Nigdy cię nie zapomniałam - Marta W. Staniszewska - ebook
Opis

Nigdy cię nie zapomniałam” Marty W. Staniszewskiej jest lekko opowiedzianą historią trudnego, pełnego meandrów, związku kobiety z mężczyzną. Na zapleczu tej gorącej miłości czai się śmiertelne niebezpieczeństwo. Życie Aleksa jest poważnie zagrożone, a przez związek z Sophie, również ona nie może czuć się bezpiecznie. Czy w takich okolicznościach miłość ma szansę na przetrwanie?

Jeśli jest ktoś, kto czyha na ich szczęście, to Aleks będzie musiał go znaleźć. Poruszy niebo i ziemię, lecz nie dziś. Dziś wieczorem wstrząśnie światem jednej dziewczyny. blond anioła, którego kochał jak nikogo dotąd.

Żeby było ciekawiej, w powieści pojawiają się aluzje do mitologii nordyckiej. Kim są naprawdę bohaterowie tej książki? Zwykłymi śmiertelnikami czy bóstwami?

– Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – zapytała Sif z wyrzutem, zaciskając w złości pięści.
– Chciałem cię chronić. Jesteś dla mnie wszystkim.
– To cię nie usprawiedliwia, Synu Odyna. Miałam prawo wiedzieć, że coś mi grozi, że grozi tobie.
– Teraz to wiem, najdroższa – odparł ze skruchą Thor.
– Mogłeś zginąć. Nigdy więcej mnie nie okłamuj w tak ważnej sprawie. W żadnej.
Przytuliła się do jego torsu
– Przysięgam ci – powiedział, gładząc jej włosy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 237

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marta W. Staniszewska "Nigdy Cię nie zapomniałam"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2014 Copyright © by Marta W. Staniszewska, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Arkadiusz Woźniak INFOX e-booki Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok Zdjęcie okładki: © fotorince - Fotolia.com Korekta: Paweł Markowski

ISBN: 978-83-7900-253-5

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242

Marta W. Staniszewska
Nigdy Cię
nie zapomniałam
Wydawnictwo

Prolog

Już świtało, gdy wszechwidzący spojrzał na Bifrost[1] i westchnął głęboko, pełen niepokoju.

– Midgard[2] jest w niebezpieczeństwie, Królu.

– Co widzisz Hajmdalu[3]? – spytał Thor[4], skupiając swą całą uwagę na strażniku wrót.

– Zło zbudziło się i nie jest z tego powodu najszczęśliwsze. Wkrótce Jego jad pokryje niebo i ziemię. Ludzie nie zdają sobie sprawy z ryzyka, nie wiedzą.

– Nasza natomiast w tym rola, by nieść im pomoc. W końcu nie bez przyczyny zwą nas Bogami.

Uśmiechnął się zadowolony, że wkrótce wyruszy na kolejną bitwę. Już nie mógł doczekać się, gdy wypróbuje swój młot na Jego podłym truchle.

– Jormungand[5] jest większy i silniejszy niż niegdyś, i nie podda się bez walki. Widzę Jego żądzę krwi. Jego oczy płoną chęcią zemsty na Synu Odyna. Nie pogardzaj wrogiem, o Najdzielniejszy.

– Nigdy tego nie uczynię, przyjacielu. – Zamyślił się przez chwilę obejmując wzrokiem nocne niebo. – Czy Ona już wie?

– Nie Panie, Sif[6] jest spokojna.

– Dobrze, niechaj tak pozostanie. Odszukaj Lokiego[7], czas szykować się do walki. Mjolnir[8] aż cały drży w oczekiwaniu. Jego gromy pragną niezwłocznie dosięgnąć jakiegoś nikczemnego ciała.

Hajmdal nie umiał odnaleźć słów, by sięgnąć ducha Thora, błądzącego wśród wód własnej pychy. Jedynie Sif mogłaby go teraz powstrzymać. Niech prastarzy Azowie[9] mają w swej opiece tych, którzy lekceważą nieprzyjaciela, a w towarzyszu nie dostrzegą wroga, pomyślał spoglądając w gwiazdy.

– Mam nadzieję na DO ZOBACZENIA, Synu Odyna.

Thor zaśmiał się gromko.

– Muszę cię zmartwić Strażniku Asgardu[10], lecz inny los cię nie czeka. Bramy Helheimu[11], ku mej uciesze, są dla mnie szczelnie zamknięte.

Rozdział I

– Ech – westchnęłam do siebie, by ulżyć narastającemu napięciu.

Chyba każdy to kiedyś przeżył, nawet po kilka razy. Pragnęłam, by ten tydzień nigdy się nie zaczął i jednocześnie nie mogłam się go doczekać. Dwadzieścia siedem lat na karku i nowa praca. Na domiar złego w nowym mieście. Co mi przyszło na stare lata? A dziś przede mną najgorsze – pierwszy dzień.

– To twoja szansa na oderwanie się, Sophie, wykorzystaj ją. Nie chcesz chyba pracować z nią już zawsze?

To pytanie wisiało między nami zbyt długo, kiedy dwa dni temu padło z ust May. Przeżywałam wtedy chwile słabości, zwątpiłam w siebie. Chciałam zrezygnować, poddać się, wrócić do domu i rodzinnej firmy rządzonej przez matkę. Praca w salonie odnowy biologicznej, którego byłam współwłaścicielką, dawała mi wiele satysfakcji i finansowe bezpieczeństwo, ale moja rodzicielka zbyt skutecznie uprzykrzała mi życie, abym mogła to dłużej tolerować. Pomyślmy, codzienne kłótnie o to, co kto ma robić, ciągłe pomiatanie i traktowanie jak niewolnika, tylko dlatego, że dzielimy zyski po równo. Wykorzystywanie mojego dobrego serca i miłości do niej przeciw mnie, przeplatane tygodniami pracy w milczeniu i złości, zwieńczone stuprocentową szansą wrzodów na starość, czyli chyba w moim przypadku – JUŻ! Ha, strach przed starością wpędzi mnie do grobu, pomyślałam i w duchu zaśmiałam się do siebie. Nie, praca z moją mamusią to chyba nie jest to, co chciałabym robić do końca życia. Zwłaszcza, że w konsekwencji błędnej decyzji, „do końca życia” oznaczało dość krótki odcinek czasu. Kochana May. Moja najlepsza przyjaciółka zawsze wiedziała, co powiedzieć, by zmobilizować mnie do działania. Choć nie zawsze jej słuchałam, to zawsze szanowałam jej zdanie, a w tym przypadku miała tylko rację. Nie mogłam dalej tak żyć. Czas coś zmienić i zawalczyć o ciut normalności. Poza tym był jeszcze Trey. Musiałam się wyprowadzić. Musiałam uciec.

Z potoku wspomnień wyrwało mnie znajome palenie w żołądku – strach wędzony na ogniu podniecenia. Znałam je już z młodości i przez te wszystkie lata nie doszłam do zgody ze sobą, czy je uwielbiam, czy nienawidzę. Każdy z moich pierwszych razów zaczynał się tym uczuciem.

Kicając na jednej nodze, próbowałam w pośpiechu założyć ulubioną czarną szpilkę. Milion pierwszych razów przeleciał mi przez głowę. A’ propos przeleciał...

– Au, kurczę! Au, co za ból!

Mój wrzask wystraszył nieco Dalę. Wyczucie chwili mojej kotki nieraz mnie zaskakiwało. Instynktownie wiedziała, gdy coś było nie tak. To właśnie ona przybiegała pierwsza na powitanie, gdy wracałam do domu. Właściwie jedyna. W tym momencie równie bezzwłocznie przytruchtała sprawdzić, co się pańci stało. Owinęła się z mrukiem wokół mojej kostki i spojrzała czule.

– Stara panna z kotem – syknęłam pod nosem rozmasowując łydkę. – Spokojnie mała, to tylko mój piszczel przegrał nierówna walkę z salonowym stołem. Nic wielkiego, będę żyć.

Pospiesznie pogłaskałam kocicę tak jak lubi najbardziej – długim, przeciągłym, mocnym ruchem, od głowy po koniuszek ogona i drapnęłam ją w czoło. Miauknęła cichutko, po czym z kocią gracją pomaszerowała w stronę kuwety. Że też dziś los oszczędzał moje ciało jeszcze mniej niż zwykle. Na pewno zostanie tęczowy siniak wielkości pięści. Pięknie!

Mieszkanie samotnie, w wynajętym na przedmieściach wielkiego miasta domku, z nadopiekuńczą kotką za współlokatorkę, miało swoje zalety. Wady sprawnie ignorowałam dla dobra zdrowia psychicznego, ale ostatnio zbyt często doskwierała mi samotność. Nie spotykałam się z nikim od ponad czterech miesięcy, lecz po zerwaniu z Treyem, nie miałam ochoty na kolejne łzy. Skrzywdził mnie do szpiku kości, a ja nie pozwolę znów się tak potraktować.

Jasne, głupia cipo, tak sobie wmawiaj, zganiłam się w myślach. Oszukiwałam samą siebie, a wypowiadane zbyt często zdanie „jest mi dobrze w singlowym stanie”, więdło w moich ustach każdego dnia coraz bardziej. Było tak fałszywe, jak tylko można i wcale nie oddawało tego, co aktualnie odczuwałam. Moje serce wołało o możliwość zainteresowania się kolejnym dupkiem, który znów mnie zostawi, zdradzi lub oszuka. Serce - masochista. Tak, lubiło być łamane. Rozsądek jednak mówił mi, że teraz nie jest najlepszy czas na związki, zwłaszcza z oczywi­stym zakończeniem. Nowa praca z perspektywami rozwoju, podróży, a przede wszystkim niezależności, była zbyt cenna, by poświęcić czas, który mogłam w nią zaangażować, dla kilku chwil w bezdechu i paru pompatycznych słówek. A na koniec spektakular­nego rozstania, tygodnia łez, wieczoru z butelką Desperadosa, lub czterema, a czasem również pocieszania się w ramionach nieznajomego gościa, którego ku jego zaskoczeniu wykopywałam po marnym numerku z łóżka, jeszcze szybciej, niż się w nim znalazł. Wszystkie moje nieliczne związki może nie wyglądały identycznie, ale kończyły się według tego schematu.

Pocwałowałam do łazienki lekko utykając, co było niczym niezwykłym, zważając na ból piszczeli i na to, że miałam tylko jedną szpilkę. Odbicie w lustrze nie przedstawiało pewnej siebie młodej dziewczyny, za którą zwykle uchodziłam towarzystwie. Jedyną twarzą, jaką ujrzałam, była skrzywiona w pulsującym bólu łydki, dojrzała już kobieta. Nie lubię jej. Założyłam drugi but.

Kończąc germanistykę nawet nie wyobrażałam sobie, iż wyląduję w tak niedopasowanym do zawodu miejscu, lecz wiedziałam, że niewielu szczęśliwców w tych czasach może cieszyć się rado­ścią wykonywania wyuczonego zawodu. Z pewno­ścią znajomość języka niemieckiego wpłynęła na decyzję pracodawcy o moim zatrudnieniu, nie­mniej jednak dla mnie ten etap zawodowej kariery był tylko chwilowym przystan­kiem.

