Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 270 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nigdy dość. Mirakle - Andrzej Czcibor-Piotrowski

 

Dalszy ciąg głośnych powieści "Rzeczy nienasycone" (finał nagrody NIKE 2000) i "Cud w Esfahanie".

Początek roku 1945, wojna dobiega końca. Andrzej wraz z grupą kilkunastu chłopców z Esfahanu przebywa drogę z Port Saidu do Edynburga. Celem podróży jest Anglia, ale tymczasem młodzieńców czeka kilkutygodniowy pobyt w Szkocji. W tamtejszej Szkole Morskiej i Szkole Podchorążych, wśród nowych kolegów, dwóch pielęgniarek i mądrego jezuity, Andrzej coraz lepiej poznaje siebie. Staje się bardziej dojrzały i świadomy, jednak dalej ulega żywiołowi fantazji i nienasyconemu, rozbuchanemu Erosowi. Niemal fizycznie doświadcza chłopięctwa i dziewczęcości. Przeszłość nieustannie powraca pod postacią matki, a przyszłość przepowiada baśniowa, tajemnicza Morag.

W przededniu swoich szesnastych urodzin bohater przeżywa wielkie wtajemniczenie, a wkrótce potem płynie do Polski. Wraca do domu, do ojca, do rodziny. Kończy się przymusowe wygnanie. To powrót do „normalności".

"Nigdy dość" to zwieńczenie jednego z najbardziej niezwykłych cyklów powieściowych w polskiej literaturze.

Opinie o ebooku Nigdy dość. Mirakle - Andrzej Czcibor-Piotrowski

Fragment ebooka Nigdy dość. Mirakle - Andrzej Czcibor-Piotrowski

ANDRZEJ

CZCIBOR-PIOTROWSKI

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Redaktor prowadzący: Dariusz Sośnicki

Redakcja: Dorota Ćirlić

Korekta: Małgorzata Denys, Małgorzata Kuśnierz

Redakcja techniczna: Paulina Potrykus-Woźniak

Projekt okładki i stron tytułowych: Jacek Szewczyk

Fotografia wykorzystana naIstronie okładki: © Sacrevoir

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie: Tekst –Małgorzata Krzywicka,

Piaseczno ul. Żółkiewskiego 7a

ISBN 978-83-7747-285-9

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Andrzej Czcibor-Piotrowski

(ur. 1931) –poeta, prozaik, tłumacz literatury rosyjskiej, słowackiej, bułgarskiej, czeskiej, ukraińskiej i angielskiej, pracował jako redaktor w wydawnictwie KAW oraz Instytucie Wydawniczym PAX. W czasie drugiej wojny światowej zesłany na Sybir, przez Persję, Irak, Palestynę i Egipt zawędrował do Anglii. Do Polski wrócił w 1947 roku.

Zadebiutował w roku 1956 tomikiem wierszyOczy śniegu.Od tamtej pory wydał dziesięć tomów poetyckich oraz cztery powieści:Prośba o Annę(1962),Rzeczy nienasycone(W.A.B. 1999) i ich dalszy ciąg:Cud w Esfahanie(W.A.B. 2001) orazStraszne dni(2008). KsiążkaRzeczy nienasyconeukazała się w przekładzie na język francuski; otrzymała nagrodę Biblioteki Raczyńskich oraz znalazła się w finale konkursu o Nagrodę Literacką NIKE 2000.

Dedykacja

Dla Dzidki

Cytat

Wielka jest siła pamięci, dreszczem jakimś przejmuje

(…) jej nieskończona różnorodność.

Święty Augustyn,Wyznania,przeł. Jan Czuj

Księga pierwsza DROGI WOLNOŚCI

Wybraniec

Czułem, jak ziemia obraca się coraz szybciej, jak ucieka, jak wyrywa mi się spod stóp, a ja stoję w miejscu, ale raz po raz jestem gdzie indziej, bo ten obrót sprawia, że wszystko wokół się zmienia, chłonę to z podziwem, ze zgrozą, z zachwytem… i nagle wstrząs: świat nieruchomieje, zastyga, jestem tylko ja, miejsce, chwila, wstrzymane w ruchu, zamarłe, choć wielka wojna wciąż trwa,

i obiecuję sobie, że może jeszcze dziś sięgnę w czytelni Domu Żołnierza po gazety i dowiem się, pochylając się nad wykresami linii frontów, jak daleko jeszcze do jej końca, od którego wywiodę nowy początek, przełom, i wiem, że to oczekiwanie na co? na kogo? na siebie samego zmieniającego się w każdej chwili, odmienionego? nie skończy się, nigdy nie będzie dość, i mówię sobie:

Niech tak będzie!

Niech tak się stanie!

i nagle usłyszałem tę muzykę, głośną, przenikliwą, rozwichrzoną, wysokie tony dud, i rozpoznaję znaną mi już melodię, i oszołamia mnie jej rytm, jej i chmurnego dnia, i ożywia nadzieję: coś się stanie, coś się wydarzy,

i stało się,

zagryzłem wargi, potrząsnąłem głową, nagle mały, jeszcze mniejszy, aby ominął mnie ten wir: nadlatujące zewsząd domy, drzewa, latarnie, samochody i ludzie porwani wprost z chodników, unoszący się coraz wyżej, parasole, laski, teczki, torby, psy i koty – i wszystko to dzieje się obok mnie, nade mną, i dany mi jest znak, trafiam na trop, odnajduję tor, którym przemknę, by nie porwała mnie ta wichura,

i budzi się we mnie akt strzelisty: dziękuję jej, mojej pięknej umarłej mamie, strzegącej mnie z daleka, oddalam się od tej burzy, dosięgającej mnie jedynie do – brzmiewającym tchnieniem, a więc ocalałem, jestem, żyję, i nagle zaskoczyły mnie – przekorne wobec życia, jakby kapryśnie mu zaprzeczające – słowa, które słyszałem z jej ust, gdy odchodziła:

– Nigdy dość się nie umiera…

i pomyślałem, czy nie umierała też za mnie, wróżąc mi długie szczęśliwe życie w zamian za swoje, okrojone, ale dławiące się, zachłystujące nadmiarem szczęścia, tak obficie, tak szczodrze spływającego na nią, zanim Wschód drgnął i ruszył, i zagarnął ją wraz z nami, by wkrótce potem wchłonąć ją głęboko, na zawsze…

i uszczęśliwiony tą jawną więzią z nią, z moją piękną mamą, stanąłem na drogach wolności, rozbiegających się krętymi ścieżkami, grożących niejedną ślepą uliczką, rozpisanych na z górą tysiąc dni i nocy… a ludzie – nieprzebrana rzesza… będę z nią, w niej szedł dalej, coraz dalej…

a więc: przeszedłem przez ucho igielne,

gdzie jestem? kiedy?

i wyznaczam czas: styczeń tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku,

określam miejsce: Edynburg…

i już samo tamto spotkanie na stołecznej ulicy przed gospodą, tuż po przyjeździe, pierwszego dnia, wróżyło tak wiele, że budząc się co rana po nocy rozkwitającej bogato snami, wiedziałem na pewno, że coś zdarzy się lada chwila i że trzeba okazać się godnym przyjęcia spodziewanego-niespodzianego, aby mnie nazbyt nie zaskoczyło,

„Muszę – powtarzałem sobie – być wart, czego: daru? łaski? wyróżnienia? wyboru?…”

ale tego nie mogłem wiedzieć i odmawiałem te swoje akty strzeliste, błagając, by sprzyjało mi szczęście, bo moja piękna mama powtarzała, że trzeba upierać się nie tylko przy życiu, lecz także przy szczęściu, i zwracałem się do niego, do szczęścia:

– Przyjdź! Czekam! Będę się starał okazać godny i gotowy!

i w rozmowach z Albinem, Obim, moim przyjacielem jeszcze stamtąd, z Esfahanu, a prowadziliśmy je właściwie nieustannie, bo siedzieliśmy obok siebie przy stole w kasynie, razem chodziliśmy po zarośniętym gęstwiną kolczastych krzewów ogrodzie na tyłach kamienicy, w której mieszkaliśmy, i spaliśmy w sąsiednich łóżkach, a gdy tylko gasły światła, albo on przychodził do mnie, albo ja przebiegałem niecierpliwie tę wąską ścieżkę między naszymi łóżkami i wślizgiwałem się pod koc, który gościnnie się dla mnie uchylał,

i gdy leżeliśmy już, przytuleni ciepło do siebie, musiało paść to słowo:

– Wybraniec!

a próbowaliśmy domyślić się, odgadnąć, kto z nas pierwszy nim będzie, i zgadzaliśmy się, że musi to spotkać nas obu, może nie jednocześnie, bo ani on, ani ja nie chcieliśmy, by któryś z nas poczuł się skrzywdzony i poniżony – niewyróżnieniem,

i przekonywaliśmy się nawzajem, że obaj wybrańcami zostaniemy, wierzyliśmy w to niezachwianie, i tę wiarę umacnialiśmy w sobie, ja w nim, on we mnie, prosiliśmy o to we wspólnym westchnieniu tuż przed uśnięciem i wiedzieliśmy, że na pewno przyśni się nam to, co ani na chwilę nie pozwalało o sobie zapomnieć: ten wybór, który musi się dokonać,

a już we śnie prosiłem swoich świętych orędowników w niebie, żeby za wstawiennictwem mojej pięknej umarłej mamy (bo ona na pewno dotrzyma przyrzeczenia, że dopóki będę słaby i bezbronny, ktoś zawsze wybierze mnie do szczęścia) to się dopełniło, i niezachwianie wierzyłem, że tak musi się stać,

– Już jutro to na pewno się wydarzy – szeptałem przez płytki na razie sen, czując jeszcze na ustach motyli dotyk warg Albina, swojego druha, który nigdy nie okazywał – bo jakże by mógł? – niecierpliwości, gdy nie nadążałem za nim, godził się na moją słabość, ułomność i odmienność,

a tymczasem – inaczej niż wtedy – mgła, choć, zdawałoby się, lekka i ulotna, spadała ciężko na domy, na latarnie, na przemykające samochody, a wraz z ruchem piętrowych autobusów jakby uciekała biało-czerwoną smugą, tak naprawdę jednak tkwiła w miejscu, czuło się jej brzemię, zwiewne, lecz rzeczywiste, na włosach, wchłaniających jej wilgoć pospiesznie i chciwie, bo ponoć przydaje im ona gęstości i siły, i pochwycony za nie przez wiedźmy uniosłem się w powietrze, a one, lecąc obok, niosły mnie do swoich jaskiń i kryjówek w górach, bym im tam służył,

i kiedy przedzieraliśmy się przez coraz gęstsze zaspy mgły piętrzące się przed nami, pochyliłem się do Albina, który wiedział, o czym myślę, bo znaliśmy się już od blisko trzech lat i wspólnie odbyliśmy tę długą podróż z Esfahanu aż tutaj, łączyła nas prawdziwa przyjaźń i różne małe tajemnice, a teraz szedł ze mną Prince's Street, ulicą Księcia, główną arterią szkockiej stolicy,

– Chciałbyś – spytałem – żeby już teraz zdarzyło ci się…?

– Wolałbym – przerwał mi w pół zdania – żeby nie tylko mnie, ale nam obu…

i wiedziałem, że pragnie, byśmy spotkali się już teraz w tym locie…

a to wielkie obce miasto z wolna nam ulegało, oswajaliśmy je sobie: dom, kamienica, kino, kościół, sklepy, witryny, wystawy, ulica, aleja, skwer, park, i teraz, w poznanym i wciąż poznawanym, zmęczeni przysiedliśmy w końcu na zamykającym stromą skarpę kruszącym się murku,

i nie patrzyliśmy już w dół, na połyskującą pod nami metalicznie plątaninę szyn z przesuwającymi się z głuchym łoskotem pociągami, lecz podnieśliśmy wzrok w górę, na stary zamek wieńczący wzniesienie, gdzie ponoć więziono królową Szkotów, choć nie tutaj skłoniła pod topór swoją piękną i dumną głowę,

nagle jednak nasze wspólne myśli rozbiegły się, nie wiedziałem, co roi się Albinowi, bo pochłonęło mnie to urzekające widzenie:

pośród krzykliwej wrzawy, wysokiego pisku dud i głuchego dudnienia bębnów zbliżała się rudowłosa szmaragdowooka dziewczyna dosiadająca na oklep wielkiego czarnego kozła, który naraz utkwił we mnie groźnie pożądliwe spojrzenie mieniących się złociście oczu i zatrzymał się tak niespodzianie, że naga amazonka musiała uchwycić się mocniej jego wygiętych szabliście rogów, by utrzymać się na grzbiecie zwierzęcia, i stamtąd, z wysoka, spojrzała na mnie władczo,

– I am Morag– odezwała się życzliwie. –And what is your name?

– Andrzej… Drzejek… Uta… – nagle nie wiedziałem, kim naprawdę jestem,

ale Morag nie wsłuchiwała się dociekliwie w moje słowa i przetłumaczyła je po swojemu:

– Andy! Pojedziesz ze mną!

i pchnęła swojego wierzchowca, ściskając jego boki nagimi udami, i kozioł podszedł blisko, jeszcze bliżej, tak że wystarczyło podnieść się z murku i przerzucić nogę nad lśniącym aksamitnie czernią zadem, i już siedziałem za Morag, która obracając ku mnie swoją promienną twarz, szepnęła jeszcze tylko kilka słów przestrogi:

– Trzymaj się mocno!

uprzedziła mnie w ostatniej chwili, bo nagle czarny cap odbił się lekko od ziemi jak do skoku i wzniósł w powietrze, a miasto z wolna przesuwało się pod nami, coraz to mniejsze i cichsze,

a już w locie Morag odezwała się znowu:

– Wiem o tobie wszystko. Przybyłeś z dalekiego kraju, skąd wywieziono cię jeszcze dalej, stamtąd zaś, zatrzymując się w drodze nie raz, nie dwa, przypłynąłeś tutaj. I tu cię to spotka po trzykroć: do tamtych trzech lat przybędzie jeszcze trzy na Wyspie, a każdy rok… – nie dokończyła, dodała tylko: – Kto, ta dziewczyna? Kim jest ten chłopiec…?

– A ty skąd to wiesz? – spytałem nieroztropnie nieznajomą, ale odpowiedziała mi jedynie uśmiechem wprost od źródeł światła i tajemnicy,

„A więc to nie jest wiedźma, ale dobra wróżka,fairy queenz baśni. Nic nie jest jej obce, jej umysł ogarnia wszystko, a swoimi smukłymi dłońmi może dokonać cudu” – pomyślałem, olśniony tym poznaniem,

i westchnąłem szczerze o to spełnienie, ale miałem tyle pragnień, nie wiedziałem więc, od którego właściwie Morag miałaby zacząć,

i pozostawiłem to w rękach rudowłosej, przylgnąłem tylko ściślej do niej i objąłem mocniej, aby nie zniknęła, nie rozpłynęła się, by trwała tu ze mną, skupiona i ufna, w oczekiwaniu cudu, i lot we dwoje trwał, póki Albin nie dotknął mojego ramienia i nie powiedział stanowczo:

– Wiesz, Drzejku, musimy pójść do Domu Żołnierza, by zgłosić tam swój przyjazd,

i nie mija nawet pół godziny, a jesteśmy już w kamienicy oznaczonej numerem dziewięć przy Moray Place, placu Moraya, w sali klubowej Domu Żołnierza, gdzie mają nam, przybyszom z Azji i Środkowego Wschodu, wręczyć brytyjskie dowody tożsamości, i widzimy, że będzie to nie byle jaka uroczystość, bo przy kilku zestawionych ze sobą stolikach siedzą: niemłody już Szkot (a jakże: w kraciastym narodowym kilcie) w otoczeniu kilku urzędników, jest też nasz opiekun, towarzyszący nam od Esfahanu, pan profesor Henryk Hadała,

i obaj z Albinem dołączamy do gromadki kolegów, i czekamy, póki nas też nie wywołają,

aż tu nagle spostrzegam wśród pań uczestniczących w tym uroczystym akcie młodą kobietę tak bardzo przypominającą moją piękną mamę, że z trudem się powstrzymuję, by, natychmiast, już teraz, nie podbiec do niej i nie rzucić się jej na szyję z okrzykiem:

