Wydawca: Ole Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 643 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niezwyciężony - Andrea Frediani

Ponad 800.000 sprzedanych egzemplarzy! Przetłumaczona na pięć języków!

Laureat włoskiej literackiej nagrody Premio Selezione Bancarella.

Wkrótce po morderstwie Juliusza Cezara wybucha zacięta i krwawa walka o władzę absolutną. Prawowity spadkobierca – młodziutki Oktawian – aby pomścić ojca, musi się zmierzyć z doświadczonymi rzymskimi politykami: Markiem Antoniuszem, Cyceronem, Lepidusem, Brutusem i Kasjuszem. Oktawian wraz z kilkoma śmiałkami tworzy sektę. Przedmiotem jej kultu staje się zemsta, a celem - ukaranie, kolejno, jednego za drugim, wszystkich, którzy splamili się krwią Cezara.

Opinie o ebooku Niezwyciężony - Andrea Frediani

Fragment ebooka Niezwyciężony - Andrea Frediani

Andrea Frediani

Niezwyciężony

Tłumaczenie: Luiza Wyganowska

Tytuł oryginału: Gli invincibili. Alla conquista del potere

Outsourcing wydawniczy – Roboto Translation

Tłumaczenie: Luiza Wyganowska

Redakcja i korekta: Marta Muszel

Skład: Jacek Goliatowski

Projekt okładki: Krzysztof Kiełbasiński

Copyright © 2013 Newton Compton editori s.r.l.

Zdjęcie na okładce © oscar_killo / Istockphoto.com, © Enrico Fianchini / Istockphoto.com, © bjones27 / Istockphoto.com

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal 2014

Wydanie I

Warszawa 2014

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

e-mail:biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN: 978-83-7881-463-4

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Krzysztof Talarek / Virtualo Sp. z o.o.

I

Cezar nie żyje. Wiadomość, jaką przekazał Lucjusz Pinariusz, wprowadzony przed chwilą przez niewolnika, przeszyła lodowatym chłodem jego kuzynkę Oktawię. Kobieta wypuściła z rąk małą Klaudię Marcellę. Dziewczynka upadła na ziemię, a z ust matki wydobył się tak okropny krzyk, że bez trudu zdołał zagłuszyć płacz dziecka. Na szczęście Oktawia, drobna i niewielkiego wzrostu, poczuwszy drżenie kolan, wcześniej się schyliła, więc córeczka upadła z niewielkiej wysokości. Płakała bardziej ze strachu niż z bólu, jednak matka była przerażona. Pochyliła się i ostrożnie wzięła ją na ręce. Wtedy podbiegła do niej z pomocą oddana służka Etain.

Kiedy Oktawia zrozumiała, że Marcelli nic się nie stało, podała ją swej pomocnicy i ponownie spojrzała na kuzyna. W jej oczach kipiał gniew.

— Twoje żarty są w złym guście. Wiesz dobrze, jak łatwo mnie wystraszyć.

— Chciałbym, żeby to był żart, droga kuzynko — odpowiedział wyraźnie zmieszany Pinariusz. Był starszy od niej o parę dobrych lat, a jednak sprawiał wrażenie młodszego, choć to raczej dwudziestopięcioletnia Oktawia wyglądała poważniej niż jej rówieśnice.

Powtórzył, sylabizując niemal każde słowo:

— Juliusz Cezar, nasz kuzyn, dyktator, został zamordowany przed godziną, może niecałą, w Kurii Pompejusza podczas obrad senatu. Czy nie słyszysz krzyków na drodze?

Ponownie ugięły się pod nią nogi. Poczuła, że musi usiąść. Chwyciła krzesło za podłokietnik, przyciągnęła je do siebie i oparła się na nim, nie odrywając wzroku od kuzyna. Zaczęła przysłuchiwać się odgłosom dobiegającym spod jej domu na Awentynie. Istotnie, to były krzyki.

— Kto? Kto go zabił?! — zapytała przerażona.

— Musiałbym wymienić cały szereg imion. Należących do ważnych osób. Do senatorów. Z pewnością było ich wielu. Pozostali się przyglądali.

— Wymień jakieś!

— Nie mam śmiałości. To wszystko wydaje mi się tak niewiarygodne, że wciąż nie mogę pojąć, iż mogli to być oni. Nie chcę wysuwać niesprawiedliwych oskarżeń wobec ludzi, którym po wojnie domowej Cezar wybaczył, których nagrodził i wyniósł na najwyższe stanowiska w państwie. — Pinariusz wydawał się zmieszany.

Oktawia się zawahała. Rzeczywistość wciąż do niej nie docierała, chociaż krzyki na zewnątrz wzmagały się, niczym na potwierdzenie, że stało się coś bardzo ważnego.

— Może nie umarł. W takich sytuacjach plotki roznoszą się szybko i z ust do ust przybierają na sile — usiłowała sobie tłumaczyć. — Może to tylko nieudany zamach…

Zmartwiony Pinariusz potrząsnął przecząco głową.

— Wielu ugodziło go mieczem, kuzynko. To jedyne, czego możemy być pewni. Mówi się, że jego zwłoki leżą w kałuży krwi, porzucone w atrium Kurii, u stóp posągu Pompejusza Wielkiego. Jeśli to prawda, nie ma szans, by przeżył. Teraz musimy się skupić na tym, jakie my mamy szanse… na przeżycie.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — wyszeptała.

Wtem rozległ się łomot, który zatrząsł murami.

— Śmierć zwolennikom tyrana! Śmierć jego krewnym!

Dobiegające z zewnątrz złowrogie groźby sprawiły, że kobieta znowu zadrżała. Instynktownie wyciągnęła ręce w kierunku Etain, dając jej do zrozumienia, że chce z powrotem dziewczynkę, która nie przestawała płakać.

— Czy słyszysz ich? Myślisz, że mieliby odwagę wyjść na ulice, gdyby Cezar był żywy? — powiedział Pinariusz. — Teraz wszyscy przeciwni jego władzy, którzy wcześniej nie śmieli się zbuntować w obawie przed represjami, dadzą upust swojemu niezadowoleniu. A jeśli jest prawdą, że zabili go najbliżsi współpracownicy, nie pozostał nikt, kto mógłby wstawić się za jego rodziną. Nikt. To w nas w pierwszej kolejności uderzą ci tchórze, których Cezar trzymał na powrozie swojej władzy. Musimy uciekać.

— Moja matka… — wymamrotała Oktawia, niezdolna do działania. Taka reakcja była u niej częsta.

— Kwintus Pediusz udał się do Atii. Był świadkiem mordu, razem z senatorami. Wysłał niewolnika, aby mnie ostrzec. Ja postanowiłem uprzedzić cię osobiście. Wiedziałem, że nie uwierzysz niewolnikowi. Wraz z żoną Cezara stanowiliśmy jego najbliższą rodzinę. Jesteśmy więc najbardziej narażeni, przynajmniej dopóki sytuacja polityczna się nie wyklaruje. Ryzykujemy bardziej niż inni. Na szczęście twój brat przebywa w Ilirii, więc nie dotrą do niego.

Oktawia chciała się podnieść z krzesła, na które wcześniej ciężko opadła. Chciała biec i mobilizować niewolników, kazać szykować powóz, jechać przynajmniej do rodzinnejwilli w Velletri, aby zapewnić sobie minimum bezpieczeństwa. Trzymały ją jednak niewidzialne więzy. Kobietę dopadła dobrze jej znana niemoc, która naznaczyła całe jej dotychczasowe istnienie. Jej natura popychała ją ku rozwiązaniu, które zawsze zwykła wybierać: czekać na działanie innych.

— Mój mąż nie pozwoli, aby cokolwiek złego nam się stało. — Ostatecznie tylko tyle zdołała powiedzieć swemu kuzynowi.

— Jesteś tego pewna? — spytał Pinariusz. — Marek Klaudiusz Marcellus z pewnością był dzisiaj w senacie, a nigdy nie należał do zwolenników Cezara. W czasie wojen domowych został ułaskawiony przez dyktatora i być może nie jest jednym z morderców, niemniej należy z pewnością do tych, którzy nie kryją teraz zadowolenia. Dowodem jest choćby to, że nie wrócił jeszcze do domu. Czyż nie powinien martwić się o swą rodzinę bardziej niż o cokolwiek innego?

— Sugerujesz, że przyłączył się do wściekłego tłumu?

— Oczywiście, że nie. Ale nawet jeśli nie bierze w tym udziału, może nie być w stanie zareagować, jeśli zwrócą się przeciwko nam. Nie możemy być teraz niczego pewni. Cezar był dla Rzymu wszystkim i każdy Rzymianin, nawet najznamienitszy, mógł żyć jedynie w jego cieniu. Dzisiaj dla wszystkich otworzyła się droga do władzy.

— Jak sądzisz, co się będzie działo?

Pinariusz odezwał się po chwili wahania.

— Nikt nie może tego przewidzieć. Najpierw musimy odkryć, kto naprawdę uczestniczył w spisku, a także na jakie wsparcie konspiratorzy mogą liczyć wśród narodu i w senacie. Krążą pogłoski, jakoby chełpili się, że dokonali tego,by przywrócić pełnię władzy republikańskiej, ale wątpię, by Republika mogła odzyskać dawną świetność po tylu latach ukrytej monarchii, ze stanowiskami obsadzonymi na kolejnych pięć lat. Za dużo wokół ambitnych ludzi, zbyt wielu tych, którzy sądzą, iż mogą iść śladem Cezara. W tej sytuacji nie można się łudzić, że znowu będzie tak, jak było niegdyś,zanim nastały jego rządy. Sądzę, że wiele zależy od tego, jakie kroki podejmie Marek Antoniusz. Mimo że w ostatnim czasie wiele stracił w oczach dyktatora, nadal piastuje wszak stanowisko konsula i cieszy się największym autorytetem spośród wszystkich wysoko postawionych urzędników. Trzeba również zobaczyć, jaki wpływ na wydarzenia będzie miał Cyceron. Podobnie twój mąż: nawet jeśli nie uczestniczył w zamachu stanu, z pewnością widzi w nim swoją korzyść i bez wątpienia będzie walczył o przywrócenie Republiki. Poza tym nie wszyscy cezarianie zdradzili wodza. Nie umiem w tej chwili powiedzieć ilu ani którzy, ale sądzę, że jest wśród nich magister equitum1 Lepidus, konsulowie mianowani,Hircjusz i Pansa, ich przyjaciel, Azyniusz Pollion, oraz ich zamożni poplecznicy, tacy jak Korneliusz Balbus. Co zrobią? Boisz się, prawda? Ja także. Obawiam się, że Rzym jeszcze długo nie zazna spokoju…

— Ale dlaczego, dlaczego? — Oktawia nic nie rozumiała.— Cezar pokazał, że potrafi być naprawdę łaskawy. I byłby nadal, ze względu na wojnę przeciw Partom i Getom. Dlaczegowięc to zrobili?

— Dlaczego? Mówi się, że zginął, ponieważ chciał zostać królem, a Rzym nie może tolerować monarchii. Zbyt długo z nią walczyliśmy, by teraz się na nią godzić. Według mnie jednak każdy, kto przystąpił do spisku, widział w morderstwie Cezara swą korzyść… lub odczuwał jego istnienie jako swego rodzaju szkodę — oświadczył poważnie Pinariusz.

Głośniejszy niż dotąd hałas zwrócił uwagę rozmówców. Z przedsionka dobiegały ich podniecone głosy. Gdydo środka weszli ludzie, Oktawia chwyciła córkę i przytuliła ją do siebie. Zawsze unikała przemocy, a nawet jakichkolwiek nieporozumień. Była uważana za najbardziej uległąspośród skromnych matron stojących u boku senatorów Wiecznego Miasta. Nie lubiła się nikomu sprzeciwiać, bez względu na to, czy tym kimś był członek rodziny, znajomy, czy też zupełnie obcy człowiek. Bardzo liczyła się z opinią innych osób. Przywiązywała ogromną wagę do dobrych manier i dbała o dobre stosunki z ludźmi. Wystarczyła błahostka, by wytrącić ją z równowagi. Tak więc teraz, kiedyona i jej najbliżsi znajdowali się w niebezpieczeństwie, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej, była przekonana, że nie udźwignie takiego ciężaru.

Poczuła, że dłużej tego nie wytrzyma, i wybuchła płaczem. Jej łzy spływały po buzi córeczki, która także zaczęła szlochać. Oktawia nienawidziła samej siebie za to, że nie potrafiła zachowywać się właściwie przed kuzynem i niewolnikami. Jeżeli przyszli ją zabić, powinna pokazać, że jest godna swych przodków, a następnie umrzeć jak prawdziwa rzymska kobieta, jak jedna z rodu Juliuszów, do którego należała. Postanowiła, że przede wszystkim, gdy tam wejdą, muszą ją zastać stojącą, z wypiętą piersią i podniesionym czołem. Otarłszy łzy brzegiem palli, usiłowała się podnieść. Jakaś potężna siła przytrzymała ją jednak na krześle. Tymczasem hałas w domu się nasilał. Rozległ się odgłos metalu, stukot podkutych butów na pięknej marmurowej posadzce zdobiącej domum, szczęk mieczy uderzających o nagolenniki żołnierzy.

Żołnierze? Oktawia poczuła dreszcz paniki przebiegający po plecach.

Gladiatorzy. Clivus capitolinus – droga prowadząca na Kapitol – była ich pełna. „To ludzie Decymusa BrutusaAlbinusa” — pomyślał Gajusz Cilniusz Mecenas, zerkając to na krzepkich bojowników, to na niosących jego lektykę muskularnych tragarzy, którzy trzęśli się ze strachu na widok tego, czego byli świadkami. Prawdę mówiąc, on sam odczuwał strach. Nigdy zresztą nie cieszył się opinią nieulęknionego męża. Przybył tu ze swego rodzinnego Arezzo, by osobiście doprowadzić do końca pewną delikatną transakcję handlową. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że jest świadkiem buntu… lub, co gorsza, wojny domowej.

Wszyscy dookoła mówili, że Cezar nie żyje, a jego zabójcy, najznamienitsi senatorowie, chodzili po ulicach Rzymu, chełpiąc się swym czynem. Twierdzili, że zabili tyrana w imię wolności. Chociaż Mecenas nie był senatorem, a jedynie zwykłym ekwitą, jego majątek i powiązania handlowe z wielkimi właścicielami ziemskimi zasiadającymi w senacie sprawiły, iż rozumiał, jak bardzo obalony właśnie reżim dawał się we znaki pewnym kręgom finansowym. Był to zatem raczej wynik porachunków niż ukłon w stronę obywateli! Panowanie Cezara stanowiło dużą przeszkodę dla możnowładców, a nie dla szarego ludu, który – wręcz przeciwnie – czerpał ogromne korzyści z reform przeprowadzonych przez dyktatora oraz z pokoju, do którego doprowadził. Tłum był jednak niestały. Wystarczył jeden naganiacz, by zmienić jego nastawienie i nakłonić go do poparcia zabójców. Nieważne, kim byli. Ludzie na ulicach tworzyli teraz grupy uzbrojone w pałki i kamienie. Szukali senatorów, których powołał Cezar. Szukali Marka Antoniusza i jego zwolenników, jednym słowem – tych wszystkich, którzy stanowili podporę reżimu. Tak samo liczni byli jednak zwolennicy cezarian, opłakujący dyktatora i przeczesujący miasto w poszukiwaniu senatorów, którzy dopuścili się mordu na nim, ale także tych, którzy biernie przyglądali się wydarzeniom. Nie mogąc rozróżnić zwolenników Cezara od jego wrogów i morderców, bez sentymentów i bez wahania atakowali każdego, kto nosił tunicam laticlaviam.

On także mógł się czuć zagrożony. Wprawdzie jego ubiór nie wskazywał na to, że jest senatorem, jednak przepych, jakim lubił się otaczać, mógł narazić go na nienawiść ludu. Lektyka z subtelnie inkrustowanym baldachimem, wykonana z drewna zdobionego szlachetnymi kamieniami, przykuwała uwagę. Zazwyczaj obnoszenie się z bogactwem sprawiało mu przyjemność, tym razem marzył, by przemknąć się niezauważonym.

Ludność była wzburzona. Nie dało się powiedzieć, kto cieszy się ze śmierci dyktatora, a kto pragnie zemsty na jego mordercach. Mecenas widział ludzi, którzy okładali się ze wszystkich sił, widział członków przeciwnych ugrupowań znieważających się nawzajem, widział obywateli, którzy wdrapywali się na posągi zamordowanego dyktatora, by powalić je, gdy w tym samym czasie inni usiłowali im przeszkodzić. Widział grupy osób, które wywracały wozy towarowe z zezwoleniem na jazdę po ulicach po zapadnięciu zmroku, prawdopodobnie z zamiarem ich wykorzystania, by w chaosie, jaki zapanował po zbrodni, swobodnie plądrować miasto. Obiektem ataków tych rozszalałych band stały się również warsztaty rzemieślnicze. Młody Etrusk miał podstawy, by przypuszczać, że powodem tych napaści nie była żadna polityka.

I co robili gladiatorzy na Kapitolu? Byli niewolnikami, a mimo to chodzili wszędzie uzbrojeni niczym żołnierze. Mecenas wiedział, że ludzie ci należą do Decymusa Brutusa Albinusa, ponieważ parę godzin wcześniej, rankiem, mieli uczestniczyć w igrzyskach w Cyrku Flaminiusza – zostali ofiarowani przez swego pana z okazji uroczystego pożegnania Cezara, który wyruszał na wojnę z Partami.

Do Rzymu kupiec przybył, by sfinalizować pewną transakcję z senatorem Markiem Klaudiuszem Marcellusem. Mieli się spotkać w Cyrku Flaminiusza i tam, zgodnie z pisemnymi ustaleniami, omówić ostateczne szczegóły dotyczące sprzedaży willi Cuma w Kampanii, której senator miał się pozbyć na rzecz Mecenasa. Pewne trudności sprawiły jednak, że Etrusk spóźnił się kilka godzin na umówione spotkanie i wysłał niewolnika, któremu polecił powiadomić Marcellusa, że spotkają się na Forum po ludis i po zamknięciu posiedzenia senatu. Posiedzenia, które dla Cezara miało się zakończyć tragicznie.

Teraz nie było mowy o szukaniu Marcellusa na Forum. Na ulicach zrobiło się zbyt niebezpiecznie.

— Trzeba się było skryć w jednej z miejskich posiadłości — powiedział do siebie Mecenas — i tam zaczekać, dopóki sytuacja się nie uspokoi. Albo przynajmniej dopóki nie wyjaśni się, kto zabił Cezara i co zamierzają robić pozostali.

Dostrzegł Vicum unguentarium – drogę prowadzącą do Awentynu, gdzie znajdował się jego najokazalszy rzymski domus. Trakt zagradzała grupa demonstrantów, którzy właśnie podpalili jeden z budynków. Rozglądali się wokół i Mecenas odniósł wrażenie, jakby szukali kogoś, kogo mogliby dla rozrywki rzucić w ogień, by patrzeć, jak piecze się na stosie.

Dotarło do niego, że go zauważyli. Krzyknął do swych tragarzy, aby szli szybciej w stronę Clivi capitolini, chciał bowiem znaleźć się jak najbliżej gladiatorów. Miał nadzieję, że ich ponure oblicza odstraszą rozjuszoną gawiedź. Niewolnikom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ich kondycja robiła wrażenie. Przyspieszyli kroku i zaczęli wchodzić pod górę. Mecenas wychylił się odrobinę zza zasłony i dostrzegł, że demonstranci nie dają za wygraną. Jeden z nich podniósł nawet kamień i rzucił w ich stronę, nieomal trafiając w tragarza. Na szczęście tylne straże z jednostki gladiatorów były już bardzo blisko. Odległość dzieląca je od wichrzycieli zmniejszyła się. Buntownicy zwolnili, aż w końcu stanęli w miejscu.

To był najlepszy moment, by działać. Mecenas dał znak swym ludziom, by szli za wojownikami. Musieli ponownie wspiąć się na wzgórze. Nie było to do końca zgodne z jego planem, ale skoro chciał ujść cało, nie miał wyboru.

Po wejściu na górę zobaczył chaos.

Na trójkątnym placu wytyczonym przez świątynię Jowisza Kapitolińskiego, tabularium i Skałę Tarpejską tłoczyli się ludzie. Odnosiło się wrażenie, że spotkał się tam cały Rzym. Porządek pozornie starali się utrzymywać gladiatorzy i kilka oddziałów żołnierzy, ale sytuacja w każdej chwili mogła się wymknąć spod kontroli. Pośród niezliczonych świątyń, którymi usiane było wzgórze, posągów oraz kolumn kłębiły się różne klasy społeczne. Senatorów było niewielu i od razu rzucali się w oczy, ponieważ otaczali ich uzbrojeni strażnicy.

Uwagę Mecenasa przykuło coś, co dostrzegł u stóp głównej świątyni poświęconej Jowiszowi Kapitolińskiemu. Stojący tam optymaci, w togach splamionych krwią, starali się przemówić do tłumu. Ogromny zgiełk panujący na placu sprawiał jednak, że tylko osoby stojące w pierwszych rzędach mogły cokolwiek usłyszeć. Mecenas poczuł przez chwilę ulgę. Prawdopodobnie w żadnym innym miejscu w Rzymie nie było teraz tylu porządkowych, ilu zgromadziło się właśnie tutaj. W razie niebezpieczeństwa mógł zatem liczyć na swoistą ochronę.

Pomyślał, że nareszcie uda mu się w jakiś sposób ogarnąć to, czego był świadkiem, i zrozumieć, kim są ludzie stojący u stóp świątyni. Dostęp do informacji, czy to w interesach, czy w codziennym życiu, to najlepszy środek do osiągnięcia sukcesu. A on znał się na sukcesie jak mało kto. Nie była to wiedza urzędnika czy polityka ani zdobywcy czy przywódcy; było to doświadczenie człowieka interesu, który potrafił kupić wszystko i każdego.

Mecenas marzył, by stać się budowniczym. Nie zamierzał jednak wznosić budynków ani niczego równie materialnego. Pragnął być na tyle wpływowym, by móc budować życie innych ludzi lub przynajmniej nimi sterować. Marzył, aby mieć kontrolę nad ścieżkami, po których kroczy społeczeństwo i historia. Nie interesowała go chwała, sława ani popularność, a jedynie władza, do jakiej dochodzi się, dając innym poczucie zadowolenia. Nie było mowy o żadnym altruizmie, nic z tych rzeczy. Miał na tyle silną osobowość, że nie odczuwał najmniejszej potrzeby ustawiania się w pierwszym rzędzie. Wystarczała mu świadomość bycia tym, dzięki któremu wszystko działa tak, jak powinno; kimś, do kogo ludzie przychodzą, gdy pragną samorealizacji. Po raz pierwszy doświadczył tego uczucia, mając zaledwie dwanaście lat, kiedy jeszcze nosił togampraetextam. Podarował wtedy miejscowemu pastuszkowi cytrę, ujęty jego dźwięcznym śpiewem. Pastuszek odszedł szczęśliwy, Mecenas natomiast poczuł się niemal bogiem. Miał moc, która pozwoliła mu odmienić życie innej osoby. Spojrzenie obdarowanego chłopca mówiło mu, że stał się obiektem uwielbienia. Wiedział, że w zamian może go poprosić o cokolwiek i nie spotka się z odmową.

Tak więc informacje były podstawowym narzędziem dla kogoś, kto zamierzał dać ludziom to, czego potrzebują. Dzięki informacjom można było uprzedzać ich pragnienia i podawać im na srebrnej tacy spełnienie tych pragnień. Spojrzał badawczo przed siebie, usiłując zrozumieć, kim są ludzie przemawiający do tłumu. Ich zakrwawione szaty nie pozostawiały wątpliwości: byli to mordercy Cezara.

Zmrużył oczy, by wyostrzyć wzrok. Nie mógł uwierzyć, że to, co widzi, dzieje się naprawdę.

Marek Wipsaniusz Agrypa wyszedł z obserwatorium. Jego twarz promieniała w uśmiechu. Astrolog Teagenes przepowiedział mu przyszłość usianą sukcesami przerastającymi wszelkie marzenia, o jakie mógłby się pokusić w obecnej sytuacji. Co więcej, starzec mówił mu o zwycięstwach znacznie przewyższających te, które osiągnął dotychczas jakikolwiek Rzymianin chodzący po tej ziemi.

Gajusz Oktawian i Kwintus Salwidienus Rufus wciąż czekali na swą kolej przed budynkiem, w cieniu góry, której szczyt wznosił się nad Apolonią. Od razu dostrzegli zmianę nastroju swego przyjaciela. Gdy wchodził do środka, był niespokojny. Obawiał się tego, co może usłyszeć o swojej przyszłości. Teraz na jego twarzy widzieli triumf.

— Co znalazłeś w środku? Tłum nagich dziewcząt, które dały z siebie wszystko, by cię uszczęśliwić? Z tego, co mi wiadomo, miał tam siedzieć tylko pewien starzec… — powiedział Salwidienus Rufus, którego Agrypa i Oktawian poznali właśnie w Apolonii i wkrótce znaleźli w nim prawdziwego przyjaciela.

— Nawet stado nagich dziewcząt nie byłoby w stanieuczynić ze mnie tak szczęśliwego człowieka. Zapewniam cię! — oznajmił, z trudem utrzymując równowagę na skalistym zboczu, tym bardziej że masywna sylwetka nie czyniła zeń szczególnie zgrabnej osoby.

— Dobre wieści na nadchodzące lata? — zapytał Oktawian. Jego bystry umysł w mig pojął przyczynę tego zadowolenia. Agrypa wiedział, że przyjaciel nie da się zwodzić.

— Bez wątpienia! — wykrzyknął. — Gdyby Teagenes nie cieszył się tak wielkim szacunkiem i poważaniem wśród wszystkich narodów, ośmieliłbym się twierdzić, że ze mnie zakpił!

— Uff… Cóż zatem ci powiedział? — zaśmiał się Rufus.— Może to, że będziesz nowym dyktatorem Rzymu, drugim po Cezarze?

Agrypa nigdy nie patrzył na to w ten sposób i na moment się zachmurzył. Jakże mógłby wyobrażać sobie siebie jako następcę pana Rzymu? Na samą myśl o tym nogi zaczynały drżeć, nawet tak ambitnemu człowiekowi jak on.

— Można tak to ująć… tak — odburknął niemrawo, nieco zawstydzony. Zauważył, że Oktawian jest bardzo poruszony jego odpowiedzią. Zastanawiał się, czy nie powinien był zachować dla siebie treści przepowiedni. Stało się już jednak, co się miało stać. Jego przyjaciela, patrycjusza należącego do jednego z najbardziej znaczących i najstarszych rodów Rzymu, czekała świetlana przyszłość, było więc zrozumiałe, że nie życzy sobie, by nisko urodzony człowiek, taki jak Agrypa, aspirował do nieosiągalnej dla siebie roli.

— Nie ma wątpliwości. Zakpił sobie z ciebie — potwierdził Rufus. — Tylko pomyśl, jak ubogi nędznik twojego pokroju miałby dojść do tego, co osiągnął Juliusz Cezar…

— Niezupełnie to miałem na myśli — wymamrotał zmieszany Agrypa. Mówiąc to, spojrzał ukradkiem w stronę Oktawiana, by zobaczyć jego reakcję. Jego wzrok go niepokoił.

— Teagenes zawsze potrafi nas rozszyfrować. Jest z tego znany — odparł Oktawian bezbarwnym głosem, patrząc tępo w dal. — Po to właśnie tu przyszliśmy.

— To niemożliwe… Co dokładnie powiedział? I co pozwoliło mu tak twierdzić? — Rufus nie dawał za wygraną.

Agrypa spojrzał na Oktawiana. Często robił tak, zanim przeszedł do działania. Choć przyjaźnili się od dziecka, nigdy nie zapominał, że dzieliły ich status i klasa społeczna, z której pochodzili. Ojciec powtarzał mu zawsze, że przyjaźń ze szlachetnie urodzonym nie daje plebejuszowi prawa do lekceważenia hierarchii. Nieustannie musi mieć na uwadze, że wodzem jest Oktawian, on zaś ma za zadanie jedynie podążać za nim, nawet wtedy, gdy wydaje mu się, iż mógłby go wyprzedzić. Jeden krok za nim. Zawsze jeden krok za nim.

Z drugiej strony w ten sposób udało mu się w wieku niespełna dziewiętnastu lat dojść do rangi oficera w armii,która przygotowywała się do przeprowadzenia jednej z największych kampanii wojennych w historii Rzymu – podboju królestwa Partii i Dacji.

Odezwał się dopiero wtedy, gdy przyjaciel udzielił mu głosu.

— Podałem mu swoją datę urodzenia, to wszystko. Przeglądał potem jakieś mapy, na których były wyrysowane gwiazdy, a następnie powiedział mi o wielu rzeczach. Że zostanę wielkim zdobywcą, zwyciężę we wszystkich bitwach, że pozostawię Wieczne Miasto bogatsze w budynki i udogodnienia, a Rzym zyska dzięki mnie moc i chwałę, i że obejmę wszystkie wysokie stanowiska w Republice. A moje potomstwo zajdziejeszcze wyżej niż ja.

— No widzisz? Jak nic zgłupiał na starość! — oznajmił Rufus. — Albo astrologia przestała być nauką ścisłą. Tak czy inaczej, szkoda naszego czasu. Skoro tobie przepowiedział takie rzeczy, mogę sobie wyobrazić, co powie siostrzeńcowi dyktatora i największego wodza… — dodał ironicznie i uniósł rękę, zachęcając Oktawiana, aby wszedł do budynku.

Zdaniem Agrypy młody oficer traktował znamienitego przyjaciela ze zbytnią poufałością i zbyt często zapominał, że Oktawian jest nie tylko bliskim krewnym dyktatora, ale także podczas kampanii piastuje funkcję magistri equitum, czyli jego bezpośredniego zastępcy. Poza tym Rufus nie był nawet patrycjuszem, a ich znajomość trwała raptem od zimy, którą spędzili razem w Apolonii. Cezar wysłał tam swego siostrzeńca i Agrypę, aby obaj przygotowali się do służby w legionach, te bowiem przekroczyły już morze, szykując się do wojny, najważniejszej od czasów starcia z Galią, które pozwoliło dyktatorowi stanąć w jednym szeregu z najznamienitszymi wodzami w historii. Nowa kampania ostatecznie wyniosłaby Cezara na piedestał, a każdy, kto by do niego dołączył, mógłby liczyć na ogromne korzyści, poczynającod najbliższego młodego krewnego, Oktawiana, oraz jego najlepszego przyjaciela. Obaj natychmiast utworzyli legion z Salwidienusem Rufusem, trybunem wojskowym z legionu Martia Victrix2, w którym w tej samej randze służył również Agrypa. Jednak w odróżnieniu od nich dwóch Rufus, starszy zaledwie o trzy lata, miał już duże doświadczenie wojskowe, ponieważ służył jako rekrut pod rozkazami Cezara w czasie wojny w Hiszpanii. W rzeczywistości i oni brali udział w konflikcie iberyjskim, lecz tylko nominalnie. Z powodu choroby Oktawiana dotarli na półwysep dopiero w czasie, gdy pod Mundą trwała decydująca bitwa ze starszym synem Pompejusza Wielkiego, a ich wkład ograniczył się do uczestnictwa w najazdach i działaniach odwetowych.

Z drugiej strony Rufus zawsze chętnie opowiadał o tym, czego się dotąd nauczył, i hojnie dzielił się ze swymi przyjaciółmi dobrymi radami, czerpiąc z bogatego bagażu doświadczeń zdobytych na polu walki. Nie było tego wiele w porównaniu z tym, czego nauczali i wymagali centurioni poddający ich ciągłym, surowym musztrom (bez wątpienia zgodnie z wolą dyktatora), ale postawa Rufusa pomogła im przełamać początkową oschłość i scementowała przyjaźń, jaka zawiązała się między nimi już po pierwszym sezonie.

— Ja nie idę — odezwał się nagle Oktawian. Wstał i skierował się w stronę zbocza.

— Jakże to? — zawołał Rufus, chwytając go za ramię i usiłując zatrzymać.

Oktawian spojrzał na swą rękę, a następnie, milcząc, przeniósł wiejące chłodem spojrzenie na przyjaciela. Ten zrozumiał, że posunął się za daleko i natychmiast puścił ramię, jakby poczuł oparzenie. Tymczasem Agrypa wzniósł oczy ku niebu. Musiało upłynąć jeszcze wiele wody, zanim Rufus zrozumie, jak należy postępować z Oktawianem.

— Dlaczego rezygnujesz? — zapytał trybun znacznie łagodniejszym tonem.

— Nie mam ochoty, po prostu — odparł wciąż chłodno młodzieniec.

Agrypa wiedział, że sprawa wymaga dużego taktu, a jako przyjaciel czuł się w obowiązku przynajmniej spróbować go przekonać.

— Powinniśmy wiedzieć, co szykuje dla ciebie przyszłość, Oktawianie — powiedział, podchodząc do niego. — Jesteś naszym wodzem. W najbliższych latach, za sprawą przychylności, jaką darzy cię twój znamienity wuj, zostaniesz także jednym z rzymskich dowódców. Dowiadując się, kim będziesz, gdy dojrzejesz, dowiemy się również, jaki los pisany jest Rzymowi na najbliższe dziesięciolecia…

Oktawian zmarkotniał i zamyślił się.

— A jeśli tak nie będzie? Jeśli bogowie przygotowali dla mnie nic nieznaczącą przyszłość?

Agrypa wiedział, do czego zmierza. Mówiąc „nic nieznacząca przyszłość” miał na myśli: „gorsza od twojej”. Tak, to byłoby niezręczne, ale stałoby się coś znacznie gorszego, gdyby nie rozwiał swoich wątpliwości. Ich przyjaźń została wystawiona na ciężką próbę. Mogli ją stracić, na zawsze. Nie było odwrotu. Musiał pójść do Teagenesa. Ryzykowali wszystko, lecz i gra toczyła się o wszystko.

Zastanawiał się, czy Rufus zdaje sobie sprawę z tego, o jak wysoką stawkę chodzi w tej grze. Prawdopodobnie przeczuwał coś, ale nie był w stanie pojąć sedna. Agrypa i Oktawian przyjaźnili się całe życie. Było to możliwe przede wszystkimdlatego, że nigdy nie próbowali zmieniać porządku rzeczy. Teraz jednak, jeżeli nie wydarzy się nic, co pomoże na nowo ustalić hierarchię, koniec przyjaźni będzie nieunikniony. Mogli nawet stać się wrogami.

— Chcesz już do końca żyć z ciężarem niepewności?— dokończył Agrypa. Nie było czasu na owijanie w bawełnę. Wszak łączyła ich serdeczna przyjaźń. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas…

Oktawian milczał, a Rufus poczuł, że powinien się włączyć do rozmowy:

— Agrypa ma rację, mój drogi przyjacielu. Jeżeli chcesz być wodzem i jeżeli jest ci to pisane, musisz skorzystaćz okazji, by otrzymać potwierdzenie, że twoje pragnieniejest słuszne.

Tak, trybun uchwycił z grubsza wagę problemu.

Oktawian pojął, że nie ma wyboru. Jeszcze przez parę chwil spoglądał na linię horyzontu, po czym wziął głęboki oddech i nie rzekłszy ani słowa, skierował się ku wejściu do obserwatorium astronomicznego. Jego towarzysze stali w ciszy i żaden z nich nie ośmielił się przerwać oczekiwania nawet jednym słowem. Obaj zdawali sobie sprawę z powagi chwili. Początkowa zwykła ciekawość przekształciła się w złowieszczą grę. Uratować mogło ich tylko jedno: zwycięstwo Oktawiana.

Agrypa, czekając na jego powrót, rozmyślał o tym, jak dziwnie potoczyły się ich losy. Zaledwie parę miesięcy wcześniej rozpoczęli najwspanialszą przygodę swojego życia. Przybyli tu, by wziąć udział w wydarzeniu, które na długo pozostanie w pamięci Rzymian. Cezar planował wziąć odwet za porażkę i śmierć swego przyjaciela, triumwira Krassusa, pod Carrhae, która miała miejsce dziewięć lat temu. Chciał odzyskać orły odebrane Rzymianom, zajmując królestwo Partii w Mezopotamii oraz tereny położone dalej. Nie zamierzał jednak na tym poprzestać. Zgodnie z planem miał następnie rozszerzyć hegemonię Republiki na cały obszar naddunajski, podbijając królestwo Getów i Daków. Dyktator przewidywał, że całe przedsięwzięcie może zająć pięć lat. Podjął odpowiednie kroki w Rzymie i na terytorium Italii, nawet w prowincjach. Zadbał o obsadzenie stanowisk magistrackich na cały ten okres, aby w czasie jego nieobecności państwo nie pogrążyło się w chaosie. Wyznaczył do tej funkcji swych najbliższych współpracowników, którzy nie brali udziału w kampanii wojennej. Pod jego nieobecność sprawami Republiki mieli się zajmować ludzie, którym ufał: Marek Juniusz Brutus, Gajusz Kasjusz Longinus, Gajusz Treboniusz, Decymus Brutus Albinus, Marek Antoniusz, Aulus Hircjusz, Wibiusz Pansa, Marek Emiliusz Lepidus i Azyniusz Pollion. Cezar powierzył im stanowiska konsulów i prokonsulów oraz zadbał, aby senat był posłuszny zaleceniom, które pozostawił, zanim wyruszył na wojnę.

A po upływie tych pięciu lat mieli wrócić wraz z Oktawianem do Rzymu, w blasku chwały, wciąż młodzi, dwudziestoczteroletni, by wejść na cursi honorum, który – jak mógł się teraz spodziewać – doprowadzi go na szczyty władzy w Republice.

Stali właśnie u wrót tej przyszłości. Trwały idy marcowe, za trzy dni dyktator miał wyruszyć z Rzymu do Brundyzjum, aby tam wejść na pokład okrętu zmierzającego do wybrzeży Ilirii, gdzie oczekiwali go wraz z pozostałymi legionami gotowymi do wyprawy. Za około miesiąc ogromna armia powinna rozpocząć swój marsz na wschód, a na jej czele będą stać również oni.

Z zamyślenia wyrwał go hałas dobiegający z budynku. Spojrzał w tamtym kierunku i dostrzegł Oktawiana zbliżającego się wielkimi krokami do drzwi. Młody patrycjusz podszedł do swoich przyjaciół. Wyraz jego twarzy był, jak zwykle, nieodgadniony. Nawet Agrypa nie zdołał wyczytać z niej, co mogło teraz chodzić mu po głowie. Odruchowo zadał mu pytanie, ale wiedział, że jeśli przyjaciel nie zechce mówić, nie uda się nic z niego wyciągnąć.

— I jak? Podałeś mu datę swoich urodzin? — zapytał Agrypa łamiącym się głosem. Znał ją doskonale: 23 września. Teraz wyrzucał sobie, że nie wpadł na pomysł, aby zapytać o nią samego Teagenesa, kiedy jeszcze był w środku.

Oktawian skinął głową.

— I co? — naciskał Rufus, świadomy już tego, jak bardzo ich losy zależą od odpowiedzi Oktawiana.

Siostrzeniec dyktatora milczał przez krótką chwilę, a następnie odrzekł:

— Padł przede mną na kolana.

II

W imieniu magistri equitum Marka Emiliusza Lepidusa przejmuję kontrolę nad tym domem! — oznajmił uroczyście Gajusz Cherea, gdy przekraczał próg imponującej rezydencji Marka Klaudiusza Marcellusa, nie czekając nawet na to, by niewolnik zaanonsował go właścicielom.

Oddział żołnierzy pozostających pod jego rozkazami podążał za nim ze ślepym posłuszeństwem. Był młodym centurionem, ale potrafił zyskać posłuch, opierając się na doświadczeniu, jakie zdobył w legionach służących pod rozkazamiJuliusza Cezara, i dyscyplinie, która cechowała od tego czasu wszelkie jego działania.

Nie obawiał się ostrej reakcji pana domu, chociaż wydawała się nieunikniona. Za wszelką cenę musiał chronić rodzinę Cezara.

Wykonywał rozkazy zastępcy zamordowanego przed kilkoma godzinami dyktatora. Teraz, kiedy zapanowała próżnia władzy, była to osoba pełniąca najważniejszą funkcję w państwie, w którym nie wiadomo, kto przejął stery. Konsulowie? Magister equitum? Senat? Pretorzy? Ci, którzy – jak mówiono – zabili dyktatora?

Nie koniec na tym. Jego gorliwość wynikała z całkiem prywatnych powodów. Z drugiej strony to właśnie on zasugerował dowódcy, iż należałoby zapewnić ochronę rodzinie Cezara. Wiedział bowiem, że wskutek chaosu, który zapanował wkrótce po morderstwie, oni pierwsi mogą paść ofiarą spirali przemocy. A młody oficer gotów był zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić. Wszystko. Nawet poprosić Oktawię o wybaczenie.

Usłyszał za plecami hałas spadających na ziemię i roztrzaskujących się przedmiotów. Odwrócił się i ujrzał, jak jego żołnierze, choć byli przyzwyczajeni do działania w szyku i do ostrożnego marszu, nie mogąc się powstrzymać, zaczęli rozbijać posągi i meble stojące pod ścianami przedsionka. Wzruszył ramionami. W takich chwilach myślał, że sprawy w Rzymie mogły się potoczyć dużo gorzej.

Przedarł się jakoś do atrium. Widok Etain, która wyszła mu naprzeciw, sprawił, że serce zaczęło łomotać mu w piersi. Zawsze była taka odważna. Oktawia nie mogła wymarzyć sobie lepszej służki i wierniejszej przyjaciółki: trzeba było mieć nie lada odwagę, by wyjść na spotkanie grupy żołnierzy, którzy wtargnęli do domu jej pani. Z drugiej strony pani powierzyła jej funkcję swej asystentki i powierniczki, a to miało ogromny wpływ na jej poświęcenie dla rodziny Juliuszów.

Dziewczyna dostrzegła, że na czele oddziału stoi Cherea i nagle jej twarz się rozpogodziła. Nie trzeba było wyjaśniać, że przybył tam, by ich chronić, ale musiał o tym powiedzieć, aby nikt z obecnych nie zauważył, że on i dziewczyna się znają. Chciał także dodać jej otuchy.

— Jestem centurion Gajusz Cherea, pomocnik magistri equitum Marka Emiliusza Lepidusa. Wezwij jak najszybciej swojego pana — zwrócił się do młodej niewolnicy. — Powiedz mu, że po śmierci dyktatora w mieście wybuchły zamieszki. Otrzymaliśmy zadanie, by was chronić. Pozostajemy do dyspozycji senatora, dlatego też przejmujemy ten dom.

Zależało mu, aby ukryć prawdziwe intencje Lepidusa, w rzeczywistości bowiem magister equitum, występując jawnie w charakterze wykonawcy woli dyktatora, zamierzał zdobyć zakładników, swoisty towar na wymianę, na wypadek gdyby mordercy jego wodza uzyskali jakieś większe poparcie i wystąpili także przeciwko niemu. Młody centurion kierował się jednak prostym pragnieniem roztoczenia opiekinad Etain; jego celem było niedopuszczenie, by stała się jej jakakolwiek krzywda.

— Pana nie ma w domu. Pójdę powiadomić panią — odpowiedziała służka.

Miał wrażenie, że spojrzała na niego porozumiewawczo.

Gajusz nie mógł się już doczekać spotkania, a czekał na nie dziewięć lat. Wszedł do tego domu ze ściśniętym gardłem;miał wrażenie, że jego żołądek płonie. Teraz nieobecność Marka Klaudiusza Marcellusa – którego Lepidus wyraźnie kazał mu zatrzymać – dodatkowo go rozdrażniła. Wszyscy wiedzieli o wrogim stosunku senatora do dyktatora i było całkiem prawdopodobne, że poparł on spiskowców lub wręcz działał wraz z nimi. A to komplikowało sprawy.

Pojawienie się Oktawii, za którą podążała Etain z dzieckiem na rękach, uzmysłowiło mu, że właśnie nadeszła chwila, na którą czekał i której jednocześnie bał się od dziewięciu lat. O bogowie! Nie zmieniła się ani na jotę! Kiedy się rozstawali, była jeszcze dziewczynką. Teraz zobaczył kobietę. Przyszło mu na myśl, że i on jest odpowiedzialny za tę przemianę. Wprawdzie jej wdzięk z czasów, gdy była nastolatką, pozwalał się spodziewać, że wyrośnie na kobietę jeszcze piękniejszą, ale niezmienne pozostały jej wytworne maniery, typowe dla wszystkich z jej rodu, ten powab, który sprawiał, że trudno było się oprzeć pragnieniu chronienia jej. I ten zadarty nosek, przez który na moment, lecz bezpowrotnie, stracił dla niej głowę.

— Mów, centurionie Gajuszu, co ma oznaczać to nagłe wtargnięcie? Czy naszemu życiu istotnie grozi niebezpieczeństwo? — Oktawia mówiła głosem pełnym obawy. Gajusz doskonale znał ten ton. Był to głos kobiety, ale za sprawą pobrzmiewającego w nim drgania powracało do niego wspomnienie dziewczynki, którą niegdyś tak dobrze znał. Zastanawiał się, czy ta obawa była wywołana ich spotkaniem, czy może dramatycznymi wydarzeniami, jakie dotknęły jej rodzinę. A może jednym i drugim?

Dopiero wtedy zauważył, że obok niej stał jeszcze jeden szlachetnie urodzony Rzymianin w charakterystycznej todze senatorskiej. Był niewiele starszy od niego i wyglądał na członka rodziny. Wszyscy z rodu Juliuszów posiadali pewne cechy– jedni w mniejszym, inni w większym stopniu – które nadawały im rys boskości. Nie bez powodu twierdzili, że są potomkami samej Wenery. A to oznaczało, że także w żyłach dziecka Gajusza Cherei płynie boska krew.

Oktawia zauważyła, że centurion przygląda się stojącemu obok niej mężczyźnie.

— To mój kuzyn, Lucjusz Pinariusz Scarpa. Mów więc.

Gajusz skinął głową. Wiedział, że Lucjusz Pinariusz to jeden z najbliższych krewnych Cezara, lecz nie był w stanie spamiętać twarzy wszystkich senatorów. Znał dobrze innego kuzyna Oktawii, Kwintusa Pediusza, ponieważ jako doskonały wódz służący pod rozkazami dyktatora zdobył on nawet pewien rozgłos, ale Pinariusz nie był tak znanym żołnierzem.

Odezwał się, mając nadzieję, że nie zdradzi się ze swymi uczuciami:

— Jak powiedziałem twojej służce, pani, jesteśmy tu, abywas chronić. Z pewnością wiesz już o okrutnym morderstwie, którego ofiarą padł twój wuj. Rzym nie jest teraz najbezpieczniejszym miejscem, szczególnie dla rodziny dyktatora…

— Czyżby Lepidus był tak zapobiegliwy, że wysłał nam ochronę? — Pinariusz nawet nie starał się ukryć ironicznego tonu. — To doprawdy bardzo uprzejme z jego strony… Cóż za zapobiegliwość.

Nie kupił tej wersji wydarzeń. Mądrala, nie wiedział jednak, że Gajusz naprawdę stara się chronić Oktawię, zatem – bez względu na prawdziwe intencje Lepidusa – strażnicy rzeczywiście byli tam, by ich bronić.

— Senatorze, jesteśmy tu wyłącznie po to, by zapewnić bezpieczeństwo rodzinie dyktatora — podkreślił, zwracając się do Pinariusza, lecz wpatrywał się w Oktawię, z nadzieją, że ona zrozumie jego stanowisko.

Oczy kobiety były jednak pełne łez. Cherea pamiętał ją jako wrażliwą osobę, a teraz mógł się przekonać, że wraz z upływem czasu jej wiara w siebie wcale nie wzrosła.

Lecz oto kobieta zaskoczyła go, robiąc parę kroków w jego kierunku. Zatrzymała się w niewielkiej odległości od centuriona i zwróciła się do obecnych:

— Przyjmujemy ochronę, jaką zaofiarował nam magister equitum — powiedziała, szlochając między słowami. — Oczekując powrotu mego męża, proszę, abyś to ty, centurionie, podejmował decyzje w tej sprawie.

Spojrzała mu w oczy jedynie przez krótką chwilę, by zaraz potem ponownie uciec przed jego wzrokiem.

— Dziękuję, pani — odparł Gajusz Cherea, a następnie zwrócił się do swoich żołnierzy: — Stańcie w parach po obu stronach bramy, a także z tyłu, wzdłuż murów otaczających ogród za domem. Ja dołączę do was później. Najpierw muszę obejrzeć dom i sprawdzić, gdzie jeszcze należy ustawić straże.

— To nadużycie! — wykrzyknął Lucjusz Pinariusz. — Nie macie prawa! Dowie się o tym magister equitum! A takżeMarek Antoniusz!

Oktawia wyciągnęła rękę i chwyciła go za ramię, starając się go uspokoić.

— Senatorze, znajdujemy się w trudnej sytuacji — odpowiedział mu Gajusz, prostując swą potężną sylwetkę. — Już jutro może się okazać, że nie będziesz miał komu zgłaszać swych skarg. Władze mogą się zmieniać z godziny na godzinę i może nie dotarło jeszcze do ciebie, że ponownie stoimy w obliczu wojny domowej, w której wszyscy wystąpili przeciwko wszystkim, ponieważ nie wiadomo, kto jest z kim. Teraz liczy się tylko jedno: uchronić przed chaosem tych, którzy ryzykują najwięcej.

Pinariusz otworzył usta, by coś powiedzieć, po czym spojrzał na kuzynkę, która skinęła na znak zgody.

— Nie mogę więc nawet wyjść i wrócić do domu? — zapytał bez przekonania.

— Sugeruję, byś tego nie robił, przynajmniej dopóki sytuacja się nie wyjaśni. Z tego, co mi wiadomo, na Kapitolu są teraz podejmowane ważne decyzje — odparł Cherea.

Pinariusz parsknął śmiechem, a następnie energicznie chwycił i ścisnął ramię centuriona.

— Masz rację. Przepraszam cię. Zdaję sobie sprawę z tego, że wasza obecność to w tym momencie mniejsze zło. Pozwól mi jedynie pójść do mego niewolnika przy drzwiach, chcę mu bowiem powiedzieć, aby uprzedził moją rodzinę, że nie wrócę do domu.

Gajusz Cherea lubił ludzi, którzy potrafili powiedzieć: „przepraszam”, szczególnie gdy chodziło o wpływowe osoby z silnym poczuciem wyższości. Stwierdził, że biorąc pod uwagę całą sytuację, Pinariusz jest nawet sympatyczny.

— Oczywiście, idź, senatorze. Musisz jednak wiedzieć, że Lepidus posłał żołnierzy także do twego domu, a nawet do domu twojego kuzyna, Kwintusa Pediusza — odpowiedział.

Pinariusz skinął głową i wyszedł z atrium, zostawiając Gajusza z Oktawią. Długo patrzyli na siebie w milczeniu. Miał ochotę opowiedzieć jej o tak wielu rzeczach, nie wiedział jednak, od czego zacząć. Każdy wstęp wydawał mu się pusty i nic nieznaczący. A poza tym… nie potrafił rozszyfrować zachowania Oktawii. Była bardzo zmieszana, to pewne, ale jej gesty i słowa mogły być spowodowane tragedią, jaka dotknęła jej rodzinę. Zresztą zawsze łatwo było wprowadzićją w zakłopotanie. Głównie dlatego nie potrafił wybaczyć sobie tego, co jej uczynił, mimo że z pewnością nie zrobił niczego wbrew jej woli.

— Oktawio… ja… — wybełkotał w końcu, nie wiedząc, co ma powiedzieć.

Podniosła dłoń, dając mu znak, by przestał.

— Nie musisz nic mówić. Nie musisz się też usprawiedliwiać. Powiedz mi tylko, jak się czuje Marek. Etain twierdzi, że jest zdrowy i silny.

Gajusz poczuł się pewniej i już miał odpowiedzieć, gdy nagle usłyszał odgłos szarpaniny dobiegający z przedsionka. Czyżby ktoś próbował już zaatakować dom? Ale przecież wciąż nie było nawet do końca jasne, kto przewodził ludziom, którzy wystąpili przeciwko dyktatorowi.

Wyszedł z atrium i skierował się w stronę bramy. Zobaczył tam leżącego na ziemi żołnierza z raną ciętą brzucha. Pozostałych dwóch było bez broni, a trzej inni, których nie znał, stali z mieczami wymierzonymi w swych towarzyszy. Jeden z uzbrojonych legionistów trzymał na rękach córkę Oktawii, drugi ściskał Etain za nadgarstek.

— Co to wszystko ma znaczyć? — zapytał z całą mocą, na jaką było go stać w tym momencie. Nie dobył jednak miecza.

Odpowiedział mu żołnierz trzymający dziewczynkę:

— Nie jesteś na bieżąco, centurionie. My przejmujemy tę rodzinę. Pretorianie, którzy zabili tyrana, przejmują kontrolę nad miastem i będą nam bardzo wdzięczni, gdy doprowadzimy do nich twoich podopiecznych. Wyciągnij miecz i rzuć go na ziemię, jeśli nie chcesz, by dziewczynka dorastała bez swojego pięknego noska!

Z ust Oktawii wydobył się krzyk przerażenia. Gajuszowi nie pozostało nic innego, jak wypełnić polecenie.

Spotkanie Klaudiusza Marcellusa w tłumie zgromadzonym na Kapitolu wokół zabójców Cezara wydawało się Mecenasowi rzeczą niemożliwą. Jeszcze trudniej było mu uwierzyć w to, że dyktator zginął z rąk swych najbliższych współpracowników.

— Marek Juniusz Brutus… Na bogów! Cezar wybaczył mu to, że stanął przeciwko niemu w czasie wojny domowej, powołał go na urząd miejskiego pretora, a następnie propretora3 najważniejszej prowincji! — dzielił się swymi wrażeniami z Marcellusem. Ich lektyki, jedna obok drugiej, przebijały się przez tłum w kierunku Clivi capitolini.

Marcellus odpowiedział coś, lecz Etruskowi nie udało się tego usłyszeć. Głos jego rozmówcy, leżącego w lektyce obok, został zagłuszony przez krzyki weteranów Cezara. Byli to żołnierze, którzy zakończyli służbę i zajęli się prowadzeniem gospodarstw, teraz jednak przybyli do Rzymu, by wziąć udział w uroczystym pożegnaniu wodza wyruszającego na wschód i otrzymać od niego obiecane darowizny. Z ruchu jego warg zdołał zrozumieć, że mówił o Kasjuszu piastującym stanowisko praetoris peregrini, który w czasie wojny domowej w jeszcze większym stopniu niż Brutus doświadczył wspaniałomyślności Cezara, a następnie otrzymał od niego stanowisko gubernatora jednej z prowincji.

Nagle lektyka gwałtownie się zachwiała i jakiś nieogładzony typ wylądował niemal na rękach Mecenasa, okładany pięściami przez innego obywatela.

— Jak dużą sumę dostałeś od tych morderców, świnio?! Wystarczy, by zapomnieć o tym, co Cezar dla ciebie uczynił, prawda? — krzyczał osiłek wyraźnie mający przewagę w bójce. Tymczasem jego powalony przeciwnik, nie zważając na to, że upadł na lektykę Etruska, starał się bronić, wymierzając cios za ciosem. Na potwierdzenie tego, co wykrzykiwał obywatel, na suknie posypały się pieniądze i powpadały między poduszki, na których opierał się Mecenas.

— A ty chronisz tyrana! Człowieka, który odebrał nam wolność! — krzyknął zaatakowany człowiek i odwrócił się plecami do bijącego go napastnika, by pozbierać pieniądze rozsypane między nogami Etruska.

Mecenas odruchowo go kopnął. Przeraziło go nie tyle nagłe wtargnięcie tego osobnika, ile odrażający smród, jaki od niego bił. Wystraszył się także, że dwóch kłócących się Rzymian może zauważyć kufer, który ukrył pod jedną z poduszek. Znajdowała się w nim pokaźna suma, którą zamierzał przekazać Marcellusowi w zamian za willę Cuma.

Dwaj ludzie, których Mecenas wziął ze sobą do ochrony, ruszyli się w końcu i postanowili zareagować. Dotąd zajęci byli torowaniem drogi wśród gęstego tłumu. Obaj awanturnicy zostali wyrzuceni z lektyki bez zbędnych ceregieli i otrzymali na dokładkę porcję solidnych kopniaków. To jednak nie przeszkodziło im kontynuować kłótni.

Mecenas rozejrzał się dookoła i zobaczył, że w zamieszkach brało udział coraz więcej osób. Wiedział, że musi niezwłocznie się stamtąd oddalić.

— Wszystko w porządku? — upewnił się Marcellus.

— Tak. Nic się nie stało — odparł Etrusk. — Wszystko wskazuje na to, że konspiratorom udało się zdobyć poparcie dość dużej rzeszy obywateli dzięki pieniądzom, jakie rozdawali po swym wystąpieniu.

— Cóż, bądźmy szczerzy, Cezar także zdobył przychylność narodu dzięki darowiznom. Naród to motłoch. Czymże innym są przybyli tu weterani, jeśli nie ludźmi przekupionymi dzięki łupom wojennym i siedzibom w koloniach? My, senatorowie, wyraziliśmy na to zgodę i nie było możliwości sprzeciwu.

Marcellus także był jednym z senatorów ułaskawionych przez Cezara po wojnie domowej. Nietrudno było się domyślić, że śmierć dyktatora nie stanowiła dla niego żadnej straty. Nie posunął się wprawdzie tak daleko jak Publiusz Korneliusz Dolabella – człowiek, którego Cezar wyznaczył na swego następcę na stanowisku konsula na czas wojny z Partami; ten bowiem wszedł na podium Świątyni Jowisza Kapitolińskiego wraz ze spiskowcami i chełpił się uczestnictwem w zamachu, chociaż zaraz potem ktoś temu zaprzeczył. Podobnie jak on zachowało się wiele innych osób ze szczytów władzy, dając wyraźnie do zrozumienia, jakie stanowisko zajęli ludzie mający wpływ na sprawy Rzymu.

Mecenas wolał nie wdawać się dyskusje z człowiekiem, z którym zamierzał sfinalizować transakcję handlową. Wysoko cenił dzieło zmarłego dyktatora, więc gdyby to od niego zależało, wtrąciłby do więzienia i ukarał jego morderców, bez zbędnych sentymentów. Wszystko jednak wskazywało na to, że sprawy rzymskiej polityki miały pójść w zgoła innym kierunku. Wolał zatem ograniczyć się do komentowania listy spiskowców.

Tymczasem udało się mu opuścić najbardziej gorącą strefę.

— Mnie zaskakuje najbardziej to, że jednym ze spiskowców był Decymus Brutus Albinus! — powiedział. — Zwyciężył pod rozkazami Cezara w niejednej bitwie i był jednym z najbardziej lubianych współpracowników dyktatora. W przyszłym roku miał nawet objąć urząd gubernatora Galii.

— Zwróć uwagę, że Cezar został zdradzony nawet przez swego najważniejszego współpracownika, Tytusa Labienusa— odparł Marcellus. — Bez wątpienia był autokratą, skoro znienawidzili go nawet ludzie, których nagrodził. A co możesz mi powiedzieć o Gajuszu Treboniuszu? Zdaje się, że próbował zatrzymać Marka Antoniusza, podczas gdy pozostali uroczyście witali Cezara. Gajusz Treboniusz, uwierzyłbyś? Jego legat w Galii przez wiele lat. Był z nim nawet w Brytanii, a potem pełnił funkcję konsula i pretora, miał objąć stanowisko prokonsula w Azji. Człowiek tak bardzo uhonorowany przez swego przełożonego powinien się wykazać bezwarunkowym oddaniem. On tymczasem nie wahał się go zamordować. Właśnie dlatego, że działał z nim w ścisłej współpracy, nie mógł dłużej znosić jego tyranii!

Mecenas z kolei odnosił wrażenie, że ludzie, których imiona padły właśnie z ust Marcellusa i które pojawiały się w rozmowach o spisku, postanowili działać, gdyż czuli się przytłoczeni osobą dyktatora, który skazał ich na byt nic nieznaczących pionków. Czym innym było sprawowanie urzędu konsula w Republice działającej na właściwych zasadach, czym innym pełnienie funkcji w cieniu tak dominującej postaci, jaką był Cezar. Na kartach historii zapisze się jego imię, podczas gdy imiona jego współpracowników będą jedynie dalekim tłem, nawet jeśli zajmowali najzaszczytniejsze stanowiska w państwie. Powodowały nimi najprawdopodobniej duma i ambicja, a także bardzo konkretne interesy natury finansowej. Mecenas był gotów przysiąc, że zabójcy Cezara – ci sami, którzy twierdzili na podium świątyni, iż działali w imię wolności wyboru – nie mieli zamiaru ustępować ze stanowisk, na których sam Cezar umieścił ich na kolejne pięć lat; pod warunkiem oczywiście, że ludzie tacy jak Marek Antoniusz, Emiliusz Lepidus czy Cyceron nie zdołają nastawić wrogo wobec nich ludu i tym samym nie wyeliminują ich z gry. Coś jednak mówiło mu, że tak się nie stanie. Antoniusz, na przykład, nie pokazał się więcej; krążyły słuchy, że zaszył się w swym domu w obawie przed tym, że mogą nastawać także na jego życie. Lepidus, który miał zastępować Cezara, pośpiesznie ukrył się po drugiej stronie Tybru. A byli to dwaj mężowie, którzy jak nikt inny mieli podstawy, by uzurpować sobie prawo do zajęcia miejsca po dyktatorze.

Mecenas wzdrygnął się na samą myśl o tym, co mogłoby się wydarzyć. Ci dwaj nie pogodzą się tak łatwo z władzą cezarobójców i ani chybi obmyślają kolejne posunięcia. Na pewno nie będzie to ucieczka! Tymczasem jednak spiskowcy mogli swobodnie pozyskiwać poparcie tłumu, zmiennego ze swej natury, wczoraj gloryfikującego Cezara z wdzięczności za rozdawaną pszenicę, dziś z kolei gotowego schlebiać jego zabójcom w zamian za parę sestercji.

— Nareszcie Republika została przywrócona! Od co najmniej czterech lat, odkąd Cezar przekroczył Rubikon, jej miejsce zajmowała monarchia! — krzyknął senator, przerywając jego rozmyślania.

Mecenas zauważył, że zaczęli wchodzić na Wzgórze Awentyńskie, gdzie znajdował się dom Marcellusa. Towarzystwo tego człowieka zaczynało mu ciążyć. Nie podobał mu się. Nie podobały mu się jego poglądy polityczne ani jego zachowanie. Był tchórzem, który zawsze sprzeciwiał się Cezarowi, ale swoje prawdziwe oblicze pokazał dopiero teraz, kiedy wódz już nie żył. Było oczywiste, że spiskowcy doskonale zdają sobie sprawę z jego tchórzostwa i pilnie się strzegą, by przypadkiem do nich nie dołączył. Być może zresztą wyczuwał pogardę, jaką żywił wobec niego senator. Marcellus należał do starego rodu patrycjuszy traktującego z góry klasę ekwitów, z której wywodził się Mecenas, w dodatku Italów, a nie Rzymian, którym Cezar ufał bardziej niż samym senatorom. Jednocześnie optymaci, tacy jak Marcellus, nic sobie nie robili z jegonacisków i prowadzili interesy bez uprzedzeń. Ignorowali wpajane im zasady i patrząc przez palce na pewne fakty, zawierali umowy z ludźmi, którymi gardzili. Z drugiej strony– mówił sobie w duchu – on sam postępował podobnie. Patrzył przez palce.

Nie mógł jednak pominąć milczeniem ogromnej naiwności Marcellusa. Jego stwierdzenie było prawdziwe, aczkolwiek należało je zrozumieć w odpowiedni sposób.

— Czy wiesz na pewno, czego naprawdę chcą Marek Brutus i Kasjusz, Decymus Brutus, Treboniusz, Kaska i pozostali? — zapytał senatora, podczas gdy tragarze starali się utrzymać obie lektyki jedna obok drugiej. — Nie przedstawili swoich planów ani projektów. Nie oświadczyli, że zamierzają oddać stanowiska, które powierzył im Cezar, piastowane dzisiaj i obiecane na przyszłość, co pozwala przypuszczać, że nie chcą nowych wyborów. I nie sądzę, by byli tak naiwni, aby uważać, że Republika powróci do normalnego trybu funkcjonowania, jak gdyby przez te wszystkie lata nic się nie stało. On utorował drogę ambicji. Zobaczysz, ilu będzie miał teraz naśladowców…

Marcellus podniósł rękę, dając do zrozumienia, że nie chce tego dłużej słuchać.

— Bzdury! Rzymianie zbytnio przesiąkli demokracją. Teraz, kiedy pozbyliśmy się tyrana, wszystko niechybnie wróci do dawnego trybu. Zabójcy nie oddadzą swych stanowisk z tej prostej przyczyny, że dają im one ochronę przed pragnącymi zemsty zwolennikami Cezara. Gdyby to uczynili, zdaliby się na łaskę Antoniusza i Lepidusa, którzy w dowolnej chwili mogliby wytoczyć im proces, w ten sposób pozbywając się ich i przejmując władzę! Ale Cyceron pogodzi ich wszystkich, zobaczysz. Wiem, że zamierza wystąpić z propozycją amnestii dla zabójców tyrana…

Mecenas zaczął rozmyślać. Rzymianie już dawno stracili tytuł mistrzów demokracji: Marcellus mówił o dyktaturzeza życia Cezara, lecz udawał, że nie pamięta dyktatury Mariusza i Sulli, triumwiratu Cezara, Pompejusza i Krassusa, nieudanych zamachów Katyliny i ojca Lepidusa, wojen domowych, zesłań, a przecież naznaczyły one ostatnie minione półwiecze rzymskiej polityki. Zupełnie nie dostrzegał, że najbliższa przyszłość może się bardzo różnić od ostatnich lat. Tym razem jednak wolał milczeć i udał, że przekonuje go słuszność argumentacji rozmówcy.

Swoje rozważania zamknął refleksją o tym, że interesy nie mogły się obejść bez kłamstwa, a on był tam tylko dla interesów. Dlatego zesztywniał, gdy Marcellus zatrzymał się pod wytwornym domem, przed którym stało na straży dwóch legionistów. Jeżeli to był dom Marcellusa, finalizowanie transakcji handlowej w obecności pazernych żołnierzy nie wydawało się najlepszym rozwiązaniem. A jeśli senator chciał go onieśmielić? Cóż, w takim razie mu się udało.

Zauważył jednak, że on także zdawał się zaskoczony.

— Żołnierze! Jaki jest powód waszej obecności tutaj? Mówcie! — zapytał Marcellus dwóch legionistów, schodząc z lektyki.

— Aby cię chronić, panie. Ciebie i twą rodzinę. Na polecenie magistri equitum Emiliusza Lepidusa! — wykrzyknąłjeden z nich.

Senator zawahał się, a następnie skinął głową, prosząc Mecenasa, aby zechciał usiąść. Ten krzyknął na dwóch swych tragarzy, by wzięli skrzynię ze złotem i podążali za nim do środka. Zdawał sobie sprawę z tego, jak niebezpieczne może się okazać spacerowanie z kufrem pełnym monet, ale chciał, by jego bogactwo kłuło Marcellusa w oczy – chciał sypnąć w niego brzęczącymi monetami, by zabić jego poczucie wyższości wobec ekwitów. Ludzie tacy jak Marcellus nie liczyli się z nikim, a ten, kto nie wywodził się ze świetnego rodu, był tolerowany, tylko jeśli posiadał ogromne ilości pieniędzy. On je miał i nie zamierzał się z tym kryć, zwłaszcza gdy mogło mu to przynieść korzyść. Możliwe, że podstawiając mu pod nos swój majątek, wzbudzi w nim ten rodzaj szacunku, który senatorowie zwykli okazywać wyłącznie ludziom z wyższych sfer.

Wyraz twarzy strażnika nie podobał mu się. Człowiek ten był zbyt spięty. Nie wyglądał na kogoś, kto chroni, raczej na kogoś, kogo zastraszono. Marcellus również zdradzał zdenerwowanie, a to oznaczało, że i on wyczuwał coś dziwnego. W przedsionku leżało na ziemi kilka potłuczonych popiersi. Wszędzie panował nieład.

Mecenas i Marcellus weszli do atrium, gdzie drogę zagrodziło im kolejnych dwóch żołnierzy.

— Kim jesteście? — spytał jeden z nich, spoglądając ponuro spod osłony hełmu.

— Jak to, kim jestem? Jestem panem domu, oto kim jestem, durniu! — wrzasnął Marcellus czerwony od gniewu.— Raczej kim wy jesteście i co tu robicie?

Wtedy żołnierz zamachnął się mocno i z całej siły go spoliczkował. Marcellus się zachwiał. Mecenas podbiegł, by go wesprzeć i powstrzymać, na wypadek gdyby chciał zrobić coś głupiego. Szybko zrozumiał, że dobrze zrobił: zobaczywszy za plecami żołnierzy prawdopodobnie swą żonę z córką na rękach, senator chciał się na nich rzucić, lecz drogę zagrodziły mu włócznie.

— Uspokój się, przyjacielu. Nie ty tutaj rozkazujesz.Miasto pogrążyło się w chaosie i teraz to my stanowimy prawo— powiedział drugi żołnierz, którego dostrzegli dopieroteraz. Dobył gladiusa i przystawił go pod nos Marcellusa, mówiąc: — Ucisz się więc, dopóki nie zdecydujemy, komubardziej opłaca się ciebie przekazać. Jesteście warci górę pieniędzy, wiesz? A zabójcy Cezara mają ich dużo do rozdania, z tego, co widać…

Mecenas dopiero wtedy zauważył, że czterech legionistów, w tym jeden centurion, zostali rozbrojeni i stali teraz przy impluvio razem z żoną Marcellusa, a siostrzenicą Cezara, Oktawią. Między żołnierzami musiało więc dojść do sprzeczki. Ktoś nie zgodził się na przejęcie domu, a podwładni zbuntowali się przeciwko swojemu przełożonemu. Sytuacja była jeszcze do uratowania. Mecenas zaczął się zastanawiać nad jakimś sposobem. I tak nikt specjalnie się nim nie przejmował, ponieważ nie był łakomym kąskiem – przynajmniej dopóki nikt nie dowie się o jego pieniądzach. Postanowił, że musi zrobić z nich użytek, zanim mu je ukradną.

Spojrzał przenikliwie na Marcellusa, który wydawał sięmocno przerażony i z trudem powstrzymywał wściekłość. „Cóż za ironia losu!” – pomyślał. Wspierał potajemnie cezarobójców, a skończył jako ofiara ludzi, którzy także starali sięim przypodobać.

Potem jego wzrok padł na Oktawię. Nie była piękna, ale posiadała urok, który sprawiał, że przyciągała uwagę mężczyzn. Drżała. W oczach miała łzy, co świadczyło o braku opanowania i wrażliwości, z której jej mąż z pewnością nie był dumny. Przede wszystkim odnosiło się wrażenie, że nie nadaje się do roli matrony biorącej udział w najważniejszych wydarzeniach w dziejach Republiki; nie spełniała wyobrażenia o żonie senatora i siostrzenicy władcy.

Obok niej stał inny senator, mniej więcej w wieku Marcellusa. Wydawało się, że należy do rodziny. Prawdopodobnie był jednym z Juliuszów. Rozglądał się nerwowo dookoła i z trudem starał się zachować resztki godności. Możliwe, że miał ochotę krzyczeć i lamentować, ale bardziej niż strach powstrzymywała go przed tym duma.

Mecenas popatrzył w końcu na centuriona, który trzymał się blisko Oktawii i uważnie śledził każdy jej ruch. Był dość młody, jak na pełnioną funkcję, co oznaczało, że wywodzi się z bogatej rodziny. Nie powinien więc dać się przekupić i zapewne można było na niego liczyć, zwłaszcza jeśli, jak się zdawało, chciał chronić Oktawię ze względów osobistych.

Na koniec przyjrzał się żołnierzom, którzy kontrolowali sytuację. Twarze bez wyrazu. Nieszczęśnicy zupełnieniezainteresowani bieżącymi wydarzeniami politycznymi, dostrzegający w obecnej sytuacji jedynie dobrą okazję do uzyskania korzyści materialnych, które pozwoliłyby im odmienić swój nędzny status.

— Co słychać na Kapitolu, senatorze? — zwrócił się do Marcellusa jeden z uzbrojonych legionistów. — Po czyjej stronie opowiedział się naród? Czy zabójcy Cezara zdobyli mocne poparcie? Jeśli Marek Antoniusz i Cyceron nie wyszli jeszcze z ukrycia, ze swych domów, a Lepidus nie włączył się do gry, nietrudno będzie im opanować miasto.

Marcellus odwrócił głowę w drugą stronę i spojrzał w bliżej nieokreślony punkt na ścianie obok niego. Żołnierz zbliżył się o parę kroków i popchnął go.

— Odpowiadaj, gdy cię pytam! Nie jesteś teraz w senacie i nie chronią cię liktorzy konsula!

— Może senator Marcellus nie odpowiedział ci, ponieważ nie potrafi — pospieszył Mecenas z pomocą. — Na Kapitolu panuje takie zamieszanie, że trudno jest ocenić, jak rozwinie się sytuacja. Wasza stanowczość może się okazać niepotrzebna, a nawet obrócić się przeciwko wam — dodał.

— A coś ty za jeden? — Żołnierz jakby dopiero teraz zauważył jego obecność.

— Jestem kimś, kto ma dla ciebie pewną interesującąpropozycję oraz wystarczająco dużo pieniędzy, żeby miećpewność, że zechcesz jej wysłuchać — odrzekł Etrusk. Żołnierz spojrzał na niego nieufnie. Mecenas poczuł na sobie wzrok pełen pogardy, ale i chciwości. Był pewny, że może kontynuować.

— Mów. I tak musimy jakoś wypełnić czas, czekając na informacje o tym, kto jest w stanie zapłacić nam więcej. A nie sądzę, by nastąpiło to wcześniej niż jutro — powiedział, nieco się odprężając.

— Ja zapłacę ci najwięcej. I najprawdopodobniej będzie to jedyna oferta, jakiej możesz się spodziewać w najbliższym czasie.

Żołnierz nic nie odrzekł. Wraz z pozostałymi zamienił się w słuch.

— Na Kapitolu widziałem tylko chaos — kontynuował Mecenas. — Jedynie ludzie, którzy otrzymali darowizny, zdawali się popierać morderców Cezara. Pozostali, a było ich wielu, sprawiali wrażenie, jakby czekali na rozwój wypadków, z kolei weterani zdecydowani byli mścić się za śmierć swego dobroczyńcy. Nie wiadomo, co wydarzy się jutro w senacie i w mieście. Możliwe, że dojdzie do porachunków lub, co gorsza, do buntów, a wtedy wpływowi ludzie mogą się okazać zbyt zajęci własnymi wojnami, by interesować się waszą propozycją. Tak więc może coś dostaniecie, choć będziecie musieli długo czekać, a może nie dostaniecie nic. Ja natomiast — mówiąc to podszedł do niewolnika trzymającego kufer — proponuję wam pokaźną sumę już teraz, o ile natychmiast stąd odejdziecie.

Polecił niewolnikowi otworzyć wieko. Blask sestercji niemal oślepił żołnierza, który – podobnie jak jego towarzysze– nie zdołał powstrzymać okrzyku zdziwienia. Legionista zbliżył się do kufra i zanurzył w nim dłonie. Dotknąwszy dna, stwierdził, że monety sięgają niemal jego łokcia.

Uśmiechnął się do swych wspólników i krzyknął:

— Patrzcie, jest tu tego tyle, że starczy nam na długo!

Teraz i oni podeszli do kufra, chcąc doświadczyć tego odurzającego uczucia. Mecenas dostrzegł kątem oka, jak oficer prostuje się i robi krok w ich stronę. Zrozumiał, że ma zamiar wykorzystać zamieszanie i zaatakować ich od tyłu, ale Etrusk uznał, że ruch ten może się okazać zbyt niebezpieczny. Jego plan był inny. Dlatego też dał mu znak głową, aby odpuścił, i oficer zatrzymał się niepewnie.

Tymczasem człowiek, który był prawdopodobnie przywódcą buntowników, ponownie zwrócił się do niego:

— Załóżmy, że przyjmę twoją hojną propozycję. Wezmę pieniądze i podzielę się nimi z moimi kompanami, a następnie jutro mimo wszystko doprowadzę tę rodzinę przed kogoś,kto również da mi jeszcze więcej…

— Załóżmy, że ci w tym przeszkodzę…

Legionista wybuchł śmiechem.

— A jak zamierzasz to zrobić? Nie wyglądasz na postawnego, nie masz też żadnej broni, która pozwoliłaby ci spełnić swą groźbę!

— Ależ ja jestem uzbrojony o wiele lepiej niż ty! — odpowiedział Mecenas, siląc się na uśmiech i próbując zachować pewność siebie. W rzeczywistości nigdy nie znajdował się w takiej sytuacji i testował teraz swoją zimną krew. — Jestem uzbrojony w pieniądze… jeszcze więcej pieniędzy! To jedynie zaliczka. Jeżeli teraz puścicie wolno tę rodzinę i odprowadzicie mnie do jednej z moich posiadłości w Rzymie, sporządzę pismo, w którym polecę mojemu człowiekowi wypłacić wam kolejną sumę.

Żołnierz spojrzał na swych towarzyszy, którzy przecierali z niedowierzaniem oczy, jednocześnie starając się ukryć entuzjazm. Mecenas wiedział jednak, że ma ich w garści. Mimo wszystko łatwo poszło. Bez względu na to, ilu by ich było, jak byliby uzbrojeni, miał nad nimi miażdżącą przewagę: miałtyle pieniędzy, że mógł pozwolić sobie na ich marnotrawienie.

Cóż, z pewnością ich nie zmarnotrawił. Świadczył o tym chociażby zdumiony wzrok Marcellusa – pełen uznania. Willa Cuma była bezpieczna. Możliwe, że bezpieczeństwo sięgało jeszcze dalej. Drugi senator także spoglądał na niego z szacunkiem i skinął głową na znak wdzięczności.

Żołnierz, który stał najbliżej, przytaknął z entuzjazmem i odezwał się z ożywieniem:

— Nie traćmy czasu. Skorzystajmy z hojności tego pana, zanim dotrze do niego, że jest szaleńcem. Do dzieła, koledzy, idziemy! Centurionie, starczy i dla ciebie, przystąp do nas! — zwrócił się na koniec do oficera i razem z towarzyszem podniósł kufer.

Centurion spojrzał na niego, lecz nie wykonał żadnego gestu. Pozostali rozbrojeni żołnierze, choć propozycja legionisty była kusząca, wzięli przykład ze swego dowódcy.

Rozpogodzony Mecenas przeszedł przez bramę w towarzystwie eskorty, która stanowiła pewną ochronę przed niebezpieczeństwami, jakich ten pełen pułapek wieczór mu nie poskąpił. Poza tym uszczęśliwił jednego z najważniejszych senatorów, ba, dwóch, biorąc pod uwagę krewnego Oktawii. Tym samym zaskarbił sobie wdzięczność wysoko postawionej rodziny, rodu Juliuszów, która nawet po śmierci swego wybitnego przedstawiciela najprawdopodobniej w dalszym ciągu miała odgrywać jedną z głównych ról w życiu miasta.

Był zadowolony. Zyskał dużo więcej, niż spodziewał się zyskać, wyruszając do Rzymu.

— Dasz wiarę? Magister equitum! Naiwny, chorowity chłopiec na czele niezliczonej armii, w razie gdyby Juliusz Cezar nie był w stanie poprowadzić swych oddziałów do walki— wyszeptał żołnierz.

— Ćśś! — uciszył go jeden z kolegów. Jego twarz była rozświetlona blaskiem ogniska. — O pewnych rzeczach lepiej nie wspominać. Pamiętaj, że mówisz o siostrzeńcu naszego największego wodza. Skąd wiesz, czy ktoś, chcąc mu się przypodobać, nie pójdzie mu tego powtórzyć?! A poza tym nie możesz zapominać, że skoro wybrał go Cezar, musi być dzielny. Cezar nigdy się nie myli i dlatego stał się tym, kim jest.

Oktawian zatrzymał się, gdy tylko usłyszał rozmowę, a wraz z nim zatrzymali się Agrypa i Rufus. Wszyscy trzej zachowali odpowiednią odległość od poświaty rzucanej przez ognisko, przy którym żołnierze grali w kości. Chłopak poczuł, jak jego wnętrzem wstrząsa gniew. Miał ochotę rzucić się na niedowiarka i wykrzyczeć mu w twarz proroctwo, które właśnie przekazał mu Teagenes, po czym osobiście ukarać go za brak zaufania. Drugiemu żołnierzowi natomiast należała się nagrodaza to, że cenił w Cezarze umiejętność dostrzegania potencjału w ludziach. Poczuł jednak, jak ramię Agrypy powstrzymuje go, i zrozumiał, że nie powinien się ujawniać. To był wyjątkowy dzień i nie należało kończyć go awanturą, tym bardziej że gdy był z nimi Agrypa, zawsze kończyło się bójką.

Czekał z niecierpliwością na nastanie ranka, ponieważ pragnął udać się na chwilę do Apolonii. Nie mógł się doczekać rozmowy ze swoim nauczycielem, Apollodorosem z Pergamonu, pod okiem którego – zgodnie z wolą wuja – kończył swe studia. Był ciekaw opinii erudyty o Teagenesie i jego sposobie odczytywania gwiazd; chciał wiedzieć, czy zdaniem nauczyciela astrolog jest wiarygodny i czy jego przepowiednie często się spełniają. Z drugiej strony bał się, że Apollodoros pokaże mu, iż przyszłość oparta na wizji wróżbity jest niczym zamek budowany na piasku.

Władca świata. Jemu samemu trudno było w to uwierzyć. Nie należałoby się dziwić ewentualnemu sceptycyzmowi tak światłego człowieka jak Apollodoros. A jednak do Teagenesa przybywali ludzie z całej Europy i Azji. Gdyby jego przepowiednie były zwodnicze, nie cieszyłby się takim uznaniem. Oktawian postanowił zachowywać się tak, jakby wszystko było prawdą. Tak czy inaczej, wuj wyraźnie przewidywał dla niego świetlaną przyszłość i dlatego należało jak najszybciej zacząć spełniać jego życzenie. Chciał, aby Cezar był z niego dumny, by nigdy nie żałował, że – nie zważając na jego młody wiek i słabą kondycję fizyczną – wybrał go i postanowił uczynić jednym ze swych głównych współpracowników.

— Nie zwracaj na to uwagi. Żołnierze zawsze mówiąźle o swoich dowódcach. Miałeś próbkę tego, co będzie się działo, gdy się nim staniesz — zwrócił się do Cezara Salwidienus Rufus, kiedy oddalili się na tyle, że żołnierze nie mogli ich już usłyszeć.

Oktawian otworzył usta, by mu odpowiedzieć, ale nagle zauważył, że nie ma z nimi Agrypy. Wiedział, w jakim kierunku ma patrzeć – dobrze znał swego przyjaciela. Zobaczył, jak podchodzi do żołnierza, który źle się o nim wyrażał. Wyglądało na to, że udaje pijanego. Oktawian miał nadzieję, że Agrypa nie zacznie bójki, przynajmniej nie tym razem. Dałby tym wyraźny znak, że w oddziale panuje terror, a Cezar pragnął zasłużyć na uznanie żołnierzy w sposób naturalny, nie zaś zdobywaćje poprzez zastraszanie.

Agrypa zbliżył się do dwóch żołnierzy i udając, że się potyka, kopnął żarzący się kawałek drewna. Gdy niedopałek wylądował na wojaku źle wyrażającym się o Oktawianie,jego tunika zaczęła się palić. Legionista przetoczył się po ziemi, by ugasić ogień, następnie podniósł się, a jego wzrok niewróżył nic dobrego.

— Co robisz, głupcze?! Zaraz ci pokażę! — syknął. Dopiero wtedy spostrzegł, że ma do czynienia z trybunem, i natychmiast spuścił z tonu.

— Chciałem powiedzieć… trybunie… Legatowi legionu może się nie spodobać, że jego oficerowie chodzą pijani…

Agrypa poklepał go delikatnie po policzku.

— Nic się nie martw! Jedna kropelka za dużo nikomu jeszcze nie zaszkodziła… Nic się nie stało, żołnierzu. Wracaj do kości — odpowiedział z chytrym uśmiechem, doskonale naśladując bełkoczący głos pijaka. Następnie oddalił się od ogniska i wrócił do swych przyjaciół.

Oktawian potrząsnął głową i również się uśmiechnął. Stary, poczciwy Agrypa! Nie było drugiego takiego człowieka, równie lojalnego i oddanego.

— Udało ci się ukarać tego żołnierza, mimo że w jego odczuciu wcale nie został ukarany… — zwrócił się do niego i objął go w pasie. — Nigdy się nie zmienisz… Chronisz lepiej niż żelazne kraty.

— Tak jak te, które chroniły Atyliusza Regulusa — zaśmiał się przekornie Agrypa. — Teraz, gdy przepowiedziano ci panowanie nad światem, tym bardziej opłaca mi się nie opuszczać cię, nieprawdaż? Z drugiej strony, skoro Teagenes wróżyłmi świetlaną przyszłość, oczywiste jest, że może się to ziścić, tylko jeśli pozostanę przy tobie. Mam wszelkie powody, by stać koło ciebie…

Oktawian ponownie rozciągnął usta w uśmiechu. Przyjaciel towarzyszył mu od czasów dzieciństwa, kiedy on sam był jeszcze tylko chorowitym i niezdarnym, małoletnim członkiem, co prawda starego, lecz zubożałego rodu patrycjuszy. Wiedział, że przyjaźń Agrypy nie wynikała z interesowności ani oportunizmu. Miał natomiast prawo do wątpliwości wobec każdego, kogo poznał, odkąd znalazł się w łaskach u Cezara, łącznie z Salwidienusem Rufusem. Rzucił okiem w jego stronę i zobaczył, że jest nachmurzony. Do tego dnia miał jedynie wrażenie, że Rufus jest zazdrosny o wielką zażyłość, jaka łączy Oktawiana z Agrypą, i że pragnie być na równi z nimi. Tym razem chodziło o coś więcej: proroctwo Teagenesa nie było dla Rufusa tak pomyślne. Zgodnie ze słowami przyjaciela astrolog przepowiedział mu bliską chwałę, po której jednak miał przyjść upadek. Oktawian czuł, że musi poświęcić mu całą swą uwagę.