Opis

Lata 1918-1939 zapisały się w historii Polski nie tylko rozwojem gospodarczym i politycznymi zawirowaniami towarzyszącymi odbudowie niepodległego państwa, ale także znaczącymi zmianami obyczajowymi, wśród których na pierwszy plan wysuwa się emancypacja kobiet.

Nadzwyczajne, niepospolite, zachwycające, wybitne, nietuzinkowe. Bez kompleksów, na przekór stereotypom, często wbrew społecznym normom i przesądom, śmiało rozwijały skrzydła w sztuce, nauce, literaturze i polityce. Odważnie prezentowały światu owoce swojego talentu, z zapałem współtworząc intelektualne i artystyczne zręby odzyskanej polskiej państwowości. Bez nich uboższe byłoby nie tylko międzywojenne XX-lecie, ale i czasy nam współczesne. Wspaniałe kobiety, o których warto i trzeba pamiętać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 247

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Maryna Wiśniewska

Redakcja: Monika Frączak

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Głowińska (Lingventa), Katarzyna Szajowska

Zdjęcie na okładce

© Narodowe Archiwum Cyfrowe

© for the text by Jerzy Chociłowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0813-6

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

OD AUTORA

Kobietom w dwudziestoleciu międzywojennym nie udało się pozbyć gorsetu obywatelek drugiej kategorii. Pozostawały wciąż paradoksalnie mniejszością narodową pomimo swej liczebności. Mur wielowiekowej dyskryminacji stał twardo, o zburzeniu go nie było mowy, trochę go tylko tu i tam nadkruszano.

Piłsudski wkrótce po powrocie z uwięzienia w Magdeburgu, jako Naczelnik Państwa, wydał dekret przyznający prawa wyborcze także kobietom. Było to nie byle jakie wydarzenie, bez przesady można powiedzieć, że historyczne. W Anglii – kolebce sufrażystek – stało się to dopiero dziesięć lat później. Do pierwszego sejmu Rzeczypospolitej weszło tylko osiem pań – posełek lub posełkiń, jak z początku mówiono. Wszystkie co najmniej z wykształceniem średnim.

Zawsze jednak liczba posłanek (i senatorek) była w parlamencie znikoma i zmniejszała się nawet z upływem czasu. Ani jedna kobieta nie została choćby ministrem. Nakręcono wprawdzie film Pani minister tańczy (z Tolą Mankiewiczówną w roli tytułowej), ale rzecz działa się w fikcyjnym państewku. O dostaniu się na wyższe stopnie piramidy władzy kobiety mogły tylko marzyć.

Miały też utrudniony dostęp do edukacji i wielu zawodów, nawet do nauczycielstwa (poza przedszkolami). Musiały pracować dwa razy lepiej niż mężczyźni, żeby otrzymać połowę ich wynagrodzenia przy tym samym zajęciu. Były upośledzane przez wiele przepisów prawnych, na przykład matki nieślubnych dzieci nie mogły dochodzić ich ojcostwa, małżeństwo z cudzoziemcem równało się stracie polskiego obywatelstwa. Bohaterka poczytnej powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza Prokurator Alicja Horn to w istocie postać nierealna, bo ani jedna kobieta w owym czasie (1933) nie sprawowała takiej funkcji, a pierwszą sędzinę mianowano dopiero w 1929 roku.

Nie znaczy to, że kobiety godziły się z tą sytuacją i tkwiły w całkowitej bezczynności, zwłaszcza w miastach, bo wieś – biedująca i zacofana – pozostawała daleko w tyle za emancypacyjnym postępem. Ukazywało się jednak bardzo wiele pism kobiecych, zachodziły zmiany w obyczajach, w modzie, kobiety zaczynały się czuć swobodniej, wybijać się coraz wyraźniej na samodzielność. W sferze kultury, w literaturze, publicystyce, sztuce, na polu działalności społecznej zaistniało wiele kobiet nieprzeciętnych, wybitnych, świecących jasno własnym, niepożyczonym blaskiem. A podczas wojny i hitlerowskiej okupacji Polki znów – jak zawsze, gdy ojczyzna była w potrzebie – pokazały, ile są warte, jak bardzo zasługują na równe traktowanie. I na jak najdłuższą pamięć.

Szkice w tej książce przywołują niektóre z owych „Niezapominajek”. Są w tym zestawie postacie znane, jak Irena Krzywicka czy Maria Skłodowska-Curie, są prawie zupełnie i niesprawiedliwie odsunięte w cień niepamięci, jak Zofia Szlenkierówna czy Stefania Sempołowska, są wreszcie bohaterki wojenne, jak Elżbieta Zawacka czy Wanda Gertz. Jest to naturalnie tylko wybór – subiektywny, z konieczności pobieżny, ograniczony objętościowo. Można by podobnych żeńskich „reprezentacji” II RP ułożyć więcej.

Pozostaje mi jeszcze dodać, że książka powstawała pod bacznym nadzorem mojej żony Joanny i wiele zawdzięcza jej wskazówkom i krytycznym uwagom.

ELŻBIETA BARSZCZEWSKA (1913–1987)Dobry dzieciak w nocnej koszuli

© Narodowe Archiwum Cyfrowe

Przyszła na świat w aurze zgorszenia, a co surowsi mówili z oburzeniem o skandalu. Jej matka – Helena Maria Szumska, to typ zaradnej emancypantki, wytrwałej w panieństwie. Miała już trzydzieści lat, gdy po seryjnych koszach dawanych aspirującym do jej ręki kawalerom związała się z żonatym przemysłowcem Witoldem Barszczewskim. Była to miłość gorąca, z gatunku prawdziwych, ale omroczona zawziętością żony Barszczewskiego, która nie chciała słyszeć o rozwodzie, chociaż małżeństwo istniało wyłącznie na papierze. Jej upór nie skruszał nawet wtedy, gdy Szumska urodziła dziewczynkę, której dano na imię Elżbieta. W pierwszym odruchu w nieprzyjacielskim obozie znaleźli się nawet rodzice Heleny. Przestała być ich córką. Zatroszczyli się o nią i wnuczkę dopiero po wybuchu wielkiej wojny (1914), gdy Barszczewski musiał wyjechać z Warszawy do Rosji.

Mężczyzna po powrocie z wojennej tułaczki dał urzędowo Elżuni swoje nazwisko, odzyskał też „wolność”, ale oswojonej z samodzielnością Szumskiej przestało zależeć na małżeństwie (podobno obawiała się, że na głowę córki spadną złorzeczenia eksżony Barszczewskiego). Nie pobrali się, nie zamieszkali razem. On troszczył się wprawdzie o małą, ale pozostał raczej ojcem od święta. Nie dane mu było zresztą długo cieszyć się życiem. Zmarł, gdy córka była jeszcze uczennicą znanego żeńskiego gimnazjum im. Marii Konopnickiej przy ulicy Świętej Barbary.

Elżbieta wyrosła na dziewczynę o delikatnej „polsko-słowiańskiej” urodzie oraz nadzwyczajnym osobistym uroku. Była na tyle poważna, że po maturze zamierzała zająć się naukami politycznymi. Na szczęście spostrzegawczy poloniści ze szkoły wyperswadowali jej tę ambicję. Za ich radą wstąpiła do PIST-u, czyli Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej, któremu dyrektorował wielki Aleksander Zelwerowicz. Jej koleżanką i potężną później konkurentką była uczęszczająca tam również o rok starsza Nina Andrycz (od 1947 do 1968 roku żona premiera Cyrankiewicza).

Studia potwierdziły wartość talentu Elżbiety. Nie musiała zabiegać o angaż, to o nią zabiegano, miała propozycje nie tylko z Warszawy. Zdecydowała się na pracę w Teatrze Polskim, gdzie zadebiutowała w szekspirowskim Śnie nocy letniej (1934) rolą Heleny zakochanej beznadziejnie w Demetriuszu. Krytycy chwalili ją, niektórzy nawet bardzo, być może trochę na wyrost, bo Maria Dąbrowska spojrzała na ten występ surowszym okiem. Jej zdaniem biedna Barszczewska ze swą mdłą urodą była sztampowo banalna, nie okazując krzty żadnej ludzkiej namiętności. Górowała nad innymi tylko dykcją, poza tym – smutek i wstyd. Znamienne, że była to ocena nie tylko sławnej pisarki, lecz i niedalekiej krewnej. Dąbrowska, de domo Szumska, była bowiem stryjeczną siostrą matki Elżbiety, zwanej przez nią Manią. Wszystkie trzy były ze sobą zżyte, Elżbieta wręcz uwielbiała matkę i po jej śmierci (zmarła w szpitalu po operacji woreczka żółciowego) wpadła w czarną rozpacz.

Niewątpliwie szlachetność rysów Barszczewskiej przyczyniała się do tego, że obsadzano ją z upodobaniem w rolach lirycznych amantek, często w klasycznym repertuarze. Rozczulała publiczność dobrocią i łagodnością, onieśmieleniem bezradnego niewiniątka. Stopniowo jednak pozbywała się nadmiernej słodyczy, nabierając szczerej siły dramatycznej i nasycając odtwarzane postacie powagą młodzieńczej dojrzałości. Jej atutem była nieskazitelna dykcja oraz niezwykle duże oczy, którymi potrafiła wyrazić szeroką skalę emocji.

Błyszczała na warszawskich scenach przez wszystkie sezony aż do wybuchu wojny, wcielając się w osiemnaście postaci, z których wiele to kreacje utrwalone w historii polskiego teatru, przeżywającego wówczas wyjątkowo bujny rozkwit. Była między innymi (aż 250 razy) wierną nimfą w sztuce Giraudoux Tessa; nadludzką Dziewicą w Dziadach Mickiewicza; wiarołomną Salomeą w Horsztyńskim Słowackiego; nieszczęsną Dorrit w sztuce według prozy Dickensa; dziewczęcą Anielą w Ślubach panieńskich i w Wielkim człowieku do małych interesów Fredry; śliczną Lady Agatą w salonowej komedii Wilde’a Wachlarz Lady Windermere. Jej ostatnią przedwojenną rolą na deskach teatru była Ofelia w Hamlecie (1939). Wtedy już Dąbrowska nie znęcała się nad jej aktorstwem, tylko mnożyła pochwały bez oporów. Zapisała nawet w swoim dzienniku, że jako Ofelia jest „może najlepsza”, dykcyjnie doskonała, a w scenie obłędu „niezwykle przekonywająca”.

Mimo znacznej różnicy wieku (24 lata) Barszczewska miała w stryjence przyjaciółkę. Spotykały się często i podobno zwierzała jej się nawet z sercowych rozterek. Dopraszało się jej względów równocześnie dwóch mężczyzn. To koledzy, wybitni aktorzy: Marian Wyrzykowski i Jan Kreczmar. Obaj zresztą żonaci. Jeden z aktorką Justyną Karpińską. Małżeństwo nie przeszkadzało im w zapewnianiu Barszczewskiej o miłości do niej. Jednakże Elżbieta nie była pewna swych uczuć. Ostatecznie rywalizację wygrał Wyrzykowski, po długim oblężeniu, nie bez małych dramatów. Formalnie wciąż nie był wolny. Rozwód z Czesławą Szurszewską (miał z nią córkę Marysię) otrzymał dopiero na dzień przed wybuchem powstania warszawskiego, a z Żunią (tak czule nazywał Barszczewską) pobrali się już po wojnie. Cztery miesiące później Barszczewska powiła syna Juliusza. I on także został aktorem, ale niestety bez sukcesów, mimo że jako dziecko zapowiadał się obiecująco. Miał dziesięć lat, gdy zagrał tytułową rolę w ekranizacji baśni Janusza Korczaka Król Maciuś I. Niestety zmarł przedwcześnie.

Barszczewska szybko stała się wielką damą sceny, jednak to nie teatr, ale kinematografia wyniosła ją na wyżyny masowej popularności. Mocno się z tego powodu zżymała, albowiem zawsze – i poniekąd słusznie – ceniła sobie najbardziej to, co robiła w teatrze. Skarżyła się, że kamera działa na nią hamująco, że ją usztywnia, że granie w filmie ją męczy, ale nie było rady – X muza brała swoje z bezwzględnością młodości. Umierała więc Barszczewska na zapalenie opon mózgowych jako Stefcia Rudecka w nieśmiertelnej Trędowatej (1936); w rok później w Ordynacie Michorowskim ukazywała mu się we śnie. Była też dzielną podporą wyśmienitego Kazimierza Junoszy Stępowskiego w dwóch wyciskaczach łez według prozy Dołęgi-Mostowicza (Profesor Wilczur i Znachor), należąc stale do żelaznego składu firmowych gwiazd ówczesnego kina. Dąbrowska po zobaczeniu Trędowatej była zachwycona grą i urodą Barszczewskiej („pełna prostoty, nic się nie mizdrzy”).

Przez pięć lat wystąpiła w czternastu filmach i tylko w jednym nie w czołowej roli. Nie ze wszystkich była zadowolona, a najbliższe jej sercu były trzy. Na pierwszym miejscu stawiała uczuciowe udręki Elżbiety Bieckiej w Granicy Zofii Nałkowskiej, a zaraz potem zawirowania życiowe Bronki Mossakowskiej w Dziewczętach z Nowolipek – adaptacji najpoczytniejszego utworu Poli Gojawiczyńskiej. Trzecią ulubioną postacią, także zaczerpniętą z literatury, była Justyna Orzelska z patriotycznego romansu Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej. Film kręcono w autentycznych plenerach w wiosce Bohatyrowicze (dziś Białoruś). Miał wejść na ekrany piątego września 1939 roku. Obie jego kopie pochłonął pożar wzniecony niemieckimi bombami.

Jedyną rolą Barszczewskiej podczas okupacji było kelnerowanie do spółki z innymi znakomitymi koleżankami w kawiarni U Aktorek. Udzielała się w konspiracji, recytując zakazanego Norwida w prywatnych mieszkaniach – na koncertach, które organizował Leon Schiller. W powstaniu straciła wszystko, jej mieszkanie poszło z dymem, ona ocalała i fortunnie uniknęła wywózki, tułając się przez jakiś czas w podwarszawskich miejscowościach, między innymi w Podkowie Leśnej, gdzie jako barman w lokalu Pod Krzywą Brzozą zarabiał na ich utrzymanie Wyrzykowski.

Do zawodu wróciła w Teatrze Wojska Polskiego w niezniszczonej Łodzi, która przygarniała wtedy wielu warszawskich pogorzelców. Wystąpiła tam 1 sierpnia 1945 roku w posępnym rocznicowym widowisku Barykady Warszawy, potem jako Diana w dramacie Słowackiego Fantazy i Maryna w Weselu Wyspiańskiego.

Do Warszawy ściągnął ją Arnold Szyfman, dyrektor wskrzeszonego z popiołów Teatru Polskiego. Reanimowano go uroczyście 17 stycznia 1946 roku (w rocznicę wyzwolenia stolicy) wystawieniem Lilli Wenedy Słowackiego. Reżyserię wziął w swoje ręce Juliusz Osterwa i zagrał brawurowo wieloznaczną postać Ślaza. Było to ogromne wydarzenie, nie tylko czysto teatralne. Krwawy dramat, osadzony w baśniowych czasach opodal Gopła, odebrany został spontanicznie jako odniesienie do współczesności. Podbici, pokonani Wenedowie byli Polakami, nieludzcy, okrutni Lechici – hordą niemieckich najeźdźców. Lecz po narodach wymordowanych jeszcze zostaje jakaś moc – mówiła siostra Lilli Roza Weneda i zapowiadając straszną zemstę zmartwychwstańców z pobojowiska, w końcowej scenie rzucała pod stopy wrażego króla kajdany swych martwych braci.

Piszący te słowa należy zapewne do nielicznych już naocznych świadków tego przedstawienia. Szło ono jeszcze bardzo długo, zawsze kompletami. Z braku miejskiej komunikacji dojeżdżano na nie zbiorowymi „taksówkami” w postaci ciężarowych bud, na które wspinano się po drabince z sosnowych palików. Z licznej doborowej obsady ostał się chyba jedynie Witold Sadowy (niestrudzony autor wspomnień o aktorach), któremu Osterwa powierzył rolę Lechona, jednego z trzech synów króla Lecha.

Tytułową Lillą była naturalnie Barszczewska, a jej grę obsypano gęsto konfetti superlatywów. Po spektaklu nie oparła się łzom wzruszenia, tak samo zresztą jak znaczna część widowni. W wywiadach mówiła, że przeżyła tę rolę „głęboko i najbardziej osobiście”, bo los Lilli z poświęceniem ratującej życie bliskich splatał się z jej własnymi przeżyciami, z tym wszystkim, czego Polacy doświadczali każdego dnia podczas hitlerowskiej okupacji.

Na premierze był oczywiście piewca quasi-gwary warszawskiej Stefan Wiechecki, czyli „Wiech”. Nie byłby sobą, gdyby nie zrecenzował sztuki dla „Życia Warszawy” językiem jednego ze swych bohaterów. Tym razem był to niejaki Euzebiusz Krówka. Komentował on między innymi sytuację, w której król Wenedów po ciężkich knotach od Lechitów został oślepiony i wtrącony do lochu:

Wtenczas się pokazało, jakie dzieci bywają. Starsza córka króla Rózia dała się poznać jako kawał cholery, ale młodsza (…) Lilia Wenecja, dobry dzieciak, w nocnej koszuli przyleciała do pałatki tego drugiego króla za tatusiem prosić.

Za „nocną koszulę” interlokutor Wiecha uznał białą powłóczystą szatę – sceniczny kostium Barszczewskiej. Odtąd w zespole zaczęto ją nazywać „dobrym dzieciakiem w nocnej koszuli”. Przyjęły się też inne zapożyczenia z tegoż felietonu: No, dość tego, chodu, panowie, za firankie – mówił do kolegów półgłosem Osterwa, gdy przedłużały się brawa po ich końcowym wyjściu przed kurtynę.

Barszczewska należała do niezbyt licznego gatunku osób, o których nie mówi się źle, ze złością czy nawet niechęcią. Była skromna, sympatyczna, przychylnie usposobiona do bliźnich, koleżeńska. Nie dbała o rozgłos. Stroniła od plotek i obmowy – ulubionej strawy braci aktorskiej. Domatorka, często pro domo sua malowała swoich bliskich, a najchętniej drzewa i kwiaty.

Wiadomość o „postradaniu przez nią zmysłów” przyjęto ze zgrozą. Nie poznawała ludzi, całkowicie straciła kontakt z rzeczywistością. Po ustąpieniu ze sceny (1981) już nigdy na nią nie powróciła. Znalazła schronienie w starym warszawskim hospicjum przy ulicy Nowowiejskiej i tam umarła.

JADWIGA BECK (1896–1974)Romantyczne rzęsy Edena

© Narodowe Archiwum Cyfrowe

Nie wiadomo, dlaczego podpułkownik artylerii Józef Beck rozstał się raptownie ze swoją zabójczo piękną żoną Marią Słomińską, i to w czasie, gdy spodziewała się potomka. Niewątpliwie jednym z powodów, choć chyba nie jedynym, była inna urodziwa kobieta – Jadwiga z domu Salkowska, była żona generała Stanisława Burhardta-Bukackiego.

W tym czasie katolicy nie mogli zakończyć małżeństwa rozwodem, śluby były jeszcze wyłącznie kościelne, toteż – żeby się legalnie połączyć z nowym partnerem – zmieniano wyznanie na protestanckie. Był to często praktykowany sposób i posłużyli się nim również Beck z nową wybranką. Identycznie postąpił Burhardt, biorąc sobie nową żonę po rozstaniu z Jadwigą, przyszłą panią Beck. Cała czwórka kontredansowo przeistoczyła się w ewangelików.