– Mamo!

a ona też mnie widzi, patrzyła na mnie od chwili, kiedy się tu pojawiłem, i wybrała mnie, i wiem z całą pewnością, że stanie się to, co przeczuwam, a co zapowiedziała jasnowidząca Morag, bo gdy – wywołany po imieniu – podchodzę do stolika i potwierdzam, że tak właśnie się nazywam, ona zbliża się, kładzie dłoń na moich włosach, które zmartwychwstały po tyfusie i znów okrywają mi głowę bujną czupryną, i pyta mnie tym tak dobrze mi znanym, niskim, brzmiącym tak blisko, tak swojsko głosem:

– Bardzo bym chciała zostać twoją mamą, być nią… A ty? Zgodzisz się?

zatem to nie złudzenie, nie sen, ale najprawdziwsza prawda, i pochylam się nad jej ręką, i całuję ją stwardniałymi naraz wargami,

– Chcę… zgadzam się… mamo… – jąkam się, krztuszę, zachłystuję ze wzruszenia…

i odważyłem się: wymówiłem to święte słowo, przeznaczone tylko dla niej, mojej pięknej umarłej mamy, jednej jedynej, choć pod dwiema postaciami: tu i tam… jako w niebie tak i na ziemi.

a ona wie, że moja piękna mama nie żyje już od z górą trzech lat, że ta ogromna bezgraniczna pustka po mamie we mnie przyjmie ją bez wahania, że już jest w niej, już ją wypełnia, młoda i piękna, bliźniaczo do tamtej podobna, pani pułkownikowa Stebelska (tak się nazywa – dowiem się niebawem), i teraz pochyla się, unosi moją twarz obu rękami i całuje mnie w usta, i wierzę: to jest moja mama, bo jej wargi, jej ślina mają ten sam smak i jej pot ma taki sam żywiczny zapach, że to po prostu moja mama: przecież obiecała mi, że nigdy mnie nie opuści – i najpierw wcieliła się w Marusię, swowolną i upartą, później w dobrą panią Tosię, a teraz w panią pułkownikową, moją nową mamę,

i wtulam się między jej piersi, i słyszę, jak szepcze z czułością:

– Teraz ja będę twoją mamą… i przypominam sobie, że słyszałem już te słowa, tę jakby rotę przysięgi, tylko w innym – obcym, lecz z wolna oswajanym tam, daleko na północy – języku,

i nie mogę wydobyć z siebie głosu, nie rodzi się żadne żywe słowo, przytakuję tylko, przejęty, a ona dodaje jeszcze, że ma córkę Anię i że będzie ona moją siostrzyczką, ma prawie tyle samo lat co ja, mnie jednak wciąż trudno

zdobyć się na odpowiedź, na potwierdzenie, ale ona doskonale wie, że niczego bardziej nie pragnę, i głaszcze mnie po głowie, czuję jej dłoń przy swojej twarzy, i przywieram do niej ustami, długo, i w końcu szepczę:

– Tak bardzo cię kocham, mamo…

i dodaję w myślach:

„Wszystka jesteś piękna…”

słowa z modlitewników, z Pisma, z legend…

a gdy wreszcie otrzymuję z rąk szkockiego urzędnika kartę tożsamości, Identity Card, i wymieniamy uścisk dłoni, pani Stebelska ujmuje mnie za rękę i wychodzimy przed dom, gdzie czeka służbowy samochód pana pułkownika, szofer z ukłonem otwiera drzwiczki, wsiadamy, a po chwili jedziemy już przez zmierzchające z wolna miasto na przedmieście, do willi przy ulicy Świętej Katarzyny, gdzie od dziś będzie mój dom rodzinny, i mama, i siostra (jaka też ona jest? – zastanawiam się – na pewno bardzo ładna), i tata (czy dorówna – myślę – mojemu wspaniałemu papie?),

i nagle, wsparty o ramię pani pułkownikowej, uświadamiam sobie, że to nie może się stać, bo przecież nie jestem sierotą: co prawda moja piękna mama umarła, odeszła ode mnie, to jednak tateńko pewnie żyje, odnajdziemy się – on mnie albo ja jego – nie mogę więc wejść w ciepły krąg innej rodziny, choć pani Stebelska tak bardzo przypomina moją mamę, staje się nią, Ania zaś mogłaby być moją siostrą, o jakiej zawsze marzyłem,

i zdołałaby zastąpić błogosławionej pamięci Sarę i swoją imienniczkę, Aniutę z Panina, które wybrały mnie, ja zaś bardzo w nich sobie upodobałem,

a kiedy siedzimy już przy niskim stoliku w salonie przy kominku (ułożone na krzyż smoliste polana płoną równym płomieniem, tchnąc ciepłem), przychodzi mi na myśl, że ten świętokatarzyński azyl chronić mnie będzie tylko na krótko, tym bardziej więc wtulam się w to darowane mi szczęście rodzinne, z bogochwalczym podziwem i zachwytem wpatruję się w śliczną panią pułkownikową i w Anię, która jest nią – młodszą o ćwierćwiecze – i mam je teraz dwie, życzliwe i dobre, matkę i siostrę, i przejmuje mnie to taką tkliwością, że aż obawiam się uwierzyć do końca, że to prawda, że tak jest istotnie, że to nie złudzenie, że to nie czary, za którymi kryje się szmaragdowooka wróżka i czarodziejka Morag,

i nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy podczas podwieczorku, oszołomiony niespodzianym-spodziewanym szczęściem, ale w pewnej chwili pani pułkownikowa zwróciła się do córki:

– Wskaż Drzejkowi jego pokój… A potem możecie jeszcze u ciebie pograć w szachy,

i w panieńskiej mansardowej izdebce Ani usiedliśmy naprzeciwko siebie z szachownicą na kolanach, która łączyła nas tak przyjaźnie, siostrzanie, i pomyślałem przelotnie, że nie będę jej bratem, lecz siostrą, niemal bliźniaczką, i że ta więź okaże się silniejsza, że będziemy sobie bliższe – dwie dziewczyny wchodzące w słodką porę zakwitania,

a tymczasem jej białe pionki ruszyły przeciwko moim czarnym i wiedziałem, że jej nie sprostam, będę musiał ulec, Ania niecierpliwym ruchem ręki rozrzuciła naraz figury, zresztą i tak zaniechalibyśmy wkrótce gry: jej kolana dotykały moich i płynące od nich ciepło i tajemniczy zew dziewczęcości, zapach, świeży i cierpki, wszystko to sprawiłoby, że figury i tak by znieruchomiały, i Ania poprosiła, żebym jej opowiedział o tych baśniowych krainach, dokąd podróżowałem to na latającym dywanie, to na skrzydlatym gryfie, to w warkoczach północnej wichury,

i po chwili, z głową na moim ramieniu, wsłuchiwała się w cichy głos swojego nowego brata, nie siostry, jak mi się marzyło, nie dziewczyny, ale chłopca!, a je naprędce tworzyłem opowieść, jaką chciała usłyszeć, o zakochanych z Gulistanu, z Krainy Róż, i ona, księżniczka Farnad, miała postać i rysy Ani, a on, królewicz Ali o dziewczęcej urodzie, syn władcy sąsiedniego państwa, to nikt inny, tylko ja, i wymieniali listy, które przenosiły oswojone gołębie, kochali się na odległość i wierzyli, że muszą się spotkać…

i pewnej nocy pozwoliłem im na to: pod osłoną ciemności stanęli jedno przed drugim – takie przelotne zbliżenie: ledwie zdążyli uścisnąć sobie dłonie i musnąć wargami usta,

i Ania uniosła zachwyconą twarz, i zbliżyłem usta do jej warg, ale nie był to wcale taki niewinny półpocałunek siostrzano-braterski…

i przed zaśnięciem pomyślałem jeszcze: „A więc zostałem wybrany do szczęścia!”,

i wkrótce na dobre wszedłem w sen: morze bezdenne już przy samym brzegu.

Zakazane zabawy

Mówiono o nas nie bez zazdrości: trzej prawdziwi przyjaciele, bo rzeczywiście Albin, Felek i ja nie rozstawaliśmy się właściwie ani na chwilę już od rana, od wczesnej pobudki, razem biegliśmy do łazienki, by później w kaplicy wspólnie uczestniczyć w Mszy Świętej, a potem zasiąść przy długim stole w kantynie i – po odmówieniu jeszcze jednej modlitwy – zjeść skromne jak zwykle śniadanie,

i już wtedy rozpoczynaliśmy niekończące się rozmowy o naszych bliskich w kraju – jeśli już albo oni nas, albo my ich zdążyliśmy odnaleźć, w tym kraju, którego najbliższa przyszłość, po złowieszczym lipcu tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku (choć wojna wciąż jeszcze toczyła się i na Wschodzie, i na Zachodzie), wydawała się ostatecznie i nieodwołalnie rozstrzygnięta,

ale Felek, najstarszy z nas (wtedy, na uroczystości w Domu Żołnierza, wręczono mu inne niż nasze świadectwo tożsamości, prawdziwy dowód osobisty, książeczkę ze zdjęciem, bo ukończył właśnie szesnasty rok życia, był już pełnoletni, podczas gdy my z Albinem ledwie przekroczyliśmy trzynasty i musieliśmy się zadowolić burym kartonikiem Identity Card, oczywiście bez fotografii), przekonywał nas z zapałem, że alianci z całą stanowczością, na jaką ich stać, nie dopuszczą do tego, by pokonane już właściwie Niemcy (nikt nie wątpił, że ich klęska jest nieunikniona) graniczyły z bolszewią, bo czymże innym byłaby wtedy Polska jak nie wasalem komunistycznej Moskwy, której agenci jawnie przeważają w rządzie lubelskim, kojarzącym się niedwuznacznie ze swoim poprzednikiem sprzed z górą dwudziestu pięciu lat, z Julianem Marchlewskim i jemu podobnymi, co tak przekonująco opisał Stefan Żeromski,

nas to jednak, choć podziwialiśmy jego znajomość przedmiotu, nie przekonywało, próbowaliśmy nawet, Albin i ja, zgodnym chórem udowadniać, że chyba się myli, że trudno dopatrywać się analogii, ale on już tam wiedział swoje: marzyła mu się Polska od morza do morza, z Wilnem i Lwowem, wolna i niepodległa, obdarowana, w zamian za wkład w zwycięstwo, zamorskimi koloniami, z generałem Władysławem Andersem jako naczelnym wodzem, marszałkiem, a później – któż to wie? – może prezydentem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej,

i udawaliśmy, że przyjmujemy jego argumenty, bo ani Albin, ani ja nie chcieliśmy, aby – urażony – choćby przez chwilę odnosił się do nas chłodniej, kładę mu więc znacząco rękę na kolanie i Felek natychmiast odpowiada na mój pojednawczy znak: zmienia temat i teraz mówimy wszyscy trzej naraz, w końcu jednak ja pozostaję przy głosie, ustępują mi, bo wierzą, że – a wcale nie jest to niemożliwe – usłyszą coś niezwykłego, coś, co ich zainteresuje, a może nawet zaskoczy,

a ja opowiadam im jeden ze swoich snów, który przybłąkał się nad ranem, kiedy marzenia jawią się już nie skrycie, ale uchwytnie i wyraziście:

– … i czuję czyjąś rękę, która sięga pod okrywający mnie koc i odsłania mnie, zawisa nade mną w bezruchu, nakazuje mi wstać, więc podnoszę się w rzedniejącym z wolna mroku, rozpoznaję go: to on krążył w pobliżu, gdy siedząc wraz z Albinem na skarpie, patrzyłem na stary zamek na wzgórzu, i podążam za nim długim korytarzem oświetlonym żółtawym blaskiem wiszących rzadko żarówek, wychodzimy na ulicę, jeszcze kilkadziesiąt metrów i oto stoimy na urwisku, a on, już na samej krawędzi, pyta łagodnym głosem:

– Chcesz…?

a ja, chociaż nie wiem, co może się wydarzyć, zgadzam się bez wahania,

– Tak – mówię,

i nieznajomy bierze mnie w ramiona, wzbija się do lotu (a od dziecięcych lat nie ma we mnie strachu przed lataniem), jego czarna peleryna furkocze na wietrze,

i lecimy nad miastem, ja jedną ręką obejmuję go mocno za szyję, a drugą zanurzam mu we włosy i wyczuwam pod palcami dwa spore guzki kostne jak u młodego baranka, jak u koziołka… ale nie budzi to we mnie lęku, tym bardziej że czuję naraz jego dłonie: siedzę na nich i one nie tylko podtrzymują mnie troskliwie i czule, lecz także pieszczą, i ja odnajduję w tym upodobanie, a nieznajomy, świadom tego, odwraca głowę, szepcze miękko, przejmująco, tkliwie:

– Moja słodka owieczko…

i całuje mnie, i ja całuję jego, bo jakże inaczej, jak nie odpowiedzieć mu tym samym, skoro jest taki miły, serdeczny i tak mu zależy na wzajemności…

i domyślam się, że jest dobrym pasterzem, który właśnie odnalazł zabłąkane jagniątko, i że teraz pospiesznym lotem zmierzamy wprost do Krainy Zaczarowanych Pastwisk, gdzie na wiecznie zielonych błoniach pasą się, pobekując cichutko, owieczki i baranki, czekając, aż zostaną wybrane, i ja będę jedną z nich, i wkrótce otoczy mnie opieką piękny pastuszek z cudowną fujarką, mój i tylko mój na zawsze… i naraz wszystko znika…

a kiedy milknę na chwilę, by zaczerpnąć oddechu i wymyślić, co dalej, Albin wybucha śmiechem, uwalniając mnie od snucia dalszego ciągu:

– To całe szczęście, że się obudziłeś – mówi – bo tam, w tej Krainie Zaczarowanych Pastwisk, nic, tylko byś dawał tylci jak paź królowej w locie… – a szeptem dodaje: – Jak paź królowi w karocy…

– I wcale nie sprawiałoby ci to przykrości – rzucił uszczypliwie Felek. – Przeciwnie…

i teraz śmiejemy się już wszyscy trzej, i ja wcale nie czuję się dotknięty czy obrażony (choć myślę sobie o Felku: „Jak on mógł?”), i oni obaj doskonale wiedzą, że ich przypuszczenia po prostu mnie bawią, bo nie raz, nie dwa ja sam zachęcałem ich do tych zakazanych zabaw, i oni chętnie brali w nich udział, i w zaklętym tajemniczym kręgu znajdowaliśmy się wszyscy trzej,

i przyznają się do tego bez słów, widzę, że ich policzki oblewa rumieniec: niczemu nie mogą zaprzeczyć, a zresztą czego mieliby, czego mielibyśmy się wstydzić, czego wypierać, skoro działo się, co się działo…

– Wyobraźcie sobie – zaczynam po chwili – co napisał do mnie w ostatnim liście z Valivade w Indiach mój i wasz druh z Esfahanu, Kuba. Otóż dowodzi on, że według Kabały nawet w niebie są święci męscy i święci żeńscy, i że obcują ze sobą zwróceni ku sobie raz przodem, raz tyłem, i że nie ma w tym nic występnego, nic sprzecznego z naturą, nic niegodziwego,

ani Felek, ani Albin nie odzywają się, w zamyśleniu potakują, kiwając twierdząco głowami, i ja to rozumiem: trudno nie godzić się z tym, co zapisane jest w świętych księgach i co tak często powtarza się w czynach tu, na ziemi…

– Na ziemi jako i w niebie – dopełnia naraz roztropnie milczący dotychczas Felek,

rozmowa dobiega końca, postanawiamy tylko jeszcze, że po południu pójdziemy do Domu Żołnierza (otrzymaliśmy wyjątkowo pozwolenie, choć to klub oficerski), bo mamy mnóstwo wolnego czasu: nadal nie podjęto ostatecznego postanowienia, czy – zanim nadejdzie pora podróży do Anglii, do Szkoły Morskiej – pozostaniemy tu, w Edynburgu, czy też przeniosą nas do niedalekiego Crieff albo całkiem bliskiego Glasgowa, a nam w to graj – trwające już od esfahańskiego listopada wakacje przedłużają się obiecująco, co nas wcale nie martwi, chociaż – mimo iż nie przyznawaliśmy się do tego nawet w gronie najbliższych przyjaciół – z wolna budziła się w nas, we mnie, tęsknota za szkolną ławą, za rozkładem zajęć, za codziennym planem lekcji, po prostu – za nauką,

a po południu wszyscy kandydaci do Polish Merchant Navy College – a jest nas chyba dziewiętnastu, bo tylu staroświeckim autobusem wyruszyło w tę podróż z Esfahanu przed kilku miesiącami – gromadka trzynastoletnich-szesnastoletnich chłopców wchodzi, a wśród nich Albin, Felek i ja, do przestronnej sali klubowej: na ścianach ciemna boazeria i oprawne w mahoń ryciny o tematyce kolonialnej, stoliki, wygodne fotele, płonący w kominku ogień, oficerowie z gazetami w ręku lub pogrążeni w rozmowach przy filiżance herbaty czy szklaneczce ginu lub szkockiej whisky,

nasze wkroczenie budzi zainteresowanie – w mundurach? tacy młodzi żołnierze?

i zaczynają się rozmowy, serdeczne, ciepłe, życzliwe,

a na zadane mi pytanie:

– A ty skąd?

odpowiadam zgodnie z prawdą, nie mogąc – bo i jak? – przewidzieć nieporozumienia o tak przykrych dla mnie skutkach, tak upokarzającego:

– Z Warszawy…

i podnoszą się od stolików, podchodzą do mnie, po dwóch, po trzech, ściskają mi rękę, w końcu zaś przedstawiają mnie niewidomemu porucznikowi, który nie wstał jak inni z miejsca, a on potrząsa mocno moją ręką, wyjmuje z kieszeni portmonetkę i wręcza mi kilka srebrnych monet (rozpoznaję floreny i półkoronówki), i choć to dla mnie istny skarb, nie chcę ich przyjąć, próbuję tłumaczyć pomyłkę, ale on nie pozwala mi dojść do głosu i mówi jedynie:

– Mój chłopcze, przyjmij to, proszę, jako skromny podarunek od żołnierza dla żołnierza…

a ja naprawdę nie wiem, co powiedzieć, zaczerwieniony po uszy bąkam coś niewyraźnie o zesłaniu, o Rosji, Uzbekistanie i zawstydzony, jakby przyłapany na oszustwie, na wyłudzeniu, usuwam się w cień, i w cieniu, innym – leżymy w łóżkach w pokojach gościnnych, światła już zagaszono, a tym razem nie ma przy mnie ani Felka, ani Albina, bo na tę noc umieszczono ich w innej sali – spada mi nagle rzucony na głowę koc, otula szczelnie twarz, zasłania oczy, tak że niczego nie mogę dostrzec, i czyjeś ręce obracają mnie na brzuch, zdzierają spodnie od piżamy i na moją krągłą, wypukłą, ponętną dziewczęcą dusię (którą, jeśli już pozwalałem sobie odsłaniać lub sam odsłaniałem, to nie po to, by wystawiać ją na bicie) spadają razy, tłuką mnie – jest ich wielu – to zwiniętą w pięść dłonią, to pasem ze stalową sprzączką, to czym kto ma pod ręką: butem lub menażką, mocno, by bolało, i słyszę przyciszone głosy, nie poznaję ich, nie rozróżniam:

– To za te twoje kłamstwa!

– Jaki tam z ciebie powstaniec?!

– Dziewucha, nie chłopak!

– Należy ci się!

– A masz! A masz! A masz!

a ja czuję się przede wszystkim upokorzony, bardziej niż razy boli mnie to, że mi zarzucają mijanie się z prawdą, a ja przecież nie powiedziałem nic prócz tego, że jestem z Warszawy, co wcale nie jest zmyśleniem: mieszkaliśmy tam już od tysiąc dziewięćset trzydziestego piątego roku, na Ochocie, przy ulicy Częstochowskiej pod numerem czterdziestym drugim, mieszkania piętnaście, na trzecim piętrze…

ale oni nie słyszą moich stłumionych kocem wyjaśnień, grzmocą mnie długo i wytrwale, zaczynam się dusić, krztuszę się i dławię, i dopiero teraz zostawiają mnie w spokoju, odstępują spiesznie, tak że gdy, wyplątawszy się spod pledów i prześcieradeł, mogłem wreszcie rozejrzeć się dookoła, wszyscy już leżeli w swoich łóżkach i udawali, że śpią, a ja, posiniaczony i zakrwawiony, biegnę do łazienki, zrzucam piżamę i nagi staję pod prysznicem: chłodna woda łagodzi ból, uspokaja, ale nie uwalnia od myśli o pohańbieniu,

i choć nie wzywam pomocy, nagle pojawia się Felek – spostrzegam go już w drzwiach, wysoki, silny, na pewno by mnie obronił, gdyby to przy nim ośmielono się podnieść na mnie rękę, i pochwyciwszy z wieszaka bluzkę od piżamy, biegnę do niego, rzucam mu się na szyję, a on bierze mnie na ręce, uspokaja, całuje i pieści, jestem szczęśliwy, wreszcie bezpieczny, choć jeszcze na skraju łez, i nie wstydzę się obolałej nagości swojej wypiętej pupci,

i wiem, że już za chwilę będę leżeć obok niego w pokoju, a on swoje dłonie zbliży do tych obrzmień i zadrapań, podbiegłych krwią pręg i uwolni od bólu, rany wygoją się i zabliźnią, a gdy nazajutrz się obudzę, nie będę mógł w to wprost uwierzyć – zniknęły, nie pozostało po nich ani śladu,

a tymczasem – jak to się stało? – leżę już sam w swoim łóżku i wwiercam się coraz głębiej w jamę snu, i nie czuję tak dotkliwie rany, wciąż jeszcze żywej, choć zrastającej się z wolna…

ale skąd tu naraz Morag, ta rudowłosa dobra wróżka z baśni, a teraz czarownica z Krainy Wzgórz, baba-jaga, w której włosach mieszkają wszystkie celtyckie demony, biesy, czarty i złe duchy?

i prowadzi mnie w góry, pniemy się stromą kamienistą ścieżką i wkrótce znajdujemy skalną grotę, gdzie już czekają dwie inne młode wiedźmy, nagie, sprośne i wyuzdane, pochylone nad ogromnym kotłem wiszącym na trójnogu nad ogniskiem, i choć przesłania je dym, para i siarczane wyziewy, gdy – słysząc, że nadchodzimy – obróciły się ku nam, nie mogę nie dostrzec ich wielkich obrzmiałych piersi, jakby lada chwila ze stwardniałych sutków miało wytrysnąć cudownie ożywcze mleko,

i Morag popycha mnie – wpatrzonego ze zdziwieniem i z lękiem w te wspaniałe ciała, piękne, lecz jakby kryjące tajemnicę – w ich stronę i rzuca krótko rozkazującym tonem:

– Sock it!

a ja posłusznie przywieram ustami do piersi wiedźmy stojącej bliżej i nagle wydaje mi się, że to pierś mojej pięknej mamy,

i objąwszy ciasno wargami sutkę, ssałem ją zachłannie i chciwie, najpierw jedną, potem drugą, długo, do końca, ale wciąż jeszcze nie odstępowało mnie pragnienie, i wtedy zastąpiła ją ta stojąca obok, bliźniaczo podobna: podeszła i podała mi swoją pierś tak czule, że aż mnie to zdumiało – toż to wcale nie wiedźma: stała się naraz moją drugą mamą, Marusią, a gdy i w jej piersiach nie dostawało już pokarmu, osunąłem się na kolana, objąłem ustami i ssałem tę jej perłę w podwójnej koronie, zlizywałem językiem lepkie krople, słodko-cierpkie, spijałem spierzchniętymi wargami i czułem, jak wpływa we mnie orzeźwiający strumień i uzdrawia mnie, rana przestaje krwawić i pulsować, cudownie się zabliźnia, ból rozpływa się i znika, i nie ma już tych dwóch wiedźm, które okazały się dobrymi wróżkami z bajki, jest tylko rudowłosa Morag o szmaragdowych oczach: rozbłyskują w nich ogniki łagodnego szaleństwa,

i ja nagle świrkuję, i wtóruję swojemu szaleństwu, powtarzając imiona, które znam i które dopiero poznam, a są to imiona dziewcząt i chłopców, i naraz wzbija się nad niejedno jedyne: imię mojej pięknej mamy – Wanda – którą nazywano też Zosieńką i Dzidką,

i biegnę z Morag, trzymamy się za ręce, biegnę wprost w otwierający się przed nami nieogarniony przestwór fiołkowych wrzosowisk,

a gdy budzę się nazajutrz, przez chwilę trwają jeszcze we mnie te nasze nienazwane zabawy, może i zakazane, niebezpieczne, ależ jakie piękne, jakże urzekająco piękne…

Podróż na południe

A więc jedziemy wreszcie do tej wymarzonej polskiej szkoły morskiej, do tego Polish Merchant Navy College w Landywood, w Anglii, aby tam jednak dotrzeć, musimy przemierzyć kilkusetmilowy szlak z Edynburga, z północy na południe, ale cóż to dla nas: przecież nie tak dawno przebyliśmy kilka tysięcy kilometrów dróg lądowych i mil morskich z Azji przez Afrykę i z powrotem do Europy,

i jest już noc, żółto pobłyskują lampki w przedziałach i na korytarzach, rozpłomieniając się, gdy pociąg przyspiesza biegu, ale my, siedząc ciasno obok siebie, Felek, Albin i ja, rozmawiamy szeptem, by nie zakłócać snu kolegów, i wkrótce nie mogę nie spostrzec, że moi przyjaciele raz po raz przymykają oczy na dłużej, że podrzemują, że nie ma w nich woli – a może po prostu sił – czuwania wraz ze mną,

wobec tego milknę w pół słowa, i odwracam się ku oknu, ale nie zadaję sobie trudu, by odczytywać nazwy na oświetlonych tablicach dworcowych, bo tu nie mijaliśmy już bezimiennych pustkowi, bezkresnych lasów i pustyń, niezmierzonych przestrzeni, i z twarzą niemal przy samej szybie otwartymi szeroko oczami wypatruję jej, mojej pięknej umarłej mamy, bo już od paru dni, a może nawet dłużej, nie przychodziła do mnie, chociaż wołałem, wołałem i nie przestawałem wołać, chociaż wiem, że ma nie tylko mnie jednego, że może właśnie odpowiada na przyzywający ją głos mojego wspaniałego papy albo brata, Renka, albo swojej matki, naszej babusi – i jest z nimi, im – tak jak i mnie – po prostu niezbędna,