Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Niezależna lekarka ebook

Marion Lennox

3.8125 (16)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niezależna lekarka - Marion Lennox

Doktor Maggie Croft decyduje się na samotne macierzyństwo. Ulegając namowom babki zmarłego męża, opuszcza Londyn i osiedla się na australijskiej farmie, gdzie pracuje jako lekarz. Tam nieoczekiwanie spada na nią wiele wyczerpujących, niezwiązanych z medycyną obowiązków. W krytycznym momencie na jej drodze staje Max Ashton, chirurg ze szpitala w Sydney. Skomplikowana sytuacja Maggie budzi w nim uczucia, o których przez lata starał się zapomnieć...

Opinie o ebooku Niezależna lekarka - Marion Lennox

Fragment ebooka Niezależna lekarka - Marion Lennox

Marion Lennox

Niezależna lekarka

TłumaczyłaIza Kwiatkowska

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2010

Redaktor serii: Ewa Godycka

Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

(c) 2010 by Marion Lennox

(c) for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o., Warszawa 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B. V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Medical są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

Skład i łamanie: COMPTEXT (r), Warszawa

Toronto · Nowy Jork · Londyn

Amsterdam · Ateny · Budapeszt · Hamburg

Madryt · Mediolan · Paryż

Sydney · Sztokholm · Tokio · Warszawa

ISBN 978-83-238-8067-7

MEDICAL – 482

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nad wąską szosą piętrzyły się pionowe ściany skalne, pod nią teren opadał w stronę morza, ale doktor Max Ashton nie podziwiał widoków. Miał dosyć wakacji i zależało mu na jak najszybszym powrocie do Sydney. Do pracy i do samotności.

Marzenie ściętej głowy. Gdy jego sportowy ciemnogranatowy aston martin znalazł się na zakręcie szosy, jak spod ziemi wyrósł przed nim pikap z przyczepką dla bydła. Nie był duży ani nie jechał szybko, podobnie jak Max, ale droga była za wąska, by mogli się minąć.

Pikap gwałtownie zjechał pod skalny nawis, co sprawiło, że przyczepka znalazła się na przeciwległym pasie. Zderzenie było nieuchronne.

Maxowi nic się nie stało, ale upłynęło kilka sekund, nim uniósł głowę znad poduszki powietrznej, by ocenić straty.

Niedobrze, ale na szczęście nie ma dymu, pomyślał. Kabina pikapa nie wyglądała na uszkodzoną, a on miał tylko wgnieciony przód. Jest szansa, że skończy się na słownej potyczce z nieubezpieczonym idiotą, który takim złomem wyjeżdża na drogi publiczne.

Kolizja jednak miała ciąg dalszy. W pewnej chwili rozległ się huk. Oho! Guma. Wyglądając znad poduszki, obserwował, jak przyczepka powoli przechyla się na jedną stronę, po czym odrywa od pikapa i powoli zsuwa w stronę krawędzi. Na szosie nagle się zakotłowało. Jego oczom ukazała się plątanina niezliczonych nóg, ogonów i przerażonych oczu rozpaczliwie szukających podłoża, niebezpiecznie zbliżająca się do krawędzi. Nim zareagował, cielęta zniknęły mu z oczu, a z kabiny kierowcy rozległ się histeryczny kobiecy krzyk:

– O nieee!

To go wyrwało z odrętwienia. Wyskoczył z auta. Kabina od strony pasażera płasko przylegała do skały, ale od strony kierowcy była nienaruszona. Nagle drzwi się otworzyły i z kabiny wygramoliła się kobieta. Ale przed nią wyskoczyła kosmata biało-czarna kula. Owczarek?

– Zatrzymaj je! – Kobieta minęła go, jakby go w ogóle nie widziała. – Bonnie, zawróć je!

Czarno-biała kula zniknęła.

Maxowi rzuciła się w oczy drobna kobieca sylwetka w spłowiałych dżinsach oraz zakrwawiona twarz. Chwycił kobietę za ramię, ale mimo że się wyrywała, zdołał ją przytrzymać. Stanął oko w oko ze zrozpaczoną istotą, gotową rzucić się w pogoń za stadkiem cieląt.

– Puszczaj! To są cielaki babci!

W odpowiedzi mocniej zacisnął palce na jej ramieniu. Mimo że weekend miał spaprany, mimo że przez tę kobietę będzie miał jeszcze gorsze wspomnienia, poczuł się w obowiązku przeszkodzić jej w samozniszczeniu.

– Pani jest ranna.

Miała zakrwawione czoło i lekko się zataczała, jakby jedna noga odmawiała jej posłuszeństwa.

Na dodatek była w ciąży, mniej więcej w siódmym miesiącu. Gdyby nie brzuch, można by wziąć ją za nastolatkę w znoszonych dżinsach, czerwonej kurtce i zabłoconych kowbojkach. Co jeszcze? Szacował ją wzro kiem. Rude włosy splecione w dwa warkocze, piegi i wielkie piwne oczy, teraz bardzo przestraszone. Jest kontuzjowana, więc na pewno nie pozwoli jej szukać cieląt.

– Niech pani usiądzie. – Próbował pchnąć ją na pobocze, ale się oparła.

– To są cielaki babci… – Była bliska łez. – Ona musi je zobaczyć, zanim… Puszczaj! – Szarpnęła się, ale nie zwalniał uścisku.

– Najpierw panią zbadam. Ma pani ranę na głowie.

Rzucając mu wściekłe spojrzenie, otarła czoło rękawem.

– To nie tętnica, więc nie warto się tym przejmować. Nie padnę z powodu zbyt wysokiego ciśnienia śródczaszkowego. Proszę mnie puścić.

– No nie – powiedział zaskoczony jej wiedzą.

– Właśnie że tak! – Kopnęła go w piszczel, nim zdążył zareagować.

Osłupiały puścił ją, a ona jak wicher zbiegała już po zboczu. Na szczęście nie było strome, więc cielęta, doliczył się czterech, nie spadły w przepaść. Biegły plażą na północ, poganiane przeraźliwym ujadaniem Bonnie.

Nieznajoma najwyraźniej zamierzała je dogonić. Przez ułamek sekundy Max był skłonny jej w tym nie przeszkadzać. Mało to rycerskie, pomyślał. I raczej niewykonalne. Jest potłuczona i ciężarna, a biegnie ratować cielęta, które rozpierzchły się w dużej mierze z jego winy. Więc jęknął cicho i pobiegł za nią.

Dogonił ją bez trudu, ale przyspieszyła, a gdy próbował ją zatrzymać, kopnęła go po raz drugi.

Dlaczego on to robi? Całe to zamieszanie spowodował ten jej przerdzewiały wrak, a ona na domiar złego go kopie, i to boleśnie. Ach, te kobiety, pomyślał rozżalony. Od śmierci żony bardzo starannie otaczał się grubym murem i teraz znowu miał ochotę się za nim ukryć. Czym tu się przejmować? Niech sobie lata za cielętami i psem, a on powinien wezwać pomoc drogową i spokojnie czekać, aż nieznajoma oprzytomnieje.

Ale jest ranna, no i w ciąży.

Nie pora się obrażać. Lekarze wprawdzie już nie składają przysięgi Hipokratesa, ale istnieje jeszcze sumienie. Co więcej, miał pewne wątpliwości, czy ta szalona kobieta zatrzyma się, nim padnie na skutek upływu krwi albo wstrząsu. A nieprzytomna kobieta może człowiekowi bardzo skomplikować życie.

Dopadł ją w chwili, gdy wbiegała na plażę. Kiedy chwycił ją za bluzkę, chciała się odwinąć, ale tym razem był na to przygotowany. Oplótł ją ramionami tak mocno, że nie mogła się ruszyć, po czym wziął ją na ręce.

– Puszczaj mnie! Ubrudzisz sobie kurtkę – warknęła. Faktycznie. Przywiózł ją z Włoch i bardzo lubił. Szkoda byłoby ją zniszczyć przez zdesperowaną babę.

– Spokojnie. Przyślę pani rachunek z pralni.

– Krew ze skóry nie zejdzie.

– Niech się pani opanuje i się nie wyrywa, dopóki nie opatrzę tej rany na czole.

– Sama to zrobię… kiedy pozbieram cielaki. Co ja powiem babci, jak zapyta, gdzie się podziały?

–,,Babciu, są na plaży'' – odrzekł z kamiennym spokojem, po czym poprowadził ją z powrotem na zbocze. – Tak, cielaki są bardzo ważne, ale pies sobie z nimi poradzi. Chyba nic im się nie stało. Przed nimi i za nimi zbocze jest strome, więc na pewno zostaną na plaży, dopóki ich ktoś nie zagoni, gdzie trzeba. Moje auto tymczasem blokuje szosę na samym zakręcie i nie chciałbym, żeby ktoś je do szczętu rozbił.

Spiorunowała go wzrokiem.

– To niesprawiedliwe – powiedziała, a on dostrzegł w jej oczach wesołe iskierki. – A co z moim pikapem?

– Jego też uratuję – mruknął. – Jak mi pani to umożliwi.

– Dziękuję. – Wyraźnie spokorniała.

Prąc pod górę, nagle poczuł, że ma miękkie kolana. Poduszka powietrzna zapobiegła urazom, ale nie uchroniła go przed wstrząsem, który już dawał o sobie znać. W pewnej chwili zauważył, że i nieznajoma zadrżała. To znaczy, że nie jest taka silna, jak udaje. Albo boli ją bardziej, niż okazuje.

Albo ma wyrzuty sumienia.

– Przepraszam, że pana kopnęłam – powiedziała, ku jego zaskoczeniu obejmując go za szyję. Okazało się jednak, że dzięki temu jest mu łatwiej iść. I całkiem przyjemnie. Nawet kolana przestały mu drżeć. – Nie zachowałam się najładniej – przyznała. – Zwłaszcza że to chyba ja spowodowałam ten wypadek.

– Co do tego nie mam wątpliwości.

– Niezbyt pan miły. – Odgarnęła włosy z twarzy, po czym ze wstrętem spojrzała na swoją dłoń. Wzruszyła ramionami i z powrotem objęła go za szyję. – Ohyda. Rzeczywiście jestem zakrwawiona. Może by mi pan pożyczył coś w charakterze bandaża? Potem zejdę na plażę, żeby zająć się cielakami. A może by pan pojechał na farmę i poprosił babcię, żeby przysłała Angusa?

– Ile jest do farmy?

– Pięć minut.

– Angus panią wyratuje?

– Angus wyratuje cielaki.

– Nic z tego. – Postawił ją na poboczu. – Nie wiem, jakie bajki pani czytała, ale w moich żaden rycerz nie stawiał cieląt przed białogłową.

– Nie jestem białogłową – obruszyła się. – Jestem ruda.

– Zauważyłem. – Słabnie z minuty na minutę, pomyślał zaniepokojony. – Mimo to postąpię jak rycerz.

Nim się zorientowała, zrzucił poplamioną krwią kurtkę, chwycił rękaw koszuli, tej, którą kupił we Włoszech razem z kurtką, oderwał go i starannie zwinął.

– Taka piękna koszula… – szepnęła słabo.

– Przyślę rachunek.

– Rycerze tak mówią?

– Ja tak mówię – odparł, szczerząc zęby, na co odpowiedziała uśmiechem. Dzięki Bogu.

Była starsza, niż mu się wydawało. I zdecydowanie ładniejsza. O wiele ładniejsza.

Miała zniewalający uśmiech.

– Ja to zrobię. – Podniosła rękę, przejęła od niego tampon z koszuli i przycisnęła do czoła.

Nie dość, że ładna, to zdecydowanie mniej głupia, niż myślał. Wspomniała wcześniej o podwyższonym ciśnieniu śródczaszkowym. Ma wykształcenie medyczne?

Nieważne. W tej chwili nie była w stanie wykonywać swojego zawodu, a on nie ma czasu rozczulać się nad jej uśmiechem. Stał nad nią zamyślony. Głowa na razie w porządku, ale pozostałe obrażenia wcale nie są takie błahe. Ona usiłuje je bagatelizować, ale on wie, jak wygląda twarz człowieka nękanego bólem.

Utykała. Ma dżinsy poszarpane na kolanie. I zakrwawione, mimo że mniej niż twarz. Ale…

Przykląkł i ostrożnie rozdarł nogawkę.

O kurczę. Jakim cudem zeszła ze zbocza? Jakim cudem w ogóle trzymała się na nogach?

Ze skaleczenia na kolanie leniwie płynęła krew, ale to tylko połowa problemu, bo kolano puchło w oczach. Widać też było formujący się pod kolanem krwiak.

– Ojej – wyszeptała. – Po co pan to zrobił? Wolałabym tego nie widzieć.

– Trzeba coś podłożyć. – W myślach pożegnał się z włoską kurteczką. Zwinął ją, po czym wsunął jej pod kolano. Jego wzrok padł na koło zapasowe, które oderwało się od przyczepki. Przytoczywszy je bliżej, oparł na nim jej stopy.

Warto by prześwietlić jej głowę oraz nogę. Nie interesuje go jej zdanie, bo on nie pozwoli jej umrzeć z powodu krwotoku wewnątrzczaszkowego tylko dlatego, że jest uparta. Ale to nie wszystko. Dziecko też mogło ucierpieć wskutek problemów z łożyskiem. Ta kobieta wymaga USG, odpoczynku w łóżku oraz obserwacji.

Należy też zająć się dzieckiem, a to oznacza, że jak najszybciej powinien ją komuś przekazać.

– Wzywam karetkę – powiedział, wyjmując z kieszeni komórkę. – Trzeba panią prześwietlić.

– Może pan to włożyć między bajki – odparła zmęczonym głosem. – Nawet gdyby był tu zasięg, to właśnie stoi pan przed jedyną karetką w Yandilagong.

– Słucham?

– Normalnie to nie jest ten pikap. Mam całkiem spore combi, ale rano poszedł w nim przewód chłodnicy.

– O czym pani mówi?!

– Ten pikap będzie miejscową karetką, dopóki nie zdobędę nowego przewodu chłodnicy – tłumaczyła jak idiocie. – Innej karetki tu nie ma. Jutro przywiozę nowy przewód z Gosland, jeżeli uznam, że mogę babcię tak długo zostawić bez opieki.

– Nie ma karetki? – Pozostałe szczegóły mało go interesowały. Czuł potrzebę skoncentrowania się na tym, co najważniejsze. – Dlaczego?

– Niech by pan spróbował ściągnąć w te rejony personel medyczny albo chociaż środki. – Nie kryła goryczy. – Na ten weekend z powodu festiwalu przyjechało tu dwoje ratowników, ale to wszystko. Jak nie mogę dostać karetki z innego obwodu, pakuję pacjentów do combi i wiozę ich do Gosland. Tam jest najbliższy szpital, godzinę stąd. Tutaj mamy podstawowy sprzęt, na przykład aparat rentgenowski, ale nie przedrzemy się przez miasteczko z powodu tysięcy gości festiwalowych. Ale to nieistotne – stwierdziła rezolutnie. – Chciałabym posłuchać tętna dziecka, bo mnie nic nie jest. Muszę jechać do domu, do babci. To o nią trzeba się martwić, ale ona nie potrzebuje karetki. Ona potrzebuje mnie.

Członkini jakiegoś ochotniczego pogotowia ratunkowego? Sytuacja z minuty na minutę wydawała mu się coraz bardziej absurdalna.

Jeszcze raz spojrzał na wyświetlacz komórki. Zero zasięgu. W porządku, karetki nie będzie.

– Jak ci na imię? – Od czegoś musiał zacząć.

– Maggie. Tylko tracimy czas.

– Który to miesiąc?

– Trzydziesty drugi tydzień. – Głos jej zadrżał. – Nic mu się nie stało.

– Czujesz ruchy? – To pytanie z trudem przeszło mu przez usta. Sześć lat temu stracił synka. Czy to kiedykolwiek przestanie boleć?

– Tak, kopie.

– To dobrze. – Ale przydałoby się posłuchać tętna. Stetoskop. Dopisać do listy: karetka, prześwietlenie, ste toskop, USG oraz zespół medyczny, który pozwoli mu pojechać swoją drogą.

Nic z tego. Kolejny problem to zablokowana szosa.

– Jeżeli ktoś będzie tędy jechał… – Zawahał się, rozważając priorytety.

– Tu jest mały ruch. Chyba że trafi się jakiś naiwny urlopowicz, który postanowi tędy dostać się do autostrady.

– Super, dzięki.

– Oj, przepraszam. Musimy ją odblokować. Przy przesuwaniu przyczepki potrzebna będzie ci pomoc. Czekaj. – Oparła się oburącz na poboczu, by się podnieść.

– Nie! – Doskoczył do niej, by ją powstrzymać.

Jego pierwsze wrażenie zmieniało się jak w kalejdoskopie. Na początku myślał, że ma do czynienia z nastolatką, młodą matką jak te, które przychodziły do poradni dla kobiet w ciąży. Były to w większości mocno przestraszone dziewczyny, którym ciąża kazała dorosnąć przed czasem, ale im dłużej przyglądał się tej kobiecie, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu o jej dojrzałości.

Kobieta, która widziała niejedno, pomyślał.

Nie była piękna, nie w klasyczny sposób, ale gdy ich spojrzenia się spotkały, w jej oczach zamigotały iskierki. Takie oczy zmuszają mężczyzn, by spojrzeli na kobietę drugi raz. I kolejny.

– Pozwól mi wstać – warknęła, jakby wyczuwała niestosowny kierunek, który obrały jego myśli.

– Chcesz, żeby kolano tak ci spuchło, żebym musiał je naciąć?

– Co…?

– Pod kolanem zbiera ci się krwiak. Jak się powię kszy, możesz mieć kłopoty z krążeniem. Trzeba je prześwietlić. Poza tym niepokoję się o dziecko. Konieczne jest USG.

– Jesteś lekarzem? – zapytała z niedowierzaniem.

– Niestety tak.

Nie kryła zdumienia.

– Pan doktor, a do tego despota. Pewnie chirurg.

– W pewnym sensie, ale…

– Chirurdzy są najgorsi. Słuchaj, jak ci obiecam, że nie pociągnę cię do odpowiedzialności, to pozwolisz mi wstać?

– Nie.

– Przyczepka…

– Usunę pikapa.

– Sam?

– Przestań gadać – rzucił poirytowany, a ona się uśmiechnęła.

– Tak, doktorze.

Powiedziała to uległym tonem, ale uśmiechała się słodko. I bezczelnie.

– Pielęgniarka? – zapytał podejrzliwie.

– Nie, doktorze. – Nie przestawała się uśmiechać. – Mimo to musisz się zgodzić, żebym ci pomogła.

– Chyba śnisz… – warknął rozbrojony jej uśmiechem i wysiłkiem, by odebrać mu kontrolę nad sytuacją.

Najczarniejszy scenariusz? Gdyby zaczęła rodzić.

Albo straciła dziecko. Kolejna śmierć…

Normalnie woził torbę lekarską, ale tym razem Fiona i Brenda zapowiedziały weekend bez medycyny i dopięły swego. Kobiety. Zawsze stwarzają problemy.

Prawdę mówiąc, ta wcale nie stwarza problemów, przyznał w duchu. Nie wygląda na taką, która narzeka, ale po oczach widać, że cierpi. Dobra, stary, do roboty. Trzeba jej pomóc, a tylko ty tu jesteś.

– Nie żartowałem, mówiąc, żebyś się nie ruszała – powiedział. – Mam zadanie do wykonania i nie chcę, żebyś mi przeszkadzała. Więc się nie ruszaj.

– Tak jest – odparła potulnie, ale on ani przez chwilę nie wierzył w jej potulność.

Nie ma wielkiego wyboru. Noga tak ją rwała, że chwilami robiło jej się słabo. Leżała, starając się nie myśleć o skutkach zderzenia i o tym, jakie to może mieć konsekwencje dla dziecka. Ani o tym, że babcia może potrzebować środka przeciwbólowego, czy o tym, że tak długo jest poza domem. Czuła, że za chwilę noga jej odpadnie, a jej wcale nie byłoby z tym źle.

Jeśli ten facet rzeczywiście jest lekarzem, to może ma w tej swojej superbryce coś, co jej pomoże.

Bez wątpienia to lekarz. I chyba w swojej specjalności cieszy się uznaniem. Rzadko myliła się w ocenie ludzi, a ten facet był nie tylko bardzo przystojny. Wysoki, pięknie zbudowany. I z ogromnym dystansem. Dlaczego?

Ból nie dawał jej spokoju. Czy ten przystojniak ma w bagażniku coś, co może jej pomóc?

Co można zaaplikować ciężarnej? Bezwiednie osłoniła dłońmi brzuch. Nic.

– Musimy to wytrzymać bez prochów – szepnęła do dziecka. – Trzymaj się.

W odpowiedzi dzieciak poruszył się, a chwilę później wymierzył jej silnego kopniaka. Dobrze! Może nie zauważył, co się stało, a może kopie ze złości.

– Będzie dobrze – szepnęła po raz tysięczny w trakcie ciąży. Ma pod ręką lekarza. Przystojnego.

Przystojny czy nie, lekarz czy nie, nie miał teraz czasu na leczenie i ona to zaakceptowała. Skoro ona nie ma trudności z oddychaniem ani nie wykrwawia się na śmierć, to on musi odblokować drogę. W każdej chwili nowy wypadek gotowy.

Ale jak on przesunie przyczepkę? Zatrzymała się w taki sposób, że nie da się ruszyć ani jego auta, ani jej pikapa. Przecież jej nie podniesie.

I nie podniósł. Mimo że napierał na nią z całych sił. Klatka dla cieląt zespawana ze stalowych prętów na żeliwnej podłodze miała dwa i pół metra długości i metr osiemdziesiąt szerokości. Od ponad dwudziestu lat stała na przyczepce, więc Maggie nawet nie przyszło do głowy, że może się z niej zsunąć.

Babcia jej o tym nie powiedziała. Babcia nie powiedziała jej o wielu rzeczach, pomyślała ze smutkiem. Oszukaństwo za oszukaństwem. Nawet decyzja, by mieć to dziecko, była po części wynikiem intrygi babci. Ale nie będzie robiła jej wyrzutów. Prawdę mówiąc, tak bardzo niepokoiła się teraz o babcię, że aż robiło się jej niedobrze.

Co poza tym? Za wszelką cenę musi usłyszeć tętno dziecka. Ale leży bez ruchu na ziemi i obserwuje, jak jakiś despotyczny chirurg mocuje się z klatką. Dobrze chociaż, że jest tak zbudowany, że ona prawie nie zauważa bólu.

Gdy zobaczyła go po raz pierwszy, wydał się jej przystojny i elegancki. Teraz jego starannie ostrzyżone czarne włosy zlepiał pot, a na twarzy pojawił się ciemny zarost. Zachwycający widok.

Idiotyczne myśli.

Zlany potem, postękując, napierał na żelazne pręty.

Jedno ramię miał nagie, bo rękawem opatrzył jej czoło, więc teraz mogła podziwiać jego mięśnie. Również muskulaturę torsu, bo im bardziej się pocił, tym bardziej oblepiała go koszula. Im bardziej się pocił, tym dalej odbiegała myślami od swych problemów. Ma tyle zmartwień, że głowa jej pęka, a ona gapi się na faceta, który usiłuje przesunąć ciężar za duży dla jednego człowieka.

A jednak… Klatka drgnęła o parę centymetrów, aż powoli zaczęła zbliżać się do krawędzi zbocza. Nieznajomy pchał dalej. Powinna była przewidzieć jego zamiary, ale zafascynowana się zagapiła.

– Spadaj! – Natarł na klatkę po raz ostatni.

Nim się zorientowała, klatka stoczyła się w dół.

– Jak ja teraz dowiozę cielaki do domu? – mruknęła, ale on nie słyszał, bo już siedział w pikapie, wycofując go spod skalnej ściany. Silnik zgrzytał rozpaczliwie, ale auto jechało. Odprowadził je do najbliższej zatoczki, po czym biegiem wrócił po swojego aston martina.

Obserwowała go, zachwycona jego ciałem i energią. Oraz jego autem. Pierwszy raz widziała coś takiego z bliska. Niezłe, stwierdziła. Chirurg w sportowym cabrio.

Zakręciło się jej w głowie. Pewnie od tego, że wyrżnęła czołem podczas zderzenia. Powinna przejmować się bólem kolana, a nie jakimś…

On tymczasem wsiadł do auta, po czym odjechawszy spod skały, zawrócił w kierunku północnym. Miejsce oszołomienia w jej głowie błyskawicznie zajęło przerażenie.

Na północ. W stronę Sydney.

Zerwała się na równe nogi i z rozpostartymi ramionami ruszyła na maskę astona. Gdyby nie zahamował z piskiem opon, byłby ją przejechał.

Oparła się o maskę, aby zapanować nad natłokiem myśli. Zbierała się, by powiedzieć, że to chwila paniki, że wcale nie przyszło jej do głowy, że on odjeżdża.

Wpadła w histerię. To niewybaczalne.

Nie mogła jednak wydobyć z siebie ani słowa. Stała, dysząc ciężko. I wtedy on wysiadł, ujął ją za ręce i przyciągnął do siebie. Sprawiał wrażenie do głębi poruszonego. Bo jakaś wariatka pchała mu się prosto pod koła. Czuła, że musi się wytłumaczyć.

– Nie mogę… Nie mogę zostawić babci – wyjąkała. – Musisz zawieźć mnie do domu. Musisz. Nie możesz mnie tu zostawić!

Ze strachu była ledwie żywa. Zaklął pod nosem i objął ją mocniej, bo ciągle drżała.

– Maggie, nie odjeżdżam. Nie jestem aż takim draniem. Zjechałem z zakrętu, żebyś mogła bezpiecznie wsiąść. – Przytulił ją mocniej. – Spokojnie, nie zostawię cię – szeptał jej do ucha. – Nie bój się. Odwiozę cię do babci. Zrobię, co trzeba. Razem to zrobimy.

Oparł brodę na jej głowie. Wydawało mu się, że ona rozumie, że on tylko przestawia samochód; że nie dlatego to robi, by ją zostawić.

Tak, do tej pory zachowywał się jak na oddziale ratunkowym, gdzie nie zwraca się uwagi na całokształt sytuacji. Tutaj jednak powinien to uwzględnić.

Jej obrażenia nie zagrażają życiu, ale ona cierpi, jest w szoku, a do tego w ciąży. Jej pikapa należy spisać na straty, a bez komórki ona nie ma szansy się stąd wydostać.

Gdy wsiadał do auta, język jego ciała prawdopodobnie wyrażał chęć zostawienia jej, więc jej reakcja była zro zumiała. Obejmował ją, czekając, aż rytm jej serca się uspokoi. W końcu poczuł, że nieco się zrelaksowała.

Obejmowanie pacjentki jest bardzo nieprofesjonalne, ale kto by się tym przejmował? Przyjemnie było ją obejmować. Jemu też to dobrze zrobi.

Praktycznie od sześciu lat nie dotknął kobiety, bo nie chciał. Teraz, wychodząc z szoku, balansując na granicy profesjonalizmu, poczuł coś innego. Pożądanie?

Na pewno nie. Nie pożąda tej kobiety, bo ona uosabia wszystko, czego on unika. Po kilkudziesięciu minutach znajomości takie emocje nie mają sensu. Mimo to nie potrafił ich wyciszyć, uspokoić reakcji swojego ciała.

Napawał się bijącym od niej ciepłem, zapachem jej włosów, aż nagle…

Łup! Ten cios kazał im się cofnąć o krok.

– Prze… przepraszam… – bąknęła.

– To chyba nie ty powinnaś przepraszać – mruknął. Gwałtowny ruch jej dziecka kazał mu się od niej odsunąć. Dosłownie i w przenośni. Co mu chodzi po głowie?!

Opieka nad ciężarną… Nie, nie i jeszcze raz nie.

Opuściła wzrok na swój nadal poruszający się brzuch.

– Ale ma siłę… – zaryzykowała.

– Nie przeczę.

Z trudem utrzymywał w ryzach emocje. Ile to już czasu minęło, odkąd czuł ruchy dziecka w brzuchu? Zrobiło mu się… Nie, nie wolno o tym myśleć.

– Może chciał pokazać, że nic mu się nie stało – wykrztusił, uśmiechając się sztucznie.

– Możliwe – powiedziała speszona. – To