Wydawca: Amber Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 438 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 51 min Lektor: Anna Dereszowska

Opis ebooka Niezgodna - Veronica Roth

Altruizm (bezinteresowność), Nieustraszoność (odwaga), Erudycja (inteligencja), Prawość (uczciwość), Serdeczność (życzliwość) to pięć frakcji, na które podzielone jest społeczeństwo zbudowane na ruinach Chicago. Każdy szesnastolatek przechodzi test predyspozycji, a potem w krwawej ceremonii musi wybrać frakcję. Ten, kto nie pasuje do żadnej, zostaje uznany za bezfrakcyjnego i wykluczony.

Ten, kto łączy cechy charakteru kilku frakcji, jest niezgodny – i musi być wyeliminowany...

Szesnastoletnia Beatrice dokonuje wyboru, który zaskoczy wszystkich, nawet ją samą. Porzuca Altruizm i swoją rodzinę, by jako Tris stać się twardą, niebezpieczną Nieustraszoną. Będzie musiała przejść brutalne szkolenie, zmierzyć się ze swoimi najgłębszymi lękami, nauczyć się ufać innym nowicjuszom i przekonać się, czy w nowym życiu, jakie wybrała, jest miejsce na miłość.

Ale Tris ma tajemnicę, której musi strzec przed wszystkimi, bo wie, że jej odkrycie oznacza dla niej śmierć.

Opinie o ebooku Niezgodna - Veronica Roth

Fragment ebooka Niezgodna - Veronica Roth

Re­dak­cja sty­li­stycz­na

Do­ro­ta Kiel­czyk

Ko­rek­ta

Bar­ba­ra Cy­wiń­ska

Re­na­ta Kuk

Ilu­stra­cja i pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki

Joel Tip­pie

Zdję­cie sym­bo­lu

© 2011 by Rhy­thm & Hues De­sign

Zdję­cie au­tor­ki

© Nel­son Fitch

Ty­tuł ory­gi­na­łu

Di­ver­gent

Co­py­ri­ght © 2011 by Ve­ro­ni­ca Roth

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Har­per­Col­lins Chil­dren’s Bo­oks, a di­vi­sion of Har­per­Col­lins Pu­bli­shers.

All ri­ghts re­se­rved.

For the Po­lish edi­tion

Co­py­ri­ght © 2012 by Wy­daw­nic­two Am­ber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4332-0

War­sza­wa 2012. Wy­da­nie I

Wy­daw­nic­two AM­BER Sp. z o.o.

02-952 War­sza­wa, ul. Wiert­ni­cza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wy­daw­nic­two­am­ber.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mat­ce, bo dała mi chwi­lę, w któ­rej Be­atri­ce zda­je so­bie spra­wę, jak sil­na jest jej mat­ka, i dzi­wi się, że tak dłu­go tego nie za­uwa­ża­ła

Rozdział 1

W moim domu jest jed­no lu­stro. Za prze­su­wa­nym pa­ne­lem, w ko­ry­ta­rzu na pię­trze. Na­sza frak­cja po­zwa­la mi sta­wać przed nim dru­gie­go dnia każ­de­go trze­cie­go mie­sią­ca, tego dnia kie­dy mat­ka ob­ci­na mi wło­sy.

Sie­dzę na stoł­ku, a ona stoi za mną z no­życz­ka­mi i strzy­że. Ko­smy­ki spa­da­ją na pod­ło­gę mar­twym, ja­snym krę­giem.

Kie­dy koń­czy, od­gar­nia mi wło­sy z twa­rzy i skrę­ca w wę­zeł. Wi­dzę jej spo­kój i sku­pie­nie. Ma dużą wpra­wę w sztu­ce wy­rze­ka­nia się sie­bie. O so­bie nie mogę tego po­wie­dzieć.

Ukrad­kiem zer­kam na swo­je od­bi­cie, kie­dy mat­ka nie pa­trzy. Nie z próż­no­ści, tyl­ko z cie­ka­wo­ści. Wy­gląd czło­wie­ka może się bar­dzo zmie­nić przez trzy mie­sią­ce.

Od­bi­cie po­ka­zu­je wą­ską twarz, duże okrą­głe oczy i dłu­gi cien­ki nos – wciąż wy­glą­dam jak mała dziew­czyn­ka, cho­ciaż nie­daw­no, w cią­gu ostat­nich kil­ku mie­się­cy, sta­łam się szes­na­sto­lat­ką. Inne frak­cje ob­cho­dzą uro­dzi­ny, ale my nie. To by­ło­by po­bła­ża­nie so­bie.

– Go­to­we – oznaj­mia mat­ka i upi­na kok. Ła­pie moje spoj­rze­nie w lu­strze. Już za póź­no, żeby od­wró­cić wzrok, ale za­miast mnie skar­cić, uśmie­cha się do na­sze­go od­bi­cia. Lek­ko marsz­czę brwi. Dla­cze­go nie daje mi re­pry­men­dy za to, że się so­bie przy­glą­dam? – A więc dziś jest ten dzień – mówi.

– Tak – od­po­wia­dam.

– De­ner­wu­jesz się?

Przez chwi­lę wpa­tru­ję się so­bie w oczy. Dziś jest dzień te­stu przy­na­leż­no­ści, któ­ry po­ka­że mi, do któ­rej z pię­ciu frak­cji pa­su­ję. A ju­tro, na Ce­re­mo­nii Wy­bo­ru, zde­cy­du­ję, do któ­rej wstą­pię. Zde­cy­du­ję o moim dal­szym ży­ciu. Zde­cy­du­ję, czy zo­sta­nę z ro­dzi­ną, czy ją opusz­czę.

– Nie. Te­sty wca­le nie mu­szą zmie­niać na­szych wy­bo­rów.

– Ra­cja. – Uśmie­cha się. – Chodź­my na śnia­da­nie.

– Dzię­ku­ję. Za ob­cię­cie wło­sów.

Ca­łu­je mnie w po­li­czek i za­su­wa pa­nel na lu­stro. My­ślę, że w in­nym świe­cie moja mat­ka by­ła­by pięk­na. Jej cia­ło pod sza­rą sza­tą jest smu­kłe. Ma wy­so­kie ko­ści po­licz­ko­we i dłu­gie rzę­sy, a kie­dy na noc roz­pusz­cza wło­sy, spły­wa­ją fa­la­mi na ra­mio­na. Jed­nak w Al­tru­izmie musi ukry­wać uro­dę.

Idzie­my ra­zem do kuch­ni. W ta­kie po­ran­ki, kie­dy mój brat robi śnia­da­nie, oj­ciec czy­ta ga­ze­tę i głasz­cze mnie po wło­sach, a mat­ka, nu­cąc pod no­sem, sprzą­ta ze sto­łu – wła­śnie w ta­kie po­ran­ki czu­ję naj­więk­sze wy­rzu­ty su­mie­nia, że chcę ich opu­ścić.

Au­to­bus śmier­dzi spa­li­na­mi. Za każ­dym ra­zem, kie­dy pod­ska­ku­je na wy­bo­jach, rzu­ca mną na boki, cho­ciaż trzy­mam się sie­dze­nia.

Ca­leb, mój star­szy brat, stoi w przej­ściu i trzy­ma się po­rę­czy nad gło­wą. Nie je­ste­śmy po­dob­ni. Ma ciem­ne wło­sy i orli nos ojca, zie­lo­ne oczy i doł­ki w po­licz­kach mat­ki. Kie­dy był młod­szy, ta­kie po­łą­cze­nie wy­glą­da­ło dziw­nie, ale te­raz do nie­go pa­su­je. Je­stem pew­na, że gdy­by nie na­le­żał do Al­tru­izmu, dziew­czy­ny w szko­le by się za nim oglą­da­ły.

Odzie­dzi­czył też ta­lent mat­ki do wy­rze­ka­nia się sie­bie. Bez na­my­słu ustą­pił miej­sca ja­kie­muś na­dę­te­mu Pra­we­mu.

Pra­wy nosi czar­ny gar­ni­tur i bia­ły kra­wat – ty­po­wy strój Pra­wo­ści. Ich frak­cja ceni uczci­wość, a praw­dę wi­dzą czar­no-bia­łą, dla­te­go tak się ubie­ra­ją.

Im bli­żej cen­trum mia­sta, tym domy sto­ją bli­żej sie­bie, a uli­ce są rów­niej­sze. Bu­dy­nek, któ­ry kie­dyś na­zy­wał się Se­ars To­wer – my mó­wi­my o nim Baza – wy­ra­sta z mgły; czar­na ko­lum­na na tle ho­ry­zon­tu. Au­to­bus prze­jeż­dża pod wia­duk­tem ko­le­jo­wym. Nig­dy nie by­łam w po­cią­gu, cho­ciaż jeż­dżą bez prze­rwy, a tory są wszę­dzie. Tyl­ko Nie­ustra­sze­ni nimi po­dró­żu­ją.

Pięć lat temu bu­dow­lań­cy z Al­tru­izmu na ochot­ni­ka wy­mie­ni­li na­wierzch­nię nie­któ­rych dróg. Za­czę­li od cen­trum i po­su­wa­li się ku przed­mie­ściom, aż za­bra­kło im ma­te­ria­łów. Tam, gdzie miesz­kam, uli­ce wciąż są po­pę­ka­ne i dziu­ra­we i nie­bez­piecz­nie po nich jeź­dzić. Ale i tak nie mamy sa­mo­cho­du.

Ca­leb ma ła­god­ny wy­raz twa­rzy, kie­dy au­to­bus trzę­sie się i pod­ska­ku­je. Gdy ści­ska po­ręcz, żeby utrzy­mać rów­no­wa­gę, sza­ra sza­ta zsu­wa mu się z ra­mie­nia. Cią­gle ru­sza ocza­mi – stąd wiem, że przy­glą­da się lu­dziom do­oko­ła. Sta­ra się wi­dzieć tyl­ko ich i za­po­mnieć o so­bie. Pra­wi ce­nią uczci­wość, a my – peł­ne od­da­nie.

Au­to­bus za­trzy­mu­je się pod szko­łą. Wsta­ję i szyb­ko mi­jam Pra­we­go. Ła­pię Ca­le­ba za ra­mię, kie­dy po­ty­kam się o buty tam­te­go. Mam za dłu­gie no­gaw­ki, a nig­dy nie po­ru­sza­łam się z wdzię­kiem.

Są trzy szko­ły w mie­ście: Niż­sze Po­zio­my, Śred­nie Po­zio­my i Wyż­sze Po­zio­my. Wyż­sze Po­zio­my jest naj­star­sza. Jak wszyst­kie inne bu­dyn­ki wo­kół, jest ze szkła i sta­li. Przed nią stoi duża me­ta­lo­wa rzeź­ba, na któ­rą Nie­ustra­sze­ni wspi­na­ją się po lek­cjach i pod­pusz­cza­ją się, kto wej­dzie wy­żej. W ze­szłym roku wi­dzia­łam, jak je­den spadł i zła­mał nogę. To ja po­bie­głam wte­dy po pie­lę­gniar­kę.

– Dzi­siaj test przy­na­leż­no­ści – mó­wię. Ca­leb jest star­szy o nie­ca­ły rok, więc je­ste­śmy w tej sa­mej kla­sie.

Kiwa gło­wą, wcho­dzi­my głów­nym wej­ściem. I na­gle spi­na­ją mi się mię­śnie. Wy­czu­wam at­mos­fe­rę za­chłan­no­ści, jak­by każ­dy szes­na­sto­la­tek chciał z ostat­nie­go dnia tu­taj wchło­nąć ile się da. Moż­li­we, że po Ce­re­mo­nii Wy­bo­ru już nig­dy nie bę­dzie­my cho­dzić po tych ko­ry­ta­rzach – bo kie­dy wy­bie­rze­my, na­szą dal­szą na­uką zaj­mą się nowe frak­cje.

Dzi­siaj lek­cje mamy o po­ło­wę krót­sze, więc za­li­czy­my wszyst­kie do lun­chu. Po nim za­czną się te­sty. Już te­raz ser­ce bije mi szyb­ciej.

– Czy ty w ogó­le się nie przej­mu­jesz, co ci po­wie­dzą? – py­tam Ca­le­ba.

Za­trzy­mu­je­my się na roz­ga­łę­zie­niu ko­ry­ta­rza. Brat za­raz pój­dzie w jed­ną stro­nę, na wyż­szą ma­te­ma­ty­kę, a ja w dru­gą, na hi­sto­rię frak­cji.

Uno­si brwi.

– A ty?

Mo­gła­bym mu od­po­wie­dzieć, że już od ty­go­dni mar­twię się, co po­ka­że mi test – Al­tru­izm, Pra­wość, Eru­dy­cję, Ser­decz­ność czy Nie­ustra­szo­ność.

Ale tyl­ko uśmie­cham się i mó­wię:

– Wca­le nie.

On też się uśmie­cha.

– No to… mi­łe­go dnia.

Przy­gry­zam dol­ną war­gę i idę na hi­sto­rię frak­cji. Ca­leb nig­dy nie od­po­wia­da na moje py­ta­nia.

Ko­ry­ta­rze są cia­sne, choć dzię­ki świa­tłu, któ­re wpa­da przez okna, wy­da­ją się więk­sze; w na­szym wie­ku to je­dy­ne miej­sce, gdzie spo­ty­ka­ją się róż­ne frak­cje. Dzi­siaj w tłu­mie uczniów kró­lu­je nowy ro­dzaj ener­gii: sza­leń­stwo ostat­nie­go dnia.

Dziew­czy­na z dłu­gi­mi krę­co­ny­mi wło­sa­mi krzy­czy mi pro­sto w ucho „Cześć” i ma­cha do sto­ją­cej da­le­ko ko­le­żan­ki. Rę­ka­wem kurt­ki do­sta­ję w po­li­czek. Po­tem po­py­cha mnie ja­kiś Eru­dy­ta w nie­bie­skim swe­trze. Tra­cę rów­no­wa­gę, twar­do upa­dam na pod­ło­gę.

– Z dro­gi, Sztyw­niacz­ko – rzu­ca i idzie da­lej.

Czu­ję, jak pie­ką mnie po­licz­ki. Wsta­ję, otrze­pu­ję się. Kie­dy upa­dłam, kil­ka osób się za­trzy­ma­ło, ale nikt mi nie po­mógł. Od­pro­wa­dza­ją mnie spoj­rze­nia­mi do koń­ca ko­ry­ta­rza.

Ta­kie rze­czy zda­rza­ją się człon­kom mo­jej frak­cji już od mie­się­cy. Eru­dy­cja pusz­cza ar­ty­ku­ły źle mó­wią­ce o Al­tru­izmie, co za­czę­ło wpły­wać na to, jak trak­tu­je się nas w szko­le. Sza­re ubra­nie, pro­sta fry­zu­ra i skrom­ne za­cho­wa­nie mają spra­wić, że ła­twiej za­po­mnę o so­bie sa­mej, a wszy­scy inni za­po­mną o mnie. Ale te­raz ro­bią ze mnie cel.

Za­trzy­mu­ję się przy oknie w skrzy­dle E i cze­kam na Nie­ustra­szo­nych. Ro­bię tak co rano. Do­kład­nie o siód­mej dwa­dzie­ścia pięć Nie­ustra­sze­ni udo­wad­nia­ją, że są od­waż­ni, wy­ska­ku­jąc z ja­dą­ce­go po­cią­gu.

Oj­ciec mówi o Nie­ustra­szo­nych „ło­bu­zy”. No­szą kol­czy­ki, ta­tu­aże, ubie­ra­ją się na czar­no. Ich głów­ne za­da­nie to pil­no­wać ogro­dze­nia wo­kół na­sze­go mia­sta. Przed czym – nie wiem.

Po­win­ni wpra­wiać mnie w za­kło­po­ta­nie. Po­win­nam się dzi­wić, że od­wa­ga, ce­cha ce­nio­na przez nich naj­wy­żej, ma coś wspól­ne­go z kol­czy­kiem w no­sie. A jed­nak nie mogę ode­rwać od nich wzro­ku.

Sły­chać gwizd po­cią­gu, dźwięk od­bi­ja się echem w mo­jej pier­si. Re­flek­tor z przo­du miga, kie­dy po­ciąg pę­dem mija szko­łę i zgrzy­ta na że­la­znych szy­nach. Z kil­ku ostat­nich wa­go­nów wy­ska­ku­je chma­ra chłop­ców i dziew­czyn w ciem­nych ubra­niach. Jed­ni upa­da­ją, tur­la­ją się, inni się za­ta­cza­ją, prze­cho­dzą kil­ka kro­ków i od­zy­sku­ją rów­no­wa­gę. Ja­kiś chło­pak ze śmie­chem obej­mu­je dziew­czy­nę.

Oglą­da­nie ich to taki mój głu­pi zwy­czaj. Od­wra­cam się od okna i prze­ci­skam przez tłum do sali, w któ­rej mam lek­cje hi­sto­rii frak­cji.

Rozdział 2

Testy za­czy­na­ją się po lun­chu. Sie­dzi­my przy dłu­gich sto­łach w sto­łów­ce, a ad­mi­ni­stra­to­rzy te­stów wy­wo­łu­ją po dzie­sięć na­zwisk, po jed­nej oso­bie na każ­dą salę eg­za­mi­na­cyj­ną. Sie­dzę obok Ca­le­ba, po dru­giej stro­nie sie­dzi na­sza są­siad­ka Su­san.

Oj­ciec Su­san w pra­cy jeź­dzi po mie­ście, dla­te­go ma sa­mo­chód i co­dzien­nie pod­wo­zi ją do szko­ły. Nam też to pro­po­no­wał, ale jak mówi Ca­leb, wo­li­my wyjść wcze­śniej i nie chce­my ro­bić mu kło­po­tu.

Ja­sne.

Ad­mi­ni­stra­to­rzy są w więk­szo­ści ochot­ni­ka­mi z Al­tru­izmu, jed­nak w jed­nej z sal eg­za­mi­na­cyj­nych sie­dzi Eru­dy­ta, a w in­nej Nie­ustra­szo­ny. Te­stu­ją Al­tru­istów – re­gu­la­min za­bra­nia, żeby ro­bił to ktoś z na­szej frak­cji. Nie wol­no nam też w ja­ki­kol­wiek spo­sób przy­go­to­wy­wać się do te­stów, dla­te­go nie wiem, cze­go się spo­dzie­wać.

Spoj­rze­niem wę­dru­ję od Su­san do sto­łu Nie­ustra­szo­nych po dru­giej stro­nie sali. Śmie­ją się, prze­krzy­ku­ją, gra­ją w kar­ty. Przy in­nych sto­łach Eru­dy­ci roz­ma­wia­ją nad książ­ka­mi i ga­ze­ta­mi, cią­gle go­nią za wie­dzą.

Dziew­czy­ny z Ser­decz­no­ści ubra­ne na żół­to i czer­wo­no sie­dzą w kół­ku na pod­ło­dze sto­łów­ki i w coś się ba­wią – klasz­czą i śpie­wa­ją ja­kąś ry­mo­wan­kę. Co kil­ka mi­nut sły­szę ich chó­ral­ny śmiech, kie­dy któ­raś od­pa­da i musi usiąść po­środ­ku krę­gu. Przy sto­le obok chłop­cy z Pra­wo­ści wy­ma­chu­ją rę­ka­mi. Chy­ba o coś się spie­ra­ją, ale na pew­no o nic waż­ne­go, bo nie­któ­rzy cały czas się uśmie­cha­ją.

Przy sto­le Al­tru­izmu sie­dzi­my spo­koj­nie i cze­ka­my. Zwy­cza­je frak­cji re­gu­lu­ją na­wet za­cho­wa­nie w zwy­kłych sy­tu­acjach i są waż­niej­sze od wła­snych chę­ci. Wąt­pię, żeby wszy­scy Eru­dy­ci chcie­li się cią­gle uczyć albo żeby każ­dy Pra­wy lu­bił go­rą­ce dys­ku­sje – ale oni wszy­scy, tak samo jak ja, mu­szą prze­strze­gać norm swo­ich frak­cji.

Ca­leb zo­sta­je wy­wo­ła­ny w na­stęp­nej dzie­siąt­ce. Pew­nym kro­kiem idzie do wyj­ścia. Nie mu­szę ży­czyć mu po­wo­dze­nia ani za­pew­niać, że nie ma się czym przej­mo­wać. Zna swo­je miej­sce i o ile pa­mię­tam, znał je za­wsze. Moje pierw­sze wspo­mnie­nie o nim jest z cza­sów, kie­dy mie­li­śmy po czte­ry lata. Skar­cił mnie wte­dy, bo na pla­cu za­baw nie od­da­łam swo­jej ska­kan­ki ja­kiejś ma­łej dziew­czyn­ce, któ­ra nie mia­ła się czym ba­wić. Ca­leb rzad­ko mnie po­ucza, ale za­pa­mię­ta­łam jego kar­cą­ce spoj­rze­nie.

Pró­bo­wa­łam mu kie­dyś wy­tłu­ma­czyć, że mam inne od­ru­chy – w au­to­bu­sie na­wet nie przy­szło mi do gło­wy, żeby ustą­pić miej­sca Pra­we­mu – ale on tego nie ro­zu­mie. Za­wsze mówi: „Po pro­stu rób, co do cie­bie na­le­ży”. To dla nie­go ła­twe, więc dla mnie też po­win­no być ła­twe.

Czu­ję, jak za­ci­ska mi się żo­łą­dek. Za­my­kam oczy, otwie­ram je do­pie­ro po dzie­się­ciu mi­nu­tach, kie­dy Ca­leb zno­wu sia­da.

Jest bla­dy jak ścia­na. Prze­su­wa dłoń­mi po no­gach tak jak ja, kie­dy chcę je wy­trzeć z potu. Kie­dy pod­no­si ręce, drżą mu pal­ce. Otwie­ram usta, żeby go o coś za­py­tać, ale sło­wa wię­zną mi w gar­dle. Nie wol­no mi py­tać o wy­nik te­stu, a jemu nie wol­no od­po­wia­dać.

Ochot­nik z Al­tru­izmu wy­czy­tu­je ko­lej­nych dzie­sięć na­zwisk. Dwie oso­by z Nie­ustra­szo­no­ści, dwie z Eru­dy­cji, dwie z Ser­decz­no­ści, dwie z Pra­wo­ści, a po­tem: „z Al­tru­izmu: Su­san Black i Be­atri­ce Prior”.

Wsta­ję, bo po­win­nam, ale gdy­by to ode mnie za­le­ża­ło, sie­dzia­ła­bym da­lej. Czu­ję się, jak­bym mia­ła w pier­siach ba­lon, któ­ry ro­śnie z każ­dą se­kun­dą i za­raz mnie ro­ze­rwie od środ­ka. Idę za Su­san do wyj­ścia. Ci, któ­rych mi­ja­my, pew­nie nas nie roz­róż­nia­ją. Mamy ta­kie same ubra­nia i tak samo ucze­sa­ne ja­sne wło­sy. Je­dy­na róż­ni­ca po­le­ga na tym, że może Su­san nie czu­je się te­raz tak, jak­by za chwi­lę mia­ła zwy­mio­to­wać, a z tego, co wi­dzę, dło­nie nie drżą jej aż tak moc­no i nie musi ści­skać brze­gu ko­szu­li, żeby je uspo­ko­ić.

Cze­ka na nas dzie­sięć sal obok sto­łów­ki. Uży­wa się ich tyl­ko do te­stów przy­na­leż­no­ści, więc jesz­cze nig­dy w żad­nej nie by­łam. W prze­ci­wień­stwie do in­nych po­miesz­czeń szko­ły, nie są od­dzie­lo­ne szy­bą, ale lu­stra­mi. Kie­dy idę do drzwi, wi­dzę sie­bie, bla­dą i wy­stra­szo­ną. Su­san uśmie­cha się do mnie ner­wo­wo i wcho­dzi do sali nu­mer 5, a ja do sali nu­mer 6, gdzie cze­ka ja­kaś ko­bie­ta z Nie­ustra­szo­no­ści.

Nie wy­glą­da tak su­ro­wo jak ci mło­dzi Nie­ustra­sze­ni, któ­rych wi­dzia­łam. Ma małe ciem­ne i sko­śne oczy, nosi dżin­sy i czar­ną ma­ry­nar­kę jak od mę­skie­go gar­ni­tu­ru. Do­pie­ro kie­dy się od­wra­ca, żeby za­mknąć drzwi, wi­dzę ta­tu­aż na jej kar­ku, czar­no-bia­łe­go ja­strzę­bia z czer­wo­nym okiem. Gdy­by ser­ce wła­śnie nie pod­cho­dzi­ło mi do gar­dła, za­py­ta­ła­bym, co on ozna­cza. Musi coś ozna­czać.

Lu­stra po­kry­wa­ją we­wnętrz­ne ścia­ny sali. Mogę obej­rzeć swo­je od­bi­cie pod każ­dym ką­tem: sza­ry ma­te­riał ukry­wa­ją­cy kształt ple­ców, moją dłu­gą szy­ję, moje za­czer­wie­nio­ne dło­nie z wy­sta­ją­cy­mi kost­ka­mi. Su­fit błysz­czy bia­łym świa­tłem. Na środ­ku sali stoi roz­kła­da­ny fo­tel, taki jak u den­ty­sty, a obok ja­kaś ma­szy­na. To miej­sce wy­glą­da, jak­by dzia­ły się tu strasz­ne rze­czy.

– Nie bój się – od­zy­wa się ko­bie­ta. – To nie boli.

Wło­sy ma czar­ne i pro­ste, ale w świe­tle wi­dzę, że po­prze­ty­ka­ne si­wi­zną.

– Usiądź wy­god­nie. Mam na imię Tori.

Nie­zdar­nie sia­dam na fo­te­lu, od­chy­lam się i opie­ram gło­wę na za­głów­ku. Świa­tło razi mnie w oczy. Tori robi coś przy urzą­dze­niu po mo­jej pra­wej stro­nie. Pró­bu­ję się sku­pić na niej, a nie na ka­blach w jej dło­niach.

– Dla­cze­go ja­strząb? – wy­pa­lam, kie­dy przy­cze­pia mi elek­tro­dy do czo­ła.

– Jesz­cze nig­dy nie spo­tka­łam cie­kaw­skiej Al­tru­ist­ki – od­po­wia­da, uno­sząc brwi.

Prze­cho­dzi mnie dreszcz, na ra­mio­nach po­ja­wia się gę­sia skór­ka. Moja cie­ka­wość to błąd, zdra­da za­sad Al­tru­izmu.

Nu­cąc pod no­sem, przy­ci­ska mi na­stęp­ną elek­tro­dę do czo­ła.

– W nie­któ­rych czę­ściach sta­ro­żyt­ne­go świa­ta ja­strząb sym­bo­li­zo­wał słoń­ce – wy­ja­śnia. – Kie­dy ka­za­łam go so­bie wy­ta­tu­ować, my­śla­łam, że je­śli za­wsze będę mia­ła słoń­ce na so­bie, to już nie będę się bała ciem­no­ści.

Sta­ram się po­wstrzy­mać od ko­lej­ne­go py­ta­nia, ale nie mogę.

– Bo­isz się ciem­no­ści?

– Ba­łam się ciem­no­ści – po­pra­wia. Na­stęp­ną elek­tro­dę przy­ci­ska do wła­sne­go czo­ła i pod­łą­cza do niej ka­bel. Wzru­sza ra­mio­na­mi. – Te­raz przy­po­mi­na mi o stra­chu, któ­ry prze­zwy­cię­ży­łam.

Sta­je za mną. Ści­skam po­rę­cze tak moc­no, że aż bie­le­ją mi kost­ki. Ko­bie­ta prze­cią­ga ka­ble do sie­bie, przy­cze­pia je do mnie, do sie­bie, do ma­szy­ny za sobą. Po­tem po­da­je mi fiol­kę prze­zro­czy­ste­go pły­nu.

– Wy­pij.

– Co to jest? – Gar­dło mam spuch­nię­te, z tru­dem prze­ły­kam śli­nę. – Co się te­raz sta­nie?

– Nie mogę ci po­wie­dzieć. Po pro­stu mi za­ufaj.

Wy­pusz­czam po­wie­trze z płuc i wle­wam do ust za­war­tość fio­ki. Oczy mi się za­my­ka­ją.

Otwie­ram je po chwi­li, ale je­stem już gdzie in­dziej. Zno­wu sto­ję w szkol­nej sto­łów­ce, jed­nak wszyst­kie dłu­gie sto­ły są pu­ste, a przez szkla­ne ścia­ny wi­dzę, że pada śnieg. Na bla­cie przede mną są dwa ko­szy­ki. W jed­nym leży ka­wa­łek sera, a w dru­gim nóż dłu­gi jak moje przed­ra­mię.

– Wy­bie­raj – roz­ka­zu­je ko­bie­cy głos za mną.

– Jak to?

– Wy­bie­raj – po­wta­rza.

Oglą­dam się przez ra­mię, ale ni­ko­go nie ma. Od­wra­cam się z po­wro­tem do ko­szy­ków.

– Co mam z tym zro­bić?

– Wy­bie­raj! – wrzesz­czy głos.

Kie­dy na mnie krzy­czy, strach zni­ka, za­stę­pu­je go upór. Marsz­czę brwi i krzy­żu­ję ra­mio­na.

– Jak so­bie chcesz – mówi głos.

Ko­szy­ki zni­ka­ją. Sły­szę skrzy­pie­nie drzwi i od­wra­cam się, żeby zo­ba­czyć, kto wcho­dzi. Wi­dzę, że nie „kto”, a „co”. Kil­ka me­trów przede mną stoi ja­kiś pies o szpi­cza­stym py­sku. Czai się, skra­da, szcze­rzy bia­łe kły. Z głę­bi jego gar­dła do­bie­ga war­cze­nie i te­raz wiem, do cze­go przy­dał­by mi się ser. Albo nóż. Ale już za póź­no.

My­ślę o uciecz­ce, jed­nak pies bę­dzie ode mnie szyb­szy. Nie dam rady go przy­gnieść do pod­ło­gi. Ser­ce mi wali. Mu­szę pod­jąć de­cy­zję. Gdy­bym tyl­ko mo­gła prze­sko­czyć blat i użyć go jako tar­czy – nie, prze­cież je­stem za ni­ska, żeby dać ta­kie­go susa, i za sła­ba, żeby prze­wró­cić stół.