Popędziłam w stronę wyjścia.

– Dasz radę, dasz radę, dasz radę, dasz radę… – Może jak powiem to głośno wiele razy, to nie dość, że uwierzę, to jeszcze nadam tym słowom siłę sprawczą? Podobno kłamstwo powtarzane po wielokroć staje się prawdą. Warto spróbować, pomyślałam i zatrzasnęłam za sobą drzwi.

***

Kolejne dni można by porównać do tornada przewracającego moje życie do góry nogami. Równie nowi w tym biurze, ale pracujący już od jakiegoś czasu dla Dallas Hanning Adler Limited, w skrócie DHA – Myrna i Greg, przywitali mnie w firmie z olbrzymim entuzjazmem, i z nieukrywaną przyjemnością przekazywali swoją wiedzę na różne tematy. Już nadałam im w myślach przydomki. Aż samą mnie zaskoczyło jak z „szaloną” Myrną i „ciachem” Gregiem od razu przypadliśmy sobie do gustu i większość czasu spędziliśmy śmiejąc się i dokazując, nie zapominając przy tym o obowiązkach, których było co niemiara. Pieniądze zaoferowane na początek nie były imponujące, ale zdecydowanie wyrównywała to dobra atmosfera pracy.

Myrna była wesołą trzydziestolatką bez zobowiązań i zmartwień. Ta niska, szczupła, krótkowłosa brunetka, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie swoim profesjonalizmem i doświadczeniem. Ja przy niej byłam tylko marną asystentką, z kiepskim CV. Gdzie nie spojrzała swymi migdałowymi oczami, rozsiewała radość i optymizm. Jej poczucie humoru mocno mi odpowiadało i dawno nie uśmiałam się tak, jak przy niej. Greg za to, to już inna para kaloszy. Przystojny, młody, witalny, seksowny. Oj tak, jednym spojrzeniem zza eleganckich kwadratowych ramek zerówek, jednym niewinnym ruchem, rozpalał zmysły do czerwoności. Kobiety za nim szalały. Jego dopasowana koszula i idealnie skrojone spodnie, gdy opinały się nieznośnie na jego szczupłych, twardych pośladkach, krzyczały bierz mnie i nie wahaj się przed niczym. Miodowe włosy, z ciemniejszymi pasemkami wyglądały jakby były permanentnie smagnięte wiatrem. Zawadiacko stawiał je na sztorc i nadawał im celowego nieładu. Szkoda tylko, że stracony dla świata, całą swą uwagę poświęcał swojej jedynej miłości – Michaelowi. Dokładnie tak, Gregory był gejem z krwi i kości, na dodatek szaleńczo zakochanym w swym wieloletnim partnerze, z którym znali się od liceum. Co nie przeszkadzało nam z Myrną, co rusz obgadywać jego fantastyczny tyłek i wyraźnie wyrzeźbione, apetyczne bicepsy. Greg też nie wyglądał z tego powodu na specjalnie zasmuconego.

***

Piątkowy poranek nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Podczas minionego tygodnia zamówiłam, w dość dziwnych okolicznościach, transport mebli biurowych do sali konferencyjnej, odbyłam szybki kurs tysiąca systemów, na których będę pracowała, a w głowie planowałam, co spakuję na zaczynające się już w kolejny wtorek prawie tygodniowe szkolenie w londyńskim biurze.

Bezwiednie poruszając się w rytm „Sweet Dreams” Beyonce, z rozkręconego na full radia, wytuszowałam rzęsy, kości policzkowe musnęłam różem, a usta ulubionym malinowym błyszczykiem. Ta piosenka, od pięciu lat była wpisana w serię „Historia Mojego Życia”. Nadal nie wiem czy to, co się WTEDY wydarzyło, nie było tylko snem. Najcudowniejszym z koszmarów, z którego los mnie bezceremonialnie wybudził, nie dając szansy dośnić happy endu. Szkoda. Było minęło, trzeba żyć dalej, bez serca i duszy, które ON odebrał mi i zniknął. Nigdy go jednak nie zapomniałam.

Włosy, z niedawno odświeżonym balejażem koloru piaskowy blond, zwinęłam w kok wysoko na głowie, przez co moje metr osiemdziesiąt stawało się dla niektórych tylko bardziej drażniące. Szpilki dopełniły dzieła. Miłość do wysokich obcasów, przy moim wzroście, dodawała mi raczej wrogów niż wielbicieli, a i tych drugich, płci męskiej, mocno ograniczała do wyższych ode mnie, gdyż tylko takich w swej ludzkiej bezmyślności akceptowała zarówno moja psyche, jak i ciało. Uwielbiam obcasy, a jak kogoś peszy mój wzrost, to niech się wali. Mgiełka perfum i szybki look w lustro. Na piątek musi wystarczyć, zwłaszcza, że właśnie spostrzegłam, iż wychodząc z domu siedem minut temu, na pewno nie spóźniłabym się na umówione na dziewiątą rano spotkanie w Nielson Industries, gdzie już czekał na mnie Johnny Tibs w towarzystwie swojego uwodzicielskiego uśmiechu i moich wkrótce mebli.

– Cudownie! – wykrzyknęłam, przeciągając samogłoski z udawanym entuzjazmem, parodiując mojego szefa z jego brytyjską, przeuroczą, acz mocno przesadną afirmacją wszystkiego, nawet tego, co przeciętne i niezasługujące chociażby na – spoko. Niepoprawny optymista.

Na podjeździe czekał ukochany, żółty Lupo. Marzenie dwudziestokilkulatki na dorobku, zmuszonej do dojazdów do zatłoczonego, wielkiego miasta. Mało pali, zwinny w korku i mieści się w każde miejsce parkingowe. Nic dodać, nic ująć. Może poza cieknącym płynem od wspomagania i problemami z odpalaniem po nocy. Taki już urok mego autka. Nie to, że nie marzę o czymś więcej, ale na razie musi mi wystarczyć. Zważywszy na właśnie odcięty spory, stały i pewny dopływ gotówki z rodzinnego biznesu.

Wsiadłam do nagrzanego porannym słońcem wnętrza. Matka nieźle się wkurzyła, kiedy powiedziałam jej, że wyprowadzam się z domu i idę do innej pracy. Do świąt Bożego Narodzenia jej pewnie przejdzie, a tymczasem ja już dwa miesiące cieszę się nieskrępowaną wolnością podejmowania decyzji we własnej sprawie. Uczucie trochę surrealistyczne, ciut przerażające, ale w głównej mierze fantastyczne. Nie, tylko i wyłącznie fantastyczne! Co prawda, zanim znalazłam pracę w Dallas Hanning Adler Limited, zmuszona byłam mocno nadszarpnąć oszczędności, ale warto było.

Odpaliłam silnik i ruszyłam z wolna podjazdem, oddzielonym od trawnika małym bukszpanowym żywopłotem i wyjechałam na ulicę.

Piąty dzień nowej pracy niósł nie mniejsze wyzwania niż cztery poprzednie. Otwierając nowe biuro zagranicznej korporacji, a zwłaszcza kończąc zaczęte już sprawy, zwykle jest dwa razy więcej do zrobienia. Nie inaczej było i tym razem. Przekopanie się przez istniejące już dokumenty, aby zrozumieć rozpoczęte procesy, było istną torturą. Przejmowaliśmy kilka mebli po oddziale zaprzyjaźnionej firmy. Cóż, każdy w tych czasach szuka oszczędności. Człowiek z biura w Londynie znalazł je jeszcze przed moim zatrudnieniem, finalizacja transakcji i zorganizowane transportu należało już do mnie. John Tibs, pośredniczący w transakcji z ramienia Nielson Industries, spotkał się ze mną już we wtorek rano w moim biurze, w celu ustalenia daty odbioru oraz potwierdzenia reszty szczegółów. Ku mojemu zaskoczeniu, z rozbrajającym uśmiechem doświadczonego łowcy samotnych cipek, po jakichś pięciu sekundach rozmowy, zaproponował wyjście na kawę, którego „z przykrością” musiałam odmówić. Wyczuwałam tego typu gości na kilometr, ale starałam się zachować profesjonalizm i wyraźny, lecz uprzejmy, biznesowy dystans. To, co wydarzyło się kilka godzin później, obok profesjonalizmu chyba nawet nie leżało. Na samo wspomnienie gęsia skórka pokrywała moja skórę.

– Aleksander Kent, słucham – usłyszałam stanowczy baryton w słuchawce we wtorkowe popołudnie, trzy dni wcześniej.

– Dzień dobry, nazywam się Thomson i dzwonię z DHA Limited – wyjąkałam. Obcy mi zwykle w takich sytuacjach stres, niepokojąco posiadł mój mózg i zdusił resztki zdrowego rozsądku. – Kontakt do pańskiej firmy dostałam od Johna Tibsa. Powiedział, że będzie pan wprowadzony w temat…

– Witam panno Thomson – odpowiedział baryton po drugiej stronie, przerywając moje nierówne zmagania ze znalezieniem właściwych słów.

– Nie jestem wprowadzony, jak to ujęłaś, ale proszę kontynuuj, chętnie się wtajemniczę.

Nie wiem dlaczego na te słowa, moje ciało spięło się i zapłonęło rumieńcem. Nie były reprymendą, raczej zachętą, zarzuceniem haczyka, ale stanowczy, pewny siebie, i dziwnie znajomy ton, zbił mnie mocno z tropu.

– Tak… – zawahałam się. – Do rzeczy. John Tibs polecił Kent Holding Company, jako firmę transportową. Dzwonię, by dowiedzieć się, czy pańska firma mogłaby przewieźć kilka mebli z biura Nielson Industries. Chodzi o parę szafek, stół konferencyjny, kilka krzeseł i chyba niewielką drukarkę. Myślę, że to nie dużo, powinno szybko pójść. Jak pan myśli? – Odpowiedziała mi cisza. – Halo?

– Hm – odchrząknął. – Tak, rzeczywiście Johnny wspominał mi o tym, że pani zadzwoni – odezwał się w końcu baryton, lekko zachrypłym głosem. – Z przyjemnością pani pomogę. Proszę podać szczegóły.

Nieco zaskoczona przebiegiem rozmowy automatycznie przedyktowałam detale, adres, datę i godzinę, po czym wydukałam zdawkowe dziękuję i do widzenia.

 – Do zobaczenia wkrótce, Sophie – zaakcentował pewny swych słów.

Czy ja podawałam swoje imię?

– Nie mogę się doczekać – walnął bezmyślnie mój żyjący swym życiem jęzor.

W słuchawce zapadła cisza. Chyba żadne z nas nie chciało się rozłączyć. Trwało to może dwie sekundy, ale było jak wieczność. Na co czekał, czy chciał coś dodać? Ostatecznie w końcu pierwsza odłożyłam słuchawkę.

Co się kurczę właśnie wydarzyło? Nie miałam pojęcia. Nigdy, przenigdy nie zdejmowałam maski profesjonalizmu podczas rozmów zawodowych. Kurczę, kurczę! I przecież nie podawałam swojego imienia, skąd on…? Pewnie Tibs mu powiedział, ale i tak jakoś dziwnie wyszło. Teraz, w przeciwieństwie do tego, co bezmyślnie wypaplał mój język przed momentem, miałam wielką nadzieję na NIEDOZOBACZENIA. Znów absurdalne kłamstwo. Oczywiście, że umarłabym, gdybym go nie zobaczyła, jednakże było coś w tym znajomym głosie, co zmuszało mnie do niekontrolowanych zachowań, a takich całe życie starałam się unikać. Właśnie dlatego ograniczam się przy „drwinkowaniu”, a w seksie nie osiągnęłam orgazmu od, o matko, od bardzo dawna.

Ostatnim i jedynym nienapędzanym bateriami, ukrwionym, podłużnym kształtem, jaki potrafił przyprawić mnie o drżenie z rozkoszy należał do Boskiego Thora. Do kradnącego serca i dusze, niebiańskiego, i jednocześnie najokrutniej­szego z bogów. Minęło już pięć lat odkąd przeżyłam najwspanialszy dzień i najcudowniejszą noc swojego życia. Na samą myśl o nim serce mi przyspieszało, a moje wnętrze zaczynało pulsujący taniec i wilgotniało w kilka sekund, gotowe by przyjąć go całego. Jeden, przesycony do granic możliwości, romantyczny, intensywny dzień i jedna niezapomniana, fantastyczna noc. Jedna cholerna noc na plaży, podczas weekendowego, nieplanowanego wypadu nad morze z kuzynką i przyjaciółkami. Przez pięć lat, gdy czasem rozładowywałam nadmiar emocji przy pomocy chłopaka na baterie, nadal wyobrażałam sobie jego dłonie, język i usta na moim ciele. Nikt i nic nie wypełniło pustki wewnątrz mnie, gdy bezpowrotnie zniknął, po tym, jak rozkosznie drżąc opuścił moje ciało swym ciągle nabrzmiałym członkiem, dając mi wcześniej trzy ekstatyczne wspinaczki na szczyt. Nieopisane, niezwykłe doświadczenie, które zdeterminowało i ukształtowało moje życie uczuciowe, i seksualne, na kolejne lata.

Mój Jacob, vel Boski Thor.

Uwielbiałam tę mityczną postać i od razu, gdy zobaczyłam Jake’a, nasunął mi się ten przydomek. Jego muskularne, wielkie, opalone ciało wyróżniało się aż nadto spośród przeciętności sylwetek przetaczających się przez rozgrzaną plażę. Długie blond kosmyki, beztrosko kołysały się na wietrze, muskając proporcjonalną twarz wraz z silną szczęką, na której dominowały pełne usta. Gęste brwi osłaniały akwamarynowe tęczówki, dodatkowo ukryte pod długimi rzęsami. Jak on uroczo marszczył czoło, gdy spod nich spoglądał. Był boski w całej swej postaci. Idealny. Piękny. Sprawiał wrażenie niezwykle silnego i pewnego siebie, władczego, a jednocześnie czarował delikatnością i czułością. Obiecał, że zobaczymy się następnego ranka, w tym samym miejscu, w którym go poznałam, lecz nigdy się nie pojawił.

Tego dnia coś we mnie umarło.

Następne krótsze i dłuższe związki nie przyniosły choćby zbliżonego doświadczenia. Nie poznałam nawet jego nazwiska, ale to nie miało znaczenia. Ten chłopak tego jednego dnia, tej jednej pieprzonej nocy, odebrał mi nie tylko dziewictwo, czego na szczęście nie wiedział, bo na pewno by mnie wyśmiał, ale także zabrał ze sobą moje wnętrze. W swej całej naiwności i głupocie, może w nadziei nie wiadomo na co, odważyłam się przyjechać w to samo miejsce, na weekend, rok później. Oczywiście go nie spotkałam. Widocznie kłamał nawet wtedy, gdy mówił, że jest miejscowy i z taką łatwością i swobodą, oprowadzał mnie po najromantyczniejszych uliczkach, kawiarenkach i skwerkach nadmorskiego miasteczka. Pewnie robił tak z każdą poderwaną dziewczyną, ale tego dnia nie dał tego po sobie poznać. Patrzył na mnie tymi swoimi oczami w odcieniu błękitnego topazu z taką żarliwością i szczerością, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół, jakby uczył się mnie na pamięć. Przez krótki moment uwierzyłam, że byłby zdolny mnie pokochać. Oczywiście nie mogę wierzyć w takie bajeczki, jestem już dorosła i wiem, że nie ma wróżek, Świętego Mikołaja i miłości od pierwszego wejrzenia, ale tego dnia Jake, całym sobą udowadniał mi, raz po raz, coś zupełnie innego. Ja również to czułam. Po tylu latach byłam pewna, że na jedno jego słowo, wskoczyłabym za nim w otchłań Helheimu. Gdyby tylko chciał mnie tam zabrać…

Pogoń myśli przerwał bezczelnie klakson za mo­imi plecami. Prowadzenie auta, z jednoczesną wilgocią pomiędzy nogami, walącym sercem i galaretą zamiast mózgu, nie wróżyło dobrze. Otrząsnęłam się z dłoni i ust Jacoba, i ruszyłam ze skrzyżowania na zielonym, starając się wyrzucić z głowy głos pana barytona. Dalszą drogę spędziłam na wyciu do piosenek z ukochanego musicalu, czerwieniąc się, gdy ktoś przypadkiem przyłapał mnie na wyciąganiu wysokiego dźwięku do niezapomnianego „The Winner Takes It All”.

Gdy ku memu zaskoczeniu, kwadrans przed dziewiątą dotarłam do wieżowca Nielson Industries, transportowy, olbrzymi Mercedes z logo Kent Holding Company, stał już zaparkowany na parkingu przed tylnym wejściem do budynku.

Ciekawe czy spotkam pana barytona, pomyślałam.

Transportowego auta nie sposób było przeoczyć. Nadrukowane na boku naczepy błękitno-szare, spienione fale, były niemal jak żywe. Pojazd błyszczał w porannym słońcu czystością i nowością.

– Jak psu jajca na wiosnę – wymamrotałam pod nosem i zachichotałam z własnego żartu.

Zaparkowałam Lupo kilka miejsc dalej. Na szczęście jestem piętnaście minut przed czasem. Wysiadłam z auta i od razu zapragnęłam wrócić do mojego klimatyzowanego maleństwa. Jasne, jeansowe biodrówki przylepiły mi się do ud, a jedwabna, biała koszula z krótkim rękawem i odpiętymi dwoma górnymi guziczkami, tak, że pozostawiały miejsce wyobraźni, zaczęła momentalnie delikatnie prześwitywać od potwornej wilgoci, która panowała w powietrzu. Lato było wyjątkowo upalne, a tegoroczny lipiec, według meteorologów, był najgorętszym od dziesięciu lat. Z trudem przeszłam przez parking, zapadając się obcasami w zaczynającym rozmiękać asfalcie. Ulżyło mi, gdy wkroczyłam przez automatyczne drzwi do ciemnego, zimnego holu i odetchnęłam przyjemnym chłodem sztucznego, klimatyzowanego powietrza.

Rozdział II

Ciepły piasek szeleścił pod ich ciałami. Jej idealną, twarz oświetlała jedynie słaba, srebrna poświata Łysego. Kształtną nagość ukryło przed zachłannymi oczami ludzi jego masywne, napięte do maksimum ciało. Nikt nie miał prawa jej teraz oglądać, oprócz niego. Nie było takiej możliwości. Prywatna plaża, odgrodzona od reszty świata wysokim ogrodem, nie pozwalała, aby ktokolwiek im przeszkadzał. Żałował, że nie ma tu więcej światła, by mógł napawać się jej smukłym ciałem. Szerokie biodra, w kontraście do wąskiej tali i niewielkich, jędrnych piersi, obiecywały rozkosz. Długie do łopatek, blond włosy, rozwiewała jej nocna, gorąca bryza, wiejąca od lądu w stronę morza. Jeden mocniejszy podmuch przywiał z ogrodu zapach jaśminu i wplątał w jej złote kosmyki, podrzucając kilka niesfornych pasm w stronę szarych oczu. Niby ratując ją z opresji odgarnął je z jej twarzy i ucałował kącik pełnych, różowych warg.

Sophie była najpiękniejszą istotą, jaką widział w życiu. Pokochał tę dziewczynę od pierwszej chwili, gdy zobaczył ją radosną, z rozczochranymi włosami i w wymiętej po podróży, białej sukience w maleńkie, błękitne kwiatki, wysiadającą z auta pod hotelem jego rodziców. Ze wszystkich nadmorskich miejscowości, ze wszystkich hoteli w tym jednym miasteczku, musiała wybrać właśnie ten. Nigdy nie przyznał się, że jest synem właściciela. Powiedział za to o swojej pracy ratownika. Wolał, aby nie wiedziała, że ma pieniądze. Pragnął, żeby zaakceptowała go takim, jaki jest, bez całej bogatej otoczki. I ona właśnie takiego go pragnęła. Chciał wiedzieć o tej dziewczynie wszystko, co lubi, co ją cieszy, co smuci, jak ma na imię jej najlepsza przyjaciółka lub czy w dzieciństwie miała psa, kota czy świnkę morską. Chciał posiąść ją całą, jej duszę i ciało. Postanowił to sobie już w pierwszej godzinie znajomości. Mieli na to resztę życia. W tej jednej chwili byli jednością. W całej swej boskości zgodziła się, aby to on dotykał jej gładkiej, nieskazitelnie jedwabistej skóry. Dotykał więc, całował, pieścił i ssał delikatnie, lecz zachłannie, jakby miała mu to za chwilę odebrać. Przez sekundę pomyślał, że mógłby w jej gorących ramionach spędzić resztę życia, chciał jej to powiedzieć, ale powstrzymał się z obawy, że to ją wystraszy, że nie jest gotowa na takie słowa. Znają się w końcu dopiero od szesnastu godzin. Na pewno nie zrozumiałaby tego, co do niej czuł. On sam tego nie rozumiał, ale nie odpychał tych uczuć. Przeciwnie, zanurzał się w nie z każdą minutą mocniej, tonął bez tchu, bez strachu, w pewności, że to, co ich łączy, to więcej niż kilkanaście najpiękniejszych godzin w jego życiu. Czuł zjednoczenie dusz i ciał, jakby znał ją od zawsze, jak gdyby los pchał od wieków każde ich wcielenie wciąż od nowa w swoje ramiona. Nie wiedział czy ona też to czuje, ale z jej stalowych oczu krzyczała wręcz chęć miłości – bez obłudy, obaw, czysta, szczera, prawdziwa.

Zatracony w smakowaniu jej ciała dotarł do piersi, chwycił je w dłonie i przez moment podziwiał z enigmatycznym uśmiechem, jak idealnie w nich leżą.

– Piękne – powiedział prawie bezgłośnie, po czym lekko objął ustami jeden sutek i wessał delikatnie. Na przemian ssał i lizał wierzchołek, drażniąc przy tym drugi sutek kciukiem i uciskając piersi dłońmi.

– Zobacz mnie – mruknął, przyciągając jej nieśmiały wzrok w miejsce gdzie pieścił jej skórę i powrócił ustami do piersi, łakomie wsysając różową brodawkę i kąsając leciutko. – Oddychaj kochanie – wyszeptał z czułym uśmiechem, gdy spostrzegł, że wstrzymała podniecony oddech.

Płynnym ruchem przeniósł się ustami nad drugi sutek i wessał z ciut większą siłą. Odetchnęła głęboko i mruknęła z rozkoszy

Była taka nieśmiała i delikatna w jego objęciach. Nie tak, jak dziewczyny, które do tej pory spotykał. Turystki lgnęły do niego i reszty ratowników jak muchy do lepu. Szczególnie upodobały sobie jego umięśnione ciało. Boski Thor, jak pieszczotliwie nazwała go Sophie, gdy go poznała. Zwykle nie przeszkadzało mu, że zaliczy kolejną babkę w tym miesiącu, a jest da niej tylko jednorazową, wakacyjną rozrywką. I vice versa, myślał. Liczyło się spuszczenie z krzyża, a jak przy okazji było jej miło, to już jej zysk. Nigdy nie zostawiał swojej kochanki niezaspokojonej, ale rzadko która zasługiwała na więcej niż jeden orgazm. Sophie była jednak inna, wykraczała poza skalę, nie miała konkurencji.

Oderwał z trudem usta od piersi, przechodząc pocałunkami w dół, do pępka i pozostawiając na jej skórze wilgotną ścieżkę. Zadygotała, gdy okrążył językiem pępek, jednocześnie wsuwając dłonie pomiędzy lekko ściśnięte nogi. Nieśmiała? Może, ale nie opierała się, gdy pewnie rozsunął jej uda i całym ciałem przeniósł się niżej, do jej lśniącej, pachnącej podnieceniem szparki, nie przestając dotykać i pieścić jej bioder, piersi, pośladków – wszystkiego, czego mógł dosięgnąć. Nie mógł nasycić wygłodniałych jej skóry dłoni. Chciał napawać się pięknym widokiem, który właśnie ujrzał, chciał podziwiać doskonałość kształtów, ale zapach był zbyt odurzający, by mu się dłużej opierać. Zamknął usta na różowiutkiej łechtaczce i wessał ją razem z okalającymi ją płatkami. Wygięła ciało w łuk i krzyknęła w ekstazie. Wsunął jeden palec w wilgotną dziurkę i mruknął głośno z zadowolenia.

– Boże, jaka mokra. Dla mnie. Dziękuję – szepnął nie przerywając wsuwać i wysuwać kciuka. Zatrzepotał językiem na łechtaczce i znów ją wessał, jednocześnie wchodząc w nią głębiej. Zadrżała, a oddech jej przyspieszył. Po kolejnym ruchu poczuł jak jej wnętrze zaczyna pulsować. Jęknęła słodko i zaczęła wić się pod naporem jego ust i dłoni w silnym orgazmie, a on przedłużał jej doznania do apogeum jej możliwości. Taka wrażliwa, idealna, pomyślał. Nie mógł czekać ani chwili dłużej, musiał natychmiast wejść w jej ciepłą, ociekającą słodkimi sokami cipkę. Uniósł się w górę, zrównując z jej twarzą i ucałował ją łagodnie, ale ona nie dała mu się odsunąć. Chwyciła go za szyję i przedłużyła pocałunek, wdzierając się w jego usta językiem i pieszcząc nim jego wargi i zęby. Przerwała pocałunek, oblizała swoje usta i zamyśliła się. Kosztowała swoją słodycz z jego ust niczym nowy nieznany smak, jakby po raz pierwszy go czuła. Wyglądała na zaskoczoną. Czy pierwszy raz ktoś pieścił ją w ten sposób? Niemożliwe. Delikatnie położył się na jej nagim ciele. Gdy poczuła jego potężną, gorącą erekcję na brzuchu, wzdrygnęła się i spłoszyła.

– Spokojnie Rybko, już zakładam garnitur – mrugnął do niej radośnie. Kiedy sięgał po paczuszkę przyglądała mu się uważnie, jakby lekko przestraszona. Rozerwał folijkę i płynnym, szybkim ruchem rozwinął prezerwatywę na naprężonym, stojącym na baczność, lśniącym od pierwszej wilgoci członku.

– Jest olbrzymi, ja… – wyszeptała bez tchu Sophie. Uśmiechnął się do niej tak rozbrajająco, że cały strach zniknął z jej twarzy, a ciało rozluźniło się poddając jego ciału. Czuł, że jest mało doświadczoną kochanką. To przeczucie jeszcze mocniej go podniecało i jeszcze bardziej skłaniało do dania jej uczty zmysłów, jakiej nigdy w życiu nie zaznała. Chciał, aby zapamiętała każdą sekundę razem. Chciał wyryć w jej sercu i umyśle bruzdę tworzącą jego imię. Wtulił się ciałem pomiędzy jej uda, dłonią lekko uniósł podparte na stopach biodra i umieścił główkę penisa w wejściu do jej szparki. Poczuł lekki opór, ale jej śliskie wnętrze ustąpiło pod jego delikatnym ruchem. Wszedł w nią do połowy swojej wielkiej długości, była taka ciasna. Rozchyliła usta i w chwili, gdy z łatwością wślizgiwał się do jej środka, wydobyła z siebie boski jęk rozkoszy. Najpiękniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszał, mieszał się teraz z szumem fal i gwarem miasteczka gdzieś w oddali. Wycofał się i znów powtórzył powolne, mocne pchnięcie, delektując się każdym odurzonym przyjemnością westchnieniem z jej ust. Czuł każdy jej wąski, gorący centymetr, gdy zamykała się na jego fiucie. Ekstaza to mało powiedziane. Z trudnością powstrzymywał wytrysk, chciał dać jej więcej, znacznie więcej. Odnalazł jej rytm. Kołysał i pchał biodrami delikatnie, tak by drażnić główką wewnątrz jej wrażliwy punkt i jednocześnie zataczał koła, by pocierać łechtaczkę. Tak, wielość kobiet przed tą idealną była w tym momencie jego atutem. Wiedział jak dać kobiecie rozkosz.

– To. Jest. Cudowne – wydyszała z ledwością w jego usta.

Poczuł jak napięła się i zadrżała cała pod jego ciałem. Oddech jej przyspieszył i urwał się w połowie.

– Ach – zajęczała przeciągle w uniesieniu zaciskając się i pulsując wokół jego członka, wchłaniając go jeszcze głębiej w siebie, zachłannie przyjmując jego pchnięcia i czerpiąc z nich radość. Nie było w tym nic lubieżnego, czy dzikiego. To było piękne. Z ledwością się powstrzymał, ale nie mógł pozwolić sobie na zbyt szybkie zakończenie. Jeszcze z nią nie skończył, nie była gotowa, by nie zapomnieć o nim już nigdy w życiu. Wyszedł z jej gorącej cipki i napawał się widokiem jej wilgoci na swoim penisie, była taka wyraźna w słabym świetle nocy i szarym blasku księżyca. Jęknęła z żalem, gdy opuszczał jej ciało.

– Bez obaw Rybko, nigdzie się nie wybieram. Nigdy cię nie zostawię – zapewnił namiętnie, gdy chwycił ją za biodra i zaczął obracać jej ciało, by móc nacieszyć się jej kształtnymi plecami, cudownymi dołeczkami ponad pośladkami, jędrną pupą. Chciał dać jej kolejny orgazm wchodząc w nią od tyłu i drażniąc szeroką główką te rejony, których nie zdołał dotąd pieścić, a dłonią krążyć po rozpalonym wzgórku łonowym, gdy nagle jaskrawe, piekące światło ukuło go wprost w źrenice.

Jakimś cudem promień poranka przedarł się cienkim strumieniem przez zasłonięte rolety okienne bezpośrednio na twarz Aleksa, gdy ostatkiem sił próbował złapać myślą ulatujący gdzieś sen i nie wpuścić na to miejsce pulsującego bólu głowy. Ten sen śnił tak często, że znał go na pamięć i nawet, gdy zostawał przerwany w połowie, doskonale znał jego zakończenie. Już raz je przeżył.

Pobudka o siódmej rano, po balangowaniu na wieczorze kawalerskim brata do trzeciej w nocy, wiązała się z paskudnym uczuciem w żołądku, który zabić mógł tylko klin. Nie mógł jednak liczyć dziś na łaskawość tego lekarstwa.

– Kto do kurwy nędzy urządza wieczór kawalerski w czwartek, warknął do siebie i zaraz wycofał się z uczucia gniewu. Dobrze znał drużbę swojego brata i przyzwyczaił się do tego, że dla Maksa nie miało znaczenia, czy uchlewa pałę w poniedziałek  czy w piątek.

Przeciągnął się powolnie niczym przebudzający się z drzemki kot, niestety nie ukoiło to sztywnego podniecenia, będącego pozostałością po bezlitośnie przerwanym śnie, jedynie ponagliło bicie serca. Czekał na dzisiejszy dzień odkąd poznał datę i godzinę. Samo wspomnienie jej głosu powodowało, że jego puls przyspieszał, mózg zwalniał, a członek tężał i rósł. Jednak tu nie chodziło tylko o czystą fizyczność. Poznałby ten głos wszędzie, wyrwany z najgłębszego snu. Wszystkie zmysły zapragnęły wykrzyczeć jej imię i znów ją zobaczyć, gdy tylko odezwała się tymi swoimi słodkimi usteczkami. Jak on za nimi tęsknił. Przez te wszystkie lata nie zapomniał tego cudownego uśmiechu, anielskiego głosu, gdy wypowiadała jego imię. Jak mógłby zapomnieć jedwab jej skóry, zapach włosów zmieszany z zapachem jaśminu, kwitnącego nieopodal miejsca ich ostatniego spotkania, smak warg – mieszanki malinowego błyszczyku i jedynego w swoim rodzaju smaku Sophie. Ale szczególnie nie zapomniał słodyczy miękkiej, delikatnej szparki, pomiędzy różowymi płatkami. Może wspomnienia nie były tak żywe jak jeszcze rok, dwa lata temu, ale nie było mowy, aby kiedykolwiek zniknęły.

A


przechodząc na doskonały, rozbudowany tors i barki, i wręcz mistrzowsko zarysowane bicepsy. Dalej, na pierwszorzędnie wyćwiczony sześciopak i rozkoszną ścieżkę włosków, wiodącą do wybitnie podniecającej fałki,

odpowiedziała nie przestając się szczerzyć. – Przeczytałem twój list do Mikołaja – mrugnął do niej Aleks. – Nadal nie wiem, o czym mówicie, ale widząc cię tak rozpromienioną, mogę tylko podziękować. – Martin objął brata i poklepał po plecach. – Nie ma sprawy. Lecę. Maks,

zwykłe „nie” wcale nie musi oznaczać prawdziwego „nie”. – Nie do końca rozumiem – wydyszałam zgodnie z prawdą. – Zatem w tej kwestii też musisz mi zaufać – mruknął. – Jakie słowo byłoby odpowiednie? – Zamyślił się. – Jaśmin? – wyszeptałam nieśmiało pytanie. Znów się