Nieznajoma - Allison Dickson - ebook

139 osób właśnie czyta

Opis

Kropla wina, odrobina zdrady, doprawić morderstwem – oto przepis na thriller, od którego nie można się oderwać!

Wciągająca mieszanka rodzinnych sekretów i zaskakujących zwrotów akcji rodem z Hitchcocka. Fani "Kobiety w oknie" będą zachwyceni!

Phoebe Miller nie jest pewna, kiedy pierwszy raz zobaczyła ten stary gruchot zaparkowany przed jej domem. Ale wie, że pojawia się regularnie. I że to nic dobrego. Kim jest tajemniczy kierowca i co go tak interesuje w przygnębionej, nudnej pani domu, która topi smutki w kolejnych butelkach wina i pudełkach lodów?

No cóż, Phoebe wkrótce się dowie. I gorzko tego pożałuje.

Gdy do domu po sąsiedzku wprowadzają się Napierowie, życie pani Miller znowu staje się ekscytujące. Vicki Napier wydaje się idealną kandydatką na przyjaciółkę od serca, a jej przystojny syn Jake, który lada moment rozpocznie studia, wart jest grzechu. W końcu kto powiedział, że pani domu nie może się zabawić?

Phoebe traci czujność. A to poważny błąd. Nigdy nie powinna spuszczać z oczu tajemniczego kierowcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Kena, który widział mnie – i pokochał – w każdej odsłonie

CZĘŚĆ 1 PANI MILLER

1

Rano Phoebe znów dostrzega niebieski samochód, zaparkowany dalej przy ulicy – nigdy dwa razy w tym samym miejscu, ale zawsze w zasięgu jej ukradkowych spojrzeń. Stary ford focus z przerdzewiałymi błotnikami i pękniętą przednią szybą, przez którą prawie nie widać kierowcy, pozostałby niezauważony niemal w każdym miejscu w Chicago. Jednak na spokojnym przedmieściu Lake Forest, gdzie trzyletni land rover uchodzi za zabytek, rzuca się w oczy jak szczerba w garniturze wybielonych zębów. Jedyną wskazówkę co do tożsamości kierowcy stanowi magnes na przednich drzwiach od strony pasażera. Widnieje na nim napis: „Ekskluzywne Przesyłki Kurierskie”, ale Phoebe nie widziała, żeby odbyła się tu jakakolwiek dostawa.

Nie jest pewna, kiedy gruchot pojawił się po raz pierwszy, ale gdy zauważyła, że przyjeżdża regularnie, zaczęła prowadzić zapiski – jak wścibski komendant straży sąsiedzkiej, choć zwykle irytują ją tacy ludzie. W trzech kolumnach zapisuje kolejno: godzinę przyjazdu auta, miejsce postoju i godzinę odjazdu. Na początku ford pojawiał się rzadko – dwa, może trzy razy w tygodniu, najwyżej na godzinę. Ale w ostatnim tygodniu przyjeżdża codziennie i parkuje co najmniej przez trzy godziny, a bywało, że i pięć – znacznie dłużej, niż może trwać normalna przerwa w pracy. Phoebe nie zauważyła, żeby kierowca w ogóle opuszczał pojazd, nawet by rozprostować nogi. Rozważała spytanie sąsiadów, co sądzą o intruzie, ale chociaż mieszka tu od lat, nie zadała sobie trudu, żeby zaprzyjaźnić się z którymkolwiek z nich.

Nie chodzi o to, że nie lubi ludzi. Po prostu… cóż, może jednak jest w tym stwierdzeniu ziarno prawdy. Ludzie to uciążliwe stworzenia, zawsze gotowe narzucić ci swoje oczekiwania. Zwłaszcza jeśli nosisz znane nazwisko – nawet jeżeli aktualnie źle się ono kojarzy.

Próbowała porozmawiać o swoich obawach z mężem, ale Wyatt twierdzi, że Phoebe ma obsesję na punkcie zarówno samochodu, jak i opinii sąsiadów na swój temat. Uważa, że to wyłącznie stres, a medialny szum ucichnie już za chwilę, kiedy tylko ktoś inny umrze albo powie coś głupiego. Jako terapeuta wygłasza te opinie z samozadowoleniem, od którego aż ją mdli. Oczywiście, próbuje w ten sposób zasugerować, że jego żona ma za dużo czasu, skoro jej uwagę zaprzątają plotki i zaparkowane samochody. Być może ma rację, ale Phoebe i tak zgrzyta zębami na samą myśl.

Rozważała telefon na policję, ale co miałaby powiedzieć? To nie zamknięte osiedle, można się po nim swobodnie poruszać. W poprzednim życiu, zanim Phoebe zmieniła się w odludka, nie chciała mieszkać w odgrodzonej murem fortecy podobnej do wielu innych w okolicy, a przede wszystkim – do przytłaczającej posiadłości jej ojca nad jeziorem w Glencoe. W tym domu urzekła ją względna normalność – budynek w stylu pruskim, stojący na końcu zielonego zaułka, był dość skromny i widoczny jak na dłoni, a w nieodległym, choć nie nadmiernie bliskim sąsiedztwie znajdowało się tylko kilka innych. Ta widoczność zaczęła odbijać jej się czkawką, kiedy pojawił się tajemniczy samochód. Zarazem nie pojawiły się żadne groźby ani głuche telefony. Phoebe ma tylko własne, podsycane zmęczeniem teorie – nie umie nawet opisać kierowcy, poza tym, że na dziewięćdziesiąt procent to kobieta albo bardzo drobny mężczyzna, co wywnioskowała z filigranowej sylwetki. Jedyne szczegóły, jakich jest absolutnie pewna, to błękitna koszula i czapeczka z daszkiem, wyglądające jak uniform. „Bo to widocznie naprawdę kierowca z firmy kurierskiej”, słyszy w głowie cichy, choć rozdrażniony głos męża. Nie, nie wezwie policji. Nie bez przekonującego powodu.

Oczywiście, Phoebe mogłaby błyskawicznie położyć kres wszystkim tym pytaniom. Wyjść na zewnątrz, podejść do auta, zastukać w okno i spytać kierowcy, o co chodzi. Jednak po wszystkim, co ostatnio przeszła, nie może znieść myśli o jakimkolwiek kolejnym upokorzeniu. Co, jeśli to faktycznie zwykły kurier, który lubi parkować tu podczas przerw, żeby nadrobić papierkową robotę? Albo przyjaciółka jednej z sąsiadek, które Phoebe ignoruje od lat? Już słyszy, jak plotkują. „O nią ci chodzi? To Phoebe Miller. Słyszałaś o niej? Bo o jej ojcu to na pewno…”

Mógłby się też sprawdzić czarny scenariusz: kurier to w istocie reporter, podglądający ją, aby zdobyć niepochlebne zdjęcia zapuszczonej dziedziczki fortuny w szczytowej fazie paranoi. Wiadomo, że nic tak ludzi nie cieszy jak cudze nieszczęście. Niby dlaczego mieliby jej oszczędzić pięciu minut niesławy?

Niedawno przyszedł jej do głowy jeszcze jeden możliwy powód tej bezczynności: obserwacja samochodu stała się dla niej grą, przerywnikiem w pozbawionym wydarzeń dniu. Prawda o nieznajomym jest zapewne tak banalna, że poznanie jej tylko pogłębiłoby depresję Phoebe, więc po co się wysilać? Chce się nacieszyć chociaż tą jedną rzeczą. Nic nie trwa wiecznie. To także się kiedyś skończy.

Notuje dzisiejszą godzinę przyjazdu, po czym wraca do kuchni dolać sobie kawy i zająć się innymi rzeczami – na przykład tym, co Wyatt chce dziś zjeść na kolację i czy zamierza obejrzeć z nią pozostałe odcinki Gry o tron, czy ma dokończyć serial sama. Życie jak w bajce, nie ma co. Jej mąż właśnie je hałaśliwie płatki z mlekiem. Siorbanie od razu ją irytuje. Zawsze był taki głośny czy zauważyła to dopiero teraz, po dziesięciu latach?

Ostatnio odkryła, że jej mąż ma kilka innych drobnych nawyków, przez które kusi ją, żeby zatłuc go żeliwną patelnią, jak żona ze starych kreskówek. Na przykład udaje, że się śmieje zaraz po tym, jak powie coś pasywno-agresywnego, a ostatnio właściwie nie używa innego tonu. Ślini też palec przed przewróceniem każdej strony w czytanym czasopiśmie. Phoebe jest przekonana, że słyszy dźwięk języka pocierającego opuszki palców, i kiedy mąż sięga po „Newsweeka” albo „Rolling Stone”, musi wyjść z pokoju. Wyatt zaczął się również zachowywać typowo po męsku i zostawiać w umywalce w łazience resztki zgolonego zarostu wymiecione z maszynki elektrycznej. Jest jednak pewna, że ze wszystkich sposobów, w jakie mąż działa jej na nerwy, to nawyk siorbania, mlaskania i głośnego przeżuwania każdego posiłku będzie kroplą, która przepełni czarę. Niedawno czytała o badaniach, według których powiązano wrażliwość na odgłosy jedzenia z wyższym ilorazem inteligencji. Zapewne mogłaby się teraz zapisać do Mensy.

Pociesza się prostą myślą: za kilka minut mąż wyjdzie do pracy. Błoga cisza otuli ją jak puszysty koc. Będzie mogła zamknąć drzwi, włączyć alarm i wrócić do łóżka. Poleży z rękoma i nogami rozłożonymi szeroko, jak rozgwiazda, koło południa wstanie, włoży kostium kąpielowy i pójdzie nad basen z książką i butelką wina. Dwie godziny przed powrotem Wyatta z pracy ubierze się i uczesze włosy, próbując nie zwracać uwagi na odrosty i rozdwojone końcówki, które pojawiły się od czasu ostatniej wizyty u fryzjera. Zrobi delikatny makijaż, aby ukryć coraz głębsze worki pod oczami i rozjaśnić coraz bardziej ziemistą cerę. Włoży coś elastycznego, w co uda jej się zmieścić coraz większy tyłek.

Nie pamięta, żeby nagle coś w niej pękło. Chyba raczej stopniowo się poddawała. Jeszcze dwa lata temu oczywiste było dla niej wysiadywanie godzinami u fryzjera i wklepywanie w siebie dziesiątek drogich kremów i serum, mających dać kobietom złudzenie, że mogą cofnąć czas. Bardzo dobrze pamięta, że spędzała dwie lub trzy godziny dziennie na siłowni i stosowała kolejne modne diety, obiecujące, że uda jej się uniknąć tych okropnych wystających boczków, jeśli tylko będzie stronić od jednego składnika, którego szkodliwość właśnie odkryto. Ta zadbana, żyjąca jak pączek w maśle wersja Phoebe nie miała jeszcze za sobą kilku nieudanych prób in vitro – ani patrzenia, jak ojciec, którego przez większość życia równocześnie się bała, nienawidziła i kochała, umiera na raka trzustki tak szybko, że nie starczyło mu czasu na poważną rozmowę ani przeprosiny, z którymi musiał chyba czekać całe jej życie.

Teraz, po śmierci Daniela, faktycznie przypomina lukrowanego pączka – jest blada, okrągła i puszysta, tyle że znacznie mniej słodka. To przede wszystkim wina przyjmowanych podczas leczenia bezpłodności hormonów, które spustoszyły jej organizm, ale dieta oparta na lodach i alkoholu też robi swoje. Ta przemiana ma jednak dobre strony. Pozwoliła jej ponownie odkryć uroki bezdzietności i związaną z nią możliwość nieskrępowanego czytania przy basenie i picia alkoholu w ciągu dnia. Rozkosz sprawia jej noszenie luźnych spodni do jogi, chociaż nie zamierza ćwiczyć żadnych asan. Odnajduje spokój w ignorowaniu list składników i kalorii. Jej ulubiony synonim błogości to francuskie słowa „cabernet sauvignon”.

Podobają jej się także spokój i łatwość pustelniczego stylu życia – wszystkie przychodzące wiadomości odchodzą w zapomnienie dzięki wypełnionej po brzegi poczcie głosowej, występki jej ojca zmieniają się w kolejny nagłówek, który przewija w poszukiwaniu jeszcze jednego głupiego quizu mającego określić, jakim jest rodzajem sera (goudą) albo w jakim kraju powinna była przyjść na świat (neutralnie, w Szwajcarii). Daniel Noble zostawił jej pieniądze umożliwiające taki styl życia, ale córka nie czuje się odpowiedzialna za jego czyny. Rodzinna fortuna to dla niej zasłużone zadośćuczynienie za konieczność dorastania z tym draniem.

Jej mąż sprawia wrażenie, jakby nie zauważył tej powolnej przemiany albo postanowił ją zignorować. Wie, że odstawiła hormony, jednak przed seksem wciąż ją pyta, czy ma owulację – taka gra wstępna zabiłaby libido u każdego.

Wyatt kończy śniadanie, opłukuje miskę i wkłada ją do zmywarki. To jeden z kilku jego dobrych nawyków. Potem – zamiast, jak zwykle, sięgnąć po kluczyki – wraca do stołu.

– Pierwszego pacjenta mam dopiero o dziesiątej. Posiedzimy chwilę w ogrodzie?

Phoebe się waha. To odstępstwo od normy. Zwykle nawet jeśli Wyatt ma rano trochę czasu, spędza go w gabinecie, nadrabiając papierkową robotę. Widocznie chce coś omówić, a to nieuchronnie doprowadzi do sprzeczki. Ale im szybciej załatwią sprawę, tym szybciej będzie mogła pogrążyć się w upragnionej samotności. Kiwa głową, wychodzi za mężem na zewnątrz i siada na jednej z długich kanap.

Zadaszony taras na tyłach budynku jest umeblowany lepiej niż domy większości ludzi. Mają tu w pełni wyposażoną kuchnię, bar i zintegrowany system stereo, a dzięki rozmieszczonym dookoła ogrzewaczom gazowym mogą siedzieć na dworze nawet późną jesienią, ale Phoebe zwykle nakrywa wszystko pokrowcami już w październiku. Kiedyś by ją to smuciło, teraz wyczekuje nadejścia zimy. Typowe dla Chicago śniegi i mrozy zapewnią jej naturalny pretekst do odcinania się od świata.

Wyatt zabrał ze sobą aktówkę, z którą wygląda bardziej na adwokata niż na kogoś, kto serwuje banały i afirmacje rozwódkom w okresie menopauzy i zestresowanym bankierom cierpiącym na problemy z erekcją. Phoebe przygląda mu się bliżej. Jej mąż włożył nową, świeżo wyprasowaną koszulę i krawat, którego też nie kojarzy. Starannie ułożył fryzurę, używając jednego z mnóstwa kosmetyków, które żona kupowała mu przez lata i które zwykle kurzyły się nieużywane. Jest również gładko wygolony – czyli musiał użyć maszynki na żyletki, nie tej elektrycznej. Z jakiegoś powodu wyjątkowo zadbał dziś rano o wygląd, a Phoebe wcale się to nie podoba.

Jest przystojny w klasyczny sposób. Ma mocno zarysowaną szczękę, ciemne włosy i oczy o rzęsach tak grubych, że wygląda prawie tak, jakby używał eyelinera. To właśnie oczy zwróciły jej uwagę na samym początku, kiedy ich pijane spojrzenia spotkały się na imprezie z okazji Super Bowl u wspólnego znajomego ze studiów na Uniwersytecie Northwestern. W tych czasach – ze zgrozą uświadamia sobie, że minęło od nich prawie piętnaście lat – uroda faceta wystarczała, aby serce zabiło jej szybciej. Ale to z Wyattem umówiła się na drugą randkę i na niezliczone kolejne, bo był także inteligentny, zabawny i figlarny. Czasy ukradkowego seksu w miejscach publicznych, wbijania się na imprezy i nocnych jazd ulicą Lower Wacker jego starym mitsubishi eclipse, z jointem, którego palili na zmianę, minęły dawno temu. Niekiedy tylko oczy męża przypominają jej, że był wcieleniem buntu przeciw wszystkim wymaganiom, jakie stawiał kandydatom na zięcia Daniel Noble. Chłopak z klasy średniej, który miał dość inteligencji i ambicji, żeby dostać się na prestiżową uczelnię Northwestern, ale doktoratu nie obronił.

– Powinniśmy pomyśleć o następnym kroku – rzuca, siadając obok żony. Trudno coś wyczytać z jego tonu, ale lekkie drżenie głosu zdradza zdenerwowanie. Phoebe też je czuje, zgadza się jednak, że pora powiedzieć głośno, jaki chłód panuje w ich małżeństwie, i przyznać, że pojawił się na długo przed śmiercią Daniela i dramatycznymi wydarzeniami, które nastąpiły po niej.

Od razu przychodzą jej na myśl cztery nieudane zabiegi in vitro, ale wie, że problem zaczął się wcześniej, od powodu, dla którego w ogóle się pobrali: niespodziewanych dwóch kresek na aptecznym teście ciążowym. Phoebe, pijana miłością i ciążowymi hormonami, po trzydziestu sekundach namysłu odrzuciła możliwość aborcji, wybierając znacznie bardziej atrakcyjne rozwiązanie: szansę ustatkowania się, jak przystało dziedziczce. Przystojny mąż, piękny dom na przedmieściach i dziecko jako wisienka na torcie. Młodzi zdecydowali się na spontaniczny ślub cywilny w sądzie. Gdyby jej matka dożyła tej chwili, byłaby przerażona, ale Daniel wydawał się zadowolony, że może uniknąć wydatków, zwłaszcza że jego stosunek do przyszłego zięcia był w najlepszym razie ambiwalentny. Informację o tym, że wkrótce doczeka się wnuka, przyjął bez większych emocji, chociaż chyba trochę się ucieszył, kiedy się okazało, że będzie to chłopiec.

Niestety, domowe ognisko, jakie wymarzyła dla Phoebe matka, nigdy nie zapłonęło żywym ogniem. Ich syn, Xavier Thomas Miller, urodził się martwy w dwudziestym ósmym tygodniu ciąży. Nie zdobyła się na odwiedzenie jego grobu od dnia krótkiego, dyskretnego pogrzebu, w którym udział wzięli tylko ona i jej mąż.

Mimo tej straty przez kilka lat układało im się nieźle. Wyatt zdobył uprawnienia terapeuty i otworzył gabinet. Phoebe bawiła się w pracę w firmie ojca. Robili też to, co wszystkie pary nieobciążone dziećmi i zobowiązaniami finansowymi: podróżowali, chodzili na koncerty i zapalali się do kolejnych hobby, z których szybko rezygnowali. Wyatt próbował sił w piwowarstwie, Phoebe miała droższe zainteresowania: kolekcjonowanie sztuki nowoczesnej i fotografię. Kiedy jednak zaczęli się zbliżać do trzydziestki, coraz głośniej brzmiało im w głowach pytanie, czy powinni znów postarać się powiększyć rodzinę – w końcu Wyatt wypowiedział je na głos przy carpaccio i koktajlach, gdy świętowali ósmą rocznicę ślubu w swojej ulubionej włoskiej knajpce u Franceski. Może zadziałało wino, może migoczące płomyki świec odbijające się w oczach męża, ale Phoebe otworzyła się na tyle, że zgodziła się przynajmniej odstawić pigułki i sprawdzić, czy natura zrobi swoje. Natura jednak zawiodła, podobnie jak cztery podejścia do in vitro, zakończone poronieniami.

To choroba ojca pozwoliła jej wreszcie powiedzieć „stop”. Nie angażowała się w opiekę paliatywną – ojcem przez całą dobę zajmowały się pielęgniarki – ale mogła zasłonić się wyczerpaniem emocjonalnym, a Wyatt nie nalegał. Przerwanie nieudanych starań o dziecko było jedną z nielicznych przysług, jakie Daniel, nieświadomie, wyświadczył córce.

Od momentu, kiedy powiedziała Wyattowi, że zamierza skończyć z próbami zajścia w ciążę, czuła, że zbliża się punkt zwrotny. I właśnie nadszedł – moment, kiedy oboje przyznają, że było miło, ale pora zsiąść z tej karuzeli. Prawie piętnaście przeżytych wspólnie lat, z czego dziesięć jako małżeństwo, to już spore osiągnięcie. Zwłaszcza w jej rodzinie.

Phoebe wzdycha.

– Dobra. To co robimy?

Wyatt z wyraźną ulgą otwiera aktówkę.

– Cieszę się, że tak otwarcie do tego podchodzisz. Przejrzyj te papiery.

Coś podobnego. Już przygotował papiery? Phoebe nie chce niczego utrudniać, ale czuje się trochę dotknięta, że zaplanował wszystko z takim wyprzedzeniem. Nie powinni najpierw porozmawiać?

Zatyka ją, kiedy Wyatt wyjmuje plik kolorowych ulotek i kładzie na stole. To nie papiery rozwodowe. Błyszczące kartki ze zdjęciami uśmiechniętych dzieci na tle słoneczek, tęcz i słów „nadzieja”, „szansa” i „rodzina” namawiają do adopcji, tajnej broni bogatych kobiet, których macice odmówiły posłuszeństwa. Powaga Wyatta zmienia się w ekscytację, a Phoebe czuje narastającą wściekłość. Była przekonana, że te drzwi zostały zamknięte na cztery spusty, a tymczasem jej mąż właśnie jasno daje jej do zrozumienia, że nie odpuścił i że nie zamierza tego zrobić. Jak to możliwe, że tak zupełnie się nie dogadali?

– To idealna opcja dla nas, skarbie. Rozmawiałem już z szefową Heart Source, nie może się doczekać, żeby cię poznać. Jesteśmy świetnymi kandydatami, nowo narodzony maluch mógłby z nami zamieszkać już za tydzień. – Wyatt zauważa brak reakcji żony i zmienia ton. – Albo możemy odpuścić sobie okres niemowlęcy i adoptować starsze dziecko. Brak pieluch i nocnych karmień to chyba plus, prawda?

Phoebe ma ochotę raz na zawsze zetrzeć mu z twarzy ten promienny uśmiech.

– Mówiąc, że jesteśmy świetnymi kandydatami, masz na myśli mnie i moje pochodzenie. Chętnie sprzedaliby dziecko komuś z rodziny Noble’ów. O to ci chodzi, prawda?

– Kochanie, wszystkie te instytucje działają legalnie, zgodnie z zasadami etyki. Nie ma mowy o żadnej sprzedaży. Owszem, twoje nazwisko robi swoje. I nie ma się czego wstydzić. Warto wykorzystać wszystko, co może nam pomóc.

– Jezu, nie oglądasz wiadomości? Nazwisko Noble jest teraz funta kłaków nie warte.

Wyatt patrzy na nią cierpliwie.

– Nieważne. Nie tylko twój ojciec nazywał się Noble. To nazwisko należy także do ciebie i do kolejnego pokolenia. Jeśli się dobrze zastanowić, to może być dobry sposób, żeby ukręcić łeb całej tej aferze.

Phoebe jest bliska wybuchu. Mąż jej nie słucha i najwyraźniej nie słuchał jej wcześniej, kiedy mówiła mu, że nie da rady dłużej próbować. Może nie była dość stanowcza, co dało mu nadzieję, że taka alternatywa będzie dla niej do przyjęcia. Że w ogóle istnieje jakaś alternatywa. Teraz musi być brutalnie szczera i pokazać mu, że ta droga do niczego nie prowadzi – zamknęła ją i zdarła nawierzchnię.

– Nie chcę tego – mówi.

Wyatt nie wygląda na zaskoczonego. Chyba przewidział taką odpowiedź, przygotowując się do tej rozmowy – na pewno ją przećwiczył, może w trakcie wybierania tego ładnego nowego krawata. Znów zaczyna mówić:

– Posłuchaj. Wiem, że to poważny krok. Wiele przeszliśmy, zwłaszcza przez ostatnich kilka lat, a cała sprawa z Danielem też sporo cię kosztowała. Boisz się kolejnego zawodu, ale w tym przypadku mamy naprawdę duże szanse. Dużo wyższe niż przy in vitro. To szansa na nowy początek, nie tylko dla nas, lecz także dla potrzebującego domu maleństwa. Żałuję, że nie wpadliśmy na to wcześniej.

Phoebe wzdycha i ściska nasadę nosa.

– Dość tej cholernej reklamy. Powiedziałam już: nie chcę tego. Nie mogłabym pokochać takiego dziecka.

Mąż patrzy na nią z politowaniem, protekcjonalnie, co tylko jeszcze bardziej ją irytuje. Ojciec obrzucał ją takim spojrzeniem prawie w każdej sytuacji, nawet kiedy mówiła, że wolałaby na obiad kurczaka zamiast steku.

– Skarbie, oczywiście, że byś mogła. Budowanie więzi, nawet między rodzicami i ich biologicznymi dziećmi, zawsze wymaga czasu, ale na pewno dasz radę. Damy radę. Razem.

Trudno jej utrzymać kontakt wzrokowy, kiedy przygotowuje się do zadania ostatecznego ciosu. Jest wściekła na męża, ale wciąż zależy jej na nim na tyle, że nie chce być niepotrzebnie okrutna. Czasem jednak ból jest niezbędny. To jedyne doznanie, które zmusza człowieka do skoncentrowania się na tym, co ma przed sobą. Jej kolejne słowa mają być jak ochlapanie wrzątkiem, uderzenie młotkiem w palec, upadek z drabiny.

– To ty marzyłeś o dzieciach, nie ja. Myślałam, że zdołam zapragnąć ich równie mocno jak ty, ale mi się nie udało i… – „Dalej, Phoebe, wykrztuś to z siebie”. – …i cieszę się z tego. Nie jestem stworzona na matkę.

Wyatt bardzo się stara zachować stoicki spokój, ale blednie jak ściana i chyba wstrzymuje oddech. Phoebe cieszy się, że prawda, którą przez tyle lat trzymała w sekrecie, jak kalekie stworzonko, które trzeba chronić przed światem, w końcu wyszła na jaw.

– A co z Xavierem? – pyta on. Jedynie te ostre słowa mogą przebić mur, którym się otoczyła.

Phoebe przełyka ślinę, mocno ubija wspomnienia i zagrzebuje je głęboko.

– Nie żyje, Wyatt. Co mam dodać?

– Dość. Nie pozwolę ci go tak lekceważyć. – Wyatt niezdarnie zbiera ulotki i wstaje. Zatrzymuje się przy żonie i przygląda jej się, marszcząc czoło. – Czego się spodziewałaś, kiedy tu wyszliśmy?

Phoebe wbija wzrok w kolana.

– Nieważne.

– Myślałaś, że poproszę o rozwód?

Wzrusza ramionami. Nie ma już sił na brutalną szczerość. Ale to wystarczy za odpowiedź.

Wyatt oddala się bez słowa, ale zamiast wejść do domu, kieruje się na schody prowadzące do basenu. Przez chwilę wpatruje się w wodę, a potem ciska do niej stos ulotek.

2

Jeszcze długo po odjeździe Wyatta Phoebe siedzi bez ruchu na werandzie, rozmyślając nad tym, jak jej małżeństwo legło w gruzach. Dlaczego mąż nie mógł jej przynieść ulotek hodowców psów? Na szczeniaka byłaby bardziej skłonna się zgodzić, chociaż pewnie zaproponowałaby w zamian kota, wymagającego znacznie mniej zachodu. Jest jednak pewna, że tego związku nie naprawiłaby choćby setka szczeniąt i kociąt ani dziecko, nawet gdyby teraz zadzwoniła do męża i oświadczyła, że zmieniła zdanie. Kusi ją, żeby spróbować, chociażby po to, by znów zobaczyć w oczach Wyatta iskierki nadziei, które zgasiła dziś rano. Martwi się, co dostrzeże w spojrzeniu męża, gdy ten wróci wieczorem do domu. Gniew? Smutek? A może, co gorsza, nic?

Nie zamierza jednak do niego dzwonić ani zmieniać zdania. W końcu, dla odmiany, była z nim szczera, czyli zrobiła to, co należało. Prawda? Gdyby była tu jej matka, pokręciłaby głową w milczeniu, a potem powiedziałaby, że nie tak powinna była postąpić Dobra Żona.

Określenie „Dobra Żona” zawsze brzmiało w ustach Carol jak nazwa własna. Dorastając, Phoebe słuchała, jak matka bezrefleksyjnie powtarza komunały o miłości i małżeństwie, które sprowadzały się do prostej filozofii. Aby zostać Dobrą Żoną, kobieta musi kochać swojego męża i dbać o niego bardziej, niż kocha siebie i o siebie dba.

Rzecz jasna, nie oznacza to rezygnacji z troski o wygląd. Lista zabiegów pielęgnacyjnych, jakim musi się poddawać Dobra Żona, aby spełniać wysokie wymagania męża, jest bardzo długa. Idealna fryzura, makijaż i strój to absolutna konieczność. W przypadku Carol dochodziły do tego ścisła dieta i stosowane codziennie środki na przeczyszczenie, pozwalające jej utrzymać szczupłą sylwetkę. Gdyby zobaczyła drobną Phoebe z pięcioma dodatkowymi kilogramami, codziennie noszącą spodnie od dresu i T-shirty, bez makijażu i z długimi odrostami, zaczęłaby wrzeszczeć jak bohaterka tandetnego horroru.

Dobra Żona zawsze zna swoje miejsce w rodzinnej hierarchii: na samym dole, gdzie stanowi podporę dla małżonka i nieodłącznego potomstwa, nie wykazując przy tym ani odrobiny zmęczenia. Jeżeli zacznie tonąć w gnoju, który ma pod stopami, cieszy się z zapewnionego przez niego ciepła i ochrony przed groźnym światem powyżej. Dobrej Żonie nigdy nie przyszłoby do głowy sprzeciwić się życzeniu męża, aby adoptować dziecko po tym, jak próby poczęcia go spełzły na niczym. Sama wyszukałaby ulotki na temat adopcji, by zrobić małżonkowi niespodziankę. Nie byłaby tak zapatrzona w siebie, żeby stwierdzić, że nie nadaje się na matkę. Po pierwsze, Dobre Żony nigdy nie są zapatrzone w siebie. Po drugie, Dobre Żony zawsze są Dobrymi Matkami.

Phoebe przypomina sobie, jak na byciu Dobrą Żoną wyszła Carol. Zawsze wyglądała jak wycięta z żurnala, a dom był nieskazitelny. Wszystko leżało na swoim miejscu, a wszelkie życzenia Phoebe i jej ojca były spełniane w sekundę.

Nie ulegało dyskusji, że Carol idealnie dbała o rodzinę. Jej córka nigdy nie mogła się skarżyć na brak matczynej miłości i troski. Ale pamięta również wątłość matki, ledwo zauważalne drżenie rąk, pojawiające się jedynie wtedy, kiedy myślała, że nikt jej nie widzi, i palenie jednego papierosa za drugim – zapewne głównie po to, żeby ograniczyć liczbę spożywanych kalorii. Carol często zaglądała też do kieliszka. I mimo wszelkich starań udało jej się urodzić tylko jedno dziecko, zanim przedwcześnie zmarła na chorobę serca, prawdopodobnie wywołaną papierosami, drakońskimi dietami i starannie ukrywanym stresem. Nie, bycie Dobrą Żoną się jej nie opłaciło. Wpędziło ją do grobu. I nie tylko ją.

Ojciec Phoebe ożenił się jeszcze trzy razy i nigdy nie trafiła jej się zła macocha. Wszystkie były uprzejme i ładne, szanowały Phoebe i starały się uszczęśliwić jej tatę, przynajmniej na początku. Niestety, pierwsza z nich, Helena, nie przeżyła nawet pół roku po ślubie. Daniel powiedział córce, że zmarła na udar – nie wiedział, że Phoebe znała zwyczaje macochy, która zapijała amfetaminę wódką. Rok później pojawiła się Ava, która zginęła w wypadku samochodowym tuż przed drugą rocznicą ślubu. Ostatnia z żon, Kirstin, nie zmarła, ale po trzech miesiącach wystąpiła o unieważnienie małżeństwa i tyle ją widzieli. Phoebe kilka lat temu wyszukała ją na Facebooku – okazało się, że pracuje jako przewodniczka we Włoszech i wygląda kwitnąco. Kirstin była jej ulubioną macochą. Miała mnóstwo energii i nie dała się wciągnąć w śmiertelną pułapkę bycia Dobrą Żoną. Phoebe zastanawia się, co pomyślała, kiedy po śmierci jej byłego męża wybuchł skandal. Czy usłyszała dalekie echo świstu kuli, przed którą uchyliła się wiele lat wcześniej?

Po ślubie Phoebe obiecała sobie, że jej życie będzie wyglądać inaczej. Nie dała sobie wmówić, że poświęcenie części siebie dla potężnego, wpływowego mężczyzny pozwoli jej zdobyć cały świat. Niezależność, pod względem zarówno osobistym, jak i finansowym, była dla młodych małżonków priorytetem. Wyatt pochodził z niezamożnej rodziny, więc przywykł zarabiać na siebie, dobrze zarządzał swoim gabinetem i nigdy nie poprosił żony o wsparcie finansowe. Phoebe chętnie płaciła ze swoich pieniędzy za rozrywki. Wakacje, auta, zakupowe szaleństwa, dom, eleganckie ubrania. W końcu małżeństwo to nie umowa biznesowa. Jej ojciec był przekonany, że ich związek nie przetrwa, zwłaszcza po tym, jak stracili Xaviera, ale Phoebe z rozkoszą kolejny raz zawiodła jego oczekiwania.

Wyatt jej to ułatwił. Miał w sobie łagodność, która odróżniała go od wszystkich innych samców alfa w gronie jej znajomych i która, ku zaskoczeniu samej Phoebe, skutecznie ją ujarzmiła. Miał również dość pewności siebie, żeby nie starać się dowieść żonie swej wartości za wszelką cenę. Dzięki temu jego towarzystwo było wygodne – jak ulubione, wydeptane kapcie. Niestety, stała się przez to zbyt uległa, żeby posłuchać swego wewnętrznego głosu, kiedy wróciła kwestia dzieci. Stała się jak Carol.

Idzie do kuchni po butelkę wina i kieliszek, które zabiera ze sobą na dwór. Zwykle nie zaczyna pić aż tak wcześnie, ale dziś szczególna sytuacja usprawiedliwia nagięcie zasad, które i tak przecież sama ustaliła. Ulotki nadal pływają w basenie – Wyatt najwyraźniej oczekuje, że posprząta ten bałagan, i zrobi to, ale tylko dlatego, że później chce popływać. Z podwórka przy innej ulicy dobiegają głosy dzieci grających w ciuciubabkę w basenie. Monotonne nawoływania, powtarzane w nieskończoność przez cienkie głosiki, upewniają ją, że podjęła słuszną decyzję.

Nie chowa się w domu, żeby uniknąć hałasu. Wystarczy jej świadomość, że w każdej chwili może to zrobić. W przeciwieństwie do osoby zmuszonej pilnować tamtych smarkaczy ona ma swobodę ruchu. Mogłaby w tej chwili wybrać się na pedicure lub masaż całego ciała. Albo pojechać do kina i obejrzeć film dla dorosłych, nie musząc się dzielić z nikim popcornem i podłokietnikami. A nawet spakować walizki i ot tak pojechać w dowolne miejsce na świecie. Wystarczyłoby zgłosić nieobecność na poczcie.

Oczywiście, nie zrobi żadnej z tych rzeczy. Wolność to także możliwość nierobienia niczego. Ma tu wszystko, czego potrzebuje. Poza tym, gdyby na dłużej opuściła dom, nieznajomy z niebieskiego samochodu mógłby wykonać jakiś ruch – włamać się i coś ukraść albo zamontować kamery i mikrofony.

Phoebe zastanawia się nad tą myślą i nad jej konsekwencjami dla swojej wolności, a potem bierze duży łyk wina.

Antrakt

Każdego ranka, krótko przed wyjściem twojego męża do pracy, czekam, aż żaluzje przy frontowych drzwiach drgną, kiedy będziesz przez nie wyglądać. Nigdy mnie nie rozczarowujesz. To jak przesłana alfabetem Morse’a wiadomość oznaczająca początek naszego codziennego tańca. Wiesz, że naprawdę nie pracuję w firmie kurierskiej, jesteś zaciekawiona, ale nie na tyle, żeby się przemóc i podejść porozmawiać albo przysłać policję, by mnie sprawdziła. Jeśli się zastanawiasz, czy zweryfikował mnie ktoś z sąsiadów, odpowiedź brzmi: nie. Wygląda na to, że moje przebranie działa, a wszyscy w okolicy zakładają, że ktoś inny już mnie prześwietlił. Jak się nazywa zjawisko polegające na tym, że możesz zamordować kogoś na oczach licznych świadków i nikt nie wezwie glin? Zdaje się, że to efekt biernego widza. Ta sytuacja jest mniej ekstremalna niż zabójstwo, ale myślę, że wiesz, o co mi chodzi.

Coś mi mówi, że wcale nie jesteś bierna. W gruncie rzeczy całkiem ci się to podoba. Oczywiście, biorąc pod uwagę wszystko, co wyszło na jaw na temat niedawno zmarłego Daniela Noble’a, masz podstawy podejrzewać, że jesteś obserwowana. Kto by pomyślał, że przez czterdzieści lat swej kariery twój ojciec zajmował się nie tylko handlem nieruchomościami, inwestowaniem w spółki venture capital i sprowadzaniem egzotycznych samochodów, lecz także pchaniem łap pod spódnice niezliczonych kobiet, które wcale się na to nie zgadzały, a teraz chętnie ujawniają pikantne szczegóły? Po takich rewelacjach powinnaś się cieszyć, że reporterzy nie rozbili obozu na trawniku przed twoim domem. Może robią to jedynie w przypadku osób z branży rozrywkowej? Tak czy inaczej, cieszę się, że w okolicy panuje spokój. Ułatwi mi to zadanie.

Lubię nasz poranny rytuał, ale wiem już, że nasze tango nabierze tempa dopiero po wyjściu twojego męża. Przez cały ranek żaluzje będą drgać od czasu do czasu, kiedy będziesz realizować plany na ten dzień. Wiem, że rzadko uwzględniasz w nich wyjście z domu, ale mam też pewność, że raz czy dwa razy w tygodniu jednak mi się pokażesz. Wygląda na to, że nawet taka samotniczka musi od czasu do czasu zrobić zakupy. Mogłabyś zamówić dostawę do domu, widocznie jednak jesteś staroświecka. A może krótkie wypady po lody ciasteczkowe i wino to twoja jedyna szansa, żeby poczuć się normalnie? Owszem, wiem, co kupujesz. Niepokoi cię skąd? Nie ma powodu do obaw. Mnie natomiast niepokoi to, ile jesz i pijesz. Masz obfitsze kształty niż na zdjęciach, które można zobaczyć w internecie. Nie oceniam. Po prostu się martwię. Troszczę się o ciebie.

3

Phoebe budzi dźwięk dzwonka do drzwi. Wygląda na to, że zasnęła, siedząc z pełnym kieliszkiem – ma na nogach czerwoną kałużę pachnącą cabernetem. Nie powinna otwierać drzwi w takim stanie, ale być może dzwoni kurier z paczką albo z kwiatami. Nie byłby to pierwszy bukiet, jaki Wyatt przesłał jej po kłótni. Bierze wiszący na krześle obok sarong i owija się nim w pasie. Ukrywa w ten sposób plamę na szortach, ale zapach pozostaje.

Po drodze do drzwi budzi się w niej podejrzenie mrożące krew w żyłach. Co, jeśli to osoba z niebieskiego auta? Przez chwilę chce zrezygnować, ale odrzuca tę myśl. Może i powoli zmienia się w pustelnicę, gdyby jednak nie potrafiła zareagować na dzwonek do drzwi jak normalny człowiek, musiałaby poprosić Wyatta, aby umówił ją na wizytę u swojego kolegi po fachu.

Wygląda przez wizjer. Za drzwiami nie stoi kobieta w błękitnej koszuli z napisem „Ekskluzywne Przesyłki Kurierskie” – właściwie zdaje się, że tamten samochód już odjechał – tylko młody mężczyzna w zielonej koszulce bez rękawów i spodenkach surfingowych. Kiedy Phoebe otwiera drzwi i widzi go w pełnej krasie, nie może oderwać od niego wzroku. To niezłe ciacho. Ma zmierzwione ciemnoblond włosy, niebieskie oczy, szczupłą sylwetkę, opaloną skórę i lekki zarost, który prawie wygląda jak domalowany. Do tego japonki na nogach i pleciona bransoletka na ręku. Brakuje tylko gitary akustycznej i ogniska na plaży, przy którym grałby jej piosenki Jacka Johnsona. Phoebe zaczyna ciężko oddychać, jakby za szybko wbiegła po schodach. Jej nagłe zauroczenie studzi jedynie pewność, że jest dwa razy starsza od przybysza. I że w tej chwili cuchnie jak pijak.

– Słucham – zagaja.

– Cześć. Eee… – Chłopak wskazuje ręką dom po drugiej stronie zaułka. Parkuje przed nim niewielka ciężarówka firmy przeprowadzkowej, z przyczepą, na której stoi nieduże auto terenowe. Ciemnowłosy mężczyzna chodzi tam i z powrotem po chodniku w pobliżu, warcząc coś do telefonu. Phoebe nie słyszy jego słów, ale cieszy się, że nie jest na drugim końcu linii. – Wprowadzamy się tu obok, ale tata nie może znaleźć kluczy, chociaż jest pewien, że miał je przy sobie. Nie ma pani przypadkiem zapasowego klucza?

Phoebe marszczy brwi, spogląda na dom i dostrzega, że faktycznie wygląda, jakby od jakiegoś czasu stał pusty. Trawa zrobiła się wybujała, na rabatkach pojawiły się chwasty, żywopłot nie jest przycięty. Dom nie został bez opieki na długo, może na kilka tygodni, ale w tej okolicy to równoznaczne z popadnięciem w ruinę.

– Nie wiedziałam nawet, że ten dom jest na sprzedaż.

Chłopak wyszczerza zęby w uśmiechu i wzrusza ramionami.

– Chyba jednak był, skoro stał pusty, a teraz my się do niego wprowadzamy.

Phoebe jak przez mgłę przypomina sobie, że poprzedni lokatorzy byli mniej więcej w wieku jej ojca, a pani domu się garbiła, kiedy powoli szła wyjąć listy ze skrzynki. Niestety, nic więcej o nich nie wie. Nie znała nawet ich nazwisk. Żałosne. Może jedno z małżonków zmarło, a drugie sprzedało dom na cichej aukcji.

– Witam w sąsiedztwie.

– Dzięki.

– Przykro mi, ale nie mam klucza. Widywałam tych sąsiadów tylko w przelocie. Mieszkańcy nie są tu za bardzo ze sobą zżyci – wyjaśnia i powstrzymuje się, żeby nie dodać: „W zasadzie, chłopcze, w życiu nie zamieniłam tu z nikim za jednym podejściem tylu słów, co z tobą w tej chwili”.

Przybysz nieco smutnieje i zerka przez ramię na ojca, który wciąż krzyczy w słuchawkę.

– Nie spieszy mi się przynosić mu złych wieści.

Phoebe uświadamia sobie, że wcale nie miałaby nic przeciwko, żeby jeszcze trochę z nim pogawędzić. Dawno nie spędzała czasu tak miło.

– W takim razie możemy się sobie przedstawić. Jestem Phoebe Miller.

Chłopak patrzy na nią przez moment. Może nie jest pewien, czy chce zaznajamiać się z kimś, od kogo tak mocno czuć winem. Trudno mieć mu to za złe. W końcu jednak uśmiecha się szeroko i wyciąga rękę.

– Jake Napier.

– Masz silne dłonie, Jake. – No nie. Teraz brzmi jak kiepska aktorka w pierwszej scenie taniego filmu porno. Trudno uwierzyć, że dawno temu potrafiła zagadywać do facetów. – A twój tata chyba trochę się wkurzył.

Chłopak rumieni się ze wstydu.

– To była trudna trasa. Ojciec ma na imię Ron. Mama, Vicki, jedzie naszym drugim autem, ale utknęła w korku jakąś godzinę drogi stąd. Dobrze, że nie jechali razem, bo skończyłoby się to morderstwem gdzieś w Utah.

– Rany, przeprowadzki są najgorsze – rzuca Phoebe, jakby mogła cokolwiek o tym wiedzieć. Przenosiła się raz w życiu, z domu ojca oddalonego o dwadzieścia kilometrów. Wszystko zrobili za nią pracownicy firmy przeprowadzkowej. Rozpakowali nawet pudła – ona musiała tylko wskazać paluszkiem, jak księżniczka, gdzie postawić rzeczy. Napierowie najwyraźniej lubią działać bardziej samodzielnie, chociaż pieniędzy na pewno im nie brakuje. Gdyby ich nie mieli, nie zamieszkaliby tutaj.

– Taa, to była dla wszystkich droga przez mękę.

– Skąd przyjechaliście?

– Z Los Angeles – odpowiada chłopak. – Ale moi rodzice pochodzą stąd.

– Co ich sprowadza w rodzinne strony?

– Tata dostał tu pracę w szpitalu. Jest lekarzem. Ja będę tutaj mieszkać tylko parę miesięcy. Na jesieni zaczynam studia na Stanford. – W jego głosie brzmi zrozumiała ulga. Ostatnie, czego chcą ludzie w tym wieku, to przeprowadzka z rodzicami na drugi koniec kraju. Na szczęście chłopak ma drogę ucieczki.

– Moje gratulacje. Pójście na uczelnię to kamień milowy.

– A po drodze tutaj skończyłem osiemnaście lat. Sporo tych przełomów.

Phoebe zaczyna liczyć w pamięci. Wynik jest zastanawiający i wywołuje u niej mdłości. Chłopak nie jest od niej wprawdzie młodszy o połowę, ale dzieli ich prawie półtorej dekady – przepaść dość głęboka, żeby przepadła w niej przyzwoitość. „Przynajmniej nie jest nieletni”, myśli. „Chociaż tyle dobrego, co?”

– Czyli niedługo wracasz na zachód. Ale jeśli zamierzasz przyjechać do domu na święta, pamiętaj o ciepłej kurtce. Mamy tu srogie zimy.

– Tak słyszałem.

– Na jakie studia się wybierasz? Niech zgadnę. Filozofia? Nauki polityczne? Medycyna?

Jake wybucha uroczym śmiechem.

– Trzy razy pudło. Idę na prawo. Chcę zrobić aplikację adwokacką i specjalizować się w sprawach karnych.

– To byłby mój czwarty strzał. Opłakuję kolejne młode serce, które wkrótce zostanie zmiażdżone przez tryby amerykańskiego systemu sprawiedliwości.

– Brzmisz, jakbyś sama tego doświadczyła.

– Nie, ale często oglądam Prawo i porządek.

Uśmiechają się do siebie szeroko. Phoebe kusi, żeby zaprosić nowego sąsiada do środka i udawać, że szuka klucza, którego na pewno nie ma, ale pan Napier wrzeszczy z drugiej strony ulicy.

– Jake, chodź mi pomóc!

Chłopak odwraca się i mu macha.

– Chyba muszę iść. – Ociąga się, jakby wcale nie miał na to ochoty. Phoebe nie jest pewna, czy to dlatego, że dobrze się czuje w jej towarzystwie, czy dlatego, że nie chce wracać do ojca.

– Może uda ci się zdobyć klucz w domu na rogu. – Wskazuje budynek po swojej lewej stronie. – Nie wiem, jak się nazywają ci sąsiedzi, ale wydaje mi się, że utrzymywali kontakty z poprzednimi właścicielami.

– W ogóle nikogo tu pani nie zna?

– Teraz znam ciebie.

Chłopak znów błyska uśmiechem kalifornijskiego surfera, od którego serce bije jej szybciej.

– Racja. Pójdę ich spytać.

– Powodzenia. Do zobaczenia, Jake.

– Dziękuję. Do widzenia, pani Miller.

Przez jego dobre maniery czuje się, jakby była jego teściową.

– Proszę, mów mi Phoebe – odpowiada.

– Jasne. Narka, Phoebe.

Patrzy za odchodzącym chłopakiem, podziwiając jego długie, pewne kroki i umięśnione ramiona. Jake nie jest może napakowany, ale też nie jest chudy jak wielu jego rówieśników. Wygląda na to, że jest solidny pod względem nie tylko fizycznym, lecz także umysłowym. Phoebe zamyka drzwi, zanim ktokolwiek zdoła dostrzec, jak się gapi, ale czuje w brzuchu ogień – taki sam, jak dawniej, kiedy wiedziała, że podryw się udał. A chłopak będzie mieszkać kilkadziesiąt metrów od niej, przynajmniej przez jakiś czas. Jeżeli zechce, to może być interesujące. A może nawet odrobinę niebezpiecznie.

– On ma dopiero osiemnaście lat, rycząca trzydziestko! – krzyczy do pustego domu. Zdrowy rozsądek odzywa się bez uprzedzenia i niszczy jej fantazje, zanim zdążą się zakorzenić. Phoebe wlecze się na piętro, żeby doprowadzić się do porządku. Po prysznicu, ubrana w czyste, miękkie legginsy, czuje się bardziej sobą. Czyli paskudnie.

Antrakt

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
CZĘŚĆ 1. PANI MILLER
Rozdział 1
Rozdział 2
Antrakt
Rozdział 3
Antrakt
Rozdział 4
Rozdział 5
Antrakt
Rozdział 6
Antrakt
Rozdział 7
Rozdział 8
Antrakt
Rozdział 9
Antrakt
Rozdział 10
Rozdział 11
Część 2. DRUGA PANI MILLER
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Antrakt
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Antrakt

Tytuł oryginału: The Other Mrs. Miller

Copyright © by Allison Dickson, 2019

Copyright © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2019

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Marta Komorowska/Słowne Babki

Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała/Słowne Babki

Korekta: Agnieszka Zygmunt, Zofia Żółtek/Słowne Babki

Projekt okładki: Julianna Lee

Opracowanie graficzne polskiej wersji okładki: Paweł Panczakiewicz/

PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce: CoffeeAndMilk/Getty Images

ISBN 978-83-8053-676-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek