Nigdy nie będę twoja - Samantha Young - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Nigdy nie będę twoja ebook i audiobook

Samantha Young

4,5

254 osoby interesują się tą książką

Opis

Połączenie romansu chwytającego za serce i trzymającego w napięciu thrillera

Położona w górzystej części północnej Szkocji luksusowa posiadłość Ardnoch staje się wymarzoną kryjówką dla impulsywnej Amerykanki, Regan Penhaligon. Wizyta u mieszkającej tam siostry, Robyn, być może pozwoli jej naprawić życiowy błąd i ukryć się przed darzącym ją obsesyjnym uczuciem niebezpiecznym prześladowcą. Regan postanawia uporządkować swoje życie i odbudować siostrzaną więź.

Wkrótce otrzymuje interesującą propozycję pracy od wdowca Thane’a Adaira. Thane potrzebuje niani dla dwojga swoich dzieci, a widząc, jak bardzo polubiły one Regan, proponuje jej posadę niani. W miarę upływu czasu przystojny Szkot coraz lepiej poznaje prawdziwą naturę Regan, nie potrafi jednak stłumić budzącego się w nim uczucia wobec ślicznej Amerykanki.

Regan nie spodziewała się, że nowy pracodawca wywoła w niej tak intensywne emocje. Nie potrafi się oprzeć sile przyciągającej ją do Szkota, a także miłości do jego dzieci. Kiedy pojawia się postać z przeszłości Thane’a i zagraża jego rodzinie, Regan postanawia wspierać swojego pracodawcę z całych sił. Niestety, Thane podchodzi do niej nieufnie, a to może zburzyć nadzieję na wspólną szczęśliwą przyszłość. Co gorsza, pojawienie się prześladowcy, przed którym Regan uciekła aż do Ardnoch, może pozbawić ją wszelkiej przyszłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 569

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 46 min

Lektor: Pola Błasik

Oceny
4,5 (726 ocen)
473
174
59
16
4
Sortuj według:
wCzepkuUrodzona

Dobrze spędzony czas

Książka „Nigdy nie będę twoja” Samanthy Young zabiera czytelników do drugiego tomu cyklu o rodzinie Ardnoch. Do Szkocji przyjeżdża kolejna Amerykanka i zatrzymuje się w posiadłości Ardnoch. To siostra naszej bohaterki z pierwszego tomu, gdzie mogliśmy już poznać wiele postaci. Początkowo nikt nie wie, że luksusowa rezydencja staje się wymarzoną kryjówką dla Regan Penhaligon. Wizyta u siostry, Robyn może pozwoli naprawić życiowy błąd i ukryć się przed darzącym ją obsesyjnym uczuciem niebezpiecznym prześladowcą. Regan postanawia uporządkować swoje życie i odbudować siostrzaną więź. Dostaje propozycję pracy od wdowca Thane’a Adaira. Thane potrzebuje niani dla dwojga swoich dzieci, a widząc, jak bardzo polubiły one Regan, proponuje jej posadę niani. W miarę upływu czasu przystojny Szkot coraz lepiej poznaje prawdziwą naturę Regan, nie potrafi jednak stłumić budzącego się w nim uczucia wobec ślicznej Amerykanki. To nie tylko piękna historia miłości, ale również dreszcz związany z prześladow...
10
9601Uk

Nie polecam

Najsłabsza książka tej autorki ,same stereotypy ,przewidywalna,nudna.
10
3M_Ka

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam książki tej autorki! historie są świetne, realne i nie chce się odrywać od książki. Wielka przyjemność.
00
wioolcia

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
Kornelia1

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam 😁
00

Popularność




Podziękowania

Życie w Ardnoch z rodzeństwem Adairów nadal jest dla mnie cudowną ucieczką od trudnych czasów i mam nadzieję, że będzie równie wspaniałym wytchnieniem dla moich czytelniczek i czytelników.

Pisanie to w przeważającej mierze samotnicza praca, ale wydanie książki wymaga współpracy. Serdecznie dziękuję mojej cudownej redaktorce Jennifer Sommersby Young za to, że zawsze, naprawdę zawsze wspierała mnie i uczyła, jak lepiej pisać i tworzyć opowieści.

Podziękowania dla Julie Deaton, która dołączyła do zespołu i zrobiła korektę tej powieści dosłownie w ostatnich godzinach! Jestem jej bardzo wdzięczna za wyłowienie podstępnych zwrotów, używanych tylko w brytyjskiej angielszczyźnie, które od czasu do czasu wkradały się do dialogów amerykańskich postaci.

Dziękuję też mojej przyjaciółce i znakomitej asystentce Ashleen Walker, że zajmowała się wszelkimi drobiazgami i wspierała mnie na każdym kroku. Bardzo Ci jestem za to wdzięczna. Kocham Cię ogromnie!

Składam ogromne podziękowana Catherine Cowles, która nie tylko pozwalała mi tygodniami rozwodzić się nad losami Regan i Thane’a, lecz także szczodrze poświęciła swój czas na przeczytanie wczesnej wersji ich romansu. W świecie książek (i poza nim) jesteś prawdziwym światełkiem, niosącym wsparcie i dobroć! Dziękuję, że obdarzasz mnie przyjaźnią!

Życie pisarza nie ogranicza się do tworzenia książek. Nasza praca wykracza poza słowo pisane. Zajmujemy się marketingiem, reklamą, projektowaniem graficznym, zarządzaniem kontami w mediach społecznościowych i innymi podobnymi sprawami. Pomoc ludzi, którzy się na tych zagadnieniach znają, jest bezcenna. Wyrazy olbrzymiej wdzięczności dla Niny Grinstead z Valentine PR, firmy z branży public relations, za słowa zachęty, wsparcie, przenikliwość i rady. Jesteś prawdziwą gwiazdą!

Wielkie dzięki dla wszystkich blogerów, instagramerów i miłośników powieści, którzy pomogli mi rozgłaszać informacje o moich książkach. Wszystkich Was ogromnie cenię! Podobnie serdecznie dziękuję wspaniałym czytelnikom z mojej prywatnej grupy facebookowej, Sam’s Clan McBookish. Jesteście najbardziej wyjątkowymi, najwspanialszymi odbiorcami, jakich może sobie zażyczyć autorka! Wasze nieustające wsparcie wzbudza mój podziw i moją wdzięczność.

Jestem niezmiernie wdzięczna Hang Le, która kolejny raz stworzyła zachwycającą okładkę, doskonale oddającą atmosferę tej powieści i całej serii. Nie przestajesz mnie zadziwiać!

Jak zwykle wyrazy wdzięczności dla mojej agentki Lauren Abramo, która umożliwiła moim słowom dotarcie do czytelników na całym świecie. Jesteś nadzwyczajna i mam wielkie szczęście, że na Ciebie trafiłam!

Przeogromne podziękowania dla mojej rodziny i przyjaciół za nieustające wsparcie, słowa otuchy oraz za słuchanie moich czasem zbyt poplątanych wywodów na temat światów, w których żyję.

Na koniec chcę podziękować Tobie za przeczytanie tej książki. To jest dla mnie najważniejsze.

Rozdział pierwszy

Regan

Szkockie krajobrazy są wyjątkowe. Połacie soczystej zieleni pięknie kontrastują z ziemią w odcieniach brązu i bursztynu. Za łagodną linią wzgórz nagle wyrastają poszarpane, strome szczyty. Na mnie jednak ta oszałamiająca sceneria nie robiła żadnego wrażenia, kiedy taksówka wiozła mnie z Inverness do hrabstwa Sutherland. Do zamku Ardnoch. Ogarniałam wzrokiem otaczające mnie widoki, ale ich piękno nie poruszało mojego serca. Czułam jedynie nerwowy ucisk w żołądku.

Waga mojej decyzji o ucieczce z Bostonu do Szkocji dotarła do mnie, dopiero kiedy samolot z Londynu podchodził do lądowania w Inverness. Lotnisko było położone w niezwykle malowniczej okolicy. Otoczone pięknymi wzgórzami pobliskie jezioro, czyli loch, jak się tutaj mówi, stanowiło kwintesencję pejzażu północnej Szkocji.

A jednak kiedy samolot z lekkim szarpnięciem usiadł na pasie do lądowania, miałam ochotę zwymiotować.

Teraz nerwowo patrzyłam, jak na zegarku w telefonie upływają minuty, i starałam się wyrównać oddech. Jazda krętymi drogami potęgowała mdłości.

– Daleko jeszcze? – zapytałam taksówkarza.

Kolejny raz.

Spojrzał na mnie w lusterku wstecznym.

– Do Ardnoch zostało jakieś dziesięć minut. – Zmarszczył czoło. – Na pewno tam panią wpuszczą? To długa droga i głupio by było, gdyby odprawili panią z kwitkiem.

Pytał o to trzeci raz. I nie bez powodu. Zmierzaliśmy do posiadłości Ardnoch, w której mieścił się ekskluzywny klub dla elity przemysłu filmowego i telewizyjnego. Wstęp mieli tam tylko członkowie i to dopiero po zapłaceniu kosmicznej opłaty za wejście, oczywiście oprócz rocznej składki. Właścicielem tego interesu był Lachlan Adair, szkocki aktor, do niedawna hollywoodzka gwiazda filmów akcji. Kiedyś posiadłość była siedzibą jego rodziny, ale on przekształcił ją w prestiżowy klub dla wybranych.

A wiedziałam to wszystko, ponieważ moja starsza siostra była w związku z Lachlanem.

– Na pewno mnie wpuszczą – powtórzyłam.

Na myśl o Robyn znów poczułam ucisk w żołądku. Nie mogłam się doczekać, kiedy ją zobaczę, a jednocześnie na myśl o tej chwili ogarniał mnie strach. Popełniłam tak wiele błędów i nie wiedziałam, jak je naprawić.

Przyznanie się do pomyłki zawsze przychodziło mi z trudem. Nie umiałam przepraszać i rozwiązywać konfliktów. Kiedyś Robyn służyła mi wsparciem i radami, ale to się skończyło.

Do ucisku w żołądku dołączył ostry, palący ból w piersi.

– Jeszcze nigdy nie wiozłem nikogo do Ardnoch. Żona mnie przemagluje, żebym opowiedział jej wszystko ze szczegółami, mówię pani. Fascynuje ją życie gwiazd i takich tam, ye ken. Często muszę ją tu przywozić, bo ma nadzieję, że zobaczy jakiegoś celebrytę, a może nawet samego Adaira. Jesteśmy z Macduff, to na północny wschód stąd, ale przeprowadziliśmy się do Sneck – to w hrabstwie Inverness, ye ken – żeby być bliżej dzieciaków i wnuków, ale czasami sobie myślę, że żona chciała zamieszkać bliżej Ardnoch. – Parsknął śmiechem i zupełnie mu nie przeszkadzało, że nie rozumiałam połowy z tego, co mówił.

Czy w Szkocji wszyscy mają taki niezrozumiały akcent? Jeśli tak, to już po mnie.

– Udało się pani trafić na piękny dzień. Można dziś podziwiać szkockie góry w całej ich krasie. Ale pogoda potrafi tu być okropna, a lato szybko się kończy – mówił pośpiesznie, z silnym miejscowym akcentem. – Przydadzą się gumiaki i ciepły sweter. W mgnieniu oka ładny dzień może się zamienić w szarugę i zawieruchę. Mam nadzieję, że spakowała pani coś więcej niż letnie szmatki?

Wyczułam, że zadał mi jakieś pytanie.

– Tak, tak – odrzekłam.

– A, to dobrze. Zapobiegliwa dziewczyna. To lubię. – Zerknął na mnie w lusterku. – Dobrze się pani czuje? Wygląda pani mizerniutko.

Zrozumiałam mniej więcej połowę.

– Nic mi nie jest.

Właściwie nie kłamałam. Cholernie się bałam spotkania z Robyn, ale jednocześnie czułam ulgę, że nie jestem już w Bostonie i jadę do jednej z najbardziej strzeżonych posiadłości na świecie. Środki ostrożności jeszcze zaostrzono od czasu, gdy była członkini klubu chciała zamordować Lachlana i moją siostrę.

Na myśl o tym drgnęłam nerwowo. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że mogło jej się coś stać. I właśnie dlatego nasze stosunki przybrały katastrofalny obrót.

Zdecydowałam się odwiedzić Robyn o wiele za późno. Nie miałam na to żadnego usprawiedliwienia.

Robyn – moja starsza siostra, moja idolka, najbliższa mi istota – najprawdopodobniej teraz mnie nienawidziła.

Co mogłam zrobić?

Jak zacząć?

Zachować się jak zwykle, beztrosko i niefrasobliwie?

A może powinnam paść na kolana i błagać o wybaczenie?

Ta druga wizja sprawiła, że mimowolnie się skrzywiłam. Nie miałam skłonności do przepraszania na kolanach. A przecież nikt bardziej nie zasługiwał na przeprosiny niż Robyn. Ostatnie półtora roku to był najtrudniejszy okres jej życia. A gdzie wtedy byłam ja?

Ukrywałam się.

Jak ostatni tchórz.

Zagryzłam wargę, by powstrzymać łzy, i niewidzącym wzrokiem patrzyłam na las przewijający się za oknem taksówki. Nigdy nie trafiła mi się lepsza okazja, żeby przetestować swoje zdolności aktorskie.

– Jesteśmy prawie na miejscu – oznajmił taksówkarz.

Usłyszałam sygnał włączonego migacza, a po chwili samochód skręcił w prawo, na krótki żwirowy podjazd. Niespodziewanie drogę zagrodził nam wysoki ceglany mur z solidną bramą z kutego żelaza.

– Co teraz? – zapytałam.

– Ni wim. – Odwrócił głowę i spojrzał na mnie badawczo. – Ma pani numer telefonu do kogoś w środku?

Miałam. Znałam numer telefonu Robyn, którego używała do rozmów międzynarodowych, ale jeszcze nigdy z niego nie korzystałam. Miałam też nadzieję, że nie będzie pierwszą osobą, którą zobaczę po przekroczeniu bramy. Liczyłam na to, że otworzy mi na przykład wujek Mac.

Myśl o wuju wywołała we mnie sprzeczne uczucia. Cieszyłam się, że poznam biologicznego ojca Robyn, ale jednocześnie nadal go nienawidziłam za to, że ją opuścił i naraził na cierpienie.

Jesteśmy z Robyn siostrami przyrodnimi. Mój tata to Seth Penhaligon, detektyw z Bostonu. Tata Robyn, Mac, jest Szkotem i poznał naszą mamę, Stacey, kiedy przyjechał do Stanów w odwiedziny do krewnego. Skłamał na temat swojego wieku – miał wtedy zaledwie piętnaście lat! Mama, młoda studentka, zaszła z nim w ciążę. Wkrótce potem się rozstali, a Mac przedstawił mamie mojego tatę. Wtedy wujek był już policjantem, tak samo jak tata, chociaż Mac w końcu opuścił szeregi policji i zaczął pracę w firmie ochroniarskiej.

Uwielbiałam wujka Maca. Był rosłym, przystojnym Szkotem, znającym mnóstwo niesamowitych historii. Kiedy miałam osiem lat, a Robyn dwanaście, zaczął pracować w zespole ochroniarskim młodego aktora hollywoodzkiego, Lachlana Adaira. Jeszcze raz odwiedził Robyn, kiedy miała czternaście lat, ale potem zniknął na dobre.

Zobaczyła go dopiero pół roku temu, kiedy przyjechała do Szkocji, żeby go odszukać. Mac był wtedy przełożonym pracowników ochrony w Ardnoch.

A Robyn spotkało tu więcej dramatycznych wydarzeń, niż mogła się spodziewać.

Wyrzuty sumienia zabolały mnie niczym nóż wbity w serce.

– To jak? – zapytał taksówkarz.

– Nooo… – Zerknęłam na telefon.

Cholera jasna. Spodziewałam się, że przy bramie będzie jakaś budka ze strażnikiem. Zanim zdążyłam otworzyć usta, żeby mętnie się wytłumaczyć, dlaczego nie chcę zadzwonić do kogoś, kto mógłby zagwarantować mi wstęp do posiadłości, taksówkarz znów się odezwał:

– Ktoś jedzie.

Podniosłam wzrok i zobaczyłam czarnego range rovera, który zbliżał się do nas żwirową drogą, otoczoną z obu stron ciemnym lasem. Samochód się zatrzymał i wysiadł z niego jakiś mężczyzna. Jak na pracownika ochrony był ubrany zbyt elegancko, w czarne spodnie i pięknie skrojoną koszulę w tym samym kolorze. Na nosie miał modne okulary przeciwsłoneczne. W jego lewym uchu zauważyłam słuchawkę.

– Kolej na panią – powiedział taksówkarz.

Wzięłam głęboki oddech i wysiadłam z samochodu, nie zważając na to, że moje wysokie szpilki wbijają się w żwir. Wyprostowałam się, przywołałam na twarz szeroki uśmiech i chwiejnie, ale z wdziękiem ruszyłam do bramy.

– To jest teren prywatny. Muszę poprosić panią o opuszczenie posesji – odezwał się mężczyzna zza bramy.

Miał delikatny szkocki akcent, ale przynajmniej mogłam go zrozumieć.

– Nic z tego, przystojniaku – odrzekłam z uśmiechem, opierając dłoń na pręcie bramy. – Przyjechałam w odwiedziny do siostry.

Wyraz jego twarzy się nie zmienił, chociaż przez ciemne okulary nie mogłam być tego pewna.

– A ta siostra to kto?

– Twoja szefowa, przystojniaku.

– Proszę wyjaśnić.

Chociaż byłam zdenerwowana, uśmiechnęłam się szczerze. Facet chyba żartował.

– Jestem Regan Penhaligon. Siostra Robyn.

Nie miałam pewności, ale chyba dostrzegłam lekką zmianę w jego podejściu.

– Ma pani jakiś dokument?

– Mam paszport.

– Muszę go zobaczyć.

– Widzę, że ochrona w Ardnoch bardzo poważnie traktuje swoje obowiązki, prawda?

„I bardzo mi to odpowiada”, pomyślałam wracając do taksówki po paszport.

– Wszystko w porządku? – spytał kierowca, kiedy otworzyłam drzwi pasażera.

– Terminator przy bramie żąda potwierdzenia mojej tożsamości – wyjaśniłam, przeszukując torebkę.

Taksówkarz parsknął śmiechem, a ja w końcu znalazłam dokument.

Miałam ochotę pobiec sprintem do bramy. Teraz, kiedy do spotkania z siostrą zostało tak niewiele czasu, chciałam już mieć je z głowy. Musiałam się dowiedzieć, czy mnie znienawidziła, czy może jeszcze mamy szansę o wszystkim zapomnieć. Zachowałam jednak zimną krew i spokojnym krokiem podeszłam do ochroniarza.

– Proszę bardzo. – Podałam mu paszport między dekoracyjnymi prętami bramy.

Wziął go ode mnie, otworzył i szybko przebiegł wzrokiem odpowiednią stronę.

– Proszę chwilę zaczekać – nakazał.

Przywarłam do bramy, a on podszedł do SUV-a, pochylił się i powiedział coś niezrozumiałego do kogoś w środku. Wrócił po kilku sekundach.

– Poproszę panią i taksówkarza o oddanie wszelkich urządzeń nagrywających – telefonów, aparatów fotograficznych i tym podobnych.

– Mówisz poważnie?

Popatrzył na mnie z kamienną twarzą.

Mówił poważnie.

Z westchnieniem oddałam mu komórkę i wróciłam do taksówki, żeby przekazać wiadomość kierowcy. To żądanie nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia.

– Nie denerwuje to pana? – zapytałam cicho.

– Nie, skąd. Mogli pani kazać się przesiąść. Ale najwyraźniej chcą, żebym to ja wwiózł panią do środka. Niewiele osób ma możliwość przekroczyć bramę tej posiadłości. Żona oszaleje, jak to usłyszy!

– Dobra, niech będzie.

Zadowolona, że taksówkarz zachował dobry humor, zaniosłam jego telefon ochroniarzowi.

– Proszę powiedzieć swojemu kierowcy, że brama za chwilę się otworzy – poinstruował mnie. – Ma jechać za mną i nigdzie nie skręcać. Kiedy dostarczymy panią na miejsce, odeskortujemy go z powrotem do bramy i wtedy będzie mógł odebrać telefon.

Jego zasadniczy ton tak bardzo mnie rozbawił, że niemal przestałam się denerwować spotkaniem z Robyn.

– Tak jest, panie sierżancie – odrzekłam służbiście i wsiadłam do samochodu, żeby przekazać informację taksówkarzowi.

Po chwili oczekiwania zobaczyłam, że range rover zawrócił, a brama się otworzyła.

Znów poczułam ucisk w żołądku, jeszcze silniejszy niż przedtem.

– Moja Carolann w to nie uwierzy. Szkoda, że zabrali mi telefon. Przydałoby się pstryknąć kilka fotek.

Nie potrafiłam wydusić żadnej odpowiedzi.

Przycisnęłam czoło do szyby. Taksówka wolno jechała szutrową drogą, otoczoną gęstym lasem. Światło przedzierało się przez korony drzew, kładąc się jasnymi smugami przed samochodem. Upłynęło sporo czasu, zanim wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń, gdzie jaskrawe słońce oświetlało starannie wypielęgnowane trawniki. Ciągnęły się kilometrami, najpierw na płaskim terenie, a dalej, za jakimś olbrzymim gmaszyskiem, na łagodnie wznoszących się wzgórzach. W oddali dostrzegłam niewielkie chorągiewki, charakterystyczne dla pola golfowego.

Żwirowy podjazd wiódł do wielkiej budowli, wznoszącej się teraz przed nami.

Nie była to zwykła budowla, tylko zamek.

Prawdziwy zamek.

Facet mojej siostry był właścicielem cholernego zamku.

Z wieżyczkami i takimi tam.

– O w mordę! – szepnęłam, kiedy podjechaliśmy bliżej.

Zamczysko miało sześć pięter wysokości i wyglądało na bardzo stare. Przypominało Downton Abbey, ale było większe. Myśl o Downton Abbey przypomniała mi czasy, kiedy oglądałam ten serial wraz z Robyn po kilka odcinków z rzędu, zarywając noce. Znów poczułam przeszywający ból w piersi i nerwowe skurcze żołądka. Przyglądając się zdobieniom na frontonie zamku i powiewającej na wietrze szkockiej fladze z krzyżem św. Andrzeja, wzięłam głęboki oddech.

Dopiero wtedy zauważyłam kilkoro ludzi przed majestatyczną budowlą, którzy czekali na nasze przybycie.

Czekali na mnie.

Taksówka się zatrzymała, a ja skupiłam wzrok na siostrze.

Robyn.

Stała przytulona do boku obejmującego ją ramieniem mężczyzny i wpatrywała się w taksówkę. Miała na sobie strój sportowy, twarz niemal bez makijażu i włosy związane w koński ogon.

Wyglądała przepięknie.

Zalała mnie fala wspomnień, co sprawiło, że miałam ochotę wyskoczyć z samochodu, rzucić się siostrze w ramiona, powierzyć jej wszystkie swoje troski i oddać się pod jej opiekę.

Wiedziałam jednak, że w obecnej sytuacji byłoby to niemożliwe.

Wobec czego przywołałam na twarz wymuszony uśmiech, z rozmachem otworzyłam drzwi i wysiadłam z taksówki. Oparłam dłoń na biodrze, przechyliłam wdzięcznie głowę i uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, żeby na moich policzkach ukazały się dołeczki.

– Cześć, siostrzyczko! – Puściłam do niej oko. – Stęskniłaś się za mną?

Rozdział drugi

Regan

Po zirytowanej minie Robyn poznałam, że powitałam ją w najgorszy możliwy sposób.

Znałam siostrę jak nikogo innego na świecie.

Wiedziałam, że pod złością kryje ból.

Spoważniałam i ignorując dwóch towarzyszących jej mężczyzn, podeszłam bliżej.

– Bo ja się za tobą stęskniłam – wyznałam.

Robyn wyswobodziła się z objęć Lachlana Adaira – oczywiście to był on – i skrzyżowała ramiona na piersi w obronnym geście.

– To dziwne, bo przez ostatnie półtora roku wcale na to nie wyglądało. Nie odezwałaś się po tym, jak mnie postrzelono, ani po tym, jak mój ojciec został ugodzony nożem, ani nawet po tym, jak Lucy Wainwright próbowała zamordować Lachlana i mnie.

Z wysiłkiem przełknęłam ślinę, starając się zachować spokój. Moja siostra była policjantką i została ranna na służbie. Od tego momentu życie wyrwało mi się spod kontroli. Robyn odeszła z policji, zajęła się biznesem fotograficznym i mniej więcej po roku od wypadku wyjechała do Szkocji, żeby odnaleźć ojca, Maca Galbraitha, i uregulować swoje kontakty z nim. Mama i tata twierdzili, że udało im się wszystko sobie wyjaśnić, chociaż przy okazji Robyn zakochała się w szefie i najlepszym przyjacielu Maca, Lachlanie Adairze.

Jeśli natomiast chodzi o Lucy Wainwright, to była ona słynną aktorką, zdobywczynią Oscara, członkinią klubu i przyjaciółką Lachlana. Z opowieści mamy wynikało, że Lucy chciała od Lachlana czegoś więcej niż przyjaźń, a kiedy się okazało, że nic z tego, zaczęła zostawiać w całej posiadłości wiadomości z pogróżkami. Sprawy przybrały dramatyczny obrót, kiedy przyłączył się do niej mechanik, jeden z pracowników posiadłości. To on ugodził Maca nożem, zaatakował Robyn, spychając jej samochód z drogi, a potem pomógł Lucy porwać Lachlana. Robyn odnalazła Adaira i z pomocą miejscowego farmera udało im się ujść cało prześladowcom. Mechanik nie miał tyle szczęścia. Lucy zabiła go tuż przed tym, jak podjęła próbę zamordowania mojej siostry. Aktorka stanęła przed sądem, co oznaczało, że Robyn również musiała brać udział w procesie, jako świadek.

Przez cały ten czas byłam nieobecna w jej życiu i nie miałam na to żadnego usprawiedliwienia.

W każdym razie żadnego przekonującego usprawiedliwienia.

Robyn była bardzo dzielna. Ja byłam zwykłym tchórzem.

– Ale teraz przyjechałam. – Otoczyłam ją ramionami i uściskałam.

Łzy zapiekły mnie pod powiekami, więc zamknęłam oczy. Wyczułam, że siostra zmieniła perfumy. Przez długie lata używała tego samego zapachu. Teraz pachniała inaczej.

I w ogóle robiła wrażenie innej osoby.

W moich objęciach pozostała sztywna i wyprostowana.

Dawno, dawno temu uścisk Robyn nie miał sobie równych.

Zdałam sobie sprawę, że nie odwzajemni mojego gestu, i z bólem serca wypuściłam ją z objęć. Wtedy ona wydała cichy, stłumiony jęk i objęła mnie mocno.

Łzy popłynęły mi z oczu, oparłam policzek o jej ramię i przywarłam do niej kurczowo. Przytuliła mnie tak ciasno, że ledwo mogłam oddychać, ale wcale mi to nie przeszkadzało.

– Czasami miałam ochotę cię zamordować – wyszeptała ochryple.

Usłyszałam ból w jej głosie, otworzyłam oczy i napotkałam chłodny wzrok Lachlana. Jego błękitne oczy się zwęziły, a mina ze srogiej zmieniła się w zatroskaną. Najwyraźniej dostrzegł coś w mojej twarzy. Zmieszana uwolniłam się z uścisku Robyn i żartobliwie klepnęłam ją w ramię.

– Gdybyś to zrobiła, na świecie zapanowałaby nuda.

Siostra przyglądała mi się uważnie swoimi przenikliwymi oczami. Zawsze zazdrościłam jej, że odziedziczyła po Macu takie piękne oczy. Podobnie jak moje, były duże i owalne, ale choć zwykle wydawały się piwne, ich kolor zmieniał się w zależności od nastroju Robyn i od otaczających ją kolorów. Moje były zwyczajnie brązowe.

– Nie chcę przeszkadzać, ale licznik tyka, ya ken – zawołał taksówkarz przez okno samochodu.

– Słucham? – Znów nie wszystko zrozumiałam.

– Licznik. Tyka. Ya. Ken – powtórzył głośno i dobitnie, jakbym była głucha.

Trzeba przyznać, że kiedy usłyszałam to wypowiedziane wolno i donośnie, wyłowiłam słowo „licznik” i dzięki temu domyśliłam się, o co mu chodzi.

– Cholera. Jasne. – Zerknęłam na Robyn. – Poczekaj, muszę mu zapłacić. – Ściszyłam nieco głos. – On jest trochę dziwny. Przez całą drogę gadał o jakimś Kenie. Jakby myślał, że wiem, co to za jeden.

Nagle w oczach Robin pojawiła się wesołość. Cicho parsknęła śmiechem.

– O co chodzi?

Znów parsknęła wesoło i wyjaśniła głosem drżącym z rozbawienia:

– On mówi „no wiesz”. Ken to po szkocku „wiedzieć”.

Roześmiałam się głośno z własnego błędu. Patrzyłyśmy na siebie szczerze rozbawione.

Po chwili na twarzy Robyn pojawiło się coś w rodzaju nieufności, a wesołe iskierki zgasły tak szybko, jak przed chwilą rozbłysły.

– Jock ureguluje rachunek. – Lachlan podszedł do nas i skinął głową do kogoś za moimi plecami.

Odwróciłam się i zobaczyłam Sierżanta sprzed Żelaznej Bramy, najwyraźniej znanego tu jako Jock. Właśnie płacił taksówkarzowi. Jakiś człowiek ubrany w nowoczesną wersję liberii wyjmował moją walizkę z bagażnika. Tutaj naprawdę było jak w Downton Abbey albo przynajmniej jak w jednej z posiadłości opisywanych w moich ukochanych romansach historycznych.

– Zostawiłam torebkę na tylnym siedzeniu – oznajmiłam, ale facet w liberii już ją wyjął z samochodu. – Dziękuję! – Pomachałam taksówkarzowi, a ten pożegnał mnie szerokim uśmiechem.

– Wiesz, wystarczyło po prostu odpowiadać na moje telefony – powiedziała Robyn. – Nie musiałaś się tłuc taki szmat drogi do Szkocji.

– Ależ musiałam. Chciałam się upewnić, że u ciebie wszystko w porządku. I musiałam sprawdzić, co cię tutaj tak urzekło. – Ukryłam, że jej wyprowadzka z Bostonu bardzo mnie zraniła.

Czy w ogóle o mnie pomyślała, kiedy postanowiła wyjechać na inny kontynent?

Własny egoizm czasami napawał mnie niesmakiem. Robyn nie była mi nic winna.

Na pewno przede wszystkim urzekł ją Lachlan, którego widziałam milion razy w różnych filmach. Mierzył ponad metr osiemdziesiąt i miał sylwetkę gwiazdy filmów akcji, podkreśloną przez dobrze dobrany strój. Obrazu dopełniały blond włosy w odcieniu piaskowym, policzki z lekkim zarostem i surowe rysy twarzy. Jednym słowem: ciacho.

Napotkałam wzrok wujka Maca.

Poczułam, że sztywnieję.

Wyglądał… zupełnie inaczej, niż się spodziewałam. Na pewno o wiele młodziej. Ale w końcu miał tylko jakieś czterdzieści pięć lat. Jednak nie wyglądał nawet na tyle. Równie wysoki i barczysty jak Lachlan, chyba jeszcze bardziej umięśniony, miał na sobie obcisły czarny T-shirt, który podkreślał zalety jego sylwetki. Szpakowate włosy lekko wiły się na karku. Podobnie jak Lachlan, nosił modny trzydniowy zarost.

Bardzo przypominał tego gościa, który grał w serialach Czysta krew i MagicMike. Nie wydawał się ani o rok starszy niż Adair.

Nie mogłam mówić do niego „wujku”. Brzmiałoby to dziwacznie.

– Rany, Mac, nie widziałam cię od wieków, a ty nic a nic się nie postarzałeś. – Z namysłem oszacowałam go wzrokiem. – Skoro Robyn ci przebaczyła, to pewnie i ja powinnam?

– Upłynęło wiele czasu, Regan. Martwiliśmy się o ciebie – odrzekł poważnie.

Mój uśmiech nieco zbladł.

– Martwiliście się o mnie? Ale po co? U mnie wszystko fantastycznie. – Zakręciłam pirueta i wskazałam na zamek. – I najwyraźniej u Robyn też. – Zerknęłam na siostrę. – Ma chłopaka z zamkiem. Fajnie.

– Narzeczonego – sprostowała Robyn, unosząc lewą dłoń.

Brylant na jej palcu zaiskrzył oślepiająco w słońcu.

Zatkało mnie.

Robyn się zaręczyła.

Miała wyjść za mąż za Lachlana Adaira.

Moja siostra zamierzała wziąć ślub, a ja nic o tym nie wiedziałam?

Już nigdy nie wróci do Bostonu.

Miałam ochotę na nią nawrzeszczeć, a Lachlanowi powiedzieć, żeby spierdalał. Dlaczego nie mógł sobie wybrać jakiejś innej z milionów kobiet, które dałyby się posiekać za znajomość z nim?

Prawdę mówiąc, wiedziałam dlaczego.

Takiej drugiej jak Robyn nie znalazłby na całym świecie.

Była wyjątkowa.

A ten drań złowił ją i zatrzymał dla siebie.

Teraz patrzył na mnie ostro, badawczo. Szybko opanowałam gniew, wzruszyłam ramionami i wyrzuciłam ręce w górę.

– Z takiej okazji należy otworzyć szampana! – zawołałam trochę zbyt piskliwie.

Moja siostra nie miała racji, kiedy przekonywała mnie, żebym nie uciekała do Nowego Jorku, żeby zostać aktorką. Byłaby ze mnie prawdziwa gwiazda sceny i ekranu.

Robyn i Lachlan nie poczęstowali mnie szampanem, tylko zapakowali do innego range rovera wraz z bagażem i powiadomili, że zatrzymam się w domu Adaira. Ta niemiła wiadomość zdenerwowała mnie, ale starannie ukryłam niepokój. W swojej naiwności założyłam, że Lachlan mieszka na terenie klubu.

Na terenie ściśle strzeżonym.

Tak nie było.

Nawet nie oprowadzili mnie po posiadłości, tylko od razu wywieźli poza teren klubu.

Stałam na skraju tylnego dziedzińca domu Lachlana – na trawiastym klifie wznoszącym się nad morzem – i przetrawiałam uczucie, którego się wstydziłam.

Zazdrość.

Rześki, chłodny wiatr owiewał moje ciało, szarpiąc i niebezpiecznie unosząc skraj krótkiej sukienki. Nie przejmowałam się tym. Kto mógł mnie tu zobaczyć? Dom narzeczonego mojej siostry znajdował się gdzieś na końcu świata. Gdyby nie to, że nieopodal stał identyczny dom, mogłabym pomyśleć, że trafiłam w najodleglejszy, całkowicie opustoszały zakątek planety.

„Narzeczony mojej siostry”.

Znów poczułam bolesną kluchę w gardle.

Napływające do oczu łzy sprawiały, że poczułam się mała i infantylna. Nie mogłam wyrzucić z pamięci obrazu Robyn tulącej się do Lachlana, kiedy ja czekałam na tylnym siedzeniu SUV-a. On pochylił ku niej czoło i powiedział coś cicho. Najwyraźniej chciał się upewnić, czy nic jej nie jest.

Nie usłyszałam, co odpowiedziała, ale to chyba nie była pozytywna odpowiedź. Pocałowali się przelotnie, ale z takim uczuciem, że musiałam odwrócić wzrok. Poczułam się jak podglądacz.

Nie chodziło o niezwykłe otoczenie, w jakim się znalazłam. Najbardziej wytrącał mnie z równowagi widok Robyn i Lachlana razem. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby była z kimś tak blisko. Patrzyła na niego, jakby był całym jej światem. A on odwzajemniał się tym samym.

Stłumiłam zazdrość.

Nie zazdrościłam jej, że odnalazła takie uczucie – zawsze jej tego życzyłam. Pragnęłam, żeby miała najwspanialsze, najbardziej spełnione życie, jakie można sobie wyobrazić. Jednak teraz poczułam, że tracę ją jeszcze bardziej niż dotychczas.

Narzeczony.

– Kiedy się zaręczyliście? – spytałam, gdy wsiedli do samochodu.

– Oświadczyłem się całkiem niedawno – odrzekł Lachlan.

Nastrój nieco mi się poprawił. Wcześniej podejrzewałam, że być może powiedziała rodzicom, ale zabroniła im przekazać tę nowinę mnie. Bolała mnie myśl, że mogłaby nie podzielić się ze mną tak ważną wiadomością.

Czyniło to ze mnie totalną hipokrytkę, ponieważ ja od ponad roku ukrywałam przed nią różne rzeczy.

Mimo wszystko. Robyn wychodziła za mąż.

I to na dodatek za samego Lachlana Adaira.

Wiedziałam, jaką kiedyś darzyła go niechęcią – winiąc go za to, że Mac ją porzucił – dlatego przeżyłam wstrząs, kiedy rodzice powiedzieli mi, że jest z nim w związku i zamieszkała w Szkocji.

Nasze drogi się rozeszły.

Życie potrafi zaskoczyć, prawda?

– Kto ty jesteś?

Drgnęłam zaskoczona.

Wysoki, dziecięcy głosik rozległ się gdzieś po prawej stronie.

Dziedziniec domu Lachlana nie był oddzielony ogrodzeniem od posesji sąsiada. Wydało mi się to dziwne. Jego piękny dom, starannie zaprojektowany w nowoczesnym stylu, stał nad wodą, tuż za terenem Ardnoch, w wiosce, którą Lachlan nazwał Caelmore.

Potrzebowałam chwili oddechu. Nie chciałam też, żeby siostra poznała, jak bardzo udawany jest mój beztroski nastrój. Zostawiłam więc bagaż w luksusowym pokoju gościnnym, do którego zaprowadził mnie Lachlan, zrzuciłam buty i przez szerokie, rozsuwane przeszklone drzwi na tyłach olbrzymiego salonu wyszłam na taras, który kończył się schodami prowadzącymi na trawnik ciągnący się aż na skraj klifu.

Wzdłuż brzegu urwiska pobudowano barierę zabezpieczającą. Spojrzałam na dwoje małych dzieci, które przyglądały mi się ciekawie, i domyśliłam się, że wzniesiono ją dla ich bezpieczeństwa. Oboje mieli ciemne włosy i byli ubrani w jasnoniebieskie sweterki z wyszytym na froncie emblematem. Dziewczynka miała na sobie niebiesko-czarną plisowaną spódniczkę, a chłopiec czarne spodenki. Mundurki szkolne.

– Cześć. – Uśmiechnęłam się szeroko i podeszłam bliżej. – Jestem Regan.

Chłopiec wyprostował się, mężnie wypiął pierś i chwycił młodszą dziewczynkę za rękę.

– Niestety, nie wolno nam rozmawiać z obcymi. – Mówił z ładnym angielskim akcentem, przez który tylko czasami przebijał szkocki ton, zwłaszcza kiedy wymawiał „t”.

Skinęłam głową, starając się nie roześmiać.

– To bardzo mądra zasada. Ale to wy pierwsi mnie zaczepiliście.

Chłopiec spojrzał zirytowany na swoją towarzyszkę.

– To wina Eilidh. – Ejli. Tak wymówił jej imię. – Eilidh, dobrze wiesz, że nie wolno nam tego robić.

Mała zupełnie nie zwróciła na niego uwagi. Gapiła się na moje stopy.

– Gdzie masz buty?

Poruszyłam palcami w chłodnej trawie i gestem wskazałam na dom.

– Zostawiłam je w środku.

Chłopiec zmarszczył czoło.

– Znasz wujka Lachlana i ciocię Robyn?

Poczułam się tak, jakbym dostała cios w żołądek.

– Ciocię Robyn? – powtórzyłam cicho.

Malec skinął głową.

– Zostanie żoną wujka, więc wolno nam ją tak nazywać.

Coś mnie ścisnęło w piersi.

– Mieszkacie tu obok?

Chłopiec rzucił mi podejrzliwe spojrzenie.

– Chyba nie powinienem odpowiadać na to pytanie. Nadal jesteś obca.

Roześmiałabym się w głos, gdyby nie to, że właśnie walczyłam z paraliżującą zazdrością i poczuciem krzywdy. Moja siostra wyjechała na koniec świata i stworzyła tu sobie nowe życie, w którym nie było dla mnie miejsca.

– Eilidh, Lewis! – dobiegł mnie niski męski głos, co rozproszyło moją uwagę.

Zmierzał ku nam wysoki, barczysty mężczyzna o nieco zaniedbanym wyglądzie. Stanął za dziećmi i opiekuńczo położył dłonie na ich ramionach.

– Kogo my tutaj mamy? – spytał, mierząc mnie wzrokiem.

Zbliżyłam się do niego i spostrzegłam, że jego spojrzenie powędrowało ku moim bosym stopom. Mogłabym przysiąc, że wargi mu zadrżały z rozbawienia, ale trudno było to stwierdzić z pewnością, ponieważ jego usta otaczała gęsta broda w kolorze brązu.

– Hej. – Wyciągnęłam ku niemu dłoń. – Jestem Regan Penhaligon.

Jego niebieskoszare oczy nieco się zwęziły, ale szybko ujął moją rękę i uścisnął ją mocnym, zdecydowanym ruchem. Wyczułam, że skórę dłoni ma stwardniałą i szorstką.

– Jesteś siostrą Robyn?

– Owszem. – „A ty?”.

– Nazywam się Thane i jestem bratem Lachlana – odpowiedział na moje niezadane pytanie. – A to moje dzieci: Eilidh i Lewis. Mieszkamy tu obok. Robyn nie wspominała, że masz przyjechać.

Z uśmiechem wzruszyłam ramionami.

– Zrobiłam jej niespodziankę – odrzekłam beztrosko.

Jego oczy zmieniły kolor na chłodny błękit.

– Rozumiem – odrzekł.

Odniosłam wrażenie, że rzeczywiście rozumie sytuację.

Ze wstydu chciałam zapaść się pod ziemię.

Nie byłam głupia. Nie tylko Robyn odnosiła się do mnie z chłodną rezerwą. Mac i Lachlan traktowali mnie równie ozięble. Zasłużyłam sobie, ale i tak było to okropne. Najwyraźniej Robyn powiedziała Lachlanowi i Macowi, jak ją zawiodłam, a Lachlan pewnie rozgłosił tę wieść wśród swojej rodziny.

– Czy to nie cudownie? – Uśmiechnęłam się nieszczerze. – Pierwszy raz jestem w Szkocji. A tak przy okazji, te domy są wspaniałe.

– Tata je zaprojektował – wtrącił Lewis. – Jest arki… architektem. Ja też kiedyś zostanę architektem, jak tata!

Ho, ho!

Zobaczyłam Thane’a w nowym świetle. Z wyglądu przypominał raczej drwala. Miał gęste blond włosy w odcieniu piaskowym, ciemniejszą brodę, zdecydowanie wymagającą przystrzyżenia, i niedbały strój, który nie miał wiele wspólnego z szykiem, jakiego się oczekuje od właściciela wiejskiej posiadłości. Robiony grubym ściegiem sweter swoje najlepsze dni miał już za sobą, a dżinsy były tak wyblakłe i znoszone, że aż dziw, że się nie rozpadły. Na nogach miał zabłocone buty trekkingowe.

Trudno było przypuszczać, że to niezwykle utalentowany architekt.

Jednak kto jak kto, ale ja powinnam pamiętać, że nie należy sądzić ludzi po pozorach.

– Są niesamowite – rzekłam z niekłamanym zachwytem. – Te domy są naprawdę piękne. – Sąsiadujące ze sobą posesje były niemal identyczne, choć na każdej, oprócz głównego domu, stał drugi budynek innej wielkości, zbudowany z takich samych materiałów.

Ten na terenie Thane’a był trochę większy i wyglądał na domek dla gości.

– Dziękuję – odparł niepewnie.

– Tatusiu, czy ja też mogę zdjąć buty? – zapytała go nagle córka.

– Chodzenie boso jest całkiem przyjemne – powiedziałam z uśmiechem.

– Przeziębisz się. – Thane potrząsnął głową. – Zresztą już pora na podwieczorek. – Poprowadził dzieci w stronę domu.

Zaciekawiło mnie, gdzie jest ich matka. Czy czeka na nich w domu z herbatą?

– Thane! – Głos Lachlana niósł się daleko i donośnie.

– Wujek Lachlan! – Eilidh pomknęła przed siebie jak strzała.

Lachlan szybko zbiegł ze schodów tarasu i chwycił bratanicę w ramiona. Przez silny wiatr nie słyszałam, co mówili, ale cokolwiek to było, wywołało u dziewczynki nieopanowany wybuch śmiechu. Lachlan wziął ją na ręce i z uśmiechem ruszył ku nam. Teraz wyglądał jak znany z ekranów gwiazdor o uroczym, chłopięcym uśmiechu. Znów przypomniałam sobie, że narzeczony mojej siostry jest sławny, a to, jak odnosił się do swojej małej bratanicy, dodało mu tonę wdzięku.

– Widzę, że poznałeś już Regan? – zapytał Thane’a.

Kiedy bracia stanęli obok siebie, zauważyłam, jacy są podobni. Lachlan był o kilka centymetrów wyższy, miał bardziej niebieskie oczy, ale obaj wyróżniali się surową, skandynawską urodą. Podejrzewałam, że w ich szkockich żyłach płynie trochę krwi wikingów.

Spojrzeli na siebie, porozumiewając się bez słów, ale ja jestem bardziej spostrzegawcza, niż się powszechnie uważa. Moje przybycie ich nie ucieszyło. Poznałam to po zaciśniętych szczękach Lachlana i podejrzliwej minie Thane’a.

Udając, że mam to gdzieś, uśmiechnęłam się do Eilidh. Siedziała zadowolona na rękach u wujka i wpatrywała się we mnie swoimi pięknymi, wielkimi, niebieskoszarymi oczami. Podniosła małą rączkę, jakby chciała dotknąć mojego policzka.

– Co się dzieje z twoimi policzkami, kiedy się uśmiechasz?

– Niby co? – zapytałam, choć dobrze wiedziałam, o czym mówi.

Po ojcu odziedziczyłam dołeczki.

– To! – Chichocząc, wskazała na mój lewy policzek.

– Eilidh, to są dołeczki – wyjaśnił jej Thane.

– Ale skąd się biorą? – dociekała.

Może przez to, że byłam w Szkocji i ludzie wokół mówili ze szkockim akcentem, przypomniała mi się historyjka, z której pomocą Mac kiedyś wyjaśnił pochodzenie moich dołeczków.

– Podarowały mi je wróżki. Kiedy przybywają do naszego świata z Zaczarowanej Krainy, nie chcą, żeby ludzie je rozpoznali. A łatwo je rozpoznać po czarodziejskim pyle, który stale noszą przy sobie. Stworzyły więc w moich policzkach te małe dołeczki, żeby chować w nich czarodziejski pył.

– Naprawdę? – Eilidh patrzyła na mnie zdumiona.

Skinęłam głową.

– Wcale nie – zaprotestował Lewis. – Wróżki nie istnieją.

– A właśnie że istnieją! – gwałtownie zaprotestowała dziewczynka. – Wujek Mac mi mówił!

Starałam się nie zdenerwować tym, że Mac, zostawiwszy Robyn w Bostonie, rozpoczął nowe życie w Szkocji, gdzie obce dzieci nazywały go wujkiem.

– To właśnie Mac opowiedział mi o wróżkach i zaczarowanym pyle. – Napotkałam ostre spojrzenie Lachlana i mój uśmiech zbladł.

Odwróciłam wzrok i dostrzegłam w oczach Thane’a błyski zaciekawienia.

– Wiecie co, jestem trochę głodna. – Ruszyłam w stronę domu.

– Właśnie dlatego tu przyszedłem. – Lachlan zwrócił się do Thane’a. – Robyn zamówiła tyle jedzenia, że moglibyśmy nakarmić całą armię. Chcesz do nas dołączyć z dziećmi? Zamówiła wszystko, od chińszczyzny po nuggetsy.

– Nuggetsy! – wykrzyknęła Eilidh z żywiołowym entuzjazmem.

Od lat nie doświadczyłam takiego uczucia. Lachlan skrzywił się lekko, ale ramiona trzęsły mu się ze śmiechu.

– Jesteś pewien, że powinniśmy? – zapytał go brat, na moment zatrzymując na mnie wzrok.

– Ależ oczywiście. Dzięki obecności dzieci Robyn oderwie się od swoich kłopotów.

Czyli ode mnie?

Zabolało.

– Sam nie wiem.

– Tato, proszę. – Lewis pociągnął go za sweter.

– Nuuuggeeetsy – zawołała Eilidh z zabawnie zmienionym niskim głosem i wbiła świdrujący wzrok w ojca. – Z kuuurczaaaka!

Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, a napięcie gdzieś się ulotniło.

Może rzeczywiście dzieci to świetny sposób na oderwanie się od kłopotów.

Rozdział trzeci

Regan

„Gdzie się podziewa żona Thane’a?”. Myślałam o tym, kiedy całe towarzystwo nakładało sobie na talerze porcje jedzenia wystawionego na kuchennej wyspie, a potem sadowiło się przy dużym stole w części jadalnej. Nikt nie zaproponował, żeby żona Thane’a do nas dołączyła, więc założyłam, że jest rozwodnikiem. Nie nosił obrączki.

Eilidh właśnie pokazywała ojcu, co ma jej nałożyć na talerz, kiedy coś mi przyszło do głowy.

– A może masz ochotę na nuggetsowy wianuszek z puree ziemniaczanym?

Dziewczynka zerknęła na mnie z zaciekawioną miną.

– A co to takiego?

Spojrzałam pytająco na Thane’a.

– Mogę? – Skinął głową i odstąpił od bufetu. – Dobrze. – Wstałam zza stołu i podeszłam do Eilidh. – Z nuggetsów potrafię wyczarować ze dwadzieścia różnych posiłków.

– To prawda – przytaknęła Robyn, uśmiechając się nostalgicznie, co od razu wprawiło mnie w lepszy nastrój. – Regan zatrudniano jako babysitterkę do wszystkich dzieci z okolicy, a potem przez kilka lat pracowała w lecie jako niania. Jest bardzo kreatywna, potrafi na wiele różnych sposobów podać jedzenie zamówione na wynos.

Odkąd skończyłam trzynaście lat, pracowałam jako babysitterka okolicznych dzieci. Tak dorabiałam sobie w szkole średniej. Lubiłam dzieci. Były takie słodkie, zabawne i szczere. Z tego powodu zaczęłam pracować jako niania, kiedy rodziny poszukiwały opieki do dzieci na czas wakacji. Robiłam to każdego lata między osiemnastym a dwudziestym drugim rokiem życia.

– To zaskakujące, że pracowała jako opiekunka do dzieci – wymamrotał Lachlan.

Jego niedowierzanie wywołało u mnie odruch obronny.

– Niby dlaczego? – Mój nieco ostrzejszy ton wcale go nie zaniepokoił.

– Nie sprawiasz wrażenia osoby odpowiedzialnej.

– Lachlan – rzuciła ostrzegawczo Robyn.

Nie chciałam, żeby stawała w mojej obronie. Przecież to ją zawiodłam najbardziej i przez to czułam się jak ostatnia łajza.

– Widzę, że moja siostra nakładła ci do głowy tych samych bzdur, którymi karmili ją rodzice.

Lachlan uniósł brew, a Robyn wyraźnie zesztywniała. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale ja odwróciłam wzrok i uśmiechnęłam się do córki Thane’a.

– A teraz uwaga. Tylko się nie denerwuj. Zaraz pokroję nuggetsy na mniejsze kawałki.

Eilidh spojrzała na mnie ze zdziwieniem, ale ufnie skinęła głową.

Chociaż od siedzących w pokoju dorosłych emanowało napięcie, uśmiechnęłam się wesoło i szybko nałożyłam do miski porcję purée ziemniaczanego. Potem ułożyłam wokół niego kawałki kurczaka. Nie mieliśmy sosu, ale znalazł się ketchup. Pokazałam jej butelkę.

– Lubisz?

Przytaknęła i rozłożyła szeroko ramiona.

– Taaak bardzo!

Parsknęłam śmiechem, polałam ketchupem ziemniaki z nuggetsami i zaniosłam jej do stołu.

– Smacznego.

Zabrała się do jedzenia z takim zachwytem, jakbym podała jej jakieś królewskie danie. Thane podziękował mi skinieniem głowy i również zaczął jeść.

Usiadłam obok Lewisa, naprzeciwko Robyn.

– Następnym razem pokażę ci, jak się robi nachosy z nuggetsami z kurczaka.

– Też bym chciał zobaczyć – odezwał się Lewis.

– Nie ma sprawy.

Chłopiec skinął głową i ugryzł kęs hamburgera. Robyn rzeczywiście zamówiła wszystko, co tylko się dało.

– Co jeszcze umiesz zrobić? – dopytywał Lewis, przeżuwając jedzenie.

– Proszę, najpierw połknij, potem mów – pouczył go Thane tonem, który sugerował, że nie pierwszy raz wygłasza te słowa.

– Regan potrafi zrobić wszystko, na co może mieć ochotę typowy sześciolatek – zapewniła moja siostra.

– Prawdę mówiąc, moje umiejętności kulinarne trochę się poprawiły od czasów szkoły średniej. Odbyłam kilka kursów gotowania, kiedy podróżowałam po Europie i Azji.

– Kursy gotowania w Europie i Azji! – Robyn gwizdnęła cicho. – Co za wyrafinowanie!

Na szczęście odezwała się Eilidh i nie musiałam odpowiadać na tę zaczepkę.

– Jakie to dooobre! – Dla podkreślenia swojego zachwytu uderzyła widelcem w stół.

– Naprawdę? Mogę spróbować?

Z entuzjazmem kiwnęła głową i podsunęła mi miskę. Nabrałam na widelec polane ketchupem ziemniaki z kawałkiem nuggetsa i przełknęłam. Musiałam się z nią zgodzić.

– Rzeczywiście, bardzo dooobre!

Odpowiedziała uśmiechem, najbardziej promiennym, jaki kiedykolwiek widziałam. Po chwili znów się odezwała.

– Podoba mi się twój lakier – stwierdziła, niespodziewanie zmieniając temat, jak to często robią dzieci. – Pomalujesz mi paznokcie?

– No, nie wiem. To zależy od twojego taty.

Thane potrząsnął głową.

– Jesteś za mała na lakier do paznokci.

– Ale tatooo!

Przeczuwając nadciągający wybuch złości, interweniowałam:

– Lakieru zaczniesz używać, kiedy będziesz starsza. Ale mogę ci zapleść kłosa.

– A co to jest kłos?

– Warkocz – wyjaśniłam, używając amerykańskiego wyrazu.

Mała patrzyła na mnie niepewnie.

Ze zdziwieniem uniosłam brew. Czyżby mama nie zaplatała jej włosów?

Thane wypowiedział w jej kierunku jakieś nieznane mi słowo, ale Eilidh wyraźnie go zrozumiała.

Dotarło do mnie, że zaszło tu nieporozumienie kulturowe. Szkoci na warkocz mówią inaczej niż Amerykanie, pleat, podobnie jak ken znaczy tutaj „wiesz”. Zapamiętałam to sobie.

– Później mogę zapleść ci włosy. Kłos wygląda bardzo ładnie. Przypomina ogon syrenki.

– Uwielbiam syrenki! – ucieszyła się Eilidh, a jej oczy zrobiły się okrągłe z podekscytowania.

Była taka słodka, że można ją było schrupać w całości.

– Lucy kiedyś próbowała mi zapleść warkocz, ale stwierdziła, że moje włosy za bardzo się kręcą – dodała cicho.

Chciałam ją uspokoić, że bez problemu opanuję jej loki, ale zauważyłam, że przy stole zapadło pełne napięcia milczenie.

Po chwili zrozumiałam dlaczego.

Lucy.

Czy miała na myśli Lucy Wainwright?

Cholera.

I dlaczego to gwiazdka ekranu chciała spleść włosy Eilidh, a nie matka dziewczynki?

– Jesteś taka głupia – warknął jej brat, czerwieniejąc z emocji. – Tata zabronił nam rozmawiać o Lucy.

Buzia dziewczynki wygięła się w podkówkę.

– Lewis, nic takiego nie mówiłem. I nie odzywaj się do siostry tak niegrzecznie. – Thane zgromił syna wzrokiem.

Lewis miał taką minę, jakby ktoś wymierzył mu policzek.

– Ale przecież mówiłeś…

– Źle mnie zrozumiałeś. – Thane westchnął ze znużeniem. – Nie wolno wam odzywać się do siebie w ten sposób. Dobrze?

Spostrzegłam, że w oczach Eilidh pojawiły się łzy, więc szybko postanowiłam odwrócić jej uwagę.

– Mogę ci zapleść warkocz jutro do szkoły.

Od razu się wypogodziła.

– Naprawdę?

Skinęłam głową.

– Jutro jest sobota – przypomniał mi Lewis obrażonym tonem, nie podnosząc wzroku znad talerza.

Ojciec patrzył na niego z głęboką troską.

„Rany! Co się tutaj dzieje?”.

– Zgadza się – potwierdziłam. – Ale mogę zapleść Eilidh warkocz, kiedy tylko zechce.

– Nawet jutro? – Niecierpliwie podskoczyła na krześle. – Chcę mieć taki warkocz jak ogon syrenki!

– Oczywiście. Jesteśmy umówione. – Lekko trąciłam Lewisa łokciem. – No właśnie. Szkoła. W którym jesteś oddziale?

Podniósł na mnie zdziwiony wzrok. Policzki miał nadal czerwone po reprymendzie od ojca.

– W którym oddziale? – zapytał niepewnie.

– W której klasie – wyjaśniła Robyn.

– Właśnie zacząłem trzecią podstawówki*.

– Zacząłeś?

– Rok szkolny trwa od początku minionego tygodnia.

– Ach, tak. Trzecia podstawówki. Czyli ile masz lat? Osiem? Dziewięć? – Zgadywałam, kierując się jego wzrostem.

Oczy zalśniły mu radośnie.

– Siedem.

– Jesteś wysoki jak na siedmiolatka. Pewnie odziedziczyłeś to po tacie i wujku, co?

Lewis przytaknął z zadowoloną miną.

– A ty w której klasie jesteś? – zapytałam Eilidh z uśmiechem.

– Pięć! – Rozstawiła palce prawej dłoni.

Jej brat zachichotał.

– Eils, nie chodzi o wiek, tylko o klasę. Ona jest w pierwszej. To był jej pierwszy tydzień w szkole.

– No, no! Czyli ten tydzień był dla ciebie bardzo ważny?

Szybko skinęła głową, przeżuwając jedzenie.

Była taka słodka.

– Trafiła jej się najlepsza nauczycielka, pani Hansen. – Lewis skrzywił się lekko. – Mnie się trafiła pani Welsh.

– Nie lubisz pani Welsh?

Zmarszczył nos.

– Ciągle zrzędzi, nie lubi chłopców i czepia się, kiedy ktoś nie zna odpowiedzi na pytanie. No i śmierdzi.

Thane westchnął ciężko. Domyśliłam się, że ma ochotę skarcić chłopca za obrażanie nauczycielki, ale po nieprzyjemnym zajściu sprzed chwili nie chciał narażać go na kolejny trudny moment.

– Rzeczywiście śmierdzi czy tylko tak mówisz, ponieważ jej nie lubisz?

Zastanowił się chwilę nad pytaniem.

– Connor tak twierdzi.

– A kto to jest Connor?

– Jeden z moich kolegów.

– Czyli dlatego, że on tak powiedział, wszyscy inni tak twierdzą?

Skinął głową.

– A czy to prawda?

– Chyba nie. Ale wszystko inne to prawda – odrzekł, wzruszając ramionami.

– Rozumiem. Cóż, to okropne, że pani Welsh gdera i jest wiecznie niezadowolona, ale nie powinno się o innych mówić rzeczy, które nie są prawdziwe. Tak?

– Czyli powinienem przestać tak mówić? – zapytał po chwili.

– Właśnie. To byłoby właściwe postępowanie. Dobre i miłe.

– Ale mogę mówić, że jest wredna? Bo to prawda!

Tłumiąc śmiech, odrzekłam dyplomatycznie:

– Jeśli to prawda, to owszem, możesz. Dobrze jest być szczerym, zwłaszcza jeśli ktoś się ciebie czepia, bez względu na wiek tej osoby. Zawsze jednak powtarzam, że nieżyczliwość trzeba zwalczać życzliwością. Kiedy w życiu napotkasz kogoś, kto nie jest dla ciebie zbyt miły, nie należy zniżać się do jego poziomu i odpłacać tym samym. A czasami, kiedy jesteś miły dla kogoś, kto zachowuje się wobec ciebie nieuprzejmie, zdarza się, że ta osoba zmienia nastawienie na bardziej przyjazne. Tak?

Zaskoczyło mnie, że ten siedmioletni chłopiec słuchał mnie w takim skupieniu. Lewis po prostu spijał słowa z moich ust i widać było, że przetwarza je w myślach.

– Tak – przytaknął w końcu.

Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że wokół stołu zapadła cisza. Podniosłam głowę i zobaczyłam troje wpatrzonych we mnie dorosłych. Thane patrzył z wdzięcznością, Lachlan – z zaskoczeniem, a siostra – z miną wyrażającą dumę, ale i smutek.

Ten smutek sprawił mi ból.

– Skończyłam! – zawołała Eilidh, przerywając ciszę.

Policzki miała umazane ketchupem. Spojrzałam na nią z wdzięcznością.

– Zjadłaś trochę czy wszystko rozmazałaś sobie na policzkach?

Oczy dziewczynki rozbłysły radośnie. Uderzyła dłonią w stół i zaniosła się głośnym, rechotliwym śmiechem. Było to tak zaraźliwe, że wszyscy zaczęliśmy radośnie chichotać.

Szkoda, że magia Eilidh nie działała dłużej.

Wkrótce potem Thane i dzieci wyszli, a ja na odchodnym obiecałam, że wpadnę do nich rano, żeby zapleść Eilidh warkocz. Dopadł mnie jet lag, co natychmiast wyczuła Robyn.

– Pomogę ci w zmywaniu – zaproponowałam po raz tysięczny, patrząc, jak ona i Lachlan porządkują kuchnię.

– Mamy zmywarkę – powtórzyła. – Widać, że jesteś zmęczona. Idź spać.

Rzeczywiście, powieki mi opadały, więc spełniłam jej polecenie i poszłam na górę. Nie pamiętam, jak przebrałam się w piżamę i weszłam do łóżka.

Kilka godzin później jakiś mechaniczny dźwięk przedarł się do mojej świadomości. Kiedy z wysiłkiem otworzyłam oczy, oślepiło mnie wpadające do pokoju światło. Dopiero po minucie uświadomiłam sobie, gdzie jestem.

Jęknęłam cicho, mrużąc oczy przed łagodnym światłem dnia, przewróciłam się na bok w niezwykle wygodnym łóżku i po omacku sięgnęłam po telefon leżący na nocnym stoliku. Sprawdziłam godzinę na wyświetlaczu. Szósta rano.

Zaciemniające rolety otwierały się automatycznie o wyznaczonej porze.

Tą porą była szósta rano.

– Trzeba będzie coś z tym zrobić – wymamrotałam gderliwie i usiadłam w pościeli.

Dopiero wtedy zauważyłam powiadomienie na telefonie.

Zobaczyłam tylko słowo „Austin” i natychmiast ogarnęły mnie mdłości.

„O, nie! Skąd on miał mój adres mailowy?”.

Trzęsącymi się palcami otworzyłam skrzynkę mailową i z ulgą spostrzegłam, że to tylko jakiś głupi spam – reklama zniżki na wycieczkę pieszo-rowerową w pobliżu Austin, w stanie Teksas.

– Ożeż kurde – wymamrotałam, opierając głowę na dłoniach.

Upłynęło pięć miesięcy, odkąd dostałam ostatni e-mail od Austina. Pięć miesięcy temu w końcu pozbyłam się go ze swojego życia. Nie mógł mnie więcej kontrolować i nękać. Zlikwidowałam stary adres mailowy, profile w mediach społecznościowych, zmieniłam numer komórki i zaczęłam sama przed sobą udawać, że ten facet nigdy nie istniał.

To jego ostatnia wiadomość w końcu obudziła we mnie ducha walki. Ta wariacka treść wbiła mi się w pamięć.

Moja piękna, znów nie mogę zasnąć. Ileż to godzin snu przez Ciebie straciłem? Jesteś mi winna te godziny. W tym czasie powinienem być w Tobie, patrzeć, jak dochodzisz do szczytu, wydając te swoje słodkie dźwięki. Mam ochotę surowo ukarać Cię za to, że przez Ciebie właśnie tak się czuję. To Twoja wina, że jestem taki pokręcony. Zmusiłaś mnie, żebym się w Tobie zakochał. Przez Ciebie tak się za Tobą uganiam. Ale kiedy Cię znajdę, kiedy odnajdziemy się nawzajem, zrozumiesz to, co ja już zrozumiałem. Jesteśmy sobie przeznaczeni. Nigdy bym Cię nie skrzywdził. Wszystko, co mówię czy robię, jest po to, żebym mógł bezpiecznie zatrzymać Cię przy sobie.

Nie mogę się doczekać chwili, kiedy znów będziemy się kochać.

Ale nie myśl, że ominie Cię kara. Ciągle sobie wyobrażam, jak cię ostro przelecę, żebyś poczuła taki sam ból, jaki ja teraz czuję. Na samą myśl o tym mi staje.

Widzisz, co ze mną robisz?

Kocham Cię, Regan. Tak bardzo Cię kocham. Zrozumiesz to już wkrótce.

Z wyrazami miłości,

Austin

Przypomniałam sobie poranek w motelowym pokoju w Kalifornii, kiedy otworzyłam ten e-mail i poczułam jeszcze silniejsze mdłości. Odrzuciłam telefon na drugi koniec łóżka, pobiegłam do łazienki i padłam na kolana przy muszli klozetowej.

Chociaż szarpały mną torsje, nie mogłam zwymiotować.

Męczyłam się tak chyba przez całe wieki. Dygotałam, ze złością ocierając łzy płynące po policzkach.

Na samo wspomnienie tego poranka czułam mdłości i narastającą furię.

Oparłam się o ścianę wyłożoną brudnymi kaflami, objęłam się ramionami i starałam zdusić szlochanie.

Nigdy przedtem nie czułam do nikogo nienawiści.

Austin był pierwszy.

Nie wiedziałam, że można do tego stopnia zatruć komuś innemu życie, że uporczywe prześladowanie może zdominować wszystko, co robisz i o czym myślisz. Jak to może wpływać na twoje decyzje. I wtedy właśnie postanowiłam, że to się musi skończyć. Wróciłam do Bostonu. Sądziłam, że pozbyłam się go ze swojego życia.

Ale on wrócił.

Wyjazd do Szkocji, do Robyn, był dla mnie nowym początkiem. Zostawiłam całe to gówno związane z Austinem w Bostonie.

Chwiejnym krokiem przeszłam do bajeranckiej łazienki (całej w marmurach i złotej armaturze), a po chwili wolno wróciłam do sypialni. Widok za oknem odciągnął moje myśli od ponurej przeszłości.

– O kurczę! – Podeszłam do sięgającego od podłogi do sufitu okna, wychodzącego na morze.

Wczoraj było jasno i słonecznie. Teraz za oknem panowała poranna szarość, a nad wodą wisiała mgła. Nic jednak nie mogło zepsuć piękna tego widoku. Gdybym była malarką, całymi dniami siedziałabym przy tym oknie, kładąc farby na płótno.

Niestety, etap fascynacji malarstwem trwał u mnie dość krótko. Dokładnie po trzech dniach zdałam sobie sprawę, że nie mam za grosz talentu, a moje zainteresowanie tym rodzajem twórczości nie było prawdziwe.

Zauważyłam jakiś ruch za oknem i zobaczyłam, że ubrana w sportowy strój Robyn zbliża się do domu od zachodniej strony. Może wracała z plaży? Nie zdziwiłabym się, gdyby wstała o świcie tylko po to, żeby pobiegać. Pewnie z mojego powodu. Bieganie zawsze pomagało jej się skoncentrować i uspokoić.

Myśląc o swojej silnej siostrze, zerknęłam na telefon leżący na łóżku.

Kiedy Robyn miała piętnaście lat, chłopak, z którym się umówiła, zaczął ją napastować seksualnie podczas randki.

Nie dała mu wygrać. Nie pozwoliła, żeby jego zachowanie wpędziło ją w poczucie bezsilności. Wręcz przeciwnie, poczuła się silniejsza.

Robyn uprawiała mieszane sztuki walki – MMA.

Nigdy przedtem nie interesowałam się sportem. Lubiłam jogę i pilates, ale to był największy wysiłek fizyczny, do jakiego się kiedykolwiek zmuszałam. Szczerze mówiąc, wolałam utrzymywać formę, prowadząc naturalnie aktywne codzienne życie.

Jednak osiem miesięcy temu zaczęłam rozumieć, skąd wzięła się u Robyn nagła potrzeba nauki samoobrony.

– Dzień dobry – zawołałam wesoło, wchodząc do kuchni.

Wcześniej szybko wzięłam prysznic i ubrałam się w nadziei, że uda mi się złapać siostrę i jej narzeczonego, zanim wyjdą z domu.

Na szczęście oboje siedzieli przy kuchennej wyspie i sączyli poranną kawę.

– Dzień dobry. – Robin zeskoczyła ze stołka. – Zaraz naleję ci kawy.

– Nie trzeba. Mogę to zrobić sama. – Machnęłam beztrosko ręką, przechodząc przez ich luksusową kuchnię. – Pomyślałam sobie, że mogłabyś mnie nauczyć MMA.

Za moimi plecami zapadło milczenie. Odwróciłam się zaskoczona.

Robyn zamarła nad kubkiem z kawą, a Lachlan mierzył mnie uważnym spojrzeniem.

– No co? – zapytałam nieco zaczepnie.

Bałam się, że siostra już się domyśliła, dlaczego ją o to proszę.

– Chcesz uprawiać MMA?

– Tak. – Wzruszyłam ramionami, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego.

– Przecież nie znosisz sztuk walki. I w ogóle sportu.

– No cóż. – Oparłam się o kuchenny blat. – Pomyślałam sobie, że miło by było robić coś wspólnie, spędzać razem więcej czasu.

– To jedyny powód? – Robyn zmarszczyła czoło, wyraźnie zatroskana.

Postanowiłam wyznać coś zbliżonego do prawdy, co powstrzymałoby dalsze pytania.

– Kiedy podróżowałam po Azji, zaczepił mnie jakiś nachalny facet. Gdyby nie pojawił się inny chłopak, to nawet nie chcę myśleć, co mogłoby się wydarzyć. Teraz mi się przypomniało, jaka z ciebie twardzielka, i doszłam do wniosku, że też powinnam nauczyć się samoobrony.

Robyn ruszyła w moją stronę.

– Wszystko w porządku? Na pewno nie zaszło wtedy nic gorszego niż to, co nam mówisz?

Chwyciłam jej dłoń i uścisnęłam z uśmiechem.

– Ciągle się o coś zamartwiasz. Było tak, jak powiedziałam.

Patrzyła na mnie badawczo.

– Coś się tu nie zgadza. Potrafię wyczuć takie rzeczy.

Puściłam jej dłoń.

– To dlatego, że na razie sprawy między nami nie układają się jak należy, i tyle. Staram się, żebyśmy jak najszybciej miały to za sobą. Pomyślałam, że pomoże nam, jeśli będziemy spędzać razem więcej czasu.

Nagle w jej oczach pojawił się chłód. Skrzyżowała ramiona na piersi.

– Jak długo zamierzasz zostać?

– Chyba tak długo, jak będę mogła, zgodnie z prawem. – Zerknęłam na Lachlana. – Nie masz nic przeciwko?

Spojrzał na Robyn.

– Jeśli tylko twojej siostrze nie będzie to przeszkadzało, to ja nie widzę przeszkód.

Odezwałam się, zanim Robyn zdążyła odpowiedzieć.

– Poszukam sobie jakiejś pracy, wynajmę mieszkanie, żeby nie siedzieć wam na karku i nie pasożytować na tobie i twoim chłopaku.

– Narzeczonym – poprawiła mnie z grymasem niezadowolenia. – I wcale byś nam nie przeszkadzała. Chcę, żebyś mieszkała z nami. – „Żebym mogła mieć cię na oku”. Tego jednak nie dodała.

– Będę płacić czynsz. Kiedy tylko znajdę pracę. Nie wiecie czasem, czy gdzieś kogoś szukają? – zapytałam.

Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że Lachlan zaproponuje mi posadę kelnerki w klubie. Albo jakąkolwiek inną pracę.

Ale on powiedział tylko:

– Popytam we wsi.

Czyżby naprawdę nie miał wolnej posady?

A może nie chciał, żebym pracowała w jego ekskluzywnej posiadłości?

Podejrzewałam, że chodzi o to drugie. A to oznaczało, że mi nie ufa.

Super.

Czekało mnie trudne zadanie.

* Do szkoły podstawowej (Primary School) w Szkocji idą już dzieci pięcioletnie, a nauka po wakacjach rozpoczyna się w trzecim tygodniu sierpnia.

Rozdział czwarty

Thane

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Podziękowania
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Rozdział dziesiąty
Rozdział jedenasty
Rozdział dwunasty
Rozdział trzynasty
Rozdział czternasty
Rozdział piętnasty
Rozdział szesnasty
Rozdział 17
Rozdział osiemnasty
Rozdział dziewiętnasty
Rozdział dwudziesty
Rozdział dwudziesty pierwszy
Rozdział dwudziesty drugi
Rozdział dwudziesty trzeci
Rozdział dwudziesty czwarty
Rozdział dwudziesty piąty
Rozdział dwudziesty szósty
Rozdział dwudziesty siódmy
Rozdział dwudziesty ósmy
Rozdział dwudziesty dziewiąty
Rozdział trzydziesty
Rozdział trzydziesty pierwszy
Rozdział trzydziesty drugi

Tytuł oryginału: There with you

Copyright © by Samantha Young, 2021

Copyright © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2022

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Tłumaczenie: Ewa Górczyńska

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Anna Brzezińska, Beata Wójcik

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Katarzyna Ewa Legendź

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

ISBN 978-83-8251-283-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.slowne.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek