Niezbity dowód - Małgorzata Rogala - ebook

Niezbity dowód ebook

Małgorzata Rogala

4,2

Opis

Porywająca powieść mistrzyni kryminału psychologicznego!

 

Adela Naczyńska, pracownica sklepu z antykami, zostaje zamordowana. Tuż przed śmiercią dowiaduje się, że część jej rodzinnego majątku, drogocenna lampa Tiffany’ego, która podobno spłonęła w pożarze dwadzieścia lat temu, jednak przetrwała.

 

Syn i mąż Adeli zwracają się w tej sprawie do Celiny Stefańskiej. Tropy prowadzą ją aż do Bazylei. Prywatna detektyw staje przed wielkim wyzwaniem, podążając śladem drogocennego antyku, który może stanowić Niezbity dowód w sprawie zabójstwa…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 306

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (447 ocen)
210
159
52
25
1

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Małgorzata Rogala, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Monika Orłowska

Korekta: Anna Nowak, Marta Akuszewska, Maria Moczko | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Ayo Ogunseinde | unsplash

Zdjęcie autorki na skrzydełku: Anika Nojszewska

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66657-05-2

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mojej córce Agnieszce

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kolor jest dla oka tym, czym muzyka dla ucha.

 

Louis Comfort Tiffany

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

Adela nie wierzy własnym oczom.

Przeszłość daje o sobie znać.

Coraz więcej pytań.

Niespodziewana wizyta. Olśnienie.

 

Tego dnia, podobnie jak wczoraj i przedwczoraj, Adela często kierowała swoje kroki w stronę secesyjnego biurka z nadstawką, na którym w towarzystwie akcesoriów biurowych stała lampa witrażowa z kloszem złożonym z czterech trapezów. Każda czworoboczna tafla była zrobiona z zespolonych ze sobą kawałków szkła, które razem tworzyły nastrojowy pejzaż, a po zapaleniu żarówki mieniły się paletą barw: różów, fioletów i niebieskości, doprawionych nutą dodającej tajemniczości czerni. Naczyńska dotykała metalowej, ozdobionej mozaiką podstawy i kolejny raz zawieszała spojrzenie na wytłoczonym na niej napisie: „Tiffany Studios New York”. Przeciągała palcami ku górze po kształcie przypominającym skręcony pień drzewa, aż do miejsca, gdzie na jednym z trapezów klosza tkwiła mała plakietka z brązu z sygnaturą firmy. I z coraz większym trudem radziła sobie z emocjami.

Tydzień temu lampę przyniosła Katarzyna Łukaszczyk, właścicielka sklepu z antykami Czar Minionych Lat. Adela, od dwóch lat emerytka, pracowała tam na pół etatu nie tyle z powodów finansowych, ile ze względu na miłość do starych przedmiotów oraz boleśnie odczuwany nadmiar wolnego czasu. Szefowa umieściła ozdobny przedmiot na stojącym przy ścianie meblu i włożyła wtyczkę do gniazdka z prądem. Ciemny kąt pomieszczenia zalało miękkie, ciepłe światło, na ścianie zamigotały kolorowe refleksy. Feeria barw uruchomiła napływ wspomnień i przed oczami Adeli przewinęły się, jeden po drugim, obrazy z przeszłości, a ją samą poraził skurcz w okolicy splotu słonecznego. Z bólu zabrakło jej tchu w piersiach, więc zaczerpnęła powietrza, próbując rozluźnić mięśnie. Ochłonąwszy po pierwszym szoku, przeniosła spojrzenie na Katarzynę.

– Skąd masz tę lampę? – spytała.

– Stare dzieje. – Łukaszczyk wzruszyła ramionami. – Kiedyś kupiłam ją na targu staroci. Widzę, że i tobie się podoba.

– Jest zachwycająca – potwierdziła Adela z nadzieją, że antykwariuszka nie dostrzega jej wzburzenia, a jedynie umiarkowaną ciekawość. – Pamiętasz, kiedy dokładnie ją kupiłaś?

– Dlaczego to cię interesuje? – Właścicielka sklepu przesunęła lampę bliżej środka blatu i zmieniła układ leżących w pobliżu dziewiętnastowiecznych akcesoriów biurowych. – To ma znaczenie?

– Nie, nie – odparła szybko Naczyńska. – Po prostu… – Gorączkowo próbowała wymyślić dobrą odpowiedź. – Po prostu zawsze marzyłam o podobnej i przyszło mi do głowy, że może to świeży nabytek i sprzedający ma kilka innych.

– To oryginalny wyrób Tiffany’ego. – Katarzyna dotknęła klosza. – Nazywa się Rzeka życia, powstał tylko jeden egzemplarz. Kupiłam ją mniej więcej dwadzieścia lat temu, będąc jeszcze studentką historii sztuki. Bardzo mi się spodobała i kosztowała umiarkowanie, mogłam sobie na nią pozwolić, rezygnując z innych przyjemności przez pewien czas. Chyba osoba sprzedająca nie do końca zdawała sobie sprawę z pochodzenia przedmiotu, ale ja też nie przypuszczałam, że po latach te lampy będą osiągać zawrotne ceny na aukcjach. Myślałam wtedy wyłącznie o estetyce.

– Chcesz ją sprzedać? – zainteresowała się Adela. – Dlatego ją tutaj przyniosłaś?

– Nie, nigdy w życiu bym jej nie sprzedała. Wzięłam ją z domu, ponieważ obiecałam starym znajomym, że pożyczę im jako eksponat na wystawę.

– Na wystawę?

– W Bazylei – wyjaśniła enigmatycznie szefowa, zerkając w kierunku otwieranych drzwi, po czym skupiła uwagę na klientce.

Adela poszła do łazienki i stanęła przed lustrem. Jej oczy błyszczały nienaturalnym blaskiem, a twarz była zarumieniona z emocji. Kobieta wyjęła z torebki telefon, wybrała numer męża. W kilku zdaniach szeptem opowiedziała mu o swoim odkryciu i zrelacjonowała treść rozmowy z antykwariuszką.

– Jesteś pewna, że to ta sama lampa? – Krzysztof był sceptyczny, jak zawsze. – Oryginał?

– Na sto procent. Ma wszystkie oznaczenia i… – Naczyńska poczuła dławienie w gardle. – Jak pomyślę, że… – Po jej policzku stoczyła się łza.

– Ada, na razie nic nikomu nie mów, wracam za kilka dni i wtedy spokojnie się zastanowimy, co zrobić, dobrze? Teraz muszę iść, wyszedłem na chwilę z rozmów. Proszę cię, zaczekaj na mnie, sprawę trzeba mądrze rozegrać. Zadzwonię wieczorem i pogadamy, okej?

– Szefowa wysyła lampę na wystawę do Bazylei. Jutro mogę jej nie zobaczyć.

– Nawet jeżeli tak będzie, odzyska ją z powrotem, a do tego czasu coś wymyślimy.

– Poczekaj chwilę. – Adela drgnęła na dźwięk pukania. – Tak?

– Wszystko w porządku u ciebie? – W głosie Katarzyny zabrzmiał niepokój.

– Tak, już wychodzę, przepraszam – odpowiedziała i rzuciła szeptem do męża: – Muszę kończyć, pa.

Wyszła z łazienki i wróciła na teren sklepu. W samą porę, drzwi bowiem otworzyły się ponownie i do środka wtargnęła grupa obcokrajowców. Czar Minionych Lat, ze względu na atrakcyjny asortyment i umiejscowienie tuż przy bulwarach wiślanych, był często odwiedzany nie tylko przez lokalnych wielbicieli staroci, ale również turystów z całej Polski i zagranicy, przy czym dla niektórych z nich wizyta u Kasi była stałym punktem programu podczas kolejnego pobytu w Warszawie. Przez następne dwie godziny panował ruch uniemożliwiający swobodną rozmowę, a później Łukaszczyk wyszła i nie pokazała się już do końca dnia.

Wieczorem, czekając na telefon od męża, który wyjechał służbowo na kilka dni, Adela usiadła przed komputerem. Wpisała do wyszukiwarki słowa klucze i otrzymała kilkaset tysięcy wyników. Dość szybko zorientowała się, że większość z nich stanowią oferty sprzedaży podrabianych lamp witrażowych, które z oryginałami miały niewiele wspólnego, i zmieniła język wyszukiwania na angielski. Kilka minut później trafiła na witrynę galerii Millerów w Bazylei. Po otwarciu aktualności zobaczyła ogłoszenie o wystawie prac Tiffany’ego. Drżąc z emocji, zapisała najważniejsze dane i wtedy dopiero dostrzegła ikonę z podpisem: „Pobierz katalog”. Ściągnęła plik na pulpit i zaczęła oglądać zdjęcia przedmiotów, które będą prezentowane. Z umieszczonej na początku informacji wynikało, że część eksponatów pochodziła ze zbiorów właścicieli salonu, inne zostały wypożyczone od zaprzyjaźnionych z Millerami kolekcjonerów. Organizatorzy ekspozycji podzielili obiekty na grupy tematyczne, co ułatwiało orientację, które dzieła zostaną udostępnione zwiedzającym. Naczyńska chłonęła oczami każdą odbitkę do chwili, gdy dotarła do strony z obiektami oświetleniowymi. Widniały tam fotografie czterech lamp, z których dwie stanowiły własność bazylejskich antykwariuszy, trzecia należała do Katarzyny, a czwarta… Adela powiększyła obraz i z niedowierzaniem wbiła wzrok w ekran. Połączone ze sobą kawałki szkła tworzące klosz zachwycały przenikającymi się ciepłymi barwami z przewagą żółci i pomarańczu, a podstawa zdobiona mozaiką odzwierciedlała wzór przedstawiony na kloszu.

– To niemożliwe – szepnęła do siebie kobieta i zadrżała od chłodu, który nagle ogarnął jej ciało. Nie wierzyła, że Krzysztof zatelefonuje jeszcze dziś, więc mimo nocnej pory sama wybrała jego numer.

– Późno wróciłem, myślałem, że już śpisz – usprawiedliwił się zaspanym głosem. – Przepraszam.

– Normalnie byłabym w łóżku, ale odkryłam coś takiego… – Urwała, rozemocjonowana, i po chwili streściła mężowi rezultat swoich poszukiwań. – Nie mogę w to uwierzyć – dodała na zakończenie. – Krzysiu, wiesz, co to znaczy?

– Wiem.

– Miałam rację, a oni nie chcieli mnie słuchać.

– Ada, wiem – powtórzył. – Jak tylko wrócę… Nie zostawimy tego, słowo, ale sama nic nie rób, dobrze? Obiecaj mi. Nie wiadomo, z kim mamy do czynienia.

– Obiecuję – odparła Naczyńska, nie do końca uspokojona. – Pa, dobranoc.

Odłożyła telefon i siedziała przez kilka minut ze wzrokiem utkwionym w monitor.

– Łatwo mu mówić: „poczekaj” – mruknęła do siebie.

Przez następną godzinę biła się z myślami, a później podjęła decyzję. Czas nie był jej sprzymierzeńcem, musiała działać szybko, właśnie dlatego, że nie wiedziała, z kim ma do czynienia. Chciała to zmienić, im prędzej, tym lepiej.

Odnalazła zakładkę „Kontakt” i napisała po angielsku do Millerów:

 

Szanowni Państwo,

od lat interesuje mnie twórczość Louisa Comforta Tiffany’ego. Zauważyłam, że wśród obiektów, które trafią na organizowaną przez Państwa ekspozycję, będzie również lampa nazwana przez artystę Tancerką. W katalogu znalazłam adnotację, że przedmiot ten jest własnością prywatną i został Państwu udostępniony na czas trwania wystawy. Mieszkam w Warszawie, pracuję w sklepie z antykami, niestety, nie będę mogła przyjechać w tym czasie do Bazylei, żeby obejrzeć prezentowane dzieła. Czy mogłabym prosić o informację, do kogo należy wspomniana lampa? Chciałabym skontaktować się z tą osobą. Mam powody przypuszczać, że Tancerka została skradziona jej pierwszym właścicielom.

Z wyrazami szacunku

Adela Naczyńska

 

Odpowiedź, napisana w języku polskim, nadeszła następnego ranka.

 

Szanowna Pani,

niestety, nie udostępniamy informacji, o które Pani prosi – to kwestia zaufania i dyskrecji w stosunku do kolekcjonerów, którzy powierzyli nam swoje zbiory. Jeśli jednak wyrazi Pani zgodę, możemy przekazać Pani dane właścicielowi Tancerki oraz prośbę o nawiązanie kontaktu w celu rozwiania wątpliwości co do pochodzenia lampy.

Pozdrawiam

Greta Miller

 

Jeszcze nie wszystko stracone, pomyślała Adela, i odpisała:

 

Dzień dobry,

bardzo dziękuję za chęć pomocy i zgadzam się na przekazanie moich danych oraz numeru telefonu (poniżej) właścicielowi lampy.

Pozdrawiam

Adela Naczyńska

 

Od ostatniej wiadomości właśnie minęło pięć dni, ale nikt do Adeli nie zadzwonił. Widocznie obecny właściciel Tancerki chciał pozostać anonimowy i miał do tego prawo, przynajmniej do pewnego momentu, jeśli w ogóle nastąpi jakiś dalszy ciąg. Najwyraźniej nie przejął się również sugestią, że lampa może pochodzić z kradzieży.

O tym wszystkim myślała Naczyńska, patrząc na Rzekę życia, którą na szczęście wciąż mogła podziwiać w sklepie. Do wystawy w Bazylei zostały jeszcze dwa tygodnie, dlatego Łukaszczyk nie spieszyła się z wysyłką. Czar Minionych Lat realizował też zamówienia złożone przez internet, więc Katarzyna postanowiła, że wyekspediuje lampę wraz z innymi paczkami dla klientów.

– Niech jeszcze trochę cieszy oczy – powiedziała. – Zanim do mnie wróci, minie co najmniej miesiąc, a tu ładnie rozjaśnia ciemny kąt. – Ściągnęła brwi. – Muszę pomyśleć o jakimś oświetleniu tutaj na stałe, zupełnie inaczej wygląda teraz to miejsce.

Adela spojrzała na zegarek. Do zamknięcia Czaru Minionych Lat zostało pół godziny. Pewna, że już nikt nie przyjdzie, powoli zaczęła szykować się do wyjścia. Po kilkuminutowej krzątaninie na zapleczu, między łazienką a pokojem biurowym, usłyszała dźwięk dzwonka zwiastujący przybycie klienta. Na widok twarzy nieznajomej przed oczami Naczyńskiej pojawił się niewyraźny obraz, którego nie mogła w pełni zidentyfikować ani umiejscowić w kontekście. Rysy klientki przywodziły na myśl osobę, którą Adela kiedyś spotkała, ale nie chodziło o bliską przeszłość, raczej o kogoś z dawnych lat. Wciągnęła w nozdrza orientalne nuty zapachu, który rozpoznała natychmiast, gdy tylko podrażnił jej zmysł węchu. Perfumy Shalimar przetrwały dziesięciolecia i wciąż intrygowały swoją niezwykłą wonią i miłosną historią leżącą u podstaw ich stworzenia. Naczyńska miała je na półce, odkąd sięgała pamięcią, wierna marce, nieczuła na pokusy nowych kompozycji, i nie znała żadnej kobiety, która kochałaby ten zapach takjak ona.

Ocknęła się z chwilowego zamyślenia, gdy poczuła na sobie wzrok przybyłej. Klientka, ubrana w zapinaną na guziki bluzkę z krótkim rękawem i lniane spodnie, otaksowała najpierw ją, a później wnętrze, budząc w pracownicy sklepu niepokój. Zaczęła przechadzać się między meblami, a tymczasem umysł Adeli przystąpił do przeszukiwania zasobów pamięci. Kobieta po chwili dotarła do biurka, na którym stała lampa Katarzyny, i na widok witrażowego klosza rozjaśnionego blaskiem żarówki uniosła brwi w wyrazie zaskoczenia.

– Czy to jest Rzeka życia projektu Tiffany’ego? – spytała.

– Tak – odpowiedziała Naczyńska, zachodząc w głowę, dlaczego głos klientki również wydaje się jej znajomy.

– Ile kosztuje?

– Nie jest na sprzedaż – oznajmiła, zdając sobie sprawę, że jej puls przyspieszył.

– Zapłacę dwa razy więcej niż…

– To własność prywatna, należy do mojej szefowej – odparła Adela, uświadamiając sobie, że to druga osoba w ciągu kilku minionych dni, która chce nabyć ozdobny przedmiot, i pomyślała, że byłoby lepiej, gdyby lampa czekała na wysyłkę na zapleczu.

– W takim razie chciałabym porozmawiać z właścicielką, można ją poprosić?

– Będzie jutro. – Naczyńska zauważyła we wpatrzonych w nią oczach blask, który spotęgował gnieżdżący się w jej sercu niepokój. – Przepraszam… – zaczęła i urwała na dźwięk telefonu. – Muszę odebrać. – Wzięła leżącą na blacie służbową komórkę i zobaczyła na wyświetlaczu nazwisko Kasi. – Halo?

– Ada? Dobrze, że cię złapałam. Umówiłam się ze znajomą, że opowiem jej o kilku naszych przedmiotach, ale nie mogę się na razie wyrwać, czekam na klienta. Mogłabyś mnie zastąpić i z nią pogadać? Jeśli masz czas. Powinna dotrzeć o dziewiętnastej, na zamknięcie, może kilka minut później. Próbowałam się do niej dodzwonić, ale nie odbiera. – Szefowa umilkła, czekając na odpowiedź.

– Tak, oczywiście, jeśli tylko będę mogła pomóc – odparła Naczyńska, odnotowując z ulgą, że nieprzyjemne uczucie związane z obecnością klientki ustępuje zaciekawieniu.

– Oczywiście zapłacę nadgodziny – obiecała Łukaszczyk. – Naprawdę jestem ci wdzięczna, nie znoszę sytuacji, gdy nie mogę dotrzymać danego słowa.

– W porządku, nie miałam planów – zapewniła Adela, obserwując kobietę, która na nowo podjęła spacer po sklepie i krążyła między meblami, oglądając wystawione przedmioty. – Zamknę od środka i pokażę jej, co będzie chciała. I odpowiem na wszystkie pytania. Nie ma sprawy. – Naczyńska pożegnała się i odłożyła telefon.

– Przepraszam – rzuciła w stronę klientki.

– Skoro lampa nie jest na sprzedaż, chcę kupić cukiernicę – zdecydowała tamta w odpowiedzi, a jej ręka spoczęła na srebrzonym wieku z uchwytem w kształcie splecionych liści.

– Świetny wybór, to orivit z tysiąc dziewięćsetnego roku. – Adela podeszła do stołu, na którym stały przedmioty pochodzące z niemieckiej wytwórni, między innymi sosjerka, talerz i wazon. Nie mogąc znieść intensywnego, zielonego spojrzenia, którym mierzyła ją kobieta, Naczyńska spuściła wzrok na jej rękę wciąż opartą na pokrywie wybranego naczynia. Wtedy zauważyła zegarek, który ozdabiał nadgarstek przybyłej, i nagle w płucach zabrakło jej powietrza. Mimo innego paska wszędzie poznałaby ten konkretny model marki Vacheron Constantin z końca lat czterdziestych dwudziestego wieku. Znaleziony niegdyś w antykwariacie, złoty, z beżową tarczą, miał uszkodzone cyfry trzy i dziewięć. Ojciec, miłośnik szwajcarskich zegarków, dostał go od niej, zięcia i wnuka w prezencie na sześćdziesiątą piątą rocznicę urodzin. Adela poczuła ucisk w gardle.

– Przepraszam… – zaczęła, ledwo poruszając ustami, i w tym momencie zdała sobie sprawę, z kim rozmawia. – Muszę…

– Dobrze się pani czuje? – spytała zielonooka.

– Przepraszam – powtórzyła Naczyńska. – Zaraz przyjdę… Przyniosę pudełko, żeby zapakować cukiernicę, chwileczkę.

Poszła na zaplecze i usiadła na krześle, ciężko oddychając. Potem wyjęła komórkę i wybrała numer męża. Po czterech sygnałach uruchomiła się poczta głosowa.

– Krzysiu… – zaczęła Adela i wypowiedziawszy kilka słów, urwała na widok kobiety, która stanęła w drzwiach i mierzyła ją nieodgadnionym spojrzeniem.

– Do kogo dzwonisz? – spytała, robiąc krok w jej kierunku.

Pracownica sklepu zerwała się z krzesła i cofnęła w stronę biurka.

– Poznaję cię, pamiętam – powiedziała, zaciskając palce na telefonie. – To zegarek mojego ojca, zabiłaś go. Dzwonię na policję, nie ujdzie ci to na sucho.

– Nigdzie nie zadzwonisz – powiedziała klientka i chwyciła Adelę za nadgarstek.

Naczyńska przesunęła się wzdłuż mebla i dotarła do ściany. Zdając sobie sprawę, że ma odciętą drogę ucieczki, postanowiła zaatakować. Rzuciła się z pięściami na przeciwniczkę, ale tamta najwyraźniej oczekiwała takiego zachowania, zablokowała bowiem uderzenie, zanim Adela dosięgła jej twarzy, po czym chwyciła starszą kobietę za ramiona i zaczęła nią potrząsać, uderzając jej głową w ścianę. Naczyńska odepchnęła ją, zrzucając przy okazji z biurka przybory oraz dokumenty, i nie patrząc, rzuciła się do ucieczki w stronę głównego pomieszczenia sklepu. Napastniczka złapała ją za włosy i kopnęła w zgięcie kolan. Adela upadła na podłogę zasłaną papierami, wśród których leżały ołówki i długopisy, ale zdołała pociągnąć tamtą za sobą. Myśl, że walczy o życie z morderczynią swojego ojca, dodawała jej energii i mocy. Okładała ją ile sił w rękach i w pewnym momencie udało jej się uzyskać przewagę. Po uderzeniu potylicą o podłogę zielonooką zamroczyło. Wtedy Adela przetoczyła się na nią, przygniatając ją swoim ciałem, i sięgnęła po leżącą pod biurkiem komórkę. Zanim jednak zdołała wybrać numer alarmowy, poczuła paraliżujący ból. Telefon wypadł jej z dłoni. Poruszyła z niedowierzaniem ustami i opadła ciężkona napastniczkę.

 

***

 

Wstała i sprawdziła, która godzina. Zbliżała się dziewiętnasta, a słuchając wcześniejszej rozmowy telefonicznej, zorientowała się, że zaraz będzie miała tu towarzystwo. Pobiegła do łazienki i spojrzała w lustro. Zaklęła pod nosem na widok licznych zadrapań, potarganych włosów i zmiętego ubrania. Drżącymi palcami wygładziła bluzkę, zauważając paskudne rozdarcie i brak jednego guzika, podciągnęła spodnie, poprawiła fryzurę. Odświeżyła makijaż. Odszukała swoją torebkę i zasłoniła twarz ciemnymi okularami. Ruszyła do wyjścia i gwałtownie stanęła. Lampa! Rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegoś opakowania, lecz za moment uznała, że nie ma czasu. W każdej chwili ktoś mógł przyjść: umówiona osoba lub spóźniony klient. Wyjęła z torebki płócienną siatkę z długimi uchwytami, którą zawsze miała przy sobie. Odłączyła lampę i spakowała ją, przykrywając z wierzchu papierem, którego arkusze leżały na blacie z kasą. Jeszcze raz zerknęła na podrapane przedramiona i mimo wciąż wysokiej temperatury na zewnątrz włożyła sweter. Przez oszklone drzwi zlustrowała ulicę i wyszła, kierując się w stronę zaparkowanego samochodu.

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

Odkrycie. Irytacja podkomisarza

Szpakowskiego. Celina snuje wspomnienia.

W życiu jest inaczej niż w książkach.

 

Karolina Szyszkowska, zwana przez przyjaciół Szyszką, wysiadła z metra na stacji Centrum Nauki Kopernik i po wyjściu na powierzchnię ruszyła Wybrzeżem Kościuszkowskim w stronę biblioteki uniwersyteckiej. Mimo wieczoru okolica tętniła życiem. Ciepło i sezon wakacji sprzyjały odkrywaniu zakątków Powiśla, romantycznym spacerom bulwarami, przesiadywaniu w kawiarnianych ogródkach. Gdyby nie umówione spotkanie, Szyszka, autorka powieści kryminalnych, z radością poszłaby w ślady miłośników spędzania czasu nad rzeką i usiadła z drinkiem na schodach. Miała jednak coś ważnego do załatwienia, więc przyjemności musiały poczekać, dlatego tylko westchnęła z tęsknotą i przyspieszyła. Jesienią ubiegłego roku zrezygnowała z etatu w korporacji, żeby całkowicie oddać się pisaniu książek. Niektórzy byli zdania, że to z jej strony lekkomyślność, ale Karolina postanowiła zaryzykować i teraz, po upływie prawie dziesięciu miesięcy, uważała, że podjęła dobrą decyzję. Utwierdzała się w tym przekonaniu, myśląc o Celinie, swojej najlepszej przyjaciółce, która zdaniem Szyszki przyciągała do siebie kłopoty i z tej przyczyny była dla pisarki kryminałów nieustającym źródłem inspiracji.

Pogrążona w myślach, doszła do Muzeum nad Wisłą, białego budynku w kształcie prostopadłościanu, pokrytego kompozycją malarską, i stanęła przy krawężniku. Dźwięk klaksonu sprawił, że automatycznie zrobiła krok w tył, lecz po chwili zdała sobie sprawę, że to nie ona była adresatką ostrzeżenia. Przez jezdnię, między jadącymi samochodami, ze wzrokiem utkwionym w podłoże przebiegła kobieta w ciemnych okularach. Zwolniła w ostatnim momencie, uderzyła Karolinę torbą i odbiła w lewo, żeby ją ominąć. Następnie odeszła w szybkim tempie, zostawiając za sobą smugę intrygującego zapachu, przywodzącego na myśl woń Dalekiego Wschodu. Karolina syknęła z bólu i potrząsnęła głową.

– A może by tak „przepraszam” powiedzieć czy coś? – zawołała wzburzona, ale nie doczekała się reakcji. Przeszła więc na drugą stronę ulicy i stanęła przed ozdobną witryną.

Sklep z antykami Czar Minionych Lat był usytuowany między salonem z szalami i nakryciami głowy a cukiernio-piekarnią, gdzie codziennie do jedenastej serwowano śniadania. Karolina zlustrowała ozdobną szybę, której część zajmowało malowidło wykonane przejrzystymi farbami z efektem witrażu, i sprawdziła, która jest godzina. Minęła dziewiętnasta, więc Katarzyna Łukaszczyk, znajoma, z którą miała się spotkać, na pewno skończyła już obsługę klientów. Szyszka nacisnęła mosiężną klamkę. Mimo że na zewnątrz było jeszcze widno, w środku panował półmrok. Nikt nie zapalił nawet jednej lampy, a namalowana na szybie martwa natura ograniczała pełny dostęp światłu dziennemu. Karolina rozejrzała się z ciekawością, omiatając wzrokiem zgromadzone przedmioty. W pomieszczeniu stało kilka stylowych mebli – stołów, komód i otwartych szaf, a na ich blatach i półkach ułożono zabytkowe drobiazgi: szkatułki, figurki z porcelany, ceramikę użytkową, przybory piśmienne. Na ścianach Szyszka dostrzegła kilka luster i zegarów szafkowych. Wszechobecnej ciszy nie zakłócały żadne dźwięki, jak choćby odgłosy krzątaniny lub grające radio. Karolina nabrała powietrza do płuc.

– Dzień dobry! – zawołała w stronę zaplecza, ale nikt nie odpowiedział. – Halo, Kasiu, to ja! – powtórzyła nieco głośniej.

Ponieważ wciąż nie było reakcji, uznała, że znajoma antykwariuszka jest w łazience i po prostu nie słyszy jej wołania. Postanowiła jeszcze chwilę poczekać. Kolejny raz zlustrowała rozłożone przedmioty, przeszła się po sklepie i poczuła niepokój.

– Kasiu? Jesteś tam? – Zajrzała do bocznego korytarza, prowadzącego na zaplecze, i zobaczyła dwoje zamkniętych drzwi. Zapukała do tych z napisem „Biuro” i nacisnęła klamkę. W małym pokoju nie było okna, więc przesunęła palcami po ścianie w poszukiwaniu włącznika i zapaliła światło. Potrzebowała długiej chwili, nim dotarło do niej znaczenie tego, co widzi. A później wybiegła z krzykiem na teren sklepu, wpadając na kogoś z impetem. Chwycona za ramiona, wrzasnęła ponownie i odepchnęła intruza.

– Proszę się uspokoić. – Mężczyzna podniósł ręce w pokojowym geście. – Przytrzymałem panią, żeby uniknąć zderzenia. Nie chciałem nikogo przestraszyć. Interesuje mnie zegar, o którym…

– Jest zamknięte – oświadczyła Karolina, nie panując nad drżeniem ciała.

– Drzwi były otwarte.

– Właśnie zamykałam. Wcześniej byłam… w toalecie.

– A właściwie kim pani jest? I gdzie jest pani Adela? – zainteresował się klient.

– Hmm? – Szyszka przygryzła dolną wargę, próbując utrzymać w ryzach trzęsący się podbródek. Kim jest, u diabła, Adela? – myślała gorączkowo, rozważając, jaka odpowiedź byłaby właściwa. – Ta pani… – zaczęła – już tu nie pracuje.

– Nie pracuje? – Przybysz uniósł brew. – A to dobre. Wiedziałbym coś o tym. Jestem stałym klientem, miałem…

– To nagła sytuacja – powiedziała Karolina. – Nie wszystko w życiu można zaplanować, prawda? – Rozłożyła ręce, żeby okazać bezradność, i zauważyła, że mężczyzna wbił wzrok w jej dłonie. Podążyła za jego spojrzeniem i dostrzegła na skórze czerwoną smugę. – To… To… Musiałam się skaleczyć. – Przedramieniem odgarnęła włosy z czoła.

– Pójdę już. – Klient zrobił krok w tył. – Przyjdę innego dnia.

– Może ja mogłabym panu pomóc? Przekazać wiadomość?

– Nie, dziękuję. Właściwie bardzo się spieszę. – Wciąż odwrócony do niej twarzą, wycofywał się stopa za stopą, aż dotarł do drzwi i opuścił sklep.

Po jego wyjściu Szyszka spojrzała w jedno z luster zawieszonych na ścianie. Miała płonące jak w gorączce oczy, zaczerwienione policzki i nieład na głowie. Jeśli dodamy do tego krew na palcach, trudno się dziwić, że facet zrezygnował z dalszego przepytywania, pomyślała i zaryglowała drzwi, żeby uniknąć kolejnej wizyty spóźnionego klienta. Umyła ręce, a potem osunęła się po ścianie, usiadła na podłodze i wyjęła komórkę.

– Zyga? – Zrobiła głęboki wdech. – Nie wiem, jak to powiedzieć… Trafiłam na morderstwo.

– Karolina, przepraszam. – W głosie podkomisarza Szpakowskiego zabrzmiały nuty zniecierpliwienia. – Teraz nie mam czasu, wpadnij jutro na komendę, powiem ci, co zechcesz. Teraz muszę kończyć, na razie. – Rozłączył się, zanim zdołała zareagować. Szyszka poczuła rosnącą w szybkim tempie irytację.

– Co on sobie wyobraża? – mruknęła pod nosem, jeszcze raz wybierając numer. – Wysłuchaj. Mnie. Spokojnie – powiedziała, akcentując każde słowo. – Nie chodzi o moją książkę. Chcę zgłosić zabójstwo. Właśnie odkryłam zwłoki. Prawdziwe. Nie żartuję.

– Gdzie jesteś? – spytał policjant po chwili ciszy.

– W sklepie z antykami na Wybrzeżu Kościuszkowskim. – Podała dokładne dane. – Zadzwoniłam do ciebie, ponieważ…

– Dobra, wysyłam patrol i pogotowie.

– A ty?

– Ja też zaraz przyjadę. Niczego nie dotykaj, rozumiesz?

– Za późno – bąknęła Karolina i położyła smartfon obok siebie. Oparła głowę o ścianę i skoncentrowała się na oddechu. Pierwszy raz pojawiło się w niej coś na kształt prawdziwego zrozumienia dla Celiny, która jeszcze do niedawna sztywniała ze strachu w zamkniętej przestrzeni, a ataki paniki były stałym elementem jej codzienności. Dopiero teraz pojęła, czym są uczucie drętwienia rąk i nóg, łomot serca, które wali tak, jakby miało wyskoczyć z piersi, walka z narastającą falą mdłości i próba przebicia się wzrokiem przez latające przed oczami czarne mroczki. Do Szyszki dotarło również, że przebywanie sam na sam ze zwłokami w realnej rzeczywistości ma inny wymiar niż to, które przedstawiała na kartach swoich książek. Ponownie sięgnęła po komórkę.

 

***

 

Podkomisarz Szpakowski schował telefon do kieszeni i spojrzał przez lustro weneckie na przesłuchiwanego. Od trzech godzin wraz z Radczakiem próbował nakłonić oślizgłego typa do mówienia, na przemian grożąc mu lub obiecując łaskawość prokuratury i, prawdę powiedziawszy, miał dosyć maglowania bezczelnego gnojka, który mimo przedstawionych dowodów kłamał w żywe oczy, okraszając twarz drwiącym uśmiechem i strasząc funkcjonariuszy wujkiem z ministerstwa. Po rozmowie z Karoliną Zygmunt nie był już pewny, na kogo jest bardziej wkurzony: na zadufanego w sobie typka za ścianą czy przyjaciółkę Celiny. Odkąd podał pisarce numer swojej komórki, Szyszkowska skwapliwie z niego korzystała, pytając go o pracę policjantów, procedury, a raz próbowała wymóc na nim zgodę na jej udział w oględzinach miejsca zdarzenia. Dopiero co uwolnił się od jednego wrzodu na tyłku, gdy ufundował sobie drugi. Najpierw miał na karku Stefańską, która postanowiła odnaleźć zabójcę swoich rodziców i wtykając nos w cudze sprawy, stała się jego chodzącym wyrzutem sumienia. A gdy udało się wznowić śledztwo, które ruszyło pełną parą i skutkowało kolejnymi aresztowaniami, policjant w chwili słabości wyraził zgodę na pomaganie Szyszce. I nie żałował tego, rzecz jasna, przyjemnie było czasem wypić z nią kawę i porozmawiać, ponieważ pełna energii gaduła stanowiła przeciwwagę dla jego spokoju i mrukliwości. Jednak co innego wspierać rozmowną pisarkę kryminałów, a co innego wyciągać ją z tarapatów, w które z pewnością wpadła.

Zygmunt zajrzał do pokoju przesłuchań i dał znak komisarzowi Radczakowi.

– Co jest? – spytał Irek, gdy wyszli na zewnątrz.

– Mam zgłoszenie, delikatna sprawa.

– Dobra, jedź, ja go jeszcze przycisnę albo dam mu po prostu w ryj.

 

***

 

Celina Stefańska omiotła szczotką ramę grobu, napełniła wodą dwa kamienne wazony, wmurowane po dwóch stronach tablicy, i do jednego z nich włożyła bukiet kwiatów. Następnie zapaliła znicze: czerwony dla matki, niebieski dla ojca. W ich ulubionych barwach. Usiadła na ławce i popatrzyła na fotografię umieszczoną na płycie opartej o krzyż. Decyzję o wykonaniu porcelanowej odbitki podjęła babcia, i to ona wybrała zdjęcie spośród wielu innych zgromadzonych w albumie. Celina nie wiedziała, czy to dobrze czy źle, ale dzięki wizerunkowi w kolorze sepii za każdym razem, gdy przychodziła na cmentarz, mogła patrzeć na roześmiane twarze swoich rodziców. Tak jak i dziś, w trzecią rocznicę ich śmierci.

Jej matka, dziennikarka śledcza, wpadła na trop afery związanej z nieuczciwymi praktykami na rynku biżuterii antykwarycznej. Przygotowywała się do napisania reportażu o fałszywej wycenie dawnych precjozów, a ojciec, prywatny detektyw, pomagał żonie zbierać materiały. Stefańscy nadepnęli na odcisk niewłaściwym ludziom, którzy, by zmusić ich do rezygnacji z zajmowania się tematem, najpierw porwali im córkę, a później podłożyli ładunek wybuchowy pod ich samochód. Ktoś się bardzo postarał, by brudy nie wyszły na jaw, i z braku dowodów prokurator umorzył śledztwo. Dopiero niecałe dwa miesiące temu Celina doprowadziła do jego wznowienia, zdobywając nowe informacje. Podjęte przez stróżów prawa czynności pozwoliły odkryć, że w biżuteryjny biznes byli uwikłani ludzie piastujący wysokie stanowiska na różnych szczeblach władzy. Z tego właśnie powodu uprzednio ukręcono łeb sprawie.

Policjanci ujęli również winnego porwania Celiny. Stefańska odwiedziła go niedawno w areszcie, dzięki wsparciu podkomisarza Szpakowskiego, który załatwił jej zgodę na widzenie. Kobieta chciała spojrzeć porywaczowi w oczy i powiedzieć mu, jak się czuła, gdy trzymał ją w zamkniętej skrzyni i rejestrował kamerą obraz jej przerażonej twarzy, a ponad dwa lata później dalej ją prześladował; pragnęła popatrzeć na człowieka, przez którego miesiącami nie mogła spać, nękana koszmarami, bała się własnego cienia i rezygnowała z życiowych przyjemności. A gdy wreszcie stanęła naprzeciwko niego, nagle przestała czuć strach – lecz nie dlatego, że on przebywał za kratami, a spotkanie odbyło się w obecności strażnika. Zrozumiała, że ma przed sobą zwyczajną, niczym niewyróżniającą się osobę, przeciętnej postury mężczyznę, którego siła brała się głównie z tego, że najpierw miał za sobą swoich mocodawców, a później karmił się jej trwogą. Mimo że nie zareagował, gdy mówiła, nie odpowiedział na pytania, nie przeprosił, i tak poczuła się lepiej. Znacznie lepiej. Zamknęła za sobą pewien rozdział, coś zakończyła. Do tamtej chwili prześladowca był oddechem, wonią, wspomnieniem dotyku, wywołującym dreszcze wyobrażeniem, a stał się kimś z twarzą. Kimś realnym, z krwi i kości. Wcale nie strasznym.

– Grosik za twoje myśli – zabrzmiał głos babci. Eleonora, nauczycielka jogi dla seniorów, stanęła przy ławce i jak to miała w zwyczaju, obrzuciła wnuczkę badawczym spojrzeniem. – Wszystko w porządku?

– Tak. – Celina uściskała jedyną żyjącą krewną. – Trochę się zamyśliłam, czekając na ciebie, i tyle.

– Myślałam, że cię nie zastanę, miałaś przyjechać w ciągu dnia. – Eleonora włożyła przyniesione kwiaty do drugiego wazonu i również zapaliła znicze.

– Taki miałam plan, ale mój „obiekt”, za którym dziś chodziłam, trochę ociągał się z powrotem do domu. – Wnuczka posłała babci uśmiech i obie znów usiadły na ławce. – Wiesz, babciu, myślałam o tym, jak wiele się wydarzyło od czasu śmierci mamy i taty. Założyłam agencję detektywistyczną, choć mało kto uważał, że mi się uda. Więcej: sama nie dawałam sobie szans. Poleciałam samolotem do Lyonu, mimo że prawie mdlałam w zamkniętych przestrzeniach, pomogłam odnaleźć skradziony obraz, odszukałam uciekającą Dominikę. Później sprawa pierścionka…

– Dzięki temu dokończyłaś ostatnie dochodzenie swoich rodziców. Nic nie dzieje się przypadkiem, wszystko ma swój sens.

– Mówisz tak samo jak Xavier.

– Bo to prawda. I wreszcie sprawiedliwości stało się zadość. – Starsza kobieta zamrugała, próbując powstrzymać łzy. – Mój syn i synowa mogą spoczywać w spokoju. – Przyłożyła chustkę do nosa. – A ja na stare lata, dzięki tobie, odzyskałam miłość swojego życia.

– Babciu, proszę cię, nie płacz, bo ja też się rozpłaczę. – Celina objęła Eleonorę i przycisnęła policzek do jej ramienia. – Czasem nie wierzę, że wzięłam w tym wszystkim udział, zważywszy na to, że bałam się prawie wszystkiego.

– Nie zdajemy sobie w pełni sprawy z naszych możliwości, dopóki los nie postawi nas w obliczu wyzwania.

– Coś w tym jest – zgodziła się Celina.

– Przeszłaś długą drogę i wygrałaś. Jestem z ciebie dumna. Oni też byliby dumni – powiedziała Eleonora, patrząc na fotografię na nagrobku.

– Ale skoro mówimy o zasługach, nie można pominąć Karoliny. Gdyby nie pojawiła się we właściwym miejscu, we właściwym czasie… – Stefańska urwała na dźwięk telefonu. – Przepraszam, babciu, o proszę, o wilku mowa. Cześć, Szyszka, właśnie o tobie…

– Stefi, rany boskie, nie masz pojęcia, co się wydarzyło! – W słuchawce zabrzmiał głos Karoliny, drżący z emocji. – Trafiłam na zwłoki. Ona nie żyje!

– Kto nie żyje? – Celina zmarszczyła brwi.

– W pierwszej chwili myślałam, że Katarzyna Łukaszczyk, antykwariuszka, z którą miałam się spotkać, ale ona ma inny kolor włosów. Przyjechałam tu i… Chyba ktoś ją zabił.

– Tu, to znaczy gdzie?

– Sklep z antykami na Wybrzeżu Kościuszkowskim, niedaleko stacji metra.

– Szyszka, po pierwsze niczego nie dotykaj, po drugie…

– Za późno.

– Co za późno?

– Dotknęłam wszystkiego, co się dało, i świadek widział mnie z palcami we krwi. To znaczy palce były moje, ale krew jej.

– Szyszka, to jakiś żart? Piszesz nową książkę i ćwiczysz na mnie dialog?

– Nie, mówię serio. I chcę cię przeprosić. Mało brakowało, a miałabym atak paniki, zrozumiałam, przez co przechodziłaś, i strasznie mi głupio, Stefi, że byłam w przeszłości trochę szorstka i nieczuła.

– Okej. – Celina potrząsnęła głową, zdezorientowana. – Nie mam żalu – zapewniła. – Tylko nie rozmawiaj ze mną, jakbyś się właśnie dowiedziała, że został ci tydzień życia.

– Na wolności być może tak – odparła Karolina ponurym tonem.

– Ty nie żartujesz, prawda?

– Nie. I nie rozumiem, dlaczego ty i Zyga gadacie ze mną w taki sam sposób.

– W jaki?

– Jakby był prima aprilis. A ja ci mówię poważnie, że ta kobieta nie żyje i że zostawiłam mnóstwo śladów. Nie mam pojęcia, jak udowodnię, że to nie ja pomogłam jej się przenieść na tamten świat.

– Dobrze – westchnęła Celina. – Zaraz do ciebie przyjadę. Wezwij policję i pogotowie, czekaj tam i już niczego więcej nie dotykaj. Okej? Szyszka? Wszystko będzie dobrze, rozumiesz?

– Tak. – Karolina pociągnęła nosem. – Już dzwoniłam do Zygmunta.

– Gdzie dokładnie jest ten sklep?

– Naprzeciwko Muzeum nad Wisłą, nazywa się Czar Minionych Lat, ma na szybie witrażowe malowidło, nie sposób przeoczyć.

– Dobrze – powtórzyła Stefańska. – Już jadę.

– Gdzie jesteś?

– Na cmentarzu na Służewie. Metrem dojadę w pół godziny.

– Dziękuję, Stefi.

Celina schowała telefon i spojrzała na Eleonorę.

– Słyszałaś, babciu? Muszę jechać. Szyszka jest w tarapatach albo tak uważa. Mam nadzieję, że nie stało się nic poważnego, że to tylko jej wybujała wyobraźnia i kolejny odcinek z cyklu „wszystko może mi się przydać do fabuły”.

– Jedź. Ja jeszcze chwilę tutaj posiedzę. Umówiłam się z Wiktorem, przyjedzie po mnie i pójdziemy do kina.

– Pan Konecki jest w Warszawie? – Celina pomyślała z sympatią o starszym panu, cenionym rzeczoznawcy i dawnej miłości babci. Wiktor i Eleonora poznali się trzydzieści lat temu w Pradze i zakochali w sobie od pierwszego wejrzenia. Po trwającym tydzień romansie los rozdzielił ich na wiele lat do czasu, gdy na skutek działań Celiny drogi dawnych kochanków ponownie się skrzyżowały. Tym razem nic nie stało na przeszkodzie, by spędzili ze sobą jesień życia.

– Nie zdążyłam ci powiedzieć. – Eleonora się uśmiechnęła. – Przyjechał wczoraj. Od naszego spotkania w Pradze zaczął przeorganizowywać swoje życie tak, żeby więcej czasu spędzać w Warszawie. Ja też zamierzam częściej bywać nad Wełtawą.

– Oo! – Celina otworzyła szeroko oczy. – Tyle nowych wieści. Musisz mi wszystko spokojnie opowiedzieć. – Ucałowała babcię. – Teraz pędzę ratować Szyszkę. I muszę odwołać spotkanie z Ksawerym.

– Z Ksawerym? – Eleonora uniosła brew.

– Nie zdążyłam ci powiedzieć. – Celina poczuła zakłopotanie i dopiero po chwili uświadomiła sobie, że powtarza słowa starszej pani. – Zaczęliśmy się spotykać wkrótce po zamknięciu sprawy pierścionka, tak mniej więcej. Na razie nic zobowiązującego. Chyba.

 

***

 

Kobieta leżała na podłodze, w pozycji na boku, z ręką wyciągniętą w stronę wyjścia. Końce jej palców nosiły ślady krwi. Szpakowski zarejestrował również ciemnoczerwone, zastygłe plamy na szyi i głowie ofiary oraz na podłożu.

– Cześć, mogę wejść? – rzucił do kolegi, cofając się, żeby wypuścić lekarkę sądową.

– Jeszcze nie, widzisz, jak tu ciasno.

– Coś już wiadomo?

– Nazywała się Adela Naczyńska, miała sześćdziesiąt dwa lata. – Technik podał komisarzowi zabezpieczone dokumenty. – Broniła się, nie dawała za wygraną. Zabezpieczyliśmy naskórek pod paznokciami.

– Ofiara została pobita, ale bezpośrednią przyczyną śmierci jest prawdopodobnie rana kłuta lewobocznej powierzchni szyi – odpowiedziała doktor Żukowska, zdejmując rękawiczki lateksowe. – Zadana długopisem, który tkwi w ciele.

– Długopisem? – Szpakowski wytrzeszczył oczy.

– Tak. Ze względu na bałagan w pokoju i ślady na przedramionach, świadczące o próbie obrony, mogło to być przypadkowe narzędzie.

– To możliwe – zgodził się policjant, omiatając wzrokiem wszechobecny nieład. – Wywiązała się szamotanina, może sprawca nie przewidział, że natrafi na opór, a długopis mógł leżeć pod ręką. Pytanie, czy… – spojrzał na dowód tożsamości – Adela Naczyńska była celem, czy została przypadkową ofiarą? – Potarł czubek nosa.

– A to już pana działka, komisarzu. – Lekarka wzruszyła ramionami. – Dam znać po autopsji. Do widzenia.

– Jeszcze jedno: kiedy zginęła?

– Niedawno, godzinę, może półtorej godziny temu.

– Czyli Karolina mogła trafić na mordercę – mruknął do siebie.

– Słucham?

– Nic, nic, głośno myślę. Dziękuję, pani doktor. – Wzrok policjanta ponownie spoczął na techniku. – Róbcie swoje i daj znać, jak będę mógł wejść. Spróbuję dowiedzieć się co nieco od świadka. – Zygmunt opuścił sklep i podszedł do Szyszki, która czekała nieopodal oparta o mur. Dał znać funkcjonariuszowi dotrzymującemu jej towarzystwa, żeby zostawił ich samych. – Karolina, chciałbym, żebyś mi dokładnie opowiedziała, co zaszło, jasne? – poprosił, wyjmując notes. – Czy znasz tę zamordowaną kobietę? To jej sklep? I co tutaj robiłaś?

– Nie znam. W pierwszej chwili myślałam, że to Katarzyna Łukaszczyk, właścicielka Czaru Minionych Lat, ale później do mnie dotarło, że kolor włosów się nie zgadza.

– Katarzyna Łukaszczyk?

– Tak. Ma jeszcze drugi sklep na Żelaznej, z biżuterią.

– Zabita kobieta nazywała się Adela Naczyńska. – Szpakowski pstryknął długopisem.

– Nie znam – powtórzyła Karolina. – Jestem tutaj pierwszy raz. Byłam umówiona z Kasią. – Odgarnęła włosy z szyi. – O, matko, wiesz, jak zobaczyłam zwłoki, chyba spanikowałam. Nie przyjrzałam się osobie, która tam leżała, uciekłam i zadzwoniłam do ciebie. Dopiero później do mnie dotarło, że to ktoś inny… Nic z tego nie pojmuję, Łukaszczyk powinna być tutaj, to znaczy… nie że powinna nie żyć, tylko w ogóle, rozumiesz? – Szyszka urwała na chwilę. – Chyba jestem w szoku, bo gadam nieskładnie.

– Trochę. Może zacznijmy od początku – zaproponował Zygmunt.

– Okej – westchnęła pisarka. – Zbieram materiały do nowej powieści i spytałam Katarzynę, czy nie chciałaby mi pomóc. Czyta moje książki, te z motywem sztuki, bo to jej branża, zawsze mam dla niej egzemplarz autorski.

– Uhm.

– Jest też bardzo zajęta, biega między jednym a drugim sklepem, ale powiedziała, że przyjedzie tutaj, na Wybrzeże, i pogadamy. Mówiła, że w tym miejscu ma przedmioty, o które mi chodzi, więc będę mogła od razu je obejrzeć, zrobić fotki, a ona mi powie, co będę chciała wiedzieć.

– Ale nie przyjechała na spotkanie.

– Otóż to.

– I nie dała ci znać? – zdziwił się Zygmunt.

– Nie, przecież… – Szyszka urwała. – Jasna cholera. – Włożyła rękę do przepastnej torby.

– Co się stało?

– Mam wyciszony telefon. Nie lubię, jak mi dzwoni w metrze, nie gadam nigdy przy ludziach i wkurza mnie, jak to robią inni. – Karolina wyjęła smartfon. – Czekaj, mam trzy nieodebrane połączenia i SMS-a… No, tak, posłuchaj: „Nie zdążę na czas, zajmie się tobą moja pracownica, Adela Naczyńska. To skarbnica wiedzy o sztuce. Przepraszam, do zobaczenia”.

– Teraz wszystko jasne – stwierdził policjant bez emocji. – Daj mi numer do tej kobiety, muszę ją tu ściągnąć, nawet jeśli miała inne plany. – Skrzywił się, skinął do kolegi i przekazał mu dane antykwariuszki. – Niech tu przyjedzie jak najprędzej – dodał i wrócił spojrzeniem do Szyszki. – Mów dalej.

– Dalej? – W oczach pisarki pojawił się cień zagubienia. – Dalej? – Potarła skórę między brwiami. – Umówiłyśmy się na Facebooku i przyjechałam na miejsce. Sklep był otwarty, wołałam, ale nikt nie odpowiadał. Nigdzie nie paliło się światło. Zajrzałam do każdego pomieszczenia i… I znalazłam tę kobietę. Adelę, tak? Jak mówiłam, wpadłam w panikę, chyba krzyczałam, uciekłam stamtąd. Nie przyjrzałam się jej, w pierwszej chwili myślałam, że to Kasia, skoro z nią miałam się spotkać.

– Pamiętasz, czego dotykałaś?

– Klamki, włącznika światła… Gdzieś ubrudziłam się krwią, nie wiem, w którym momencie. Zorientowałam się, gdy przyszedł spóźniony klient i spojrzał na mnie dziwnie, a