Ojca Jadwigi, Wacława, uznanego na Lubelszczyźnie radcę prawnego, stać było na wyedukowanie córki w renomowanej warszawskiej pensji Anieli Wereckiej. Po jej ukończeniu panna Jadwiga prowadziła w Lublinie podczas wojny – wraz ze swą wybitnie urodziwą matką – gospodę dla legionistów Piłsudskiego. Tam właśnie poznała Komendanta i jego adiutanta Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, a także Burhardta, naonczas kapitana, który z czasem poprowadził ją do ołtarza. W 1919 roku po paradnym ślubie w barokowej katedrze lubelskiej państwo młodzi zamieszkali w Modlinie, gdzie Burhardt sprawował dowództwo nad dywizją piechoty. Tamże urodziła się ich córka Joanna, zwana później Bubą.

Młodzieńcze lata garnizonowe wspominała Jadwiga jako wesołe i szumne. Co sobota w kasynie odbywały się tańce (skrapiane obficie wódeczką). W jej oczach było to „żywe życie”, barwne i bogate, lecz jakże odległe od światowego poloru i od więzów protokolarnej etykiety, jakie niebawem miały ją skrępować.

Józef Beck – kiedy za niego wychodziła – był już wprawdzie szefem gabinetu ministra spraw wojskowych, ale nie było to stanowisko pozwalające małżonce brylować na europejskich salonach. Tymczasem kariera Becka nabrała nagłego rozpędu. Przez krótki okres był on nawet wicepremierem, a zaraz potem wiceministrem spraw zagranicznych, co otworzyło przed jego żoną kręgi międzynarodowego dyplomatycznego high life’u. Oznaczało to przyjęcia, rauty, wizyty, rewizyty, obiady – multum wszelakich imprez. Na szczęście Jadwiga, nazywana czule Dziubą, wyniosła z pensji dobrą znajomość francuskiego, który był ówczesnym angielskim (mówiła też płynnie po włosku, nie dbając jedynie o gramatykę). Ponadto miała dobry gust, potrafiła się szykownie ubrać i szybko nabrała stosownych manier – mąż nie musiał się jej wstydzić. Przeciwnie, zyskał w niej mocną podporę towarzyską. Stanowili parę o świetnej prezencji.

W swoich wspomnieniach pod tytułem Kiedy byłam Ekscelencją pisze, że w początkowym warszawskim okresie terminowania w roli damy utrapieniem były dla niej herbatki „de 5 à 7” – od piątej do siódmej po południu. Co dzień przypadało ich kilka, nie sposób było wszędzie siebia pokazat’ i liudej uwidat’ (siebie pokazać i ludzi zobaczyć), w myśl rosyjskiego porzekadła. Wpadało się na chwilkę w tłok między zaczerwienione panie, które ćwierkały beztrosko, sprawdzając, która ma nowy kapelusz bądź futro. Istniał bowiem ekscentryczny zwyczaj niezdejmowania w nagrzanych salonach okryć wierzchnich, nawet futer oraz modnych pasterek, czyli wielkich jak bocianie gniazda kapeluszy z małą główką. Cóż, takie petits détails situent l’époque (drobiazgi charakteryzują epokę), jak powiadają Francuzi.

Obowiązków przybyło, kiedy po dwóch latach Beck dostał nominację na pełnego ministra. Doszły oficjalne podróże zagraniczne. Niektóre przyjacielskie albo czysto grzecznościowe, ale były i trudne, newralgiczne politycznie. Należała do takich zimowa wizyta w Moskwie (1934) w celu podpisania układu o nieagresji z Sowietami. Podczas gali teatralnej z tej okazji Beckowie zasiadali w dawnej carskiej loży, a orkiestra po raz pierwszy na tamtej ziemi grała Mazurka Dąbrowskiego, i to kilka razy. Piłsudski, który darzył Becka niemal ojcowskim uczuciem, odnosił się też nie tylko z sympatią, ale i szacunkiem do pani Dziuby. Uważał, że bardzo pomogła mężowi w owej moskiewskiej wyprawie.

Rok później, w lipcu – gdy minął urzędowy okres sześciu tygodni żałoby po śmierci Piłsudskiego – Beck pojechał do Niemiec, na których Polska wymogła „deklarację o niestosowaniu przemocy”. To podczas tej wizyty Hitler zapewniał polskiego ministra solennie, że nie chce szukać w Europie wojny i cieszy się z ustabilizowania stosunków z Polską. Na przyjęciu Jadwiga siedziała obok niego, a że jej niemiecki był słaby, zaś Führer nie znał żadnego obcego języka, położyła bez ceremonii przy nakryciu dwa słowniczki i z ich pomocą animowała rozmowę. Powiedział jej, że najbardziej w życiu ceni sobie kwiaty oraz muzykę, i konsumując kluseczki popijane lemoniadą, zachwalał wegetarianizm. Wydał jej się banalny, uderzył ją tylko dziwnie uporczywy wyraz jego oczu. Wygląda na to, że nie była to ze strony pani Beck przypadkowa obserwacja, bo odnotowała także, iż Göring miał oczy „przezroczyste i nieobecne”, natomiast Goebbels „pałające”.

W trakcie tej wizyty potwierdził się respekt, jaki przedstawiciele reżimu hitlerowskiego okazywali postaci Piłsudskiego. W całych Niemczech w dniu pogrzebu Marszałka flagi opuszczono do połowy. Hitler był na nabożeństwie żałobnym w berlińskim kościele św. Jadwigi, a Göring szedł za trumną Marszałka w Warszawie na czele delegacji niemieckiej.

Ciekawe, że w tym szacunku sekundowali Niemcom Sowieci. Na okolicznościowej sesji Ligi Narodów otwierający ją radziecki ludowy komisarz spraw zagranicznych Maksym Litwinow wygłosił wręcz pean na cześć zmarłego. Rzekł między innymi, że Piłsudski był potężną osobowością i od początku nowego bytu Polski kierował losami kraju, który skonsolidował. W dzienniku „Izwiestia” natomiast napisano expressis verbis, że był uznanym wodzem i ustalił granice Polski w zbrojnej walce. Wyznanie na tych łamach o tyle osobliwe, że uczynił to przecież, dając pod Warszawą baty bolszewikom.

Tak więc obaj nasi najwięksi wrogowie, czyhający od samego początku na rozpad polskiej niepodległości, dostrzegali jasno to, co ginęło z pola widzenia zawziętym krytykom Piłsudskiego na rodzimym podwórku. Był on przede wszystkim państwowcem. We wszelkich działaniach busolą była mu ochrona świeżej suwerenności przed zagrożeniami tak z zewnątrz, jak i przed próbami podkładania pod nią ognia w kraju.

Tylko przelotnie napomyka o tym Beckowa, ale polityka to wąski margines jej wspomnień. Publicznie nigdy nie ingerowała w żaden sposób w pracę męża, mimo że znała jego najskrytsze myśli. Zdawała sobie sprawę, że towarzysząc mu, spełniała zakreślone protokołem funkcje, niejako dekoracyjne. Jej zadaniem było przy tym ocieplać po kobiecemu klimat spotkania i to czyniła con amore, podróżując u boku męża „z namiętnością neofitki”.

Jak wspomina sekretarz Becka Paweł Starzeński, pani Jadwiga pokochała zwłaszcza Włochy i tam najchętniej jeździła. Bez cienia tremy gawędziła swobodnie czy to z królem Włoch Wiktorem Emanuelem III, czy to z premierem Benitem Mussolinim. Na każdym kroku uszczęśliwiała Włochów, wyznając im miłość do Italii.

Przyjmowały ją także na swoich dworach dostojne królowe. Dygała przed angielską Mary, włoska Helena polecała jej bułgarskie zioła przeciw epilepsji (!), jadła śniadanie z norweską Maud (wnuczką królowej Wiktorii), a na podwieczorku u królowej Mii w Jugosławii popełniła małe faux pas za przyczyną stadka nadto ruchliwych pekińczyków, ulubieńców gospodyni (przydeptały jej suknię, stopując pożegnalny ukłon).

Z pieskami tejże rasy bawiła się w kucki na dywanie razem z królem rumuńskim Karolem Drugim, bo „cały dwór i rodzina królewska mieli szał na ich punkcie”. Podczas tej wizyty zaproszono ją tajemniczo na poufne spotkanie – poza ustalonym programem – z pewną panią, która ją chciała koniecznie poznać. Okazało się, że była nią osławiona metresa króla Elena Lupescu. Naprawdę nazywała się Magda Wolff i była córką żydowskiego rzeźnika. Zmieniła imię i nazwisko, „rumunizując” je w złudnym staraniu złagodzenia skandalu, jakim był chroniczny romans z żonatym monarchą, niewolniczo do niej przywiązanym. Po rozmowie z panią Beckową zachwyciła się nią, co króla tak uradowało, że podarował jej na pamiątkę popołudnia z madame Lupescu papierośnicę z monogramem ułożonym z brylancików. Odmowa nie wchodziła w rachubę, a papierośnica się przydała: została „opylona” podczas wojny.

Siłą rzeczy mniej frapujące były obowiązki salonowe na rodzimym terenie. Goszczenie cudzoziemców, wydawanie przyjęć z najrozmaitszych okazji, często nawet z tańcami – wszystko to wymagało specjalnych zachodów. Na niektóre rauty przybywało i kilkaset osób. Odbywały się one w przydzielonych Beckom eleganckich pomieszczeniach pałacu Brühla (nieistniejącego już), gdzie całość wystroju była „zharmonizowana i wymuskana do najdrobniejszego szczegółu”.

Nie zawsze też rola Ekscelencji była łatwa i przyjemna. Zdarzały się momenty trudne i przykre. Kiedyś, gdy z ambasadorem ZSRR Jakowem Dawtianem jechała do opery na występ rosyjskich piewic Barsowej i Maksakowej, auto obrzucono błotem i kamieniami przy wtórze okrzyków, że puszcza się z kacapem, podczas gdy mąż haruje w Genewie. A towarzyszyła Dawtianowi (notabene był Ormianinem) niejako służbowo, bo na telefoniczne polecenie Becka.

W końcu stycznia 1939 roku, gdy coraz bardziej zanosiło się na to, że – jak pisał Tuwim – malarz pokojowy pragnie zostać malarzem wojennym, a w Polsce zaznaczyły się silne nastroje antyniemieckie, przyjechał pociągiem do Warszawy minister spraw zagranicznych Rzeszy Joachim von Ribbentrop. Wziął z sobą żonę, którą zaraz po przyjeździe zajęła się Jadwiga Beckowa. Gdy jechały obie samochodem przez miasto, grupa niedorostków z furią zbombardowała auto grudami brudnego śniegu.

Pani Beckowa, nie tracąc rezonu, wyjaśniła wesoło oburzonej Ribbentropowej, że wracająca ze szkół młodzież cieszy się rzadkim w stolicy śniegiem i auta niechcący padają ofiarą tej swawoli. Trzymała się tej wersji mimo teutońskiego uporu Frau R. twierdzącej, że celowano w samochód.

W trakcie solidarnego najazdu naszych sąsiadów z lewa i prawa we wrześniu „roku pamiętnego” Beckowie schronili się w niby zaprzyjaźnionej Rumunii. Zostali tam internowani na stałe, bo nasz londyński rząd zablokował uwolnienie Becka. Udaremniono też próby jego ucieczek. Przetrzymywany w okropnych warunkach, bez właściwej opieki medycznej, do ostatka pielęgnowany ofiarnie przez żonę, przegrał walkę z gruźlicą. Dopiero wtedy Jadwiga razem z córką mogła opuścić Rumunię. Przez Turcję przedostała się na Bliski Wschód i w Kairze dostała zajęcie w PCK przy armii Andersa. Tamże Buba poznała swego przyszłego męża. Był to porucznik Bohdan Tymieniecki z pułku pancerniaków „Dzieci Lwowskich”.

Potem były długie peregrynacje (Włochy, Bruksela, Kongo Belgijskie) i w końcu Londyn w osobnym apartamenciku pod skrzydłami Buby i zięcia. Tam też Jadwiga Beck dożyła swych dni, przyjmując wielu przyjaciół i znajomych z lat, gdy była w Europie znana i lubiana. Odwiedzał ją między innymi niegdyś brytyjski minister (później premier) Anthony Eden – jej „prywatna sympatia”. Zapamiętała, że był to „śliczny chłopak”, miał „romantyczne długie rzęsy!”.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz