Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nieznajoma - Michelle Willingham

Anglia, rok 1850.

Emily Barrow była bliska załamania. Straciła brata i bratową, którzy osierocili dwoje małych dzieci. Jakby tego nieszczęścia nie wystarczyło, jej mąż, hrabia Stephen stał się ofiarą brutalnego napadu. Rany nie okazały się groźne, ale Stephen zapadł na amnezję. Znał Emily w dzieciństwie, później podkochiwał się w niej jako młodzieniec, wreszcie po latach się z nią ożenił, a mimo to teraz traktował ją jak nieznajomą. Nie pamiętał, że kilka miesięcy temu wzięli ślub. Postanowiła, że się nie podda i będzie cierpliwie czekać. Nadzieja pojawiła się, gdy Stephen, nadal nie mając świadomości, że jest mężem Emily, zaczął ją adorować.

Opinie o ebooku Nieznajoma - Michelle Willingham

Fragment ebooka Nieznajoma - Michelle Willingham

Michelle Willingham

Nieznajoma

Tytuł oryginału: The Accidental Countess

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2009

Redaktor serii: Barbara Syczewska – Olszewska

Opracowanie redakcyjne: Zofa Tomza

Korekta: Bożena Hałuszczyńska

(c) 2009 by Michelle Willingham

(c) for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o., Warszawa 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B. V.

Wszystkie postacie w tej książce są fkcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak frmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o. 00 – 975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24 – 25

Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa

ISBN 978 – 83 – 238 – 8081 – 3

ROMANS HISTORYCZNY – 321

Toronto – Nowy Jork – Londyn Amsterdam – Ateny – Budapeszt – Hamburg Madryt – Mediolan – Paryż Sydney – Sztokholm – Tokio – Warszawa

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Rozdział pierwszy

Wybierając drób do pieczenia, zważaj, aby kurczak miał gładkie żółte nogi, krótkie grube udka i dobrze umięśnione piersi. Zabij kurczaka przez ukręcenie łba…

Z "Poradnika domowego" Emily Barrow

Falkirk House, Anglia, 1850

Czyjeś zimne dłonie otarły mu pot z czoła. Stephen Chesterfeld bał się, że znowu pogrąży się w czarnej otchłani omdlenia. Ból atakował falami i rozsadzał czaszkę.

– Pij – powiedziała kobieta, przytykając mu fliżankę gorącej herbaty do warg. Herbata była gorzka, ale przełknął łyk.

– Masz szczęście, wiesz?

Szczęście? Czuł się tak, jakby mu rozłupano głowę na dwie części. Nie miał nawet siły otworzyć oczu, żeby zobaczyć, kto go pielęgnuje.

– Szczęście? – wyszeptał. Szczęście, że żyje, to chyba chciała powiedzieć.

– Tak, masz szczęście, że nie miałam arszeniku, by ci dosypać do herbaty – stwierdziła. – Albo jakiejś innej trucizny. Mógłbyś już nie żyć.

Poczuł na czole ciepły, pachnący ziołami kompres.

– Jak to? – Uchwycił się kurczowo pledu, z wielkim wysiłkiem otworzył oczy. Widział jak przez mgłę. Próbował skupić wzrok na konkretnym przedmiocie. Gdzie jest? I kim jest ta kobieta?

Istota żywiąca wobec niego zbrodnicze zamiary miała twarz anioła, miodowego koloru luźno spięty kok, z którego wymykały się długie pasemka włosów, i wielkie oczy, miodowe, tak jak włosy, i zmęczone. Mimo brzydkiej żałobnej sukni i zapadniętych policzków była raczej ładna.

Znał ją, ale nie potrafł sobie przypomnieć jej imienia. Chyba spotkał ją w dzieciństwie, w każdym razie w odległej przeszłości.

– Złamałeś obietnicę. Gdyby nie ty, mój brat by żył. – W jej głosie dźwięczała raczej gorycz niż pretensja. Oczy zaszły łzami, ale nie rozpłakała się.

Oskarża go o śmierć brata? To chyba pomyłka. Nie wiedział nawet, kim ona jest, a co dopiero, kim był jej brat.

Strącił kompres z czoła. Wpatrzył się w nią natarczywie.

– Ktoś ty?

– Nie pamiętasz? – zapytała tonem wyższości. – Myślałam, że najgorsze masz już za sobą. – Odstawiła z hałasem fliżankę na spodek.

Miał w nosie jej niezadowolenie. Do diabła, przecież to on jest ranny. Ilekroć próbował coś sobie przypomnieć, wspomnienia ulatniały się jak dym. Co się z nim działo?

– Nie odpowiedziałaś, jak masz na imię.

– Nie pamiętasz? Emily. – Pochyliła się nad nim, jakby spodziewała się reakcji z jego strony.

Mgliste wspomnienia z przeszłości złożyły się w całość. Emily Barrow. Córka barona Hollingforda. Dobry Boże, nie widział jej od dobrych dziesięciu lat. Nie mógł uwierzyć, że to prawda. Ta sztywna, skromna, cnotliwa kobieta to ta sama rozdokazywana nastolatka, która rzucała kamykami w jego powóz? I wspinała się na drzewa, żeby go śledzić?

I całowała go, gdy był śmiesznym, nieopierzonym młodzieńcem.

Ucieszył się, że odzyskał przynajmniej niektóre wspomnienia.

– Co tu robisz?

– Mieszkam. Jestem twoją żoną, nie pamiętasz?

Zadumał się. Zamilkł. Żoną? O czym ona mówi? Przecież nie jest żonaty.

– Chyba żartujesz.

Nie był człowiekiem impulsywnym. Zawsze wszystko starannie kalkulował. Nie ożeniłby się z kobietą, której nie widział na oczy przez całe lata. Chyba że byłby pijany jak bela. Ona kłamie. Na Boga, jeśli Emily Barrow chce go wykorzystać, to pożałuje.

– Nie przyszłoby mi do głowy żartować na taki temat. – Ponownie próbowała go napoić, ale uchylił głowę. Nie miał zamiaru pić z jej ręki. Oczy znowu zasnuła mu mgła, uszy wypełnił nieznośny szum.

Zamknął powieki, czekał, aż atak bólu minie. Po chwili rozejrzał się po pokoju. Z baldachimu nad łóżkiem zwisały ciężkie, niebieskie kotary. Przeciwległą ścianę wypełniały półki z książkami. Rozpoznał swoją sypialnię w Falkirk House, jednej ze swych wiejskich rezydencji. Za nic jednak nie potrafł sobie przypomnieć, jak się tu znalazł.

– Jak długo jestem w Falkirk?

– Dwa dni.

– A przedtem?

Wzruszyła ramionami.

– Wyjechałeś do Londynu tydzień po naszym ślubie. Nie widziałam cię od lutego. Ty mi powiedz, gdzie byłeś.

Próbował sięgnąć pamięcią w przeszłość, ale żaden obraz, nawet najdrobniejszy jego fragment nie stawał mu przed oczami. Czarna dziura. Utracił część własnej tożsamości. Było to mocno frustrujące. Wracały tylko niektóre obrazy z dzieciństwa i wieku chłopięcego. Przypomniał sobie, że w styczniu porządkował rachunki w jednym ze swoich majątków. Co było potem? Nic.

– Jaki mamy dziś dzień? – zapytał. Może, cofając się w czasie, zdoła wypełnić lukę w pamięci.

– Dwudziesty maja.

Luty, marzec, kwiecień, prawie cały maj… Z jego życia wypadło ponad trzy i pół miesiąca. Zamknął oczy, wytężył umysł, ale jedynym skutkiem był wzmożony ból głowy.

– Gdzie byłeś? – W jej głosie słychać było troskę. Dziwne, niby dlaczego miałaby się o niego martwić. Jeszcze parę minut wcześniej groziła mu otruciem.

– Nie wiem – odpowiedział szczerze. – I nie przypominam sobie, żebym się żenił.

Może i nie pamiętasz, ale to prawda.

Wyczuwał, że coś jest nie w porządku. Coś przed nim ukrywała. Była zdenerwowana. Chyba przyłapał ją na kłamstwie.

– Jesteś wolna. Czuję, że mój powrót cię nie zachwycił.

W jej oczach zamigotały łzy.

– Nie masz pojęcia, przez co przeszłam. Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę – powiedziała cicho.

Umoczyła wystygły kompres w misce, wyżęła, położyła mu na czole. Czyniąc to, musnęła dłonią jego policzek. Czuły gest zupełnie nie przystawał do poprzednich słów o truciźnie. – Nie jesteś moją żoną.

Skrzyżowała ramiona na piersiach, co sprawiło, że skupił uwagę na jej fgurze. Była raczej chuda, ale łagodne wypukłości piersi rysowały się wyraźnie pod suknią. Najwyższy guzik był rozpięty, odsłaniał dekolt.

– Jestem. – Odważnie patrzyła mu w oczy, pospiesznie łapiąc powietrze rozchylonymi ustami. Uwolniony z koka niesforny kosmyk złotawych włosów odcinał się od czerni żałobnej sukni.

Zawsze walczyła ze swoimi włosami, nawet wtedy, gdy była dziewczynką. Nieraz pomagał jej doprowadzać je do ładu, bo bała się, że matka będzie ją strofować.

Teraz taki gest mógłby być odczytany jako małżeńska czułość. Czy naprawdę był jej mężem? Czy odpinał guziki jej sukni, by dotknąć jedwabistej skóry, którą skrywała? Wątpliwe, sądząc po skrępowaniu, z jakim przyjmowała jego natarczywe spojrzenie.

– Sprowadź doktora – zażądał, zmieniając temat.

– Doktor Parsons badał cię wczoraj wieczorem. Mam ci zmieniać opatrunki i dbać o twoją higienę. Powiedział, że przyjdzie jutro. – Znowu zbliżyła fliżankę do jego ust, ale odmówił picia z jej ręki.

Filiżanka zadzwoniła o spodek. Na twarzy Emily pojawił się przelotnie wyraz jakby zagubienia, osamotnienia, zupełnie niepasujący do obojętnych słów.

Nie będzie się nad nią litował. Na Boga, ta kobieta sama przyznała, że chciała go zgładzić.

– Ta herbata nie jest zatruta – oświadczyła. – Nie miałam pod ręką arszeniku.

– Laudanum też by się nadawało – stwierdził. – W odpowiednio dużej dawce. – Sam się sobie dziwił, że jej to podpowiada.

– Zapamiętam na przyszłość. – Poweselała, ale się nie roześmiała.

– Dlaczego się z tobą ożeniłem? – zapytał cicho.

– Powinieneś odpocząć. Odpowiem ci później. – Zaczęła zbierać się do opuszczenia pokoju.

– Odpowiesz teraz. Siadaj.

Nie posłuchała. Mógł mówić do ściany. Jeśli rzeczywiście było tak, jak twierdziła, jeśli naprawdę ją poślubił, jedno było pewne: stracił nie tylko pamięć, ale i rozum.

Emily schroniła się w sąsiedniej sypialni. Była roztrzęsiona. Hrabia Whitmore wrócił. I nie pamiętał żadnych szczegółów z ich ślubu.

Do diabła z nim! Z oczu Emily popłynęły wielkie, gorące łzy, mimo że bardzo się starała zachować spokój. To było jak powrót z zaświatów. Jego nieobecność trwała tak długo, że zaczynała już o nim myśleć jak o umarłym, choć nie było wiadomo, gdzie jest jego ciało. Przez ten czas próbowała o nim zapomnieć. Każdego dnia powtarzała sobie, że widać od początku nic dla niego nie znaczyła.

Opuścił ją zaledwie tydzień po ślubie. Pojechał do Londynu, pewnie wrócił w ramiona kochanki. Ona tymczasem, naiwna młoda żona, miała wieść samotną egzystencję w ciszy wiejskiej rezydencji, dokąd nie powinny docierać wieści o niewierności męża.

Ostrzegano ją, że tak niekiedy dzieje się w małżeństwie. Nie chciała wierzyć. Była głupia. Zwiódł ją jego urok. W szarą rzeczywistość zubożałej panny wkroczył wymarzony książę z bajki i zaproponował małżeństwo.

Powinna wiedzieć, że tak pięknie bywa tylko w bajce. Wykorzystał ją, poślubił z sobie tylko wiadomych powodów, a po tem zniknął z jej życia. Teraz, kiedy wrócił, czuła się jeszcze bardziej upokorzona. Otarła oczy, zaśmiała się gorzko. Nie był wart jej łez. Im szybciej znowu opuści Falkirk, tym lepiej.

Wstała. Dość tego użalania się nad sobą. To droga donikąd. Poślubiła obcego człowieka, kogoś, kto nie dotrzymuje obietnic, i musi z tym żyć.

Ale co się z nią stanie, jeśli on wystąpi o unieważnienie małżeństwa?

Ze stanu odrętwienia wyrwał ją płacz dziecka. Przeszła do sąsiedniego pomieszczenia przekształconego w tymczasowy pokój dziecięcy. Jej bratanek, Royce, bawił się na podłodze ołowianymi żołnierzykami.

Pudełko żołnierzyków i książka z bajkami to jedyne rzeczy, z jakimi przyjechał do Falkirk po śmierci Daniela. Uśmiechnęła się do malca.

– Nie chciałem jej obudzić – tłumaczył się.

– Nic nie szkodzi. – Emily uniosła w górę dziewięciomiesięczną Victorię i przytuliła jej pokrytą rudawym meszkiem główkę do policzka.

Widok dzieci dodawał jej otuchy. Jej małżeństwo leży w gruzach, ale ma rodzinę. Dzieci brata. Stojąc nad jego grobem, obiecała, że się nimi zaopiekuje. Teraz weźmie się w garść i postanowi, co dalej.

– Ciociu Emily, kiedy wróci tatuś? – Royce nagle przerwał zabawę.

– Nieprędko, kochanie. – Nie miała odwagi powiedzieć dziecku, że ojciec nigdy nie wróci. Na razie nie chciała niszczyć kokonu bezpieczeństwa, w którym żył Royce. Wiedziała i tak, że wkrótce dowie się prawdy.

Wyciągnęła rękę, objęła chłopca, przytuliła.

– Kocham was, wiesz?

Wiem. Mogę wrócić do zabawy?

Możesz.

Usiadła w bujanym fotelu. Głaszcząc po plecach ziewającą małą Victorię, przyglądała się, jak siedmiolatek toczy swoje bitwy "na niby". Kątem oka dostrzegła stojącą w drzwiach postać hrabiego.

– Co tu robisz? – Wstała, zasłoniła się Victorią jak tarczą. – Krwawisz. Nie powinieneś wstawać.

Przygwoździł ją zimnym spojrzeniem.

– To chyba mój dom. – Głębokie bruzdy wokół ust świadczyły o tym, że bardzo cierpi. Spod owiniętego wokół głowy bandaża sterczały ciemne, potargane włosy. Całym ciałem opierał się o framugę drzwi. Był wychudzony, ale nie sprawiał wrażenia bezsilnego. Kilkudniowy zarost nadawał mu posępny wygląd. Nie był to szarmancki bywalec salonów, za jakiego mógł kiedyś uchodzić.

Zastanowiło ją, czy w ogóle go zna. Nie było w nim śladu chłopaka, którego podziwiała jako dziewczynka. Zniknął gdzieś tak niegdyś pociągający beztroski uśmiech. Spojrzenie szarych, nieczułych oczu było odpychające. Choć chory i ranny, budził grozę.

Cofnęła się, omal nie przewróciła bujanego fotela.

– Jesteś ranny w głowę. Nie powinieneś chodzić.

– Niby dlaczego? Przecież byłoby ci na rękę, gdybym się przewrócił i wykrwawił na śmierć.

– Masz rację. Tyle że zaplamiłbyś krwią dywan.

– Płacę służbie, żeby sprzątała.

– Na szczęście masz z czego.

Skąd się biorą te wszystkie uszczypliwości? Przecież nie jest taką megierą. Oczywiście ze strachu. Mógł w każdej chwili wyrzucić ją z domu razem z dziećmi.

– Miałem szczęście, że poślubiłem taki wzór kobiecej łagodności. A te dzieci to kto?

– Dzieci mojego brata. Jesteś ich prawnym opiekunem.

– Opiekunem?

Jak przerwać tę rozmowę? To nie jest temat do omawiania w obecności dzieci. Nie chciała łamać serca Royce'owi. Nie chciała, żeby dowiedział się o śmierci ojca.

– Porozmawiajmy później.

– Gdzie ich niańka?

– Nie chcę niańki – wtrącił Royce. – Chcę cioci Emily.

– Royce… poczekaj. – Emily nie chciała rozdrażniać chłopca, ale było już za późno.

– Nie chcę niańki! – krzyknął i cisnął o podłogę ołowianym żołnierzykiem.

Emily wiedziała, co teraz nastąpi.

– Trzymaj! – podała Victorię hrabiemu. Uniósł ją w wyciągniętych do przodu ramionach, jakby była zarażona jakąś straszliwą chorobą.

Uklękła przy chłopcu.

– Nie bój się, nie oddamy cię niańce.

– Zaraz wróci tatuś. Zabierze nas stąd.

Czuła, że tak dłużej być nie może. Nie powinna ukrywać przed chłopcem, że ojciec nie żyje.

– Emily! – zaalarmował ją okrzyk Whitmore'a. Zerwała się z kolan. Zdążyła mu odebrać Victorię, zanim osunął się wzdłuż framugi na podłogę. Jęczał z bólu, bandaż na jego głowie zabarwił się krwią.

Położyła dziewczynkę w kołysce.

– Na pomoc! – krzyknęła. Ktoś ze służby musi usłyszeć. – Szybko, na pomoc!

Klęczała przy hrabim, podtrzymując mu głowę.

– A jednak postanowiłaś nie dać mi umrzeć – szepnął i zapadł w omdlenie.

– To jeszcze nie koniec – mruknęła przez zęby.

Sytuacja stawała się dla niego nieznośna. Żył pod jednym dachem z domniemaną żoną, która go nienawidziła, dwojgiem obcych dzieci, i nie pamiętał, co się z nim działo przez ostatnie trzy miesiące. To gnębiło go najbardziej. Wezwał kamerdynera Farnswortha w nadziei, że ten udzieli mu odpowiedzi na dręczące go pytania.

Niełatwo było zachować siedzącą pozycję w łóżku. Kręciło mu się w głowie, ale nie dawał za wygraną. Farnsworth zasygnalizował swoją obecność chrząknięciem.

– Opowiedz mi o dniu mojego powrotu.

– Milordzie, niewiele mam do powiedzenia. To było przedwczoraj wieczorem.

Kto mnie przywiózł?

– Wynajęta karetka pocztowa. Stangret nie wiedział, kim pan jest. Dostał polecenie dowiezienia pana do rezydencji.

– Powiedział, kto go wynajął?

– Pan, milordzie. Stangret był nieufny. W ten późny wieczór, kazał sobie zapłacić z góry.

Te wyjaśnienia prowadziły donikąd.

– Jaki miałem bagaż?

– Żadnego. Tylko jakieś ubranie na sobie.

– Co to znaczy? Jakie ubranie?

– Jakieś łachmany, milordzie. Cuchnęły zepsutymi rybami. Kazałem je spalić.

Rybami? Mógłby dowiedzieć się czegoś więcej, gdyby kamerdyner nie kazał spalić tego ubrania. Stephen nie okazał niezadowolenia. Zapytał łagodnie:

Sprawdziłeś kieszenie, nim zniszczyłeś te łachy?

Nie, milordzie. Nie pomyślałem o tym.

Dziękuję. – Stephen zazgrzytał zębami. – To wszystko.

Kamerdyner ociągał się.

Milordzie, w sprawie lady Whitmore…

Tak, o co chodzi?

– Służba i ja zastanawiamy się… – zająknął się Farnsworth. Chciał chyba powiedzieć coś niewygodnego, bo raczej nie cierpiał na niedomogę gardła.

"No, stary, gadaj!"

– Tak…?

– Że się tak wyrażę… milordzie… pańska żona dokonała kilku… zmian.

– Jakich zmian?

– Służę w tym domu wiernie od ponad trzydziestu lat, milordzie. Nie ośmieliłbym się sądzić chlebodawców, ale mam wrażenie, że pańska żona mogła posunąć się za daleko.

Cóż takiego zrobiła? Przestawiła wazę w holu, czy w akcie zemsty otruła kota? Pedanteria Farnswortha była irytująca, zważywszy na okoliczności. Nie zadbał o zabezpieczenie dowodu, który mógłby rzucić światło na to, co działo się z jego panem w ciągu ostatnich trzech miesięcy, a bulwersowały go zapewne nieistotne zmiany w domu.

– No więc, opowiedz mi wreszcie o tych zmianach – zniecierpliwił się.

– Wyrzuciła kucharza. I – kamerdyner zniżył głos do szeptu – powiedziała, że nie zatrudni nowego. Ma zamiar gotować sama.

No cóż, ta kobieta chyba naprawdę zamierza go otruć.

Rozdział drugi

Kuchnię musi pani domu utrzymywać w nienagannej czystości. Równie pieczołowicie powinna troszczyć się o męża.

Z "Poradnika domowego" Emily Barrow

Późną nocą tępy, pulsujący ból głowy wzmógł się. Sen nie przychodził. Oczy piekły. Nerwy nie wytrzymały, odrzucił kołdrę. Stąpał po omacku po puszystym dywanie, dopóki nie wszedł na mahoniowy kufer w nogach łóżka. Przeklinając, skręcił w stronę kominka.

Nad gotowalnią wisiało wielkie lustro. Zamajaczył w nim jego cień. Zapalił świecę. Uważnie przypatrywał się człowiekowi po drugiej stronie lśniącej tafi, który prowadził kiedyś uporządkowane, przewidywalne życie. Wymizerowana twarz. Świeża czerwona blizna o poszarpanych brzegach przecinająca pierś, chyba od noża. Skąd się wzięła, nie pamiętał. Rana na głowie wciąż krwawiła. Kto ją zadał, rabuś, a może gorzej, morderca? Ktoś go jednak uratował i wysłał do domu.

Nie poznawał sam siebie.

Niewiedza była frustrująca. Ilekroć sięgał myślami w przeszłość, żeby wyłowić z otchłani niepamięci jakiś fragment swojego życia, jego umysł się wyłączał. Nie mógł sobie przypomnieć rzekomego ślubu ani niczego, co wiązałoby się z przygotowaniami do tego wydarzenia. Czuł się tak, jakby niewidzialny mur oddzielał go od prawdy.

Miał już odejść sprzed lustra, gdy zauważył na karku czarną plamkę. Nie dało się jej obejrzeć całej, ale nie ulegało wątpliwości: to był tatuaż.

Tatuaż? Skąd się wziął? Nigdy nie przyszłoby mu do głowy dać się wytatuować. Jeszcze jedna zagadka. Chciał dokładniej obejrzeć czarny znaczek, ale nie mógł. Zrezygnował, odszedł od lustra.

Emily musiała coś wiedzieć o jego losie. Bała się go, i słusznie. Na pewno go okłamywała, bo zależało jej na chronieniu dzieci. W jego domu miały dach nad głową.

Nie mógł uwierzyć, że są mężem i żoną, chociaż przyjaźnili się w dzieciństwie. Faktycznie łączyło ich coś więcej. Durzył się w niej, była jego pierwszą, szczenięcą miłością. Gdy ojciec to odkrył, zabronił mu się z nią widywać.

Jak to możliwe, że po wielu latach ich drogi się skrzyżowały? I dlaczego miałby tego nie pamiętać?

Jakiś jęk za ścianą zwrócił jego uwagę. Odczekał chwilę i otworzył drzwi na korytarz. Kwilenie ścichło i ustało. Zwierzę? Czyżby do jego domu sprowadzono bez jego wiedzy jakieś zwierzę?

Wyszedł na korytarz. Z sąsiedniej sypialni dobiegały dziwne dźwięki. Zajrzał do środka. Na łóżku dostrzegł kształt ludzki. Jak na Emily, za mały. Gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, rozpoznał chłopca, którego widział już wcześniej. Jakże on miał na imię? Ralph? Roger? Chłopiec płakał w poduszkę, jego drobnymi ramionami wstrząsały łkania.

Stephen poczuł skurcz w gardle, ale nie ruszył się, żeby pocieszyć dziecko. Miał wrażenie, że nogi wrosły mu w podłogę. Nie był ani jego ojcem, ani opiekunem. Emily może mówić, co chce. Nie powinien się wtrącać. A dla chłopca lepiej, jeśli zrozumie, że nie doczeka się pocieszenia od nikogo.

Jego własny ojciec tak z nim postępował i nauczył go powstrzymywać się od płaczu. Przyszły dziedzic majątku nie może płakać ani okazywać emocji. Ojciec bił go tak długo, aż Stephen stał się wzorem opanowania.

Chłopiec przestał łkać, zasnął. Stephen zbliżył się do łóżka. Okrył dziecko kołdrą i wyszedł tak samo bezszelestnie, jak się pojawił.

Słońce jeszcze nie wzeszło. Deszcz dudnił o kamienne ściany domu, ale na Emily nie działało to przygnębiająco, przeciwnie – uspokajało ją. Pomywaczka Lizbeth zdążyła rozpalić pod kuchnią i migotliwe płomienie ognia zaczynały wydzielać przyjemne ciepło. Emily zagniatała ciasto na chleb.

Wiedziała, że służba patrzy na nią z mieszaniną zdziwienia i skrępowania. Córka barona nie powinna brać się do prac kuchennych. Ona jednak odczuwała potrzebę bycia użyteczną. Źle się czuła, wydając służbie rozkazy, praktycznie bowiem sama do niedawna była służącą.

Po śmierci ojca starała się, jak mogła, utrzymać rodzinę w komplecie. Niepowodzenia Daniela w interesach były odwiecznym źródłem jej zmartwienia, ale Emily nauczyła się powstrzymywać od krytyki. Nikt z dalszych krewnych nie kwapił się z pomocą, zwłaszcza po…

Nie, nie będzie wracać myślami do tego potwornego skandalu. Robiła to, co musiała, kiedy Daniel tak beztrosko wystawiał na szwank materialny byt rodziny. Usprawiedliwiała go. Mężczyzna pogrążony w rozpaczy po śmierci żony nie ma głowy do praktycznych stron życia. Wybaczyła mu, chociaż oznaczało to zniweczenie jej szans na zamążpójście.

Teraz jednak była zamężna.

Rytmiczne ugniatanie pachnącego drożdżami ciasta łagodnie koiło nerwy. Powtarzalność czynności pozwalała swobodnie bujać myślom.

Whitmore zamierza się jej pozbyć. Targały nią sprzeczne uczucia. Miała do niego żal za niewierność i porzucenie Daniela. Z drugiej strony potrzebowała go ze względu na dzieci. Otarła czoło ubrudzoną mąką dłonią. Musi jakoś wybrnąć z tej sytuacji.

Pomywaczka smażyła kiełbaski na poranny posiłek. Była to prosta dziewczyna, gruba jak beczka, zawsze uśmiechnięta. Emily polubiła ją od pierwszego wejrzenia.

– Przeraziła go pani – odezwała się. – Tego Pana Wszechwładnego.

– Mówisz o hrabim?

– Nie, milady. O kamerdynerze. Powiedział hrabiemu, że kazała pani pakować manatki kucharzowi.

– No i dobrze. – Emily było obojętne, czy Stephen dowie się o zwolnieniu kucharza. Ten wiecznie niezadowolony człowiek bezczelnie okradał chlebodawców, zawyżając koszty zakupów żywności. Obejdą się bez niego.

– Nie musi się pani martwić o kuchnię – ciągnęła Lizbeth. – Pani Deepford i ja zajmiemy się gotowaniem do czasu zatrudnienia nowego kucharza.

– Dziękuję, Lizbeth. – Emily wiedziała, że zbyt pospiesznie oświadczyła, że sama zajmie się teraz gotowaniem, ale widok zgorszonej miny Farnswortha, gdy to usłyszał, sprawił jej przyjemność. – Przykro mi, że będziecie miały więcej pracy.

– Nic nie szkodzi. Dobrze się stało. Tego kucharza już dawno trzeba było zwolnić.

Emily miała wątpliwości, czy nie przekroczyła granic. Hrabia mógł być niezadowolony z jej wtrącania się w sprawy personelu domowego, zwłaszcza że jej osobista sytuacja była mocno niepewna. Będzie musiała przeprosić go za wczorajsze ostre słowa.

– Słyszałaś coś jeszcze? – zapytała dziewczynę. – Na przykład od hrabiego. Czy coś sobie przypomniał?

– Nie, milady. Nic nie słyszałam.

Zadzwonił dzwonek.

Dziewczyna poderwała się.

– To jaśnie pan. Dzwoni, żeby mu przynieść śniadanie.

– Ja mu zaniosę – powiedziała Emily. Chciała porozmawiać o dzieciach. Apetycznie podane śniadanie wprawi go w dobry humor. Łatwiej będzie go przekonać, że wyrzucenie jej rodziny na ulicę to zły pomysł.

Poczuła skurcz w żołądku. Zjadła tylko jedną grzankę i wypiła fliżankę herbaty. Nie potrzebowała więcej.

Zadyszała się, wspinając się kuchennymi schodami do sypialni hrabiego. Taca ze śniadaniem była ciężka, rozbolały ją ramiona. Zapukała do drzwi. Nie weszła, zanim nie usłyszała: – Wejść.

Stephen siedział w fotelu, czytał "Timesa". Był starannie ubrany. Miał mokre włosy, domyśliła się, że zdążył wziąć przed śniadaniem kąpiel.

Zadrżała. Oczami wyobraźni ujrzała mydlaną pianę wolno spływającą po muskularnych ramionach opartych o krawędź wanny. Jakie by to było wrażenie, gdyby dotknąć tej mokrej skóry? Jak by to było, gdyby pochylił się nad nią, a ona by mu zwyczajnie uległa.

Jak kiedyś…

Nagle poczuła się straszliwie samotna. Tamtego wieczoru przed wyjazdem całował ją tak, jakby nigdy nie chciał się z nią rozstawać. Teraz zachowywał się jak obcy człowiek.

Kiedy na powrót zobaczyła go w Falkirk, miała ochotę podbiec, uściskać go i dziękować Bogu, że widzi go żywym. Ale on nie chciał jej znać. Złamał śluby, zdradził ją z inną kobietą. Nie potrafła sobie z tym poradzić.

Wzięła się w garść. Whitmore nic do niej nie czuł i nie ma nadziei, że kiedykolwiek poczuje.

– Postawisz tę tacę, czy będziesz się wciąż na mnie gapiła?

Zaczerwieniła się. Postawiła tacę.

– Pańskie śniadanie, sir – dygnęła z przesadą.

– Wolałbym "milordzie".

Nie poznał się na sarkazmie. To ją zezłościło.

– To wszystko? Mam uklęknąć i ucałować pańskie buty?

– Może później.

– Chyba nie miałby nic przeciwko temu. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi.

– Jeszcze nie skończyłem – odezwał się. Rzuciła mu jadowite spojrzenie, ale on nie odrywał oczu od "Timesa". Spuścił na koniec nosa okulary. Nigdy ich przedtem u niego nie widziała, nawet nie wiedziała, że potrzebuje okularów do czytania. To jej przypomniało, że z tym człowiekiem trzeba ostrożnie.

Ze swymi nienagannymi manierami i niezłomnymi przekonaniami był kubek w kubek podobny do swojego ojca. Żołądek podszedł jej do gardła na wspomnienie starego markiza.

– Napijesz się herbaty? – zapytała, starając się opanować drżenie głosu.

Opuścił gazetę, spojrzał na nią.

– Zatruta?

Co za bezczelność! Miała ochotę roztrzaskać mu czajnik na głowie.

– Nie przekonasz się, dopóki nie umrzesz. Więc jak? – uśmiechnęła się niewinnie i napełniła fliżankę. – Mleko? Cukier?

– Nic. Mniej okazji, żebyś mi coś dosypała.

– Chyba że już to zrobiłam – ośmieliła się stwierdzić, wręczając mu fliżankę.

Nawet nie drgnął. Nie wziął fliżanki.

– Wypij pierwsza.

– Nie zatrułam jej.

– Wypij.

Denerwował ją ten arogancki ton, ale posłuchała. – No co, jesteś zadowolony?

– Niezupełnie. – Odłożył na bok gazetę. – Spróbuj wszystkiego, co jest na tacy.

– Nie jestem głodna.

Posłał jej surowe spojrzenie świadczące o tym, że wie, iż ona kłamie.

– Wyglądasz, jakbyś głodowała od tygodni. Jesteś za chuda. Nie życzę sobie, żeby służba myślała, że głodzę własną żonę. Jeśli nią jesteś…

– Nie dbam o to, co myśli służba.

– Ale ja dbam. Jeśli chcesz zostać pod moim dachem razem z tymi dziećmi, to musisz nagiąć się do mojej woli.

A więc to tak. Groźba była czytelna. Mógł rzeczywiście wygonić ją z domu wraz z dziećmi. Gdzie by się wówczas podziała? Nie była przecież w stanie ani utrzymać dzieci, ani zapewnić im dach nad głową.

Zaczerwieniła się, ale dziobnęła widelcem kiełbaskę. Szkoda, że nie może dziobnąć go w jakąś czułą część ciała.

Spróbowała jajek. Jakie smaczne. Och, co za niebiańska rozkosz! Zamknęła na moment oczy. Gdyby tak więcej posolić albo dodać skwarki ze stopionego boczku, smakowałyby jeszcze lepiej. W myśli już zaczynała układać przepis.

Z obłoków ściągnął ją dźwięk dzwonka. Otworzyła oczy. Hrabia nie raczył powiedzieć, po co dzwoni na pokojówkę.

– Nie naplułam ci do jedzenia.

Nie rozśmieszyło go to.

– A czy ja mówię, że naplułaś?

Popchnęła talerz w jego stronę. Nieprzyjemna sytuacja się przeciągała. O co mu chodzi?

– Możesz jeść – powiedziała. – Jak widzisz, ciągle żyję.

Nie drgnął. Patrzył na nią pytająco. Miał oczy szare jak londyńska mgła o poranku, stanowcze usta. Kiedyś uważała, że jest przystojny. Ta twarz wyglądała jak wykuta z kamienia.

Był jak posąg. Człowiek pozbawiony uczuć, który nigdy nie ujawnia, co myśli.

Dlaczego dała się zwieść jego obietnicom? Wydobył ją z podupadającego, zadłużonego majątku. Przysięgał, że odnajdzie jej nieobliczalnego brata i spłaci jego długi. Była nim tak zauroczona, że uwierzyła.

Ktoś zapukał do drzwi, ale zamiast pokojówki wszedł Farnsworth i spojrzał na nią z dezaprobatą. Emily była świadoma jego niewypowiedzianego krytycyzmu. Nie podobała mu się ani jej garderoba, ani maniery. Powinna zachowywać się jak hrabina, a nie jak służąca. Wyprostowała się, choć wiedziała, że nie zmieni to opinii Farnswortha na jej temat.

– Przynieś talerz dla lady Whitmore i więcej herbaty – powiedział hrabia.

– Nie, nie potrzeba.

Uciszył jej protesty spojrzeniem. Po wyjściu kamerdynera odezwał się:

– Musimy ustalić kilka spraw. Ja rozkazuję, a ty słuchasz. A cóż on, ma się za króla Anglii?

– Tak jest, Wasza Królewska Wysokość.

Najwidoczniej nie poznał się na żarcie.

– Gdy Farnsworth przyniesie ci talerz, zjesz wszystko, co na nim będzie, do ostatniego kawałka.

– A jeśli nie?

– Pomyśl o dzieciach, one potrzebują jeść.

– Nie ośmielisz się głodzić niewinnych dzieci, żeby postawić na swoim!

– To nie są przecież moje dzieci. A jeśli chcesz, żebym je trzymał w swoim domu, ubierał i żywił, będziesz mnie słuchała. I nie myśl, że będzie inaczej.

Zauważył strach w jej oczach i poczuł lekki wyrzut sumienia, że dopuścił się groźby. Nie za wielki, w każdym razie. Wyglądało na to, że Emily dłuższy czas nie odżywiała się za dobrze. Jeśli groźbą skłoni ją do jedzenia, trudno, widocznie inaczej nie można.

Jej delikatna twarz była tak wymizerowana, że aż przezroczysta. Patrzyły z niej wielkie, przerażone, brązowe oczy. Kosmyk złotych włosów przykleił się do ubrudzonego mąką bladego policzka.

Farnsworth wrócił po kilku minutach z tacą. Emily zaczęła jeść, obrzucając go od czasu do czasu morderczym spojrzeniem.

– Chciałbym, żebyś mi wyjaśniła kilka spraw – zaczął. – Począwszy od dnia naszego ślubu.

Zajęta opróżnianiem zawartości talerza, udawała, że nie słyszy. Stephen sięgnął po jej lewą rękę. Na trzecim palcu miała jego rodowy pierścień, wielki rubin oprawny w złoto. Potarł go opuszką palca. Miała zimne ręce.

– Nie pamiętam ceremonii ślubnej. Nie pamiętam, żebym ci dawał ten pierścień. Chyba go ukradłaś.

– Chcesz go zabrać z powrotem? – zapytała.

– Może. – Wciąż patrząc na okazały pierścień, próbował wytężyć pamięć. Emily chciała gwałtownie wyrwać mu dłoń, ale cały czas trzymał ją mocno.

– Opowiedz o naszym ślubie.

– Padał wtedy śnieg – wyszeptała.

– Łączyło nas uczucie? – zapytał cichym głosem.

Zakrztusiła się. Pokryła zmieszanie śmiechem, widział jednak w jej oczach ból.

– Uwielbiałeś mnie. Poślubiłeś mnie pod ogromnym wpływem gorącego uczucia.

– A jaki był prawdziwy powód, Emily?

– Nie wiem, czy znam odpowiedź. Myślałam, że mnie kochasz. Myliłam się.

– Czy cię skompromitowałem? – Przesuwał kciukiem po wnętrzu jej dłoni. Miała szorstkie ręce, jak służąca.

Wyrwała mu dłoń.

– Nie. I nie chcę o tym rozmawiać, jeśli pozwolisz.

– Dlaczego za mnie wyszłaś? – Co znaczy ten smutek w jej oczach? Nie mógł jej rozgryźć.

Odstawiła talerz, choć nie dokończyła jedzenia.

– Miałam swoje powody. – Zauważył, że jest zmieszana. Wspominała o łączącym ich uczuciu. Czy mówił jej, że ją kocha?

Była ładna. Zawsze taka była. Bezpośrednia. Miała język cięty jak brzytwa. Jeśli poślubiła go pod wpływem chwilowego zauroczenia, to znaczy, że się nic nie zmieniła. Zawsze była impulsywna.

Muszę wrócić do Londynu – oznajmił, zmieniając temat.

W londyńskim mieszkaniu trzymał domowe archiwum. Jeśli są odpowiedzi na dręczące go pytania, to właśnie tam. – Jak tylko wyzdrowieję. Pojedziesz ze mną.

– Nie! To znaczy, wolałabym nie – poprawiła się.

Jej opór wzmógł podejrzenia Stephena.

– Boisz się jechać do Londynu? Dlaczego?

– Twój ojciec nie zechce nas widzieć. I dzieci mnie tu potrzebują.

– Wynajmiemy opiekunkę do dzieci. Prawdę powiedziawszy, już kazałem Farnsworthowi, żeby umówił kilka kandydatek na rozmowę.

– Zaangażowałam już mamkę dla niemowlęcia. Ona zaopiekuje się obojgiem.

– Royce potrzebuje guwernera i opiekunki, nie mamki. – Nie odezwała się, więc zmienił taktykę. – Nie pomyślałaś, że moja rodzina zdziwiłaby się, gdybym przyjechał bez żony?

Zaczerwieniła się. Jej obawa przed spotkaniem z jego rodziną musiała oznaczać, że nie byli małżeństwem. Był tego zupełnie pewien.

– Nie dbam o to, co sądzi twoja rodzina. Nie pojadę z tobą do Londynu. Nie teraz. Nigdy nie pojadę.

Wstała i wyszła, trzaskając drzwiami.

Bała się. Może się mylił, ale odnosił wrażenie, że jego żona wie więcej o tym, co się z nim działo w ostatnich miesiącach, więcej, niż sam przypuszczał. Nie wróżyło to, niestety, dobrze ich wspólnej przyszłości.

Rozdział trzeci

Herbatniki podawane na podwieczorek muszą być świeże i kruchutkie. Pani domu powinna zawsze mieć dla gości miły uśmiech. Z "Poradnika domowego" Emily Barrow

Przed południem doktor Parsons obejrzał opatrunki i pokiwał głową z uznaniem.

– Pańska żona dobrze się spisała – zauważył. – Rany są czyste, zasinienia znikają. Za kilka dni stanie pan na nogi.

– Wybieram się do Londynu – oznajmił Stephen. – Za trzy dni, jeśli to możliwe.

– Odradzam zbytni pośpiech, milordzie. Jeśli wolno coś zasugerować, to radziłbym odczekać jeszcze choć tydzień.

– Nie pamiętam okoliczności tego wypadku – stwierdził Stephen. – W ogóle nie pamiętam nic, co się wydarzyło w ciągu ostatnich trzech miesięcy.

– Zaniki pamięci to zjawisko często towarzyszące urazom. Miałem do czynienia z takimi objawami u różnych pacjentów, zwłaszcza tych, którzy doświadczyli poważnej traumy. Zdarza się, że umysł wypiera z pamięci wydarzenia, których człowiek nie chce pamiętać.

Kiedy odzyskam pamięć?

– Szczerze mówiąc, może nigdy. W przypadkach podobnych do pańskiego trudno jest orzekać jednoznacznie. Rana na głowie i inne urazy są świeżej daty, wątpię wszakże, czy mają one coś wspólnego z utratą pamięci. Podejrzewam, że padł pan ofarą przemocy kilka miesięcy temu, świadczyłaby o tym rana od noża na piersi. Możliwe, że nie chce pan o tym pamiętać. Mogę pana natomiast zapewnić z pełnym przekonaniem, że ból głowy ustąpi w ciągu kilku dni.

Mniejsza o ból. Stephen miał ochotę zapytać doktora o dziwny tatuaż na karku, ale zrezygnował. Przeczuwał, że obecność tatuażu wiązała się z jakimś bardzo nierozważnym zachowaniem.

W rodzaju poślubienia kobiety, której nie widział na oczy od dziesięciu lat.

Po wyjściu doktora wrócił myślami do wcześniejszej rozmowy z Emily. Nie miał nic przeciwko jej opiece nad dziećmi brata, ale niepokoiło go, dlaczego twierdziła, że to na nim spoczywa prawna odpowiedzialność za ich wychowanie.

Postanowił porozmawiać z chłopcem. Jeśli nie może uzyskać wyjaśnień od własnej żony, poszuka ich gdzie indziej. Zadzwonił na Farnswortha i kazał mu przyprowadzić Royce'a.

Czas płynął, a nikt nie przychodził.

Czekał, chodząc tam i z powrotem po dywanie. Ktoś powinien nauczyć tego dzieciaka dyscypliny. Nigdy nie jest za wcześnie na naukę dobrych manier. Po pięciu minutach otworzył drzwi na korytarz i ujrzał następującą scenkę:

– No, chodź! – Schylony Farnsworth wabił dziecko ciasteczkiem. Chłopiec patrzył nieufnie z naburmuszoną miną, ale wykonał krok do przodu. – Nie bój się, chodź – zachęcał kamerdyner.

– Dość tego, Farnsworth. Nie traktuj go jak psa – wtrącił się Stephen.

– Ale on nie chce iść, milordzie.

Jak było do przewidzenia, chłopiec zniknął za drzwiami swojego pokoju.

– Zostaw to mnie. – Stephen ruszył w stronę pokoju dziecięcego. Szarpnął za klamkę. Drzwi były zamknięte od wewnątrz.

– Klucz. Bądź łaskaw mi go przynieść, Farnsworth.

– Przepraszam, milordzie, zaraz będę z powrotem. – Kamerdyner był szczęśliwy, że znalazł pretekst, by się oddalić.

Stephen nasłuchiwał pod drzwiami i zastanawiał się, co czynić. Groźbą nic nie zdziała. Zapukał.

– Idź sobie!

Tego należało się spodziewać. Nie zamierzał się poddawać. W końcu miał argumenty.

– Myślę, że chciałbyś opuścić mój dom, prawda?

Cisza. Chłopiec chyba nie spodziewał się takiej strategii.

– Tak.

– Mam propozycję. Ty mi odpowiesz na moje pytania, a ja dopilnuję, żebyś wyjechał.

Nie wspomniał dokąd, w grę mogła wchodzić na przykład szkoła. W końcu dzieciak potrzebował edukacji.

Po dłuższej chwili dało się słyszeć kliknięcie zamka i drzwi się uchyliły. Stephen skrył uśmiech zwycięstwa. Za wcześnie na triumf. Potrzebował się dowiedzieć różnych rzeczy i liczył na dziecięcą szczerość.

Wszedł do środka, śledzony podejrzliwym spojrzeniem chłopca.

– Roland? Tak cię wołają? – zaczął.

– Mam na imię Royce. – Chłopiec posłał mu niechętne spojrzenie. – Nie lubię pana.

Też nie mógłbym powiedzieć, że za tobą przepadam.

Odpowiedź najwyraźniej spodobała się Royce'owi. Linie frontu zostały jasno wytyczone.

– Usiądź. – Stephen wskazał chłopcu stołek, ten jednak nie posłuchał. – Jak długo już mieszkacie w Falkirk? – zaczął, niezrażony.

– Od lutego. – Chłopiec zerkał ku drzwiom, jakby rozważał plan ucieczki.

– Przywiozła was wasza ciocia?

Na wspomnienie Emily twarz chłopca na chwilę się rozchmurzyła.

– Tak, posłała po nas. – Wiercił się niespokojnie. – Jaki pan wysoki – stwierdził nieoczekiwanie.