Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 252 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niezwykłe bitwy i szarże husarii - Radosław Sikora

Pozycja poświęcona najciekawszym starciom tego rycerstwa, a w szczególności jego spektakularnym zwycięstwom, osiąganym nad wielokrotnie liczniejszym przeciwnikiem. Można w niej przeczytać m.in. o szarżach husarii, które rozbiły kilkunastokrotnie silniejszych nieprzyjaciół, czy też o heroicznej obronie przed około stokrotnie liczniejszym wrogiem.

Nie zabrakło także epizodów przegranych, które pokazują, że sama obecność husarii na placu boju nie wystarczała, aby wygrać walkę. Często ważniejsze okazywały się okoliczności, w których do niej doszło. Omówiono także bitwy, wokół których narosło wiele nieporozumień i które wciąż, niesłusznie, funkcjonują w literaturze jako symbole kryzysu tej kawalerii.

Pozycja zawiera liczne ilustracje kolorowe oraz mapy.

Radosław Sikora – doktor nauk historycznych, ekspert do spraw husarii, autor książek i publikacji z zakresu staropolskiej wojskowości i kawalerii, m.in.: „Z DZIEJÓW HUSARII”, "KŁUSZYN 1610", "HUSARIA POD WIEDNIEM 1683" oraz "FENOMEN HUSARII".

Opinie o ebooku Niezwykłe bitwy i szarże husarii - Radosław Sikora

Fragment ebooka Niezwykłe bitwy i szarże husarii - Radosław Sikora

RADOSŁAW SIKORA
NIEZWYKŁE BITWY I SZARŻE HUSARII
Projekt okładki: MICHAŁ KARCZ
Redakcja: ARTUR SZREJTER
Korekta: KAROLINA KAWAŁKOWSKA
Skład: ANNA SZARKO
@ Copyright for the Polish edition by Radosław Sikora, 2011 @ Copyright for the Polish edition by Instytut Wydawniczy Erica, 2012
ISBN: 978-83-64185-28-1
Instytut Wydawniczy ERICA e-mail: wydawnictwoerica@wp.plwww.WydawnictwoErica.pl Oficjalny sklep www.tetraErica.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Wstęp

Książka ta poświęcona jest najciekawszym bitwom i szarżom husarii. W szczególności spektakularnym zwycięstwom, osiąganym nad wielokrotnie liczniejszym nieprzyjacielem. Nie zabrakło także epizodów przegranych, które pokazują, że sama obecność husarii na placu boju to za mało, aby wygrać walkę, gdyż ważniejsze okazywały się okoliczności, w których do niej doszło. Omówiono również bitwy, wokół których narosło mnóstwo nieporozumień i które wciąż, niesłusznie, funkcjonują w literaturze jako symbole kryzysu tej formacji kawaleryjskiej.

Pisząc tak tę, jak i poprzednią książkę[1], miałem zamiar przybliżyć szerokiemu kręgowi czytelników wyniki moich badań nad husarią, które zaowocowały obronioną w 2010 roku pracą doktorską Taktyka walki, uzbrojenie i wyposażenie husarii w latach 1576–1710[2].

Do niej też odsyłam osoby, które chciałyby pogłębić zdobytą w Niezwykłych bitwach i szarżach husarii wiedzę.

Zdając sobie sprawę, że książka stricte naukowa jest trudna w odbiorze, postanowiłem uprościć formę i treść doktoratu tak, aby czytelnik nie był zbytnio znużony nadmiarem informacji. Przy okazji, w Niezwykłych bitwach i szarżach husarii zaktualizowałem treść rozprawy doktorskiej o najnowsze wyniki badań.

Wspomniałem o mojej poprzedniej książce, czyli Z dziejów husarii. Osobom, których wiedza na temat tej polskiej formacji jest minimalna, zalecam, aby właśnie od niej rozpoczęły swoją przygodę z dziejami husarii, gdyż niniejsza praca, chociaż napisana jako oddzielne dzieło, wymaga minimalnej wiedzy na temat tej formacji. Wiedzy, którą w łatwy i przyjemny sposób przekazuje bogato ilustrowana książka Z dziejów husarii.

Zanim zajmę się głównym tematem książki, czyli bitwami i szarżami husarii, chciałbym wyjaśnić dwa kluczowe pojęcia, które stale przewijają się w tej książce. Pierwszym jest słowo „fortel”. Dawniej miało nieco inne znaczenie niż dzisiaj. I trzeba o tym pamiętać, czytając stare teksty.

Fortel w języku staropolskim, będąc z jednej strony synonimem słowa podstęp, oznaczał również każdego typu przeszkodę (czy to naturalną, czy też stworzoną ręką ludzką), która utrudniała swobodne przemieszczanie się i atakowanie przeciwnika chronionego przez ów fortel. Przykład takiego znaczenia znajduje się w opisie bitwy pod Parkanami:

[Polacy] żadnego nie mieli fortelu, to jest ani rowu, ani płotu, ani wioski, przy czem by się mogli bronić, bo się to w gołym polu stało[3].

Podobnie w opisie bitwy pod Kłuszynem:

Niemcy jednak [...] przy fortelach zwykłych stanąwszy jako przy błocie, przy płocie, przy gęstwinie pieszy, szkodzili nam[4].

Tak więc „gołe pole” to miejsce pozbawione forteli. Z kolei rowy, płoty, zabudowania, błota, „gęstwina” (czyli teren pokryty krzewami lub drzewami) to właśnie fortele. Fortelami były też szańce, kozły hiszpańskie, świńskie pióra, mury, parkany, czyli fizyczne przeszkody, które utrudniały, albo wręcz uniemożliwiały ruch przeciwnika. Aby nie było wątpliwości, dodam, że fortelem nie był ogień broni palnej wroga.

Dla kawalerii kluczowym czynnikiem była możliwość szarży na przeciwnika w otwartym/gołym polu (wtedy nic nie wstrzymywało jej ruchu, nic nie łamało jej szyków, miała swobodny dostęp do żołnierzy wroga). W innym wypadku kawaleria musiała szarżować na przeciwnika stojącego za fortelem (wtedy ów fortel sam w sobie mógł uniemożliwić zbliżenie się kawalerzystów do nieprzyjaciela, co najczęściej kończyło się odwrotem atakującej jazdy).

Drugim pojęciem, które wymaga wyjaśnienia, jest jednostka obrachunkowa, zwana stawką żołdu.

W czasach świetności husarii liczebność kawalerii polskiej określano, podając, ile stawek żołdu przypada na opłacenie danej jednostki. Na przykład tak zwana stukonna rota husarii to oddział, na który ze skarbu państwa wypłacano sto stawek żołdu, a nie w rzeczywistości liczący stu kawalerzystów. Dlatego czytelnik powinien pamiętać, że gdy piszę, iż etatowa/komputowa liczebność danej jednostki wynosiła sto koni (czy też sto stawek żołdu), nie oznacza to, że rota fizycznie liczyła sto koni (stu jeźdźców). Liczyła ich mniej, czasem znacznie mniej. Dlaczego?

Otóż w kawalerii polskiej istniał system opłacania kadry oficerskiej z tak zwanych ślepych pocztów/ślepych koni. Innymi słowy, część stawek żołdu (w początkach XVII wieku ok. 10%, później więcej), przypadających na daną jednostkę kawalerii polskiej, szła na płace oficerów. Tak więc stukonna rota husarii miała w swoich szeregach co najwyżej 90 żołnierzy. A ponieważ w trakcie marszów i działań bojowych ich liczba często drastycznie spadała, tworzyły się wakaty. Dlatego między rzeczywistą liczbą żołnierzy przystępujących do boju a ilością stawek żołdu danej jednostki czy armii były wielkie różnice. Bywało, że rzeczywista liczebność oddziału kształtowała się na poziomie zaledwie 20–25% jej liczebności etatowej. Czyli stukonna rota husarii mogła liczyć zaledwie 20–25 husarzy. Na jej opłacenie skarb państwa (lub też prywatny właściciel) asygnował 100 stawek żołdu, lecz do boju wychodziło tylko 20–25 husarzy (tj. towarzyszy wraz z czeladzią pocztową; luźnej czeladzi nie liczono w grono żołnierzy).

Wszystkie uwagi poczynione w nawiasach kwadratowych oraz wytłuszczenia w tekstach źródłowych są mojego autorstwa.

Radosław Sikora

Lubieszów 17 IV 1577

Podwójna elekcja na tron polski w 1575 roku (cesarza Maksymiliana Habsburga 12 grudnia 1575 roku i księcia Siedmiogrodu Stefana Batorego 15 grudnia 1575 roku) zakończyła się wojną domową. Gdańsk nie uznał królem wybranego przez część szlachty Batorego. W sporze o polski tron gdańszczanie opowiedzieli się za jego konkurentem – Maksymilianem II. Do bitwy pod Lubieszowem (dzisiaj miejscowość ta znana jest jako Lubiszewo) doszło podczas wojny domowej pomiędzy wojskami Stefana Batorego a miastem Gdańskiem. Bitwa ta zasługuje na szczególną uwagę z dwóch powodów. Pierwszym jest dysproporcja sił (około pięciu gdańszczan na jednego żołnierza królewskiego), pomimo której wojska Batorego pokonały przeciwnika. Drugim – fakt, że starły się wojska posługujące się dwoma różnymi rodzajami sztuki wojennej: staropolską i niemiecką. Interesujące jest zwłaszcza prześledzenie, w jaki sposób husaria rozbiła szyki lancknechtów, dysponujących długimi pikami.

Armia królewska, dowodzona przez hetmana nadwornego koronnego i jednocześnie kasztelana gnieźnieńskiego Jana Zborowskiego, liczyła sobie etatowo 1350 kawalerii (w tym 1135 husarzy) oraz 730 piechoty – łącznie 2080 stawek żołdu. Po uwzględnieniu tak zwanych ślepych koni i porcji, otrzymamy 1952 żołnierzy. Stany rzeczywiste mogły być jednak niższe, bo rzadka była sytuacja, gdy jednostki występowały do boju w pełnym składzie. Niestety, nieznana jest liczba wakatów w oddziałach.

Żołnierze Zborowskiego dysponowali dwoma działami i dwudziestoma siedmioma hakownicami, a do obrony Tczewa skierowano cztery niewielkie działa. Armii tej towarzyszyła luźna czeladź, lecz jej liczbę trudno określić. Nie było jej chyba zbyt wiele, gdyż tabor wojsk królewskich jeszcze przed bitwą odesłano do Gniewu.

Wojska gdańskie składały się z trzech kontyngentów. Pierwszym była milicja miejska, której liczebność źródła szacują na 8000–10 000 piechoty i 400 kawalerii. Drugim były zawodowe wojska, zaciągnięte ze szkatuły miejskiej w państwach niemieckich: 3100 piechoty i 400 kawalerii. Trzeci człon armii gdańskiej stanowiła piechota, wysłana Wisłą na dwóch większych i dwóch mniejszych stateczkach. Popłynęło na nich 210 strzelców i zapewne drugie tyle pikinierów. Armia gdańszczan liczyła więc łącznie około 12 000–14 000 ludzi, z czego jedynie 3500 lub (doliczając tych, którzy płynęli na statkach) 3700–3900 stanowili zawodowi żołnierze, a dysponowała trzydziestoma żelaznymi działkami przewożonymi na wozach, pięcioma działami i dwoma moździerzami. Gdańszczanami komenderował doświadczony dowódca Hans Winkelbruch von Köln.

Bitwa rozegrała się kilka kilometrów na zachód i południowy zachód od Tczewa (mapa 1).

Przez tamte okolice przepływa Motława, której koryto otoczone było grzęzawiskami i bagnami. Armia królewska, rozłożona przed bitwą po wschodniej stronie Motławy (w pobliżu Rokitek), nie omieszkała obsadzić pobliskiego Tczewa piechotą (50 hajduków), której zadaniem była obrona miasta przed atakiem wojsk gdańskich. Tczew miał spore znaczenie, gdyż bronił przeprawy przez Wisłę, a jednocześnie kontrolował ruch statków po tej głównej arterii wodnej Korony, a poza tym znajdował się na tyłach armii królewskiej.

Wojska gdańszczan zbliżyły się do żołnierzy Batorego od północy, będąc od nich oddzielone bagnami Motławy i samą rzeką. W rejonie Tczewa istniały w tamtym czasie dwie przeprawy z mostkami, które umożliwiały przejście przez bagna i rzeczkę. Pierwsza znajdowała się przy trakcie koło Rokitek, to jest około cztery kilometry na zachód od Tczewa. Druga była położona bardziej na południe, czyli pod Lubieszowem, między dwoma jeziorami (sześć kilometrów na południowy zachód od Tczewa).

Mapa 1. Bitwa pod Lubieszowem 17 IV 1577. Wojsko gdańszczan ustawia się na pozycjach wyjściowych (rys. Radosław Sikora)

Wódz gdańszczan, początkowo zaskoczony tym, że przeciwnik nie czmychnął na widok jego licznych wojsk, głęboko wierzył w zwycięstwo (obawiał się ponoć tylko tego, żeby żołnierze Batorego nie uciekli przedwcześnie z pola bitwy). Wiara ta wynikała z olbrzymiej przewagi liczebnej, którą mieszczanie tego najludniejszego miasta Rzeczpospolitej mieli nad wojskami królewskimi. Mimo jednak tak wielkiej pewności siebie, Hans Winkelbruch von Köln nie zaniedbał niczego, co mogło mu pomóc w zwycięstwie. Plan bitwy, przygotowany przez tego doświadczonego wodza, rokował wszelkie nadzieje na sukces. Zdając sobie sprawę z niewielkiej użyteczności pospolitego ruszenia, postanowił użyć go tylko do działań wiążących w okolicach przeprawy pod Rokitkami. Sam zaś na czele regularnego wojska chciał obejść szerokim łukiem pozycje żołnierzy królewskich i uderzyć na nich od południa, na skrzydło i tyły armii Batorego. Zamierzał zaatakować w momencie, gdy królewscy będą ścierać się z mieszczanami. W tym celu armia Gdańska rozdzieliła się w okolicach Miłobądzia na dwa korpusy. Pierwszy, złożony z całego pieszego pospolitego ruszenia mieszczan i przydzielonych im 200 jeźdźców, skierował się na wzgórza wokół Dąbrówka i Zajączkowa. Drugi (3100 lancknechtów i 600 jazdy) ruszył ku przeprawie pod Lubieszowem.

Aby w szeregi wojsk królewskich wprowadzić dodatkowe zamieszanie w momencie dwustronnego ataku sił lądowych, do akcji miały wejść także siły, które Hans Winkelbruch wysłał Wisłą. Ich celem był Tczew, jednakże przeciwne wiatry zatrzymały gdańską flotę, której załoga nie zdążyła wejść do boju w wyznaczonym czasie.

Bitwa zaczęła się, jak twierdzi źródło, „troszkę przed południem”[5] w okolicy przeprawy pod Rokitkami, czyli na zachodnim brzegu Motławy. Stojące tam pospolite ruszenie gdańszczan poczynało sobie jednak dość niemrawo. Początkowo mieszczanie próbowali wiązać jazdę królewską, ostrzeliwując ją z dział i ręcznej broni palnej. Paprocki opisuje to następująco:

Wszakoż Niemcy używali fortelu swego, nie chcąc naszym dać statecznego spotkania [nie chcąc wystąpić do walnej rozprawy], tylko ich na strzelbę nawodzić chcieli, owa ich husarze kopiami dosięgnąć nie mogli[6].

Po nieudanych próbach zaatakowania przez husarię piechoty, chronionej owym „fortelem”, Zborowski nakazał wsadzić kilkudziesięciu hajduków na podjezdki i zmieszać ich z husarią (mapa 2).

Po krótkiej wymianie ognia, zranieniu i zabiciu kilku mieszczan i rajtarów, pospolitacy przyjęli już zupełnie bierną postawę. Według Bielskiego, wyglądało to następująco:

[...] lecz Niemcy nie nacierali barzo na nasze [wojska], chcąc ich przywieść na działa; postrzegł tego Zborowski i wnetże, wsadziwszy na koń kilkadziesiąt hajduków z długiemi rusznicami, zakrył je między kopijniki, także ich przedsię kilku z rusznic ubili. Jan z Kolna [Hans Winkelbruch von Köln], hetman gdański, widząc nasze [wojska], że są na tem, aby mu bitwę dali, uczynił płot przed swymi [wojskami] z dylów, które na to wiózł [...][7].

Jak widać, pospolitacy byli zaopatrzeni w dyle, czyli żerdzie, drągi bądź zaostrzone obustronnie słupki, z których w odpowiednim momencie ustawiono płot (ostrokół). Dyle te mogły wcześniej służyć pospolitakom jako przenośna osłona przed szarżami jazdy polskiej. I właśnie to był ów fortel, o którym pisał Paprocki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] Radosław Sikora, Z dziejów husarii. Warszawa 2010.

[2] Jej pełen tekst zamieszczony jest na stronie: http://rozprawy.uph.edu.pl/gsdl/collect/rozprawy/index/assoc/HASH7024.dir/Sikora%20Radoslaw.pdf

[3]Kopia listu o expedycyej KJmci pod Strigonium. Biblioteka Kórnicka Polskiej Akademii Nauk (BK PAN), rps nr 387, nr 60.

[4] Samuel Maskiewicz, Dyjariusz Samuela Maskiewicza. (w: Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów garnizonu polskiego w Moskwie w latach 1610–1612. opr. Marek Kubala, Tomasz Ściężor. Kryspinów 1995, s. 167).

[5] Paprocki, Relacja, s. 69.

[6] Tamże, s. 70.

[7] Bielski, Kronika, s. 1409.