Pies war­czy, ten dźwięk nie­mal wi­bru­je mi w czasz­ce.

We­dług książ­ki do bio­lo­gii psy wy­czu­wa­ją strach dzię­ki sub­stan­cjom che­micz­nym wy­dzie­la­nym pod wpły­wem stre­su przez ludz­kie gru­czo­ły – ta­kie same sub­stan­cje wy­dzie­la szczu­ta przez psy zwie­rzy­na. Za­pach stra­chu skła­nia je do ata­ku. Pies zbli­ża się po­wo­li, pa­zu­ra­mi dra­pie o pod­ło­gę.

Nie mogę uciec. Nie mogę wal­czyć. Wdy­cham więc śmier­dzą­cy od­dech psa i pró­bu­ję nie my­śleć, co wła­śnie jadł. W jego oczach nie ma bia­łek, tyl­ko lśnią­ca czerń.

Co jesz­cze wiem o psach? Nie po­win­nam mu pa­trzeć w oczy. To ozna­ka agre­sji. Pa­mię­tam, że kie­dy by­łam mała, pro­si­łam ojca o pie­ska, ale te­raz, gdy wpa­tru­ję się w pod­ło­gę pod psi­mi ła­pa­mi, nie mogę so­bie przy­po­mnieć dla­cze­go. Zwie­rzę się zbli­ża, wciąż war­czy. Je­że­li pa­trze­nie mu oczy to ozna­ka agre­sji, co jest ozna­ką ule­gło­ści?

Od­dy­cham gło­śno, ale spo­koj­nie. Klę­kam. Wca­le nie mam ocho­ty kłaść się przed psem na pod­ło­dze, bo wte­dy kły znaj­dą się na wy­so­ko­ści mo­jej twa­rzy. To jed­nak naj­lep­sze wyj­ście, ja­kie mam. Wy­cią­gam do tyłu nogi i opie­ram się na łok­ciach. Pies pod­kra­da się bli­żej, co­raz bli­żej, aż w koń­cu czu­ję jego cie­pły od­dech. Drżą mi ra­mio­na.

Szcze­ka mi do ucha. Za­ci­skam zęby, żeby nie krzy­czeć.

Coś szorst­kie­go i wil­got­ne­go do­ty­ka mo­je­go po­licz­ka. Pies prze­sta­je war­czeć. Dy­szy, kie­dy uno­szę gło­wę, żeby zno­wu na nie­go po­pa­trzeć. Liże mnie po twa­rzy. Marsz­czę czo­ło i sia­dam w kuc­ki. Zwie­rzę opie­ra się ła­pa­mi o moje ko­la­na, liże mi pod­bró­dek. Wzdry­gam się, wy­cie­ram śli­nę i się śmie­ję.

– Wca­le nie je­steś taką strasz­ną be­stią, co?

Wsta­ję po­wo­li, żeby go nie wy­stra­szyć, ale te­raz wy­da­je się cał­kiem in­nym zwie­rzę­ciem niż jesz­cze kil­ka se­kund temu. Ostroż­nie wy­cią­gam rękę, tak że­bym mo­gła ją w ra­zie cze­go cof­nąć. Zwie­rzę trą­ca ją łbem. Na­gle za­czy­nam się cie­szyć, że nie wzię­łam noża.

Mru­gam, a gdy znów otwie­ram oczy, po dru­giej stro­nie po­ko­ju stoi ja­kieś dziec­ko w bia­łym ubran­ku. Wy­cią­ga ręce i pisz­czy:

– Pie­sek!

Mała dziew­czyn­ka bie­gnie do sto­ją­ce­go obok mnie zwie­rzę­cia. Otwie­ram usta, żeby ją ostrzec, ale jest za póź­no. Pies się od­wra­ca. Nie war­czy, tyl­ko szcze­ka, uja­da i kła­pie zę­ba­mi, a mię­śnie na­pi­na­ją mu się jak kłęb­ki dru­tu. Szy­ku­je się do sko­ku. Bez na­my­słu sama ska­czę. Rzu­cam się na psa, ści­skam ra­mio­na­mi jego gru­bą szy­ję.

Ude­rzam gło­wą o pod­ło­gę. Pies zni­ka, mała dziew­czyn­ka też. Je­stem w sali te­stów sama. Po­wo­li się ob­ra­cam i nie wi­dzę sie­bie w żad­nym z lu­ster. Otwie­ram drzwi, wy­cho­dzę na ko­ry­tarz, ale to nie ko­ry­tarz, to au­to­bus. Wszyst­kie miej­sca są za­ję­te.

Sta­ję w przej­ściu mię­dzy sie­dze­nia­mi, ła­pię się po­rę­czy. Obok sie­dzi ja­kiś męż­czy­zna z ga­ze­tą. Pa­pier za­sła­nia mu twarz, ale wi­dzę jego dło­nie. Ma na nich bli­zny, chy­ba od po­pa­rzeń. Ści­ska ga­ze­tę tak moc­no, jak­by chciał ją po­miąć.

– Znasz tego fa­ce­ta? – pyta.

Stu­ka pal­cem w fo­to­gra­fię na pierw­szej stro­nie. Nad nią jest na­głó­wek: „Bru­tal­ny mor­der­ca wresz­cie schwy­ta­ny!” Wpa­tru­ję się w sło­wo „mor­der­ca”. Dużo cza­su mi­nę­ło, od­kąd ostat­nio czy­ta­łam to sło­wo, sam jego kształt na­peł­nia mnie prze­ra­że­niem.

Na zdję­ciu wi­dać bro­da­te­go mło­de­go męż­czy­znę o zwy­czaj­nej twa­rzy. Mam wra­że­nie, że skądś go znam, ale nie po­tra­fię so­bie przy­po­mnieć skąd. Jed­no­cze­śnie wy­da­je mi się, że to zły po­mysł, żeby się do tego przy­zna­wać.

– I co? – W jego gło­sie sły­szę złość. – Znasz go?

Zły po­mysł. Nie – bar­dzo zły po­mysł. Ser­ce mi wali. Moc­no ści­skam po­ręcz. Chcę po­wstrzy­mać drże­nie rąk, żeby się nie zdra­dzić. Je­śli przy­znam się, że znam czło­wie­ka ze zdję­cia, to sta­nie się ze mną coś strasz­ne­go. Mu­szę ja­koś prze­ko­nać męż­czy­znę, że nie znam. Mogę chrząk­nąć i wzru­szyć ra­mio­na­mi – cho­ciaż wte­dy skła­mię.

Chrzą­kam.

– Znasz go?

Wzru­szam ra­mio­na­mi.

– No to jak?

Prze­cho­dzi mnie dreszcz. Mój strach nie ma sen­su. To tyl­ko test, to nie dzie­je się na­praw­dę.

– Nie znam – od­po­wia­dam swo­bod­nie. – Nie mam po­ję­cia, kto to jest.

Męż­czy­zna wsta­je, wresz­cie wi­dzę jego twarz. Nosi oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, ze zło­ścią wy­krzy­wia usta. Od­dech cuch­nie mu pa­pie­ro­sa­mi. To nie dzie­je się na­praw­dę, przy­po­mi­nam so­bie. To nie dzie­je się na­praw­dę.

– Kła­miesz – mówi. – Kła­miesz!

– Nie kła­mię.

– Wi­dzę po two­ich oczach.

Pro­stu­ję się.

– Na pew­no nie.

– Je­śli go znasz – ści­sza głos – mo­gła­byś mnie ura­to­wać. Mo­gła­byś mnie ura­to­wać!

Mru­żę oczy.

– Hm. – Za­gry­zam zęby. – Nie znam.

Rozdział 3

Kiedy się bu­dzę, mam spo­co­ne dło­nie, a w doł­ku ści­ska mnie po­czu­cie winy. Leżę na fo­te­lu, w sali z lu­stra­mi. Od­chy­lam gło­wę i wi­dzę za sobą Tori. Za­ci­ska war­gi, zdej­mu­je elek­tro­dy z na­szych głów. Cze­kam, aż po­wie coś o te­ście – że się skoń­czył albo że do­brze wy­padł. Cho­ciaż czy taki test w ogó­le może źle wy­paść? Jed­nak ni­cze­go nie mówi, tyl­ko da­lej ścią­ga mi ka­ble z czo­ła.

Sia­dam, wy­cie­ram dło­nie o spodnie. Mu­sia­łam zro­bić coś nie tak, na­wet je­śli tyl­ko we wła­snej wy­obraź­ni. Czy Tori ma taką dziw­ną minę, bo nie wie, jak mi po­wie­dzieć, że okrop­ny ze mnie czło­wiek? Chcę, żeby coś po­wie­dzia­ła.

– To było zdu­mie­wa­ją­ce – mówi. – Prze­pra­szam, za­raz wra­cam.

Zdu­mie­wa­ją­ce?

Przy­cią­gam ko­la­na do pier­si i cho­wam w nich twarz. Chcia­ła­bym się po­pła­kać, bo łzy przy­nio­sły­by mi ulgę, ale nie po­tra­fię. Jak moż­na ob­lać test, do któ­re­go nie wol­no się przy­go­to­wać?

Czas mija, ja co­raz bar­dziej się de­ner­wu­ję. Co kil­ka se­kund mu­szę wy­cie­rać pot z dło­ni – a może po pro­stu tak ro­bię, bo to po­ma­ga mi się uspo­ko­ić. A je­śli stwier­dzą, że się nie na­da­ję do żad­nej frak­cji? Mu­sia­ła­by wte­dy żyć na uli­cy, ra­zem z resz­tą bez­frak­cyj­nych. Ja tak nie mogę. Brak frak­cji to nie tyl­ko ży­cie w bie­dzie i nie­wy­go­dzie. To tak­że ży­cie w od­cię­ciu od resz­ty spo­łe­czeń­stwa, od tego co naj­waż­niej­sze – od wspól­no­ty.

Mat­ka po­wie­dzia­ła mi kie­dyś, że sa­mot­nie nie da się prze­trwać – a gdy­by na­wet ja­koś się uda­ło, to nikt nie chce ta­kie­go ży­cia. Bez frak­cji nie mia­ło­by celu ani sen­su.

Krę­cę gło­wą. Nie wol­no mi tak my­śleć. Mu­szę być spo­koj­na.

Wresz­cie drzwi się otwie­ra­ją i wcho­dzi Tori. Ła­pię za po­rę­cze fo­te­la.

– Prze­pra­szam, że cię zmar­twi­łam – mówi.

Sta­je obok mnie, z rę­ka­mi w kie­sze­niach. Jest bla­da i zde­ner­wo­wa­na.

– Be­atri­ce, two­je wy­ni­ki nie były jed­no­znacz­ne. Zwy­kle na każ­dym eta­pie sy­mu­la­cji eli­mi­nu­je się jed­ną albo wię­cej frak­cji, ale w two­im przy­pad­ku wy­klu­czo­no tyl­ko dwie.

Wpa­tru­ję się w nią.

– Dwie? – Gar­dło mam tak ści­śnię­te, że aż cięż­ko mi mó­wić.

– Gdy­byś od­ru­cho­wo po­czu­ła nie­chęć do noża i wy­bra­ła ser, sy­mu­la­cja po­pro­wa­dzi­ła­by cię we­dług in­ne­go sce­na­riu­sza, któ­ry po­twier­dził­by two­ją przy­na­leż­ność do Ser­decz­no­ści. Tak się nie sta­ło, dla­te­go Ser­decz­ność zo­sta­ła wy­klu­czo­na. – Tori dra­pie się po kar­ku. – Za­zwy­czaj sy­mu­la­cja po­stę­pu­je li­nio­wo, wska­zu­je jed­ną frak­cję po­przez wy­klu­cze­nie in­nych. Two­je wy­bo­ry nie po­zwa­la­ły jed­nak wy­klu­czyć dru­giej moż­li­wo­ści, Pra­wo­ści, dla­te­go mu­sia­łam zmie­nić sy­mu­la­cję i umie­ścić cię w au­to­bu­sie. Ten twój upór przy nie­praw­dzie wy­klu­czył Pra­wość. – Uśmie­cha się lek­ko. – Nie martw się. W tam­tej sy­tu­acji tyl­ko Pra­wy by nie skła­mał.

Roz­luź­nia się je­den z wę­złów za­su­pła­nych w moim żo­łąd­ku. Może nie je­stem aż taka okrop­na.

– To jed­nak nie mówi wszyst­kie­go. Nie kła­mią Pra­wi… ale i Al­tru­iści – cią­gnie. – I tu mamy pro­blem.

Otwie­ram usta.

– Z jed­nej stro­ny, wo­la­łaś sama rzu­cić się na psa, niż po­zwo­lić mu za­ata­ko­wać dziew­czyn­kę, a to re­ak­cja zo­rien­to­wa­na na Al­tru­izm… a z dru­giej, kie­dy tam­ten męż­czy­zna po­wie­dział, że praw­da by go ura­to­wa­ła, i tak nie chcia­łaś jej zdra­dzić. Taka od­po­wiedź nie wska­zu­je już na Al­tru­izm. – Wzdy­cha. – To, że nie ucie­kłaś przed psem, świad­czy o przy­na­leż­no­ści do Nie­ustra­szo­nych, ale na to samo wska­zu­je wy­bór noża, a tego nie zro­bi­łaś. – Chrzą­ka. – Z roz­my­słem za­re­ago­wa­łaś na psa, i to wska­zu­je na sil­ną skłon­ność do Eru­dy­cji. Nie mam po­ję­cia, co skło­ni­ło cię do de­cy­zji pod­ję­tych na pierw­szym eta­pie, ale…

– Chwi­lecz­kę – prze­ry­wam jej. – Czy­li nie masz po­ję­cia, jaka jest moja przy­na­leż­ność?

– I tak, i nie. Moim zda­niem jed­na­ko­wo na­da­jesz się do Al­tru­izmu, Nie­ustra­szo­nych i Eru­dy­cji – wy­ja­śnia. – Ta­kich, któ­rzy uzy­sku­ją po­dob­ny wy­nik… – oglą­da się przez ra­mię, jak­by my­śla­ła, że ktoś się za nią po­ja­wi – na­zy­wa się Nie­zgod­ny­mi.

Ostat­nie sło­wo wy­po­wia­da tak ci­cho, że le­d­wo je sły­szę. Zno­wu wy­glą­da na zde­ner­wo­wa­ną i zmar­twio­ną. Ob­cho­dzi fo­tel i na­chy­la się do mnie.

– Be­atri­ce, w żad­nym wy­pad­ku nie mów o tym ni­ko­mu. To bar­dzo waż­ne.

– Nie wol­no nam roz­ma­wiać o wy­ni­kach te­stów. – Ki­wam gło­wą. – Wiem.

– Nie. – Przy­ku­ca obok fo­te­la i opie­ra ra­mio­na o po­ręcz. Na­sze twa­rze są w od­le­gło­ści za­le­d­wie kil­ku cen­ty­me­trów. – To coś in­ne­go. Nie cho­dzi mi o to, że masz te­raz o tym nie mó­wić; cho­dzi o to, że nig­dy nie wol­no ci o tym mó­wić, ni­ko­mu, nie­waż­ne, co się wy­da­rzy. Nie­zgod­ność jest bar­dzo nie­bez­piecz­na. Ro­zu­miesz?

Nie ro­zu­miem. Jak wy­nik te­stu, któ­ry nie daje roz­strzy­gnię­cia, może być nie­bez­piecz­ny? Mimo to przy­ta­ku­ję. I tak nie mam ocho­ty opo­wia­dać o swo­ich wy­ni­kach.

– Do­brze. – Zsu­wam ręce z po­rę­czy i wsta­ję. Jest mi nie­swo­jo.

– Pro­po­nu­ję, że­byś te­raz po­szła do domu. Mu­sisz prze­my­śleć wie­le spraw, a cze­ka­nie ra­zem z in­ny­mi nic ci nie da.

– Mu­szę po­wie­dzieć bra­tu, do­kąd idę.

– Ja mu po­wiem.

Do­ty­kam czo­ła. Kie­dy wy­cho­dzę z sali, wpa­tru­ję się w pod­ło­gę. Nie po­tra­fię spoj­rzeć Tori w oczy. Nie po­tra­fię my­śleć o ju­trzej­szej Ce­re­mo­nii Wy­bo­ru.

Wy­bór na­le­ży te­raz do mnie, bez wzglę­du na test.

Al­tru­izm, Nie­ustra­szo­ność. Eru­dy­cja.

Nie­zgod­ność.

Po­sta­na­wiam nie je­chać au­to­bu­sem. Je­śli wró­cę wcze­śniej, oj­ciec to za­uwa­ży, gdy pod ko­niec dnia spraw­dzi do­mo­we re­je­stry, i będę mu­sia­ła wy­tłu­ma­czyć, co się sta­ło. Idę więc pie­cho­tą. Mu­szę spo­tkać się z Ca­le­bem, za­nim po­wie coś ro­dzi­com. Ca­leb po­tra­fi do­cho­wać ta­jem­ni­cy.

Idę środ­kiem uli­cy. Au­to­bu­sy zwy­kle jeż­dżą bli­sko kra­węż­ni­ków, więc tu­taj jest bez­piecz­niej. Cza­sem na uli­cach nie­da­le­ko swo­je­go domu wi­dzę śla­dy żół­tych li­nii. Te­raz, gdy jeź­dzi tak mało sa­mo­cho­dów, li­nie do ni­cze­go się nie przy­da­ją. Nie po­trze­bu­je­my też sy­gna­li­za­to­rów, ale gdzie­nieg­dzie jesz­cze ko­ły­szą się groź­nie nad uli­cą, jak­by w każ­dej chwi­li mo­gły spaść.

Po­wo­li od­na­wia­ne mia­sto to prze­pla­tan­ka no­wych, czy­stych bu­dyn­ków i sta­rych, wa­lą­cych się ru­der. Nowe domy sto­ją głów­nie nie­da­le­ko ba­gna, któ­re daw­no temu było je­zio­rem. Więk­szość re­mon­tów prze­pro­wa­dza agen­cja ochot­ni­ków z Al­tru­izmu, dla któ­rej pra­cu­je moja mat­ka.

Gdy pa­trzę z boku na ży­cie Al­tru­istów, my­ślę so­bie, że jest pięk­ne. Kie­dy ob­ser­wu­ję har­mo­nię swo­jej ro­dzi­ny; kie­dy wspól­nie idzie­my na ko­la­cję, a po­tem ra­zem sprzą­ta­my i ni­ko­go nie trze­ba o to pro­sić; kie­dy wi­dzę, jak Ca­leb po­ma­ga ob­cym lu­dziom no­sić za­ku­py – wte­dy zno­wu za­ko­chu­ję się w tym ży­ciu. Pro­ble­my za­czy­na­ją się do­pie­ro, gdy sama pró­bu­ję tak żyć. Chy­ba nig­dy nie ro­bię tego szcze­rze.

Jed­nak wy­bór in­nej frak­cji ozna­czał­by, że na za­wsze opusz­czę ro­dzi­nę.

Za­raz za sek­to­rem Al­tru­izmu cią­gnie się pa­smo szkie­le­tów do­mów i po­pę­ka­nych chod­ni­ków, przez któ­re te­raz idę. W nie­któ­rych miej­scach dro­ga zu­peł­nie się za­pa­dła, od­sła­nia­jąc ka­na­ły i pu­ste tu­ne­le me­tra – mu­szę je uważ­nie omi­jać. Gdzie in­dziej tak moc­no śmier­dzi od­pad­ka­mi i ście­ka­mi, że za­ty­kam nos.

To wła­śnie tu­taj miesz­ka­ją bez­frak­cyj­ni. Nie uda­ło im się przejść ini­cja­cji w wy­bra­nej frak­cji, dla­te­go żyją w nę­dzy i zaj­mu­ją się tym, cze­go inni nie chcą ro­bić. Są do­zor­ca­mi, śmie­cia­rza­mi, pra­cu­ją na bu­do­wach, przę­dą tka­ni­ny, kie­ru­ją po­cią­ga­mi i au­to­bu­sa­mi. Za swo­ją pra­cę do­sta­ją je­dze­nie i ubra­nie. Ale jak po­wta­rza mat­ka, jed­ne­go i dru­gie­go za mało.

Wi­dzę ja­kie­goś bez­frak­cyj­ne­go, stoi przede mną na rogu uli­cy. Nosi po­dar­te brą­zo­we łach­ma­ny, na szczę­ce ma ob­wi­słą skó­rę. Wpa­tru­je się we mnie. Od­wza­jem­niam spoj­rze­nie, nie po­tra­fię od­wró­cić wzro­ku.

– Prze­pra­szam – od­zy­wa się za­chryp­nię­tym gło­sem. – Masz ja­kieś je­dze­nie?

Coś ści­ska mnie za gar­dło. Sły­szę we­wnętrz­ny su­ro­wy na­kaz: „Schyl gło­wę i idź da­lej”. Nie, nie po­win­nam bać się tego czło­wie­ka. Po­trze­bu­je po­mo­cy, a ja po­win­nam mu po­móc.

– Eee… tak – od­po­wia­dam. Się­gam do tor­by. Oj­ciec mówi, że­bym za­wsze no­si­ła coś do je­dze­nia, wła­śnie na taki wy­pa­dek. Po­da­ję męż­czyź­nie małą pacz­kę su­szo­nych ka­wał­ków jabł­ka.

Się­ga po nie, ale za­miast wziąć owo­ce, za­ci­ska dłoń na moim nad­garst­ku. Uśmie­cha się. Na przo­dzie bra­ku­je mu zęba.

– Rany, ale ty masz pięk­ne oczy – mówi. – Szko­da, że cała resz­ta taka zwy­czaj­na.

Ser­ce mi ło­mo­cze. Szar­pię rękę, ale on ści­ska jesz­cze moc­nej. W jego od­de­chu wy­czu­wam coś kwa­śne­go i nie­przy­jem­ne­go.

– Ko­cha­na, chy­ba je­steś tro­chę za mło­da, żeby tu sama cho­dzić.

Prze­sta­ję się szar­pać, bar­dziej się wy­pro­sto­wu­ję. Wiem, że wy­glą­dam na mniej lat. Nie trze­ba mi tego przy­po­mi­nać.

– Je­stem star­sza, niż wy­glą­dam – od­po­wia­dam. – Mam szes­na­ście lat.

Fa­cet sze­rzej otwie­ra usta, od­sła­nia sza­ry trzo­no­wiec z ciem­ną dziu­rą z boku. Trud­no stwier­dzić, czy się te­raz śmie­je, czy krzy­wi.

– Więc dzi­siaj jest twój spe­cjal­ny dzień? Dzień przed wy­bo­rem?

– Puść mnie. – W uszach mi dzwo­ni. Mój głos brzmi wy­raź­nie i sta­now­czo. Nie spo­dzie­wa­łam się tego. Jak­by nie na­le­żał do mnie.

Je­stem go­to­wa. Wiem, co ro­bić. Wy­obra­żam so­bie, jak co­fam ło­kieć i ude­rzam. Wi­dzę od­la­tu­ją­cą ode mnie to­reb­kę z jabł­ka­mi. Sły­szę, jak bie­gnę. Je­stem go­to­wa do ak­cji.

Ale wte­dy bez­frak­cyj­ny pusz­cza nad­gar­stek, za­bie­ra jabł­ka i mówi:

– Wy­bierz mą­drze, dziew­czy­no.

Rozdział 4

Według ze­gar­ka, na swo­ją uli­cę do­cie­ram pięć mi­nut wcze­śniej niż zwy­kle. Ze­ga­rek to je­dy­na ozdo­ba, jaką wol­no no­sić Al­tru­istom, tyl­ko dla­te­go, że jest po­trzeb­na. Mój ma sza­ry pa­sek i szkla­ną szyb­kę. Je­śli od­po­wied­nio ją prze­chy­lę, na ręce pra­wie wi­dzę swo­je od­bi­cie.

Na mo­jej uli­cy wszyst­kie domy mają ten sam roz­miar i kształt. Zbu­do­wa­ne są z sza­re­go be­to­nu. Do tego kil­ka okien – ta­kich zwy­kłych, prak­tycz­nych pro­sto­ką­tów. Na traw­ni­kach ro­śnie pa­lusz­nik, a skrzyn­ki pocz­to­we są z ma­to­we­go me­ta­lu. Nie­któ­rym ten wi­dok może się wy­da­wać po­nu­ry, ale mnie uspo­ka­ja jego pro­sto­ta.

Wbrew temu, co my­ślą w in­nych frak­cjach, ta pro­sto­ta nie wzię­ła się z nie­chę­ci do ory­gi­nal­no­ści. Domy, ubra­nia, fry­zu­ry mają nam po­móc za­po­mnieć o so­bie sa­mych i chro­nić przed próż­no­ścią, chci­wo­ścią i za­wi­ścią, któ­re są od­mia­na­mi ego­izmu. Kie­dy po­sia­da­my nie­wie­le, to i chce­my nie­wie­le, wszy­scy je­ste­śmy rów­ni, ni­cze­go so­bie nie za­zdro­ści­my.

Pró­bu­ję to po­lu­bić.

Sia­dam przed do­mem na schod­kach i cze­kam na Ca­le­ba. Nie cze­kam dłu­go. Po chwi­li wi­dzę ubra­ne na sza­ro po­sta­cie idą­ce uli­cą. Sły­szę śmiech. W szko­le sta­ra­my się nie zwra­cać na sie­bie uwa­gi, w domu jed­nak za­czy­na­my się ba­wić i śmiać. Ale na­wet wte­dy nikt nie lubi mo­ich zło­śli­wych uwag. Zło­śli­wość jest za­wsze czy­imś kosz­tem. Może i le­piej, że w Al­tru­izmie każą mi ją tłu­mić. Może wca­le nie mu­szę opusz­czać ro­dzi­ny. Może gdy­bym bar­dzo się sta­ra­ła za­cho­wy­wać jak Al­tru­ist­ka, uda­wa­nie zmie­ni­ło­by się w rze­czy­wi­stość.

– Be­atri­ce! – woła Ca­leb. – Co się sta­ło? Nic ci nie jest?

– Nie, w po­rząd­ku.

Ca­leb stoi z Su­san i jej bra­tem Ro­ber­tem. Su­san pa­trzy na mnie ja­koś dziw­nie, jak­bym była kimś in­nym, a nie tą, któ­rą zna­ła jesz­cze dzi­siaj rano. Wzru­szam ra­mio­na­mi.

– Po te­ście zro­bi­ło mi się nie­do­brze. To pew­nie przez ten płyn, któ­ry nam dali. Ale już mi le­piej.

Sta­ram się uśmie­chać prze­ko­ny­wa­ją­co. Z Su­san i Ro­ber­tem chy­ba mi się uda­ło, ale Ca­leb mru­ży oczy, jak za­wsze, kie­dy po­dej­rze­wa ko­goś o kłam­stwo.

– Je­cha­li­ście dzi­siaj au­to­bu­sem? – py­tam. Wca­le mnie nie ob­cho­dzi, jak Su­san i Ro­bert wra­ca­li ze szko­ły, ale mu­szę zmie­nić te­mat.

– Oj­ciec mu­siał pra­co­wać do póź­na – od­po­wia­da Su­san – i po­wie­dział, że­by­śmy tro­chę po­roz­my­śla­li przed ju­trzej­szą ce­re­mo­nią.

Ser­ce wali mi na myśl o ce­re­mo­nii.

– Jak chcesz, przyjdź póź­niej, bę­dziesz mile wi­dzia­na – uprzej­mie za­pra­sza ją Ca­leb.

– Dzię­ku­ję. – Su­san uśmie­cha się do nie­go.

Ro­bert uno­si brew, pa­trzy na mnie. Wy­mie­nia­my się ta­ki­mi spoj­rze­nia­mi już od roku, od kie­dy Su­san i Ca­leb za­czę­li nie­śmia­ło flir­to­wać, tak jak to ro­bią tyl­ko Al­tru­iści. Mój brat od­pro­wa­dza Su­san wzro­kiem. Aż mu­szę go szarp­nąć za ra­mię, żeby się ock­nął. Idzie­my do domu, za­my­kam za nami drzwi.

Ca­leb od­wra­ca się do mnie. Jego ciem­ne, pro­ste brwi zbie­ga­ją się i po­ja­wia się mię­dzy nimi zmarszcz­ka. Kie­dy robi taką minę, bar­dziej niż mat­kę przy­po­mi­na ojca. Wi­dzę wte­dy, jak jego dal­sze ży­cie ukła­da się tak jak ży­cie ojca. Zo­sta­je w Al­tru­izmie, uczy się za­wo­du, żeni z Su­san i za­kła­da ro­dzi­nę. Cu­dow­ne.

Mogę tego już nig­dy nie zo­ba­czyć.

– Te­raz po­wiesz mi praw­dę? – pyta ci­cho.

– Praw­da jest taka, że mam z tobą o tym nie roz­ma­wiać. A ty masz mnie o to nie py­tać.

– Na­gi­nasz wszyst­kie za­sa­dy, a tej jed­nej nie mo­żesz? Na­wet w tak po­waż­nej spra­wie? – Marsz­czy brwi, przy­gry­za ką­cik ust. Cho­ciaż jego sło­wa brzmią oskar­ży­ciel­sko, to chy­ba cho­dzi mu o wy­do­by­cie ze mnie in­for­ma­cji. Jak­by na­praw­dę za­le­ża­ło mu na od­po­wie­dzi.

Mru­żę oczy.

– A ty po­wiesz? Ca­leb, co było w two­im te­ście?

Pa­trzy­my na sie­bie. Sły­szę gwizd lo­ko­mo­ty­wy, tak ci­chy, że rów­nie do­brze mógł­by to być tyl­ko wiatr wy­ją­cy na uli­cach. Po­zna­ję ten dźwięk. Brzmi w nim Nie­ustra­szo­ność, wzy­wa mnie.

– Tyl­ko… nie mów ro­dzi­com co się sta­ło, okay? – od­zy­wam się po chwi­li.

Przez mo­ment spo­glą­da mi w oczy, wresz­cie kiwa gło­wą.

Chcę iść na górę i się po­ło­żyć. Test, spa­cer i spo­tka­nie z bez­frak­cyj­nym zu­peł­nie mnie wy­koń­czy­ły. Ale Ca­leb zro­bił dzi­siaj śnia­da­nie, mama lunch, a wczo­raj wie­czo­rem ko­la­cję przy­go­to­wał oj­ciec, więc te­raz moja ko­lej. Bio­rę głę­bo­ki wdech i ru­szam do kuch­ni.

Przy­cho­dzi do mnie Ca­leb. Za­ci­skam zęby. We wszyst­kim mi po­ma­ga. Naj­bar­dziej de­ner­wu­je mnie w nim wła­śnie ta na­tu­ral­na do­broć, ta wro­dzo­na ofiar­ność.

Pra­cu­je­my ra­zem, nie od­zy­wa­my się do sie­bie. Go­tu­ję gro­szek na ku­chen­ce. Ca­leb roz­mra­ża czte­ry ka­wał­ki kur­cza­ka. Te­raz jemy głów­nie mro­żon­ki albo kon­ser­wy, bo far­my leżą bar­dzo da­le­ko. Mat­ka kie­dyś mi opo­wia­da­ła, że daw­no temu byli tacy lu­dzie, któ­rzy spe­cjal­nie nie ku­po­wa­li żyw­no­ści ge­ne­tycz­nie zmo­dy­fi­ko­wa­nej, bo uwa­ża­li, że jest nie­na­tu­ral­na. My nie mamy wy­bo­ru.

Gdy ro­dzi­ce wra­ca­ją do domu, ko­la­cja jest go­to­wa, a stół na­kry­ty. Oj­ciec sta­wia tecz­kę na pod­ło­dze i ca­łu­je mnie w gło­wę. Inni wi­dzą w nim czło­wie­ka, któ­ry nie zno­si sprze­ci­wu, może na­wet za bar­dzo – ale on jest też czu­ły. Sta­ram się do­strze­gać tyl­ko jego do­bre stro­ny. Na­praw­dę się sta­ram.

– Jak po­szedł test? – pyta.

Na­kła­dam gro­szek do wazy.

– Świet­nie. – Nie mo­gła­bym zo­stać Pra­wą. Za ła­two kła­mię.

– Sły­sza­łam, że przy jed­nym z te­stów zro­bi­ło się ja­kieś za­mie­sza­nie – wtrą­ca się mat­ka.

Tak jak oj­ciec, ona też pra­cu­je w ad­mi­ni­stra­cji, ale kie­ru­je pro­jek­ta­mi zwią­za­ny­mi z roz­wo­jem mia­sta. Zaj­mu­je się re­kru­ta­cją ochot­ni­ków do prze­pro­wa­dza­nia te­stów przy­na­leż­no­ści. Więk­szość cza­su spę­dza jed­nak na po­mo­cy bez­frak­cyj­nym. Za­opa­tru­je ich w je­dze­nie, szu­ka dla nich miesz­kań i pra­cy.

– Na­praw­dę? – za­cie­ka­wia się oj­ciec.

Pro­ble­my z te­sta­mi przy­na­leż­no­ści zda­rza­ją się rzad­ko.

– Nie­wie­le o tym wiem, ale moja przy­ja­ciół­ka Erin mó­wi­ła, że przy jed­nym z te­stów coś po­szło tak źle, że wy­ni­ki trze­ba było po­dać ust­nie. – Mat­ka kła­dzie ser­wet­kę przy każ­dym na­kry­ciu. – Naj­wy­raź­niej ja­kiś uczeń źle się po­czuł i ode­sła­no go wcze­śniej do domu. – Wzru­sza ra­mio­na­mi. – Mam na­dzie­ję, że ni­ko­mu nic się nie sta­ło. A wy, sły­sze­li­ście coś o tym?

– Nie. – Ca­leb uśmie­cha się do mat­ki.

On też nie mógł­by zo­stać Pra­wym.

Sie­dzi­my przy sto­le. Po­si­łek za­wsze po­da­je­my od pra­wej stro­ny, nikt nie za­czy­na jeść, aż wszy­scy go nie do­sta­ną. Oj­ciec wy­cią­ga ręce do mat­ki i bra­ta, a oni wy­cią­ga­ją ręce do nie­go i do mnie. Dzię­ku­ję Bogu za je­dze­nie, pra­cę, przy­ja­ciół i ro­dzi­nę. W Al­tru­izmie nie wszyst­kie ro­dzi­ny są re­li­gij­ne, ale oj­ciec mówi, że po­win­ni­śmy sta­rać się nie do­strze­gać ta­kich róż­nic, bo to tyl­ko by nas dzie­li­ło. Nie wiem, co o tym my­śleć.

– A te­raz – mat­ka zwra­ca się do ojca – opo­wia­daj.

Chwy­ta ojca za dłoń i kciu­kiem za­ta­cza mu małe kół­ko po kost­kach. Wpa­tru­ję się w ich złą­czo­ne ręce. Moi ro­dzi­ce się ko­cha­ją, ale przy nas rzad­ko oka­zu­ją so­bie czu­łość. Uczy­li nas, że kon­takt fi­zycz­ny ma w so­bie wiel­ką siłę, dla­te­go od dziec­ka się go wy­strze­gam.

– No, po­wiedz, co cię drę­czy? – do­da­je mat­ka.

Wpa­tru­ję się w ta­lerz. Cza­sem za­ska­ku­je mnie jej wy­czu­cie. Te­raz mam wy­rzu­ty su­mie­nia. Dla­cze­go tak bar­dzo sku­pi­łam się na so­bie, że nie za­uwa­ży­łam głę­bo­kiej zmarszcz­ki na czo­le ojca i tego, że się zgar­bił?

– Mia­łem cięż­ki dzień w pra­cy – za­czy­na. – Tak na­praw­dę to Mar­cus miał cięż­ki dzień. Nie po­wi­nie­nem mieć do nie­go pre­ten­sji.

Mar­cus pra­cu­je ra­zem z oj­cem. Obaj sto­ją na cze­le rzą­du. Mia­stem rzą­dzi rada zło­żo­na z pięć­dzie­się­ciu osób, sa­mych przed­sta­wi­cie­li Al­tru­izmu, bo na­szą frak­cję uwa­ża się za nie­prze­kup­ną wła­śnie dla­te­go, że je­ste­śmy tacy bez­in­te­re­sow­ni. Li­de­rzy Al­tru­izmu są wy­bie­ra­ni spo­śród rów­nych, bie­rze się przy tym pod uwa­gę nie­na­gan­ny cha­rak­ter, przy­wią­za­nie do za­sad i zdol­no­ści przy­wód­cze. Przed­sta­wi­cie­le in­nych frak­cji na spo­tka­niach rady mogą wy­po­wia­dać się w róż­nych spra­wach, ale to ona po­dej­mu­je osta­tecz­ną de­cy­zję. Jej człon­ko­wie dzia­ła­ją wspól­nie, ale Mar­cus ma naj­więk­sze wpły­wy.

Tak jest od na­sta­nia Wiel­kie­go Po­ko­ju, kie­dy utwo­rzo­no frak­cje. My­ślę, że ten sys­tem prze­trwał, bo wszy­scy się bo­imy tego, do cze­go by do­szło, gdy­by go nie było: woj­ny.

– Cho­dzi o ten re­por­taż Je­ani­ne Mat­thews? – pyta mat­ka.

Je­ani­ne Mat­thews jest w ra­dzie je­dy­ną przed­sta­wi­ciel­ką Eru­dy­cji. Wy­bra­no ją, bo ma wy­so­ki ilo­raz in­te­li­gen­cji. Oj­ciec czę­sto na nią na­rze­ka.

Uno­szę wzrok.

– Re­por­taż?

Ca­leb rzu­ca mi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. Nie wol­no nam od­zy­wać się przy sto­le, chy­ba że ro­dzi­ce o coś za­py­ta­ją. Zwy­kle tego nie ro­bią. Oj­ciec mówi, że uwa­ga, jaką im po­świę­ca­my, to nasz dar dla nich. Oni po­świę­ca­ją nam uwa­gę po ko­la­cji w sa­lo­nie.

– Tak. – Oj­ciec mru­ży oczy. – Ci aro­ganc­cy, prze­mą­drza­li… – Ury­wa i chrzą­ka. – Prze­pra­szam. Ale ona w re­por­ta­żu ata­ku­je cha­rak­ter Mar­cu­sa.

Uno­szę brwi.

– Co to zna­czy? – py­tam.

– Be­atri­ce! – Ca­leb gasi mnie spo­koj­nie.

Po­chy­lam gło­wę, ob­ra­cam wi­de­lec – tam i z po­wro­tem, tam i z po­wro­tem. Cze­kam, aż prze­sta­ją mnie piec po­licz­ki. Nie lu­bię, jak ktoś mi zwra­ca uwa­gę. Szcze­gól­nie brat.

– To zna­czy – od­po­wia­da oj­ciec – że jej zda­niem syn Mar­cu­sa wy­brał Nie­ustra­szo­ność za­miast Al­tru­izmu, bo Mar­cus był dla nie­go okrut­ny i bru­tal­ny.

Nie­wie­le osób uro­dzo­nych w Al­tru­izmie po­sta­na­wia ją opu­ścić. Kie­dy sta­nie się coś ta­kie­go, pa­mię­ta­my o tym. Dwa lata temu To­bias, syn Mar­cu­sa, prze­szedł z na­szej frak­cji do Nie­ustra­szo­nych. Mar­cus się za­ła­mał. To­bias jest jego je­dy­nym dziec­kiem – i je­dy­ną ro­dzi­ną, od kie­dy żona zmar­ła, ro­dząc dru­gie dziec­ko. No­wo­ro­dek umarł kil­ka mi­nut po niej.

Nig­dy nie spo­tka­łam To­bia­sa. Rzad­ko brał udział we wspól­nych uro­czy­sto­ściach na­szej spo­łecz­no­ści i nig­dy nie przy­cho­dził do nas z oj­cem na ko­la­cję. Mój oj­ciec czę­sto mó­wił, że to dziw­ne – ale te­raz to już bez zna­cze­nia.

– Okrut­ny? Mar­cus? – Mat­ka krę­ci gło­wą. – Bied­ny czło­wiek. Jak­by jesz­cze trze­ba mu było przy­po­mi­nać o stra­cie.

– Chcia­łaś po­wie­dzieć: o zdra­dzie, ja­kiej do­pu­ścił się jego syn? – od­parł chłod­no oj­ciec. – Nie po­wi­nie­nem się temu dzi­wić. Eru­dy­cja ata­ku­je nas tymi re­por­ta­ża­mi już od mie­się­cy. A to jesz­cze nie ko­niec. Bę­dzie tego wię­cej, za­pew­niam.

Nie po­win­nam zno­wu się od­zy­wać, ale nie po­tra­fię się po­wstrzy­mać.

– Dla­cze­go to ro­bią? – wy­pa­lam.

– Be­atri­ce, a dla­cze­go nie ko­rzy­stasz z oka­zji, żeby te­raz wy­słu­chać swo­je­go ojca? – od­po­wia­da ła­god­nie mat­ka. Jej sło­wa są su­ge­stią, nie po­le­ce­niem.

Pa­trzę po­nad sto­łem na Ca­le­ba. Jego oczy mają wy­raz nie­za­do­wo­le­nia.

Wpa­tru­ję się w swój gro­szek. Nie je­stem pew­na, czy umia­ła­bym da­lej żyć w ta­kim po­słu­szeń­stwie. Nie idzie mi to.

– Do­brze wiesz dla­cze­go – cią­gnie da­lej oj­ciec. – Bo mamy coś, cze­go chcą. Kie­dy nie­po­ha­mo­wa­na żą­dza wie­dzy pro­wa­dzi do żą­dzy wła­dzy, czło­wiek błą­dzi, po­dą­ża w mrok i pust­kę. Po­win­ni­śmy się cie­szyć, że je­ste­śmy mą­drzej­si.

Przy­ta­ku­ję. Wiem, że nie wy­bio­rę Eru­dy­cji, na­wet je­śli z mo­je­go te­stu by wy­ni­ka­ło, że mo­gła­bym. Je­stem nie­odrod­ną cór­ką swo­je­go ojca.

Ro­dzi­ce sprzą­ta­ją po obie­dzie. Ca­le­bo­wi też nie po­zwa­la­ją, żeby im po­ma­gał, bo dzi­siaj mu­si­my być sami, a nie sie­dzieć w sa­lo­nie. Mamy prze­my­śleć test.

Gdy­bym tyl­ko mo­gła po­roz­ma­wiać o tych wy­ni­kach, ro­dzi­na pew­nie wspar­ła­by mnie w do­ko­ny­wa­niu wy­bo­ru. Ale mi nie wol­no. Za każ­dym ra­zem, gdy już słab­nie moje po­sta­no­wie­nie, żeby trzy­mać bu­zię na kłód­kę, sły­szę w my­ślach ostrze­gaw­czy szept Tori.

Ra­zem z Ca­le­bem wcho­dzę po scho­dach, ale na gó­rze, gdy się roz­dzie­la­my i idzie­my do swo­ich sy­pial­ni, brat mnie za­trzy­mu­je, kła­dzie mi dłoń na ra­mie­niu.

– Be­atri­ce – za­czy­na po­waż­nym to­nem i pa­trzy mi pro­sto w oczy. – Po­win­ni­śmy my­śleć o na­szej ro­dzi­nie. – W jego gło­sie po­ja­wia się za­wzię­tość. – Ale mu­si­my też my­śleć o so­bie.

Przez chwi­lę wpa­tru­ję się w nie­go. Jesz­cze nig­dy do­tąd nie wi­dzia­łam, żeby my­ślał o so­bie, jesz­cze nig­dy nie sły­sza­łam, żeby na­ma­wiał do cze­goś in­ne­go niż ofiar­ność.

Je­stem tak za­sko­czo­na sło­wa­mi bra­ta, że po pro­stu mó­wię to, cze­go by ode mnie ocze­ki­wa­no:

– Te­sty nie mu­szą zmie­niać na­szych wy­bo­rów.

Ca­leb uśmie­cha się lek­ko.

– I nie zmie­nią, praw­da?

Ści­ska mi ra­mię i idzie do swo­je­go po­ko­ju. Za­glą­dam do nie­go, wi­dzę nie­po­ście­lo­ne łóż­ko i stos ksią­żek na biur­ku. Ca­leb za­my­ka drzwi. Chcia­ła­bym móc mu po­wie­dzieć, że obo­je czu­je­my to samo. Chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać z nim tak, jak chcę, a nie jak po­win­nam. Ale przy­znać się, że sama po­trze­bu­ję po­mo­cy… na to nie mogę się zdo­być – dla­te­go się od­wra­cam.

Wcho­dzę do swo­je­go po­ko­ju. Kie­dy za­my­kam za sobą drzwi, uświa­da­miam so­bie, że de­cy­zja może oka­zać się ła­twa. Wy­bra­nie Al­tru­izmu wy­ma­ga wiel­kiej bez­in­te­re­sow­no­ści, a wy­bra­nie Nie­ustra­szo­nych wiel­kiej od­wa­gi. Ta ce­cha, któ­ra ju­tro prze­wa­ży, po­ka­że, do cze­go pa­su­ję. Ju­tro obie ce­chy będą we mnie wal­czyć i tyl­ko jed­na wy­gra.

Rozdział 5

Auto­bus, któ­rym je­dzie­my na Ce­re­mo­nię Wy­bo­ru, jest pe­łen lu­dzi w sza­rych ko­szu­lach i sza­rych spodniach. Bla­dy krąg sło­necz­ne­go świa­tła prze­pa­la chmu­ry jak koń­ców­ka ża­rzą­ce­go się pa­pie­ro­sa. Sama nig­dy nie pa­li­łam – to ści­śle wią­że się z próż­no­ścią – ale kie­dy wy­sia­da­my z au­to­bu­su, przed bu­dyn­kiem stoi tłum Pra­wych i pali.

Żeby zo­ba­czyć gór­ną część Bazy, mu­szę od­chy­lić gło­wę, a i tak część gma­chu cho­wa się w chmu­rach. To naj­wyż­sza bu­dow­la w mie­ście. Z okna sy­pial­ni wi­dzę świa­tła dwóch an­ten na jej da­chu.

Wy­sia­dam z au­to­bu­su za ro­dzi­ca­mi. Ca­leb wy­da­je się spo­koj­ny, też bym była, gdy­bym wie­dzia­ła, co ro­bić. Mam wra­że­nie, że ser­ce za­raz wy­sko­czy mi z pier­si. Kie­dy wcho­dzę po scho­dach do głów­ne­go wej­ścia, opie­ram się na ra­mie­niu bra­ta.

W win­dzie jest tłok, więc oj­ciec ustę­pu­je miej­sca frak­cji Ser­decz­nych. Wcho­dzi­my scho­da­mi. Idzie­my za nim bez sło­wa, da­jąc przy­kład in­nym oso­bom z na­szej frak­cji, i wkrót­ce całą na­szą trój­kę wchła­nia masa ubra­nych na sza­ro lu­dzi, któ­rzy w przy­ćmio­nym świe­tle wspi­na­ją się po be­to­no­wych stop­niach. Do­sto­so­wu­ję się do ich tem­pa. Tu­pot rów­ne­go kro­ku roz­brzmie­wa­ją­cy mi w uszach i jed­no­li­ty wy­gląd ota­cza­ją­cych mnie osób spra­wia, że za­czy­nam my­śleć o wy­bra­niu wła­śnie cze­goś ta­kie­go. Mo­gła­bym do­łą­czyć do wspól­ne­go umy­słu Al­tru­izmu, zaj­mo­wać się tyl­ko tym, co do­ty­czy in­nych.

Ale za­czy­na­ją mnie bo­leć nogi, z tru­dem ła­pię od­dech i zno­wu się roz­pra­szam. Żeby do­trzeć na Ce­re­mo­nię Wy­bo­ru, mu­si­my wdra­pać się po dwu­dzie­stu cią­gach scho­dów.

Oj­ciec przy­trzy­mu­je otwar­te drzwi na dwu­dzie­stym pię­trze. Mi­ja­ny przez wcho­dzą­cych Al­tru­istów stoi w nich jak straż­nik. Po­cze­ka­ła­bym na nie­go, ale tłum pcha mnie da­lej, wy­py­cha z klat­ki scho­do­wej do sali, gdzie za­de­cy­du­ję o resz­cie swo­je­go ży­cia.

Zgro­ma­dze­ni usta­wi­li się w krę­gi. Na sa­mych obrze­żach są szes­na­sto­lat­ko­wie ze wszyst­kich frak­cji. Jesz­cze nie na­zy­wa się nas człon­ka­mi. Po pod­ję­tych dzi­siaj de­cy­zjach sta­nie­my się no­wi­cju­sza­mi – a peł­nię praw uzy­ska­my po za­koń­cze­niu no­wi­cja­tu.

Usta­wia­my się w po­rząd­ku al­fa­be­tycz­nym, we­dług na­zwisk – któ­re dzi­siaj bę­dzie­my mo­gli po­rzu­cić. Sta­ję mię­dzy Ca­le­bem a Da­niel­le Po­hler, dziew­czy­ną z Ser­decz­no­ści. Ma ró­żo­we po­licz­ki, a na so­bie żół­tą su­kien­kę.

Na­stęp­ny krąg two­rzą krze­sła prze­zna­czo­ne dla człon­ków ro­dzin. Po­dzie­lo­no je na pięć czę­ści, we­dług frak­cji. Na Ce­re­mo­nię Wy­bo­ru nie przy­cho­dzą wszy­scy, ale jest tyle lu­dzi, że tłum wy­da­je się ogrom­ny.

Co roku ce­re­mo­nię prze­pro­wa­dza inna frak­cja. Te­raz zaj­mu­je się tym Al­tru­izm. Mar­cus roz­pocz­nie od prze­mó­wie­nia, a po­tem od­czy­ta na­zwi­ska w od­wró­co­nym po­rząd­ku al­fa­be­tycz­nym. Ca­leb wy­bie­rze więc przede mną.