Niezła jazda - Irvine Welsh - ebook
Opis

Dzika komedia stworzona z niezwykle mrocznego tworzywa.

„Tylko nieczuły czytelnik nie da się uwieść jej sprośnemu czarowi”.

Sunday Telegraph

„Słodki” Terry Lawson – kobieciarz, diler, gwiazdor porno i taksówkarz, niepoprawny mizogin, który jest także, co dziwne, przyzwoity – oto główny bohater jak do tej pory najzabawniejszej książki Irvine’a Welsha.

Czy Terry będzie w stanie odkryć, co się stało z zaginioną pięknością Jinty Magdalen i uchronić jej kochanka, wiejskiego filozofa i jednocześnie duże dziecko, Małego Jonty’ego, przed więzieniem? 

Czy pozna prawdziwe motywy pozbawionego skrupułów amerykańskiego biznesmena i gwiazdy reality show, Ronalda Checkera?

I, co najważniejsze, czy Terry będzie w stanie prowadzić normalne życie po tym, jak straszliwe wydarzenie pozbawiło go jego żywiołowego maskulinizmu, i czy nowa fascynacja grą w golfa pomoże mu żyć bez… niezłej jazdy?

Zapnijcie więc pasy, bo ta droga z całą pewnością będzie dość wyboista!

W Niezłej jeździe Welsh wraca na stare śmieci – do Edynburga, pozostawiając nas w rękach jednej ze swych najbardziej przekonujących i lubianych postaci, „Słodkiego” Terry’ego Lawsona, oraz wprowadzając kolejnego bohatera, któremu również jest pisany status kultowy – Małego Jonty’ego, „najfartowniejszego gościa na świecie”.

„Bez wątpienia najsłynniejszy żyjący przedstawiciel tak zwanej ekskrementalnej wizji życia ― nurtu, który uprawiali James Joyce, Swift, Ben Jonson i Chaucer. Pisarze, którzy badali znaczenie ludzkiej egzystencji przez pryzmat nocnika”.

The Times

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 559

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: A Decent Ride

Copyright © by Irvine Welsh, 2015

First published by Jonathan Cape, an imprint of Vintage Publishing. Vintage Publishing is a part of the Penguin Random House group of companies.

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2017

ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Jarosław Rybski

Redakcja: Magdalena Kędzierska-Zaporowska

Korekta: Malwina Łozińska, Katarzyna Juszyńska

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcia na okładce: TommL/GettyImages, Ingrid Rasmussen/GettyImages, Stas Ponomarencko/Shutterstock

ISBN: 978-83-8053-196-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Robin Robertson – z całą pewnością to było to…

INTELEKTUALISTA TO KTOŚ, KTO ODKRYWA JAKĄŚ RZECZ CIEKAWSZĄ OD SEKSU.

Aldous Huxley

CZĘŚĆ PIERWSZA NIEWINNOŚĆPRZEDHURAGANOWA

1. NA TARYFIE

– Stary, nie zgadniesz, kogom wiózł ostatnio na taryfie – klaruje „Słodki” Terry Lawson, prężąc muskuły w żarówiastozielonym dresie. Jego bujnymi, poskręcanymi lokami miota dziko wicher walący w bok pleksiglasowej zapory idącej po łuku na spotkanie tłumu wylewającego się z lotniska w kierunku rzędu zaparkowanych taksówek. Terry przeciąga się, tłumi ziewnięcie, a jego rękawy się podciągają, ukazując złote pancerki na nadgarstkach i dwa tatuaże na przedramionach. Jeden przedstawia harfę, wyglądającą niczym gilotyna do jajek z napisem na wstędze poniżej HIBERNIAN FC 1875. Na drugim widać smoka zionącego ogniem, który mruga filuternie do świata, zachęcając splotami liter poniżej: NIECH PŁYNĄ SOKI.

Kumpel Terry’ego Doughheid1, chudy, wyglądający na astmatyka facet, patrzy tylko pytająco. Podpala peta, zastanawiając się, ile machów zdoła wziąć, zanim dopadnie go tłum pasażerów pchających po zagrodzonej rampie wózki na bagaż.

– No, tego fajfusa z telepatora – potwierdza Terry, drapiąc się po jajach przez kresz.

– A którego to? – mamrocze Doughheid, oceniając wzrokiem stertę waliz sporej azjatyckiej rodziny. Siłą woli zmusza roztargnionego faceta, który kroczy za nimi, by wyprzedził rodzinkę na rampie. Po co ma ładować tyle bagaży do jednej taryfy? Niech Terry ich sobie wiezie. Mężczyzna ma na sobie długi, kaszmirowy płaszcz, spod którego widać ciemny garnitur i białą koszulę z krawatem; nosi okulary w czarnych oprawkach oraz, co bije po oczach, irokeza na głowie.

Nagle facet wyprzedza grupę, a duch Doughheida wzlatuje pod niebo. Mężczyzna jednak zatrzymuje się w miejscu, spogląda na zegarek. W tym czasie azjatycka rodzina atakuje Doughheida niczym wysypka.

– Proszę, proszę, szybko, proszę, proszę – woła przymilny patriarcha rodu, kiedy ni stąd, ni zowąd krople deszczu spadają na pleksiglas z siłą wystrzału z dwururki.

Terry patrzy, jak kumpel mocuje się z walizami.

– No tego komedianta, z Kanału 4. Kręcił z tą panienką, no, jak jej tam było, ciałko miała, mówię ci. – Zerka na sikora i zręcznie przypada do barierki, żeby się osłonić przed deszczem.

Kiedy Doughheid, sapiąc, siłuje się z walizami, Terry widzi, jak ten w okularach i płaszczu, z niestosownymi piórami szarpanymi przez wiatr, wdusza jakiś numer na komórce, jakby chciał ją połamać. Terry skądś go pamięta, może z jakiejś kapeli, i wtedy dostrzega, że jest starszy, niżby sugerowała jego fryzura. Nagle pojawia się skruszony współpracownik tamtego, z blond włosami wokół pełnej napięcia twarzy, i ostrożnie staje obok niego.

– Tak mi przykro, Ron, zamówiony samochód się zepsuł…

– Zejdź mi z oczu! – warczy z amerykańska punkowy biznesmen (bo tak go w myślach przechrzcił Terry). – Pojadę cholerną taksą! Dopilnuj tylko, żeby mi bagaże do hotelu dowieźli!

Punkowy biznesmen nawet nie nawiązuje przez różowawe szkła bryli kontaktu wzrokowego z Terrym, kiedy wchodzi do środka i trzaska drzwiami. Zawstydzony asystent stoi w milczeniu.

Terry wsiada do taryfy i przekręca kluczyk w stacyjce.

– No to dokąd zaiwaniamy, szefie?

– Że co? – Punkowy biznesmen gapi się przez swoje fotochromy wprost w szopę kędziorów kierowcy.

Terry obraca się na siedzeniu.

– Dokąd. Pan. Chce. Żebym. Pana. Zabrał.

Punkowy biznesmen doskonale wie, że kędzierzawy taryfiarz mówi do niego, jakby on, punkowy biznesmen, był dzieckiem. Jebany Mortimer, niczego nie może załatwić. Muszę się z tym wszystkim sam pierdolić. Dłoń tężeje mu na tapicerce. Głośno przełyka ślinę.

– Hotel Balmoral.

– Balmoralny-niemoralny. Dobry wybór, stary – odpowiada Terry, a jego myśli zaczynają krążyć wokół wszystkich numerków, które tam wykręcał, zwykle w dwa szczególne dni. Nie było lepszych momentów niż Międzynarodowy Festiwal w sierpniu, no i edynburski sylwester, czyli Hogmanay, by wzbogacić podstawową dietę pokątnych cipodajek i zblazowanych wyjadaczek. – A więc, w czym pan robisz?

Ronald Checker nie przywykł do anonimowości. Oprócz tego, że jest wpływowym pośrednikiem nieruchomości, stał się też słynną gwiazdą swego reality show Marnotrawny. Jest potomkiem bogatej rodziny z Atlanty, absolwentem Harvardu, który poszedł w ślady ojca i zajął się nieruchomościami. Ron Checker nigdy nie zbliżył się do swego ojca, dlatego też korzystał tylko z tego, co dostał w spadku. Mimo to odniósł większy sukces od swego starego i wyrwawszy się ze słonecznego pasa Ameryki, wypłynął na rynki globalne. Ron postanowił, że podrzuci swój program telewizyjny sieciówkom, pozując na południową, młodzieńczą i mocno punkową wersję Donalda Trumpa, który odniósł sukces z Praktykantem. Kolega projektant wymyślił tego irokeza, a specjalista z sieci wymyślił slogan: „Do biznesu trzeba jaj”. Już trzeci sezon Marnotrawnegoleci na cały świat i Checker wie, że również na Wyspach. Zaniepokojony pyta taryfiarza:

– Widział pan Marnotrawnego?

– Na żywo ni chu chu, ale znam, słyszałem. – Terry kiwa głową. – Ten odcinek Zlej mą sukę był kontrowersyjny, to prawda, ale niektórym laskom się podobało. Może nieco za ostre, to prawda, jak pan wiesz, a ja rozumiem. Nie żebym był jakim seksistą czy co, nic z tych rzeczy. Dla mnie to kwestia upodobań panien. Mają duży popyt, a ty masz podaż, i dżentelmen robi, co mu każą, no nie, kolego?

Checker ma trudności ze zrozumieniem tego taksówkarza. Może tylko odpowiedzieć mruknięciem.

– No tak.

– A ty, kolego, żonatyś?

Nieprzyzwyczajony do takiej bezpośredniości ze strony obcej osoby, kogoś w stylu tego pospolitego szkockiego taryfiarza, Checker jest wstrząśnięty. Ma już zamiar odpowiedzieć ostrym: „Pilnuj pan swoich spraw”, ale przypomina sobie, jak jego zespół od piaru próbował skłonić go do zdobycia serc i umysłów po sprawie klęski z Nairn. W trakcie budowy zniszczono zatoczkę i kilka starych domów, poza tym przeniesiono parę gniazd rzadkich gatunków kaczek. Zamiast powitać z otwartymi ramionami cały kompleks golfowy, mieszkania i miejsca pracy, które stworzyłaby ta inwestycja, większość miejscowych obróciła się przeciwko całemu przedsięwzięciu.

Zmuszając się do zamaskowania za pomocą wisielczego uśmiechu uczucia naruszenia prywatności, Checker kiwa głową.

– Rozwiedziony, trzy razy. – Z pewną urazą przypomina mu się Sapphire, jego trzecia żona, a potem z ostrym, przejmującym bólem Margot, jego pierwsza. Stara się przypomnieć sobie Monikę, przelotnie urzędującą pomiędzy nimi, lecz nie jest w stanie nawet przywołać jej twarzy, która wzbudzała w nim zarówno radość, jak i przerażenie. Wszystko, co przychodzi mu do głowy, to drapieżny uśmiech na mordzie prawnika i tłusta, ośmiocyfrowa sumka. Jak na faceta na rok przed czterdziestką była to bardzo niepokojąca statystyka.

– I ciach! Babkę w piach! – Terry energicznie daje wyraz swej empatii. – Trzeba wyszukać taką i najpierw zrobić jej dobry przegląd, a w tym fachu nie ma strachu – deklaruje triumfująco. – Pan Niezawodny jest na posterunku. – Terry, wyrażając swe uznanie, klepie się po kroczu. – Nie ma bidulek urlopu, o nie, mówię bez kozery! Jak mus to mus, co, kolego? – Uśmiech Terry’ego poszerza się, a Checker czuje ukojenie w plecach na twardym fotelu, co jest wspaniałym uczuciem po wszystkich tych biznesowych klasach w samolotach czy skórzanej tapicerce limuzyn. – No, bo trzeba być do przodu, no nie? Cóż… wynik znasz! Gorsza sprawa, jak to z miłości jest. Facet się oszukuje, że będzie ryćkał tylko jedną laskę do końca życia. Ale faceci są z innej gliny, kolego. I tak po kilku miechach wraca do gry stare dobre oko na Maroko i sztywniak w spodniach! Murowane!

Checker czuje, jak czerwień wypływa mu na policzki. W co ten nowomodny Mortimer go wrobił? Najpierw awaria w Lear, która zmusiła go do lotu  r e j s o w y m   s a m o l o t e m,  a teraz jeszcze to?

– Skończyłem z tymi wszystkimi ceregielami. – Terry ścisza głos i na chwilę odwraca głowę. – Słuchaj, kolego, jeśli miałbyś ochotę tutaj trochę pomyszkować, wal jak w dym. Tylko do mnie. Jak ci coś przypasi albo przyjdzie na coś ochota, to znajdę w tym grajdole wszystko, co ci potrzeba. Mówię tobie!

Ron Checker nie miał bladego pojęcia, o czym ten typ „mówił jemu”. Ten dupek naprawdę nie wie, kim jestem! Jednak przy całej fali pogardy dla tego taksiarza – poczuł też coś więcej. Ronald Checker doświadczał skoku na głęboką wodę, prawdziwego podróżowania, jak za studenckich czasów, bez biznesowej bańki ochronnej. Jak te niewygodne fotele dobrze mu robiły na krzyż! Co dziwniejsze, Checker musiał przyznać, że jakaś jego cząstka, ta wyzwolona ostatnim rozwodem doskonale się bawiła! Niby czemu nie? Siedzi tutaj, świetnie sobie radzi, wolny od pochlebczych miernot, takich jak Mortimer! Czy musi się ograniczać i strofować, żeby wpasować się w stworzony przez ludzi wizerunek Ronalda Checkera? Czy nie byłoby miło spróbować stać się kimś innym, choćby na chwilę? No i te plecy! Być może czas na to…

– Doceniam to, że pan… eee, panie…

– Terry, stary. Mów mi Terry. Lawson, ale wołają na mnie Słodki Terry.

– No, więc Słodki Terry… – Checker smakował to imię przez chwilę. – Cóż, miło mi cię poznać, Słodki Terry. Ja jestem Ron. Ron Checker. – Patrzy na taryfiarza w lusterku wstecznym, szukając jakichkolwiek symptomów zrozumienia. Bez skutku. Ten błazen naprawdę nie wie, kim jestem, jest tak zajęty swym własnym miałkim i trywialnym życiem. Ale widział to już wcześniej podczas pobytu w Szkocji przy sprawie Nairn.

– No tylko obczaj tę tutaj! – zadudnił Słodki Terry na widok, zdaniem Checkera, zupełnie zwyczajnej młodej kobiety, która zatrzymała się przed przejściem dla pieszych.

– Tak… ponętna. – Checker zmusił się do potwierdzenia.

– W kuśce strzyka jak u kucyka!

– No tak… posłuchaj, Terry – zaczyna Checker, nagle natchniony nową myślą. – Bardzo mi się podobają te taksówki. Te siedzenia dobrze mi robią na krzyż. Chciałbym cię wynająć na tydzień. Woziłbyś mnie po mieście, do jakichś ciekawych miejsc. Pojechalibyśmy ze dwa razy na północ w interesach. Mam negocjacje w destylarni w Inverness, poza tym uwielbiam golfa. Będą noclegi w terenie, oczywiście w najlepszych hotelach.

Terry jest zaintrygowany, ale kręci głową.

– Sorka, stary, mam już zaplanowane zmiany.

Nieprzywykły do tego, żeby mu ktoś odmawiał, Checker nie może uwierzyć w to, co słyszy. 

– Zapłacę ci dwa razy tyle, ile zarabiasz w tydzień!

Natrafia na szeroki uśmiech w szopie gęstych loków.

– Nic nie poradzę, chłopaku!

– Co takiego? – Checker aż zaskrzeczał z desperacji. – Pięć razy tyle! Powiedz mi, ile zarabiasz w tydzień, a zapłacę ci pięć razy tyle!

– Stary, to jest najgorętszy okres w roku, przed świętami i sylwestrem. Jest, kurwa, nawet gorzej niż na festiwalu. Wyciągam dwa patole na tydzień. – Terry kłamie jak z nut. – Wątpię, żebyś chciał wybulić dziesięć patyków za tydzień tylko za wożenie tyłka!

– Masz to u mnie! – drze się Checker i sięga do kieszeni, z której wyciąga książeczkę czekową. Machając nią do pleców Terry’ego, krzyczy: – No to jak, robimy interes?

– Słuchaj, kolego, to nie chodzi tylko o forsę, mam stałych klientów, którzy na mnie polegają. Inne zajęcia, jeśli czaisz, o czym gadam. – Terry odwraca się, stukając się po nosie. – W biznesie nie możesz narażać głównego przedsięwzięcia dla jednego strzału. Musisz pilnować stałej bazy klientów, stary, miarowego wpływu gotówki, nie rzucać się na poboczne projekty, choćby były na krótką metę równie dochodowe.

Terry widzi w lusterku wstecznym, że Checker zastanawia się nad jego słowami. Czuje zadowolenie, choć cytował tylko słowa swojego kumpla Chorego, producenta pornoli, w których od czasu do czasu występuje.

– Ale mogę zaoferować…

– Wciąż zmuszony jestem odmówić, stary.

Checker jest osłupiały ze zdumienia. Gdzieś w głębi duszy wyczuwa jednak, że chodzi o coś więcej. Być może nawet o coś, czego potrzebuje. Ta myśl zmusza go do wypowiedzenia słowa, które, jak sięga pamięcią, nie padło z jego ust od czasów dzieciństwa w szkole z internatem:

– Terry… proszę… – zacina się pod wpływem tego słowa.

– No dobra, kolego – odpowiada Terry, posyłając uśmiech w lusterko. – Obaj jesteśmy ludźmi interesu. Na pewno jakoś dojdziemy do porozumienia. Jest tylko jedna sprawa, żeby wilk był syty i wilk był syty. – Terry odwraca głowę. – Te noclegi w hotelach… nie będzie żadnych obłapek!

– Co takiego?! Co ty, stary! – Checker protestuje oburzony. – Nie jestem żadnym cholernym pedałem…

– Nie mam osobiście nic przeciw. Dla każdego coś miłego, jak to mówią, sam sobie lubię czasem pupcię poobracać, ale włochate dupsko z dyndającymi pod spodem pomponami, tego Słodki oglądać nie lubi. – Terry gwałtownie kręci głową.

– Nie… o to nie musisz się martwić! – mówi Checker, krzywiąc się niemiłosiernie, jakby łyknął gorzkie lekarstwo, które jakoś udało mu się przełknąć siłą woli.

Taksówka zajeżdża przed Balmoral. Obsługa, najwyraźniej spodziewając się przyjazdu Rona Checkera, dosłownie rzuca wszystko, co trzyma w rękach, w tym bagaż innego gościa hotelowego, by przypaść do taksówki, z której wysiada Amerykanin. Wiatr się wzmaga, a pojedynczy podmuch unosi nażelowane włosy Checkera, co wygląda tak, jakby paw rozłożył ogon. Mówi coś do Terry’ego.

Terry Lawson o wiele wyraźniej dostrzega krążących wokół nich portierów niż Ronnie Checker i nie spieszy się, rozkoszując się wolnym wbijaniem numeru na klawiaturze swojego telefonu, kiedy obaj mężczyźni wymieniają się danymi kontaktowymi. Podają sobie dłonie, Terry agresywnie chwyta Ronniego za dłoń, tak że jego uścisk wręcz zakleszcza się na palcach Amerykanina, i uznaje, że Checker jest typem faceta, który powinien świadomie popracować nad męskim uściskiem dłoni.

– Będziemy w kontakcie. – Ronald Checker się uśmiecha. Jest to uśmiech całkowicie wyzuty z uroku, występujący u niektórych ludzi odruchowo i w skrytości ducha, jeśli ma się na tyle szczęścia, że widzi się znienawidzonego rywala, który wpada pod autobus. Terry śledzi odchodzącego Checkera. Amerykanin idzie zawadiackim krokiem, próbując bezskutecznie przygładzić włosy na przekór wichurze i z widoczną ulgą mija usłużnie uśmiechniętego portiera.

Portierzy są zdezorientowani brakiem bagaży w taksówce i spoglądają na Terry’ego podejrzliwie, jakby to on był za to odpowiedzialny. Terry stroszy się, ale ma ważniejsze sprawy na głowie. Pogrzeb jego starego kumpla Aleca ma się odbyć po południu. Jedzie do domu, do mieszkania na South Side, gdzie przebiera się i dzwoni do Doughheida, by zawiózł go na cmentarz w Rosebank.

Doughheid przyjeżdża szybko i Terry z ulgą siada z tyłu taksówki. Choć jest to starsza, mniej szykowna i z gorszą tapicerką wersja jego ukochanej TX4, wyprodukowana przez London Carriage Company, jej spartański wystrój sprawia, że czuje się odwalony niewspółmiernie do okoliczności: w czarną aksamitną marynarkę, żółtą koszulę zapiętą pod szyją – bez krawata – oraz szare flanelowe spodnie. Związał swe loki gumką z tyłu, ale kilka z nich już zdołało się z niej wyzwolić i teraz irytująco pląsają nad oczami, gdy taksuje wzrokiem kobiety na ulicy w drodze do centralnej, sfatygowanej i pokrytej szronem dzielnicy Pilrig, która rozciąga się wokół parku. Kiedy Terry wysiada z taksówki i żegna się z Doughheidem, dopada go mroźna mżawka. Jest to pierwszy prawdziwy pogrzeb w jego życiu. Był zaskoczony, gdy się dowiedział, że nie odbędzie się w zwykłym krematorium, takim jak Warriston czy Seafield. Okazało się, że wiele lat temu rodzina wykupiła miejsce na cmentarzu i Alec miał być pochowany obok swojej zmarłej żony, Theresy, która zginęła tragicznie w pożarze. Terry jej nie znał. Aleca znał od szesnastego roku życia. Dopiero po latach, w czasie jednej ze sporadycznych rozpaczliwych wspominek podsycanych alkoholem, dowiedział się, że Alec, pijany jak bela, włączając frytkownicę, doprowadził przypadkowo do pożaru, w którym zginęła jego żona.

Podnosząc kołnierz marynarki, by osłonić się od wiatru, Terry idzie przez cmentarz w kierunku grobu, gdzie zgromadziła się już spora grupa żałobników. Jest dużo ludzi, ale też nic dziwnego w tym, że zejście Aleca ściągnęło tu całą szemraną śmietankę miasta. Terry jest jednak zaskoczony obecnością wielu dawno niewidzianych osób, o których myślał, że nie żyją albo siedzą w więzieniu, i których od czasów wprowadzenia zakazu palenia nie było widać w miejscowych supermarketach.

Nie wszystko jednak było tu z dolnej półki. Zielony rolls-royce przejechał asertywnie przez bramę, skrzypiąc na żwirze, którym wysypano alejki. Wszystkie pozostałe samochody zaparkowano na ulicy na zewnątrz, ale, ku wielkiemu upokorzeniu skonsternowanych pracowników cmentarza, rolls sunął o włos od kamiennych nagrobków, po czym z wielkim namaszczeniem wysiadło z niego dwóch pasażerów w gajerach i płaszczach. Jednym z nich był znajomy gangster, którego Terry znał jako Pedzia. Towarzyszył mu młodszy, niepozorny facet o rozbieganym wzroku, który na oko Terry’ego był zbyt mikry na ochroniarza.

Wielkie wejście, które z całą pewnością skupiło uwagę żałobników, nie było w stanie przykuć na dłużej uwagi Terry’ego, więc ten wkrótce zaczął się rozglądać. Doświadczenie nauczyło go, że żal objawia się wielorako – lub na wiele sposobów. Podobnie jak wesela czy wakacje, pogrzeby dawały wiele możliwości. Wspominał, jak to radna Maggie Orr powróciła do oryginalnego nazwiska, rezygnując z nieporadnego Orr-Montague – drugi człon należał do adwokata, z którym się rozwiodła. Terry miał dwa atuty: po pierwsze widział, że Maggie była wciąż dorodna, a po drugie, że zakończenie związku i strata bliskiej osoby czynią kobietę w dwójnasób bezbronną. Może będzie szansa na odzyskanie dawnej Maggie, nieokiełznanej panny z Broomhouse, zamiast tej szykownej, samorealizującej się profesjonalistki w swoim fachu, w jaką się zmieniła. Ta myśl wywołała u niego podniecenie.

Niemal natychmiast zobaczył ją, jak stoi przy wielkim nagrobku z krzyżem celtyckim, rozmawia z grupą żałobników w statecznym ciemnym kostiumie, wciągając taktownie dym z papierosa. Wystarczająco gładka, myślał Terry, oblizując warstwę soli, która osiadła na górnej wardze. Ściągnąwszy jej spojrzenie, pozwolił sobie wstępnie na nieśmiały uśmiech, a potem smutne skinienie głową, które zostały odwzajemnione.

Stevie Connolly, syn Aleca, zbliżał się do niego. Stevie to żylasty facet z wiecznym wyrazem czegoś na kształt oburzenia na twarzy, które odziedziczył po ojcu.

– To ty znalazłeś tatę, tak?

– Tak. Miał spokojną śmierć.

– Byłeś jego kumplem – mówi Stevie oskarżycielskim tonem.

Terry’emu przypomniało się, że ojciec i syn nigdy nie byli ze sobą blisko. Po części go rozumiał, gdyż sam znajdował się w podobnym stanie ojcowskiego odrzucenia. Nie wiedział jednak za dobrze, jak zareagować na słowa Steviego.

– Tak, pracowaliśmy razem przy oknach – odpowiada odruchowo, przypominając sobie kolejny bogaty w wydarzenia okres swego życia.

Stevie krzywi się z powątpiewaniem, jakby chciał dodać: „i przy jebanych włamach”, ale zanim może zwerbalizować tę myśl, przez cmentarz przetacza się fala nawoływań i sygnałów, zmuszając żałobników do podejścia do grobu. Pastor (Terry w duchu dziękuje Alecowi, że choć był katolikiem, zostawił instrukcję, by pogrzeb był świecki i jak najkrótszy, więc z udziałem duchownego z Kościoła Szkocji) rzuca kilka niezobowiązujących uwag, jak to Alec był człowiekiem towarzyskim, jak tęsknił za ukochaną Theresą, którą los mu tak okrutnie zabrał. Teraz będą ze sobą razem, już nie symbolicznie, ale po wsze czasy.

Zaintonowano psalm, a podczas śpiewania go pastor dzielnie próbuje wzbudzić choćby krztynę entuzjazmu wśród prawdopodobnie najmizerniejszego i najbardziej zamkniętego w sobie chóru w dziejach chrześcijaństwa, którego na dodatek nie wspiera akustyka zamkniętego pomieszczenia. Po tym nastaje moment krótkiej mowy Steviego. Zdążył już poruszyć kwestię swego urazu do Aleca za sprawą roli, jaką ten odegrał był w zejściu jego matki z tego świata. Zaprasza osoby, które chciałyby coś powiedzieć, do mikrofonu. Zapada nerwowa cisza, kiedy to wszyscy przyglądają się wilgotnym źdźbłom trawy.

Nagle, za poduszczeniem zarówno syna, jak i siostrzenicy Aleca, Terry zabiera głos. Staje na pudle przy mikrofonie. Spoglądając na morze twarzy, zdobywa się na, jego zdaniem, sympatyczny uśmiech. Następnie puka palcem w mikrofon w geście podpatrzonym u satyryków podczas przedstawień na Edinburgh Fringe.

– Kiedy Alec dostał wyniki i wiedział, że nie ma już odwrotu, rzucił się w wir zabawy, upijając połowę bywalców spod miejscowego Lidla! Taki właśnie był Alec! – zadudnił Terry, czekając na wybuch śmiechu.

Ale wokół grobu nikt ani drgnął. Tych kilka osób, które zareagowały, podzieliło się na dwie grupy – tych, którzy tłumili śmiechy, i tych, którzy zakrzyknęli ze zgrozy. Maggie kręci głową, z przyganą patrząc na Steviego, który zaciska pięści do białości, a jego zęby zgrzytają, kiedy syczy:

– Wydaje mu się, że jest, kurwa, świadkiem na ślubie jakiegoś menela!

Terry postanawia brnąć dalej, podnosząc głos ponad narastające pomruki.

– Wtedy postanowił włożyć łeb w piekarnik, ot co. Alec jak to Alec – wydyszał – kutas był tak nawalony, że pomylił jebaną lodówkę z piekarnikiem! Wybaczcie tę łacinę, ale tak było. A tak, wsadził głowę do zamrażarki, nie mógł jej, kurwa, zmieścić, bo leżał tam koszyk na zamrożone frytki, więc wepchnął ten pusty łeb do plastikowego pojemnika obok koszyka i wyrzygał się do niego! – Śmiech Terry’ego eksplodował na zimnym, mokrym cmentarzu. – Każdy inny zwaliłby winę na prochy, ale nie Alec, o nie!

Twarz Steviego zmienia się pod wpływem tych słów, a on sam zaczyna szybko oddychać, jakby miał dostać napadu apopleksji. Patrzy na Maggie i pozostałych krewnych ze zgrozą. „Co on wygaduje? No? Co to ma być?”

Ale Terry z rozwianymi lokami dopadł do mikrofonu i jest w swoim żywiole. Całkowicie ignoruje reakcje żałobników.

– No i choć drzwi lodówki były otwarte, było tak zimno tej nocy, że jak go znalazłem rano, łeb miał przemarznięty na kość od tych rzygowin, od brody do szyi, na amen. Z jakiegoś powodu obok leżało też zamarznięte jabłko. Jakby chciał przed śmiercią zanurkować po nie, zanim zemdlał! Ale to cały Alec, o tak. – Terry milknie na chwilę. Rozlegają się pełne przygany cmoknięcia i niektórzy kręcą głową z dezaprobatą. Terry zerka na Steviego, którego Maggie przytrzymuje mocnym chwytem za ramię. – Dla jaj zrobiłby wszystko ten nasz chłopak! Ale to super, że chowają go obok jego ukochanej Theresy… – mówi Terry, wskazując na grób obok tego, wokół którego wszyscy stoją. Potem kieruje palec na pas trawy oddzielający oba groby. – O, tu właśnie powinni zakopać tę osmoloną frytkownicę, między nimi – rzuca z pokerową twarzą, wzbudzając szczere odgłosy zniesmaczenia i ledwo hamowane okrzyki oburzenia. – No nie ma co dłużej nawijać, ode mnie to wszystko. Do zobaczenia w knajpie na imprezie ku pamięci naszego chłopaka, no tego… – mówi i zeskakuje w ciżbę żałobników, którzy odsuwają się od niego, jakby miał jakąś chorobę zakaźną.

Pozostała część ceremonii przebiega już bez kontrowersji, choć łzy się w oku kręcą, kiedy podczas opuszczania trumny do grobu z chrypiących głośników rozlega się nieuniknione Sunshine on Leith. Terry’emu jest zbyt zimno, by czekać do ostatniego hymnu. Odsuwa się na bok i kieruje do pubu Guilty Lily, gdzie ma się odbyć uroczystość. Jest pierwszy w piwiarni i w ten paskudny, mokry dzień czuje ulgę pod wpływem panującego w knajpie ciepła. Na zewnątrz już panuje ciemność, choć oko wykol, a przecież dopiero dochodzi czwarta. Smutna barmanka wskazuje na zakryty białym obrusem stół z piwem, whisky i winem oraz na drugi, z tradycyjnymi przekąskami, jakie spożywa się podczas stypy – bułkami z kiełbaskami, kanapkami z serem i szynką. Terry przed otwarciem piwa wali do kibla i odcedza kartofelki. Kiedy zajmuje miejsce przy barze, wchodzą żałobnicy. Terry wpatruje się w Maggie i nie zauważa miny Steviego. Dziewczyna podchodzi z gracją do dużego kominka po drugiej stronie sali, a on się zastanawia, kiedy zdecyduje się ruszyć w jego stronę.

Maggie, pocieszając i uspokajając podbuzowanego Steviego, zaciągnęła go z dala od Terry’ego w nadziei, że trochę ochłonie. Zerkając w jego stronę, przypomina sobie ich pierwsze randki, kiedy (co teraz może wydać się absurdalne) wolała go od słodkiego i zamożnego Carla Ewarta, który był w niej beznadziejnie zabujany. Ale Terry miał ową zawadiacką pewność siebie, która najwyraźniej pozostała bez zmian. Do tego, trzeba to powiedzieć, widać było po jego buńczucznej pozie, kiedy siedział tam przy barze, że było mu z tym do twarzy. Najwyraźniej dba o siebie i wciąż, co wręcz niewiarygodne, ma te gęste loki. Ani się nie przerzedziły, ani nie powypadały, choć podejrzewa, że naciera je dobrą odżywką.

Maggie jest tym samym zmuszona do tego, by co jakiś czas zerkać na swoje własne odbicie w jednym z tych wysokich okien, kiedy udaje, że wygląda na zewnątrz w ciemność. Gdy była młodsza, jej drobne ciało i piersi nigdy nie stanowiły jej atutów, ale zbliżając się do czterdziestki, Maggie nieco przytyła. Nie musiała walczyć ze skokami wagi, a potencjalny jej wzrost trzymała w ryzach za sprawą ćwiczeń cztery razy w tygodniu, obsesji zdrowego żywienia oraz dyscyplinie w jedzeniu skromnych porcji. Maggie równie często chodziła do spa i stosowała wysokiej klasy kosmetyki oraz peelingi. Fakt, że często biorą ją za starszą siostrę swej córki, jest nieustającym powodem do skrywanej dumy tej smukłej kobiety.

Odwraca się i widzi, że Terry zauważył jej kontrolne spojrzenia w okno. Serce w niej zamiera, kiedy posyła jej uśmiech i podchodzi do niej, machając po belfersku paluchem.

– O tak, widziałem cię, jak filowałaś w szybkę! Nie żebym miał za złe, bo mnie się też podoba to, co widzę!

Maggie czuje, jak niewidzialna ręka rozciąga jej usta w uśmiechu.

– No, ty też wyglądasz niczego sobie, Terry.

– Trzeba się trochę postarać, co? – Terry mruga zawadiacko.

Nie zmienił się, myśli Maggie. On się nigdy nie zmienia. Spogląda za siebie w ogień. Stevie ma szklankę whisky w dłoni i dziękuje jakimś starszym gościom za przybycie.

– To jak się sprawy mają? – pyta Terry i zanim Maggie jest mu w stanie odpowiedzieć, odpowiada za nią. – Wielkie zmiany z tym rozwodem, no i jeszcze córcia na studiach, jak słyszałem.

– No tak, źródła nie kłamią. – Maggie unosi szklankę whisky do ust.

– Straszna taka samotność. – Terry promienieje, jakby się właśnie oświadczał.

Maggie postanawia potraktować to jako pytanie.

– A kto mówi, że jestem samotna?

– Jest nowy kawaler? Cóż, szczęściarz z niego! Poważnie mówię.

– Nie powiedziałam, że ktoś jest.

– No to o co biega?

– To moje życie i wara od niego!

Terry rozkłada szeroko ramiona.

– No to klawo! Czy nie można już pocieszyć starej znajomej w potrzebie?

Maggie już ma zamiar się odgryźć, mówiąc, że przez ten popis na pogrzebie wszyscy będą traktować Terry’ego jak pariasa, ale Stevie już przedziera się w ich stronę z zamiarem mordu w oczach.

– No i co to było? Co to była za mowa? – Staje na wprost Terry’ego, wybałuszając ślepia w złości.

– Brutalna, choć szczera i wyważona mowa. – Terry kiwa głową, najwyraźniej nie zauważając rosnącej wściekłości Steviego. – Chciałem, żeby było sympatycznie o Alecu, ale też żeby rodzina wiedziała, co się naprawdę stało. – Kiwa głową najwyraźniej zadowolony z siebie. – Pomyślałem, że najlepiej będzie powiedzieć coś tak od siebie – mówi i wyciąga komórkę, by zrobić parę zdjęć. – Machnąłem też kilka fotek komórą jak ten szpynio Damien Hirst. Masz, luknij sobie – dodaje i podsuwa telefon pod twarz Steviego.

Stevie nigdy nie był z Alekiem blisko, ale widok zamrożonej głowy ojca w bryle lodu z żółtymi wymiocinami wyciekającymi mu z ust to o wiele za dużo, niż może znieść.

– Nie chcę na to patrzeć! Wypierdalaj mi stąd!

– Stary, daj spokój! Zbastuj!

Stevie rzuca się, by schwycić telefon Terry’ego, ale ten odpycha go, tak że Stevie chwieje się, jakby miał upaść na plecy.

– No, daj już spokój, chłopie, robisz z siebie widowisko… To impreza dla Aleca, ale Alec nie Alec… – ostrzega Terry.

– KURWA… PIERDOL SIĘ, LAWSON! – Stevie zacina się, a dwóch krewnych już szykuje się, by go odciągnąć. – Chujkowi zupełnie odjebało… Widzieliście, co ma na tym telefooooonie… – Stevie podnosi głos tak, jakby za chwilę miał zacząć piać falsetem, jednocześnie broniąc się, gdy zaciągają go na drugą stronę sali.

Terry zwraca się do Maggie:

– No, sama widzisz, są rodzina, kumple i w ogóle i człowiek stara się jakoś zbliżyć, pogadać, a dostaje takie, kurwa, podziękowanie!

– Jesteś niespełna rozumu – mówi Maggie bynajmniej nie pochlebczo, a jej oczy robią się wielkie jak spodki w wyrazie niedowierzania. – Nic się nie zmieniłeś!

– A żebyś wiedziała – odpowiada z dumą Terry, ale Maggie biegnie już przez pomieszczenie, by pocieszyć kuzyna. Zawsze była nadętą małą krową, myśli Terry. Poza tym Stevie nigdy nie dogadywał się z ojcem. Co ten hipokryta robi, odgrywa nieutulonego w żalu synalka?

Teraz Pedzio podchwycił jego spojrzenie i sunie wprost na niego. Choć prawie nie zdejmuje drogich, szytych na miarę garniturów i koszul, z wyglądu Pedzio zawsze jest jakby złachany. Jakby spał w opakowaniu całą noc i właśnie wybudzono go z letargu. To wrażenie wzmacnia fakt, że Pedzio jest ślepy jak kret, a jego nieustannie przymrużone ślepia zwielokrotniają jedynie wrażenie trwania w ciągłym uśpieniu. Jak na kogoś, kto czerpie sadystyczną przyjemność z przemocy, jest niesłychanie przewrażliwiony w kwestii swego wzroku. Operacja laserem nie wchodzi w grę, przeszkadza mu nawet wkładanie kontaktów. Pedzio poci się także obficie, dlatego jego ubrania bardzo szybko tracą pierwotną świeżość. Doprowadza najznamienitszych krawców Edynburga (ale też Londynu) na skraj rozpaczy, bo pomimo ich wszelkich starań średnio po czterech godzinach wszystko wygląda na nim jak stary łach. Pomocnik Pedzia, o kanciastej twarzy, z drinkiem w łapie podpiera ceglaną kolumnę pośrodku baru i obleśnie obcina kilka młodszych kobiet na stypie.

Terry odwraca się do Pedzia. Przypomina sobie, jak w latach siedemdziesiątych w Forrester High School wszystkich nazywano „pedzio”. W tamtych czasach chyba jedynie słowo „konioklep” mogło rywalizować o palmę pierwszeństwa w szkolnych obelgach. Ale Pedzio był zawsze Pedziem. Stale prześladowany, zamiast odegrać się z nawiązką i wstąpić do policji, gdzie mógł zemścić się na całym świecie, Pedzio popłynął pod prąd i został czołowym gangsterem.

Oczywiście, Terry wie, że Pedzio wcale nie jest homoseksualistą i że on jest jednym z nielicznych, którzy wciąż zwracają się do niego przezwiskiem ze starej szkoły. To bardzo niebezpieczne, bo Pedzio piął się po szczeblach hierarchii gangsterskiej dzięki temu, że stał się wrednym, paskudnym sukinsynem. Jednak w świadomości Terry’ego Victor Syme zawsze pozostanie miętkim fiutkiem w brązowej budrysówce, który regularnie kupował chrupiące bułki i chrupki z wozu piekarza podczas długiej przerwy.

Zmiana, jaka nastąpiła w Pedziu, dokonała się za sprawą zupełnie niespodziewanego ataku na Evana Barksdale’a za pomocą zaostrzonego śrubokręta. Barksdale był łobuzem – jednym z dwóch bliźniaków, który wraz z bratem Craigiem stosował kampanię systematycznej, nieustającej podłości. Ta popchnęła Pedzia do aktu szaleństwa, psychotycznego upustu krwi, który w jednej chwili zmienił świat i redefiniował status Victora Syme’a w dzielnicy. Evan Barksdale, niczym w opowieści o doktorze Frankensteinie, nieświadomie stworzył potwora o wiele groźniejszego, niż kiedykolwiek mógłby się sam nim stać on czy jego brat. Naturalnie Pedzio przypłacił bólem i żalem swoją nacechowaną przemocą osobistą podróż do Damaszku, ale kara, jaką wymierzył Barksdale’owi, wiele go nauczyła, a wszystko inne było nieistotne w porównaniu z psychicznymi torturami, jakie już przeżył.

Kiedy Pedzio się zbliżał, Terry poczuł, jak mimowolnie ściska pośladki. Będą kłopoty. Wcześniej już prowadził jakieś interesy z Pedziem, dostarczał kokainę marynarzom w bazie morskiej w Helensburghu, zanim sparzył sobie palce na akcji ochrony i rynek zrobił się zbyt niebezpieczny.

– Terry… – Poczuł dobrze znany smrodliwy oddech o odorze zgniłej kapusty.

– Sorki, Vic. Po namyśle uświadomiłem sobie, że to było w złym guście… No ta mowa i w ogóle. – Terry kaja się, jednocześnie sprawdzając, gdzie stoi młody pomagier Pedzia.

– A jebać to! To było genialne! Niektóre kutafony nie mają za grosz poczucia humoru. – Pedzio kręci głową. – Alec śmiałby się do rozpuku. To był jego dzień, nie ich – mówi, rzucając szydercze, karcące spojrzenie na pogrążoną w żalu rodzinę.

Terry’emu tak bardzo ulżyło, że zapomina o podstawowych zasadach bezpieczeństwa i wsłuchuje się uważniej niż zwykle w kolejne zdanie Pedzia.

– Posłuchaj. Potrzebuję, żebyś wyświadczył mi drobną przysługę. Wyjeżdżam na krótko do Hiszpanii, na dwa, trzy tygodnie, może na dłużej. – Pedzio ścisza głos do szeptu. – Między nami mówiąc, trochę mi się tu grunt pali pod nogami. Chciałbym, żebyś miał oko na moją saunę. Nazywa się Liberty, na Leith Walk.

Terry czuje, jak jego zdawkowe skinięcie głową zamiera bez ruchu.

– No, ja tam niewiele wiem o saunach…

– A co tu wiedzieć? – Pedzio macha lekceważąco upierścienioną dłonią. – Poza tym słyszałem, że wciąż kręcisz te pornole z tym kutaniem, jak mu tam było, z tym, co w Londynie mieszka?

– Z Chorym, prawda. Raz na jakiś czas. Takie nieszkodliwe hobby. Nie ma z tego kokosów, ale zawsze coś.

Pedzio podnosi brew z powątpiewaniem.

– Wystarczy, jak wpadniesz tam kilka razy na tydzień – dodaje po chwili, zerkając na swojego młodego pomagiera, który teraz zgarnia kanapkę i bułkę z kiełbaską na papierową tackę.

– Przyfiluj tego małego piździelca Kelvina, to młodszy brat żony, i te gładkie kurewki, żeby numerów nie robiły na boku… na plecach raczej. – Na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech. – Dopilnuj, żeby dokazywały na dole, a nie na pięterku!

Terry wie, że powinien zaśmiać się rubasznie wraz z Pedziem, ale czuje, jak twarz mu tężeje. Potrzebne mu to jak łysemu grzebień.

Pedzio jest zbyt szczwany, żeby nie wiedzieć, iż groźby to ostatni etap na drodze do porozumienia i że, przede wszystkim, serdeczna przemowa do serc i umysłów zawsze jest najlepsza.

– Oczywista, będzie dla ciebie kilka gratisów na koszt firmy. Mamy tam niezłe sztuki.

– Może być – mówi Terry, nie mogąc powstrzymać tych słów, choć jest po części oburzony. Nigdy, przenigdy nie płacił za seks. Napomyka o tym Pedziowi.

– Wszyscy za to płacimy tak czy inaczej – zauważa filozoficznie Pedzio.

Terry przypomina sobie swoje trzy ugody porozwodowe, a także prześladowania ze strony Urzędu Alimentacyjnego i nie jest w stanie z tym polemizować. 

– Masz rację. Wpadnę tam.

– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć, kolego! – wykrzykuje Pedzio i radośnie oraz dość mocno wali Terry’ego w ramię. – Kelvin! – woła pomocnika, który odwraca się na pięcie niczym pies na odgłos gwizdnięcia i podchodzi do nich.

– Terry, to jest Kelvin. Kelv, Terry będzie pomagał ci w Liberty, jak mnie nie będzie.

– Mówiłem ci, że nie potrzebuję…

– No to załatwione. – Pedzio ucina wszelkie protesty. – Bądź grzeczny – ostrzega.

Kelvin najwyraźniej się nad tym zastanawia, po czym posyła Terry’emu oszczędne skinienie rewolwerowca, na co Terry odpłaca mu się tym samym. Pedzio, wyczuwając nastrój, stara się wprowadzić odrobinę beztroski do całej rozmowy i plecie coś trzy po trzy o piłce. Tak jak Terry wcześniej chciał się wyplątać z rozmowy, tak teraz wie, że musi to zrobić. Lubi piłkę, ogląda mecze w telewizji, a od czasu do czasu chodzi na Hibsów, ale żeby o tym od razu rozmawiać, to jakiś absurd. Przeprasza ich i idzie poszukać Maggie. Uznał, że nastał moment, by zacząć budować mosty. Zastaje ją stojącą samotnie przy barze ze szklaneczką whisky, głęboko zatopioną w myślach. Chwyta szklankę ze stołu i podsuwa jej pod nos. 

– Za przyjaciół, co odeszli?

Niechętnie stuka się z nim szklanką.

– Przepraszam za tę mowę. Wydawało mi się, że tego by chciał Alec.

– A jak myślisz, czego chciał mój kuzyn?

Terry jest zachwycony tym, że alkohol zniwelował wszelkie tony zawodowego poloru u Maggie i ponownie sprowadził ją do Broomhouse.

– Przyznaję, pomyliłem się. Nie pomyślałem. – Terry kiwa głową. Prawda była taka, że jego przemowa miała w pewnym stopniu nakręcić Steviego. Alec był menelem, to fakt, ale przynajmniej miał dobre serce w odróżnieniu od swego ojca, a Stevie nigdy tego nie doceniał.

– Byliście ze sobą blisko – mówi Maggie.

– Był jednym z najlepszych i mocno kumplowaliśmy się od lat – przyznaje Terry, po czym spogląda na nią przekornie. – A wiesz, jak go w ogóle poznałem? Przez ciebie!

Maggie czerwienieje pod rumieńcami od whisky.

– Tak… – przyznaje, zmieniając się na oczach Terry’ego w swoją młodszą, poprzednią postać z dostateczną dozą zalotności, by Terry mógł odebrać to jako zachętę.

Po drugiej kolejce wychodzą ze spelunki i spacerują po Newhaven Road. Jest zimno i mokro, a wokół nie ma ani śladu taksówki. Ryzykują, kierując się na Ferry Road, ale jedynymi pojazdami w okolicy są wielkie ciężarówki, groźnie śmigające obok nich w drodze do doków Leith. Terry wyczuwa, że Maggie zaraz przejdzie ta euforia, ale na szczęście pojawia się taryfa prowadzona przez Cliffa Bladesa, przyjaciela od kieliszka Terry’ego z Klubu Taksówkowego w Powderhall.

– Wskakuj, Terry! – śpiewa radośnie Blades z angolskim akcentem, po czym zauważa ich nastrój, ciuchy i miejsce i składa dwa do dwóch. – Ach… byliście w krematorium… wyrazy współczucia. Ktoś bliski?

– Nie, byliśmy na cmentarzu. Ale tak, jej wujek. – Terry wskazuje brodą na Maggie. – Mój bardzo bliski kumpel. Maggie, to jest mój kumpel, Bladesey. – Stara się wprowadzić beztroski nastrój. – Tylko nie zaczynaj z nim na temat szkockiego nacjonalizmu, do kurwy nędzy.

– Szkockiej  n i e p o d l e g ł o ś c i,  proszę – zaskakuje Bladesey.

– Nie, tego nie zrobię – odpowiada uszczypliwie.

Cliff Blades, choć jest z pochodzenia Anglikiem, należy do grona zażartych zwolenników szkockiej niezależności, a Maggie, choć w skrytości ducha przekonują ją argumenty za, wciąż dzierży bicz Partii Pracy w radzie miejskiej.

Bladesey jest znany z dyskrecji. Podwozi Terry’ego wraz z Maggie do jej lokum w Craigleith. Terry jest mocno zaskoczony tym, jaka jest dzika, bo Maggie prowadzi go wprost do sypialni bez żadnych ceregieli. Przecież nie mógł oczekiwać, że wróci ta cnotliwa, skromna nastolatka, którą poznał w podobnych okolicznościach lata temu? Najwyraźniej Maggie wystarczy kawał solidnego kutasa, bez zbędnych pytań. Słyszał, że koniec związku z tym całym Colinem był długi i uciążliwy. Teraz, kiedy córka wyfrunęła na uniwerek, mogła pozwolić sobie na wiele.

I zrobili to z wielką werwą.

Później, kiedy leżeli w łóżku i Terry spojrzał na zegarek, zastanawiając się, ile mu zajmie dojście do kolejnej erekcji po tym, jak się wyprztykał (według jego obliczeń w ciągu trzech–czterech minut), usłyszeli dobiegające z dołu odgłosy przekręcanego w zamku klucza.

– Co…? – Maggie usiadła wyrwana z postkoitalnej błogości. – Co jest…?

– Jakiś wał wlazł do chaty – odpowiada Terry. – Spodziewasz się gości?

– Nie… – Maggie wstaje z łóżka i wkłada szlafrok. Terry idzie za nią, naciągając swoje szare spodnie. Przywykły do luźnych ciuchów, czuje się dość niezręcznie.

Po zejściu na dół Maggie od razu skręca od otwartej kuchni i widzi swoją córkę Amber, która robi sobie kanapkę. 

– Co jest…? Myślałam, że jesteś w Glasgow, na uniwersytecie…

– Przyjechałam, bo Lacey ma dwudzieste pierwsze urodziny w ten weekend. – Amber podnosi na chwilę wzrok.

– Byłam na pogrzebie wujka Aleca. Właśnie położyłam się na chwilkę…

– Widzę przecież – parska Amber, zobaczywszy wyłaniającego się zza matki Terry’ego z nagą piersią.

Maggie jest w kropce. Z jednej strony nie chce, żeby jej córka widziała ją w takiej sytuacji, a z drugiej bezskutecznie powtarza sobie, że to przecież nic takiego.

– Ja… my…

– Mamo, to, co robisz ze swoim życiem, to twoja sprawa. Naprawdę. – Patrzy na Terry’ego.

– Terry. Jestem… eee… hmm, starym przyjacielem mamy.

– To też widać – odpowiada Amber. W jej głosie nastąpiła zmiana i Maggie nie jest w stanie poznać, czy to dezaprobata, czy też wrogość na skutek podejrzenia, że mogłaby mieć coś matce za złe.

– Cóż, zatrzymam się u Kim i dam wam trochę przestrzeni.

– Nie ma potrzeby, właśnie wychodziłem. Mam zmianę na taryfie. Miło było cię poznać, Scarlett.

– Amber.

– Sorka, kolory mi się pokićkały. – Terry uśmiecha się szeroko i kieruje z powrotem na schody.

Po chwili Maggie idzie za nim do sypialni, gdzie widzi, jak zakłada koszulę i ją zapina.

– Kurwa!

– Miła panna. Muszę ci to przyznać – mówi Terry, zakładając marynarkę.

Maggie widzi błysk w jego oku.

– Nawet o tym nie myśl!

– Za kogo ty mnie bierzesz? Nawet mi to przez myśl nie przeszło – protestuje Terry. Nigdy nie jest tak przekonujący jak wtedy, gdy łże w żywe oczy, a choć Maggie spędziła wiele lat w urzędzie miejskim, kupuje to bez pudła.

Terry dzwoni do Bladeseya, żeby sprawdzić, czy wciąż jest w okolicy, ale wziął zlecenie na lotnisko. Za to Doughheid jest w pobliżu i zabiera go kwadrans później do jego mieszkania na South Side.

Terry błyskawicznie się przebiera, po czym wyjeżdża swoją taryfą, bo ma kursy w zachodnim Edynburgu, jak zwykle głównie na dzielniach: w Broomhouse, Wester Hailes, Sighthill i Saughton Mains. Po wykonaniu zleceń zastanawia się, czy nie ruszyć do Liberty Leisure, do lokalu Pedzia, ale postanawia jechać do Galerii Sztuki Nowoczesnej w Dean Village, na wypadek gdyby trafiła się jakaś dziana rodzinka. Jest zachwycony, kiedy zatrzymują go dwie młode kobiety i wsiadają do jego taksówki.

– Dokąd jedziemy, dziewczyny?

– Do Minto Hotel – mówi jedna z nich z amerykańskim akcentem.

– Pasuje. A skąd żeście to do nas przyjechały?

– Z USA.

– Tak, to już się domyśliłem – odpowiada Terry. – A konkretnie?

– Z Rhode Island.

– Rhode Island? Powiem wam coś w tajemnicy. – Terry przekręca głowę do tyłu i mruga porozumiewawczo. – Z takimi pasażerkami taki kurs to byłaby dopiero niezła jazda!

2. MUROWANE

Lubię sobie mieszkać na Oxford Street, bo tu, na South Side, człowiek ma wszystko. Ulica spokojna, blisko do centrum, gdzie pracują biurowe szparki, blisko uniwerku, gdzie uczą się studiujące cipuchny, no i miłe miejsce, żeby zholować pannę na chatę. Nie za bardzo szpanerskie, tylko ładny pokoik od frontu z wielkim narożnikiem, sypialnia z królewskim wyrem i mała kuchenka z pufem, na którym też można oddać klej – żyję tymi laskami, dosłownie żyję. W chacie nie mam za dużo mebli, więc mówię, że jest utrzymana w stylu  m i n i m a l i s t y c z n y m.  Mam szafkę z książkami, co mi je Rab Birrell pożycza, ale ich, kurwa, nie czytam i trzymam tylko, żeby szpanować przed studentkami. Moby Dick, Zbrodnia i kara, takie gnioty. Próbowałem czytać tego całego, kurwa, Dostojewskiego, ale u niego każdy okurwieniec ma po pięć różnych ksywek, więc musiałem aż z dzielni wyjechać, żeby od tego odetchnąć. No i chuj.

Jadę do Hog’s Head, bo tam kupuję muzę z drugiej ręki i filmy, a w Southern Bar jest darmowe wi-fi. Tuż za rogiem bilard U Komuszków; dalej człowieka wypucują i przystrzygą, główka w lewo, panie Lawson. O tak, mam tu na South Side wszystko. Nie ma Starbusia w Leith, może tam przy urzędzie w dokach, ale przecież nie w prawdziwym Leith! Kupa tu małych kafejek, ale do knajp tu nie przyłażę za często, tylko do Southern, bo jest to wi-fi.

Jeżdżenie na taryfie jest najlepszą fuchą, jaką miałem w życiu. Murowane. To jest godzina triumfu Słodkiego Terry’ego, nawet robota sprzedawcy bąbelkowej wody z furgonów z sokiem nie może się z tym równać! Idzie taki nocny marek, łeb to mu tak na boki lata i gapi się w szyby twojej TX4 gotów jeździć wte i wewte po bulwarze, żeby wyrwać jakąś z montowni. I jeszcze człowiekowi za to płacą! I to normalnie na licznik, bo licznik nie kłamie. Najlepiej jest w sierpniu, kiedy do miasta zjeżdżają te turystyczne snoby, ale teraz też jest w pytę, bo święta za pasem i cipulki będą się zalewać w trupa. Problem ze Szkocją jest taki, że panny gładkie owszem są, ale nieco monoetniczne. Mnóstwo ciemnowłosych, kilka blondynek, rudych i brunetek, ale głównie białych. Zazdroszczę tym taksiarzom z Londynu, gdzie jest trochę więcej pomieszanych.

Nie przepadam za Lothian Road, ale są tu Filmhoose, Usher Hall i Traverse, wszystkie przyzwoite miejsca dla bogatych cipulek, o tak. Ale żadnej ani widu, ani słychu, pewnie siedzą na widowni. Nagle zaczyna lać, naparzać jak cholera i kilku chłopaków wyskakuje i macha na mnie, ale ja tylko przyspieszam i patrzę, jak odskakują, i śmieję się z tego, jak te pierdolone knyple krzyczą i przeklinają za mną. Nie mam zdrowia do szpyniów, chcę wozić panny. Ale postanawiam się zatrzymać, tak dla jaj, żeby sobie popatrzeć na te zadowolone pyski, a potem czekam, aż podbiegną, i drę się: WYPIERDALAĆ, JEBANE OFIARY LOSU! I spadam niczym, kurwa, pocisk, mknę po szosie i raduję się widokiem ich facjat w tylnym lusterku.

Pod barami z winem i salami bingo, od knajpek dla małolatek (choć prokurator łapy tam już nie trzyma) do zapyziałych umieralni dla staruchów, grubi, chudzi, z kasą, bez kasy – wszędzie tam, gdzie czai się klient frajer, zobaczycie mnie, jak siedzę w mruczącej furze przy chodniku, w czarnej rakiecie gotowej ruszyć z kopyta na pohybel tym pojebom!

Jankeski nie odwaliły spodziewanego rodeo wczoraj wieczorem, o nie! Tak to się czasem kończy! Jasne, że zawsze uderzam do panien na wczasach, bo nie ma nic lepszego, by laseczce puściły hamulce. A teraz mam kolejnego Zainfekowanego na linii, tego pojeba Ronniego z wczoraj z łbem jak poroże dinozaura, takiego, co to dźgał T-rexa swoim rogiem, zanim nie zepchnął piździelca z klifu.

– Muszę przez kilka dni pojeździć do East Lothian. Do miejscowości o nazwie Haddington.

– Buła z masłem. Znam dobrze.

– Świetnie, może jutro, ale słyszałem, że nad miasto nadciąga huragan.

– Tak, jak mówią, ten huragan Bawbag2.

– To poważna sprawa. Katrina całkowicie zniszczyła Nowy Orlean, a wy najwyraźniej nie jesteście na to przygotowani!

– Eee tam, stary, tu zawsze leje i piździ, dla nas to nie pierwszyzna.

– Myślę, że nie rozumiesz powagi sytuacji, Terry.

– Nie ma strachu, kolego, zabarykadujesz się tylko w Balmoralu, aż wszystko ucichnie. Niech room service się tobą zaopiekuje. A jak chcesz mieć towarzystwo, to nie proś tego piździelca w recepcji, bo spiknie cię z jakąś cwaną bladzią, która wyczyści cię do spodu. Sprowadzę ci parkę chętnych laseczek, co wiedzą, jak imprezować, i będzie cię to kosztować tyle, co wódy w minibarku, no może kilka gramów proszku. Ta laska, co ją znam, robiłem z nią różne numerki przed kamerą, jest jak supergroupie w Edynburgu. Dymała się ze wszystkimi sportowcami, facetami z telewizora, piłkarzami i komikami, którzy postawili nogę w tym mieście. Ma ksywkę „Sala 69”, bo jest cholernie zajęta podczas festiwalu. Z radością zrobi sobie po tobie pamiątkowe nacięcia na wyrku. Jak w banku.

W głosie tego szpynia Ronniego słyszę stalowe nuty.

– Myślałem, że nie wiesz, kim jestem!

Tak do mnie dociera: kurwa, spartoliłem, ale nie peniam.

– Ni chu chu nie wiedziałem, ale wyguglowałem cię dzisiaj rano. Lubię wiedzieć coś o klientach na wypadek jakiejś wpadki. Bez urazy, ten tego. W tym biznesie trzeba mieć jaja!

Jasne, że znam tego kutasa, poznałem go od razu. Po chwili milczenia mówi.

– Bardzo zapobiegawczo… Ostrożności nigdy dosyć. Ale muszę cię prosić o dyskrecję.

– Dyskrecja, lukrecja, to moje drugie imię, chłopaku. Nie możesz sobie tak wskakiwać do wyra z kim bądź, nie rozkminiwszy dyskrecji na nice! No to jak, przedstawić cię tej cipulce czy nie?

– To nie będzie konieczne. Zadzwonię do ciebie – mówi i wyłącza się kutafon jeden.

Niezły układ – płaci furę pieniędzy przez tydzień, ale potrzebuje mnie tylko na kilka razy, żebym zawiózł go do Haddington! Ciekawe, jaki ma tam interes. Cóż, nie mój cyrk, nie moje małpy. Tymczasem mogę robić swoje! Czuję, że mój statek wpływa już do portu!

Sprawdzam komórę: fura zetemesów od różnych panien – do tego kilka od tych młódek z Rhode Island! Smakowite były i, jak się na tym znam, chętne, że hej! Choć Chory mówi, że gonienie króliczka to najlepszy sport, to nie zawsze człowiek ma czas na te podchody. Czasami chce się pacnąć pytą o stół i zadać pytanie: wchodzisz w to czy nie? Ale te były w porządku, no nie? Szkoda, że wyjeżdżają z Wysp tego dnia.

Węszę za jakimś futerkiem na Mostach, ale żadna nie chce mnie zatrzymać, biorę więc następny kurs i zgarniam sztywniaka, co ma gajer-bajer3 z duplomatką w łapie. Raczej napiwku nie będzie.

No to sobie myślę o pannach, dwóch w szczególności: Suzanne Prince i Yvette Bryson. Tych, com je ujeżdżał na oklep w ten sam weekend niemal dziesięć lat temu, kiedy miałem doła po trzecim rozwodzie. No tom dostał dwa małe bękarty w pakiecie. Ale zarówno ten Guillaume, czyli Wiluś, jak i ten Ryży Bękart mają nazwiska mamuś. Feminizm, psia mać. Gdybym tylko wiedział, jak to się skończy, to nie wkładałbym wacka w obie, tylko kazał im ssać w tandemie, jak to robią pedały na Calton Hill, do samego końca, a oba cholerne bękarty skończyłyby wyplute w kiblu. Ale chciały je sobie urodzić, dobra, nie mam żalu, pod warunkiem że w papierach nie pojawi się nazwisko Lawson. A żeby, kurwa, wiedziały!

Obie, Suzanne i Yvette, są niezależnymi kobietami i myślę sobie, że chyba jestem w lesie, ale ludzie i okoliczności zmieniają się, do kurwy nędzy. Nie można stracić czujności, bo siepacze z opieki społecznej mają długie łapy. No nie ma bata, żeby ktoś dobrał mi się do kieszeni…

Biorę dłuższą trasę przez Prinny i jadę do Mound. Piździelec z tyłu ma taki pysk, że muszę się sprężać, jeśli chcę dostać napiwek. 

– No a czym się kolega zajmuje?

– Medycyną.

– Doktor, co?

– Tak jakby. Jestem specjalistą – nawija złamas, wyglądając za okno. – Dlaczego jedziemy tędy?

– Przez te korki… jednokierunkowe… objazdy… no i urząd miejski. A więc, w czym się specjalizujemy? Bo ja na ten przykład specjalizuję się w miłości. Pamiętasz, kolego, ten kawałek? Sharon Broon? Ah Specialise in Lurve… No pamiętamy? Nie?

– Raczej nie.

Z niektórymi fajansiarzami to dosłownie zwariować można.

– A w takim razie w czym się specjalizujesz, kolego?

– W ginekologii.

– W gine-o chuj… ty fartowny spryciarzu! – Prawie przejeżdżam na czerwonym świetle, bo muszę się do niego odwrócić. Aż poleciał do przodu na fotelu. Jakby nie był przypięty pasami, toby go poszatkowało i jego kawałki przecisnęłoby przez szybkę i leżałyby mi teraz na kolanach! – Sorka, kolego… ale pomyślałem sobie, że pewnie widziałeś więcej dziurek ode mnie! Nie potrzebujesz jakiegoś asystenta, co?

Facet opada na oparcie siedzenia.

– Nie sądzę, żeby…

– Ale powiedz, kolego, ja to się znam na pierożkach jak mało kto. Mówię, jak jest! Może nie znam tych technicznych słówek jak ty, ale wiem, który guziczek nacisnąć. TRACH! I jestem w domu! Wypełnij moją pustkę, BACH! Wypełniam. – Ożeż ty kutasie, ciężarówa stara się wepchnąć przede mnie i pędzi dalej do Cameron Hill.

– Dziękuję za propozycję. Będę na pewno pamiętał – zaczyna szpynio, ale komóra mi brzęczy i nie ma w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że na ekranie pojawia się napis PEDZIO. Ignoruję dziada, ale wiem, że powinienem zjawić się w tej jebanej saunie i zerknąć, co się tam wyrabia.

Nie pali mi się do tego, bo jak się raz człowiek wciągnie na kryminała, to zbrodnia zaczyna sama człowieka szukać. Żaden ze mnie gangster, herbatnik czy diler, ale nigdy nie zaglądam darowanemu koniowi w paszczę. Jak ktoś proponuje kuśtyczek, który wygląda smakowicie na dokładkę, to i owszem. Ale niektóre świry składają człowiekowi bezsensowne, żałosne propozycje, które skończą się w kiciu, tylko dlatego że ich nosi, że chcą poczuć ten dreszczyk. Mówi się takim fajfusom, oczywiście grzecznie: wypierdalać. Dilowanie to ryzyko i dużo użerania się za grosze. Jeżdżenie na taryfie bywa nudne, a za pornole można zaznać nieco luksusu, ale nie można na tym polegać. Robię czasami dla Connora, ale nie dla Tyrona czy Pedzia, jeśli mam wyjście. Nadzór nad masażystkami i alfonsami to nie moja bajka, ot co.

– O, tu jest szpital, niech pan tu stanie. – Dobiega głos z tyłu.

– Pasuje. Idziesz sobie przyfilować nowe cipuchny, co?

– Coś w tym guście.

– To straszna harówa, ale ktoś to musi robić! Jak tak se pomyślę… to widziałem całe mnóstwo cipek w tej taryfie. Zwykle nie te najładniejsze, ale nie można wybrzydzać, co, stary?

– Chyba nie… cóż, dziękuję panu.

– Powiedz mi jedno, stary, od strony, że tak powiem, technicznej. Eskimosi mają z tysiąc słów na śnieg, a wy, ginekolodzy, macie pewnie tyle samo na cipki, co? Założę się, że tak – nawijam, robiąc starą sztuczkę. Nie otwieram drzwi, dopóki nie pojawi się portfel, przede wszystkim jednak cały czas pytluję! Facio buli o wiele za dużo – jest wynik! Taki kutafon nigdy by nie zostawił napiwku, gdybym był milczącym smutasem.

Ten obszczymur Doughheid zawsze jojczy o napiwki. Nie dostajesz, bo jesteś smutasem – zawsze mu powtarzam.

Ale ten chłopak wybulił i jest jakiś wesoły.

– Eskimosi… śnieg… będę musiał to zapamiętać!

No, więc zaiwaniam z powrotem do centruma. Zabieram kilka działek dla Odwyka Connora i zostawiam je u Monny’ego w Leith. Connor to najpewniej największy diler w mieście. Sam nie tyka stafu nawet kijem. Oficjalnie robi na pełen etat jako konsultant od narkotyków w Departamencie Prac Społecznych. Daje każdemu miglancowi dwa numery: jeden jak szpynio jest czysty, ma kryzysa i potrzebuje z kimś pogadać, a drugi, jak potrzebuje działki. Cały rynek w ten sposób zajął, szczwany piździelec! Mówił kiedyś, jak raz udzielał rady takiemu jednemu, a ten chłopak do niego: „Słuchaj, Connor, to nie działa, te porady, ta gadanina. Naprawdę muszę sobie coś dać”. Connor na to: „Nie ma sprawy, kolego, ale musisz dzwonić na ten drugi numer. Muszę myśleć o swojej reputacji. Trzeba być profesjonalistą”.

Potem postanawiam zakończyć pracę na dzisiaj i jadę na osiedle do starszej pani Alice Ulrich, co odziedziczyła to nazwisko po zmarłym drugim mężu Niemcu. Parkuję przed Festival Theatre na Mostach, a jakiś kutafon stuka mi w szybkę i pokazuje na koguta. Zapomniałem wyłączyć światełka.

– Stary, zamówiony jestem – mówię chłopakowi.

– Ale ma pan włączony napis „wolny”.

– Zapomniałem cyknąć.

– Prawo nakazuje mnie zabrać.

– Sorka, stary, z miłą chęcią, ale dopiero dostałem zlecenie. – Stukam w komputer. – Wszystko pod kontrolą. Skomputeryzowane.

– To jakaś piramidalna bzdura!

– Mam ręce związane, stary. Nic nie dałoby mi większej przyjemności, niż zabrać cię w podróż, ale jestem niewolnikiem Centrali. Jak nie wezmę kursu, który mi dają, wyłączą mnie w nocy za karę – mówię, odpalając silnik. Odjeżdżam. Słyszę, jak wciąż się piekli na chodniku na temat prawa. Niektórym fajansom nie dogodzisz. Tak czy inaczej, podjeżdżam do świateł i trąbię na brunetkę w długim brązowym płaszczu. W podzięce dostaję porozumiewawczy uśmieszek. Miło jest być miłym.

No to jadę do staruszki na Sighthill. Mówiła, że nigdy nie wychodzi z domu, ale kiedy się zjawiam, ma na sobie palto i rękawiczki.

– Możesz podwieźć gdzieś swoją starą matkę, Terry, synku? Nie prosiłabym, ale ta pogoda…

– A dokąd się wybierasz?

– Do Royalu.

No niech mnie drzwi ścisną dwa razy, to kawał drogi i właśnie stamtąd przyjechałem.

– Co się dzieje? Źle się czujesz?

– Nie, nic mi nie jest – odpowiada. Potem patrzy na mnie z tym swoim uporem. – Skoro musisz wiedzieć, to jadę tam do twego ojca.

Wiedziałem, kurwa, że coś się święci. 

– Jasne, a więc grasz w ten sposób, co?

– Jest chory, Terry. Ma tego na R. Nie zostało mu wiele czasu.

– No i dobrze.

– Nie mów tak!

– Dlaczego nie? – Kręcę głową. – Nie mogę, kurna, uwierzyć, że jedziesz się z nim zobaczyć. Znów pozwalasz mu rządzić. Po tylu latach upokorzeń.

– Wciąż jest twoim ojcem… Twoim i Yvonne!

– A co on, kurwa, dla nas w życiu zrobił?!

Celuje we mnie palcem i oczy płoną jej z gniewu.

– Lepiej nie zaczynaj! A coś ty zrobił dla swoich dzieci? Masz ich tu rozsianą całą gromadkę, a Bóg raczy wiedzieć gdzie jeszcze! Donna mówi, że nie odwiedzałeś jej od lat. Była tu wczoraj z Kasey Linn.

– Co? Z kim była? Z kejsem lin?

– Z Kasey Linn! Twoją wnuczką!

– Aha… z małą… – zaskakuję. Niech mnie sczyści, prawie zapomniałem, że mała Donna w ogóle ma dziecko… Powinienem pójść do niej w odwiedziny, ale mierzi mnie to, że jestem dziadkiem. Dla panien jestem tylko DDP – dziadek do przelecenia!

Ale teraz matka patrzy mi w oczy.

– Nawet nie widziałeś tego malca, swojego własnego wnuka, na miłość boską! No, widziałeś?

– Byłem trochę zajęty…

– Mały ma prawie roczek! Jesteś bezużytecznym łajdakiem! O wiele gorszym, niż był Henry Lawson!

– A pieprzcie się wszyscy! – wykrzykuję i wypadam z mieszkania. Może sobie jechać z przesiadką autobusem!

– Poczekaj, Terry! Poczekaj, synu!

Zbiegam po schodach, a tam już leje. Wsiadam do taryfy. Kasey Linn, kto daje dzieciom takie imiona? Na ekranie zastaję jakąś gównianą wiadomość od Centrali. To ten kutas, Jimmy McVitie – Duża Liz mówiła, że ma dzisiaj dyżur.

KURS 23 WESTER HAILES DRIVE

Odpisuję:

WŁAŚNIE WZIĄŁEM KLIENTA W SIGHTHILL

Po chwili:

JESTEŚ NAJBLIŻEJ

Ja:

NIE ROZUMIESZ, WZIĄŁEM KLIENTA W SIGHTHILL

To powinno zatkać frajera. Ale podnoszę wzrok i aż muszę walnąć w deskę rozdzielczą, bo widzę, jak moja mama wychodzi z klatki schodowej i idzie prosto do dwupasmówki. Zawracam i patrzę, jak stoi na tymczasowym przystanku w ulewie, bo, kurwa, nie ma nawet żadnej wiaty przez tych palantów od cholernych tramwajów. Podjeżdżam więc i opuszczam szybę.

– Mama, wsiadaj!

– Nie trzeba, poczekam sobie na autobus!

– Słuchaj, przepraszam. Ja po prostu nie chcę, żeby się znów na tobie wyżywał. No wsiadaj!

Najwyraźniej się zastanawia, po czym wsiada z ociąganiem.

– Musisz udowodnić, że jesteś lepszy od niego – mówi i grozi mi palcem. – Zaopiekuj się swoimi dziećmi! Zobacz się z Donną! Zadzwoń do Jasona! Poznaj tych dwóch młodych chłopaków ze sobą!

Nie będę się z nią o to kłócił. Nie jestem taki zły, jak o mnie myśli. Rozmawiam z Jasonem z Manchesteru co kilka tygodni przez telefon. Wskakuję na estakadę i jedziemy w milczeniu. Po jakimś czasie wysadzam ją przy klinice. Pyta, czy pójdę się z nim zobaczyć albo czy chcę mu coś przekazać.

– Powiedz mu, że dziękuję mu pięknie za wszystko i żeby wypierdalał.

Nie jest zadowolona, kiedy wchodzi do środka, ale ja zaczynam kombinować. Więc… A pieprzyć to, dzwonię do Suzanne i Yvette, matek małego Wilusia i Ryżego Bękarta, i umawiam się, że zabiorę dokądś chłopaków. Nie mogą w to uwierzyć, ale zdają się zadowolone.

Najpierw jadę do Niddrie Mains, żeby zabrać Guillaume’a, a potem jedziemy do bogatego Blackford Hills i zabieramy Ryżego Bękarta. Widzę, że mały zaczyna kombinować, kiedy widzi, jak Ryży Bękart biegnie po podjeździe dużego domu przez zaprojektowany ogród na spotkanie.

– Jak to jest, że on mieszka z mamą tu, a ja z mamą mieszkamy na tym parszywym osiedlu?

Ryży Bękart ma na sobie czerwoną koszulkę, która wywołuje czerwień na twarzy małego, wsiada i mówi niepewnie „cześć” do nas obu. Ryży Bękart jest małomówny, ale rozgląda się wokół. Być może rozum odziedziczył po mamie, bo głowa mu się zwęża na końcu jak u pieprzonego obcego. Jak u tych zielonych okurwieńców, co zadzierały z Danem Dare’em4, kapewu?

No i mały Guillaume. Suzanne byłe przekonana z początku, że ojcem był ten francuski kelner. Ryćkała się z nim dzień wcześniej, ale nie ma takich zwierząt – ilość ikry, jaką produkują moje pompony, to mistrzostwo świata! Ikra? Bez jaj, jakby stanęła nad wiadrem chwilę potem, to można by tym wytapetować całe mieszkanie!

Ale z klejem takiej jakości trzeba się bardzo pilnować, bo panny chcą mieć malucha z osobowością. Facet w okresie jazdy na oklep przy wszystkich swoich instynktach musi być podwójnie rozgarnięty. Musi pamiętać, żeby panna leżała na tyłku. Ale przy tym całym aids i chorobach przenoszonych drogą płciową trzeba będzie zakładać gumkę. Cholerna gumowa proteza zabijająca całą przyjemność, a kiedy ma się takiego wacka jak ja, to całe wieki trwa, żeby coś na niego naciągnąć. Według mnie to niszczy wszystkie osiągnięcia pigułki i rewolucji seksualnej. To oczywiście wina jebanego rządu: jakby ci wszyscy glusie po prywatnych szkółkach z internatem nie rypali się na prawo i lewo, nie byłoby, kurwa, żadnego aids czy chorób wenerycznych.

Nieważne, mały Wiluś pojawił się na świecie. Jeden weekend szaleństwa i już muszę ciągać się z nim i z Ryżym Bękartem. Z początku był nawet luzik, trzeba tańczyć, jak zagrają, brałem na kolana i chodziłem na wszystkie spotkania dla samotnych rodziców. Żłobek, przedszkole, szkoła, wszędzie, kurwa, byłem. Mówiłem tym samotnym mamom, że matka Guillaume’a zmarła przy porodzie i musiałem też zaadoptować Ryżego Bękarta, mojego bratanka, po tym jak jego ojciec zginął w Afganistanie, a jego mama została ćpunką. W ten sposób przeleciałem z pół tuzina tych mam, jedną nawet namówiłem na udział w pornolu, ale maluchy podrosły i zaczęły z sobą gadać, a wtedy wszystkie one się zgadały i przejrzały podstęp. Po tym, prawdę mówiąc, straciłem zainteresowanie brzdącami.

Siedzimy więc sobie w kafejce i pijemy sok przed pójściem na seans popołudniowy w kinie, bo nie opłaca się nigdzie indziej zabierać dzieci, kiedy jest tak zimno. Po chwili Ryży Bękart podnosi wzrok i mówi, patrząc mi prosto w oczy:

– Nie kochasz mnie tak samo, jak kochasz Guillaume’a.

No żeby to byk przeleciał! A czego oczekuje mały gówniarz? Czy widział ostatnio swoje pełechy w lustrze?

– Jedno pytanko do ciebie, kolego, bo widzę, że już wszystkie rozumy pozjadałeś. Co to jest miłość?

Ryży Bękart wysuwa do przodu dolną wargę.

– To jest jakby… no nie wiem…

– Jesteście braćmi, no, przyrodnimi braćmi, i macie się kochać. Ale w inny sposób niż, powiedzmy, mężczyzna kocha kobietę, zgadza się?

– Tak. – Obaj kiwają głowami i, kurwa, dzięki za to. Ulga. Nie chciałbym mieć spedalonego synka, szczególnie tego ryżego, dostanie wystarczająco od życia za to, że jest ryżym bękartem!

– Cóż, różnicie się od siebie, ale kocham was obu tak samo, ale w inny sposób, że tak powiem. – Pozwalam im się nad tym zastanowić. Z Ryżym Bękartem to pełna wtopa, że mu się tak dobrze powodzi beze mnie!

Zabieram ich na film Up. Ożeż, niemal się poryczałem, jak ten stary gadał o tym, jak mu żona zmarła i jak chcieli mieć dzieci, których mieć nie mogli! Chce mi się krzyczeć, powiedzieć do ekranu: weźcie te dwa małe gnojki, bo ja ich nie chcę! Popcorn, hot dogi, lody, twixy, cały, kurwa, wór, nienażarte gnojki!

Więc kiedy ich odstawiam, czuję wielką ulgę, ale to nie był zły wolny dzień. Najpierw odwożę małego Guillaume’a do Niddrie Mains. Kiedy idzie do domu, kiwam lekko głową jego mamie Suzanne, patrzę na Ryżego Bękarta i mówię:

– Masz szczęście, że mieszkasz w Blackford Hills. Tu nie przeżyłbyś nawet dwóch minut.

– Dlaczego Guillaume i jego mama są tacy biedni?

No co można na to powiedzieć? Pytam tylko Ryżego Bękarta, jak myśli dlaczego, a on siedzi i kombinuje podczas całej drogi do Blackford Hills.

– Czy to dlatego, że jego mama nie jest taka wykształcona?

– Prawdopodobnie ma to wiele wspólnego z tym, co mówisz. Ale musisz sobie zadać inne pytanie: dlaczego nie jest taka wykształcona jak twoja?

Mały gnojek wychodzi z wozu z marsem na twarzy. Patrzę, jak idzie po podjeździe do wielkiego domu, a żwir skrzypi pod jego szpanerskimi cichobiegami.

Potem, jadąc do centruma przez Oxgangs, trafiam na żyłę złota. Jakaś dziewojka stoi na przystanku autobusowym przed pubem Goodiego. Wygląda, jakby była po kilku głębszych, i macha na mnie. Kiedy się zatrzymuję, macha, żebym jechał dalej.

– Jedziesz czy nie?

– Jadę do Stockbridge, ale nie mam przy sobie kasy, dopiero moja kumpela ma mi ją dać na miejscu.

– Dobra. – Uśmiecham się. – Wskakuj. Możemy coś pomyśleć, jak będzie ci pasować, że tak powiem.

Przygląda mi się.

– Może będzie.

Niezła w te klocki i udaje cnotkę, kiedy wyłączam silnik na tej alejce w Marchmont – to jedno z moich najlepszych miejsc.

– Nie wyłączysz licznika? – pyta, kiedy otwieram drzwi z tyłu.

– No dobra, stare nawyki – odpowiadam, przeciskając się do licznika. – Dobrze, że mi przypomniałaś, bo to może chwilę zająć!