemy, używa­my wi­del­ca – od­po­wia­da oj­ciec, nie pod­nosząc oczu znad ta­le­rza.

– Możemy się po­tem wykąpać? – po­wta­rza Ben­ja­min.

– Tak, to fan­ta­stycz­ne, kie­dy ta­kie wie­czo­ry przy­chodzą już pod ko­niec maja – mówi oj­ciec.

– Możemy się po­tem wykąpać?

– To praw­da, lato robi się dzięki temu ta­kie długie – mówi mat­ka.

Oj­ciec prze­ry­wa.

– Ben­ja­min, masz sie­dem lat. Nie jedz rękami. Używaj wi­del­ca.

Inny szpi­tal. Inny pokój.

Szpi­tal na Söder­malm. Od­dział 53. Sala 5.

Biel.

Na­gie ścia­ny i tyl­ko je­den ob­ra­zek.

Jakaś gra­fi­ka. Za­chodzące na sie­bie pro­stokąty. Kto zde­cy­do­wał, że po­win­na tu wi­sieć? Czy ma na celu stwo­rze­nie do­mo­wej at­mos­fe­ry?

Przy łóżku znaj­du­je się sto­lik z wa­ci­ka­mi, solą fi­zjo­lo­giczną i le­kar­stwa­mi, wa­zon z czer­wo­ny­mi tu­li­pa­na­mi, wczo­raj­sze popołudniówki, 10 mar­ca 1989, ar­ty­kuły o przesłucha­niach Car­la Lid­bo­ma przez Try­bu­nał Kon­sty­tu­cyj­ny w toczącej się bez końca spra­wie Eb­be­go Carls­so­na2, szklan­ka soku ze słomką. W no­gach kroplówka, która za­opa­tru­je młode­go mężczyznę na łóżku w mor­finę, an­ty­bio­ty­ki i płyn in­fu­zyj­ny, mężczyznę na szpi­tal­nym łóżku z rur­ka­mi w no­sie i u ra­mion.

Obok łóżka sie­dzi na krześle dru­gi młody mężczy­zna. Czu­wa. Wcześniej w ciągu dnia to­wa­rzy­szyło mu kil­ku przy­ja­ciół, ale te­raz zo­stał sam. Czy­ta cho­re­mu na głos wier­sze.

– Prze­czy­tam ci wiersz Ka­rin Boye3 – mówi. – Był czas, że na­sze lato trwało wiecz­ność całą. Włóczy­liśmy się w słońcu, bez końca to trwało…

Przez chwilę wygląda na zewnątrz. Jest zima. Chciałby otwo­rzyć okno, ale to nie­możliwe.

Wszyst­ko jest tu po­za­my­ka­ne. Od­izo­lo­wa­ne.

Za­my­ka oczy i przy­wołuje w wy­obraźni wcze­sny ma­jo­wy wieczór. Całko­wi­ty początek cze­goś. Przez otwar­te okno wpa­dał za­pach bzu. Na­resz­cie nad­cho­dziło lato, na które cze­ka­li, które uczy­ni­li swo­im ce­lem.

Oby do lata, mówili so­bie, to za nie trzy­ma­li kciu­ki. Myśle­nie o tym po­tra­fi go wpędzić w to­talną roz­pacz.

Otwie­ra oczy, wra­ca do rze­czy­wi­stości. Za­mknięte okno. W po­ko­ju uno­si się za­pach środków de­zyn­fek­cyj­nych i cze­goś nie­określo­ne­go, mdląco słod­kie­go, co już za­wsze będzie mu się ko­ja­rzyło z tym po­miesz­cze­niem.

Nie ma lata. Jest zima.

– Więcej nie dam rady. Mogę po­sprzątać ze stołu? – pyta Mar­ga­re­ta.

– Najadłaś się już? – pyta mat­ka.

Syn wsta­je, nie­cier­pli­wi się.

– Ja też się najadłem! Możemy się te­raz wykąpać?

Ben­ja­min od­wra­ca się i na­po­ty­ka wzro­kiem swo­je od­bi­cie w świeżo umy­tym oknie.

– Nie jest aby za zim­no? – opo­nu­je oj­ciec.

– Wca­le nie jest za zim­no – upie­ra się Mar­ga­re­ta.

– Tego nie wiesz – uci­na mat­ka. – In­g­ma­rze, na­pi­jesz się kawy?

– Bar­dzo chętnie, naj­droższa. Tak czy owak, mu­si­cie od­cze­kać pół go­dzi­ny, żeby nie do­stać skur­czu.

Ben­ja­min przegląda się w świeżo umy­tym oknie.

Za­nu­rza się w swo­im od­bi­ciu. Cza­sa­mi robi coś ta­kie­go.

Po­wo­li pod­no­si ramię i wi­dzi, jak jego od­bi­cie robi to samo. Stu­diu­je swo­je oczy, twarz, prze­krzy­wia lek­ko głowę naj­pierw w jedną, po­tem w drugą stronę.

A po­tem na­gle przy­ci­ska obie dłonie do szy­by. Po­wsta­je na niej ich wyraźny od­cisk.

– No i co ty zro­biłeś? – wy­bu­cha z iry­tacją oj­ciec. – Prze­cież przed chwilą to okno umyłem!

Do­pie­ro te­raz Ben­ja­min robi się na nowo obec­ny. Ze zdzi­wie­niem przygląda się od­ci­skom swo­ich dłoni.

Myśli: „Je­stem tu­taj”.

To potężna, wspa­niała myśl.

Ben­ja­min od­krył, że ist­nie­je.

Przez całe życie będzie pamiętał tę chwilę. Let­ni wieczór, we­ran­da, mo­rze. Od­ci­ski dłoni na szkle. To, że do­strzegł sie­bie.

W lu­strze szy­by za­uważył coś. To coś od­po­wia­dało na jego spoj­rze­nie i jak­by przy­ta­kująco kiwało głową. Po­zo­sta­nie jed­nym z jego naj­wcześniej­szych wspo­mnień.

– Masz za­raz pójść po ścierkę i płyn do my­cia okien, żeby zmyć te ślady.

Oj­ciec kon­ty­nu­uje je­dze­nie. Za­wsze tak postępuje. Nie pod­no­si głosu. Nie robi się zły. Po­sta­na­wia coś i po­tem tak już ma być. Inni muszą się do­sto­so­wać. Chcą być posłuszni.

Ben­ja­min ko­cha ojca. Ko­cha też jego oj­cow­ski au­to­ry­tet. To, że tata de­cy­du­je, jak ma być.

– Chętnie – od­po­wia­da radośnie. – My­cie okien jest faj­ne.

Młody mężczy­zna na łóżku otwo­rzył oczy. Prze­su­wa nie­spo­koj­nie wzro­kiem po su­fi­cie.

Poci się. Od­dy­cha. Upar­cie, z prze­rażeniem.

Od­dy­cha­nie sta­no­wi wysiłek. Cho­ry leży z unie­sio­ny­mi do góry dłońmi, jak do mo­dli­twy. Jęczy. Jest bar­dzo zmęczo­ny i bar­dzo się boi.

Po jego twa­rzy płyną łzy. Wciąż płacze. Młody mężczy­zna, który sie­dzi obok, usiłuje nie za­uważać tego płaczu. Próbuje się kon­cen­tro­wać na czy­ta­nym wier­szu.

Nie pod­no­sić głosu.

Nie dać się za­ra­zić nie­po­ko­jem.

Za­cho­wać spokój. Po­wagę. Czu­wać z tą po­wagą nad cho­rym.

Miłość i kon­tro­la. Nie da się ich od­dzie­lić. W rze­czy­wi­stości chciałby wrzesz­czeć i szar­pać uko­cha­ne­go, wtrząsnąć w nie­go życie, bić, pieścić, po­cie­szać: „Nie płacz, mój uko­cha­ny, nie wol­no ci płakać!”.

Ale nie krzy­czy. Nie bije, nie pieści, nie po­cie­sza, za­miast tego czy­ta wiersz Ka­rin Boye, za­nu­rza się w słowach:

– Nur­ko­wa­liśmy w bez­den­nej głębi woni i zie­le­ni…

Głos załamu­je się wbrew jego woli. Musi wziąć głęboki od­dech, żeby zdu­sić wzbie­rający płacz, zmu­sza się, żeby czy­tać da­lej, spo­koj­nie, trzeźwo, dokład­nie tak, jak go na­uczo­no w dzie­ciństwie, tak, jak by to robił jego oj­ciec.

– Nur­ko­wa­liśmy w bez­den­nej głębi woni i zie­le­ni, wy­zby­ci oba­wy przed go­dziną cie­ni…

Cho­ry w gorączce rzu­ca nie­spo­koj­nie głową. Ma roz­bie­ga­ne oczy.

Dusi się. To stąd nie­pokój i strach. Jest bli­ski udu­sze­nia się.

Młody mężczy­zna na łóżku ma umrzeć i do­brze o tym wie.

Bar­dzo boi się śmier­ci.

*

Nadzy Mar­ga­re­ta i Ben­ja­min bawią się na brze­gu mo­rza w popołudnio­wym słońcu. Na dwo­rze jest nie więcej niż szes­naście stop­ni, ale oni tak bar­dzo cze­ka­li na wiosnę i na lato, że nie mogą już cze­kać dłużej.

Ro­dzi­ce przyglądają im się. Oj­ciec wy­ko­rzy­stu­je okazję, żeby czyścić plażę z ka­mie­ni, wrzu­ca je z po­wro­tem do mo­rza. Na­wet te­raz, pod wieczór, słońce świe­ci tak moc­no, że piach wygląda, jak­by się palił. Woda się iskrzy, przy pomoście żarzą się brzo­zy i osi­ki.

– Te­raz się za­nurzę – de­cy­du­je na­gle syn i robi kil­ka kroków w głąb wody.

– Ależ Ben­ja­min, woda jest lo­do­wa­ta! – opo­nu­je mama, która stoi na plaży obok taty.

Chłopiec nie słucha jej, wcho­dzi co­raz głębiej. Na­prawdę jest lo­do­wa­to zim­no, ale i tak to zro­bi.

– Nie da­lej niż do pępka! – krzy­czy oj­ciec.

Ben­ja­min za­trzy­mu­je się, krzyżuje ra­mio­na i wciąga po­wie­trze.

Po­tem po­wo­li i zde­cy­do­wa­nie za­nu­rza się w zim­nej wo­dzie.

Młody mężczy­zna, który leży w łóżku, poci się i płacze, po­nie­waż ma umrzeć. Dru­gi młody mężczy­zna, siedzący na krześle, usiłuje za­pa­no­wać nad uczu­cia­mi, czy­tając wiersz Ka­rin Boye.

– Gdzie te­raz jest ta wiecz­ność? Co nam po niej? Jak mo­gliśmy wy­rzu­cić z pamięci to święte nie­od­gad­nio­ne? Dzień nam się rap­tem skrócił…

Młody mężczy­zna nad książką kon­ty­nu­uje czy­ta­nie.

To jak zaklęcie.

Jak mo­dli­twa, te­raz, gdy już nie może się mo­dlić, gdy stra­cił pra­wo do mo­dlitwy.

Myśli: „My, co nie mamy już wia­ry, także się mo­dli­my, tyl­ko że nikt nie słucha na­szych mo­dlitw”.

– Zma­ga­my się w kon­wul­sjach – czy­ta młody mężczy­zna na krześle – w twórczej wal­ce pochłania nas – pomiędzy każdym zda­niem robi małą przerwę – dzieło wiecz­ne – a jego istotą…

Pod­no­si wzrok na cho­re­go w łóżku – na chwilę się uspo­koił i zno­wu za­mknął oczy. Dwie pielęgniar­ki, które zmie­niły leżącemu opa­trun­ki na ra­nach i przewróciły go na bok, zro­biły, co miały zro­bić, i opusz­czają w mil­cze­niu pokój.

– …jest czas.

Młody mężczy­zna na krześle ostrożnie odkłada tom z wier­sza­mi Ka­rin Boye, an­to­lo­gię ku­pioną w lu­tym na wy­prze­daży. Śle­dzi od­dech tego dru­gie­go. Nadal jest płytki i przy­spie­szo­ny, jak u prze­rażone­go pta­ka. Głowa wciąż ru­sza się na boki na po­dusz­ce, te­raz jed­nak dużo mniej gwałtow­nie.

Młody mężczy­zna wsta­je z krzesła, żeby umyć cho­re­mu twarz. Cho­ry jęczy, jak­by ktoś go nie­po­koił. Młody mężczy­zna głasz­cze go po klat­ce pier­sio­wej.

Wy­czu­wa żebra. Za­trzy­mu­je rękę.

Czu­je ser­ce, które jesz­cze bije.

Ben­ja­min za­nu­rzył się i szyb­ko wy­bie­ga z wody.

– Wi­dzie­liście, jak za­nur­ko­wałem? – krzy­czy z dumą, pełen we­rwy, i na­tych­miast wbie­ga z po­wro­tem do mo­rza.

– Wspa­nia­le! – od­po­wia­da oj­ciec, cho­ciaż na­wet na nie­go nie zerknął, bo pil­nu­je siedzącej w mo­krym pia­sku Mar­ga­re­ty.

– Wy­chodźcie już, bo za­mar­z­nie­cie.

Brit­ta wsu­wa rękę w dłoń In­g­ma­ra, żeby choć na se­kundę prze­stał nad wszyst­kim czu­wać. W grun­cie rze­czy ko­cha go za jego po­trzebę kon­tro­li, za od­po­wie­dzial­ność, jaką na sie­bie bie­rze, i za au­to­ry­tet, są jed­nak ta­kie chwi­le, kie­dy człowiek po­wi­nien odpuścić, po­zwo­lić, żeby wszyst­ko przez mo­ment było ta­kie, ja­kie jest.

Spogląda na gładką jak lu­stro wodę i kąpiące się dzie­ci. Wzdy­cha z radością.

– „Był czas, że na­sze lato trwało wiecz­ność całą”… – mówi i de­li­kat­nie ści­ska rękę męża.

On jed­nak chy­ba nie roz­po­znał wer­su z wier­sza Ka­rin Boye ani nie za­uważył uści­sku dłoni żony, bo ją pusz­cza i pod­no­si z pia­sku duży plażowy ręcznik. Jak za­wsze, kie­dy uwa­ga In­g­ma­ra sku­pia się na czymś in­nym, prze­szy­wa ją dreszcz za­wo­du. Tak łatwo mu to przy­cho­dzi. Odtrące­nie żony to dla nie­go pest­ka.

– Wyłaźcie już, dzie­cia­ki, po­wie­działem! – krzy­czy In­g­mar, unosząc do góry ręcznik, jak na­po­mnie­nie dla Ben­ja­mi­na, nadal za­nu­rzo­ne­go po pas w wo­dzie o tem­pe­ra­tu­rze piętna­stu stop­ni, i dla Mar­ga­re­ty, której pupa wciąż znaj­du­je się na zim­nym mo­krym pia­sku.

– Wyłaźcie już, mówię, czas się wy­trzeć!

Dzie­ci wy­chodzą posłusznie, biegną w jego ra­mio­na.

Otu­la je swo­im ciepłem jak Anioł Stróż.

Ben­ja­min śpi na górnym łóżku, a Mar­ga­re­ta na dol­nym. Dokład­nie tak, jak być po­win­no.

Chłopiec ma na so­bie za małą spłowiałą piżamę w słoni­ki, które stoją na czymś, co przy­po­mi­na piłki plażowe. Piżama zo­stała na zimę w let­nim domu, za­po­mnia­na. Ben­ja­min obwąchu­je ją. Jego wa­ka­cyj­na piżama.

Prze­sunął się, żeby zro­bić na po­dusz­ce miej­sce dla dwóch ulu­bio­nych plu­szaków, znisz­czo­ne­go mi­sia i szma­cia­ne­go kot­ka. Lubi do­pil­no­wać, żeby miały jak naj­wy­god­niej­sze miej­sca, a sam chętnie kuli się na ma­te­ra­cu tuż obok po­dusz­ki.

Mar­ga­re­ta jak zwy­kle ma w łóżku ko­mik­sy z Ka­czo­rem Do­nal­dem. Mama sie­dzi na ta­bo­re­cie przy krawędzi dol­ne­go łóżka i czy­ta im wie­czorną mo­dlitwę. Ro­le­ta w oknie lek­ko się kołysze uno­szo­na przez bryzę, do po­ko­ju wpa­da stru­ga chłod­niej­sze­go po­wie­trza. Wszyst­ko jest pre­cy­zyj­nie za­pla­no­wa­ne przez Boga. Wszyst­ko jest ta­kie, jak być po­win­no.

Mat­ka zma­wia za nich na głos pa­cie­rze.

– Je­ho­wo Boże – za­czy­na.

Ben­ja­min i Mar­ga­re­ta za­my­kają oczy, żeby le­piej słyszeć mat­czy­ny głos i we­zwa­nia: „Je­ho­wo Boże. Je­ho­wo Boże”.

Bóg, który ob­ja­wił się Mojżeszo­wi w płonącym krza­ku. Który prze­pro­wa­dził swój lud przez pu­sty­nię. Który na­ka­zał, by Mo­rze Czer­wo­ne rozstąpiło się i jego wy­brańcy prze­szli suchą nogą po mor­skim dnie. Który spra­wił, że z nie­ba spadła man­na, żeby mo­gli się pożywić.

– Je­ho­wo Boże – mo­dli się mat­ka – dzięku­je­my Ci za ten dzień i za to, że możemy być two­imi świad­ka­mi. Pro­si­my Cię, żebyś w nocy miał w swo­jej opie­ce Mar­ga­retę i Ben­ja­mi­na, a także mnie i tatę, tak byśmy mo­gli do­brze się wy­spać i obu­dzić ju­tro do no­we­go dnia, a po­tem da­lej czcić i chwa­lić Two­je imię po­przez wszyst­ko, co czy­ni­my…

Ben­ja­min zwi­ja się na ma­te­ra­cu w po­zy­cji em­brio­nal­nej. Na chwilę pod­no­si oczy, żeby upew­nić się, że miś i ko­tek leżą tam, gdzie po­win­ny, na po­dusz­ce. Słyszy głos mat­ki. W oknie roz­po­star­ta jest siat­ka na ko­ma­ry, przez którą wpa­da chłodny wieczór. Chłopiec syci się bez­pie­czeństwem, którym jest Je­ho­wa. Po­now­nie za­my­ka oczy i gdy­by mama spoj­rzała na nie­go, zo­ba­czyłaby, że się uśmie­cha.

In­g­mar sprząta ze stołu po ko­la­cji. Przez ramię prze­rzu­cił so­bie ścierkę ku­chenną. Uwiel­bia zbie­rać na­czy­nia i myć je do czy­sta, przy­wra­cać porządek, na­pra­wiać. Również wte­dy, gdy to jego żona zo­bo­wiąże się po­sprzątać w kuch­ni, po­tra­fi cho­dzić za nią ze ścierką i prze­cie­rać wszyst­ko po raz ostat­ni, żeby było ide­al­nie. Nie cho­dzi o skry­ty­ko­wa­nie pra­cy żony, tyl­ko o to, że ta czyn­ność spra­wia mu wielką przy­jem­ność. Przycho­dzi mu wte­dy do głowy być może nie­mo­ral­na myśl, że to samo mu­siał czuć Je­ho­wa w siódmym dniu stwo­rze­nia, kie­dy spoj­rzał na całe swo­je dzieło i zo­ba­czył, że jest do­bre.

Dokład­nie tak czu­je się In­g­mar: za­do­wo­lo­ny, spra­wujący kon­trolę i czy­sty.

Te­raz może już na­dejść noc, a po­tem następny dzień, jeśli tego pra­gnie Bóg.

Są przy­go­to­wa­ni.

Na­gle do­strze­ga od­cisk ręki syna na błyszczącej w wie­czor­nym słońcu szy­bie.

W końcu nie zo­stał wy­tar­ty. Ben­ja­min posłusznie po­szedł po ścierkę, In­g­mar to pamięta, jed­nak po­tem coś mu­siało odwrócić jego uwagę, tak to jest z dziećmi.

Te­raz już się położyły i nie po­win­no się ich zry­wać z łóżka z ta­kie­go po­wo­du, ale In­g­mar nie może zo­sta­wić brud­nej szy­by.

Zdej­mu­je z ra­mie­nia ścierkę i pod­cho­dzi do okna. Od­cisk dłoni jest do­brze wi­docz­ny w wie­czor­nym świe­tle. To tłuszcz ze śle­dzia, którego Ben­ja­min jadł rękami.

Oj­ciec za­trzy­mu­je się i przygląda śla­do­wi zo­sta­wio­ne­mu przez syna.

Pięć palców u każdej dłoni. Jest w tym jakaś do­sko­nałość. Na mo­ment obezwład­nia go wdzięczność. Za to, że mu za­ufa­no i mógł zo­stać oj­cem. Że Je­ho­wa po­da­ro­wał mu coś tak wspa­niałego, jak opie­ka nad dwo­ma ludz­ki­mi ist­nie­nia­mi.

Przez chwilę czu­je się obezwład­nio­ny nad­mia­rem miłości. Stoi bez ru­chu i pa­trzy. Chce po­dziękować Je­ho­wie i chwa­lić go za ten mo­ment. Chce się po­mo­dlić, by dwójka jego dzie­ci stała się do­bry­mi sługa­mi Je­ho­wy, żeby swo­im życiem nie­ustan­nie czciły imię Boże.

Długo pa­trzy na ów ślad ręki. Stoi tak, jak­by chciał coś za­trzy­mać.

Dłonie syna, ta­kie małe. Roz­cza­pie­rzo­ne pa­lusz­ki. Przy­po­mi­nają ry­sun­ki z epo­ki ka­mien­nej we fran­cu­skich ja­ski­niach, wi­dział je na zdjęciach.

Słońce zniża się nad lśniącą jak lu­stro za­toką.

Waha się.

Młody mężczy­zna leżący na łóżku jesz­cze od­dy­cha. Każdy od­dech przy­cho­dzi z tru­dem. Wszyst­ko w po­ko­ju kon­cen­tru­je się wokół tych mo­zol­nych, ury­wa­nych za­czerp­nięć po­wie­trza. Młody mężczy­zna, który sie­dzi na krześle obok, wpa­tru­je się w jego usta i nadal unoszącą się grdykę – są jak woda o wyrównujących się fa­lach.

Waha się, ale nie po­zwa­la so­bie na wątpli­wości.

Wa­ha­nie jest szko­dli­we, może naj­bar­dziej ze wszyst­kie­go.

Dla­te­go już bez na­mysłu oj­ciec wy­cie­ra od­cisk rąk syna z okien­nej szy­by, aż prze­chodzą go ciar­ki.

Coś, co musi zo­stać zro­bio­ne.

Szkło jest znów czy­ste. Od­bi­ja się w nim tyl­ko za­chodzące słońce i nie­bo.

Młody mężczy­zna w łóżku za­ci­ska na­gle dłonie. Ści­ska moc­no, moc­no. Po­tem roz­luźnia się.

Młody mężczy­zna, który sie­dzi na krześle, pod­no­si oczy, jak­by przed chwilą nie uważał.

– Ra­smus?

Gwałtow­nie pod­ry­wa się z miej­sca.

*

– Ra­smus?

Słyszy jej głos, ale jak­by do nie­go nie do­cie­rał. Jest da­le­ko, nie musi się nim przej­mo­wać. Jeśli się po­sta­ra, to prze­cież i tak go znaj­dzie. Nie scho­wał się ani nic ta­kie­go. Po pro­stu zno­wu zniknął w so­bie. Jak ma to wytłuma­czyć, że zagłębia się w so­bie, ma tam cały wszechświat. Inną rze­czy­wi­stość. Świat ze szkła. Ra­smus jest szkla­nym chłopcem.

Ra­smus stoi przy oknie w dużym po­ko­ju z twarzą tuż przy szy­bie. Na zewnątrz znaj­du­je się ogród, w którym za­wsze pa­nu­je spokój – ogro­do­we me­ble, do­brze przy­strzyżony traw­nik, sta­ran­nie wy­pielęgno­wa­ne jabłonie, różane ra­ba­ty i mar­ge­ryt­ki wzdłuż wy­sy­pa­nej żwi­rem ścieżki do furt­ki; za nią i za płotem roz­ciąga się dro­ga, szo­sa przez Kop­pom, która pro­wa­dzi da­lej, da­le­ko stąd.

Kop­pom jest małą miej­sco­wością. Rzecz ja­sna są tu wąskie uli­ce, jak uli­ca Sta­ra, uli­ca Grzy­bo­wa albo Wrzo­so­wa, ale tyl­ko jed­na szo­sa z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, Dro­ga Kop­pom. Jeśli skręci się w pra­wo, pro­wa­dzi do Åmot­fors, a jeśli w lewo, to do Årjäng.

Przez całe życie Ra­smus będzie ko­ja­rzył lewo i pra­wo z Åmot­fors i Årjäng. Wi­tając się, wyciąga Åmot­fors, dzień do­bry, dzień do­bry, ale po­nie­waż Ra­smus jest le­woręczny, pi­sze Årjäng.

Są ta­kie dni, kie­dy Ra­smus może go­dzi­na­mi stać przy płocie i tyl­ko pa­trzeć na szosę, w dal.

Można nią wy­je­chać. Wy­do­stać się stąd.

Stoi tam, prze­pełnio­ny tęsknotą, patrząc na prze­jeżdżające sa­mo­cho­dy.

Są w dro­dze dokądś.

Wy­obraża so­bie lu­dzi, którzy je pro­wadzą – kim są, dokąd zmie­rzają. W jego ma­rze­niach za­wsze są bar­dzo szczęśliwi i za­wsze są mężczy­zna­mi.

– Ra­smus?

Za­raz wyj­dzie z kuch­ni i za­cznie go szu­kać. Robi tak za­wsze, pełna nie­po­ko­ju, że coś mu się przy­tra­fiło.

Ra­smus opie­ra czoło o szybę. Na pa­ra­pe­cie stoi rząd do­ni­czek z nie­wiel­ki­mi pe­tu­nia­mi. Za­wsze tu stoją. Te same małe do­nicz­ki. Te same nie­wiel­kie pe­tu­nie. Tak jak wszyst­ko, co mają w domu. Wszyst­ko, co tu jest, za­wsze się tu znaj­do­wało.

Któregoś razu, kie­dy Ra­smus miał trzy lata, z wiel­kim sku­pie­niem po­zry­wał wszyst­kie kwiat­ki. Opo­wia­dają o tym, kie­dy od­wie­dzają ich goście. O tym, jak ich sy­nek ze­rwał kwiat­ki. Po­tem się śmieją.

Ra­smus chu­cha na szybę. Pi­sze coś pal­cem na za­pa­ro­wa­nej po­wierzch­ni.

– Ra­smus!

Te­raz stoi w drzwiach do po­ko­ju. Za­uważa go i uspo­ka­ja się.

– Aha, tu je­steś. A nie mógłbyś od­po­wia­dać, jak się cie­bie woła?

Pod­cho­dzi do nie­go i de­li­kat­nie prze­su­wa ręką po jego włosach i kar­ku.

– Co tu ro­bisz? Dla­cze­go nie ba­wisz się na dwo­rze?

Sied­mio­la­tek nie ru­sza się z miej­sca, jego twarz jest tyl­ko kil­ka cen­ty­metrów od szy­by. Za­fa­scy­no­wa­ny wpa­tru­je się w na­pis. Nie może się ode­rwać od tego cudu.

– Na­pi­sałem swo­je imię. Zo­bacz! Na­pi­sałem Ra­smus.

Jego imię.

– Jest na­pi­sa­ne Ra­smus, tak!

Mat­ka zmie­nia te­mat roz­mo­wy. Sta­ra się, żeby jej głos brzmiał dziar­sko i po­god­nie.

– Wiesz, wi­działam, że Erik bawi się na dwo­rze z ja­kimś ko­legą. Nie za­py­tasz, czy mógłbyś się z nimi po­ba­wić?

Jak zwy­kle za­cho­wu­je się, jak­by jej nie słyszał, cho­ciaż stoi tuż obok nie­go. Jest całko­wi­cie zagłębio­ny w swo­im świe­cie.

– Patrz, mama! – woła zdu­mio­ny i kiwa głową w stronę szy­by; li­te­ry, które na­pi­sał pal­cem, za­czy­nają właśnie zni­kać.

– Moje imię! Zni­ka!

Do po­ko­ju wbie­ga pielęgniar­ka. Szyb­ki­mi zde­cy­do­wa­ny­mi ru­cha­mi naciąga ręka­wicz­ki. Part­ner pa­cjen­ta moc­no przy­ci­ska ucho do ust cho­re­go, głasz­cze go po czo­le i prze­raźli­wie krzy­czy, że jego chłopak nie od­dy­cha.

Pielęgniar­ka wyciąga z kie­sze­ni małe lu­ster­ko i przy­trzy­mu­je je tuż nad usta­mi pa­cjen­ta.

Chciałaby po­wie­dzieć: „Proszę nie hi­ste­ry­zo­wać!”.

Nie mówi tego jed­nak.

– Ależ tak, od­dy­cha. Proszę spoj­rzeć! – uspo­ka­ja.

Lu­ster­ko jest lek­ko za­pa­ro­wa­ne.

Li­te­ry jego imie­nia widać jesz­cze na za­pa­ro­wa­nej szy­bie.

Mat­ka gładzi go po po­licz­ku, jest zmar­twio­na i pełna po­dzi­wu. Syn jest jej wiel­kim i je­dy­nym cu­dem. On je­den na­da­je sens jej życiu.

Do­ty­ka go tak ostrożnie, jak­by się bała, że w rze­czy­wi­stości nie ist­nie­je, że jest tyl­ko maleńką ska­listą wy­sepką, do której do­cie­ra się tyl­ko raz i już nig­dy więcej, jak­by był wodą pa­rującą pod wpływem ciepła jej rąk, jak­by w każdej chwi­li mógł się roz­puścić i zniknąć.

On, je­dy­ny cud jej życia.

Jej miłość do nie­go – oczy­wiście, że jest radością, szczęściem i tak da­lej – ale jest też za­wsze nie­po­ko­jem i smut­kiem.

Wie, że nie wol­no jej tak czuć, ale tak czu­je.

Smu­tek jest gęsty jak sza­re za­chmu­rzo­ne nie­bo, jak potężny ucisk w pier­siach, z którym, wie o tym, musi się na­uczyć żyć, bo to brze­mię to ciężar jej syna. Albo ra­czej – nie­obec­ności jej syna.

Ból fan­to­mo­wy.

Kie­dy był nie­mow­la­kiem, sta­wał na jej pier­siach, pod­trzy­my­wała go rękami, a on się śmiał, jego oczy były pełne szczęścia i radości, czuła jego ciężar na­ci­skający na jej ciało.

Ten sam ucisk, to samo brze­mię czu­je za­wsze, a zwłasz­cza wte­dy, gdy nie ma go przy niej.

Czu­je jego ciężar, wagę, gdy­by tyl­ko mogła go zo­ba­czyć, spraw­dziłaby, czy się śmie­je, czy ma ra­do­sne oczy, ale nie może go wi­dzieć, może tyl­ko zawołać, jak echo albo cień, i wte­dy ro­zu­mie, czym byłaby praw­dzi­wa roz­pacz: stra­cić go, nig­dy więcej nie móc zo­ba­czyć, nig­dy więcej do­tknąć, mieć tyl­ko ów ciężar i brze­mię, i fan­to­mo­wy ból w pier­si.

Jego brak.

Po­tra­fi być bli­ska płaczu na­wet wte­dy, gdy ma go przy so­bie, kie­dy stoi tuż obok niej, a ona z nie­do­wie­rza­niem głasz­cze go po kar­ku, po włosach, bo wie, że on za­cznie się od­da­lać. W końcu tak się musi stać: od­da­li się od niej.

Rozpłynie się jak para, jak po­ran­na mgła.

Taki kru­chy, taki dro­go­cen­ny.

Do­ty­ka go obezwład­nio­na czułością i nie­po­ko­jem, wi­dzi, jak Erik sąsiadów bawi się z ja­ki­miś dzie­cia­ka­mi po dru­giej stro­nie uli­cy, Ra­smus nie po­wi­nien być tu z nią, po­wi­nien być tam, z in­ny­mi, po­wi­nien bie­gać do­okoła i hałaso­wać, a nie stać tu­taj, chu­chać na szybę i pisać pal­cem swo­je imię na za­pa­ro­wa­nym szkle.

– Dla­cze­go nie pójdziesz na dwór po­ba­wić się z in­ny­mi dziećmi?

Nie ocze­ku­je od­po­wie­dzi. Jest tak, jak­by już te­raz był gdzieś da­le­ko.

W in­nym świe­cie.

Mi­jają lata. Przed ocza­mi prze­su­wają się kra­jo­bra­zy. Ra­smus wygląda na zewnątrz. Odeszło dzie­ciństwo. Jego twarz od­bi­ja się w szy­bie.

Prze­dział, w którym sie­dzi, jest pu­sty. Cza­sem zagląda na pa­pie­ro­sa jakiś mężczy­zna z części dla nie­palących, pali, nie mówiąc do Ra­smu­sa ani słowa, na­wet nie kiw­nie głową w jego stronę. Po­tem wy­cho­dzi. Me­ta­lo­we po­piel­nicz­ki są pełne petów. Na małej ta­blicz­ce pod oknem na­pis, że nie wol­no się wy­chy­lać ani wy­rzu­cać przed­miotów mogących wywołać pożar lub wyrządzić inne szko­dy.

Ra­smus ma na so­bie bu­drysówkę taty. Jest trochę za duża, może się w niej scho­wać, owinąć nią. Na zewnątrz pola i lasy, jakaś szo­sa, jakaś mała miej­sco­wość.

Prze­dział to kap­suła. Ra­smus znaj­du­je się w dro­dze. Wyj­dzie stąd w swo­je nowe życie. Już nig­dy nie powróci. Jest w dro­dze do domu, którego nig­dy nie wi­dział.

Drzwi otwie­ra kon­duk­tor. Jego mun­dur wzbu­dza re­spekt. Ma sze­roką brodę, ciem­ny kil­ku­dnio­wy za­rost. Ciepłe, brązowe oczy.

– Następna sta­cja Ka­tri­ne­holm – mówi. – Po­tem Södertälje södra.

Ra­smus próbuje uchwy­cić jego wzrok. Ich spoj­rze­nia na chwilę się spo­ty­kają. Jak­by się wza­jem­nie spraw­dza­li, za­wie­ra­li ro­dzaj umo­wy. A może tak się tyl­ko Ra­smusowi zda­je.

Kon­duk­tor za­my­ka drzwi prze­działu i idzie da­lej wzdłuż pociągu. Ra­smus drży, po­chy­la się do przo­du, zasłania oczy rękami, po­tem znów przy­ci­ska twarz do szy­by.

Pew­ne­go razu na po­go­to­wiu młody le­karz do­tknął go z ostrożną miękkością, która całko­wi­cie go obezwładniła. On też miał ciepłe brązowe oczy, ta­kie jak kon­duk­tor.

Pew­ne­go razu w pociągu z Åmot­fors do Char­lot­ten­berg obcy mężczy­zna sie­dział tak bli­sko, że go do­ty­kał. Przy­ci­skał ko­la­no do ko­la­na Ra­smu­sa, cho­ciaż nie mu­siał. Spędzi­li w ten sposób nie­mal całą drogę.

Był to ro­dzaj umo­wy.

Pew­ne­go razu na ba­se­nie w Arvi­ce jakiś star­szy fa­cet zaczął się do­ty­kać, kie­dy zo­sta­li tyl­ko we dwóch w sau­nie. Ra­smus czuł na­ra­stającą pa­nikę. Nie miał ręczni­ka, żeby się za­kryć. Fa­cet był dość przy­stoj­ny. Ra­smus miał może szes­naście lat. Później fa­cet próbował go zwa­bić do swo­jej ka­bi­ny w prze­bie­ral­ni. Było to tak prze­możne, że aż nie do udźwi­gnięcia.

A te­raz kon­duk­tor, który po­pa­trzył mu prze­ciągle w oczy. Małe, krótkie, prze­lot­ne kon­tak­ty. Ni­cze­go źle nie zro­zu­miał, nie sądzi, by tak było. Coś się między nimi zda­rzyło. Przy­na­leżeli do sie­bie.

Już pora, żeby na­deszło coś więcej. Ma dzie­więtnaście lat. Musi się wy­do­stać na po­wierzch­nię. I właśnie to robi. Dla­te­go sie­dzi w kap­su­le.

Gdy wysiądzie, wej­dzie w coś in­ne­go.

Chu­cha na szybę i pi­sze swo­je imię. Przed ocza­mi prze­su­wają się kra­jo­bra­zy.

Po­przed­nie­go wie­czo­ru, kie­dy Ra­smus się pa­ko­wał, do jego po­ko­ju weszła Sara z ubra­nia­mi i rze­cza­mi, które jej zda­niem po­wi­nien z sobą za­brać. Świeżo wy­pra­so­wa­ne ko­szu­le, ręczni­ki, na ko­niec w ręce zo­stała jej jego ma­tu­ral­na czap­ka, zakręciła nią.

– Może przy­da ci się ta czap­ka?

– Mamo, błagam, na co mi ona w Sztok­hol­mie?

– Tak… nie… ja… no nie wiem.

Zro­bił jej przy­krość. Za­uważył to. Do­tknięta strzepnęła czapkę ręką.

– Aha. Wo­bec tego ja ją so­bie zo­sta­wię. Na ra­zie.

Po­tem położyła czapkę jak tro­feum w sa­lo­nie na re­pre­zen­ta­cyj­nej półce. Żeby zro­bić dla niej miej­sce, ze złością od­sunęła fo­to­gra­fię ślubną. Do­praw­dy, niech chłopak zo­ba­czy, jak cen­na jest ta czap­ka! Na półce stoją ro­dzin­ne zdjęcia i piękny chiński wa­zon, poza tym kil­ka książek. Ha­rald za­pi­sał się do klu­bu wy­daw­nic­twa Do­bre Książki i te­raz zbie­ra ich wie­lo­to­mo­wy słownik. Na ra­zie mają czte­ry części, ale cały czas wy­chodzą ko­lej­ne.

Ha­rald oglądał te­le­wizję.

W dzien­ni­ku po­ka­zy­wa­li wy­wiad ze zwy­cięzcą wy­borów, Olo­fem Pal­mem. Przez cienką ścianę swo­je­go po­ko­ju Ra­smus słyszał jego do­bit­ny głos.

Te­raz tata jest za­do­wo­lo­ny, wie­dział o tym. So­cjal­de­mo­kra­ci wrócili do władzy, zakończyło się sześć lat bez­sen­sow­ne­go błądze­nia rządów burżuazyj­nych.

Wy­so­kie nie­bo. Zim­ny dzień mimo słońca. Dzień, w którym zo­sta­wia za sobą swo­je dzie­ciństwo. Za­pach je­sie­ni i roz­sta­nia. Drze­wa pełne jabłek.

Otwar­ty bagażnik. Ha­rald pa­ku­je wa­liz­ki. Sara cho­dzi w tę i z po­wro­tem między sa­mo­cho­dem a do­mem, napięta jak stru­na. Krzyżuje ra­mio­na na pier­siach. Jak­by się bała, że o czymś za­po­mni.

Po dru­giej stro­nie dro­gi przy sta­cji ben­zy­no­wej stoją młodzi chłopcy.

– Zo­bacz tam, jest Erik i resz­ta! – Nie może się po­wstrzy­mać Sara.

Ma­cha ręką na po­wi­ta­nie. Może chce, żeby ją zo­ba­czy­li. W końcu to ko­le­dzy Ra­smu­sa z dzie­ciństwa. Woła do nich.

– Erik!

Chłopcy widzą ich, ale od­wra­cają się ple­ca­mi. Ra­smus też od­wra­ca twarz.

Sara opusz­cza rękę. Nie­pew­nie. Nie wie, co zro­bić. Myśli o wszyst­kich chwi­lach, kie­dy próbowała tych cho­ler­nych gównia­rzy jakoś prze­ku­pić. Ciast­ka­mi, bułecz­ka­mi, cu­kier­ka­mi. Chodźcie po­ba­wić się z Ra­smu­sem! Ha­rald za­trzas­kuje bagażnik. Rzu­ca spoj­rze­nie na chłopaków po dru­giej stro­nie dro­gi. Po­tem ze spo­ko­jem sa­do­wi się na miej­scu kie­row­cy.

– No to do­bra. Je­dzie­my.

W sa­mo­cho­dzie siedzą w mil­cze­niu. Ha­rald pro­wa­dzi. Ra­smus sie­dzi z tyłu. Prze­jeżdżają po­wo­li przez Kop­pom.

Ra­smus spogląda na domy, skle­py i warsz­ta­ty po dro­dze: sklep z narzędzia­mi, z obu­wiem, sta­cja ben­zy­no­wa, jego sta­ra pod­stawówka, gim­na­zjum i Kop­pom-shop, w którym można kupić naj­bar­dziej bez­na­dziej­ne dżinsy świa­ta oraz ubran­ka dla dzie­ci.

Mi­jają sklep żela­zny, pa­pier­nik U Wal­de­ma­ra, Astrid – Fry­zjer­stwo Dam­skie i sklep elek­tro­nicz­ny. Ar­ty­kuły bu­dow­la­ne, kie­dyś był tu też przy­sta­nek szy­no­bu­su. Bank spółdziel­czy, sklep spożyw­czy, Wo­jewódzka Kasa Oszczędności i bi­blio­te­ka. W jej piw­ni­cy działał klub młodzieżowy pro­wa­dzo­ny przez pa­sto­ra, Ra­smus nie­na­wi­dził go chy­ba naj­bar­dziej z całego Kop­pom.

Prze­jeżdżają obok ko­lej­ne­go spożyw­cze­go, sta­cji ben­zy­no­wej Shell, Fa­ger­grens – Kon­fek­cja Dam­ska, domu kul­tu­ry i cu­kier­ni U Bos­se­go, która rok temu zy­skała no­we­go właści­cie­la, a że jego żona po­cho­dziła z Fi­li­pin, spo­wo­do­wało to zmianę na­zwy na Café Phi­lip­pi­nes. Obok cu­kier­ni widać daw­ne zakłady pra­cy, Frank Dahl­bergs AB, gdzie za­trud­nio­ny był nie­gdyś Ha­rald, za­nim fir­ma zban­kru­to­wała w 1973 roku. Po­tem przyjęli go do fa­bry­ki amu­ni­cji Nor­ma w Åmot­fors, gdzie pra­cu­je do dziś na sta­no­wi­sku sze­fa działu w wytwórni na­bojów.

Mi­jają stację ko­le­jową, Kasę Ubez­pie­czeń, pocztę i Bank Warm­landz­ki, ap­tekę, w której pra­cu­je Hol­ger, i ośro­dek zdro­wia, gdzie pra­cu­je mama.

Jadą przed sie­bie, widząc to wszyst­ko, a Ra­smus myśli, że to po raz ostat­ni. Już nig­dy tu nie wróci.

Za­ra­zem wie, że przy­je­dzie po­now­nie na święta.

– Mo­gli się cho­ciaż przy­wi­tać – przeżywa mama.

Ra­smus wzdy­cha.

– Ja też się nie przy­wi­tałem.

– No prze­cież cho­dzi­liście przez dzie­więć lat do jed­nej kla­sy – wy­bu­cha mama, w jej głosie słychać roz­pacz.

Ta­kie nie­po­wo­dze­nie. Ko­le­ga z dzie­ciństwa, który miesz­kał na­prze­ciw­ko przez wszyst­kie lata, po pro­stu od­wra­ca się tyłem.

Milczą, aż tata czu­je, że musi coś po­wie­dzieć.

– Och, Ra­smus to do­bry chłopak – mówi.

*

– Łapać go!

Krzyk na szkol­nym dzie­dzińcu. Zima do­pi­sała. Spadło mnóstwo śnie­gu. Trud­no biec przez śnieg w kom­bi­ne­zo­nie, bu­tach z cho­lew­ka­mi, czap­ce uszan­ce i ręka­wicz­kach. Nie sposób się po­ru­szać. Ser­ce wali pod ciepłym pod­ko­szul­kiem, swe­trem i kurtką. Ra­smus się poci. Ko­le­dzy z kla­sy gonią go, do­pa­dają, prze­wra­cają na ple­cy. Gdzieś tam jest słońce, ale nie­mal go nie widać na sza­rym nie­bie. Tchórzli­wy świa­dek. Na­gie drze­wa. Na dzie­dzińcu brzyd­kie brud­ne kopy śnie­gu ze­pchnięte przez pług śnieżny.

Je­den chłopak sia­da mu na klat­ce pier­sio­wej, rozkłada ra­mio­na, przy­ci­ska je ko­la­na­mi i rękami.

Dru­gi chłopak, Erik, ten ze sta­cji ben­zy­no­wej na­prze­ciw­ko ich domu, wrzesz­czy prze­raźli­wie, żeby go nie pusz­cza­li.

Jego głos przy­po­mi­na rżenie ko­nia.

Ra­smus ma jesz­cze trochę siły. Wal­czy, żeby się wy­rwać. Nie może się po­ru­szać w ciepłych ubra­niach i w kom­bi­ne­zo­nie. Wszyst­ko jest jak­by stłumio­ne. Chłopak, który sie­dzi mu na pier­si, utrzy­mu­je się tam bez żad­ne­go pro­ble­mu.

Erik nadal wy­krzy­ku­je swo­je wrza­skli­we roz­ka­zy, jak ofi­cer.

– Wy­ta­rza­ja­cie go! Kur­wa, wy­ta­rzaj­cie!

Ko­lej­ny chłopak na­bie­ra śnie­gu i na­cie­ra go nim. Wci­ska mu go w twarz, wpy­cha pod ko­szulkę, na pier­si i brzuch. Zmrożony śnieg kłuje w twarz.

Jest zim­ny, ostry i su­chy.

Ko­lej­ny chłopak przy­bie­ga ze śnie­giem ob­si­ka­nym przez psa. Jest zupełnie żółty. Wcie­rają mu go w twarz, wci­skają w usta, między war­gi.

W oknie po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go stoi na­uczy­ciel, scho­wa­ny do połowy za fi­ranką. Pali i wygląda na dwór z obojętną miną, wi­dzi chłopców, którzy przewrócili ko­legę na zie­mię i na­cie­rają go śnie­giem. Słyszy ich pod­nie­co­ne wrza­ski, ale do­chodzące do nie­go dźwięki są wy­ci­szo­ne, od­ległe, nie ob­chodzą go.

Mężczy­zna zaciąga się pa­pie­ro­sem, wy­pusz­cza dym przez nos. Za nim sta­je inny na­uczy­ciel z filiżanką kawy. Mie­sza łyżeczką. On też wygląda przez okno. Wi­dzi to samo. Czu­je, że spra­wa wy­ma­ga ko­men­ta­rza. Może dla­te­go, że należy wyjaśnić, cze­mu za­trzy­mał się tuż przy ko­le­dze. Wy­pa­dałoby po­wie­dzieć coś grzecz­nościo­we­go.

– No tak, chłopa­ki! – mówi.

Po­tem pod­no­si filiżankę do ust i wy­pi­ja łyk kawy.

Dru­gi mężczy­zna wy­dmu­chu­je no­sem dym i wzdy­cha.

– Tak.

Przez chwilę mil­czy. Pa­trzy na dzie­dzi­niec. Na chłopców bijących przewróco­ne­go na zie­mię dzie­cia­ka. Na sza­re nie­bo. Na słońce, które nie może się prze­bić zza chmur.

Zno­wu wzdy­cha.

– Ależ roz­ra­biają.

Z na­mysłem zaciąga się jesz­cze raz. Wy­pusz­cza dym. Dru­gi na­uczy­ciel od­cho­dzi, żeby od­sta­wić brudną filiżankę.

*

Był czas, że na­sze dzie­ciństwo trwało wiecz­ność całą.

Cho­ciaż można je zmie­rzyć tym, z cze­go wyrośliśmy, co spłowiało, sprało się.

Ubra­nia­mi już nie do użycia, które upra­no, upra­so­wa­no i powkłada­no do pudeł, gdzie będzie się je prze­cho­wy­wać. Jak re­li­kwie.

Samo