Opis

„Temat na scenariusz”, „Jeśli wróci, będzie z tego piękny film” – pisali i mówili kibice oraz dziennikarze, gdy kilka miesięcy temu pojawiły się informacje, że Robert Kubica ma szanse, po ośmiu latach przerwy, znów ścigać się w Formule 1. W tym niezwykłym – dla każdego, kto zna losy zdolnego kierowcy – wydarzeniu słusznie dostrzegali potencjał na pasjonującą hollywoodzką story. A przecież Polak pierwsze fragmenty świetnego filmowego scenariusza „pisał” już od lat. Jest w nim wszystko, co kochają widzowie pod każdą szerokością geograficzną: dziecięca pasja, młodzieńcze lata wyrzeczeń, rozłąka z rodziną, wielkie sukcesy i bolesne porażki, dramatyczne wypadki, walka o życie, zdrowie, powrót do wyczynowego sportu… Kariera Roberta jest pełna momentów, w których dokonywał wręcz niewyobrażalnego – pokazujących nie tylko, jakim jest sportowcem, ale przede wszystkim, jakim człowiekiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PRO­LOG: Try­lo­gia o Rober­cie Kubicy

Temat na sce­na­riusz”, „Jeśli wróci, będzie z tego piękny film” – twier­dzili dzien­ni­ka­rze i fani Roberta Kubicy, gdy Polak wal­czył o bez­pre­ce­den­sowy powrót do For­muły 1. Byli w błę­dzie. Robert pierw­szy, eks­cy­tu­jący sce­na­riusz napi­sał dużo wcze­śniej, zanim jesz­cze zade­biu­to­wał w kró­lo­wej spor­tów moto­ro­wych.

Akt numer 1

Lewis Hamil­ton, wybitny kie­rowca, młod­szy o mie­siąc od Kubicy, opo­wie­dział kie­dyś o swoim nie­ła­twym dzie­ciń­stwie. O tym, jak trudno było prze­bi­jać się w świe­cie sportu samo­cho­do­wego, gdy spał u taty na kana­pie, pod­czas gdy jego póź­niej­szy kolega z zespołu i rywal do mistrzo­stwa Nico Ros­berg, w Monte Carlo pły­wał jach­tami z boga­tym ojcem, byłym mistrzem świata F1. A prze­cież Bry­tyj­czyk, wzięty pod skrzy­dła McLa­rena, czo­ło­wej wów­czas ekipy For­muły 1, już jako nasto­la­tek miał wszystko, czego potrze­bo­wał, aby w przy­szło­ści osią­gnąć suk­ces. Musiał robić tylko to, do czego został stwo­rzony. Szybko jeź­dzić.

Kubica nie miał takiego kom­fortu. Jego droga do F1 – i za pierw­szym, i za dru­gim razem – była zde­cy­do­wa­nie trud­niej­sza. Na początku choćby z racji pocho­dze­nia. Bo zanim poja­wił się w For­mule 1, Pol­ska na mapie wiel­kiego sportu wyści­go­wego po pro­stu nie ist­niała.

Mało kto w zachod­nim świe­cie zdaje sobie sprawę, jak to jest prze­bi­jać się do grona naj­lep­szych, kiedy pocho­dzi się zza żela­znej kur­tyny. Jak to jest w wieku 14 lat zamiesz­kać w obcym kraju, bez rodziny, aby zostać kie­rowcą fabrycz­nym pro­fe­sjo­nal­nego zespołu gokar­to­wego. Jeden z wielu prze­ło­mów, god­nych histo­rii fil­mo­wej.

Pierw­szy kadr. Poja­wili się zni­kąd, w fur­go­netce: ojciec jako szef zespołu, mecha­nik i on. Począ­tek sezonu 1998 w naj­sil­niej­szej na świe­cie lidze gokar­to­wej. W pierw­szej run­dzie Robert zdo­był pole posi­tion, a na mecie wyści­gów był dwu­krot­nie drugi. Debiut marzeń. Sen­sa­cja, ale po kilku wystę­pach skoń­czył się budżet… Tak mogła zakoń­czyć się wielka wyści­gowa kariera, zanim miała szansę na dobre roz­kwit­nąć. Jed­nak zde­cy­do­wała pręd­kość. Robert dostał pro­po­zy­cję star­tów fabrycz­nych. Kiedy zabra­kło pie­nię­dzy, wygrała deter­mi­na­cja i czy­sty, nie­tu­zin­kowy talent.

Następne uję­cie. Rok 2003. Kubica dopiero co opu­ścił pro­gram roz­woju mło­dych talen­tów Renault, aby iść wła­sną drogą – awan­so­wać do For­muły 3 Euro Series. Tuż przed roz­po­czę­ciem sezonu młody kie­rowca poważ­nie łamie prawą rękę. Źle zło­żone w kraju ramię ratuje dopiero ope­ra­cja w kli­nice dok­tora Ric­cardo Cec­ca­rel­lego we Wło­szech. Kilka tygo­dni po wypadku, wciąż nie w pełni sprawny zawod­nik, wraca do kok­pitu… i wygrywa pierw­szy w życiu wyścig F3. Fil­mowa histo­ria trwa w naj­lep­sze.

Po arcy­trud­nym sezo­nie 2004, dru­gim w For­mule 3, kariera Polaka znów wisiała na wło­sku, ale wszystko odwró­cił kolejny feno­me­nalny występ Kubicy na legen­dar­nym torze ulicz­nym w Makau. W jedy­nym, gościn­nym star­cie w eki­pie Hamil­tona – Mano­rze – Robert zajął 2. miej­sce, poko­nu­jąc mię­dzy innymi Lewisa.

Tak otwo­rzył sobie kolejne drzwi, do World Series by Renault, a tam… w jeden sezon wywal­czył mistrzo­stwo. Nagrodą za ten tytuł był test w For­mule 1.

To nawet jesz­cze nie połowa tej nie­sa­mo­wi­tej histo­rii. Podium w trze­cim Grand Prix, prze­ra­ża­jący wypa­dek w Kana­dzie i zwy­cię­stwo w tym samym miej­scu rok póź­niej. Wyj­ście na pro­wa­dze­nie w mistrzo­stwach świata, a potem gorzka lek­cja, gdy zespół zro­bił wszystko, aby tylko nie zdo­być tytułu. Bo jest za wcze­śnie. Bo wyprze­dza plan…

Potem przy­cho­dzą starty w Renault, pro­po­zy­cja z Fer­rari, w końcu feralny wypa­dek w raj­dzie, który bru­tal­nie prze­rywa drogę na szczyt F1.

Akt numer 2

Walka o życie, zdro­wie, potem o nor­malne funk­cjo­no­wa­nie, odzy­ska­nie jak naj­więk­szej spraw­no­ści, aż w końcu powrót do wyczy­no­wego sportu. Szo­ku­jący, bo w dys­cy­pli­nie, w któ­rej runęły nadzieje na zawo­jo­wa­nie For­muły 1 – nie w wyści­gach, a w raj­dach. Wybór dla nie­któ­rych sza­lony – naj­więk­szego z moż­li­wych wyzwań. Mistrzo­stwo świata w WRC2, wygry­wane odcinki spe­cjalne, pro­wa­dze­nie w Monte Carlo czy szu­tro­wym Raj­dzie Hisz­pa­nii – czło­wiek z torów wyści­go­wych (!) odnosi naj­więk­sze pol­skie suk­cesy w histo­rii mistrzostw świata kie­row­ców WRC, prze­pla­tane typową dla tego sportu domieszką przy­gód i pro­ble­mów tech­nicz­nych.

W końcu spo­ra­dyczne występy na torze, testy w boli­dach, które otwie­rają kolejne drzwi. Krok po kroku, do świa­to­wej elity – po ośmiu latach nie­obec­no­ści!

A to jesz­cze nie koniec tej nie­zwy­kłej histo­rii. Nie koniec walki z prze­ciw­no­ściami. Bo jest to powrót w bar­wach naj­słab­szej ekipy sezonu 2018. Począ­tek kolej­nej, trud­nej drogi, ale jeśli ktoś jest w sta­nie z naj­niż­szej moż­li­wej pozy­cji roz­po­cząć wspi­naczkę, aby w przy­szło­ści zaata­ko­wać szczyt F1 – jest to bez wąt­pie­nia Kubica. Dla­tego dla nas jego histo­ria nie jest tema­tem na poje­dyn­czy sce­na­riusz. Nie pomie­ści jej jeden film. Kubica pisze try­lo­gię. Sceny z pierw­szych dwóch czę­ści znajdą Pań­stwo na kart­kach tej książki, a przed nami…

Akt numer 3

Obej­rzyjmy go wspól­nie.

Cezary Gutow­ski

Aldona Mar­ci­niak

PS. Wspól­nie rela­cjo­nu­jemy tę drogę, stąd też w poszcze­gól­nych roz­dzia­łach nar­ra­cja będzie się zmie­niać – to dla­tego, że skła­dają się na nią wspo­mnie­nia obojga auto­rów.

KAR­TING

Prezent… nie­za­po­mniany – odczy­tuję z notat­nika kolejne pyta­nie z listy kwe­stio­na­riu­sza – ankiety Maga­zynu „Tempo”. Zasada jest pro­sta: co tydzień na te same pyta­nia odpo­wiada inny spor­to­wiec. W końcu nade­szła pora na moją dys­cy­plinę. „Mojego” spor­towca. Polaka, który być może za kilka lat jako pierw­szy wpro­wa­dzi biało-czer­wone barwy do eli­tar­nego świata For­muły 1.

– Mia­łem pięć lat, kiedy dosta­łem swój pierw­szy samo­chód – Kubica odpo­wiada bez chwili namy­słu, z nie­wy­raź­nym gry­ma­sem na twa­rzy – czy to lek­kiego zdzi­wie­nia, czy roz­ba­wie­nia nie­ty­po­wym zesta­wem pytań. – Minia­tu­ro­wego, czte­ro­kon­nego nis­sana. Od tego się zaczęło. Przede mną sie­dzi cho­ler­nie pewny sie­bie i nie mniej bystry dzie­więt­na­sto­la­tek w trak­cie wyjąt­kowo trud­nego sezonu w For­mule 3.

Przez ostat­nie dwa lata, pod­czas spo­tkań na euro­pej­skich torach wyści­go­wych, ten ponad wiek doj­rzały chło­pak zdą­żył mnie już dobrze poznać (ja, star­szy o 5 lat, wciąż młody dzien­ni­karz, w tam­tym cza­sie nie mogłem powie­dzieć tego samego o raczej nie­uf­nym Kubicy) i wie, że zazwy­czaj takich pytań nie zadaję. Na co dzień kró­luje jego uko­chany temat, treść jego życia od naj­młod­szych lat. Na co dzień roz­ma­wiamy o wyści­gach.

Deko­ra­cja mistrzów Pol­ski 1997 w kate­go­rii Mło­dzik 02. Od lewej: Tomasz Foł­tyn, Robert Kubica i Jakub Buziuk.

I

Przed­szko­lak, który zna­lazł powo­ła­nie

To tak jak dziecko z abso­lut­nym słu­chem siada przy pia­ni­nie i zaczyna grać melo­dię, którą wła­śnie usły­szało – wspo­mina Artur Kubica.1 – Z taką łatwo­ścią Robert uczył się jeź­dzić. Można powie­dzieć, że uro­dził się, by zostać kie­rowcą wyści­go­wym.

To zabawna histo­ria, ponie­waż nikt z mojej rodziny ni­gdy nie był zaan­ga­żo­wany w wyścigi. Mój ojciec jest fanem wyści­gów, ale sam jed­nak zdo­był prawo jazdy, mając 25 czy 26 lat, bo wcze­śniej nie było go stać na samo­chód – Robert Kubica z zapa­łem zabiera słu­cha­czy w sen­ty­men­talną podróż.2 Urywki wspo­mnień z cza­sów, gdy roz­po­czy­nała się jego długa i kręta droga na szczyt sportu samo­cho­do­wego. Może to prze­zna­cze­nie, może łut szczę­ścia, a może… dzieło przy­padku? Tak czy ina­czej pierw­szy prze­łom nastą­pił, gdy Robert miał nie­spełna pięć lat. Pierw­szy zwrotny punkt w histo­rii naj­wy­bit­niej­szego kie­rowcy z Pol­ski. Pierw­szy moment fil­mowy! Jak czę­sto widuje się przed­szko­laka, który życiowe powo­ła­nie odna­lazł w wieku nie­spełna pię­ciu lat?

– Któ­re­goś dnia na spa­ce­rze z rodzi­cami zauwa­ży­łem na wysta­wie skle­po­wej minia­tu­rowy samo­cho­dzik tere­nowy. Nie udało się mnie od niego ode­rwać, wsia­dłem i zaczą­łem trą­bić… – wspo­mina w swo­jej bio­gra­fii z 2008 roku „Robert Kubica. Moja pasja”. Prze­sie­dział w nim kilka kolej­nych godzin. W czte­rech kół­kach zako­chał się od pierw­szego wej­rze­nia. Od momentu, gdy na wła­sne oczy ujrzał malutki pojazd z sil­ni­kiem i kie­row­nicą, który mógłby samo­dziel­nie popro­wa­dzić. I jak setki razy póź­niej, w całej spor­to­wej karie­rze – tak i na początku decy­du­jąca była deter­mi­na­cja, pra­gnie­nie, upór. Bo od kiedy raz zoba­czył swoją pierw­szą „wyści­gówkę”, nie było na świe­cie nic innego, czego pra­gnąłby bar­dziej. Dał to do zro­zu­mie­nia rodzi­com na tyle dobit­nie, że w końcu wywal­czył ten wyma­rzony pre­zent. – Zbli­żała się gwiazdka, a także moje uro­dziny i Miko­łajki, więc był to taki łączony pre­zent – wspo­minał po latach. – Zaczą­łem tym jeź­dzić na asfal­to­wym podwórku, przy sta­dio­nie żuż­lo­wym KS Wanda. Ojciec usta­wiał sla­lom z bute­lek wypeł­nio­nych wodą i tak się bawi­łem, jeż­dżąc sobie w kółko…

– Dwa biegi w przód, jeden bieg wsteczny – opi­suje swoją pierw­szą maszynę, samo­cho­dzik z czte­ro­su­wo­wym sil­ni­kiem o mocy około 3,5 konia mecha­nicz­nego. Wiele lat póź­niej, pod­czas jed­nej z eska­pad na wyścig For­muły 3 Euro Series, Artur Kubica, ojciec Roberta, opo­wia­dał mi, kiedy zro­zu­miał, że to coś wię­cej niż tylko zabawa: – Ten samo­cho­dzik miał napęd tylko na jedno koło, a Robert szybko wykom­bi­no­wał, że aby zarzu­cić tyłem, skrę­ca­jąc w jedną stronę, musi dodać gazu, a w drugą – ująć. – Prze­cie­ra­łem oczy zdu­miony, skąd on to umie.

– W wieku sze­ściu lat, może sze­ściu i pół, dosta­łem pierw­szego karta – kon­ty­nu­uje opo­wieść Robert. – Na początku jeź­dzi­łem po tym samym pla­cyku. Po dwóch latach jeż­dże­nia wokół bute­lek ojciec kupił około stu gumo­wych pachoł­ków. Trzy­ma­li­śmy je razem z gokar­tem w małej prze­cho­walni przy placu. Ojciec za każ­dym razem usta­wiał inną kon­fi­gu­ra­cję toru, mie­rzył czas, a ja jeź­dzi­łem. To było bar­dzo dobre ćwi­cze­nie.3

W końcu młody Kubica roz­po­czął regu­larne tre­ningi na torach wyści­go­wych, kar­tem z dwu­su­wo­wym moto­rem o mocy 9 koni. Rów­no­cze­śnie odwie­dzał zawody gokar­towe, śle­dząc w akcji star­szych kole­gów. Zbyt młody, aby star­to­wać, Robert godzi­nami tre­no­wał na torach w Kiel­cach i Czę­sto­cho­wie. – Tak naprawdę w Kiel­cach debiu­to­wa­łem, jeśli można to tak nazwać, w gokar­cie na torze – wspo­mina po latach.

– Tato Roberta jeź­dził z nim na tre­ningi, w środku tygo­dnia. Gdy mieli troszkę wol­nego czasu po szkole, potra­fił na dach mer­ce­desa kombi zapa­ko­wać gokarta i o 13 czy 14 wyje­chać do Czę­sto­chowy. To zna­czy do Wyra­zowa, gdzie kie­dyś pozy­ski­wano pia­sek budow­lany, a potem wyro­bi­sko zostało zamknięte i zbu­do­wano tor kar­tin­gowy – do pierw­szych jazd Kubicy wraca Jerzy Wrona, jego póź­niej­szy mecha­nik z mistrzostw Pol­ski oraz począt­ków mię­dzy­na­ro­do­wej kariery.4 Współ­pra­co­wali nie­mal cztery lata.

– Przy­jeż­dża­li­śmy dwa razy w tygo­dniu. Tre­no­wa­łem bar­dzo dużo, zwłasz­cza jak mia­łem 7–10 lat – wspo­mina Kubica w swo­jej pierw­szej bio­gra­fii.5 – Zawsze jeź­dzi­li­śmy tam wła­ści­wie sami i mogli­śmy robić, co nam się podo­bało. Pamię­tam, jak po dwóch latach jeż­dże­nia w jedną stronę ojciec powie­dział, że zmie­niamy kie­ru­nek. Tor stał się zupeł­nie inny.

Zbli­ża­jąc się do 10. roku życia, Kubica pod okiem ojca pil­nie szy­ko­wał się do debiutu w wyści­gach. – Już rok wcze­śniej przy­go­to­wy­wa­li­śmy dla niego sil­niki, a on tre­no­wał przed star­tami wyczy­no­wymi. Tato Roberta zaczął son­do­wać rynek kar­tin­gowy. Przy­jeż­dżali na zawody, gdzie chło­pak tre­no­wał razem z zawod­ni­kami. Rywa­li­za­cja w gru­pie to coś zupeł­nie innego niż indy­wi­du­alne ćwi­cze­nia – pod­kre­śla pierw­szy mecha­nik Roberta.

Biały kask stał się zna­kiem roz­po­znaw­czym Roberta Kubicy na wcze­snym eta­pie kariery w mię­dzy­na­ro­do­wym kar­tingu.

Wyjąt­kowy talent do jazdy był widoczny gołym okiem. Miał dar, a o resztę zadbał Artur Kubica. Syn jeź­dził, kiedy tylko się dało. – Robert od początku zaska­ki­wał doj­rza­ło­ścią – zazna­cza Wrona. – Miał dzie­sięć lat i bez pro­blemu radził sobie z gokar­tem o mocy 15 koni mecha­nicz­nych i z sze­ścio­bie­gową skrzy­nią bie­gów. Od początku wyka­zy­wał ogromne pre­dys­po­zy­cje do jazdy wyczy­no­wej, taką smy­kałkę i dryg. Nie każdy się z tym rodzi. W miarę jak dora­stał, chciał jeź­dzić coraz wię­cej i doma­gał się coraz częst­szych wizyt na torze.6

– Robert przy­je­chał do Kosza­lina tre­no­wać z tatą i Jur­kiem Wroną. Jeśli dobrze pamię­tam, mama była nad morzem, a oni sie­dzieli na torze, żeby testo­wać – wspo­mina tamte czasy póź­niej­szy wie­lo­letni współ­pra­cow­nik Kubicy Mar­cin Cza­chor­ski. – Był uzbro­jony w super­fajny wło­ski sprzęt. Jeź­dził cały dzień i jak skoń­czył, Artur z Jur­kiem pako­wali się, sprzą­tali, a Robert nie miał co robić, więc zaczął krą­żyć i obser­wo­wać moje gokarty, któ­rych sam się tro­chę wsty­dzi­łem, ale to był jedyny sprzęt, na jaki było mnie wtedy stać. To były wózki z sil­ni­kami „wueski”, a ja zablo­ko­wa­łem je na dru­gim biegu, żeby dzie­ciaki, któ­rym je wynaj­muję, miały łatwiej i przy­jem­niej. Od razu było widać błysk w roku Roberta i nie­na­tu­ral­nie duże zain­te­re­so­wa­nie, bio­rąc pod uwagę to, czym sam jeź­dził. Zapy­ta­łem, czy chce się prze­je­chać. Ruszył i po jed­nym okrą­że­niu popro­sił, żeby mu tę skrzy­nię odblo­ko­wać. Zro­bi­li­śmy to, a po chwili spy­tał, czy może pojeź­dzić wię­cej… To, co było nie­sa­mo­wite, to fakt, że tam była naprawdę podła skrzy­nia bie­gów, która nie zno­siła zmiany bez sprzę­gła. Robert po poło­wie okrą­że­nia robił to tak zręcz­nie, że mia­łeś wra­że­nie, że jedzie z nowo­cze­sną skrzy­nią DSG… Od razu było widać, że ma nie­zwy­kłe wyczu­cie maszyny, którą jeź­dzi. Miał może 11 lat – wspo­mina Cza­chor­ski i dodaje: – Mia­łem tę uni­kalną oka­zję, że widzia­łem prze­krój jego kariery – od samego początku i od pierw­szej chwili, gdy go zoba­czy­łem, wie­dzia­łem, że to cudowne dziecko.

Dziś Kubica z sen­ty­men­tem wraca do tam­tych lat. Już jako 34-latek, pod­czas gru­dnio­wej kon­fe­ren­cji poże­gnal­nej z Loto­sem w Czę­sto­cho­wie, usły­szał od jed­nego z dzien­ni­ka­rzy, że miej­scowy tor ma zostać wyre­mon­to­wany i ponow­nie oddany do użytku. Ucie­szył się. – Przy­jeż­dża­jąc tu, spraw­dza­łem nawet na GPS. Nie pamię­tam, kiedy tu ostat­nio byłem, jeż­dżąc gokar­tem. Na pewno przed 1998 rokiem. Byłem wtedy brzdą­cem i wszę­dzie podró­żo­wa­łem z tatą. Ogól­nie Czę­sto­chowa i jej tor to było miej­sce, w któ­rym zaczy­na­łem i tre­no­wa­łem. Ten obiekt ni­gdy nie był w świet­nym sta­nie i prze­ka­zał mi pan świetną wia­do­mość, bar­dzo się cie­szę. Mam nadzieję, że zostanę zapro­szony na otwar­cie i z chę­cią spró­bo­wał­bym swo­ich sił! Minęło dobrych kil­ka­na­ście lat, ale powrót w takie cha­rak­te­ry­styczne miej­sca zawsze mile wspo­mi­nam. Nawet podróże na tra­sie Kra­ków – Czę­sto­chowa po lek­cjach, ponie­waż w Kra­ko­wie nie mia­łem moż­li­wo­ści tre­nin­gów. Przy­jeż­dża­łem tu na popo­łu­dnie z moim tatą, z gokar­tem na dachu, i wie­czo­rem wra­ca­li­śmy do domu, ponie­waż dzień póź­niej trzeba było pójść do szkoły. Były to naprawdę bar­dzo miłe momenty – mówił Robert.

Zaczy­nało się od czy­stej rado­ści. Rodzin­nej zabawy. Pierw­szych wyzwań, które nio­sła wspólna pasja ojca i syna. Były to jed­nak klu­czowe chwile dla kariery zawod­nika. Wyścigi samo­cho­dowe to bowiem sport powta­rzal­no­ści. Pod wie­loma wzglę­dami zbli­żony do tenisa (świa­to­wej klasy eks­pert od medy­cyny sportu, dok­tor Ric­cardo Cec­ca­relli, który wiele razy potem pomoże Pola­kowi, prze­ko­nuje, że z punktu widze­nia psy­cho­lo­gii wyścigi i tenis są do sie­bie bar­dzo podobne) oraz innych dys­cy­plin, w któ­rych mistrzow­skie umie­jęt­no­ści wyra­bia się poprzez dłu­gie i żmudne wie­lo­let­nie tre­ningi. Także w wyści­gach nie­zwy­kle ważne jest, aby edu­ka­cja – pozna­wa­nie i wpa­ja­nie pod­sta­wo­wych odru­chów – roz­po­częła się w jak naj­młod­szym wieku i była inten­sywna. Talent – nie­mie­rzalny – to dosko­nały punkt wyj­ścia, ale każdy reno­mo­wany tre­ner i zawod­nik świa­to­wej klasy przy­zna, że naj­waż­niej­sza jest praca. A więc także deter­mi­na­cja, zaan­ga­żo­wa­nie oraz pasja, a tych nie bra­ko­wało ani Rober­towi, ani jego ojcu.

Artur Kubica nie miał doświad­cze­nia w tej dość niszo­wej dzie­dzi­nie sportu, w zupeł­nie nowym dla sie­bie, spe­cy­ficz­nym śro­do­wi­sku, ale potra­fił dostrzec i mak­sy­mal­nie roz­wi­nąć talent syna. – Pasja ojca bar­dzo pomo­gła, gdy zaczy­na­łem jako dzie­ciak w kar­tingu. Jed­nym z moich atu­tów było to, że tata miał taką wizję, że albo będziemy wyko­ny­wać wszystko wła­ści­wie, albo wcale – pod­kre­ślał 33-letni Kubica w poło­wie 2018 roku, będąc kie­rowcą roz­wo­jo­wym i rezer­wo­wym Wil­liamsa, w roz­mo­wie z dzien­ni­ka­rzem BBC Tomem Clark­so­nem.

Były to twarde i mądre wybory. Mały Robert nie miał poma­lo­wa­nego kasku, bo na liście prio­ry­te­tów ojca były pozy­cje o wiele waż­niej­sze. – Mówił, że oszczę­dzi dzięki temu pie­nią­dze i będzie mógł kupić dwa kom­plety opon wię­cej, na czym bar­dziej sko­rzy­stam jako kie­rowca. Przez dwa lata, w 1998 i 1999 roku, jeź­dzi­łem w bia­łym kasku i stało się to moim zna­kiem roz­po­znaw­czym – dodaje w „Bey­ond The Grid”. – Sły­sza­łem wiele histo­rii o Maxie (Ver­stap­pe­nie – przyp. red.) i jego ojcu, który był dla niego dość surowy. U mnie było dość podob­nie.

Robert Kubica:

„Tuż obok toru kar­tin­go­wego w Wyra­zo­wie prze­bie­gała linia kole­jowa i pamię­tam, jak w wieku sze­ściu czy sied­miu lat chcia­łem być zawsze szyb­szy od prze­jeż­dża­ją­cego pociągu”.7

II

Sześć tytu­łów w Pol­sce

Wypo­ży­czal­nie i kryte dachami tory gokar­towe para­dok­sal­nie nie przy­bli­żają, lecz zaciem­niają obraz tego, czym jest praw­dziwy kar­ting. Ama­to­rom wyści­go­wych wra­żeń dają nikłe poję­cie, jak to jest obco­wać z lek­kim, pozba­wio­nym zawie­sze­nia wóz­kiem z małymi kół­kami, które znaj­dują się tuż pod nogami i za ple­cami pro­wa­dzą­cego. Można sobie wyobra­żać, że te praw­dzi­wie wyczy­nowe pojazdy, w któ­rych na znacz­nie dłuż­szych, szer­szych i odkry­tych torach wal­czą zawo­dowcy i półzawo­dowcy, są po pro­stu moc­niej­sze i szyb­sze, ale to prze­świad­cze­nie wie­dzie na manowce. Osiągi i gama wra­żeń róż­nią się wręcz kosmicz­nie.

Kar­ting halowy to zabawa. Wyczy­nowy – to sport eks­tre­malny. I pisze to osoba, która przez lata, testu­jąc setki samo­cho­dów na uli­cach i torach, miała oka­zję pozna­wać pojazdy marzeń o mocach 400, 500 czy nawet ponad 700 koni mecha­nicz­nych: kosmicz­nego, nie­mal 600-kon­nego Mer­ce­desa SLS, który przez lata był samo­cho­dem bez­pie­czeń­stwa For­muły 1, 12-cylin­drowe Fer­rari F12 Ber­li­netta, ostre jak brzy­twa Porsche 911 GT3 RS – w zasa­dzie samo­chód wyści­gowy dosto­so­wany do jazdy po cywil­nych dro­gach – oraz wiele, wiele innych. W porów­na­niu z 30–40-kon­nym wyczy­no­wym gokar­tem z sze­ścio­bie­gową skrzy­nią bie­gów te super­sa­mo­chody są… łagodne jak baranki. Ni­gdy nie pro­wa­dzi­łem niczego bar­dziej wście­kłego od pro­fe­sjo­nal­nego gokarta.

Dzieci zaczy­nają oczy­wi­ście od słab­szych, ale już bar­dzo szyb­kich, trud­nych do opa­no­wa­nia maszyn. Dzie­się­cio­letni Kubica w kate­go­rii Mło­dzik 02, miał do czy­nie­nia 14–15-kon­nym, sze­ścio­bie­go­wym gokar­tem z sil­ni­kiem o pojem­no­ści 50 cm sze­ścien­nych, któ­rego pręd­kość obro­towa prze­kra­czała… 14 000 obr./min (zwy­kłe auta, nawet te z wiel­kimi i bar­dzo moc­nymi sil­ni­kami, rzadko kręcą się powy­żej 7000 obr./min). Z cza­sem prze­sia­dał się do coraz moc­niej­szych maszyn. W kate­go­rii Junior 100 moc pojaz­dów prze­kra­czała 20 koni mecha­nicz­nych, a potem jesz­cze rosła, aby w szczy­to­wym momen­cie zbli­żyć się do 40 koni. To oczy­wi­ście sza­cun­kowe dane, bo wiele zależy od warun­ków na torze, zestro­je­nia i przy­go­to­wa­nia sil­nika oraz tego, jaki uży­tek robi z nich kie­rowca. W nowym sprzę­cie ode­szła potrzeba zmiany bie­gów, ale poja­wiły się daleko więk­sze wyzwa­nia doty­czące dostra­ja­nia, a następ­nie obsłu­gi­wa­nia wyczy­no­wych wóz­ków, w któ­rych kie­rowcy na bie­żąco regu­lują na przy­kład skład mie­szanki pali­wowo-powietrz­nej, co ozna­cza jazdę na peł­nym gazie z jedną ręką na kie­row­nicy, z drugą przy sil­niku. A wszystko to przy przy­spie­sze­niu około 4 sekund do 100 km/h i pręd­ko­ściach mak­sy­mal­nych, które – w zależ­no­ści od toru i warun­ków – docho­dziły do 140 km/h!

Wyczy­nowy kar­ting to także nie­zwy­kle zacięte, mie­rzone z dokład­no­ścią do tysięcz­nych czę­ści sekundy współ­za­wod­nic­two. Pod­czas zawo­dów, na jed­nym okrą­że­niu, zależ­nie od poziomu, w sekun­dzie mie­ści się… 50, 80, a nawet ponad 100 zawod­ni­ków! Z takimi wła­śnie maszy­nami i takim pozio­mem rywa­li­za­cji Kubica miał do czy­nie­nia od naj­młod­szych lat. Do dziś wielu kie­row­ców For­muły 1 uważa zresztą, że jeśli cho­dzi o eks­tre­malne dozna­nia, obco­wa­nie z pręd­ko­ścią, prze­cią­że­niami oraz walkę o czasy, naj­bar­dziej zbli­żone do ich boli­dów są wła­śnie wyczy­nowe gokarty. Choć kar­ting daje mnó­stwo rado­ści, szczę­ścia i speł­nie­nia tysiącom zawod­ni­ków, to wcale nie jest zabawa. – To sport, tak jak For­muła 1 – pod­kre­śla Kubica. – Oczy­wi­ście na mniej­szą skalę, ale rywa­li­za­cja jest ogromna. Są tu zespoły fabryczne, bar­dzo pro­fe­sjo­nalne ekipy. Atmos­fera jest wspa­niała i tak naprawdę do dziś bar­dzo miło wspo­mi­nam lata spę­dzone w kar­tingu. To nie była zabawa chłop­ców, któ­rzy w week­endy jeż­dżą na wyścigi, a poza nimi żyją swoim życiem.8

Pierw­sze tro­feum przy­wiózł z zawo­dów w Niem­czech. Mło­dzi zawod­nicy jeź­dzili mię­dzy pachoł­kami. Po dwóch wyści­gach ośmio­la­tek z Pol­ski był piąty w 90-oso­bo­wej stawce. W końcu otrzy­mał upra­gnioną licen­cję kar­tin­gową, która pozwo­liła mu na roz­po­czę­cie regu­lar­nych star­tów w zawo­dach w Pol­sce. Już pierw­szy sezon 1995 poka­zał, że led­wie dzie­się­cio­let­niemu Kubicy trudno będzie komu­kol­wiek spro­stać. Ba! Było to widać już nawet po pierw­szym wyścigu, bo rundę otwie­ra­jącą Kar­tin­gowe Mistrzo­stwa Pol­ski 1995 w kate­go­rii Mło­dzik 02 wygrał wła­śnie debiu­tant z Kra­kowa. – Pamię­tam nawet dokład­nie, że w kwiet­niu jesz­cze padał śnieg. Oczy­wi­ście nie zosta­wał na torze, ale warunki były dość eks­tre­malne – wspo­mi­nał po latach, gdy roz­po­czy­na­li­śmy przed kame­rami długi wywiad do filmu doku­men­tal­nego „Moja pasja”.

W 1995 roku Kubica zdo­był swój pierw­szy tytuł – z sze­ściu, które na pol­skich torach gokar­to­wych udało mi się zgro­ma­dzić w led­wie trzy lata. Rok póź­niej znów zgar­nął koronę, a w sezo­nie 1997, star­tu­jąc rów­no­le­gle w czte­rech kate­go­riach, wywal­czył trzy mistrzo­stwa: Junior 100 (wygrał sie­dem z ośmiu rund!), Kadet 60 oraz Mło­dzik 02. – Oczy­wi­ście nie zawsze wygry­wa­łem, było też paru bar­dzo moc­nych rywali, szcze­gól­nie w kate­go­rii Mło­dzik 02 – zazna­cza Kubica, gdy dopy­tuję o jego pierw­sze kroki w wyści­gach. Już na początku poko­ny­wał zawod­ni­ków star­szych nawet o pięć lat, z któ­rymi zrów­ny­wał się wzro­stem… ile­kroć wcho­dził na naj­wyż­szy sto­pień podium. Pierw­szego poważ­nego rywala zna­lazł w jed­nym z naj­bar­dziej doświad­czo­nych i uty­tu­ło­wa­nych kie­row­ców tam­tych lat, wie­lo­krot­nym mistrzu kraju. – Nie było łatwo, ponie­waż zawod­nicy byli bar­dziej doświad­czeni, nawet 15-letni. Był Jacek Hen­schke, który był bar­dzo mocny i bro­nił tytułu mistrza Pol­ski. Bar­dzo mile wspo­mi­nam ten czas – opo­wiada Robert.

– Tak naprawdę, gdy zaczy­na­łem, ni­gdy nie myśla­łem, że będę jeź­dził za gra­nicą – przy­znaje Kubica. – Na początku była to tylko i wyłącz­nie zabawa, póź­niej bar­dziej hobby, kiedy star­to­wa­łem w Pol­sce – dodaje. Dość szybko jed­nak stało się jasne, że jego poten­cjał wyra­sta ponad poziom kra­jo­wego podwórka. Że aby się roz­wi­jać, mło­dziutki Robert musi szu­kać nowych, więk­szych wyzwań. A rodzina Kubi­ców dzia­łała bar­dzo meto­dycz­nie i ambit­nie. Cel na przy­szłość mógł być tylko jeden. Myśląc o roz­woju kariery syna, o spraw­dze­niu, na co naprawdę go stać, Artur Kubica zaczął spo­glą­dać poza gra­nice Pol­ski, na połu­dnie. Tam, gdzie po dziś dzień sport gokar­towy stoi na naj­wyż­szym świa­to­wym pozio­mie.

Na początku 1997 roku, zanim przy­stą­pił do swo­jego ostat­niego sezonu w mistrzo­stwach Pol­ski, Robert roz­po­czął pierw­sze regu­larne tre­ningi we Wło­szech. Przy­goda z wyści­gami roz­krę­cała się na dobre. W lutym na słynny tor South Garda Kar­ting w Lonato zaje­chała fur­go­netka z Pol­ski. W środku znaj­do­wał się sprzęt dla mło­dego kie­rowcy z Kra­kowa, który miał uczest­ni­czyć w zimo­wych przy­go­to­wa­niach do mistrzostw Włoch – naj­sil­niej­szej kar­tin­go­wej kate­go­rii świata. Do Ita­lii wybrali się: Robert, Artur – szef zespołu, mecha­nik i ojciec w jed­nej oso­bie – oraz Jerzy Wrona. Począt­kowo jeź­dził z nimi także tłu­macz, ale szybko zaczęli radzić sobie sami. Dwa namioty łączyli w jeden więk­szy, do któ­rego dosta­wiali busa ser­wi­so­wego. Gdy na obcej ziemi, w nie­zna­nej wcze­śniej rze­czy­wi­sto­ści, przy nowych regu­la­mi­nach Polacy sta­wiali pierw­sze kroki, Włosi – zacie­ka­wieni przy­by­szami – trak­to­wali Kubi­ców bar­dzo cie­pło i życz­li­wie. Poma­gali zała­twić for­mal­no­ści zwią­zane z pozy­ska­niem licen­cji upraw­nia­ją­cej mło­dego kie­rowcę spoza Unii Euro­pej­skiej do star­tów w kate­go­rii naro­do­wej.

Dla Kubicy były to ważne tre­ningi, szy­ku­jące go do kolej­nych wyzwań w mistrzo­stwach Pol­ski. Po kilku dniach na torze, kolej­nych kilo­me­trach prze­je­cha­nych w Par­mie i powro­cie do Lonato w celu obej­rze­nia rundy mistrzostw Włoch, w któ­rej Robert nie mógł wystar­to­wać z powodu braku licen­cji, wró­cili do kraju, aby zgar­nąć trzy ostat­nie tytuły na rodzi­mym podwórku. W następ­nych latach Kubica miał już wal­czyć z Lewi­sem Hamil­to­nem oraz Nico Ros­ber­giem o pry­mat na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej.

Robert Kubica:

„Na początku to była zabawa, potem hobby. Dzięki rodzi­com mia­łem moż­li­wość tre­no­wa­nia, ale nie mogłem star­to­wać, ponie­waż trzeba było mieć ukoń­czone 10 lat. Zdo­by­łem sześć tytu­łów mistrza Pol­ski”.

III

Wyprawa na pod­bój świata

Robe­rta pamię­tam jesz­cze z cza­sów kar­tingu. Był naj­trud­niej­szym pośród wszyst­kich rywali – tak wyści­gowe potyczki z Kubicą wspo­mi­nał wie­lo­krot­nie Lewis Hamil­ton, zaga­dy­wany o Polaka już w padoku For­muły 1. – To jeden z naj­szyb­szych kie­row­ców, z jakimi kie­dy­kol­wiek się ści­ga­łem – doda­wał w roz­mo­wie z tele­wi­zją Sky na Hun­ga­ro­ringu w 2017 roku, w przed­dzień pierw­szego testu kra­ko­wia­nina w boli­dzie naj­now­szej gene­ra­cji przy­go­to­wa­nym przez Renault. – Gdyby na­dal się ści­gał, wal­czyłby o mistrzo­stwo świata, o ile już by jed­nego nie miał. Po pro­stu natu­ralny talent, któ­rego bra­kuje tu, wśród nas. Nie­wielu wspa­nia­łych kie­row­ców się prze­bija. Prze­sie­wają się po dro­dze. Są tacy, któ­rzy są znacz­nie lepsi od reszty, ale wciąż nie są naj­wspa­nialsi. A dalej masz naprawdę wyjąt­ko­wych kie­row­ców, takich jak on…

Tego typu opi­nie są przez wiel­kich tego sportu powta­rzane od lat. Gdy w 2008 roku, pod­czas week­endu Grand Prix Hisz­pa­nii w Bar­ce­lo­nie pytam Lewisa o Kubicę, przy­szły mistrz świata – który w tam­tym sezo­nie nie­raz spo­ty­kał się z Pola­kiem już na torach For­muły 1 – wraca oczy­wi­ście do cza­sów kar­tingu. – Roberta znam, odkąd byli­śmy nasto­lat­kami. Ści­ga­li­śmy się razem we wło­skiej lidze kar­tin­go­wej. Kubica, Nico Ros­berg i ja. Na torze czę­sto ze sobą wal­czy­li­śmy i zazwy­czaj wygry­wał któ­ryś z nas. Robert to jeden z naj­lep­szych kie­row­ców, z jakimi kie­dy­kol­wiek mia­łem do czy­nie­nia, i dla­tego jego ostat­nie suk­cesy nie są dla mnie zasko­cze­niem. Spo­dzie­wa­łem się tego i mówi­łem już o tym wcze­śniej – pod­kre­śla kie­rowca McLa­rena, który w tym samym roku zdo­bę­dzie swój pierw­szy z pię­ciu (stan na koniec 2018 roku) tytu­łów mistrza świata.

– Co sądzi pan o Rober­cie pry­wat­nie? – drążę temat. – Lubię go. Jest naprawdę miłym czło­wie­kiem. Kie­dyś, gdy star­to­wa­li­śmy w kar­tingu, spę­dza­li­śmy ze sobą dużo czasu. Nie­wiele zmie­nił się od tam­tej pory. Już wtedy był wyjąt­kowo szybki i potrze­bo­wał bar­dzo mało czasu, aby nauczyć się nowego toru. Moty­wo­wa­li­śmy się wza­jem­nie do szyb­szej jazdy. No i już wtedy rzu­cał tek­sty, które pozna­je­cie ostat­nio. Na przy­kład gdy wywal­czył pole posi­tion w Bah­raj­nie, a potem mówił, że to wcale nie było takie dobre okrą­że­nie, bla, bla, bla… Już to kie­dyś sły­sza­łem – śmieje się Bry­tyj­czyk, pró­bu­jąc naśla­do­wać nie­wy­raźną minę i poważny ton Polaka tuż po tym, jak ten odniósł jeden ze swo­ich naj­więk­szych do tego momentu suk­ce­sów w F1.

To sza­cu­nek w pełni odwza­jem­niony. Prze­by­wa­jąc w oto­cze­niu Kubicy, gdy prze­dzie­rał się przez serie junior­skie, nie spo­sób było nie usły­szeć – po wie­lo­kroć – wła­śnie o Hamil­to­nie. Czy to od ojca i innych osób, które miały oka­zję oglą­dać go w kar­tingu, czy od Daniele Morel­lego, mene­dżera Roberta, czy w końcu od niego samego. Kiedy na progu sezonu 2007 w Mel­bo­urne cały padok zasta­na­wiał się, jak na tle uty­tu­ło­wa­nego kolegi z ekipy, dwu­krot­nego i aktu­al­nego mistrza świata Fer­nando Alonso wypad­nie czar­no­skóry debiu­tant z Wiel­kiej Bry­ta­nii, Kubica stwier­dzał po wie­lo­kroć: – Myślę, że Fer­nando czeka nie­spo­dzianka.

Nie mylił się: wielki mistrz świata po peł­nym kon­tro­wer­sji i spo­rów wewnątrz teamu sezo­nie nie poko­nał Hamil­tona.

– Naj­lep­szy kie­rowca, z jakim się ści­ga­łeś? – pada pyta­nie do Polaka ponad 10 lat póź­niej, w wywia­dzie prze­pro­wa­dzo­nym w ramach „Bey­ond The Grid”, ofi­cjal­nego pod­ca­stu F1.

– Lewis – Robert odpo­wiada bez chwili waha­nia.

– Bo był tak szybki?

– Zależy. W kar­tingu był bar­dzo dobry, ale ja nie oba­wia­łem się nikogo. W kar­tingu to raczej ja byłem tym, któ­rego inni chcieli poko­nać, ale w for­mu­łach był świetny, a w For­mule 1 w swoim pierw­szym roku praw­do­po­dob­nie, gdyby miał tro­chę wię­cej doświad­cze­nia, wygrałby. Już w sezo­nie 2007….

Ta histo­ria nie byłaby jed­nak pełna bez trze­ciego boha­tera. W tam­tych cza­sach, w latach 1998–2000, naj­trud­niej­sza seria kar­tin­gowa świata miała bowiem trzech fawo­ry­tów.

To zdję­cie zna każdy fan Roberta. Trzech mło­dych zawod­ni­ków po deko­ra­cji po kolej­nym wyścigu. Pośrodku, z pucha­rem w ręce, stoi zwy­cięzca, Kubica, a po jego bokach Hamil­ton oraz… Nico Ros­berg. Syn Keke, mistrza świata For­muły 1 z 1982 roku. Dwóch „chło­pa­ków z osie­dla” i dzie­ciak z elit Monte Carlo. To w tej trójce kar­tin­gowe śro­do­wi­sko upa­try­wało przy­szłych kie­row­ców F1. To spo­śród nich typo­wano przy­szłych mistrzów świata.

– Mia­łem 12 i pół roku. Razem debiu­to­wa­li­śmy we wło­skiej lidze kar­tin­go­wej wspo­mina Ros­berg, gdy w trak­cie sezonu 2009, pod­czas week­endu Grand Prix Bel­gii pytam go o pierw­sze spo­tka­nie z Kubicą. – Dobrze to pamię­tam, ponie­waż poja­wił się dosłow­nie zni­kąd. Nikt go nie znał, ale on od razu, od debiu­tanc­kiego wyścigu wal­czył o zwy­cię­stwo. Ja byłem trzeci, a on doje­chał do mety na dru­gim miej­scu. W swoim pierw­szym wiel­kim wyścigu we Wło­szech! Z miej­sca wszedł do czo­łówki – opo­wiada z uzna­niem mistrz świata For­muły 1 z 2016 roku, który póź­niej, w dru­giej poło­wie 2017 roku repre­zen­to­wał przez chwilę inte­resy Polaka w jego dro­dze powrot­nej do F1. Co cie­kawe, w tam­tych kar­tin­go­wych cza­sach Ros­berg przy­jaź­nił się z Hamil­to­nem. – Dobrze się bawi­li­śmy. Wszystko robi­li­śmy razem, dzie­li­li­śmy pokoje hote­lowe. Było bar­dzo faj­nie. Lewis to bar­dzo dobry kie­rowca. Na torze czę­sto toczy­li­śmy wiel­kie poje­dynki – dodaje Nico.

– Czy poza ści­ga­niem się z Rober­tem też spę­dza­łeś z nim czas, jak z Lewi­sem? – zadaję kolejne pyta­nie.

– Z Rober­tem nie. Może odro­binę…

Co cie­kawe, póź­niej Hamil­ton przy­wo­ły­wał powyż­szą rywa­li­za­cję w toku walki z kolegą z teamu Mer­ce­desa o mistrzo­stwo w sezo­nie 2014. Wielka przy­jaźń Nico i Lewisa skoń­czyła się, gdy wspól­nie star­to­wali w naj­sil­niej­szej eki­pie For­muły 1. W psy­cho­lo­gicz­nej woj­nie, pró­bu­jąc dopiec Niem­cowi, pod­czas spo­tka­nia z mediami Bry­tyj­czyk się­gnął po kartę z napi­sem… „Kubica”. – Nico ow­szem, był szybki, ale nie tak, jak Robert – pod­kre­ślał. – On był wtedy naj­lep­szy! Wie­lo­krot­nie gada­li­śmy sobie, jak faj­nie byłoby jeź­dzić razem w For­mule 1. Nawet nie pamię­tam, czy wtedy tak naprawdę w to wie­rzy­łem. Nico powie­działby „gdy już będę w F1”, a dla mnie to było raczej „jeśli kie­dy­kol­wiek dostanę się do For­muły 1”. Mając tatę, który był kie­dyś zawod­ni­kiem F1, Nico był pewny, że się tu dosta­nie, a my… musie­li­śmy po pro­stu cały czas o to wal­czyć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dzien­nik 13.10. 2007 R. Opia­tow­ski; Ojciec Kubicy: nie boję się o Roberta [wróć]

Bey­ond The Grid, 11.07.2018 T. Clark­son [wróć]

Robert Kubica. Moja pasja, C. Gutow­ski, M. Sokół, 2008, wyd. Agora [wróć]

Robert Kubica. Moja pasja, C. Gutow­ski, M. Sokół, 2008, wyd. Agora [wróć]

Robert Kubica. Moja pasja, C. Gutow­ski, M. Sokół, 2008, wyd. Agora [wróć]

Robert Kubica. Moja pasja, C. Gutow­ski, M. Sokół, 2008, wyd. Agora [wróć]

Robert Kubica. Moja pasja, C. Gutow­ski, M. Sokół, 2008, wyd. Agora [wróć]

Robert Kubica. Moja pasja, C. Gutow­ski, M. Sokół, 2008, wyd. Agora [wróć]